*(Pierwsza Niedziela po Trójcy Świętej)*
*„Chlubą naszą jest to: świadectwo sumienia naszego, że w prostocie i szczerości Bożej, nie w mądrości cielesnej, lecz w łasce Bożej postępowaliśmy na tym świecie, a szczególnie względem was."* — 2 Kor 1,12
Tymi słowy wielki Apostoł odwołuje się do swego sumienia na świadectwo, że żył w prostocie i szczerości, z jedynym celem i czystym sercem, jako ten, kto był oświecony i prowadzony łaską Bożą. Podobne odwołania czyni przy innych okazjach; stawając przed żydowską radą, mówi: „Mężowie bracia, postępowałem wobec Boga w pełni dobrego sumienia aż do tego dnia." A w Drugim Liście do Tymoteusza mówi o tym, że służył Bogu od przodków swoich „z czystym sumieniem."
W tekście zaś wyraźnie stwierdza — co zresztą zakłada nieodmiennie, ilekroć odwołuje się do sumienia — że to odwołanie napełnia go radością. Dane mu było poznać własną szczerość w takiej mierze, że mógł z pokorą znajdować w niej ukojenie i czerpać z niej otuchę. „Chlubą naszą jest to" — mówi — „świadectwo sumienia naszego." Podobnie pisze do Galatów: „Niech każdy bada własne postępowanie, a wtedy będzie miał powód do chluby w sobie samym, a nie w kimś innym." I tak samo mówi św. Jan: „Jeśli serce nasze nas nie oskarża, mamy ufność ku Bogu." Taka była ufność, taka radość św. Pawła i św. Jana: nie że mogli dokonać czegokolwiek miłego Bogu własnymi siłami, lecz że dzięki Jego łasce mogli żyć tak, by żywić pogodną nadzieję Jego życzliwości — teraz i na wieki.
To samo uczucie wyraża się często w Psalmach: świadomość niewinności i prawości, zadowolenie z niej, odwołanie do Boga w jej sprawie oraz ufność w następstwie tego co do Jego życzliwości. Dla przykładu — „Rozsądź mnie, Panie" — mówi Dawid; odwołuje się do Boga, który bada serca — „bom chodził niewinnie; ufność moja była też w Panu, przeto nie zachwieję się." Dalej błaga Boga, by wspomagał go w tym poznaniu siebie: „Badaj mnie, Panie, i doświadcz mnie; wypróbuj nerki moje i serce moje" — to jest, by snadź nie łudził się co do tego, czym w istocie nie jest. Następnie wymienia szczegółowe punkty, w których Bóg dozwolił mu być posłusznym: „Nie przebywałem z ludźmi próżnymi; i nie pójdę z przewrotnymi; nienawidziłem zgromadzenia złoczyńców i z bezbożnymi nie siądę. … Co do mnie, chodziłem w niewinności; wybaw mnie i zmiłuj się nade mną. Noga moja stała na prostej drodze; będę wielbił Pana w zgromadzeniach." W tym i innych miejscach Psalmów ukazane są nam dwie prawdy: że możliwe jest być niewinnym i posiadać ową świadomość swej niewinności, która czyni nas szczęśliwymi na myśl, że oko Boże jest na nas skierowane. Zatrzymajmy się więc nad prawdą, której zapewniają nas zgodnie Apostołowie i Prorocy.
To, co tekst określa mianem „prostoty i szczerości," uważam dla wszystkich celów praktycznych za równoznaczne z tym, co Pismo Święte nazywa gdzie indziej „sercem doskonałym"; przynajmniej to ostatnie wyrażenie rzuci nieco światła na znaczenie pierwszego. Wiadomo wam, że w historii świętej królów judzkich często mówi się o nich, że chodzili lub nie chodzili z Bogiem doskonałym sercem. Dla przeciwstawienia temu wyrażeniu rozważcie, co mówi nasz Zbawiciel o usiłowaniu faryzeuszy służenia Bogu i mamonie, oraz co mówi św. Jakub o człowieku o rozdwojonym sercu. Doskonałym sercem służy ten, kto służy Bogu we wszystkich dziedzinach swego obowiązku; i nie tu i ówdzie, lecz tu i ówdzie, i wszędzie; nie doskonale, jeśli chodzi o jakość posłuszeństwa, lecz doskonale, jeśli chodzi o jego zasięg; nie całkowicie, lecz konsekwentnie. Tak iż może odwołać się do Boga z Psalmistą i powiedzieć: „Badaj mnie, Panie, i doświadcz mnie; i zbadaj, co jest na dnie serca mego" — z pokorną ufnością, że nie ma żadnej dziedziny jego obowiązku, na którą Bóg Wszechmogący mógłby wskazać i rzec: „Tu nie jesteś ze Mną;" żadnej, w której nie stawia Boga przed sobą, nie pragnie Mu się podobać i nie stara się być przez Niego prowadzonym. I podobne zdaje się być znaczenie słów św. Jakuba, gdy mówi z drugiej strony, że „ktokolwiek zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stał się winnym wszystkiego;" albowiem taki jest sercem niedoskonały, czyli o sercu rozdwojonym.
Otóż takie zdaje się być i znaczenie słowa, którym posługuje się nasz Zbawiciel, mówiąc o obłudniku. Obłudnik to ten, kto wyznaje, że wiernie służy Bogu, podczas gdy służy Mu tylko w jednej jakiejś dziedzinie swego obowiązku, nie zaś we wszystkich. Słowo to jest dziś powszechnie rozumiane jako oznaczające kogoś, kto używa wyznania religijnego jako narzędzia do osiągania celów doczesnych, albo kto chce zmylić ludzi i sprawić, by brali go za coś, czym nie jest. Nie jest to dokładnie jego znaczenie w Piśmie Świętym, które zdaje się raczej oznaczać człowieka pragnącego (jeśli wolno mi użyć tych słów) zwieść Boga; kogoś, kto choć serce jego — gdyby był z nim szczery — powiedziałoby mu, że *nie* służy Bogu doskonale, jednak nie pyta swego serca, nie słucha go, igra ze swoim sumieniem, jest *zdeterminowany*, by wierzyć, że jest człowiekiem pobożnym, i (jakby dla umocnienia się we własnym fałszywym przekonaniu, i z różnych pomieszanych pobudek trudnych do rozeznania) głosi przed Bogiem swą szczerość i niewinność, odwołuje się do Boga, i tym samym rości sobie prawo do nagrody za niewinność.
Spróbujmy więc teraz opisać ów stan serca, który Pismo Święte nazywa prostym i szczerym, doskonałym lub niewinnym; i który to stan jest takiej natury, że człowiek może wiedzieć, iż go posiada, i z pokorą się z niego cieszyć.
Z natury jesteśmy tym, czym jesteśmy — grzeszni i skażeni, jak dobrze wiemy; a jednak lubimy być tym, czym jesteśmy, i z wielu powodów zmiana jest nam bardzo nieprzyjemna. Nie możemy zmienić sami siebie — to też dobrze wiemy, albo przynajmniej bardzo mało doświadczenia nas tego nauczy. Jedynie Bóg może nas zmienić; jedynie Bóg może dać nam pragnienia, uczucia, zasady, spojrzenie i upodobania, jakie zmiana ta zakłada — to też wiemy, bo mówię tu cały czas o ludziach mających zmysł religijny. Czegóż zatem brak nam, wyznającym wiarę? Powtarzam: oto czego: *gotowości do zmiany*, gotowości do znoszenia — jeśli wolno mi użyć takiego słowa — gotowości do znoszenia tego, że Bóg Wszechmogący nas zmienia. Nie chcemy porzucić dawnych siebie; i w całości lub w części, choć wszystko oferowane jest nam darmo, kurczowo trzymamy się dawnych siebie. Choćby nam obiecano, że zmiana nie sprawi nam żadnego trudu, że nie będzie w niej zaparcia się siebie ani żadnego wysiłku, sprawa nie uległaby zmianie. Nie chcemy być na nowo stworzeni; boimy się tego; to wytrąca nas z całego naszego naturalnego porządku, ze wszystkiego, co nam bliskie. Zdaje nam się, że nie będziemy już sobą, jeśli nie zachowamy jakiejś cząstki tego, czym byliśmy dotychczas; i choć w ogólnych słowach wyznajemy, że pragniemy zmiany, gdy przychodzi do czynu, gdy stają przed nami konkretne przypadki zmiany, cofamy się przed nimi i zgadzamy się pozostać bez zmiany. To właśnie owa zasada szukania siebie, jeśli tak mogę się wyrazić, ów wpływ własnego „ja" na nas, jest naszą zgubą. Powtarzam — mówię o tych, którzy wyznają wiarę. Inni oczywiście otwarcie kierują się wyłącznie sobą; pobłażają ciału lub dążą za światem. Lecz gdy człowiek przychodzi do Boga, by dostąpić zbawienia, to właśnie wtedy — mówię — istotą prawdziwego nawrócenia jest oddanie siebie, oddanie bezwarunkowe i bezwzględne; a to jest słowo, którego większość ludzi przychodzących do Boga nie może przyjąć. Pragną być zbawieni, lecz na swój własny sposób; pragną (że tak powiem) układać się na warunkach, zachować swoje dobra przy sobie; tymczasem prawdziwy duch wiary prowadzi człowieka do odwrócenia się od siebie ku Bogu, do niedbania o własne życzenia, obecne przyzwyczajenia, znaczenie czy dostojeństwo, prawa, opinie, i do powiedzenia: „Oddaję się w Twoje ręce, Panie; czyń ze mną, co zechcesz; zapominam o sobie; wyrzekam się siebie; umarłem dla siebie; będę szedł za Tobą." Samuel, Izajasz i św. Paweł — trzej święci w bardzo różnych okolicznościach — wszyscy to ilustrują. Dziecię Samuel, pouczony przez Helego, mówi: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha." Prorok Izajasz mówi: „Oto jestem, poślij mnie." I jeszcze dokładniej do rzeczy odnoszą się słowa św. Pawła, gdy zatrzymany przez cudowne widzenie, mówi: „Panie, co chcesz, abym czynił?" Oto właśnie głos oddania siebie: „Czego ode mnie chcesz? Postąp ze mną po Swojemu; cokolwiek to jest, przyjemne czy bolesne — uczynię to." Słowa godne tego, kto miał być dla późniejszych pokoleń wzorem prostoty, szczerości i czystego sumienia; i jak mówił, tak działał, bo we własnej narracji tego, co się przydarzyło, dodaje: „Nie byłem nieposłuszny niebieskiemu widzeniu."
Teraz podam kilka przykładów dla zilustrowania.
1. Pewien bardzo pospolity przypadek — choć nie taki, w którym ludzie mogliby mieć pretensje do miana szczerych — to gdy postanawiają, że gruntowniej się nawrócą późnej albo że surowieje będą żyć, lecz dopiero później. Niemniej posłuży to wyjaśnieniu tego, co chcę powiedzieć. Niestety! przypadek ten jest tak powszechny, że nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy spośród tu obecnych, gdyby byli szczerzy, wyznali to o sobie samych — że nie śmią oddać się w ręce Boże, by snadź nie uczynił z nich tego, czego nie lubią. Oto więc brak doskonałego serca — cofnięcie się przed bezwzględnym oddaniem i ofiarowaniem siebie Bogu.
2. Otóż w wielu przypadkach brak doskonałości objawia się w tym, że trzymają się z dala — i to uparcie — od Wieczerzy Pańskiej. Nie mówię tu o przypadku jawnych grzeszników. Rzecz jasna, dobrze jest, gdy czują się niezdolni; byłoby bowiem straszne, gdyby tak nie czuli. Nie twierdzę też, że wielu nie trzyma się z dala z powodu obaw, których nie powinni mieć, a które są omylne. Ale jest jednak wielka liczba takich, którzy mają dobre słowa na ustach, wyznają wszelką cześć i wszelką służbę wobec Boga, uznają Jego moc i miłość, wierzą w to, co Chrystus dla nich uczynił, i mówią, że pragną być przez Niego rządzeni i umrzeć śmiercią sprawiedliwych, a jednak są zupełnie nieprzejednani w tej jednej kwestii. Dlaczego tak jest? Obawiam się, że z tego oto powodu. Nie śmią wyznać przed obliczem Bożym, że będą Mu służyć. Nie śmią przyrzekać; nie śmią się modlić. Nie śmią błagać Go, by uczynił ich całkowicie Jego. Nie śmią prosić Go, by odkrył im ich grzechy ukryte. Nie śmią przystępować do Ustanowienia, w którym Bóg spotyka ich twarzą w twarz. Podobnie jak niejeden człowiek powie nieprawdę, lecz nie odważy się jej przysiąc, tak są ludzie, którzy składają niedbałe wyznania posłuszeństwa, lecz nie śmią stawić się w okolicznościach, gdy może być im dane słowo. I jak tchórze ukrywają przed sobą własne tchórzostwo, póki nie znajdą się w niebezpieczeństwie, tak ci ukrywają swą obłudę, póki nie muszą zająć stanowiska. Wyznają ogólnikowo; lecz nie śmią definitywnie i uroczyście powiedzieć: „I tu ofiarujemy i przedstawiamy Tobie, Panie, nasze dusze i ciała, jako rozsądną, świętą i żywą ofiarę Tobie."
3. Inny przykład nieszczerości mamy przed sobą w postępowaniu młodego człowieka w Ewangelii, który przybiegł do Chrystusa, mówiąc: „Nauczycielu dobry." Nie znał siebie należycie i pochlebiał sobie, że jest doskonały sercem, mając jednak zastrzeżenie w swoim posłuszeństwie. Zauważycie, że był nawet śmiały i nieukrzeczony w sposobie bycia; i tu zdaje się, że otrzymujemy pewną naukę. Gdy ludzie młodzi zwracają się ku przedmiotom religijnym bez należnej czci i bojaźni Bożej, gdy rzucają się ku nim porywczo, oddają się im gorączkowo, mówią o nich namiętnie i wyznają je ostentacyjnie, powinni być bardzo podejrzliwi wobec siebie, by snadź nie było w nich czegoś złego. Ludzie zupełnie uczciwi, którzy naprawdę pragną oddać się Chrystusowi, obliczyli koszta. Czują, że ofiara, którą składają, nie jest mała; czują jej trudność i jej ciężar; dlatego nie mogą porywczo ofiarować swych usług. Nie mogą powiedzieć: „Panie, pójdę za Tobą, dokądkolwiek pójdziesz" — to za wielkie wyznanie. Nie śmią powiedzieć: „Wszystkiegom tego przestrzegał od młodości mojej" — by snadź po wszystkim nie odkryli w sobie czegoś brakującego. Nie mają serca, by powiedzieć „Nauczycielu dobry" poufałym, lekkim tonem w obliczu Tego, kto zastępuje im Boga i którego słowa nakładają obowiązki. Młody władca przybiegł, nie czekając, aż Chrystus spojrzy nań lub go powoła — nie z bojaźnią, lecz narzucając się. Chrystus odsłonił to, co było w jego sercu, a ten, który przybiegł, by Go pozdrowić, odszedł zasmucony.
4. I tu może nieco zrozumiemy różnicę między pierwszym a drugim wyznaniem służby Chrystusowi przez św. Piotra. Pierwsze złożył z własnej woli. Chrystus powiedział był: „Dokąd Ja idę, ty nie możesz teraz za Mną iść." On zaś odpowiedział: „Panie, dlaczego teraz nie mogę iść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie." Możemy wprawdzie powiedzieć, że jego upadek był jedynie przejawem słabości — tak być może było — a jednak zdaje się prawdopodobne, że w chwili gdy to mówił, nie miał owego doskonałego nabożeństwa do Chrystusa, które miał potem. Nie wyobrażajmy sobie, że owego wcześniejszego razu, gdy „opuścił wszystko i poszedł" za Chrystusem, lub gdy wyszedł ku Niemu po wodzie, święty Apostoł nie działał z pełni doskonałego serca; możemy jednak pobożnie przypuszczać, że aż do Zesłania Ducha stan jego duszy był zmienny i niekiedy miał w sobie więcej z nieba niż w innych chwilach. Możemy domniemywać, że ten, który najpierw powiedział: „Tyś jest Chrystus", a potem: „Niech to będzie dalekie od Ciebie, Panie" — raz zyskując błogosławieństwo, raz naganę niemal jednym tchem — w tej właśnie chwili nie doszedł do owej szczerości, którą wykazał wcześniej i potem. Możemy domniemywać, że jego winą nie było jedynie zwodzenie siebie samego, lecz w pewnej mierze zastrzeżone nabożeństwo; że był ów jeden kąt (jeśli tak można powiedzieć) jego serca, który w tej chwili nie należał do Chrystusa; albowiem im bardziej tak jest, tym głośniej ludzie zazwyczaj mówią, by stłumić narastające wyrzuty sumienia. Gdy człowiek w połowie podejrzewa własną uczciwość, głośno się z niej wynosi. Porównajcie z tym słowa św. Piotra po zmartwychwstaniu Pana. Najpierw czeka, aż Chrystus powie: „Pójdź za Mną"; następnie zauważcie odpowiedź jego na słowa Chrystusa: „Panie, Ty wszystko wiesz; Ty wiesz, że Cię miłuję." Wtedy czuł, że może odwołać się do Sędziego badającego serca na świadectwo, że składa bezwarunkowe oddanie siebie. Nie mówił tak przedtem.
5. Inną ilustrację można zaczerpnąć ze stanu ducha, który niemało razy spotyka się u człowieka, który doznał krzywdy lub zniewagi i obowiązany jest wybaczyć sprawcom. Zakładam człowieka dobrej woli i pobożnego; pada on często pod pokusę przebaczenia im do pewnego stopnia, przy jednoczesnym zastrzeżeniu na rzecz własnej godności lub zaspokojeniu swego poczucia sprawiedliwości, i tym samym brania sprawy po części we własne ręce. Nie może się zdobyć na to, by uczciwie zrzeknąć się każdej cząstki żalu i zdać swoją sprawę wprost Bogu, pamiętając o słowach: „Moja jest pomsta; Ja oddam." Ten opór widać niekiedy bardzo wyraźnie w innych okolicznościach, w przykładzie dzieci, które — czy to z powodu złego humoru, uporu, czy też innej wady — nie mogą się zdobyć na to właśnie, co powinny uczynić, co wystarcza, co sięga granicy. Są zupełnie świadome swego błędu i pragną postąpić dobrze; wykonają wiele dobrych rzeczy poniżej tego, czego się od nich wymaga; okażą chęć pojednania ze stronami, które są z nimi niezadowolone; będą krążyć wokół swego obowiązku — lecz z pychy lub innego złego uczucia cofają się przed zbliżeniem się do niego i, że tak powiem, uściskaniem go. Jeśli zaś zawiniły, będą szukać wymówek lub wyznawać w połowie; zrobią wiele, lecz nie mogą się zdobyć na czyn całkowity i na otwarte wyznanie.
6. Na koniec można wspomnieć o przypadku tych, którzy szukają prawdy. Jakże często boją się lub nie chcą zdać się na prowadzenie Boże i prosić Go, by ich uczył! Jakże nie chcą przyrzec w Jego obliczu, że pójdą za prawdą, dokądkolwiek ich poprowadzi! Lecz czy z obawy przed tym, co powie świat, przed niezadowoleniem przyjaciół, drwinami obcych lub triumfem nieprzyjaciół, czy też z powodu jakiegoś własnego wymysłu lub uprzedzenia, z którego niechętnie rezygnują, wstrzymują się i myślą, że zdobędą prawdę nie przez to, że wstaną i po nią przyjdą, lecz — jakby przez zwykłe niedbałe wyciągnięcie i chwycenie ręki, siedząc wygodnie lub oddając się innym zajęciom, które ich pochłaniają. Wiele można by powiedzieć o tym, co jest bardzo płodną częścią przedmiotu.
We wszystkich tych sposobach tedy — do których można by dodać wiele innych — ludzie służą Bogu, lecz nie służą Mu doskonałym sercem, ani „w prostocie i szczerości." I wyjaśniając to, co uważam za znaczenie Pisma przez doskonałość zamierzenia, wyjaśniłem też po części, dlaczego człowiek musi wiedzieć, czy ją posiada. Jest to bowiem stan ducha, który zazwyczaj nie pozostanie ukryty przed tymi, którym jest dany. Nie bardziej różni się lód od płynącego strumienia niż połowiczny cel od całkowitego. „Powieje wiatrem Swoim, a wody płyną." Tak dzieje się, gdy Bóg nakłoni serce, by otwarło się na Niego i przyjęło Go w całości. Człowiek dostrzega wyraźną różnicę w uczuciu w porównaniu z tym, czym był — różnicę, której w zwykłych okolicznościach nie może się mylić. Może wcześniej składał postanowienia, może przekonywał siebie o własnej szczerości, może (że tak powiem) upewniał siebie, że nic więcej nie można od niego wymagać nad to, co uczynił, może pytał siebie, cóż jeszcze pozostaje do zrobienia, a jednak czuł w sobie pewne coś, co wciąż potrzebowało uciszenia, co nieustannie narastało i go niepokoiło, i musiało być na nowo tłumione. Lecz gdy naprawdę oddaje siebie Bogu, gdy zbiera się w sobie na to, by uczciwie powiedzieć: „Ofiaruję Ci to ukochane życzenie, tę namiętność, tę słabość, ten zamysł, to mniemanie: uczyń ze mnie, czym chcesz mnie mieć; o nic nie przetarguję; nie stawiam warunków; nie domagam się uprzedniej wiadomości, dokąd mnie prowadzisz; będę tym, czym Ty zechcesz mnie uczynić, i wszystkim tym, czym Ty zechcesz mnie uczynić. Nie mówię: pójdę za Tobą, dokądkolwiek pójdziesz — bom słaby; lecz oddaję się Tobie, byś mnie prowadził, gdziekolwiek zechcesz. Pójdę za Tobą w ciemności, tylko błagając Cię, byś dawał mi siłę stosownie do każdego dnia. Doświadcz mnie, Panie, i zbadaj, co jest na dnie serca mego; wypróbuj mnie i rozeznaj myśli moje; wejrzyj, czy jest we mnie jakaś droga nieprawości;" przeszukaj każdy mroczny zakamarek Twym własnym jasnym światłem, „i prowadź mnie drogą wieczną" — cóż to za różnica! Jak wyraźna, dostrzegalna zmiana, której nie sposób się mylić! Jakie poczucie zadowolenia rozlewa się po umyśle! Jakie przekonanie, że nareszcie czynimy to, co czynić powinniśmy, i podobamy się Bogu, Zbawicielowi naszemu! Taka jest szczęśliwość i nagroda wyznania. „Rzekłem: wyznam grzechy moje Panu, a Tyś odpuścił nieprawość grzechu mego." Mało znaczy, czy jest to postanowienie na przyszłość czy wyznanie przeszłości; obydwa niosą w sobie ten sam duch. Jeśli ktoś wyznaje bez pragnienia poprawy, nie jest to prawdziwe wyznanie; lecz ten, kto przychodzi do Boga, by wyjawić przed Nim ze smutkiem wszystko, co zna złego w sobie, tym samym pragnie i zaczyna to, co jest dobre i święte; a ten, kto przychodzi, by błagać Go, by uczynił w nim wszystko, co dobre i święte, tym samym milcząco potępia i pokutuje za wszystko, co w nim złe. I tym sposobem jest on zupełnie niewinny; albowiem całe jego życie składa się bądź z uczciwego usiłowania, bądź z uczciwego wyznania, ze ścisłości w czynieniu lub żalu za nieczynienie, z prostoty i szczerości, pokuta zaś jest z jednej jego strony, a posłuszeństwo z drugiej. Taka jest moc udzielona w Ewangelii Bożą łaską uczciwemu zamierzeniu. Albo ono czyni, albo wymazuje to, co nie jest uczynione; lub raczej jednym aktem i samym w sobie, który jest jednym, zarazem wykonuje część i wymazuje resztę.
I tu oczywistym jest wskazanie na znaczenie tego, co powiedziano, dla zagadnienia Usprawiedliwienia. Wiemy, że wiara nas usprawiedliwia; lecz cóż jest sprawdzianem prawdziwej wiary? Uczynki są jej świadectwem; lecz są nim ogólnie, po wystarczającym czasie, dla innych i na sądzie dnia ostatecznego. Trudno je uznać za świadectwo wyraźne i dostępne dla osobistego pokrzepienia człowieka w każdej chwili, gdy go szuka. Jedne rzeczy robi dobrze, inne źle; i jest bystrzejszy i wrażliwszy w dostrzeganiu swych upadków niż udanych wysiłków. Jeśli to, co czyni dobrze, jest świadectwem wiary, to to, co czyni źle, będzie dla niego bardziej przekonującym dowodem, że wiary nie posiada; i tym sposobem nie może definitywnie odwołać się do swych uczynków. Sądzę, że bezwzględnej pewności co do swojego stanu nie można w tym życiu w żaden sposób osiągnąć; lecz najbliższe podejście do takiej pewności, jakie jest możliwe, zdaje się dawać właśnie owa świadomość otwartości i prostoty ducha, owo dobre porozumienie (jeśli wolno mi użyć takiego wyrażenia) między duszą a jej sumieniem, do którego tak często nawiązuje św. Paweł. „Chlubą naszą jest to" — mówi — „świadectwo sumienia naszego, że w prostocie i szczerości Bożej postępowaliśmy na tym świecie." Nie radował się swą wiarą, lecz był usprawiedliwiony przez wiarę, bo mógł się radować swą szczerością. Doskonałość serca, proste pragnienie podobania się Bogu, „duch bez fałszu," prawdziwa i wierna wola — gdy te są obecne, wiara usprawiedliwia; a ponieważ ci, którzy posiadają tę nieskazitelność, będą jej mniej lub bardziej świadomi, dlatego — po należytym wzięciu w rachubę przygnębienia ducha, zamętu umysłu, przerażenia z powodu grzechów przeszłych i tym podobnych — ostatecznie, na ogół, naprawdę pobożni ludzie będą zwykle żywić cichą, lecz kojącą nadzieję i ufność, że są w stanie usprawiedliwienia. Mogą mieć tę nadzieję mniej lub więcej; mogą na nią bardziej lub mniej zasługiwać; niekiedy mogą nawet jej nie dostrzegać, a jednak może ich ona potajemnie podtrzymywać; mogą sądzić, że są w zupełnych ciemnościach, a może to właśnie ona oświeca ich drogę naprzód; mogą co dzień zmieniać uczucia co do swego stanu, a jednak — czy potrafią zebrać dowody zadowalające ich rozum, czy też nie — jeśli naprawdę są doskonali sercem, będzie to owo tajemne poczucie szczerości, wbrew rozumowi lub za nim, które szeptem zwiastuje im pokój. Z drugiej strony, nigdy nie wzrośnie ono ponad spokojną ufność nawet u spokojnych, pogodnych i świętych dusz. One też aż do końca będą mówić jedynie: „Wierzę, Panie; pomóż niedowiarstwu memu." Będą też mówić słowami św. Pawła: „Nic sobie nie jestem świadom, lecz nie tym jestem usprawiedliwiony, gdyż Ten, który mnie sądzi, jest Pan." „Sądź mnie, Panie; doświadcz mnie; zbadaj grunt serca mego; Ty jeden sądź mnie, jedyny Sędzia; sam siebie nie sądzę. Mówię tylko: Ty mnie znasz; nie mówię: Ja znam." Jedynie faryzeusz mówił: „Panie, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie." My możemy jedynie „przepasać biodra umysłu naszego, być trzeźwymi i mieć nadzieję aż do końca, i czas pielgrzymki naszej tutaj przebywać w bojaźni," choć „dzień zaświtał i jutrzenka wzeszła w sercach naszych."
Jeszcze jedna uwaga musi być dodana. Można zarzucić, że jeśli poczucie dobrego sumienia jest dla nas świadectwem naszego usprawiedliwienia, to w stanie usprawiedliwienia są również osoby stojące poza Kościołem, byleby to poczucie posiadały. Odpowiadam krótko — bo mówienie tu obszernie byłoby nie na miejscu — że każdy będzie sądzony według swego światła i swych przywilejów; a każdy człowiek, który naprawdę posiada świadectwo dobrego sumienia, postępuje zgodnie z posiadanym przezeń światłem, jakiekolwiek ono jest. Nie wynika stąd jednak, że zawsze tak postępował; ani co jest jego światłem; ani w jakim stopniu jest w łasce; ani też czy mógłby być w większej, gdyby jego poprzednie czyny były inne, niż były. Wynika z tego jedynie, że jest przyjęty w takim stanie, w jakim się znajduje, czy to większej, czy mniejszej łaski, pogaństwa, schizmy, zabobonu czy herezji; i to dlatego, że jego obecne błędy i uchybienia nie są dobrowolne. I podobnie, w przypadku członków Kościoła, dobre sumienie świadczy o przyjęciu przez Boga stosownie do owej miary przyjęcia, jaką On daje w Swoim Kościele — to znaczy świadczy o ich usprawiedliwieniu; natomiast jakie przywileje przysługują ciałom lub wyznaniom wiary stojącym poza Kościołem, nie wiemy. Żadne uczucie wewnętrzne nie może uczynić więcej niż to, co mu tu zostało przyznane, chyba że uczucie wewnętrzne może być świadectwem zewnętrznego objawienia.
Lecz tu mówię do członków Kościoła; do tych, którzy służąc Bogu doskonałym sercem, są usprawiedliwieni. Przeto skoro to jest naszym przywilejem, starajmy się uczestniczyć w szczerości św. Pawła, byśmy uczestniczyli w jego radości. Starajmy się stać przyjaciółmi Bożymi i współobywatelami ze świętymi; nie dzięki nieskazitelnej czystości, bo jej nie posiadamy; nie w oparciu o nasze cenne uczynki, bo nie mamy się czym pochwalić; nie w oparciu o nasze przywileje, bo są one dziełem Bożym, nie naszym; nie w oparciu o nasz Chrzest, bo jest on zewnętrzny; lecz w tym, co jest owocem Chrztu w nas, nie słowem lecz mocą, nie imieniem lecz rzeczywistością, która choć nic wymóc nie może, wszystkiego wyżebrać może — w uczciwym zamierzeniu, w bezwarunkowym i całkowitym poddaniu siebie naszemu Stwórcy, Odkupicielowi i Sędzi. Błagajmy Go, by wspomagał nas w naszym usiłowaniu, i jako rozpoczął w nas dobre dzieło, by doprowadził je do końca aż do dnia Pana Jezusa.
---