HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom V

Kazanie XXIII. Miłość — jedyna rzecz konieczna

Quinquagesima.

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego WiaraNawrócenie
„Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałem się jako miedź brzęcząca albo cymba­łek brzmiący."
W skrócie. Kazanie o miłości jako jedynej rzeczy koniecznej: wiedza, wiara, jałmużna i nawet męczeństwo bez miłości są niczym. Newman opisuje konkretne objawy braku miłości: twardość serca w pokucie, niechęć do modlitwy, roztargnienie, lęk przed opinią ludzką. Remedium to przede wszystkim umartwienie cielesne i stała myśl o Ukrzyżowanym jako pobudzenie do wdzięczności.

„Kto miłuje, mało dba o cokolwiek innego. Świat może toczyć się jak chce; nie widzi go i nie słyszy, bo myśli jego skierowane są w inną stronę; troszczy się głównie o to, by chodzić z Bogiem i być znalezionym przy Bogu; i przebywa w doskonałym pokoju, bo w Nim ma oparcie.”

*Quinquagesima.*

*„Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałem się jako miedź brzęcząca albo cymba­łek brzmiący."* — 1 Kor 13,1

Sądzę, że znaczna większość tych, którzy starają się żyć po chrześcijańsku i z pewną uwagą obserwują własne wnętrze, jest niezadowolona ze swojego stanu w jednym punkcie, mianowicie w tym, że jakiekolwiek byłyby ich religijne osiągnięcia, pobudka, jaką sobą kierują, nie jest najszlachetniejsza — że miłość Boga i bliźniego dla Boga nie jest ich zasadą naczelną. Wiele mogą czynić, a jeśli się tak złoży — wiele też cierpieć; ale mają małe podstawy, by sądzić, że wiele miłują, że działają i cierpią z miłości. Nie twierdzę, że wyrażają to dosłownie w taki właśnie sposób, lecz że są z siebie niezadowoleni, a gdy to niezadowolenie bliżej zbadać, okaże się, że ostatecznie sprowadza się ono do tego właśnie — choć opisywać je będą różnie. Mogą nazywać siebie zimnymi albo twardymi sercami, albo zmiennymi, albo rozdwojonymi, albo wątpiącymi, albo krótkowzrocznymi, albo słabymi w postanowieniach — ale mówią mniej więcej o tym samym: że uczucia ich nie spoczywają na Bogu Wszechmogącym jako na swoim wielkim Przedmiocie. I to właśnie okaże się skargą ludzi religijnych spośród nas, nie mniej niż innych — że rozum i serce nie idą w parze; że rozum dąży ku niebu, a serce ku ziemi.

Chcę teraz poczynić kilka uwag o opisanej tu wadzie, sądząc, że staranne jej rozważenie może być jednym z kroków ku jej usunięciu.

Miłość, i tylko miłość, jest wypełnieniem Prawa, a ci tylko są w łasce Bożej, w których spełnia się sprawiedliwość Prawa. Wiemy to doskonale; a przecież, niestety, nie możemy jednocześnie zaprzeczyć, że cokolwiek dobrego mamy do pokazania — czy to żarliwość w działaniu, czy cierpliwość, czy wiarę, czy owocność w dobrych uczynkach — miłość ku Bogu i bliźniemu albo wcale nie jest naszym udziałem, albo jest udziałem nader skąpym; zgoła nie proporcjonalnym do naszych widocznych osiągnięć. Rozważmy to obszerniej.

Po pierwsze, miłość wyraźnie nie polega jedynie na wielkich ofiarach. Nie możemy czerpać pociechy z tego, że jesteśmy Bożą własnością, tylko na podstawie wielkich czynów lub wielkich cierpień. Największe ofiary bez miłości nic nie są warte, a to, że są wielkie, niekoniecznie dowodzi, że złożono je z miłości. Święty Paweł z naciskiem nas zapewnia, że jego przyjęcie u Boga nie zasadzało się na żadnym z tych wysokich darów, które uderzają nas w nim za pierwszym spojrzeniem i które — gdybyśmy go rzeczywiście widzieli — tak bardzo by nas do niego przyciągały. Jednym z jego najwyższych darów było, na przykład, poznanie duchowe. Znał i dzielił grzeszność oraz słabości natury ludzkiej; miał głęboki wgląd w chwałę Bożej łaski, jakiego człowiek cielesny mieć nie może. Miał przejmujące poczucie rzeczywistości nieba i objawionych tajemnic. Mógłby odpowiedzieć na dziesięć tysięcy pytań z zakresu teologii — na wszystkie te kwestie, o które Kościół spierał się od jego czasów i które teraz pragnęlibyśmy go zapytać. Był człowiekiem, od którego nie można było się oddalić bez tego, by nie stać się mądrzejszym niż się przyszło — źródłem wiedzy i mądrości, zawsze pełnym, zawsze dostępnym, zawsze tryskającym, z którego wszyscy przychodzący z wiarą czerpali miarę darów złożonych w nim przez Boga. Jego obecność wzbudzała postanowienie, ufność i gorliwość — jak kogoś, kto jest stróżem tajemnic i głosicielem całej woli Bożej; kto słowem, słowem i czynem ogarniał, by tak rzec, swoich braci Bożymi miłosierdzia­mi i sądami, rozszerzał i wznosił w górę Boży system nauki i przykazań, a samego siebie i ich gruntował bezpiecznie pośrodku niego. Takim był ów wielki sługa Chrystusa i Nauczyciel narodów; a jednak powiada: *„Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, choćbym miał dar proroctwa i znał wszelkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, a miłości bym nie miał, niczym jestem."* Rozeznanie duchowe, wgląd w przymierze Ewangelii, nie jest dowodem miłości.

Inną wyróżniającą cechą jego charakteru, jaką ukazuje Pismo Święte, jest wiara — chętna, stanowcza, prosta zgoda na słowo Boże, obumieranie wobec pobudek ziemskich, mocne trzymanie się prawd świata niewidzialnego i bystrość w ich śledzeniu; a jednak powiada o swojej wierze: *„Choćbym miał wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, niczym jestem."* Wiara nie jest koniecznym dowodem miłości.

Troskliwa dbałość o doczesne potrzeby braci to kolejna uderzająca cecha jego charakteru, jak też szczególna właściwość każdego prawdziwego chrześcijanina; a jednak powiada: *„Choćbym rozdał wszystkie dobra moje na żywność ubogim, a miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże."* Jałmużna połączona z zaparcie się siebie nie jest koniecznym dowodem miłości.

I jeszcze raz. On, jeśli ktokolwiek, miał ducha męczennika; a jednak daje do zrozumienia, że nawet męczeństwo, rozpatrywane samo w sobie, nie jest przepustką do Królestwa Niebieskiego. *„Choćbym wydał ciało moje na spalenie, a miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże."* Męczeństwo nie jest koniecznym dowodem miłości.

Nie twierdzę, że w naszych czasach mamy wiele przykładów lub wiele sposobności do takich wzniosłych czynów i osiągnięć; ale w swojej mierze możemy z pewnością naśladować świętego Pawła w tych rzeczach — w rozeznaniu duchowym, w wierze, w uczynkach miłosierdzia i w wyznaniu wiary. Możemy, powinniśmy go naśladować. Jednak choćbyśmy to czynili, może się okazać, że nie posiadamy jednej rzeczy koniecznej, ducha miłości, lub posiadamy go w bardzo ubogiej mierze — i to właśnie odczuwają ludzie poważni we własnym przypadku.

Przejdźmy od tych wzniosłych spraw do skromniejszych i codziennych obowiązków życia powszedniego; zobaczmy, czy i te nie mogą być spełniane z dużą dokładnością, a przecież z deficytem miłości. Zaiste mogą; i ludzie poważni skarżą się na siebie tutaj jeszcze bardziej, niż gdy zmagają się z większymi przedmiotami. Pan nasz mówi: *„Jeśli mię miłujecie, przykazań moich przestrzegajcie"*; a oni czują, że choć do pewnego punktu zachowują Boże przykazania, to miłość nie jest proporcjonalna i nie dotrzymuje kroku ich posłuszeństwu; że posłuszeństwo wypływa z jakiegoś źródła, które jest niżej niż miłość. Dostrzegają to; czują, że są wewnętrznie puści — piękna zewnętrzność bez ożywiającego ducha wewnątrz. Chcę przez to powiedzieć: możliwe jest posłuszeństwo nie z miłości ku Bogu i bliźniemu, lecz z pewnego rodzaju sumienności, która jest poniżej miłości; z jakiegoś pojęcia stosowania się do prawa; to jest bardziej z bojaźni Bożej niż z miłości ku Niemu. Z pewnością jest to to, co w tej lub innej postaci widzimy co dzień ze wszystkich stron — przypadek ludzi żyjących dla świata, a jednak nie pozbawionych pewnego zmysłu religijnego, który działa jako hamulec. Dążą do celów tego świata, lecz nie do końca; są wstrzymywani i idą tylko pewną drogą, bo nie śmią iść dalej. Ten zewnętrzny przymus działa z różną siłą na różne osoby. Wszyscy żyją dla tego świata i kierują się miłością do niego; wszyscy dają swej miłości świata pewien zakres; ale w jakimś szczególnym punkcie, który jest często zupełnie dowolny, ten człowiek się zatrzymuje i tamten człowiek się zatrzymuje. Każdy zatrzymuje się w innym miejscu na drodze ku światu i uważa za bezbożnego każdego, kto idzie dalej, i za przesądnego, kto nie sięga tak daleko — śmieje się z tego ostatniego, gorszy się tym pierwszym. Stąd też ci nieliczni, którzy są na tyle nieszczęśliwi, że pozbyli się wszelkich skrupułów, patrzą z wielką pogardą na tych spośród swych towarzyszy, którzy jakiekolwiek skrupuły zachowują — większe czy mniejsze — jako niekonsekwentnych i absurdalnych. Drwią z zasady czystej bojaźni jako z zasady kaprys­nej i fantastycznej, postępującej bez żadnej reguły, nieposiadającej żadnego dowodu swego autorytetu ani żadnego roszczenia do naszego szacunku; jako ze słabości naszej natury, a nie zasadniczej jej części, rozpatrywanej w doskonałości i pełni. A skoro takie jest jedyne wyobrażenie religii, jakie daje im ich doświadczenie — jako że nie znają naprawdę religijnych ludzi — myślą o religii jedynie jako o zasadzie, która wtrąca się w nasze przyjemności w sposób niezrozumiały i nierozumny. Człowiek jest stworzony do miłości. To jest jasne. Widzą to wyraźnie i prawdziwie; ale religia, o ile ją pojmują, jest systemem pozbawionym przedmiotów miłości — systemem bojaźni. Odpycha i zabrania, a przez to zdaje się niszczyć właściwą funkcję człowieka, innymi słowy — być nienaturalna. I prawdą jest, że ów rodzaj bojaźni Bożej, lub raczej służalczego lęku, jak trafniej by go można nazwać, jest nienaturalny; ale wtedy to nie jest religia, która w istocie polega nie na samej bojaźni Bożej, lecz na miłości ku Niemu; albo jeśli jest to religia, to jedynie religia diabłów, którzy wierzą i drżą; albo bałwochwalców, których diabły uwiodły, a których kult jest przesądem — próbą przebłagania istot, których nie miłują; i jednym słowem — religia dzieci tego świata, którzy chcieliby, gdyby było to możliwe, służyć Bogu i Mamonie, i jako że religia składa się z miłości i bojaźni, Bogu oddają swoją bojaźń, a Mamonie swoją miłość.

I to, co dzieje się tak powszechnie na wielkim świecie, to samo — powiadam — ludzie poważni odczują jako dokonujące się, w swojej mierze, w ich własnym przypadku. Zrozumieją, że nawet ścisłe posłuszeństwo nie jest dowodem gorącej miłości, i z bólem dostrzegą, że są o wiele bardziej posłuszni Bogu, niż Go miłują. Przypomną sobie przykład Balaama, który był wzorowy nawet w swoim posłuszeństwie, a przecież nie miał miłości; i nachodzi ich myśl, jako pewne zakłopotanie, jaki mają dowód, że nie oszukują siebie ostatecznie i nie uważają się za religijnych, gdy nimi nie są. Będą wprawdzie świadomi tej ofiary, jaką składają ze swych pragnień i dążeń na rzecz woli Bożej; ale są też świadomi, że składają ją dlatego, że wiedzą, iż powinni to robić — nie po prostu z miłości ku Bogu. I pytają, niemal z pewną rozpaczą: Jak nauczyć się nie tylko być posłusznym, lecz miłować?

Pytają: Jak mamy wypełnić słowa świętego Pawła: *„A co teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mię umiłował i wydał samego siebie za mnie"*? I wydaje się to być osobliwą trudnością dla tych, którzy żyją wśród ludzi, których obowiązki leżą w zaaferowaniu tego światowego życia, których myśli, uczucia i wysiłki zwrócone są ku rzeczom widzialnym, rzeczom teraźniejszym i doczesnym. W ich przypadku zdaje się być wielką rzeczą, jeśli nawet ich reguła życia jest niebiańska, jeśli postępują zgodnie z wolą Bożą; ale jakże mogą mieć nadzieję, że niebiańskie Przedmioty wypełnią ich serce, skoro nie ma w nim na nie miejsca? Jakże rzeczy nieobecne mają wyprzeć rzeczy obecne, rzeczy niewidzialne — rzeczy widzialne? Wydaje się więc, że sprowadzeni są, jakby z konieczności, do owego stanu, który przed chwilą opisałem jako stan ludzi światowych — do tego, by serce ich było utkwione w świecie, a jedynie zewnętrznie powściągane przez religijne reguły.

Idźmy dalej. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie potrafią postawić sobie konkretne zarzuty braku miłości, jeszcze bardziej niepokojące. Sądzę, że większość ludzi, albo przynajmniej znaczna ich liczba, musi opłakiwać swą twardość serca, która, gdy ją rozłożyć na czynniki pierwsze, okaże się niczym innym jak nieobecnością miłości. Mam na myśli tę twardość, która sprawia na przykład, że nie jesteśmy w stanie pokutować tak, jak pragnęlibyśmy. Żadna pokuta nie jest prawdziwą pokutą bez miłości — to miłość nadaje jej skuteczność w oczach Bożych. Bez miłości może być wyrzut sumienia, żal, samopotępienie, samooskarżenie, ale nie ma zbawiennej pokuty. Może być przekonanie rozumu, ale nie nawrócenie serca. Otóż, powiadam, wielka liczba ludzi lamentuje w sobie nad brakiem miłości w pokutowaniu; są twardego serca; są głęboko świadomi swoich grzechów; brzydzą się nimi; a jednak potrafią z równym zainteresowaniem uczestniczyć w tym, co się wokół nich dzieje, jakby żadnej takiej świadomości nie mieli; albo smucą się przez chwilę, a w następnej są zupełnie nieprzeniknieni. Albo — choć, jak sądzą i wierzą, lękają się gniewu Bożego i są pełni zamętu wobec siebie samych — stwierdzają (ku swemu zdziwieniu, można powiedzieć), że nie potrafią powstrzymać się od żadnej, choćby najdrobniejszej przyjemności, co byłoby (jak mówi im rozum) naturalnym sposobem okazania żalu. Jedzą i piją z równym apetytem, jakby nie mieli żadnej troski na sercu; bez trudu dają się wciągnąć w rozrywki lub świeckie zajęcia, które nastaną. Śpią równie twardo; i mimo swojego smutku najtrudniej bodaj nakłonić się im, by wstać wcześniej do modlitwy o przebaczenie. Są to oznaki braku miłości.

Albo znowu — bez odniesienia do przypadku pokuty — mają ogólną niechęć do modlitwy i innych praktyk pobożnych. Najtrudniej jest im zmobilizować się do modlitwy; najtrudniej też skupić myśli i towarzyszyć im podczas modlitwy. W najlepszym razie czerpią z pobożności zadowolenie jedynie wtedy, gdy są nią zajęci. Wówczas może odczuwają prawdziwą radość z niej i dziwią się, że w ogóle może im się ona wydawać ciężka; lecz jeśli jakiś przypadek wyrwie ich z nawykowych ćwiczeń, najtrudniej im jest do nich powrócić. Nie lubią ich na tyle, by szukać ich z upodobania do nich. Utrzymują się w nich przez przyzwyczajenie, przez regularność ich zachowywania — nie przez miłość. Kiedy regularny tok zostaje przerwany, nie ma wewnętrznej zasady, która działałaby natychmiast, naprawiając wyrządzoną szkodę. W ranach ciała natura dąży do wyzdrowienia i pozostawiona sama sobie, wyzdrowieje; lecz my nie mamy duchowej zasady dość mocnej i zdrowej, by we właściwy sposób ułożyć nam na nowo sprawy religijne, gdy się popsuły, i zastąpić nam brak reguły i zwyczaju. I tutaj znowu — posłuszeństwo bardziej lub mniej mechaniczne, czyli bez miłości.

I jeszcze — podobny brak miłości okazuje się w naszej skłonności do pochłonięcia i opanowania przez błahostki. Czemu tak łatwo ulegamy sile podniecenia? czemu wyglądamy nowości? czemu skarżymy się na brak różnorodności w życiu religijnym? czemu nie możemy znosić pójścia rok w rok zwykłym kołowrotem obowiązków? czemu pokorne obowiązki, jak zniżanie się do ludzi niskiego stanu, są nam wstrętne i ciężkie? czemu potrzebujemy mocnych kazań lub interesujących i wzruszających ksią­żek, by utrzymać myśli i uczucia przy Bogu? czemu wiara nasza tak bardzo opada i słabnie, gdy słyszymy przypadkowe zarzuty wysuwane przeciw nauce Chrystusowej? czemu tak bardzo niecierpliwimy się, gdy zarzuty te pozostają bez odpowiedzi? czemu tak bardzo lękamy się wydarzeń światowych lub opinii ludzi? czemu tak bardzo obawiamy się ich nagany lub szyderstw? — Wyraźnie dlatego, że brak nam miłości. Kto miłuje, mało dba o cokolwiek innego. Świat może toczyć się jak chce; nie widzi go i nie słyszy, bo myśli jego skierowane są w inną stronę; troszczy się głównie o to, by chodzić z Bogiem i być znalezionym przy Bogu; i przebywa w doskonałym pokoju, bo w Nim ma oparcie.

Tu mamy też dodatkowy dowód, jak słaba jest nasza miłość — gdy rozważymy, jak mało nasze wyznawane zasady okazują się wystarczające, by nas podtrzymać w utrapieniu. Sądzę, że często zdarza się ludziom odczuwać to, gdy jakieś niepowodzenie lub niespodziewana niedola spada na nich. Najdotkliwiej odczują to z pewnością ci, których słowa, ba — myśli, daleko wyprzedzały ich serca; lecz poczuje to też wiele osób, które starały się, by rozum i uczucia dotrzymywały sobie nawzajem kroku. Mówi się o sprawiedliwym, że *„nie będzie się bał żadnej złej nowiny; serce jego jest stateczne i ufa Panu; serce jego jest utwierdzone i nie zachwieje się"*. Taki musi być przypadek każdego, kto naprawdę realizuje własne słowa, gdy mówi o krótkości życia, o znużeniu światem i bezpieczeństwie nieba. A jednak jakże zimne i ponure okazują się wszystkie te tematy, gdy człowiek wpada w kłopoty — i czemu, jeśli nie dlatego, że mimo mówienia o rzeczach niewidzialnych miał jednak serce utkwione w rzeczach widzialnych, nie w Bogu? Było wiele wyznania, a mało miłości.

Oto niektóre z dowodów nieustannie nam dostarczanych — jeśli siebie obserwujemy — na nasz brak miłości ku Bogu; one też łatwo nasuwają nam inne. Jeśli muszę, przed zakończeniem, nadmienić o sposobie przezwyciężenia tej wady, muszę powiedzieć to wprost: choć na pierwszy rzut oka może się to wydawać mrzonką — wygody życia są jej główną przyczyną; i choć ile byśmy nie lamentowali i się z nią nie zmagali, póki nie nauczymy się w dobrej mierze bez nich się obchodzić, nie przezwyciężymy jej. Póki nie odłączymy się w pewnym sensie od naszych ciał, nasze umysły nie będą w stanie do przyjmowania Bożych natchnień i wydawania niebiańskich aspiracji. Gładkie i łatwe życie, nieprzerywana przyjemność czerpana z darów Opatrzności, obfite posiłki, miękkie odzienie, dobrze urządzone domy, uciechy zmysłów, poczucie bezpieczeństwa, świadomość bogactwa — te i im podobne rzeczy, jeśli nie będziemy ostrożni, zatykają wszelkie drogi duszy, którymi mogłoby do nas napłynąć światło i tchnienie nieba. Twarde życie, niestety, nie jest pewną metodą osiągnięcia duchowego nastawienia, ale jest jednym ze środków, przez które Bóg Wszechmogący takie nastawienie w nas wzbudza. Musimy przynajmniej w pewnych porach odmawiać sobie natury, jeśli nie chcemy być pozbawieni łaski. Jeśli usiłujemy wtłoczyć nasze umysły w nastawienie kochające i pobożne bez tego przygotowania, aż nazbyt jasne jest, co nastąpi — grubiaństwo i szorstkość, afektacja, zniewieściałość, nierealność, zuchwalstwo, wewnętrzna próżnia — pozwólcie mi, bracia, powiedzieć wprost, lecz poważnie, co mam na myśli — jednym słowem to, co Pismo Święte nazywa Obłudą, którą widzimy wokół nas: ów stan ducha, w którym rozum widząc, czym powinniśmy być, sumienie nakazując to, a serce nie będąc temu dorównać, wystawia się jakiś pozór — tytułem kompromisu — by ludzie mogli mówić: *„Pokój, pokój, a nie ma pokoju."*

A następnie — po wskazaniu na to nawykowe przygotowanie serca — pozwólcie, że napomnę was, abyście pielęgnowali — bez czego straszna byłaby taka próba — stałe poczucie miłości waszego Pana i Zbawiciela, umierającego na krzyżu za was. *„Miłość Chrystusa"* — powiada Apostoł — *„przynagla nas"*; nie żeby wdzięczność prowadziła do miłości tam, gdzie nie ma współczucia (bo, jak wszyscy wiemy, często wyrzucamy sobie, że nie miłujemy osób, które przecież nas umiłowały), lecz gdzie serca są w pewnej mierze odnowione na obraz Chrystusa, tam pod Jego łaską wdzięczność ku Niemu pomnoży naszą miłość ku Niemu, i będziemy się radować z tej dobroci, która była tak dobra dla nas. I tu znowu konieczna będzie samorzutność. Czyni ona serce zarówno czułym, jak i pełnym czci. Chrystus okazał swoją miłość czynem, nie słowem, i myśl o Jego krzyżu poruszy was o wiele bardziej przez niesienie go za Nim niż przez rozgrzewające jego opisy. Wszelkie sposoby, jakimi go przed sobą stawiacie, muszą być proste i surowe; *„wyborne słowo"* lub *„nęcące słowa"* — mówiąc językiem świętego Pawła — są ze wszystkich sposobów najgorszym. Myślcie o krzyżu, gdy wstajecie i gdy kładziecie się, gdy wychodzicie i gdy wchodzicie, gdy jecie i gdy spacerujecie i gdy rozmawiacie, gdy kupujecie i gdy sprzedajecie, gdy pracujecie i gdy odpoczywajecie — poświęcając i pieczętując wszystkie wasze uczynki tą jedną wewnętrzną czynnością: myślą o Ukrzyżowanym. Nie mówcie o tym innym; milczcie jak skruszona niewiasta, która okazała swą miłość w głębokich, cichych gestach. *„Stanęła za Nim u nóg Jego płacząc i poczęła łzami oblewać nogi Jego, i włosami głowy swojej ocierała, i całowała nogi Jego, i maścią namaszczała."* A Chrystus rzekł o niej: *„Odpuszczone są jej grzechy, które liczne są, bo wiele umiłowała; a komu mało się odpuszcza, ten mało miłuje."*

A nadto rozważajmy często owe liczne Jego miłosierdzia wobec nas i wobec naszych braci, będące owocem Jego przyjścia na ziemię; Jego adorowalne rady, objawione w naszym osobistym wybraniu — skąd pochodzi to, że my jesteśmy wezwani, a inni nie; cuda Jego łaski ku nam, od naszego niemowlęctwa aż do tej chwili; dary, które nam dał; pomoc, której nam udzielił; odpowiedzi, jakich raczył udzielić na nasze modlitwy. A nadto rozważajmy, w miarę jak mamy sposobność, Jego postępowanie z Kościołem od wieku do wieku; Jego wierność Jego obietnicom i tajemniczy sposób ich spełnienia; jak zawsze prowadził swój lud naprzód bezpiecznie i pomyślnie — w ogólnym rachunku — wśród tylu nieprzyjaciół; jakie niespodziewane wydarzenia służyły Jego zamiarom; jak zło zostało przemienione w dobro; jak Jego święta prawda dochowała się zawsze nienaruszona; jak Święci dochodzili swej doskonałości w najciemniejszych czasach. A nadto rozważajmy głębokie dary i moce złożone w Kościele — jakie myśli budzą Jego ustanowienia w wierzącym umyśle! — jakie zdumienie, jaka cześć, jaka ekstaza, gdy należycie nad nimi się zamyślić!

To przez takie czyny i takie myśli nasze nabożeństwa, nasze pokuty, nasze modlitwy, nasze obcowanie z ludźmi przeniknięte zostają duchem miłości. Wtedy czynimy wszystko z wdzięcznością i radością, gdy jesteśmy świątyniami Chrystusa, z Jego obrazem wzniesionym w nas. Wtedy obcujemy ze światem, nie miłując go — bo uczucia nasze oddane są innemu. Możemy patrzeć na piękno świata, bo serce nasze na nim nie spoczywa. Nie niepokoimy się jego zmarszczkami, bo nie żyjemy w jego uśmiechach. Radujemy się w domu modlitwy, bo jest tam *„Ten, którego miłuje dusza nasza"*. Możemy zniżać się do ubogich i pokornych, bo są oni obecnością Tego, który jest Niewidzialny. Jesteśmy cierpliwi w żałobie, w przeciwnościach, w bólu — bo są to znaki Chrystusa.

Tak oto wejdźmy w czterdzieści dni Wielkiego Postu, które się zbliżają. Przez czterdzieści dni szukamy miłości przez post. Oby znajdowali­śmy ją coraz więcej, im bardziej dojrzewamy, aż śmierć przyjdzie i da nam widok Tego, który jest zarazem jej Przedmiotem i jej Sprawcą.

← wróć do odkrywania