HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie VIII. Trudność uświadomienia sobie świętych przywilejów

Wielkanoc

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Chrzest i bierzmowaniePowszechne powołanie do świętości
„To jest dzień, który Pan uczynił; weselmy się i radujmy się w nim."
W skrócie. Chrześcijanie na ogół nie uświadamiają sobie ogromnego przywileju, jaki mają w łasce chrztu — żyją poniżej swojego stanu, bo go nie rozumieją. Newman kreśli obraz stopniowego rozpoznawania świętych przywilejów: tak jak apostołowie powoli pojmowali tajemnicę Zmartwychwstania, tak każdy ochrzczony wciąż na nowo odkrywa, kim jest w Chrystusie. Modlitwa o głębsze rozumienie własnego stanu łaski jest kluczową praktyką tego odkrycia.

„Módlmy się nieustannie, byśmy coraz pełniej wiedzieli, czym jesteśmy, i byśmy właściwie pojmowali własną wiedzę; jednym słowem — byśmy mieli dobre uczucia i odpowiadające im wyznanie wiary.”

*Wielkanoc*

*„To jest dzień, który Pan uczynił; weselmy się i radujmy się w nim."* — Ps 118,24

Trudno jest zawsze w pełni uświadomić sobie jakąś wielką radość albo wielki smutek. Nie możemy tego osiągnąć przez samo tylko pragnienie. To, co przyswaja nam radości i smutki tego świata, to ich okoliczności i towarzyszące im zdarzenia. Gdy umiera przyjaciel, z początku nie możemy uwierzyć, że nam go odebrano; nie możemy też uwierzyć, że jesteśmy w nowym miejscu, gdy dopiero co do niego przybyliśmy. Gdy nam coś oznajmią — przyznajemy to, nie powątpiewamy — lecz nie odczuwamy tego jako prawdziwego, nie pojmujemy tego jako faktu, który musi zająć określone miejsce w naszych myślach, od którego trzeba wychodzić i do którego trzeba się odnosić, który winniśmy traktować jako istniejący; innymi słowy: nie uświadamiamy go sobie. Zdaje się, że jest to poniekąd przyczyną, dla której — gdy Bóg Wszechmogący objawia się w Piśmie temu czy owemu człowiekowi — ów człowiek prosi o jakiś znak, aby się upewnić, że Bóg przemówił. Bez wątpienia grzeszna słabość niekiedy mieszała się do takich pytań — jak w przypadku Zachariasza, który będąc kapłanem w świątyni, samym mieszkaniu Boga żywego, gdzie jeśli gdziekolwiek, to tam właśnie przebywają aniołowie, gdzie jeśli gdziekolwiek, to tam właśnie Bóg przemawia — powinien był nie potrzebować żadnego znaku, który by mu uświadamiał moc Bożą, czuwające oko Boże, wierność Bożą wobec domu Izraela i jego kapłanów. Z tego samego uczucia, choć bez winy, Gedeon prosił o cud z runem. Nie mógł się zdobyć na wiarę, że stanie się tym, czym ogłosił go Anioł Boży. Jak to? On, najniższy z rodu swego ojca, a ród jego nędzny w pokoleniu Manassesa — jakże miał pojąć, że zostanie największym bohaterem Izraela w walce z Madianitami? Nie wątpił o tym, bo Bóg tak rzekł; ale nie mógł myśleć, czuć, mówić i działać tak, jakby to było prawdą. Gdy próbował to czynić, działo się to w sposób nierzeczywisty — mówił i działał nienaturalnie, jakby na podstawie jakiejś teorii, jakiegoś oglądu rzeczy, który chwilę trzymał się jego umysłu, a zaraz potem się ulatniał. Szczególna łaska Boża w stosunku do niego, wyrażona słowami: *„Pan jest z tobą, mężu dzielny!"* — zdawała mu się jak sen i wprawiała go w zamęt. Powiedział więc niejako: jeśli tak jest, to płyną stąd pewne konsekwencje; jeśli Bóg jest ze mną, to jest ze mną Bóg cudów, który może odmieniać stworzenie wedle swojej woli; niech więc zechce to uczynić — abym miał pełne wrażenie w duszy, sercu i umyśle tego, co mój rozum przyjmuje; abym się oswoił z tą dziwną i przemożną opatrznością, że ja mam być wyniesiony nad braci moich i ustanowiony Bożym sługą dla ich dobra. I dlatego prosił najpierw, by rosa opadła na runo, a potem by runo pozostało suche — nie jako dowód, na którym miałby oprzeć swą wiarę, lecz jako objawienie przemawiające do jego wyobraźni i serca.

W podobny nieco sposób powiedziano nam też o Jakubie: „gdy ujrzał wozy, które Józef przysłał, by go zabrać, ożył duch ich ojca Jakuba". Jakub, co prawda, wątpił w to, co donoszą synowie, nie ufając im; jednak sam widok wozów miał nie tyle dowodzić ich prawdomówności, ile raczej uciszyć jego wzburzoną wyobraźnię i pogodzić ją z niespodzianą nowiną. Nowina była bowiem bardziej zadziwiająca, niż nierzetelni byli jej zwiastuni.

I tak my, chrześcijanie, choć już od niemowlęctwa zrodzeni do królestwa Bożego i powołani ponad wszystkich ludzi, by być dziedzicami nieba i świadkami wobec świata, i choć całkowicie tę prawdę znamy i w nią wierzymy — to jednak z wielką trudnością i przez wiele lat uczymy się rozumieć swój przywilej. Nikt, oczywiście, nie pojmuje go w pełni — to pewne; lecz nie mamy nawet rzetelnego, praktycznego uchwycenia go. I oto jesteśmy, nawet w ten wielki Dzień, ten Dzień nad dni, w którym Chrystus powstał z martwych — jesteśmy w ten właśnie Dzień jak niemowlęta, leżące bezradnie i bez czucia na ziemi, bez oczu, by widzieć, i bez serca, by pojąć, kim jesteśmy.

Tak jest zaiste, i nie można zaprzeczyć, że wiele mamy jeszcze do zrobienia, bardzo wiele, zanim wzniesiemy się do rozumienia naszej nowej natury i jej przywilejów, i nauczymy się weselić i radować w Dniu, który Pan uczynił — by „oczy naszego rozumienia" zostały oświecone, abyśmy poznali, jaka jest nadzieja wezwania Jego, i jak niezgłębione bogactwo chwały dziedzictwa Jego w świętych, i jak przemożna wielkość mocy Jego wobec nas, którzy wierzymy, według działania potęgi Jego siły, którą okazał w Chrystusie, gdy Go wskrzesił z martwych i posadził po prawicy swojej w niebiosach. Tak wzniosłe słowa są dla nas, niestety, ledwie słowami; w najlepszym razie jedynie w nie wierzymy, lecz w żadnej znacznej mierze nie uświadamiamy ich sobie.

Ta nieczułość czy brak pojmowania wynika w znacznej mierze — nie trzeba tego dowodzić — z naszej przemożnej słabości i grzeszności. Nasza stara natura nieustannie wznosi się przeciwko nowej; „ciało pożąda przeciwko duchowi". Jej pożądanie skierowane jest ku temu światu. Ten świat jest jej pokarmem; jej oczy dostrzegają ten świat. Ponieważ jest, czym jest, sprzymierza się z tym światem. Świat i ciało zawiązują z sobą przymierze; jedno żąda, drugie dostarcza. Dlatego też, o ile ciało uwodzi nas ku towarzystwu świata, o tyle — w równej mierze — tępi naszą wrażliwość na ów świat, którego nie widzimy; przeszkadza nam go uświadamiać sobie. I tak jedną ze szczególnych przyczyn trudności w uświadamianiu sobie naszego wybrania do królestwa niebieskiego jest nasza zepsuta natura, która zaprzyjaźnia nas z tym światem, królestwem szatana, i ciągnie nas w dół, gdy chcemy wznieść nasze serca, wznieść je do Pana. To jest pewne; lecz oprócz tego istnieją niewątpliwie jeszcze inne przyczyny, które utrudniają nam pojmowanie naszego stanu i sprawiają, że pojmujemy go tylko stopniowo — i które nie są naszą winą, lecz wynikają z naszego położenia i okoliczności.

Rodzimy się prawie w pełni chrześcijańskich błogosławieństw, długo przed dojściem do używania rozumu. Nie mogliśmy ich w ogóle pojąć — i nie z własnej winy — gdy byliśmy chrzczeni, byliśmy bowiem niemowlętami. Jak więc rozum sam zdobywamy stopniowo, tak też stopniowo zdobywamy wiedzę o tym, czym jesteśmy. A jak nie jest naszą winą, lecz błogosławieństwem dla nas, że zostaliśmy tak wcześnie ochrzczeni, tak też — z samej natury rzeczy, a nie z jakiejkolwiek winy naszej — wkraczamy powoli w przywileje naszego chrztu. Tak jest ze wszelką wiedzą o nas samych i o naszym miejscu w świecie; zdobywamy ją stopniowo. Z początku dzieci nie wiedzą, że są istotami odpowiedzialnymi; lecz z biegiem czasu nie tylko to odczuwają, ale i rozważają tę wielką prawdę oraz to, co z niej wynika. Niektórzy wspominają chwilę z dzieciństwa, gdy ogarnęła ich refleksja nad tym, czym są, skąd pochodzą, dokąd zmierzają, po co żyją, czego się od nich wymaga. Ta myśl nachodziła ich długo po tym, jak słyszeli i mówili o Bogu; lecz wreszcie zaczęli uświadamiać sobie to, co słyszeli, i zaczęli rozmyślać o sobie samych. Podobnie też jest w sprawach tego świata. W miarę jak nasze umysły dojrzewają, stopniowo rozumiemy, gdzie jesteśmy w ludzkim społeczeństwie. Mamy pojęcie o stanach i klasach, o narodach, o krajach. Zaczynamy widzieć, jak stoimy wobec innych. I tak mężczyzna różni się od chłopca: ma ogólny pogląd na rzeczy, widzi, jak się do siebie odnoszą, widzi swoje miejsce, widzi, co jest stosowne, czego się od niego oczekuje, jaki jest jego obowiązek wobec wspólnoty, jakie jego prawa. Rozumie swoje miejsce w świecie i — jednym słowem — jest w nim u siebie.

Jakże smutne, że choć tak rośniemy w wiedzy o sprawach czasu i zmysłów, pozostajemy dziećmi w znajomości naszych niebiańskich przywilejów! Święty Paweł mówi, że skoro Chrystus zmartwychwstał, Ten „wzbudził nas razem i posadził razem na wyżynach niebieskich w Chrystusie Jezusie". To właśnie mamy jeszcze poznać; poznać nasze miejsce, położenie, sytuację jako „dzieci Bożych, członków Chrystusa i dziedziców królestwa niebieskiego". Zmartwychwstaliśmy — i nie wiemy o tym. Zaczynamy nasz katechizm od wyznania, że zmartwychwstaliśmy, lecz całe długie życie potrzeba, by pojąć to, co wyznajemy. Jesteśmy jak ludzie budzący się ze snu, którzy nie mogą od razu zebrać myśli ani rozpoznać, gdzie są. Pomału prawda rozjaśnia się przed nami. Takimi jesteśmy w tym doczesnym świecie — synami światłości, budzącymi się stopniowo do samowiedzy. O to módlmy się, nad tym rozmyślajmy, do tego dążmy pracą — by stopniowo dochodzić do rzeczywistego pojmowania tego, czym jesteśmy. Tak oto z czasem zdobędziemy najpierw jedno, potem drugie. Pomału porzucimy cienie i odnajdziemy rzeczywistość. Trwając przy Bogu dzień po dniu, będziemy dzień po dniu czynić postęp i zbliżać się do prawdziwego i jasnego wglądu w to, czym On nas uczynił w Chrystusie. Z roku na rok coś zyskamy, i każda Wielkanoc, gdy nadejdzie, pozwoli nam pełniej radować się sercem i rozumem tą wielką zbawiającą drogą, którą Chrystus nam wówczas otworzył.

Odkryjemy, że jest to jedna z wielkich dobrodziejstw Opatrzności, płynących z tych obowiązków, których On od nas wymaga. Nasze powinności wobec Boga i ludzi nie są tylko czymś, co wypełniamy dla Niego — są one zarazem środkami oświecającymi nasze oczy i czyniącymi naszą wiarę pojmującą. Każdy czyn posłuszeństwa ma tendencję do umacniania naszych przekonań o niebie. Każda ofiara czyni nas gorliwszymi; każde zaparcie się siebie — bardziej oddanymi. Takie jest też znaczenie zachowywania świętych pór roku: odrywają nas od tego świata, wbijają w nas przekonanie o rzeczywistości świata, którego nie widzimy. Ufamy, że jeśli tak postępować będziemy, będziemy coraz lepiej rozumieć, gdzie jesteśmy. Ufamy pokornie, że gdy oczyszczać się będziemy z tego świata, nasze oczy zostaną oświecone, by widzieć rzeczy, które są dostrzegalne jedynie duchowo. Mamy nadzieję, że do nas spełnią się w należytej mierze słowa Błogosławieństwa: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą". Żywimy dobrą nadzieję, która zawieść nas nie może: że jeśli trwać będziemy przy Bogu, tak jak Święci zawsze trwali — w postach i modlitwach — jeśli szukać Go będziemy, jak Anna Go szukała, albo jak święty Piotr w Jopie, albo jak święty Daniel przed nimi — Chrystus objawi się nam; dzień zaśwituje i gwiazda poranna wzejdzie w naszych sercach. Ujrzymy znak Syna Człowieczego na niebie; spożywać będziemy ukrytą mannę i posiądziemy tę tajemnicę Pana, która jest z tymi, co Go się boją; i jak święty Paweł — „wiedzieć będziemy, komuśmy uwierzyli, i pewni będziemy, że On jest mocen strzec skarbu naszego na ów dzień".

Chociaż więc odczuwamy boleśnie — jak powinniśmy — że nie czcimy tego Błogosławionego Dnia z tą żywą i gorącą radością, jaka mu się należy, to jednak niech nas to nie zniechęca, niech nas nie zwodzi do rozpaczy. Radość odczuwamy; odczuwamy jej więcej, niż sami wiemy. Widzimy więcej z następnego świata, niż sami sądzimy. Jeśli dobrze spożytkowaliśmy świętą porę roku, która właśnie minęła; jeśli w dobrej wierze, nie igrając sami z sobą, wyrzekaliśmy się pokarmów i napojów, i innych uciech — według naszej siły; jeśli byliśmy wytrwali w modlitwach według naszych możliwości — nie może być inaczej, jak to, że błogosławieństwo spłynęło na nas i że jest z nami teraz. Możemy go nie odczuwać, lecz niebawem je poznamy, gdy spojrzymy wstecz. Całe dotychczasowe doświadczenie powinno nam tego wystarczająco dowieść. Wiemy, w jaki sposób byliśmy dotąd prowadzeni do uznania tego, co uznajemy z naszej chrześcijańskiej szczęśliwości — jak bardzo stopniowo, jak cicho. Może przypominamy sobie to czy owo uderające zdarzenie. Może, jak mówiłem, możemy niejako dotknąć palcem chwili z naszego dzieciństwa, gdy pierwszy raz ogarnęła nas myśl, że pozostajemy w relacji do innych istot i one do nas, i zdumiawszy się — pytaliśmy, czym jesteśmy i po co istniejemy. Może w późniejszym życiu wspominamy chwile, gdy moc Bożej prawdy dochodziła do nas wyraźniej i dotkliwiej; lecz najczęściej tak nie jest. Najczęściej zdobywaliśmy prawdę i czyniliśmy postęp od prawdy do prawdy, nie zdając sobie z tego sprawy. Nie możemy powiedzieć, kiedy po raz pierwszy wyznawaliśmy tę czy inną naukę, która jest teraz naszą radością i skarbem. Jest to „jak człowiek, który nasienie rzuca w ziemię, a potem śpi i wstaje w nocy i w dzień, a nasienie kiełkuje i rośnie, on zaś nie wie jak... najpierw źdźbło, potem kłos, potem pełne ziarno w kłosie". Widzieć to można zewsząd; szczególnie widać to w tych czasach. Bóg Wszechmogący zdaje się w tych czasach miłosiernie prowadzić liczne rzesze ku pełnej prawdzie, jaka jest w Jezusie — jeśli wolno tak powiedzieć bez zuchwalstwa — prowadzi ich, a oni sami o tym nie wiedzą. Stopniowo zmieniają i przekształcają swe poglądy, sądząc, że trwają w miejscu. Inni może widzą, jak się z nimi dzieje — oni sami nie widzą; w stosownym czasie zobaczą. Taka jest cudowna droga Boża. Jakub był w Betel, nim o tym wiedział. I my jesteśmy w królestwie łaski, nie zdając sobie z tego sprawy, i jest ono w nas objawiane, zanim sami odczujemy to objawienie. Jak niemowlęta wodzą wzrokiem wokół, a zdaje się, że nic nie widzą, tak i my dostrzegamy nasze przywileje, lecz nie władamy nimi. Módlmy się nieustannie, byśmy coraz pełniej wiedzieli, czym jesteśmy, i byśmy właściwie pojmowali własną wiedzę; jednym słowem — byśmy mieli dobre uczucia i odpowiadające im wyznanie wiary.

A teraz, kończąc — bo nie przystoi w ten Dzień mówić wiele, gdy Bóg dopełnił swego największego dzieła — myślmy o nim i o Nim. Radujmy się w Dniu, który On uczynił, i bądźmy „chętni w Dniu Jego potęgi". To jest Dzień Wielkanocny. Powtarzajmy sobie te słowa raz po raz — z bojaźnią i wielką radością. Jak dzieci mówią sobie: „To jest wiosna" lub „To jest morze" — próbując uchwycić tę myśl i nie puścić jej; jak podróżnicy w obcym kraju mówią: „To jest to wielkie miasto" lub „To jest ta słynna budowla" — wiedząc, że ma za sobą długą historię przez wieki, i gniewając się na siebie, że wiedzą o niej tak mało — tak i my mówmy sobie: To jest Dzień nad dniami, Dzień Królewski, Dzień Pański. To jest Dzień, w którym Chrystus powstał z martwych; Dzień, który przyniósł nam zbawienie. To Dzień, który uczynił nas większymi, niż sami wiemy. To nasz Dzień odpoczynku, prawdziwy Szabat. Chrystus wszedł w swój odpoczynek — i my też wchodzimy. Prowadzi nas, jakby przez grób i bramę śmierci, ku naszej chwili wytchnienia na łonie Abrahamowym. Mieliśmy dość znużenia, posępności, omdlenia i smutku, i wyrzutów sumienia. Mieliśmy dość tego niespokojnego świata. Mieliśmy dość jego hałasu i zgiełku. Hałas to jego najlepsza muzyka. Lecz teraz panuje cisza — i jest to cisza, która przemawia. Wiemy, jak dziwne jest uczucie doskonałej ciszy po nieustannym dźwięku. Takie jest nasze błogosławieństwo teraz. Nastały dni spokojne i pogodne; słychać w nich Chrystusa i Jego ciche, łagodne głosy, bo świat milczy. Wystarczy, że odrzucimy świat, a przyobleczemy się w Chrystusa. Odsunięcie się od jednego jest przybliżeniem do drugiego. Przez kilka tygodni staraliśmy się, z Jego łaską, rozbierać się z ziemskich pragnień i pożądań. Niech to rozbieranie stanie się dla nas przyobleczeniem w rzeczy niewidzialne i niezniszczalne! Niech wzrastamy w łasce i w poznaniu Pana i Zbawiciela naszego, porę za porą, rok za rokiem — aż On weźmie do siebie, najpierw jednego, potem drugiego, w kolejności, jaką uzna za stosowną: by rozstać się na chwilę — i złączyć się na wieki w królestwie Jego Ojca i Ojca naszego, Jego Boga i Boga naszego.

← wróć do odkrywania