*Trzecia Niedziela po Epifanii*
*„Oczy twoje ujrzą króla w jego piękności; oczy twoje oglądać będą kraj daleki."* — Iz 33,17
Prorok zapowiada nam, że w przymierzu Ewangelii słudzy Boży dostąpią przywileju oglądania tych niebieskich widoków, które pod Prawem były tylko zarysowane w cieniu. Przed przyjściem Chrystusa był czas cieni; lecz gdy On przyszedł, przyniósł zarówno prawdę, jak i łaskę; i ponieważ Ten, który jest Prawdą, przyszedł do nas, tak też wymaga On w zamian, abyśmy w naszych z Nim stosunkach byli prawdziwi i szczerzy. Być prawdziwym i szczerym to znaczy naprawdę widzieć w duszy owe wielkie cuda, które On zdziałał po to, abyśmy je oglądali. Gdy Bóg otworzył oczy oślicy, na której jechał Balaam, ujrzała ona Anioła i postąpiła stosownie do tego, co zobaczyła. Gdy otworzył oczy młodzieńcowi, słudze Elizeusza, ten również ujrzał rydwany i konie ogniste, i doznał pociechy. I podobnie chrześcijanie otoczeni są teraz opieką Boskiej Obecności, i to bardziej przedziwnej niż jakakolwiek, której udzielono w dawnych czasach.
Bóg objawił się widzialnie Jakubowi, Hiobowi, Mojżeszowi, Jozuemu i Izajaszowi; nam zaś objawia się nie widzialnie, lecz w sposób jeszcze cudowniejszy i prawdziwszy; nie bez współdziałania naszej woli, lecz przez wiarę naszą, i właśnie dlatego prawdziwiej; albowiem wiara jest szczególnym środkiem pozyskiwania dóbr duchowych. Stąd też święty Paweł modli się za Efezjan, „aby Chrystus zamieszkał w sercach ich przez wiarę", i aby „oczy rozumu ich były oświecone". Święty Jan zaś oświadcza, że „Syn Boży dał nam rozum, abyśmy poznali prawdziwego; i jesteśmy w prawdziwym, w Synu Jego, Jezusie Chrystusie".
Nie jesteśmy więc już dłużej w krainie cieni: mamy przed sobą prawdziwego Zbawiciela, prawdziwą nagrodę i prawdziwe środki duchowego odrodzenia. Znamy prawdziwy stan duszy z natury i z łaski, zło grzechu, następstwa grzeszenia, sposób podobania się Bogu i pobudki do działania. Bóg objawił nam się jasno; „zniszczył zasłonę, którą okryci byli wszyscy ludzie, i całun rozpostarty nad wszystkimi narodami". „Ciemność przemija, a Światłość prawdziwa już świeci." I dlatego, powiadam, wzywa On nas z kolei, abyśmy „chodzili w światłości, jak On jest w światłości". Faryzeusze mogli mieć tę wymówkę dla swej obłudy, że prosta prawda nie była im objawiona; my nie mamy nawet tej nędznej racji dla nieszczerości. Nie ma wśród nas możliwości brania jednej rzeczy za drugą: obietnica dana nam wyraźnie głosi, że „nauczyciele nasi nie będą więcej skrywani po kątach, lecz oczy nasze ujrzą nauczycieli naszych"; że „oczy widzących nie będą zaćmione"; że każda rzecz będzie nazwana po imieniu; że „podły nie będzie więcej zwany hojnym, ani skąpiec nie będzie mieniony szczodrym"; jednym słowem, jak mówi tekst: „oczy nasze ujrzą króla w jego piękności; będziemy oglądać kraj daleki". Wyznania nasze, wyznania wiary, modlitwy nasze, postępowanie, rozmowy, argumenty, nauczanie — wszystko to odtąd musi być szczere, a mówiąc dobitnym słowem — musi być rzeczywiste. To, co święty Paweł mówi o sobie i swych współpracownikach, że byli prawdziwi, ponieważ Chrystus jest prawdziwy, odnosi się do wszystkich chrześcijan: „Chlubą naszą jest to, świadectwo sumienia naszego, że w prostocie i szczerości Bożej, a nie w mądrości cielesnej, ale w łasce Bożej, postępowaliśmy na tym świecie, a szczególniej u was… Czy to, co postanawiam, postanawiam według ciała, żeby było u mnie razem tak i tak, i nie i nie? Ale jako Bóg jest wierny, słowo nasze do was nie jest tak i nie. Albowiem Syn Boży, Jezus Chrystus… nie był tak i nie, lecz w Nim jest tak. Wszystkie bowiem obietnice Boże są w Nim tak, i w Nim amen, ku chwale Bożej przez nas."
A jednak prawie nie trzeba o tym mówić — nic tak rzadkiego jak szczerość i prostota ducha; tak dalece, że człowiek naprawdę szczery jest już doskonały. Nieszczerość była złem, które zakradło się do Kościoła od samego początku; Ananiasz i Szymon nie byli jawnie przeciwni Apostołom, lecz fałszywymi braćmi. I jakby przewidując, co ma nastąpić, nasz Zbawiciel wyróżniał się w swej służbie nade wszystko żarliwością, z jaką odpierał tych, którzy do Niego przychodzili, od podejmowania religii lekkomyślnie albo od składania obietnic, których zapewne nie dotrzymają.
Tak oto On, „Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na świat", „Amen, Świadek wierny i prawdziwy, Początek stworzenia Bożego", rzekł do młodego władcy, który lekkomyślnie nazwał Go „Nauczycielem dobrym": „Czemu Mię zwiesz dobrym?" — jakby napominając go, by ważył słowa; po czym nagle powiedział mu: „Jednego ci jeszcze brakuje". Gdy pewien człowiek wyznał, że pójdzie za Nim, dokądkolwiek się uda, On nie odpowiedział mu zachętą, lecz rzekł: „Lisy mają nory i ptaki niebieskie gniazda, ale Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy skłonić". Gdy święty Piotr powiedział z całego serca w imieniu swoim i braci: „Panie, do kogoż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego", On odpowiedział dobitnie: „Czyż nie Ja wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem" — jakby rzekł: „Odpowiedz za siebie samego". Gdy dwaj Apostołowie wyznali chęć rzucenia losu razem z Nim, zapytał, czy mogą „pić z Jego kielicha i być ochrzczeni Jego chrztem". A gdy „wiele mnóstwa szło za Nim", odwrócił się i rzekł, że jeśli ktoś nie nienawidzi rodziców, przyjaciół i samego siebie, nie może być Jego uczniem. I wtedy wezwał wszystkich, aby „liczyli koszt", zanim pójdą za Nim. Oto miłosierna surowość, z jaką On nas odpycha, by zyskać nas tym prawdziwiej. A co sądzi On o tych, którzy przyszedłszy do Niego, popadają z powrotem w wyznanie puste i obłudne, dowiadujemy się z Jego słów do Laodycejczyków: „Znam uczynki twoje, że ani zimny, ani gorący nie jesteś: bodajeś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie zimny ani gorący, wyrzucę cię z ust moich."
Mamy uderzający przykład tego samego postępowania ze strony owego starożytnego świętego, który zapowiadał naszego Pana imieniem i urzędem — Jozuego, wodza ludu wybranego wkraczającego do Kanaanu. Gdy wreszcie wzięli w posiadanie ową ziemię, którą Mojżesz i ich ojcowie oglądali „z daleka", powiedzieli mu: „Niechaj nam Bóg będzie miłościw, abyśmy opuścili Pana i służyli bogom obcym. My… służyć będziemy Panu, bo On jest Bogiem naszym." On odpowiedział: „Nie możecie służyć Panu; bo Bóg święty jest, Bóg mocny i zazdrosny; nie odpuści wam przestępstw i grzechów waszych." Nie dlatego, jakoby chciał ich powstrzymać od posłuszeństwa, lecz by otrzeźwić ich w składaniu wyznania. Jakże jego odpowiedź przywodzi nam na pamięć jeszcze straszliwsze słowa świętego Pawła o niemożności odnowienia po całkowitym odstępstwie!
A to, co powiedziano o wyznaniu uczniostwie, odnosi się niewątpliwie w swej mierze do wszelkiego wyznania. Składać wyznania to igrać z narzędziami o ostrych krawędziach, jeśli nie zważamy na to, co mówimy. Słowa mają znaczenie, czy je mamy na myśli, czy też nie; przypisuje się nam je w ich właściwym znaczeniu wówczas, gdy to, że ich nie mamy na myśli, jest naszą własną winą. Ten, kto bierze imię Boże nadaremno, nie uchodzi za niewinnego dlatego, że nic przez to nie rozumie — nie może tworzyć dla siebie własnego języka; i ci, którzy składają wyznania jakiegokolwiek rodzaju, są słuchani w sensie owych wyznań, i nie są wytłumaczeni dlatego, że sami nie wiążą z nimi żadnego sensu. „Albowiem z słów twoich będziesz usprawiedliwiony i z słów twoich będziesz potępiony."
Otóż ta prawda wymaga szczególnego podkreślenia wobec chrześcijan w dzisiejszych czasach; bo właśnie te czasy są w szczególnym stopniu czasem wyznań. Odpowiecie moimi własnymi słowami, że wszystkie epoki były epokami wyznań. Były nimi, w taki czy inny sposób, ale te czasy w swym szczególnym sensie — bo są to w szczególności czasy indywidualnego wyznania. Jest to czas, w którym panuje (słusznie lub niesłusznie) tak wiele prywatnego sądzenia, tak wiele oddzielania się i różnicowania, tak wiele głoszenia i nauczania, tak wiele pisarstwa, że pociąga to za sobą indywidualne wyznanie, odpowiedzialność i zapłatę w sposób właściwy tylko tej epoce. Nie będzie więc rzeczą niestosowną, gdy w związku z tekstem rozważymy niektóre z wielu sposobów, w jakie ludzie, czy to w tej, czy w innej epoce, składają puste wyznania, lub widząc nie widzą, i słysząc nie słyszą, i mówią nie opanowawszy ani nie usiłując opanować swych słów. Spróbuję to uczynić z pewną szczegółowością, w sprawach szczegółowych, które są tym ważniejsze, im bardziej są drobne.
Oczywiście jest rzeczą bardzo pospolitą we wszelkich dziedzinach, nie tylko w religii, mówić w sposób nierzeczywisty; mianowicie gdy mówimy o jakimś przedmiocie, z którym nasz umysł nie jest obeznany. Gdybyście słyszeli kogoś, kto nic nie wie o sprawach wojskowych, dającego wskazówki, jak żołnierze w polu powinni się zachowywać, albo jak należy odpowiednio urządzić ich wyżywienie, nocleg i marsze, bylibyście pewni, że jego pomyłki byłyby takie, że wywołałyby śmiech i pogardę ludzi doświadczonych w wojnie. Gdyby jakiś cudzoziemiec przybył do jednego z naszych miast i bez wahania proponował plany zaopatrzenia naszych targowisk lub zarządzania naszą policją, jest tak pewne, że wystawiłby się na pośmiewisko, iż sama próba świadczyłaby o wielkim braku rozsądku i skromności. Czulibyśmy, że nas nie rozumie, i że gdy będzie o nas mówić, posługiwać się będzie słowami bez treści. Gdyby człowiek z słabym wzrokiem próbował rozstrzygać kwestie proporcji i barwy, albo człowiek bez słuchu sądzić o kompozycjach muzycznych, czulibyśmy, że mówi na podstawie ogólnych zasad, fantazji albo na drodze dedukcji i rozumowania, nie zaś z rzeczywistego pojmowania omawianych przez się rzeczy. Jego uwagi byłyby teoretyczne i nierzeczywiste.
Ten beztreściwy sposób mówienia objawia się w przypadku osób, które wpadają w nowe towarzystwo, między nieznane twarze i wśród niezwykłych okoliczności. Niekiedy wyrabiają sobie życzliwe sądy o ludziach i rzeczach, niekiedy przeciwne — lecz jakiekolwiek są te sądy, są one dla tych, którzy owych ludzi i rzeczy naprawdę znają, dziwnie nierzeczywiste i wypaczone. Czują cześć tam, gdzie nie powinni; dostrzegają lekceważenie tam, gdzie go nie było; odkrywają sens w zdarzeniach, które go nie mają; domyślają się pobudek; błędnie odczytują zachowanie; błędnie oceniają charakter; tworzą uogólnienia i zestawienia istniejące jedynie w ich własnej wyobraźni.
Podobnie osoby, które nie zajmowały się kwestiami moralności, polityki, spraw kościelnych ani teologii, nie znają względnej wagi zagadnień napotykanych w tych dziedzinach wiedzy. Nie rozumieją różnicy między jedną kwestią a drugą. Jedno i drugie jest dla nich tym samym. Patrzą na nie jak niemowlęta patrzą na przedmioty przedstawiające się ich oczom — w sposób mglisty i nieuchwytny, jakby nie wiedząc, czy coś jest sto mil stąd czy tuż obok, wielkie czy małe, twarde czy miękkie. Nie mają środków do oceny, żadnej miary — i wydają sądy na chybił trafił, mówiąc tak lub nie w bardzo głębokich kwestiach, stosownie do tego, jak je w danej chwili uderzy jakaś myśl, albo jak jakiś dowcipny lub pozornie przekonujący argument natrafi im się przed oczy. Wskutek tego są niekonsekwentni; mówią jednego dnia jedno, drugiego dnia inne; a jeśli muszą działać, działają w ciemności; albo jeśli mogą się wstrzymać od działania, nie działają; albo jeśli działają swobodnie, czynią to z jakiejś innej, nieujawnionej pobudki. To wszystko jest nierzeczywistością.
Również nie może być trafniejszego przykładu nierzeczywistości niż sposób, w jaki ogół społeczeństwa pospolicie wydaje sądy w ważnych kwestiach. Opinie są nieustannie wygłaszane na świecie w sprawach, do których sądzenia ci, którzy je głoszą, są tak mało uzdolnieni jak ślepcy do sądzenia o barwach, i to dlatego, że nigdy nie ćwiczyli swych umysłów w rozpatrywanych kwestiach. Jest to czas, w którym wszyscy ludzie zmuszeni są mieć zdanie we wszystkich sprawach — politycznych, społecznych i religijnych, bo w taki czy inny sposób wywierają wpływ na ich rozstrzygnięcie; a przecież tłum jest w ogromnej większości zupełnie niezdolny, by wziąć w tym udział. Mówiąc to, daleki jestem od twierdzenia, że tak być musi — daleki jestem od przeczenia, że jest coś takiego jak zwykły zdrowy rozsądek, albo (co lepsze) zmysł religijny, który potrafi przedrzeć się przez bardzo zawiłe sprawy, albo że jest on rzeczywiście niekiedy stosowany przez ogół w pewnych wielkich kwestiach; lecz jednocześnie ten zmysł praktyczny tak mało istnieje wobec ogromnej masy zagadnień, które w dzisiejszych czasach stają przed opinią publiczną, że (jak dobrze wiedzą wszyscy, którzy starają się zdobyć wpływ ludu po swej stronie) ich opinie muszą być pozyskane przez wzbudzenie ich uprzedzeń lub obaw — nie przez przedstawienie kwestii w jej rzeczywistej i prawdziwej treści, lecz przez zręczne jej zabarwienie, albo przez wyłowienie z niej jakiegoś szczególnego punktu, który można wyolbrzymić, przyozdobić i uczynić narzędziem oddziaływania na uczucia tłumu. I tak rządzenie i sztuka rządzenia staje się, podobnie jak pospolita religijność, puste i fałszywe.
Stąd też głos ludu jest tak zmienny. Jeden człowiek lub jedna sprawa jest dziś bożyszczem ludu, jutro inne. Nigdy nie wyszli poza przyjmowanie cieni za rzeczy.
To, co się ujawnia w tłumie, ujawnia się też różnorako w jednostkach i w szczegółach. Na przykład niektórzy ludzie zafascynowani są chęcią bycia wymownymi mówcami. Używają wielkich słów i naśladują zdania innych; i wyobrażają sobie, że ci, których naśladują, mieli tak mało treści jak oni sami, albo może zdołają wmówić sobie, że sami mają treść odpowiadającą ich słowom.
Inną postacią nierzeczywistości, czyli dobrowolnego wyznawania tego, co nas przerasta, jest zachowanie tych, którzy nagle dostępują władzy lub wysokiego stanowiska. Przybierają maniery, jakich, jak im się zdaje, urząd wymaga, lecz które ich przerastają, a zatem są im nieprzystojne. Chcą postępować godnie, a przestają być sobą.
I podobnie — by wziąć inny przypadek — wielu ludzi, gdy zbliżają się do osób w niedoli i chcą okazać współczucie, nierzadko kondoluje w sposób bardzo nierzeczywisty. Nie zarzucam im tego w pełni; albowiem jest rzeczą bardzo trudną wiedzieć, co czynić, gdy z jednej strony nie możemy sobie uprzytomniać cudzego smutku, a z drugiej strony pragniemy być życzliwi wobec tych, którzy go czują. Ton żałości zdaje się konieczny, a jednak (jeśli tak jest) nie może być w naszym położeniu szczery. A jednak i w tym przypadku istnieje z pewnością właściwa droga, gdybyśmy ją mogli odnaleźć, taka, na której można uniknąć pozoru, a jednak okazać szacunek i wzgląd.
I podobnie w odniesieniu do uczuć religijnych. Ludzie zdają sobie sprawę, z samej mocy nauk, z których składa się Ewangelia, że powinni być dotknięci w rozmaity sposób, i to głęboko i intensywnie, pod ich wpływem. Nauki o grzechu pierworodnym i grzechach uczynkowych, o Bóstwie Chrystusa i Odkupieniu oraz o świętym Chrzcie są tak wielkie, że nikt nie może ich sobie uprzytamniaać bez bardzo złożonych i głębokich uczuć. Naturalny rozum mówi człowiekowi to właśnie, i że jeśli po prostu i szczerze wierzy w te nauki, musi odczuwać owe uczucia; a on wyznaje, że wierzy w nie bezwzględnie, i dlatego wyznaje odpowiadające im uczucia. Lecz w rzeczywistości może on nie wierzyć w nie naprawdę bezwzględnie, bo takie bezwzględne wierzenie jest dziełem długiego czasu, i dlatego wyznanie uczucia wyprzedza rzeczywiste wewnętrzne istnienie uczucia — albo inaczej mówiąc, staje się nierzeczywiste. Nigdy nie tracmy z oczu dwóch prawd: że serca nasze powinny być przeniknięte miłością Chrystusa i pełne zaparcia się siebie; lecz że jeśli takimi nie są, wyznawanie, że są, nie czyni ich takimi.
Znowu — by wziąć poważniejszy przykład tej samej wady — niektórzy ludzie modlą się nie jako grzesznicy zwracający się do swego Boga, nie jak Celnik, bijący się w piersi i mówiący: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu", lecz w taki sposób, jaki ich zdaniem jest przystojny w okolicznościach winy, w sposób przystojny w takim ucisku. Są świadomi siebie samych i rozmyślają nad tym, co czynią; i zamiast rzeczywiście przybliżać się (niejako) do tronu łaski, wypełnia ich myśl, że Bóg jest wielki, a człowiek Jego stworzeniem, Bóg na wysokości, a człowiek na ziemi, i że oddają się wzniosłej i uroczystej służbie, i że powinni wznieść się do jej wzniosłego i doniosłego charakteru.
Jeszcze inną, jeszcze pospolitszą postacią tej samej wady, lecz bez wyraźnego pozoru lub wysiłku, jest sposób, w jaki ludzie mówią o krótkości i marności życia, o pewności śmierci i radościach nieba. Mają w ustach komunały, którymi popisują się przy okazji dla dobra innych, albo dla ich pocieszenia, albo jako właściwy i przystojny dowód uwagi ku nim. Tak oto mówią do duchownych w sposób wyraźnie poważny, wygłaszając uwagi prawdziwe i trafne, same w sobie głębokie, lecz bez treści w ich ustach; albo udzielają rad dzieciom czy młodym ludziom; albo może w przygnębieniu lub chorobie dają się ponieść religijnemu toku myśli, jak gdyby był on spontaniczny. Albo gdy wpadają w grzech, mówią o słabości człowieka, o zdradliwości ludzkiego serca, o miłosierdziu Bożym i tak dalej — a wszystkie te wielkie słowa: niebo, piekło, sąd, miłosierdzie, nawrócenie, uczynki, świat obecny, świat przyszły są nie czym innym jak „dźwiękami bez życia, czy to piszczałki, czy harfy", w ich ustach i uszach — jak „pieśń miłosna od tego, co ma miły głos i umie dobrze grać na instrumencie" — jak formy grzecznościowe rozmowy towarzyskiej, jak uprzejmości dobrego wychowania.
Mówię o postępowaniu świata w ogólności, zwanego chrześcijańskim; lecz to, co powiedziano, odnosi się nieuchronnie i do licznej grupy ludzi dobrze usposobionych, a nawet pobożnych. Chcę przez to powiedzieć, że zanim ludzie poznają realia życia ludzkiego, nie jest dziwne, że ich pojęcie o religii jest nierzeczywiste. Młodzi ludzie, którzy nie zaznali smutku ani troski, ani ofiar, które wymaga sumienność, mają na ogół brak tej głębi i powagi charakteru, którą tylko smutek i troski, i zaparcie się siebie mogą dać. Nie wskazuję na to jako na wadę, lecz jako na zwykły fakt, który można często spostrzec i o którym warto pamiętać. Oto właściwe przeznaczenie tego świata: sprawić, abyśmy szukali innego. Spełnia on swoje zadanie, gdy nas odpycha i budzi w nas wstręt, i pędzi nas gdzie indziej. Doświadczenie jego daje — w przypadku dusz religijnych — doświadczenie jego antidotum; i stajemy się rzeczywiści w naszym pojmowaniu tego, co duchowe, przez zetknięcie z rzeczami doczesnymi i ziemskimi. O ileż bardziej są jednak ludzie nierzeczywistymi, gdy kieruje nimi jakaś ukryta pobudka pchająca ich w kierunku innym niż religia, i gdy ich wyznania są przeto nakierowane w sposób nienaturalny, by służyć tej ukrytej pobudce. Gdy ludzie nie lubią wniosków, do których prowadzą ich zasady, ani nakazów zawartych w Piśmie Świętym, nie brakuje im pomysłowości, by stępić ich ostrze. Mogą stworzyć jakąś teorię albo przywołać pewne zarzuty na swoją obronę — teorię lub zarzuty, które być może trudno jest obalić, lecz które każdy właściwie usposobiony umysł, ba, każdy bystrzejszy z boku stojący, dostrzeże jako nienaturalne i nieszczere.
To, co tu wskazano u jednostek, ma miejsce nawet w przypadku całych Kościołów, w czasach gdy miłość ostyga, a wiara chwieje się. Cały ustrój Kościoła, jego karność i obrzędy, w swym źródle są wszystkie spontanicznym i obfitym owocem prawdziwej zasady duchowej religii w sercach jego członków. Kościół niewidzialny rozwinął się w Kościół widzialny, a jego zewnętrzne obrzędy i formy są karmione i ożywiane przez żyjącą moc, która w nim mieszka. Tak więc każda jego cząstka jest rzeczywista, aż do najdrobniejszych szczegółów. Lecz gdy uwiedzenia świata i pożądliwości ciała wytrawią to Boskie wewnętrzne życie, czymże jest zewnętrzny Kościół, jeśli nie pustką i urągowiskiem, jak pobielane groby, o których mówi nasz Pan — pomnikiem tego, co było, a czego nie ma? I choć ufamy, że Kościół nie jest nigdzie do tego stopnia całkowicie opuszczony przez Ducha Prawdy, przynajmniej wedle zwyczajnej Opatrzności Bożej, to czy nie możemy powiedzieć, że w miarę jak zbliża się do tego stanu martwoty, łaska jego ustanowień, choć nie utracona, spływa przynajmniej tylko skąpym lub niepewnym strumieniem?
I wreszcie, jeśli ta nierzeczywistość może opanować sam Kościół, który jest w swej samej istocie instytucją praktyczną, to o ileż bardziej daje się znaleźć w filozofiach i literaturze ludzkiej. Literatura jest niemal w swej istocie nierzeczywista; bo jest ona przejawem myśli odłączonej od czynu. Jej właściwą siedzibą jest, jak się przyjmuje, wygoda i spokój; a gdy czyni coś więcej niż mówi lub pisze, oskarżana jest o przekraczanie swych granic. Na tym właśnie polega to, co uważa się za jej prawdziwą godność i chwałę, mianowicie jej oderwanie od rzeczywistych spraw życia; jej bezpieczeństwo przed prądami i zmiennością świata; jej mówienie bez czynienia. Człowiek literatury uważany jest za zachowującego swą godność przez nieczynienie niczego; a gdy kroczy naprzód ku działaniu, uważa się, że traci swą pozycję, jakby hańbił swe powołanie zapałem i stawał się politykiem albo stronnikiem. Stąd też pisarze czysto literaccy mogą bez obrazy mówić rzeczy mocne przeciwko opiniom swej epoki, religijnym czy politycznym — bo nikt nie uważa, że mają cokolwiek przez to na myśli. Nie oczekuje się od nich, by wystąpili i działali stosownie do tych słów, a same słowa nikomu nie szkodzą.
Oto niektóre z pospolitszych lub rozleglejszych przykładów wyznania bez czynu, albo mówienia bez rzeczywistego widzenia i czucia. Przytaczając je, niechaj będzie zaznaczone, że nie chcę przez to powiedzieć, że takie wyznanie, jakie opisałem, jest zawsze naganne i złe; przeciwnie — dawałem do zrozumienia przez cały czas, że nie jest. Jest często nieszczęściem. Nauczenie się naprawdę odczuwania i rozumienia rzeczy takimi, jakie są, wymaga długiego czasu; dochodzimy do tego tylko stopniowo. Wyznanie przekraczające nasze uczucia jest winą tylko wtedy, gdy moglibyśmy tego uniknąć — gdy albo mówimy, gdy mówić nie potrzebujemy, albo nie odczuwamy, gdy moglibyśmy odczuwać. Serca twarde i nieczułe, gotowi i bezmyślni mówcy — oto ci, których nierzeczywistość, jak ją nazwałem, jest grzechem; jest ona grzechem każdego z nas w miarę, jak nasze serca są zimne albo nasze języki zbyt rozwiązłe.
Lecz sam fakt, że mówimy więcej, niż czujemy, nie jest koniecznie grzechem. Święty Piotr nie wzniósł się do pełnego znaczenia swego wyznania: „Tyś jest Chrystus", a jednak był nazwany błogosławionym. Święty Jakub i święty Jan powiedzieli: „Możemy" — bez jasnego rozumienia, a jednak bez grzechu. Zawsze obiecujemy rzeczy większe, niż możemy opanować, i czekamy, aż Bóg dozwoli nam je wypełnić. Nasza obietnica zawiera modlitwę o światło i moc. I tak samo wszyscy odmawiamy Credo — lecz któż je w pełni pojmuje? Możemy tylko mieć nadzieję, że jesteśmy na drodze do jego rozumienia; że je rozumiemy częściowo; że pragniemy, modlimy się i staramy się rozumieć je coraz głębiej. Credo staje się dla nas jakby modlitwą. Ludzie są nagannie nierzeczywistymi w swym sposobie mówienia nie wtedy, gdy mówią więcej, niż czują, lecz gdy mówią rzeczy różne od tego, co czują. Skąpiec chwalący jałmużnę, albo tchórz dający reguły odwagi — to jest nierzeczywistość; lecz nierzeczywistością nie jest to, by ktoś mniejszy mówił o tym, co większe, by hojny rozwodził się nad szczodrością, by szlachetny wychwalał wielkodusznego, by zapierający się siebie posługiwał się językiem surowego ascety, by wyznawca zagrzewał do męczeństwa.
To, co tu powiedziałem, sprowadza się do tego: bądźcie gorliwi, a będziecie mówić o religii tam, gdy i jak należy; dążcie do rzeczy, a słowa wasze będą właściwe same z siebie. Istnieje dziesięć tysięcy sposobów patrzenia na ten świat, lecz tylko jeden właściwy. Człowiek rozkoszy ma swój, człowiek zysku swój, a człowiek umysłu swój. Biedni i bogaci, rządzący i rządzeni, pomyślni i niezadowoleni, uczeni i nieuczeni — każdy ma swój własny sposób patrzenia na rzeczy, które go spotykają, i każdy ma sposób błędny. Jest tylko jeden właściwy sposób; jest to ten sposób, w jaki Bóg patrzy na świat. Dążcie do patrzenia nań po Bożemu. Dążcie do widzenia rzeczy tak, jak widzi je Bóg. Dążcie do wyrabiania sobie sądów o osobach, zdarzeniach, stanach, fortunach, przemianach, przedmiotach — takich, jakie wyrabia sobie Bóg. Dążcie do patrzenia na to życie tak, jak patrzy na nie Bóg. Dążcie do patrzenia na życie przyszłe i świat niewidzialny tak, jak patrzy Bóg. Dążcie do „oglądania Króla w Jego piękności". Wszystkie rzeczy, które widzimy, są dla nas jedynie cieniami i ułudami, dopóki nie wnikniemy w to, co naprawdę oznaczają.
Nie jest łatwo nauczyć się owego nowego języka, który Chrystus nam przyniósł. Wyłożył On nam wszystko w nowy sposób; przyniósł nam religię, która rzuca nowe światło na wszystko, co się dzieje. Starajcie się nauczyć tego języka. Nie powtarzajcie go mechanicznie ani nie mówcie nim jako czegoś oczywistego. Starajcie się rozumieć to, co mówicie. Czas jest krótki, wieczność długa; Bóg jest wielki, człowiek słaby; stoi on między niebem a piekłem; Chrystus jest jego Zbawicielem; Chrystus cierpiał za niego. Duch Święty go uświęca; nawrócenie go oczyszcza, wiara usprawiedliwia, uczynki zbawiają. Są to prawdy uroczyste, których nie trzeba głośno wypowiadać, chyba w formie wyznania wiary lub nauczania; lecz które muszą być złożone w sercu. To, że coś jest prawdą, nie jest powodem, by o tym mówić, lecz by to czynić; by postępować zgodnie z tym; by uczynić to wewnętrznie naszą własnością.
Unikajmy wszelkich czczych rozmów — czy to rozmów zupełnie pustych, czy złośliwych, czy jałowych wyznań, czy komentowania prawd ewangelicznych, czy pozoru filozofii, czy udawania wymowności. Wystrzegajmy się lekkomyślności, miłości popisywania się, pragnienia, by o nas mówiono, miłości oryginalności, chęci sprawiania wrażenia odkrywczości. Dążmy do tego, by mówić to, co mamy na myśli, i mieć na myśli to, co mówimy; dążmy do wiedzenia, kiedy rozumiemy jakąś prawdę, a kiedy nie. Gdy jej nie rozumiemy, przyjmijmy ją na wiarę i wyznajmy, że tak czynimy. Przyjmijmy prawdę z czcią i módlmy się do Boga, by dał nam dobrą wolę, Boskie oświecenie i siłę duchową, aby mogła wydać w nas owoc.