HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie VI. Wcielony Syn — Cierpiący i Ofiara

Wielki Post

Gdy moja wiara stała się letnia Męka i KrzyżOdkupienie
„Przyjąwszy postać człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej."
W skrócie. Chrystus nie był tylko ofiarą niesprawiedliwości — był Ofiarą w ścisłym teologicznym sensie: Jego śmierć jest zadośćuczynieniem za grzechy ludzkości, nie zaś heroicznym martyrologiem. Newman przestrzega przed lekkomyślnością w obliczu tego faktu i wzywa do rozważania Męki z drżeniem, nie jako odległego zdarzenia historycznego, lecz jako czegoś mającego bezpośrednie konsekwencje dla każdego słuchacza. Lektura końcowych rozdziałów Ewangelii powinna budzić bojaźń.

„Pomyślcie o tym, wy wszyscy lekkomyślni, i zastanówcie się, czy z tą myślą potraficie czytać ostatnie rozdziały czterech Ewangelii bez lęku i drżenia.”

*Wielki Post*

*„Przyjąwszy postać człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej."* — Flp 2,8

Ten, który tak się uniżył — najpierw stając się człowiekiem, a potem umierając, i to na haniebnym i mczarniowym Krzyżu — był tym samym, który od wieków był „w postaci Bożej" i „równy Bogu", jak stwierdza Apostoł w poprzednim wierszu. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo; ono to było na początku u Boga" — tak mówi święty Jan, drugi świadek tej samej wielkiej i przejmującej prawdy. On też dodaje: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas." I na końcu swojej Ewangelii, jak wiemy, opisuje śmierć naszego Pana na Krzyżu.

Zbliżamy się teraz do najświętszego dnia, w którym wspominamy Mękę i śmierć Chrystusa. Starajmy się skupić nasze myśli na tej wzniosłej prawdzie. Starajmy się — a jest to rzecz bardzo trudna — odsunąć inne myśli, oczyścić umysły ze spraw przemijających, doczesnych i ziemskich, i napełnić je kontemplacją Wiecznego Kapłana oraz Jego jedynej, nieustającej Ofiary — tej Ofiary, która choć raz na zawsze dopełniona na Kalwarii, trwa nieustannie i mocą swej łaski jest wśród nas zawsze obecna; którą należy w każdym czasie wspominać z wdzięcznością i z bojaźnią, a zwłaszcza teraz, gdy nadchodzi ta pora roku, w której została złożona. Spójrzmy na Tego, który został wywyższony, aby nas do siebie przyciągnąć; i będąc wszyscy przezeń przyciągnięci, bądźmy też przyciągnięci do siebie nawzajem — tak byśmy rozumieli i czuli, że odkupił nas wszystkich, i że jeśli nie miłujemy się wzajemnie, nie możemy naprawdę miłować Tego, który oddał za nas życie swoje.

Mając więc nadzieję, że podsunę wam kilka poważnych myśli na tydzień, który dzisiaj się rozpoczyna, chcę poczynić kilka uwag, jakie nasuwa tekst, dotyczących owego straszliwego, a przecież radosnego wydarzenia — Męki i śmierci naszego Pana.

I przede wszystkim, nie powinno być konieczności mówienia o tym — choć może być konieczne właśnie dlatego, że jest to tak oczywiste (bo to, co bardzo jasne, bywa niekiedy przez tych, którzy wiedzą, przyjmowane za pewnik, i przez to inni nigdy tego nie słyszą) — otóż musimy zawsze pamiętać, że śmierć Chrystusa nie była zwykłym męczeństwem. Męczennik to ktoś, kto umiera za Kościół, kto ginie za głoszenie i obronę prawdy. Chrystus rzeczywiście poniósł śmierć za głoszenie Ewangelii, ale nie był Męczennikiem — był czymś nieskończenie więcej. Gdyby był tylko człowiekiem, słusznie byłby nazwany Męczennikiem; lecz ponieważ nie był zwykłym człowiekiem, nie był też zwykłym Męczennikiem. Człowiek umiera jako Męczennik — Syn Boży umiera jako Ofiara przebłagalna.

Wchodzimy tu zatem, jak widać, od razu w krainę głębokiej tajemnicy, choć dotyczącej nas w sposób najdonioślejszy. W Jego śmierci była moc, jakiej nie mógłby mieć żaden inny, gdyż był Bogiem. My sami nie moglibyśmy z góry powiedzieć, co wyniknie z tak wzniosłego wydarzenia, jakim jest wcielenie się Boga i Jego śmierć na Krzyżu; lecz tego, że coś nadzwyczajnego i wielkiego z tego wyniknie, moglibyśmy być pewni, nawet gdyby nam nic nie powiedziano. Nie uniżałby się tak bez powodu; nie mógłby się tak uniżyć — jeśli wolno mi użyć tego wyrażenia — bez momentalnych konsekwencji.

Dobrze byłoby, gdybyśmy otwarli nasze umysły na to, co oznacza nauka o Synu Bożym umierającym za nas na Krzyżu. Nie twierdzę, że zdołamy kiedykolwiek zgłębić jej tajemnicy, możemy jednak zrozumieć, na czym ta Tajemnica polega — i właśnie tego wielu ludziom brakuje. Nie mają jasnego wyobrażenia, jaka jest istota rzeczy; a gdyby je mieli, byliby poważniejsi, niż są. Niech będzie zatem zrozumiane, że Wszechmocny Syn Boży, który od wieków przebywał w łonie Ojca, stał się człowiekiem — stał się człowiekiem tak prawdziwie, jak zawsze był Bogiem. Był Bogiem z Boga, jak mówi Credo, tzn. jako Syn Ojca miał od Ojca wszystkie owe nieskończone doskonałości, które sam Ojciec posiadał. Był jednej substancji z Ojcem i był Bogiem, ponieważ Ojciec był Bogiem. Był prawdziwie Bogiem, ale stał się równie prawdziwie człowiekiem.

Stał się człowiekiem, a jednak w żadnym względzie nie przestał być tym, czym był przedtem. Przyjął nową naturę, lecz tak ściśle, że zdawało się, jakby naprawdę opuścił swoją poprzednią postać — choć tego nie uczynił. „Słowo stało się ciałem" — samo to byłoby już dość wielką tajemnicą i cudem, lecz nawet to nie było wszystkim; nie tylko bowiem „stał się człowiekiem", ale, jak Credo dalej stwierdza, „ukrzyżowany był również za nas pod Poncjuszem Piłatem, umęczon i pogrzebion".

I oto, twierdzę, jest nowa tajemnica w historii Jego uniżenia, a myśl o niej rzuci nowe, uroczyste światło na rozdziały, które będziemy czytali przez cały ten tydzień. Powiedziałem, że po Wcieleniu ludzka natura należała do Chrystusa tak samo i równie prawdziwie jak Jego Boskie przymioty. Święty Paweł mówi nawet o Bogu „nabywającym nas własną krwią" i o „Panu chwały" jako zabitym — wyrażenia, które bardziej niż jakiekolwiek inne pokazują, jak absolutnie i bez zastrzeżeń przyoblekł On naturę ludzką. Jak dusza działa przez ciało jako swoje narzędzie, tak — w sposób doskonalszy, lecz równie ścisły — odwieczne Słowo Boże działało przez człowieczeństwo, które przyjęło. Gdy mówiło, literalnie mówił Bóg; gdy cierpiało, literalnie cierpiał Bóg. Nie znaczy to, że sama Boska Natura mogła cierpieć — podobnie jak dusza nasza nie widzi ani nie słyszy; lecz jak dusza widzi i słyszy przez organy ciała, tak Bóg Syn cierpiał w owej ludzkiej naturze, którą wziął na siebie i uczynił swoją. I w tej naturze cierpiał naprawdę; tak prawdziwie, jak stwarzał światy mocą Wszechmocną, tak samo przez swą ludzką naturę cierpiał; bo gdy przyszedł na ziemię, Jego człowieczeństwo stało się tak prawdziwie i osobowo Jego, jak Wszechmoc była Jego od wieków.

Pomyślcie o tym, wy wszyscy lekkomyślni, i zastanówcie się, czy z tą myślą potraficie czytać ostatnie rozdziały czterech Ewangelii bez lęku i drżenia.

Oto na przykład: „Gdy to rzekł, jeden ze sług stojących obok uderzył Jezusa w policzek, mówiąc: Tak odpowiadasz arcykapłanowi?" Trzeba te słowa wypowiedzieć, choć ledwie śmiem je wymawiać — ów sługa podniósł rękę na Boga Syna. Nie jest to przenośnia, nie jest to retoryczna figura ani twierdzenie przesadzone i nierozważne — jest to dosłowna i prosta prawda, jest to wielka nauka katolicka.

Dalej: „Wtedy napluli Mu w twarz i bili Go pięściami, a inni policzkowali Go".

„Mężowie, którzy trzymali Jezusa, naśmiewali się z Niego i bili Go; zasłonili Mu oczy i pytali: Prorokuj, kto Cię uderzył? I wiele innych rzeczy bluźnierczych mówili przeciwko Niemu".

„Herod ze swoimi żołnierzami pogardził Nim i wyszydziwszy Go, kazał Go odziani w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata".

„Wtedy Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować. Żołnierze, uplótłszy koronę z ciernia, włożyli Mu na głowę i narzucili na Niego płaszcz purpurowy. I podchodzili do Niego, mówiąc: Witaj, królu żydowski! — i policzkowali Go. Piłat wyszedł raz jeszcze i rzekł do nich... Wtedy Jezus wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym".

Na koniec: „Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą — Czaszką, ukrzyżowali Go tam" — pośród dwóch złoczyńców, i nawet tam nie zaprzestawali Go lżyć i wyszydzać; wszyscy zaś, arcykapłani i lud, stali i przypatrywali się, wzywając Go, by zstąpił z Krzyża.

Wzywam was teraz do rozważenia, że ów Oblicze, tak bezlitośnie smagane, było Obliczem samego Boga; że skronie skrwawione cierniami, święte Ciało wystawione na widok i rozszarpane biczem, Ręce przybite do Krzyża, a potem Bok przeszyty włócznią — że to była Krew i święte Ciało, i Ręce, i Skronie, i Bok, i Stopy samego Boga, na które wpatrywało się wówczas rozjuszone tłum. Ta myśl jest tak przerażająca, że gdy umysł ją po raz pierwszy ogarnia, z trudem można myśleć o czymkolwiek innym — tak więc, gdy ją rozważamy, musimy prosić Boga, by nam ją złagodził i dał siłę do właściwego jej rozważania, abyśmy jej nie przerastali.

Uwzględniając zatem, że Sam Wszechmocny Bóg, Bóg Syn, był tym Cierpiącym, lepiej niż dotąd zrozumiemy opisy Ewangelistów. Zobaczymy sens Jego postawy — Jego milczenia, słów, które wypowiadał, i lęku, jaki budziła Piłatowi.

„Najwyższy kapłan powstał i rzekł do Niego: Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciw Tobie? Ale Jezus milczał".

„Kiedy arcykapłani i starsi oskarżali Go, nic nie odpowiadał. Wtedy Piłat rzekł do Niego: Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw Tobie? On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił".

„Żydzi odpowiedzieli mu: My mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym. Kiedy Piłat usłyszał te słowa, uląkł się jeszcze bardziej. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: Skąd Ty jesteś? Ale Jezus nie dał mu żadnej odpowiedzi".

„Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył; od dawna bowiem chciał Go zobaczyć, bo słyszał o Nim wiele, i spodziewał się, że zobaczy jakiś znak przez Niego dokonany. Zasypał Go też wieloma pytaniami, ale Jezus nic mu nie odpowiedział".

Na koniec — Jego słowa do niewiast, które za Nim szły: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi. Bo oto nadchodzą dni, kiedy będą mówić: Szczęśliwe niepłodne łona i piersi, które nie karmiły. Wtedy zaczną mówić do gór: Padajcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas".

Po tych ustępach rozważcie słowa umiłowanego ucznia, przepowiadającego Jego przyjście na końcu czasów: „Oto przychodzi z obłokami, i ujrzy Go wszelkie oko, nawet ci, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi. Tak jest. Amen".

Tak, wszyscy my, ku zbawieniu lub ku potępieniu, ujrzymy pewnego dnia ów święty Oblicze, który niegodziwi bili i znieważali; ujrzymy te Ręce przybite do Krzyża; ten Bok przeszyty włócznią. Zobaczymy to wszystko — i będzie to widok Boga Żywego.

Skoro taka jest wielka tajemnica Krzyża i Męki Chrystusa, mielibyśmy podstawy, jak powiedziałem, spodziewać się, że wyniknie z tego coś wielkiego. Cierpienia i śmierć Wcielonego Słowa nie mogły przeminąć jak sen; nie mogły być zwykłym męczeństwem ani tylko jakimś obrazem czy figurą czegoś innego — musiały mieć w sobie moc. Moglibyśmy być tego pewni nawet bez żadnych objawień na temat skutku. Lecz ów skutek został nam też objawiony: jest to nasze pojednanie z Bogiem, przebłaganie za nasze grzechy i nasze nowe stworzenie w świętości.

Potrzebowaliśmy pojednania, bo z natury jesteśmy wygnańcami. Od czasu upadku Adama, wszyscy jego potomkowie żyją pod przekleństwem. „W Adamie wszyscy umierają", jak mówi święty Paweł. Toteż każdy z nas rodzi się na ten świat w stanie śmierci — takie jest nasze naturalne życie od pierwszego oddechu; jesteśmy dziećmi gniewu, poczętymi w grzechu, ukształtowanymi w nieprawości. Jesteśmy w niewoli wrodzonego pierwiastka zła, który hamuje i dusi wszelkie zasady prawdy i dobra, jakie w nas pozostają, gdy tylko próbujemy według nich działać. Jest to ów „ciało śmierci", pod którym święty Paweł opisuje naturalnego człowieka, jak wzdycha i woła: „O nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli?" My sami zaś, bracia moi, wiemy — chwała Bogu — że wszyscy zostaliśmy od niemowlęctwa wyrwani z tego nędznego pogańskiego stanu przez chrzest święty, który jest Bożym ustanowionym środkiem odrodzenia. A mimo to stan ten pozostaje naszym naturalnym stanem; w nim rodził się każdy z nas; w nim jest każde małe dziecko, gdy je przynoszą do chrzcielnicy. Choćby i najdroższe było tym, którzy je przynoszą, i choćby wyglądało niewinnie — przed chrztem tkwi w jego sercu duch zła, ukryty, widziany przez Boga, niewidziany przez człowieka (jak wąż między drzewami Edenu) — duch, który od samego początku jest ohydny Bogu, a z czasem stanie się jego wieczną zgubą. Ten duch zła zostaje wygnany przez Chrzest Święty, bez przywileju którego samo narodzenie byłoby jedynie nieszczęściem. Lecz skąd Chrzest czerpie swą moc? Z owego wielkiego wydarzenia, które tak rychło będziemy wspominać — ze śmierci wcielonego Syna Bożego.

Niemal wszystkie religie mają swoje zewnętrzne oczyszczenia; wyczuwają potrzebę człowieka, choć jej zaspokoić nie mogą. Nawet system żydowski, choć Boski, tu nic nie sprawiał — jego obmycia były jedynie cielesne; krew cielców i kozłów była tylko ziemska i bezowocna. Nawet chrzest świętego Jana, poprzednika Pańskiego, nie miał żadnej wewnętrznej mocy przebłagalnej. Chrystus nie był jeszcze ukrzyżowany. Lecz gdy nadeszła ta długo oczekiwana chwila, gdy Syn Boży uroczyście wydzielił samego siebie na Ofiarę w obecności swoich dwunastu Apostołów i wszedł do ogrodu, a wobec trojga z nich przeszedł przez swą agonię i krwawy pot, a potem został zdradzony, bity, opluwany, ubiczowany i przybity do Krzyża — aż umarł — wypowiedział ostatnim tchnieniem: „Wykonało się!"; i od tej chwili moc Najwyższego wyszła przez Jego rany i z Jego Krwią dla odpuszczenia i odrodzenia człowieka — i stąd właśnie pochodzi moc Chrztu.

Dlatego właśnie „uniżył samego siebie i stał się posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej". „Chrystus wykupił nas", powiada Apostoł gdzie indziej, „z przekleństwa Prawa, stając się za nas przekleństwem". A dalej mówi, że Chrystus „zawarł pokój przez krew Jego Krzyża" i „pojednał nas w ciele swego ciała przez śmierć, ażeby stawić nas przed obliczem swoim świętymi, nienaganymi i nieosiągalnymi". Albo jak mówi święty Jan: święci „wyprali swe szaty i wybielili je we krwi Baranka". I nikt nie mówi wyraźniej o tej wielkiej tajemnicy niż prorok Izajasz, wiele setek lat przed jej spełnieniem: „Lecz On obarczył się naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści. On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze uzdrowienie. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich".

Wierzymy zatem, że gdy Chrystus cierpiał na Krzyżu, nasza natura cierpiała w Nim. Ludzka natura, upadła i skażona, była pod gniewem Bożym — i niepodobna było, by mogła być przywrócona do Jego łaski, dopóki nie zadośćuczyniła przez cierpienie za swój grzech. Dlaczego to było konieczne — nie wiemy; lecz nam wprost powiedziano, że „wszyscy z natury jesteśmy dziećmi gniewu", że „z uczynków Prawa nie będzie usprawiedliwione żadne ciało" i że „niezbożni zostaną strąceni do piekła, i wszystkie narody, które zapominają o Bogu". Syn Boży przyjął więc naszą naturę po to, by w Nim mogła uczynić i wycierpieć to, czego sama z siebie była niezdolna. Czego nie mogła dokonać sama przez się, mogła dokonać w Nim. Nosił ją przez całe życie pokuty. Wziął ją ze sobą w agonię i śmierć. W Nim nasza grzeszna natura umarła i zmartwychwstała. Gdy umarła w Nim na Krzyżu, owa śmierć była jej nowym stworzeniem. W Nim spłaciła swój stary i ciężki dług — bo obecność Jego Bóstwa nadała jej transcendentną zasługę. Jego obecność zachowała ją od samego początku czystą od grzechu. Jego Ręka starannie wybrała najdoskonalszy okaz naszej natury z substancji Dziewicy; i odseparowując ją od wszelkiej zmazy, Jego osobowe zamieszkanie uświęciło ją i natchnęło mocą. I tak, gdy złożona została na Krzyżu i przez cierpienie stała się doskonałą, stała się pierwociną nowego człowieka; stała się Boskim zaczynem świętości dla nowych narodzin i duchowego życia wszystkich, którzy ją przyjmą. I tak, jak mówi Apostoł: „Jeśli jeden za wszystkich umarł, tedy wszyscy pomarli"; „stary nasz człowiek został z Nim ukrzyżowany, aby zniszczone zostało grzeszne ciało"; i „razem z Chrystusem, gdy byliśmy umarli w grzechach, ożywił nas, i razem wskrzesił, i posadził nas razem w niebieskich miejscach w Chrystusie Jezusie". Tak więc „jesteśmy członkami Jego ciała, z Jego ciała i z Jego kości; bo kto spożywa Jego Ciało i pije Jego Krew, ma życie wieczne"; albowiem Ciało Jego jest prawdziwym pokarmem, a Krew Jego jest prawdziwym napojem; i „kto spożywa Ciało Jego i pije Krew Jego, trwa w Nim, a On w nim".

Jakże odmienny obraz życia kreślą nam te nauki od tego, który prezentuje świat! Pomyślcie tylko o jednej rzeczy — o zachłanności, z jaką wielka masa ludzi goni za sprawami czasu: za zajęciami tego świata, za zyskiem, za narodową potęgą, za spekulacjami obiecującymi publiczną lub prywatną korzyść. A pomyślawszy o tym, zwróćcie wzrok ku kontemplacji Krzyża Chrystusowego i powiedzcie szczerze, czy świat i wszystko, co w świecie, nie jest teraz tak samo niewierne, jak gdy Chrystus przyszedł. Czy nie wydaje się, że jest zbyt wiele powodów do obawy, że ten naród, choć ochrzczony w imię Krzyża Chrystusowego, jest w tak nieświętym stanie, że gdyby Chrystus przyszedł pośród nas tak, jak przyszedł pośród Żydów, odrzucilibyśmy Go — poza garstką niedobitków — tak samo jak oni? Czy nie możemy być pewni, że ludzie dzisiejsi, gdyby żyli w czasie Jego przyjścia, nie uwierzyliby w święte i tajemnicze nauki, które przyniósł, i wyśmiewali je? Niestety! czy jest jakikolwiek powód do wątpliwości, że wypełniliby słowa świętego Jana: „ciemność go nie ogarnęła"? Serca mają skierowane ku planom tego świata; nie byłoby między nimi a spokojnym i niebiańskim umysłem Pana Jezusa Chrystusa żadnego porozumienia. Mówiliby, że Jego Ewangelia jest dziwna, przesadna, niewiarygodna. Jedynym powodem, dla którego nie mówią tak teraz, jest przyzwyczajenie — i to, że nie zastanawiają się naprawdę nad tym, co wyznają. Cóż! (mówiono by) Syn Boży przyjmujący ciało ludzkie — niemożliwe! Syn Boży oddzielony od Boga, a przecież z Nim jedno — „jakże to może być?" Bóg Sam cierpiący na Krzyżu, Wszechmocny Odwieczny Bóg w postaci sługi, z ludzkim ciałem i krwią, zraniony, znieważony, umierający? I wszystko to jako Przebłaganie za ludzki grzech? Po co (pytaliby) potrzebne było Przebłaganie? Czemu miłosierny Ojciec nie mógł przebaczyć bez niego? Dlaczego ludzki grzech ma uchodzić za tak wielkie zło? Nie widzimy potrzeby tak zadziwiającego lekarstwa; odmawiamy przyjęcia nauki tak całkowicie niepodobnej do czegokolwiek, co oblicze tego świata nam ukazuje. To są zdarzenia bez precedensu; należą do nowego i osobnego porządku rzeczy; i podczas gdy serce nie żywi do nich żadnej sympatii, rozum je całkowicie odrzuca. — Co zaś do cudów Chrystusa — gdyby ich nie widzieli, nie uwierzyliby w doniesienia o nich; a gdyby widzieli, gotowi byliby je przypisać sztuczkom kuglarstwa — jeśli nie, jak czynili Żydzi, Belzebubowi.

Tak właśnie będą zawsze wyglądały święte prawdy Ewangelii tym, którzy żyją dla tego świata — bez względu na to, czy kochają jego przyjemności, jego wygody, jego nagrody czy jego zmagania. Oczy ich są ociężałe — nie mogą widzieć Chrystusa duchowo. Gdy Go widzą, nie ma w Nim piękna, dla którego by Go pożądali. Tak stają się niewierzącymi. Według słów naszego Pana: „Żaden sługa nie może służyć dwom panom; bo albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo do jednego się przywiąże, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie". Gdy to powiedział, faryzeusze wyśmiewali się z Niego. A On rzekł do nich: „Wyście tymi, którzy sami siebie usprawiedliwiacie przed ludźmi, ale Bóg zna serca wasze; bo to, co u ludzi jest wyniosłe, obrzydliwością jest przed Bogiem."

Niechaj Bóg da, abyśmy nie byli z tych, którzy „sami siebie usprawiedliwiają przed ludźmi" i „wyśmiewają się" z tych, którzy głoszą surową naukę Krzyża! Niechaj Bóg da, abyśmy — jeśli mamy jakieś wątpliwości co do zepsucia i braków religii dziś tak popularnej wśród nas — mieli łaskę ze szczerością pragnąć poznać wolę Bożą! Niechaj Bóg da, byśmy nie usiłowali zwieść własnych sumień i łączyć, za pomocą jakiegoś wybiegu, służby dla tego świata i służby Bogu! Niechaj Bóg da, byśmy nie przekraczali i nie rozcieńczali Jego świętego Słowa, nie nakładali nań fałszywych interpretacji ludzkich, nie wywodzili się z jego surowości i nie sprowadzali religii do zwykłej, banalnej sprawy — zamiast myśleć o niej tak, jak na to zasługuje: jako o temacie tajemniczym i nadprzyrodzonym, tak różnym od tego, co leży na powierzchni tego świata, jak dzień różni się od nocy, a niebo od ziemi!

← wróć do odkrywania