*„Jeśli jest ochota gotowa, jest miła według tego, co kto ma, nie według tego, czego nie ma."* — 2 Kor 8,12
Ludzi można podzielić na dwie wielkie klasy: tych, którzy wyznają posłuszeństwo religijne, i tych, którzy go nie wyznają. Spośród tych zaś, którzy wyznają pobożność, jedni zarówno wyznają, jak i wypełniają swe zobowiązania, drudzy zaś — nie. Tak tedy na ogół wyróżniamy trzy rodzaje ludzi na świecie: jawnych grzeszników, prawdziwych chrześcijan i — pośrodku między nimi (mówiących językiem jednych, a więcej lub mniej obcujących z drugimi) — chrześcijan deklaratywnych, zwanych niekiedy chrześcijanami z nazwy. Różnica między jawnymi grzesznikami a prawdziwymi chrześcijanami jest tak oczywista, że nie sposób jej pomylić — nie ma bowiem między nimi nic wspólnego: ani wyznają tych samych prawd, ani tych samych praktyk. Jednak różnica między chrześcijanami deklaratywnymi a prawdziwymi chrześcijanami nie jest już tak wyraźna, i to z następującej przyczyny: prawdziwi chrześcijanie, choć konsekwentni, jednak grzeszą, gdyż nie są jeszcze doskonali; i w tej mierze, w jakiej grzeszą, są niekonsekwentni — i na tym właśnie polega cała niekonsekwencja chrześcijan deklaratywnych. Cóż tedy, można zapytać, jest prawdziwą różnicą między chrześcijaninem prawdziwym a deklaratywnym, skoro obaj wyznają więcej, niż pełnią? Co więcej, gdy pytamy kogoś należącego do tej drugiej klasy — choćby jego życie było jak najbardziej niekonsekwentne — ten powie z pewnością, że chciałby być lepszy; że żałuje swych grzechów; że ciało jest słabe; że sam nie może go przezwyciężyć; że jedynie Bóg może to uczynić; że ufa, iż Bóg to uczyni; i że modli się do Niego, by go do tego zdolnym uczynił. Nie ma takiej formuły słownej, której nie mógłby użyć zwykły chrześcijanin deklaratywny — owszem, zdaje się nawet, że nie ma takiego uczucia, którego nie mógłby żywić — równie dobrze jak chrześcijanin prawdziwy, i na pozór z takim samym uzasadnieniem. Wydaje się on być dokładnie w tej samej sytuacji co prawdziwy chrześcijanin, tylko może trochę za nim; mniej konsekwentny, mniej zaawansowany — lecz na tej samej drodze. Obaj przyznają się do wewnętrznej walki; obaj grzeszą, obaj żałują; cóż tedy ich różni?
Różnic jest wiele; lecz zanim przejdę do tej jednej, na której skupię swoją uwagę, chciałbym, abyście zauważyli, że mówię o różnicach w oczach Bożych. Oczywiście, my, ludzie, możemy w ogóle nie dostrzegać — i często nie dostrzegamy — różnic między tymi, którzy jednak stoją po różnych stronach granicy życia. Nie wolno nam wydawać żadnych absolutnych sądów przed czasem, bo Bóg „bada serca". On jeden, „który bada serca", „zna myśl Ducha". My sami nawet siebie nie znamy doskonale. „Owszem, ja siebie samego nie sądzę," mówi święty Paweł, „ale Ten, który mnie sądzi, jest Pan." Jedynie Bóg może nieomylnie rozróżnić szczerość od nieszczerości, obłudnika od człowieka o prawym sercu. Nie twierdzę oczywiście, że nie możemy o sobie w ogóle sądzić ani że byłoby to bezużyteczne; tu jednak chcę się skupić przede wszystkim na kwestii doktrynalnej, mianowicie: czym prawdziwy chrześcijanin różni się w oczach Bożych od człowieka nieszczernego i chwiejnego w duszy? — pozostawiając wszelkie praktyczne zastosowania, jakich ta kwestia się domaga, by wyszły przy sposobności w toku moich rozważań.
Otóż prawdziwa różnica między chrześcijaninem prawdziwym a deklaratywnym zdaje się być nam wskazana w tekście: „Jeśli jest ochota gotowa, jest miła." Święty Paweł mówi o jałmużnie; jednak to, co powiada, wydaje się stosować ogólnie. Ustanawia zasadę, która ma zastosowanie w wielu różnych przypadkach, choć posługuje się nią w odniesieniu do jednego konkretnego. Szczera, nieskrywana wola czynienia dobra — oto probierz prawdziwych sług Bożych. Z drugiej strony — dwoistość ducha, dążenie do innych celów obok prawdy, a w konsekwencji niekonsekwencja w postępowaniu i poniekąd świadomość tej niekonsekwencji, oraz poczucie konieczności usprawiedliwiania siebie przed sobą samym, przed Bogiem i przed światem — jednym słowem: obłuda — oto znamiona chrześcijanina zaledwie deklaratywnego. Przytoczę teraz kilka przykładów tego rozróżnienia, wziętych z Pisma Świętego i z życia.
Weźmy na przykład dwie wielkie łaski chrześcijańskie: wiarę i miłość. Jak są one charakteryzowane w Piśmie Świętym? — przez to, że są szczere i niepodzielne w swym zamiarze. Tak więc święty Paweł mówi w jednym miejscu, że „celem przykazania jest miłość" — ale jakże? — „miłość z czystego serca," dodaje, „i z dobrego sumienia," i jeszcze dalej: „i z wiary" — ale jakiej wiary? — „wiary nieobłudnej"; albo, jak można to dosłowniej przetłumaczyć: „wiary niehipokrytycznej", bo takie jest znaczenie tego słowa w języku greckim. Gdzie indziej zaś mówi, że „wspomina na wiarę nieobłudną" mieszkającą w Tymoteuszu, a wcześniej w jego matce i babce; to jest dosłownie: „wiarę niehipokrytyczną." Mówi też, że Apostołowie okazali się sługami Bożymi „w łaskawości, w Duchu Świętym, w miłości nieobłudnej" — dosłowniej: „w miłości niehipokrytycznej." Co się tyczy miłości bliźniego: „Miłość niech będzie bez obłudy" — dosłowniej, jak w poprzednich przypadkach: „niech miłość będzie niehipokrytyczna." Podobnie święty Piotr mówi, że chrześcijanie „oczyścili dusze swoje w posłuszeństwie prawdzie przez Ducha ku nieobłudnej miłości braterskiej." I podobnie święty Jakub mówi, że „mądrość, która jest z góry, jest najpierw czysta...", a nieco dalej: „bez względu na osoby i bez obłudy." Zaprawdę, jest to niezwykle znamienne, że trzej Apostołowie, pisząc na różne tematy i w różnych okolicznościach, każdy z nich mówi o wierze lub miłości jako o niehipokrytycznych.
Prawdziwego chrześcijanina można przeto niemal określić jako tego, kto ma przemożne poczucie Bożej obecności w sobie. Jak tylko usprawiedliwieni mają ten przywilej, tak tylko usprawiedliwieni posiadają owo praktyczne jej wyczucie. Prawdziwy chrześcijanin, czyli ten, kto żyje w stanie łaski u Boga, to ten, kto ma w Nim taką wiarę, że żyje w przekonaniu, iż Bóg jest z nim obecny — obecny nie zewnętrznie, nie tylko w naturze czy w Opatrzności, lecz w samym wnętrzu jego serca, w jego sumieniu. Człowiek jest usprawiedliwiony wtedy, gdy jego sumienie jest oświecone przez Boga tak, że na co dzień uświadamia sobie, iż wszystkie jego myśli, wszystkie pierwsze sprężyny jego życia moralnego, wszystkie pobudki i pragnienia są otwarte przed Bogiem Wszechmogącym. Nie jakoby nie wiedział, że jest w nim wiele nieczystości i zepsucia — lecz pragnie on, by wszystko, co w nim jest, było odkryte przed Bogiem. Wierzy, że tak właśnie jest, i nawet raduje się tą myślą, mimo lęku i wstydu, jaki mu to sprawia. On jeden wpuszcza Chrystusa do sanktuarium swego serca; drudzy zaś pragną jakoś pozostać sami, mieć gdzieś w sobie dom, komnatę, trybunał, tron, jaźń bez Boga — dom, który nie jest świątynią; komnatę, która nie jest konfesjonałem; trybunał bez sędziego; tron bez króla — by jaźń była królem i sędzią, a Stwórca był traktowany i do Niego się przystępowało jakby do obcej strony, zamiast uznać Go za owo prawdziwe i lepsze „ja", którego jaźń sama powinna być jedynie narzędziem i sługą.
Pismo Święte mówi nam, że Bóg-Słowo, który za nas umarł i zmartwychwstał, i teraz żyje dla nas i zbawia nas, jest „żywy i skuteczny, ostrzejszy niż wszelki miecz obosieczny, przenikający aż do podziału duszy i ducha, stawów i szpiku, i jest sędzią myśli i zamiarów serca. I nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, lecz wszystkie rzeczy są nagie i obnażone przed oczyma Tego, z którym mamy do czynienia." Prawdziwy chrześcijanin to rozumie; a cóż stąd wynika? — Oto, że intronizuje Syna Bożego w swoim sumieniu, uznaje Go za władzę suwerenną i nie wdaje się z Nim w żadne spory. Nie rozumuje, lecz mówi: „Boże, Ty mnie widzisz." Czuje, że Bóg jest mu tak bliski, iż nie ma miejsca na argument, samoobronę, wymówkę ani sprzeciw. W kwestiach obowiązku odwołuje się nie do własnego rozumu, lecz do samego Boga, którego oczyma wiary widzi i którego czyni swym Sędzią; nie do jakiegoś urojonego stosowności, ani do żadnego z góry powziętego wyobrażenia, ani do żadnej abstrakcyjnej zasady, ani do żadnego namacalnego doświadczenia.
Księga Psalmów nieustannie daje nam przykłady tej postawy głębokiej, prostej, otwartej ufności w Bogu. „Panie, Tyś mnie zbadał i poznał. Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Wnikasz z daleka w moje zamysły... Nie ma bowiem słowa na moim języku: Ty, Panie, już wiesz o nim w całości." „Dusza moja lgnęła do Ciebie, prawica Twoja mnie podtrzymuje." „Gdy się przebudzam, jestem przy Tobie." „W Twoje ręce powierzam ducha mego; Ty mnie odkupiłeś, Panie, Boże wierny." „Powierz Panu swoją drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał. On wydobędzie na jaw jak światło twoją sprawiedliwość, a twoje prawo jak blask południa." „Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest w Twoich oczach." „Wysłuchaj, Panie, słusznej sprawy, zważ na moje wołanie; nakłoń uszu na modlitwę moją z warg bezkłamliwych. Niech wyrok dla mnie wyjdzie od Twojego oblicza, oczy Twoje niech patrzą na prawość. Badałeś moje serce, nawiedzałeś mnie w nocy, próbowałeś mnie w ogniu i nie znalazłeś we mnie winy; bo usta moje nie przekroczyły." I jeszcze raz: „Prowadź mnie swoją radą, a potem przyjmij mnie do chwały. Kogo prócz Ciebie mam na niebie? Gdy jestem z Tobą, nie cieszy mnie ziemia. Niszczeje moje ciało i serce, Bóg jest opoką mego serca i moim udziałem na wieki."
Albo znów rozważcie następujący ustęp z Pierwszego Listu świętego Jana: „Jeśli serce nasze nas potępia, to Bóg jest większy niż nasze serce i wie wszystko. Umiłowani, jeżeli serce nas nie potępia, mamy ufność ku Bogu." A w związku z tym — następujące słowa z tegoż Listu: „Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeśli mówimy, że mamy z Nim wspólnotę, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą... Jeśli wyznajemy nasze grzechy, jest On wierny i sprawiedliwy, aby nam odpuścić grzechy i oczyścić nas z wszelkiej nieprawości." Dalej: „ciemność ustępuje, a prawdziwa światłość już świeci." I jeszcze: „Po tym poznajemy, że trwa w nas: że dał nam ze swego Ducha." I znowu: „Kto wierzy w Syna Bożego, ten ma w sobie świadectwo." A w tym samym związku rozważcie oświadczenie świętego Pawła, że „ten Duch daje świadectwo duchowi naszemu, że jesteśmy dziećmi Bożymi."
Teraz zaś, z drugiej strony, zestawmy taką postawę ducha, która miłuje chodzenie w światłości, z postawą chrześcijanina zaledwie deklaratywnego, czyli — językiem Pisma — obłudnika. Tacy są ci, którzy mają dwa cele, które ścigają: religię i świat; stąd też święty Jakub nazywa ich „mężami o rozdwojonej duszy." Stąd też Pan nasz, mówiąc o faryzeuszach, którzy byli obłudnikami, powiada: „Nie możecie służyć Bogu i mamonie." Człowiek o rozdwojonej duszy, mając tedy dwa cele, nie ośmiela się przystąpić do Boga, bo mógłby zostać zdemaskowany; „wszystko bowiem, co jest napominane, wychodzi na jaw dzięki światłości." I tak, gdy Syn Marnotrawny „wstał i przyszedł do swego ojca," Adam z kolei ukrył się między drzewami ogrodu. Nie był to prosty lęk przed Bogiem, lecz lęk złączony z niechęcią do powrotu ku Bogu. Miał w sercu tajemnicę, którą ukrywał przed Bogiem. Czuł wobec Boga — jak się zdaje, lub przynajmniej tak czują jego potomkowie — tak, jak jeden człowiek często czuje do drugiego w życiu codziennym. Mówi się czasem o kimś: „jest przyjazny, uprzejmy, pełen szacunku, troskliwy, rozmowny; ale mimo to jest w tym coś — może nawet on sam nie wie — ukrytego w tle. Zapewnia, że jest ze mną zgodny; niemal demonstracyjnie okazuje tę zgodność; mówi, że dąży do tych samych celów co ja; a jednak go nie znam, nie nawiązuję z nim bliższości, nie ufam mu, nie poznaję go lepiej niż wtedy, gdym go ujrzał po raz pierwszy." Tak właśnie człowiek o rozdwojonej duszy zbliża się do Najwyższego — ma coś prywatnego, ukrytą głębię jaźni. Patrzy na siebie jakby na stronę niezależną, negocjującą z Bogiem Wszechmogącym jak z jednym ze swoich współbratymców. Stąd, zamiast szukać Boga, niechętnie da się przez Niego szukać. Woli zachować swoje stanowisko i trwać tam, gdzie jest — na ziemi — i na tych warunkach układać się z Bogiem w niebie; tymczasem „kto postępuje zgodnie z prawdą, przychodzi do światłości, aby ujawniono jego czyny, że są dokonywane w Bogu."
Skoro tak jest — skoro w pojęciu człowieka o rozdwojonej duszy są dwie strony: Bóg i jaźń — wynika z tego (jak powiedziałem), że rozumowanie i argumentacja to sposób, w jaki zbliża się on do swego Zbawiciela i Sędziego; i to z dwóch powodów: po pierwsze, dlatego że nie chce oddać się Bogu, lecz obstaje przy swoich prawach i odwołuje się do własnych pojęć o stosowności; po drugie zaś dlatego, że ma jakieś skryte przeczucie, iż jest nieszczery, albo pewną świadomość, że innym może takim się wydawać; i dlatego zabiega o to, by ugruntować swoją pozycję, wytłumaczyć swe postępowanie lub się usprawiedliwić.
Taką właśnie argumentację i wymówkę miał ów nieużyteczny sługa, gdy stanął przed swoim Panem. Inni słudzy mówili: „Panie, mina twoja przyniosła dziesięć" albo „pięć min." Nie mówili nic więcej; nic więcej nie było potrzebne — sprawa mówiła sama za siebie. Lecz ów nieużyteczny sługa nie ośmielił się pozostawić swojego postępowania, by samo opowiedziało swoją historię przed Bożym trybunałem; nie rzekł jedynie: „Panie, oto twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce" — odwołał się niejako do słuszności swego postępowania przeciw swemu Stwórcy: czuł, że musi swoją sprawę uzasadnić i przystąpił do tego. Nie powierzył swych interesów wiecznemu i wszechperfektnemu Rozumowi Bożemu, przed którym stał, lecz okopał się we własnym rozumie.
I znowu: gdy Pan nasz powiedział do uczonego w Piśmie, który odpowiedział Mu, że życie wieczne zyskuje się przez miłość Boga i bliźniego: „Dobrze odpowiedziałeś" — to powinno było wystarczyć. Lecz jego celem nie było podobanie się Bogu, lecz własne wywyższenie. Toteż przystąpił do zadania pytania. „On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest moim bliźnim?" — tymczasem tylko ci są usprawiedliwieni w oczach Bożych, którzy wyrzekają się wszelkiej myśli o usprawiedliwieniu siebie słowem lub czynem; którzy wychodzą od wyznania, że są niesprawiedliwi, i przystępują do Boga nie z własnymi zasługami, lecz błagając o Jego miłosierdzie.
I znowu: tę samą argumentatywną i nieszczerą postawę widzimy obnażoną w postępowaniu faryzeuszów, gdy pytali Chrystusa o władzę, z której działał. Zapytali: „Jaką mocą to czynisz?" Mogło to być pytanie szczerych poszukiwaczy bądź zwykłych oponentów — pytanie wiary lub obłudy. Zobaczcie, jak Pan nasz je rozgryza. Zapytał ich o chrzest Jana, chcąc przez to powiedzieć: jeśli uznają Jana, muszą uznać i Jego samego, o którym Jan mówił. Oni zaś, nie chcąc poddać się Chrystusowi jako nauczycielowi i Panu, woleli wyrzec się Jana, niż przyznać do Niego. Z drugiej strony jednak nie śmieli jawnie zaprzeczyć Janowi z powodu ludu; tak tedy między nienawiścią do Pana naszego a strachem przed ludem nie dali żadnej odpowiedzi. „Naradzali się więc między sobą" — jak czytamy. Wskutek tego Pan nasz pozostawił ich ich rozumowaniom; odmówił powiedzenia im tego, czego sami mogliby się nauczyć, gdyby rozumowali szczerze.
To, co widzimy w Ewangeliach, miało miejsce od samego początku. Pierwsi nasi rodzice mieli wyjaśnienia równie gotowe jak ich potomkowie, gdy przyszedł Chrystus. Najpierw Adam mówi: „Ukryłem się, bom się bał" — choć lęk i wstyd nie były jedynym ani głównym powodem jego ucieczki, lecz niejaka zalążkowa nienawiść — jeśli wolno tak powiedzieć — do swego Stwórcy. I dalej mówi: „Niewiasta, którą mi dałeś... ona mi dała z drzewa." A niewiasta mówi: „Wąż mnie zwiódł." Nie oddali się uczciwie swemu obrażonemu Bogu, lecz mieli coś do powiedzenia w swojej obronie. Następnie Kain, zapytany, gdzie jest jego brat, którego zamordował, odpowiada: „Czyż jestem stróżem brata mego?"
Balaam jest z kolei najprzejrzystszym przykładem rozdwojonej duszy, czyli obłudy. Ma wiarygodne uzasadnienie dla wszystkiego, co czyni; potrafi się tak zręcznie bronić, że po dziś dzień uchodzi za człowieka dobrego, a jego postępowanie i losy wprawiają w zakłopotanie niejednego czytelnika. Lecz czym innym jest mieć dobre usprawiedliwienia, czym innym — dobre pobudki. Nie miał w sercu miłości prawdy ani miłości Bożej; pożądał dóbr doczesnych; i dlatego wszystkie jego usprawiedliwienia jedynie poświadczają, że był człowiekiem o rozdwojonej duszy.
I znowu: Saul jest innym nader znamiennym przykładem człowieka działającego dla własnych celów, a jednak mającego wiarygodne uzasadnienia swoich czynów. Złożył raz ofiarę bez stosownego upoważnienia — był to grzech; ale jaką miał wymówkę? Całkiem poważną. Samuel obiecał przybyć, by złożyć ofiarę, i nie przybył. Saul czekał kilka dni, lud tracił ducha, wojsko jego topniało, a nieprzyjaciel był tuż — i dlatego, jak sam mówi, „czuł się zmuszony."
Takie jest postępowanie ludzi nieszczerych w trudnościach. Może ich trudność jest prawdziwa; ale różnią się od szczerych tym oto: szczerzy szukają Boga w swojej trudności, czując, że tylko Ten, który ją zsyła, może ją usunąć; ludzie zaś nieszczerzy nie lubią się udawać do Boga; i trudność jest dla nich jedynie pewnym zyskiem, dostarcza im bowiem pozornego powodu, swoistej wymówki, by nie postępować według reguły Bożej, lecz rozstrzygać po swojemu. Tak Saul szedł własną drogą; tak Jeroboam, znalazłszy się w trudności, postawił złote cielce i ustanowił nowe nabożeństwo bez Bożego nakazu. Natomiast gdy Ezechiasz był w utrapieniu, wziął list Sennacheryba „i wyszedł do domu Pańskiego, i rozpostarł go przed Panem." A gdy święty Piotr tonął w wodzie, zawołał do Chrystusa: „Panie, ratuj mię." I podobnie pobożny Dawid, gdy zgrzeszył, licząc lud, i gdy nakazano mu wybrać jedną z trzech kar, okazał tę samą szczerość i prostotę serca, wybierając spośród trzech tę, którą najtrafniej można określić jako „wpadnięcie w ręce Pańskie." Jeśli musi cierpieć, niech Pan go ukarze. „Jestem w wielkim ucisku," mówi; „wpadnijmy w ręce Pańskie, bo wielkie jest miłosierdzie Jego; a nie chcę wpadać w ręce ludzkie."
Wielka tedy jest różnica między chrześcijanami szczerymi a nieszczerymi, choćby ich słowa były do siebie podobne; i nie potrzeba mówić, że to, co pokazałem na kilku przykładach, mogłoby być ilustrowane raz po raz z każdej części Pisma Świętego, a szczególnie z historii Żydów zawartej u Proroków. Wszyscy ludzie grzeszą, nawet po otrzymaniu łaski Bożej; prawdziwi słudzy Boży wyznają i grzeszą — grzeszą i żałują; i obłudnicy wyznają i grzeszą — grzeszą i żałują. Tak więc obie strony są do siebie podobne. Lecz Słowo Boże odróżnia jednych od drugich tym probierzem, że Chrystus mieszka w sumieniu jednych, lecz nie drugich; że jedni otwierają serce na Boga, drudzy — nie; że jedni traktują Boga Wszechmogącego jedynie jako przypadkowego gościa, drudzy — jako Pana i właściciela wszystkiego, czym są; że jedni wpuszczają Go jakby na jedną noc lub na określony czas, drudzy zaś oddają siebie Bogu i uważają się za sługę i narzędzie Boże teraz i na wieki. Nie większa jest różnica między zażyłością przyjaciół a prostą znajomością; nie większa jest różnica między towarzyskim obcowaniem z kimś, bycia wobec niego uprzejmym i uczynnym, wymianą grzeczności, a otwarciem przed kimś serca, wpuszczeniem go do niego, wejrzeniem w jego wnętrze, miłowaniem go i życiem w nim — niż różnica między zewnętrznym kultem obłudnika a wewnętrzną pobożnością prawdziwej wiary; między przystępowaniem do Boga ustami a wierzeniem w Niego sercem; między tak otwieraniem się na Ducha, że On się na nas otwiera, a tak życiem dla siebie, że gasi się światło nieba.
Teraz zaś, co się tyczy zastosowania tego, co wykazałem z Pisma Świętego, do nas samych — to, bracia, pozostawię sumieniu każdego z nas, a kilka słów wystarczy, by to uczynić. Czy otwieracie tedy na co dzień swe serca i poddajecie swe myśli Bogu Wszechmogącemu? Czy żyjecie w tym przekonaniu o Jego Obecności i czy macie to szczególne świadectwo, że owa Obecność jest w was prawdziwie ustanowiona ku waszemu zbawieniu — to znaczy, że żyjecie w jej poczuciu? Czy wierzycie i postępujecie stosownie do tej wiary, że Jego światło przenika wasze serce i jaśnieje przezeń, jak promienie słońca przez komnatę? Wiecie, jak wyglądają rzeczy, gdy pada na nie światło słoneczne — samo powietrze zdaje się wtedy pełne nieczystości, których przedtem, zanim słońce wzeszło, nie było widać. Tak jest z naszymi duszami. Pełni jesteśmy plam i skażeń, których nie widzimy; są jak powietrze przed wschodem słońca. Lecz choć my ich nie widzimy, Bóg je widzi; przenika nas jak promień słoneczny. Nasze dusze są w Jego oczach pełne rzeczy, które obrażają, które wymagają pokuty, przebaczenia i odrzucenia. On, w słowach Psalmisty, „postawił nasze nieprawości przed obliczem swoim, nasze grzechy skryte w światłości swojego oblicza." Jest to jak najbardziej prawdziwe, choć wcale nienajmilsza nauka dla wielu. Nie możemy się przed Nim ukryć; a nasza mądrość, tak jak i nasz obowiązek, polega na przyjęciu tej prawdy, poddaniu się jej i działaniu wedle niej. Błagajmy Go przeto, by nauczył nas Tajemnicy swojej Obecności w nas, abyśmy — przez jej uznanie — mogli ją posiadać owocnie. Wyznawajmy ją w wierze, abyśmy ją posiadali ku usprawiedliwieniu. Uznawajmy ją tak, by stawiać Go przed sobą we wszystkim. „Postawiłem sobie Pana zawsze przed sobą" — mówi Psalmista — „bo jest po mojej prawicy, nie zachwieję się." Miejmy Go przed oczyma we wszelkich okolicznościach. Czy zgrzeszyliśmy — nie śmiejmy się trzymać z dala od Niego, lecz jak syn marnotrawny: wstańmy i idźmy do Niego. Albo jeśli niczego sobie nie jesteśmy świadomi, nie przechwalajmy się sobą ani nie usprawiedliwiajmy, lecz pamiętajmy, że „Ten, który nas sądzi, jest Pan." W każdych okolicznościach — radości i smutku, nadziei i lęku — dążmy do tego, by mieć Go w najgłębszym wnętrzu serca; niech nie będzie w nas żadnej tajemnicy z dala od Niego. Uznawajmy Go jako zasiadającego na tronie w nas, u samych źródeł myśli i uczucia. Poddawajmy się Jego kierownictwu i suwerennemu przewodnictwu; przychodźmy do Niego, by nam przebaczył, oczyścił nas, przemienił, prowadził i zbawił.
To jest prawdziwe życie świętych. To jest posiadanie Ducha, który świadczy z duchem naszym, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Tylko taka wiara zniesie grozy Dnia Ostatniego; tylko taka wiara będzie odporna na owe gwałtowne płomienie, które otoczą Sędziego, gdy przyjdzie ze swoimi świętymi Aniołami, by oddzielić „tych, którzy Bogu służą, od tych, którzy Mu nie służą."