*Wielki Post*
*„Nie pij już samej wody, lecz używaj trochę wina ze względu na żołądek i częste twe słabości."* — 1 Tm 5,23
Jest to werset niezwykły, ponieważ mimochodem tyle nam mówi. Skierowany jest do Tymoteusza, towarzysza świętego Pawła, pierwszego biskupa Efezu. O Tymoteuszu wiemy bardzo niewiele — poza tym, że posługiwał świętemu Pawłowi, co już samo z siebie pozwoliłoby nam wnioskować, że był człowiekiem wyjątkowo świętego charakteru. Wiemy jednak o nim mało lub prawie nic, prócz tego, że od dziecka był pilnym czytelnikiem Pisma Świętego. To zresztą, samo w sobie, w owej apostolskiej epoce, skłaniałoby nas do wniosku, że wzniósł się na pewne wielkie wyżyny duchowej doskonałości — choć trzeba przyznać, że i dziś zdarzają się nierzadko ludzie dobrze znający Biblię, a przecież w swoim życiu niewiele surowsi od innych, pomimo całej tej wiedzy. Tymoteusz jednak tak czytał Stary Testament i tak słuchał od świętego Pawła Nowego, że stał się prawdziwym naśladowcą Apostoła, jak Apostoł był naśladowcą Chrystusa. Toteż święty Paweł nazywa go „swoim własnym synem" albo „prawdziwym synem w wierze". A w innym miejscu pisze do Filipian, że nie ma nikogo równego Tymoteuszowi, kto by tak szczerze i prawdziwie „troszczył się o ich sprawy". Wszelako mimo wszystko jest to jedynie ogólna o nim wzmianka i zdaje się, że pragniemy czegoś więcej — jakiegoś konkretniejszego rysu postaci, ponad samo stwierdzenie, że był wielkim świętym, które nie pozostawia w umyśle wyraźnego obrazu. Otóż w tym właśnie wersecie przytrafia nam się niejako spojrzeć mimochodem na jego sposób życia. Święty Paweł nie mówi wprost, że był człowiekiem umartwionego życia, lecz ujawnia to pośrednio, ostrzegając go przed nadmierną surowością wobec siebie. „Nie pij już samej wody — powiada — lecz używaj trochę wina." Należy zauważyć, że wino w krajach południowych jest takim samym zwyczajnym napojem, jakim jest u nas piwo; nie jest niczym mocnym ani kosztownym. A jednak nawet od tego Tymoteusz miał zwyczaj się powstrzymywać i ograniczać się do wody — co Apostoł uznał za nierozważne, gdyż przyczyniało się do jego „częstych słabości".
Jest coś bardzo uderzającego w tym przypadkowym wzmiankowanie o prywatnych obyczajach tego biskupa apostolskiego. Znamy wprawdzie z historii naukę i życie wielkich świętych, którzy żyli pewien czas po epoce Apostołów; z natury jednak jesteśmy ciekawi, by dowiedzieć się czegoś więcej o samych Apostołach i ich towarzyszach. Mówimy: „O, gdybyśmy mogli rozmawiać ze świętym Pawłem — gdybyśmy mogli oglądać go w codziennym życiu i słyszeć jego ustne, serdeczne nauczanie! — gdybyśmy mogli zapytać go, co miał na myśli w tym lub owym wyrażeniu swoich Listów, albo co sądził o tej czy innej nauce!" — tego nam nie dane. Bóg mógłby udzielić nam większego światła, niż udziela; lecz Jego łaskawą wolą jest dawać mniej. A jednak być może Pismo Święte, takie, jakie do nas dotarło, zawiera o wiele więcej, niż myślimy, jeśli tylko nasze oczy byłyby oświecone, by to dostrzec. Takim przykładem jest właśnie nasz werset: to nagłe objawienie, przebłysk osobistego charakteru chrześcijan apostolskich; wskazówka, którą można rozwinąć. Nikt bowiem nie zaprzeczy, że z takim właśnie faktem — że ów święty mąż, nie bluźniąc bezbożnie Bożemu stworzeniu i nie odrzucając niewdzięcznie Bożych darów, żył jednak na ogół życiem wstrzemięźliwości — wiąże się ogromna ilość nauki i napomnień.
Nie potrafię w żaden sposób pojąć, dlaczego takie życie nie miałoby być doskonałe dla chrześcijanina dzisiaj, skoro było ono znakiem charakterystycznym Apostołów i przyjaciół Apostołów niegdyś. Naprawdę nie widzę powodu, by prześladowania i udręki, jakie spotykały ich ze strony Żydów i pogan, ich opuszczony i wzgardzony stan oraz nieuniknione niedostatki, miały zwalniać ich z dobrowolnych umartwień jako czegoś nadmiarowego — chyba że właśnie owe samonałożone trudy były miłe Chrystusowi. A jednak widzimy, że święty Paweł, podobnie jak Tymoteusz, który (jak mówi Apostoł) poznał „jego naukę i sposób życia", — mówię, że i sam święty Paweł, obok „utrudzenia i znojów", „głodu i pragnienia", „chłodu i nagości", był „często bez snu", „często na postach". Takimi byli święci ludzie dawnych czasów. Jakże daleko jesteśmy od nich! Biada naszemu łatwemu, zmysłowemu życiu, naszemu tchórzostwu, naszej gnuśności! Czy tak zdobywa się królestwo niebieskie? Czy tak święty Paweł stoczył dobrą walkę i dobiegł do kresu swego biegu? Czy też dokonał tego, odwracając się plecami od wszystkiego, co ziemskie, i wpatrując wytrwale w Tego, który jest niewidzialny?
Na pierwszy rzut oka nie jest może jasne, dlaczego ta umiarkowanie i przynajmniej sporadyczna wstrzemięźliwość w korzystaniu z Bożych darów miałyby być tak wielkim obowiązkiem, jak zdaje się sugerować nasz Pan, gdy na przykład wysuwa post na tak widoczne miejsce w Kazaniu na Górze, obok jałmużny i modlitwy. Ale tyle możemy dostrzec: że wielkim obowiązkiem Ewangelii jest miłość Boga i bliźniego, i że ta miłość gaśnie i wygasa przez pobłażanie sobie, a żywi się zaparciem siebie. Ci, którzy bezwstydnie używają rozkoszy tego życia, czynią z niego bożka; są sercami grubiańskimi i nie mają oczu, by widzieć Boga. Stąd powiedziane jest: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą". I znowu — to bogacz, który ucztował wystawnie każdego dnia, wzgardził Łazarzem; bo życie zmysłowe zatwardza serce, podczas gdy wstrzemięźliwość je zmiękcza i uszlachetnia. Pragnę jednak zaznaczyć, że nie twierdzę, jakoby wstrzemięźliwość wywoływała ten skutek automatycznie u każdego, kto jej praktykuje — bo inaczej wszyscy ubodzy winniby być wzorami chrześcijańskiej miłości — lecz że tam, gdzie ludzie są religijnie usposobieni, spośród nich ci osiągną wyższe stopnie miłości i pobożnego uczucia, którzy ćwiczą się w zaparciu ciała. Skłonny byłbym wręcz powiedzieć: musisz dokonać wyboru — musisz w taki czy inny sposób zaprzeć się ciała, albo nie możesz posiąść miłości chrześcijańskiej. Miłość nie jest zwykłą łaską w swoich wyższych stopniach. Prawdą jest, że jako konieczna oznaka każdego prawdziwego chrześcijanina musi ona istnieć w jakimś stopniu nawet u najsłabszego i najpokorniejszego sługi Chrystusa — lecz w którymkolwiek ze swoich wyższych i dojrzalszych przejawów jest rzadka i trudna. Łatwo być uprzejmym lub prawym; łatwo żyć w regularnych nawykach; łatwo żyć sumiennie, w potocznym znaczeniu tego słowa. Mówię, że to wszystko jest stosunkowo łatwe; lecz jedna rzecz jest potrzebna, i jedna rzecz często nie dostaje — miłość. Możemy postępować właściwie, a jednak nie czynić swoich prawych uczynków z miłości do Boga. Inne pobudki, niższe od miłości, są same w sobie dobre; te możemy mieć i nie mieć miłości. Nie sądzę teraz, żeby ten brak płynął z jednej przyczyny albo mógł być usunięty jednym lekiem; a jednak wydaje się, że wstrzemięźliwość i post wiele przyczyniają się do jego usunięcia — do tego stopnia, że skoro miłość jest konieczna, to i one są konieczne; jeśli miłość jest cechą charakterystyczną chrześcijanina, to samo dotyczy wstrzemięźliwości. Możesz myśleć, że obejdziesz się bez postu — prawda; i możesz też zaniedbać kształtowanie w sobie miłości.
W tym miejscu dostrzec można związek między prawdą, którą dotąd rozwijałem, a słowami naszego Pana, gdy zapytano Go, dlaczego Jego uczniowie nie poszczą. Rzekł, że nie mogą pościć, gdy Oblubieniec jest z nimi; lecz gdy zostanie im zabrany, wtedy będą pościć. Jedyną rzeczą, która jest dla nas wszystkim, jest życie w obecności Chrystusa — słyszenie Jego głosu, oglądanie Jego oblicza. Pierwsi Jego uczniowie mieli Go obecnego wśród siebie cieleśnie; przemawiał do nich, napominał ich, był dla nich wzorem i prowadził ich swoim spojrzeniem. Lecz gdy wycofał się ze świata zmysłów, jak mieli Go jeszcze widzieć? Gdy ich cielesne oczy i uszy nie oglądały Go już więcej, gdy wstąpił tam, dokąd ciało i krew wstąpić nie może, a zasłona ciała stanęła między Nim a nimi — jak mieli Go jeszcze widzieć i słyszeć? „Panie, dokąd idziesz?" — powiedzieli; a On odpowiedział Piotrowi: „Dokąd Ja idę, nie możesz teraz za Mną podążyć, ale podążysz później." Mieli podążyć za Nim przez zasłonę i przebić tamę ciała Jego śladem. Musieli, na ile to możliwe, osłabiać i rozrzedzać to, co stało między nimi a Nim; musieli uprzedzać ów świat, gdzie ciała i krwi nie ma; musieli rozpoznawać prawdy, których ciało i krew objawić nie może; musieli żyć życiem nie zmysłów, lecz ducha; musieli praktykować owe umartwienia, jakie nakazywały dawniejsze religie, jakie zachowywali faryzeusze i uczniowie Jana — lecz z lepszym owocem, dla wyższego celu, w sposób bardziej niebiański — po to, by oglądać Tego, który jest niewidzialny. Postem Mojżesz widział chwałę Bożą; postem Eliasz usłyszał „głos łagodnego powiewu"; postem uczniowie Chrystusa mieli wyrazić swą żałobę nad Ukrzyżowanym i Umarłym, nad Oblubieńcem zabranym — lecz ta żałoba miała Go przywrócić, ta żałoba miała się przemienić w radość; w tej żałobie mieli Go ujrzeć, mieli o Nim słyszeć na nowo; mieli Go oglądać, płacząc i czerpiąc pociechę. I jak długo trwałaby ta żałoba, tak długo mieliby Go widzieć i radować się — bo „błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni"; są „zasmuceni, lecz zawsze radośni" — łaknąc i pragnąc sprawiedliwości — poszcząc ciałem, by dusza łaknęła i pragnęła swojego prawdziwego dobra; poszcząc ciałem, by być nasyceni w duchu; w „ziemi pustej, bezdrożnej i bezwodnej", by szukać Go w świętości i oglądać Jego moc i chwałę. „Serce moje więdnie, a schnie jak trawa (mówi Psalmista), tak że zapominam pożywać chleb mój. Od głosu westchnienia mego kości ledwo lgną do ciała mego. Stałem się podobny do pelikana pustyni, a do sowy wśród ruin. Czuwałem i jestem jak samotny wróbel na dachu". „Przez cały dzień byłem skarany i karcony co ranka". I jaka była tego konsekwencja? „A przecież zawsze jestem przy Tobie: bo Ty ująłeś mnie za prawicę moją. Prowadzisz mnie radą swoją, a potem przyjmiesz mnie do chwały. Kogóż mam w niebie prócz Ciebie? i nie ma nic na ziemi, czego bym pragnął oprócz Ciebie. Serce moje i ciało moje omdlewa, lecz Bóg jest mocą serca mego i działem moim na wieki".
Taki właśnie był dział, który otrzymali święty Paweł i święty Tymoteusz, gdy wyrzekli się tego świata i jego błogosławieństw; nie dlatego, że nie mogli ich używać, gdyby chcieli; lecz właśnie dlatego, że mogli — a jednak wyrzekli się ich — otrzymali w zamian błogosławieństwa niewidzialne. I tak samo, stosując to do nas samych: i my mamy obowiązek być zawsze umiarkowani, a niekiedy powściągać się w korzystaniu z ziemskich darów Bożych; co więcej — szczęśliwi jesteśmy, jeśli Boża tajna łaska wzywa nas, jak wzywała świętego Pawła i Tymoteusza, do życia bardziej Bożego i spokojniejszego niż życie tłumów. Naszym obowiązkiem jest walczyć z ciałem, jak oni z nim walczyli, abyśmy odziedziczyli dary Ducha, jak oni je odziedziczyli. Jeśli Święci są dla nas wzorami, to z pewnością znaczy to, że mamy ich naśladować.
Może tu jednak paść zarzut, że zuchwalstwem jest chcieć być tym, czym byli Apostołowie i ich towarzysze; że tamci mieli wysokie dary duchowe, których my nie posiadamy, i że usiłowanie naśladowania ich życia bez tych darów jest równoznaczne z próbą dokonywania takich cudów, jak oni — co każdy uzna za zarozumiałość. Jest wiele prawdy w takiej uwadze, o tyle mianowicie, że próba podjęcia od razu wszystkiego, co tamci czynili, byłaby zarozumiałością; możemy tylko obrać właściwą drogę. Bóg udziela drugich i trzecich darów tym, którzy pomnażają pierwsze; pomnóżmy więc pierwsze, a wówczas nie wiemy, jak wysokie zdolności duchowe raczy On nam w końcu darować. Kto wyruszając w podróż, widzi z miejsca przed sobą cel? Jak często, gdy ktoś zmierza do miejsca, którego nigdy nie widział, mówi sobie, że nie może uwierzyć, iż w danym momencie rzeczywiście tam będzie? Nie ma nic w tym, co teraz widzi, co dawałoby mu pewność co do przyszłości; a jednak ta przyszłość z czasem stanie się teraźniejszością. Tak samo jest z naszym duchowym biegiem: nie wiemy, czym będziemy — ale rozpocznij go, a ostatecznie za łaską Bożą dobieżysz do kresu; nie tą łaską, którą On teraz dał, lecz łaskami coraz świeższymi, coraz pełniejszymi, mnożonymi stosownie do twojej potrzeby. Tak skończysz, jeśli tylko zaczniesz; ale nie zaczynaj od końca; zaczynaj od początku; wstępuj po niebiańskiej drabinie szczebel po szczeblu. Post jest obowiązkiem; lecz pościć powinniśmy wedle naszych sił. Bóg nie wymaga od nas nic ponad nasze siły; żąda jednak tego, co jest w ich granicach. „Uczyniła, co mogła" — oto Jego słowo chwały dla Marii. Otóż zapomnienie o tej prawdzie albo jej przeoczenie jest bardzo powszechne u początkujących, choćby z samej nieświadomości czy nieopatrzności. Nie wiedzą jeszcze, co potrafią, a czego nie, bo nie sprawdzili siebie w praktyce. I gdy to, co mieli nadzieję osiągnąć z łatwością, okazuje się zbyt wiele jak na ich możliwości, upadają, a potem popadają w zwątpienie. Ranią swoje sumienie niezdolnością do dotrzymania własnych postanowień i dostają się w rodzaj rozpaczy; albo też dają się kusić do nierozwagi i rezygnują ze wszelkich wysiłków posłuszeństwa Bogu, ponieważ nie są wystarczająco silni na wszystko. I tak się często zdarza, że ludzie rzucają się z jednej skrajności w drugą i nawet ogłaszają swoją wolność życia bez jakiegokolwiek prawideł samopanowania, po tym jak wcześniej wyznawali wielką surowość, a nawet przesadę w swoim trybie życia.
Odnosi się to oczywiście do wszystkich obowiązków w ogóle. Powinniśmy być bardzo ostrożni, gdy rozważamy życie świętych mężów, by nie próbować naśladować dosłownie tego, co oni czynili; co mogło być właściwe dla nich, może być błędem dla nas. Święci mogą mówić i czynić rzeczy, których my nie mamy prawa mówić ani czynić. Ustne wyznawanie wiary, język religijny, napominanie innych i tym podobne mogą być w nich naturalne i stosowne, a w nas wymuszone i nie na miejscu. Nie powinniśmy usiłować niczego, czego nie możemy wykonać. Istnieje pewien rodzaj wewnętrznego przeczucia, które często mówi nam, co mamy prawo czynić, a czego nie. Miewamy często jakiś niepokój, jakby to, do czego jesteśmy kuszeni, nie należało naprawdę do nas. Uważnie słuchajmy tego wewnętrznego głosu. Dotyczy to szczególnie naszych nabożeństw: zwykli ludzie nie mają prawa używać modlitw, którymi posługują się zaawansowani chrześcijanie, nie narażając się na grzech; a jeśli próbują to czynić, stają się nieszczerzy — a ta wada, której uniknąć będzie się starał usilnie każdy, kto ma choć trochę wiary i czci, jest prawdziwym zgorszeniem. Jeśli jednak w ten sposób zaczniemy nasz religijny bieg, jest pewne, że wkrótce go zarzucimy; nasze pobożne uczucia okażą się w ten sposób, gdy przyjdzie chwila próby, zaledwie chwilową modą czy porywem, który nie ma w sobie żadnej prawdziwej wartości.
W tym miejscu chcę zauważyć coś, co może być pożyteczne nawet dla tych, którzy postępują w swoich umartwieniach z największą ostrożnością i roztropnością — zakładając, że mają okresy, w których je praktykują, jak powinien być dla nas wszystkich Wielki Post. Bardzo pilnujcie się przed reakcją i powrotem do niedbałego trybu życia po zakończeniu Wielkiego Postu. Zwykłe i pożyteczne jest pouczenie, że po dniu postu nie powinniśmy, gdy go przerywamy, jeść bez umiaru; otóż daję teraz podobne ostrzeżenie dotyczące całego okresu wstrzemięźliwości — i to nie tylko co do obfitości jedzenia, lecz przed wszelką swobodą i pobłażaniem sobie. W Wielkim Poście poważne myśli zajmują umysł regularniej. Prawideł wstrzemięźliwości, które przyjmujemy — choćby same w sobie nieznaczne — działają jako nieustanna powściąga i napomnienie w innych sprawach. Nie możemy swobodnie błądzić po polach myśli i pragnień. Jesteśmy też częściej na modlitwie. A zwłaszcza, jeśli czujemy się zdolni do ścisłego postu, osłabienie ciała będące jego następstwem stanowi dla nas dodatkowe hamulce. Wystrzegajmy się więc, by gdy ten czas się skończy i nadejdzie Wielkanoc, nie popaść w ducha bezrządu i chaotyczne życie, jak gdyby raj Boży był jakimś żydowskim niebem, gdzie wolno nam tym swobodniej używać dóbr tego świata, że wyrzekliśmy się ich na pewien czas. Ten groźny skutek rzeczywiście, jak powiadają, przydarza się w niektórych obcych krajach rzeszom ludzkim, które nigdy nie zaznają głębokiej i wytrwałej pobożności, dopóki świat trwa; i my powinniśmy bardzo się pilnować, by na swój sposób nie spotkało nas to samo. Będzie to bolesna myśl do wspomnienia, gdy odkryjemy, że cały dorobek Wielkiego Postu zniszczyliśmy przez nawrót w czasie Wielkanocnym.
Można jednak tu dodać słowo zachęty: że wstrzemięźliwość, nawet przez czas pewien, jest początkiem nawyku; i możemy ufać, że to, co zaczęliśmy, trwać będzie lub przynajmniej do trwania będzie skłaniać. A nawet gdybyśmy przez swoją słabość upadli — czego Boże uchowaj — nasze umartwienia będą łatwiejsze w następnym Wielkim Poście. Co więcej, jak właśnie powiedziałem, będziemy zdolni do więcej. Zaparcie siebie stanie się nam naturalne. Nie będziemy odczuwać pragnienia owych uciech — czy to zmysłowych, czy umysłowych — które mają smak tego świata; a nasz gust i upodobania zaczną kształtować się wedle reguły niebieskiej. Tym, którzy nawykli do umartwień, bardziej bolesne jest folgowanie sobie niż powściąganie się — czego każdy człowiek o zwyczajnym samopanowaniu musi być świadom z codziennych spraw własnego doświadczenia. Ludzie z niższych warstw, o niewyrobionej kulturze, patrzą na bogatych i dziwią się, że nie czynią tego a owego, co sami by z pewnością czynili, gdyby mieli podobne środki. Powód jest ten, że owi bogaci, mając doskonalsze wychowanie, mają — nawet przy braku religii — zbyt wiele smaku i poczucia przyzwoitości, by używać swego majątku w sposób, który można by nazwać barbarzyńskim. Otóż ta sama niechęć do folgowania sobie we wszystkich jego postaciach dojrzewa, za łaską Bożą, w duszach tych, którzy szukają Boga drogą surowości. Tymoteusz musiał być przez świętego Pawła przynaglany do picia trochę wina; bo picie wina było dla Tymoteusza trudnością, jako że (mówiąc potocznie) nie było to jego przyzwyczajenie. Był szczęśliwy na swój sposób. Każdy człowiek ma swój własny sposób i dziwi się na cudzych. Każdy spogląda z góry na sąsiada, bo sąsiad nie lubi właśnie tego, co on sam lubi. Patrzymy z wyższością na cudzoziemców, bo ich zwyczaje nie są naszymi. Szczęśliwy ten, czyim sposobem jest sposób Boży; gdy się do niego przyzwyczai, jest on tak samo łatwy jak każdy inny — ba, o wiele łatwiejszy, bo służba Boża jest doskonałą wolnością, gdy tymczasem szatan jest okrutnym poganiaczem.
Na koniec niechaj ci, którzy usiłują uczynić ten Wielki Post pożytecznym dla swoich dusz przez takie praktyki, jakie od zawsze były w użyciu w tym czasie odkąd istnieje chrześcijaństwo — niechaj się strzegą, by nie stracić tego świata, a nie zyskać przyszłego: na przykład przez nawrót, o którym właśnie wspomniałem. Albo znowu — przez zachowywanie tego, co samo w sobie słuszne, w sposób zimny i formalny. Możemy używać środków, lecz tylko Bóg może je błogosławić. On jedynie zamienia kamienie w chleb i wyprowadza wodę z twardej skały. On może wszystko przemieniać w pokarm, lecz tylko On to może uczynić. Módlmy się do Niego, by błogosławił temu, co dla Niego podejmujemy, byśmy nie tylko pracowali, ale i otrzymali zapłatę, i zebrali owoc ku żywotowi wiecznemu. Ten świat jest naprawdę bardzo małą rzeczą, by wyrzec się go dla przyszłego. A jednak jeśli wyrzeczemy się go w sercu i obcowaniu, zyskamy przyszły. Zmierzajmy do wytrwałego nawyku ducha — wpatrywania się w Boga i radowania się chwałą, która ma być objawiona. W takim razie, czy jemy, czy pijemy, czy się wstrzymujemy, czy czegokolwiek innego dokonujemy, wszystko czynić będziemy dla Niego. Zmierzajmy do bycia prawdziwymi dziedzicami obietnicy; pokornie aspirujmy do tego, by być Jego wybranymi, w których On ma upodobanie — świętymi i nieskażonymi, „bez nagany i bez skazy, synami Bożymi pośrodku pokolenia przewrotnego i zepsutego", pośród których jaśnieć mamy „jak światła na świecie, trzymając się mocno słowa życia".