HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie IV. Wyrzeczenia Chrystusa rozmyślaniem dla chrześcijan

Wielki Post

Gdy moja wiara stała się letniaGdy nie umiem się modlić RozmyślanieMęka i Krzyż
„Znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogatym, dla was stał się ubogim, abyście się ubóstwem Jego wzbogacili."
W skrócie. Newman diagnozuje przyczynę letniości i powierzchowności wiary: brak rozmyślania o Chrystusie i Jego Męce. Znajomość Ewangelii bez medytacji pozostaje jałową wiedzą; dopiero rozmyślanie czyni ją życiodajną zasadą. Kazanie jest naglącym wezwaniem do praktyki rozważania Pisma, zwłaszcza opisu Męki, jako podstawy prawdziwego życia duchowego.

„Jest po temu jeden powód, bracia moi — jeśli mam wyrazić swą myśl jednym słowem — ponieważ tak mało rozmyślacie.”

*Wielki Post*

*„Znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogatym, dla was stał się ubogim, abyście się ubóstwem Jego wzbogacili."* — 2 Kor 8,9

W miarę jak czas płynie i Wielkanoc się zbliża, wzywani jesteśmy nie tylko do płakania nad naszymi grzechami, lecz zwłaszcza nad różnorodnymi cierpieniami, jakie Chrystus, Pan i Zbawiciel nasz, poniósł z ich powodu. Dlaczego to, bracia moi, tak mało nas to wzrusza, jak wzruszać powinno? Dlaczego pozwalamy, by ta pora przychodziła i mijała jak każda inna — nie myśląc o Chrystusie bardziej niż w innych czasach, a przynajmniej nie czując więcej? Czy mylę się, twierdząc, że tak właśnie jest? I jeśli tak, czyż nie mam powodu pytać, dlaczego tak jest? Nie wzrusza nas opowieść o gorzkiej męce Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, dla nas poniesionej. Nie opłakujemy grzechów, które ją wywołały, ani nie ma w nas współczucia dla niej. Nie cierpimy razem z Nim. Jeśli przychodzimy do kościoła — słuchamy, a potem odchodzimy bez bólu; a jeśli z bólem, to jedynie przez chwilę. Wielu zaś w ogóle do kościoła nie przychodzi — i dla nich ten święty i uroczysty czas jest jak każdy inny. Jedzą i piją, śpią i wstają, zajmują się swoimi sprawami i rozrywkami jak zwykle. Nie noszą ze sobą myśli o Tym, który za nich umarł — wszędzie, gdzie się znajdują — nie noszą jej „czy jedzą, czy piją, czy cokolwiek czynią". W żadnym sensie nie „żyją", użyjmy słów świętego Pawła, „wiarą Syna Bożego, który ich umiłował i wydał siebie samego za nich".

Tego, niestety, zaprzeczyć się nie da. A jednak, jeśli Syn Boży zstąpił z nieba, odłożył na bok swą chwałę i poddał się wzgardzie, okrutnemu traktowaniu i śmierci z rąk własnych stworzeń — tych, których stworzył, których zachowywał aż do owego dnia i których wtedy podtrzymywał w życiu i istnieniu — czy to rozumne, że tak wielkie zdarzenie ma nas nie poruszać? Czyż nie jest oczywiste, że musimy być w stanie głębokiej bezbożności, jeśli w odpowiedzi na to, co On dla nas uczynił i wycierpiał, nie mamy w sobie choćby odrobiny wdzięczności, odrobiny współczucia, odrobiny miłości, odrobiny czci, odrobiny wyrzutów sumienia, odrobiny uniżenia, odrobiny nawrócenia, odrobiny pragnienia poprawy? A raczej — czy tak wielki Dobroczyńca nie ma prawa oczekiwać od nas wdzięczności przepełnionej przez brzegi, żywego współczucia, żarliwej miłości, głębokiej czci, gorzkiego wyrzutu sumienia, szczerej pokuty, gwałtownego pragnienia i tęsknoty za nowym sercem? Któż mógłby temu zaprzeczyć? Dlaczego więc, o bracia moi, tak nie jest? Dlaczego rzeczy mają się u nas tak, jak mają? Niestety — ze smutkiem przepowiadam, że czas będzie biegł dalej, Pasja, Wielki Piątek i dzień Zmartwychwstania przeminą, i tygodnie po nich, a wielu z was będzie dokładnie takimi, jakimi było — ani trochę bliżej nieba, ani trochę bliżej Chrystusa w sercu i w życiu, ani trwale, ani zbawiennie nie przejętymi myślą o Jego miłosierdziu oraz własnych grzechach i niegodności.

Ale dlaczego tak jest? Dlaczego tak mało rozumiecie Ewangelię waszego zbawienia? Dlaczego oczy wasze są tak przygasłe, a uszy tak twarde na słuchanie? Dlaczego macie tak mało wiary, tak mało nieba w sercach? Jest po temu jeden powód, bracia moi — jeśli mam wyrazić swą myśl jednym słowem — ponieważ tak mało rozmyślacie. Nie rozmyślacie, dlatego też nic was nie przenika.

Na czym polega rozmyślanie o Chrystusie? Jest to po prostu nawykowe i stałe myślenie o Nim oraz o Jego czynach i cierpieniach. To mieć Go przed oczami duszy jako Kogoś, kogo możemy kontemplować, czcić i do kogo możemy się zwracać — gdy wstajemy i gdy kładziemy się spać, gdy jemy i pijemy, gdy jesteśmy w domu i poza nim, gdy pracujemy, chodzimy lub odpoczywamy, gdy jesteśmy sami i gdy jesteśmy wśród innych — oto jest rozmyślanie. I tylko przez nie — i przez nic mniejszego — serca nasze dojdą do właściwych uczuć. Mamy serca kamienne, twarde jak drogi bite; historia Chrystusa nie pozostawia na nich śladu. A przecież, jeśli mamy być zbawieni, musimy mieć serca czułe, wrażliwe, żywe; nasze serca muszą być złamane, rozłamane jak ziemia pod pługiem, muszą być kopane, podlewane, pielęgnowane i uprawiane, aż staną się ogrodami, ogrodami Edenu, miłymi naszemu Bogu, ogrodami, w których Pan Bóg może chodzić i przebywać — wypełnionymi nie cierniem i ostami, lecz wszystkimi roślinami pachnącymi i pożytecznymi, niebiańskimi drzewami i kwiatami. Sucha i jałowa pustynia musi wytrysnąć źródłami wód żywych. Ta przemiana musi dokonać się w naszych sercach, jeśli mamy być zbawieni; jednym słowem: musimy mieć to, czego z natury nie mamy — wiarę i miłość; a jak ma się to dokonać, z pomocą łaski Bożej, jeśli nie przez pobożne i praktyczne rozmyślanie przez cały dzień?

Święty Piotr opisuje to, co mam na myśli, gdy mówi o Chrystusie: „Którego nie widząc, miłujecie; w którego teraz, choć nie widzicie, wierząc, weselicie się radością niewymoną i wsławioną".

Chrystus odszedł; nie jest widziany; nigdy Go nie widzieliśmy, znamy Go tylko z czytania i słuchania. Stare powiedzenie głosi: „Co z oczu, to z serca". Tak właśnie będzie i tak być musi w naszym odniesieniu do błogosławionego Zbawiciela, jeśli nie będziemy przez cały dzień nieustannie zabiegać o myśl o Nim, o Jego miłości, Jego przykazaniach, Jego darach i Jego obietnicach. Musimy przypominać sobie to, co czytamy w Ewangeliach i świętych księgach o Nim; musimy przywoływać przed oczy to, co słyszeliśmy w kościele; musimy prosić Boga, by nam to umożliwił, pobłogosławił temu wysiłkowi i pozwolił nam to czynić w duchu prostoty, szczerości i czci. Jednym słowem: musimy rozmyślać, bo wszystko to jest rozmyślaniem; i może to czynić nawet człowiek najpospolity, o ile ma ku temu wolę.

A o takim rozmyślaniu, to jest o rozważaniu czynów i cierpień Chrystusa, powiem dwie rzeczy. Pierwsza z nich byłaby zbyt oczywista, by ją wspominać, gdyby nie to, że milcząc o niej, mógłbym sprawić wrażenie, że jej nie uznaję — tymczasem uznaję ją w pełni. Polega ona na tym, że takie rozmyślanie zrazu wcale nie jest przyjemne. Wiem o tym; z początku ludzie uznają je za bardzo uciążliwe, a ich myśl chętnie ześlizgnie się ku innym przedmiotom. Prawda; lecz zważcie: jeśli Chrystus uznał wasze zbawienie za warte tak wielkiej ofiary dobrowolnych cierpień, czyż wy nie powinniście uznać — bo to waszej własnej sprawy dotyczy — że wasze własne zbawienie jest warte niewielkiej ofiary, jaką jest nauczenie się rozmyślania o owych cierpieniach? Czy można żądać od was czegoś mniejszego niż to, że skoro On dokonał dzieła, wy macie jedynie weń uwierzyć i je przyjąć?

A moja druga uwaga jest taka: tylko przez powolne postępy rozmyślanie jest w stanie rozmiękczyć nasze twarde serca i sprawić, że historia prób i smutków Chrystusa naprawdę nas poruszy. Nie jedno ani dwa wspomnienia Chrystusa tego dokonają. Tylko spokojne i wytrwałe trwanie z myślą o Nim przed oczami duszy sprawi, że stopniowo zyskamy coś z ciepła, światła, życia i miłości. Nie dostrzeżemy własnych przeobrażeń. Będzie to jak rozwijanie się liści na wiosnę. Nie widzisz, jak rosną; nie możesz obserwować wzrostu na bieżąco. Lecz każdy mijający dzień coś dla nich uczynił; i może każdego ranka stwierdzasz, że posunęły się dalej niż wczoraj. Tak jest z duszami naszymi: nie każdego ranka, lecz w pewnych odstępach czasu możemy dostrzec, że jesteśmy żywsi w wierze i pobożności niż byliśmy, choć w owym czasie nie mieliśmy świadomości, że wzrastamy.

Przejdę teraz — niejako tytułem przykładu — do kilku słów o dobrowolnym uniżeniu się Chrystusa, by zaproponować wam myśli, które powinniście nosić w sobie zawsze, a szczególnie w tej najświętszej porze roku; myśli, które — niech Bóg pozwoli — w swoim skromnym wymiarze przygotują was do oglądania Chrystusa w niebie, a tymczasem przygotują was do spotkania z Nim w Jego Paschalnym Święcie. Dzień Zmartwychwstania przychodzi raz w roku; jest krótki, jak każdy dzień. Oby nam dane było dobrze go spożytkować, jak najlepiej go spożytkować, oby nam dane było go przeżyć! Oby nie przeminął jak inne dni, nie zostawiając po sobie żadnej woni, która by nam o nim przypominała!

Przyjdźcie więc, bracia moi, w tym czasie, zanim nadejdą owe uroczyste dni, i przypatrzmy się niektórym wyrzeczeniom Syna Bożego, który stał się człowiekiem — wyrzeczeniom, które powinny być waszym rozmyślaniem przez te święte tygodnie.

A przede wszystkim — zdaje się On przemawiać do ubogich. Przyszedł w ubóstwie. Święty Paweł mówi w tekście dzisiejszym: „Znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogatym, dla was stał się ubogim, abyście się ubóstwem Jego wzbogacili". Niechaj ubodzy nie sądzą, że ich niedola jest wyłącznie ich własna i że nikt inny jej nie zaznał. Najwyższy Bóg, Bóg Syn, który panował z Ojcem od wieków, najdoskonalej błogi — On, właśnie On, stał się biednym człowiekiem i dźwigał niedole ubogich. Jakie są owe niedole? Przypuszczam, że takie oto: złe warunki mieszkaniowe, złe odzienie, niewystarczające lub lichego gatunku jedzenie; mało przyjemności i rozrywek; wzgarda; zależność od innych w utrzymaniu i brak perspektyw na przyszłość. Jak zaś było z Chrystusem, Synem Boga Żywego? Gdzie się urodził? W stajni. Przypuszczam, że niewielu ludzi doświadcza tak wielkiego upokorzenia: narodziny nie w spokoju i wygodzie, lecz pośród bydła; a co było Jego pierwszą kolebką, jeśli wolno mi to słowo zastosować? — żłóbek. Takie były początki Jego ziemskiego życia; i nie polepszyły się, w miarę jak życie biegło dalej. Powiada przy pewnej sposobności: „Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, ale Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy skłonić". Nie miał domu. Gdy zaczął nauczać, byłby dzisiaj z pogardą nazwany włóczęgą. Są ludzie zmuszeni spać tam, gdzie mogą; taki, w znacznej mierze, zdaje się był nasz błogosławiony Pan. Słyszymy o Marcie, która Go goszczenia i o innych; lecz choć niewiele się o tym mówi, to, co się mówi, wskazuje, że wiódł życie surowsze niż jakikolwiek wiejski chłop. Przez czterdzieści dni przebywał na pustyni: gdzie myślicie, że spał? W skalnych grotach. A kim byli jego towarzysze? Towarzyszami gorszymi niż ci, wśród których się urodził. Urodził się w grocie; spędził czterdzieści nocy w grocie; lecz przy narodzeniu były to przynajmniej oswojone zwierzęta — wół i osioł. Ale podczas czterdziestu dni pokus „był ze zwierzętami dzikimi". Te groty na pustyni są pełne stworzeń dzikich i jadowitych. Tam spał Chrystus; i bez wątpienia, gdyby nie niewidzialne ramię Ojca i Jego własna świętość, byłyby na Niego napadły.

I zimno — kolejna niedola, która dotkliwie nas dotyka. Chrystus i to znosił. Spędzał całe noce na modlitwie w górach. Wstawał przed świtem i udawał się na miejsca pustynne, by się modlić. Bywał na morzu w nocy.

Gorąco to cierpienie, które u nas nie daje się bardzo we znaki, lecz jest niezwykle groźne na wschodzie, gdzie żył nasz Zbawiciel. Ludzie wówczas siedzą w domach, gdy słońce stoi wysoko, by nie doznać szkody; a jednak czytamy, że On siadł przy studni Jakuba w południe, znużony podróżą.

Zauważcie to też, o czym już wspomniałem. Przez cały czas swojej służby nieustannie wędrował, i to pieszo. Jeden raz wjechał do Jerozolimy — by wypełnić proroctwo.

Znosił też głód i pragnienie. Pragnął przy studni i prosił Samarytankę, by Mu dała wody do picia. Był głodny na pustyni, gdy pościł czterdzieści dni. Innym razem, gdy był czynnie zaangażowany w swoje dzieła miłosierdzia, On i Jego uczniowie nie mieli czasu jeść chleba. I rzeczywiście, wędrując tak, jak wędrował, rzadko mógł być pewien posiłku. A jaki rodzaj pożywienia spożywał? Przebywał często w pobliżu śródlądowego morza czy jeziora, zwanego morzem Genezaret albo Tyberiadzkim, i On i Jego Apostołowie żywili się chlebem i rybami — pożywienie tak skromne jak u biednych ludzi dzisiaj, a nawet skromniejsze.

Słyszymy o pewnej dobrze nam znajomej sposobności: pięć chlebów jęczmiennych i dwie małe ryby. Po swoim zmartwychwstaniu przygotował dla Apostołów — „ogień i rybę na nim, i chleb" — jak się zdaje, ich zwykły posiłek.

A warto zauważyć, że mimo tej nędzy On i Jego uczniowie mieli zwyczaj dawać coś ubogim. Nie pozwalali sobie nawet na to, by jak najlepiej wykorzystać to niewielkie, co mieli. Gdy zdrajca Judasz wstał i wyszedł, by Go zdradzić, a Jezus do niego przemówił, niektórzy z Apostołów myśleli, że wydaje polecenie co do jałmużny dla ubogich — co świadczy o Jego zwyczaju.

I był On, co trzeba ledwie dodać, całkowicie zależny od innych. Niekiedy bogaci Go przyjmowali. Niekiedy, jak już powiedziałem, pobożne osoby służyły Mu ze swoich dóbr. Żył, według własnych Jego błogosławionych słów, jak kruki, które Bóg żywi, albo jak trawa polna, którą Bóg przyodziewa.

Czy muszę dodawać, że miał mało przyjemności i mało rozrywek? Niemal nie wypada mówić o tym w odniesieniu do Tego, który przyszedł od Boga i który miał inne myśli i inne drogi niż my. A jednak są niewinne radości, które Bóg daje nam tutaj na wyrównanie trudów życia; nasz Pan był wystawiony na trudy, mógł też skorzystać z ich rekompensaty. Lecz powstrzymał się od tego. Zauważono, że nigdy nie mówi się o Nim jako o wesołym; natomiast często czytamy, że wzdychał, stękał i płakał. Był „mężem boleści i znającym niemoc".

Przejdźmy teraz do innych, większych cierpień, które wziął na siebie, stawszy się ubogim. Jednym z nich była pogarda, nienawiść i prześladowanie ze strony świata. Już w niemowlęctwie Maryja musiała uciekać z Nim do Egiptu, by uchronić Go przed Herodem, który chciał Go zabić. Gdy wrócili, nie było bezpiecznie mieszkać w Judei i wychował się w Nazarecie, miejscu złej sławy, gdzie przebywała Święta Dziewica, gdy przyszedł do niej Anioł Gabriel. Nie potrzebuję mówić, jak był lekceważony i prześladowany przez faryzeuszy i kapłanów, gdy zaczął nauczać, i jak musiał raz po raz uciekać o życie, które oni pragnęli odebrać.

Innym wielkim cierpieniem, przed którym nasz Pan się nie uchylił, było to, co w naszym przypadku nazywamy żałobą — utratą bliskich lub przyjaciół przez śmierć. Niełatwo było Mu to znosić — Jemu, który miał tylko jednego bliskiego krewnego na ziemi i tak niewielu przyjaciół; lecz nawet tej niedoli zakosztował dla naszego dobra. Łazarz był Jego przyjacielem i utracił go. Wiedział wprawdzie, że może go wskrzesić, i uczynił to. A jednak gorzko po nim płakał — z jakiegokolwiek powodu — tak że Żydzi rzekli: „Patrzcie, jak go miłował". Lecz głębszą i prawdziwszą żałobą, o ile śmiemy tak mówić, był Jego pierwotny akt uniżenia się: opuszczenie niebieskiej chwały i zejście na ziemię. Jest to oczywiście od początku do końca wielka tajemnica dla nas; a jednak On raczy mówić przez swego Apostoła o swoim „ogołoceniu się" z chwały; tak że możemy zasadnie i z nabożną czcią rozważać to jako niewymoną i przedziwną żałobę, którą poniósł — będąc niejako przez pewien czas wydziedziczony i upodobniony do postaci grzesznego ciała.

Lecz to wszystko było tylko „początkiem boleści" dla Niego; by zobaczyć ich pełnię, musimy spojrzeć naprzód — ku Jego męce. W udręce, którą wtedy znosił, widzimy wszystkie Jego inne smutki skupione i przerośnięte; choć teraz mówić o tym nie będę wiele, gdy „jeszcze nie nadeszła Jego godzina".

Powiem jednak tyle: przede wszystkim — co jest zarazem przedziwne i przejmujące grozą — była to jego przytłaczająca trwoga przed cierpieniami, zanim jeszcze nadeszły. Świadczy to o tym, jak wielkie były; lecz zdaje się prócz tego, że postanowił przejść dla nas przez wszystkie doświadczenia — a wśród nich przez doświadczenie strachu. Powiada: „Teraz dusza moja doznała lęku i cóż powiem? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Lecz właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę". A gdy nadeszła godzina, ten strach stanowił początek Jego cierpień i sprowadził Jego konanie i krwawy pot. Modlił się: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich; wszakże nie jak Ja chcę, lecz jak Ty". Święty Łukasz dodaje: „I będąc w trwodze, usilniej się modlił, a Jego pot stał się jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię".

Następnie wydany został na śmierć przez jednego z własnych przyjaciół. Jakiż to był gorzki cios! I tak był samotny bez tego; lecz w tej ostatniej próbie jeden z dwunastu Apostołów, Jego własny serdeczny przyjaciel, zdradził Go, a pozostali opuścili Go i uciekli — choć święty Piotr i święty Jan nieco się opamiętali i podążyli za Nim. Wkrótce jednak święty Piotr sam popadł w cięższą winę przez trzykrotne zaparcie się Go. Jak serdecznie ku nim lgną i jak w naturalnym poruszeniu serca zwracał się ku nim wobec zbliżającej się próby — choć Go zawiedli — widać z słów, które wypowiedział przy Ostatniej Wieczerzy: „Powiedział im: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał".

Niebawem potem zaczęły się Jego cierpienia; i ten Święty i Błogosławiony Zbawiciel, Syn Boży i Pan życia, oddany był zarówno w duszy, jak i w ciele w moc złości wielkiego nieprzyjaciela Boga i człowieka. Hiob w Starym Testamencie wydany był szatanowi — lecz w określonych granicach: najpierw Złemu nie wolno było dotknąć jego ciała, a potem, choć dozwolono mu dotknąć ciała, nie mógł zabrać mu życia. Ale szatan miał moc triumfować — czy raczej, co on brał za triumf — nad życiem Chrystusa, który wyznaje swym prześladowcom: „To jest wasza godzina i władza ciemności". Głowę Jego ukoronowano i rozerwano cierniem, a skroniami uderzano kijami; twarz Jego była zepsuta pluciem; ramiona uginały się pod ciężarem krzyża; plecy były porzniete i rozszarpane biczami; ręce i nogi przebite gwoźdźmi; bok — dla hańby — raniony włócznią; usta wysuszone nieznośnym pragnieniem; a dusza tak pogrążona w ciemnościach, że zawołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?". I tak wisiał na Krzyżu przez sześć godzin — całe Jego ciało jedną raną — wystawiony prawie nagi na oczy ludzkie, „wzgardziwszy hańbą", wyszydzany, wyśmiewany i przeklinany przez wszystkich, którzy Go widzieli. Z pewnością do Niego jednego, w pełni swojego znaczenia, stosują się słowa Proroka: „Czyż to wam wszystkim jest obojętne, wy, którzy przechodzicie drogą? Obaczcie i patrzcie, czy jest boleść podobna do boleści mojej, która mię potkała, którą mię poraził Pan w dzień zapalczywości gniewu swego".

Jakże małe są nasze boleści w porównaniu z tymi! Jak błahe są nasze bóle, nasze trudy, nasze prześladowania wobec tych, które Chrystus dobrowolnie wziął na siebie za nas! Jeśli On — bezgrzeszny — poniósł to wszystko, cóż dziwnego, że my grzesznicy mamy znosić, jeżeli dane nam to jest, setną część tych cierpień? Jakże nikczemni i niegodni jesteśmy, że tak mało je rozumiemy, że tak mało nas poruszają! Niestety — gdybyśmy je odczuwali, jak powinniśmy, byłyby dla nas, w porach takich jak ta, która właśnie się zbliża, o wiele dotkliwsze niż śmierć przyjaciela czy jego bolesna choroba. Nie bylibyśmy wówczas zdolni czerpać rozkoszy z tego świata; tracilibyśmy smak do rzeczy ziemskich; tracilibyśmy apetyt i bylibyśmy chorzy z serca, i tylko z poczucia obowiązku jedli, pili i chodzili do pracy. Święta pora, w którą wkrótce wejdziemy, byłaby tygodniem żałoby — jak wtedy, gdy w domu leży nieboszczyk. Tak jednak czuć nie możemy jedynie dlatego, że chcemy i powinniśmy tak czuć. Nie możemy zmuszać się do takiego odczuwania. Nie wzywam tego czy tamtego, by tak czuł, skoro nie jest to w jego mocy. Nie możemy sami siebie pracą doprowadzić do takich uczuć; a jeśli możemy, to lepiej byśmy nie robili — bo jest to wzbudzanie sztuczne, które jest złe. Głębokie odczucie jest jedynie naturalnym lub koniecznym towarzyszem świętego serca. Lecz choć nie możemy tak czuć na żądanie i od razu, możemy obrać drogę ku takiemu odczuwaniu. Możemy wzrastać w łasce, aż tak poczujemy. I tymczasem możemy zachowywać taką zewnętrzną wstrzemięźliwość od niewinnych przyjemności i wygód życia, jaka nas do tego odczuwania przygotuje — taką wstrzemięźliwość, jaką spontanicznie zachowywalibyśmy, gdybyśmy już tak czuli. Możemy rozmyślać nad cierpieniami Chrystusa; a przez to rozmyślanie będziemy stopniowo, z biegiem czasu, doprowadzani do owych głębokich uczuć. Możemy prosić Boga, by uczynił dla nas to, czego sami nie możemy uczynić — by dał nam uczucie; by udzielił nam ducha wdzięczności, miłości, czci, uniżenia, bojaźni Bożej, pokuty, świętości i żywej wiary.

← wróć do odkrywania