*Wielkanoc*
*„To jest chleb, który zstępuje z nieba, aby ten, kto go spożywa, nie umarł."* — J 6,50
Ćwierć roku od Środy Popielcowej do Niedzieli Trójcy Świętej słusznie można nazwać Porą Sakramentalną, tak jak pora ją poprzedzająca jest Porą łaski; a jak w Porze Bożego Narodzenia jesteśmy szczególnie wzywani do szczerości intencji, tak teraz wzywani jesteśmy do wiary. Bóg czyni dobro tym, którzy są dobrzy i prawi sercem; i objawia swe tajemnice tym, którzy wierzą. Serce gorliwe jest żyzną glebą, w której wiara zapuszcza korzenie, a prawdy Ewangelii są jak rosa, słońce i łagodny deszcz, które sprawiają, że wzrasta owo niebiańskie ziarno.
Tekst nasz mówi o największej i najwznioślejszej ze wszystkich tajemnic sakramentalnych, które wiara otrzymała w darze — o Komunii Świętej. Chrystus, który za nas umarł i zmartwychwstał, jest w niej duchowo obecny, w pełni swojej śmierci i swojego zmartwychwstania. Jego obecność w tym Świętym Sakramencie nazywamy obecnością duchową — nie dlatego, jakoby słowo „duchowa" było tylko nazwą lub sposobem mówienia, a On był w rzeczywistości nieobecny, lecz po to, by wyrazić, że Tego, który jest tam obecny, nie można zobaczyć ani usłyszeć; że nie można do Niego dotrzeć ani ująć Go żadnym ze zmysłów; że nie jest obecny w miejscu, nie jest obecny cieleśnie, choć jest obecny rzeczywiście. A jak to jest możliwe — to oczywiście tajemnica. Wszystko, co wiemy i co wiedzieć potrzebujemy, to że jest nam dany, i że jest dany w Sakramencie Komunii Świętej.
Odnośnie do tekstu i rozdziału, z którego pochodzi, zacznę od spostrzeżenia, które na pierwszy rzut oka wydaje się niepodważalne: że ów rozdział świętego Jana traktuje o Wieczerzy Pańskiej i jest w istocie komentarzem do tego, co opisują trzej pozostali Ewangeliści. Wiemy, że świętym Janem rządzi zasada uzupełniania tego, co pomijają jego bracia — szczególnie w sprawach doktryny — oraz pomijania tego, co oni przekazują. Stąd właśnie: podczas gdy wszyscy trzej opisują ustanowienie Komunii Świętej przy Ostatniej Wieczerzy, święty Jan je pomija; a ponieważ tamci nie rozwijają szerzej tematu wielkiego daru w niej zawartego, on wchodzi w tę sprawę. Taka jest, powiadam, jego zasada. Tak na przykład święty Mateusz i święty Marek opisują oskarżenie wysunięte przeciw naszemu Panu podczas procesu, że miał powiedzieć, iż może zburzyć i w trzy dni odbudować świątynię Bożą. Nie podają jednak, kiedy tak powiedział; tę lukę uzupełnia więc święty Jan: pomijając ów zarzut w chwili procesu, opisuje w swoim rozdziale drugim okoliczności sprzed kilku lat, z których oskarżenie zostało utkane. Żydzi przyszli do Niego i poprosili Go o znak; wtedy On, mając przed oczyma swoje przyszłe zmartwychwstanie, rzekł: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni ją odbuduję" — mając na myśli przez świątynię własne ciało, a przez jej odbudowanie swoje zmartwychwstanie po śmierci.
Podobnie: święty Mateusz i święty Marek podają też opis ustanowienia przez Niego Sakramentu Chrztu. Chrystus ustanowił go w chwili wniebowstąpienia, lecz nie wyjaśnił znaczenia i wartości Chrztu — przynajmniej w świadectwie świętego Mateusza i świętego Marka nie ma o tym mowy. Tymczasem święty Jan, pomijając wzmiankę o ustanowieniu tego Sakramentu po Zmartwychwstaniu, wykłada nam jego doktrynalne znaczenie przez pryzmat wcześniejszej rozmowy naszego Pana z Nikodemem na ten temat — rozmowy, którą on jeden spośród Ewangelistów przytacza. Podobnie też, jak powiadam, w rozdziale, który mamy przed sobą, wyjaśnia jako doktrynę to, co tamci Ewangeliści przekazują jako ustanowienie obrzędu. Co więcej, jest godne uwagi, że w rozmowie naszego Pana z Nikodemem nie pada wyraźna wzmianka o Chrzcie, choć Chrzest jest ewidentnie jej przedmiotem. Pan mówi o narodzeniu się „z wody i z Ducha"; nie mówi: „z Chrztu i z Ducha" — a jednak nikt z nas nie wątpi, że chodzi o Chrzest. Podobnie w rozpatrywanym przez nas fragmencie: nie mówi On wprost, że chleb i wino są Jego Ciałem i Krwią; mówi jedynie o chlebie, a następnie o swoim ciele i krwi — słowa te jednak równie wyraźnie odnoszą się do Sakramentu Jego Wieczerzy, jak rozmowa z Nikodemem do Chrztu, mimo iż Chrztu nie wymienia po imieniu. Oczywiście byłoby wielce nierozumne twierdzić, że mówiąc o „wodzie i Duchu", nie miał On na myśli Chrztu; i równie nierozumne, z pewnością, twierdzić, że w rozdziale przed nami nie odwołuje się do swojej Świętej Wieczerzy.
Wymowa świętych słów naszego Pana zdaje się zatem być następująca, o ile można ją podjąć się zbadać. W Kafarnaum, w opisywanym tu rozdziale, uroczyście oznajmia On swoim Apostołom, że nikt nie będzie żył na wieki, kto nie spożywa Jego ciała i nie pije Jego krwi; a potem, gdy już wkrótce miał być ukrzyżowany, jak opisują pozostałe trzy Ewangelie, wskazuje im sposób, w jaki owa tajemnica łaski miała się w nich wypełnić. Jako owe Ciało, o którym mówił, wyznacza poświęcony Chleb, a jako Jego Krew — poświęcone Wino; i spożywając Chleb i pijąc z Kielicha, stają się uczestnikami Jego Ciała i Krwi.
Godne uwagi jest też, że biorąc pod uwagę, iż ustanowienie przez naszego Pana Jego Wieczerzy dokonało się tuż przed zdradą przez Judasza i że Judasz właśnie spożył ją z innymi — w omawianej przez nas mowie Pan nawiązuje do Judasza: „Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem" — jakby miał przed oczyma, w swoim Bożym przewidywaniu, to, co miało się stać, gdy formalnie ustanowi Sakrament. Zauważmy też, że podczas owej Ostatniej Wieczerzy powraca On do myśli o wybraniu ich: „Nie o wszystkich was mówię; wiem, kogo wybrałem".
Kiedy więc Chrystus wypowiadał słowa tekstu i inne słowa zawierającego go rozdziału, opisywał na wyprzód ów dar, który poświęcony chleb i wino miały przynosić Jego Kościołowi na wieki. Mówiąc z odniesieniem do tego, co miało być, powiedział: „Ja jestem chlebem życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który zstępuje z nieba, aby ten, kto go spożywa, nie umarł. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata."
Na potwierdzenie zwróciłbym uwagę, że nasz Pan dokonał był właśnie cudu z chlebami, podczas którego rzeczywiście pobłogosławił i połamał Chleb; po czym mówi On następnie, jak gdyby: „Uczyniłem cud z chlebem i nakarmiliście się, ale przyjdzie czas, gdy dam wam prawdziwy Chleb eucharystyczny, nie podobny do tych przemijających chlebów jęczmiennych, lecz taki, przez który będziecie żyli na wieki, bo jest nim moje ciało." Kiedy więc, zanim Go wzięto, wziął chleb, pobłogosławił i połamał, czyniąc ten sam gest, którego użył przy cudzie rozmnożenia chleba, i nazwał go nawet swoim ciałem — jakże Apostołowie mogli powątpiewać, że przez ten znamienny czyn chciał On przywołać na pamięć ich mowę zapisaną w szóstym rozdziale świętego Jana i że mieli oni rozpoznać w tym czynie wykładnię owej mowy? Powiedział był, że da im chleb, który będzie Jego ciałem i będzie miał życie — z pewnością dobrze to pamiętali. Kto z nas, gdyby był tam obecny, nie rozpoznałby w chwili ustanowienia Wieczerzy spełnienia owej wcześniejszej obietnicy? Z pewnością więc nie możemy wątpić, że to ogłoszenie u świętego Jana zmierza ku poświęconemu Chlebowi i Winu Komunii Świętej i w nich się wypełnia.
Jeśli tak jest, to nie wymaga żadnego dowodu, jak wielki jest dar zawarty w tym Sakramencie. Jeśli ów rozdział rzeczywiście doń nawiązuje, to już same słowa „Ciało i Krew" to pokazują. Nie pokazują tego mniej wcale dlatego, że nie wiemy dokładnie, co znaczą — wszak na sam ich dźwięk ewidentnie oznaczają coś bardzo wzniosłego, tak wzniosłego, że dlatego właśnie nie możemy tego pojąć.
Nic nie może wyraźniej ukazać, jak wielkie jest owo błogosławieństwo, niż spostrzeżenie, że tendencją Kościoła nigdy nie było umniejszanie jego cudowności, lecz raczej uwydatnianie jej. Kościół nigdy nie lekceważył tego daru; przeciwnie, wiemy, że jedna bardzo znaczna część chrześcijaństwa wyznaje więcej niż my wyznajemy. Owo przekonanie, idące dalej niż nasze, świadczy o tym, jak wielki jest ten dar w istocie. Nawiązuję do doktryny zwanej przeistoczeniem, której nie przyjmujemy — czyli przekonania, że chleb i wino przestają istnieć, a Najświętsze Ciało i Krew Chrystusa są bezpośrednio widziane, dotykane i brane w ręce pod postaciami Chleba i Wina. Nasz Kościół uważa, że nie ma podstaw, by tak twierdzić, a własne słowa naszego Pana zawierają wystarczająco dużo cudowności nawet bez żadnych dodatkowych wyjaśnień. Rozważmy więc je same w sobie, bez późniejszych uzupełnień.
Mówi zatem: „Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Jego Krwi, nie będziecie mieli w sobie życia. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem."
**1.** Co do tych słów, stwierdzam najpierw, że na swój sposób ewidentnie głoszą jakąś wielką tajemnicę. Jakże inaczej można je rozumieć? Jeśli nie oznaczają tajemnicy, muszą być tylko przenośnym sposobem wyrażania czegoś, co nie jest tajemnicze, lecz proste i zrozumiałe. Ale czy jest w ogóle do pomyślenia, by Ten, który jest samą Prawdą i Miłością, użył słów trudnych, gdy wystarczyłyby słowa proste? Dlaczegóż miałby używać słów, których jedynym skutkiem byłoby w takim razie wprawianie nas w zakłopotanie i bezpodstawne zdumiewanie? Czy Jego miłosierdzie rozmiłowane jest w stwarzaniu trudności? Czy kładzie On kamieniom obrazy na naszej drodze bez powodu? Czy wzbudza nadzieje, by potem je zawieść? Może tak; może ma On ku temu jakiś głęboki zamiar; lecz co jest bardziej prawdopodobne — że Jego myśl przerasta nas, czy że Jego słowa przeraczają Jego myśl? Wszyscy, którzy czytają tak przejmujące słowa, jak te, o których mowa, zostaną przez pierwsze ich wrażenie skłonieni albo — jak uczniowie — do odejścia, bo twarde to słowa, albo — jak święty Piotr — do przyjęcia z radością tego, co jest obiecane; i zostaną pobudzeni w taki lub inny sposób, z niedowierzającym zdumieniem lub z wierzącą nadzieją. I czy uczucia tych przeciwnych świadków — rozbieżne wprawdzie, lecz wszystkie głębokie — są jednak bez podstaw? Czy mają być za nic uważane? Czy nie są żadnym znakiem prawdziwego zamysłu naszego Zbawiciela? Owo pragnienie i owa odraza, tak naturalnie wzbudzone — czy pozbawione są rzeczywistego przedmiotu i są jedynie następstwem powszechnego błędu co do tego, co Chrystus zamierzał jako przenośnię, a brane jest za dosłowną prawdę? To jest, z pewnością, bardzo mało prawdopodobne.
**2.** Następnie rozważmy odwołanie się naszego Pana do manny. Są tacy, którzy tłumaczą jedzenie ciała i krwi Chrystusa jako oznaczające jedynie przyjęcie zadatku skutków męki Jego Ciała i Krwi, to znaczy — innymi słowy — łaski Boga Wszechmogącego; ale jakże dawanie nam przez Chrystusa Jego Ciała i Krwi miałoby oznaczać tylko dawanie nam zadatku Jego łaski? Zaiste, te przejmujące słowa są zbyt jasne i jednoznaczne, by tak lekko je traktować. Chrystus, jak powiedziałem, z pewnością nie użyłby tak określonych wyrażeń, gdyby chciał przekazać pojęcie tak dalekie od ich znaczenia i tak łatwe do wyrażenia prostym językiem. Otóż siłę tego rozważania wzmacnia spostrzeżenie, że manna, do której porównuje swój dar, nie była przenośnią, lecz czymś określonym i szczególnym — naprawdę danym, naprawdę przyjętym. Manna nie była po prostu zdrowiem, ani życiem, ani łaską Bożą, lecz pewną rzeczą, która zdrowiem obdarzała, podtrzymywała życie i była znakiem łaski Bożej. Manna była darem zewnętrznym wobec Izraelitów i zewnętrznym też wobec Bożego sądu o nich i Bożych postanowień dotyczących ich — darem przez Niego stworzonym i spożywanym przez Jego lud. I Chrystus podobnie mówi, że On sam jest dla nas prawdziwą manną, prawdziwym Chlebem, który zstąpił z nieba; nie jak owa manna, która nie potrafiła uratować swych spożywców od śmierci, lecz manna darząca życiem. Czym więc była manna na pustyni, tym jest manna duchowa w Kościele chrześcijańskim; manna na pustyni była realnym darem, branym i jedzonym; taką samą jest manna w Kościele. Nie jest nią miłosierdzie Boże, ani łaska, ani przypisanie zasług; nie jest nią stan łaski, ani obietnica życia wiecznego, ani przywileje Ewangelii, ani nowe przymierze; tym bardziej nie jest nią nauka Ewangelii ani wiara w tę naukę; lecz jest nią to, co nasz Pan mówi, że jest — dar Jego własnego najdroższego Ciała i Krwi, naprawdę dawany, przyjmowany i spożywany jak manna (choć w sposób nieznany), w określonym czasie i na określonym miejscu — a mianowicie, jak już ukazałem, w tym czasie i w tym miejscu, gdzie i kiedy sprawowana jest Komunia Święta.
**3.** Następnie zauważam, że nasz Pan gani tłum za to, że nie zatrzymał się nad cudem rozmnożenia chleba jako cudem, lecz tylko jako środkiem zdobycia pokarmu dla ciała. Otóż zauważmy: jest to sprzeczne z tym, co mówi On gdzie indziej, pragnąc zniechęcić Żydów do ich pożądania znaków i cudów. Musi więc istnieć coś osobliwego i wyjątkowego w tym, co tu przed nimi stawia. Zazwyczaj tłumi On ich pragnienie znaków, a tu je pobudza. Gani tu, że nie zatrzymali się nad cudem. „Szukacie Mnie" — powiada — „nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do syta." Przyjmując, że Dar Eucharystyczny jest szczególnym Znakiem — Znakiem, który chciał im dać na zawsze swej Boskiej mocy — wyjaśnia to różnicę między Jego postępowaniem w tej chwili a w innych okolicznościach, gdyż równie bezbożne jest niedostrzeganie znaków, gdy są dawane, jak żądanie ich, gdy są wstrzymywane. Wyjaśnia to też Jego nakazanie im zdumienia, gdy miał im obiecać Chleb z nieba. Naśladowali jedynie swoich przodków na pustyni. Ich przodkowie wychodzili siódmego dnia zbierać mannę, mimo że Mojżesz zapowiedział im, że jej nie znajdą. Cóż to było, jak nie szukanie zwykłego pokarmu i zapominanie, że był on dawany cudownie i jako taki bezpośrednio zależny od Dawcy? Pozwólcie, że zapytam: czy postępowanie tych, w naszych czasach, którzy przychodzą do Stołu Pańskiego bez czci, podziwu, nadziei; bez owego skupienia uczuć, jakie powinno w nas budzić oczekiwanie tak transcendentnego cudu — jest bardzo różne? Lękajmy się, byśmy nie stracili pożytku z prawdziwego, choć niewidzialnego dzieła mocy, o które nas błaga, daleko większego niż cud rozmnożenia chleba, który dotyczył tylko podtrzymania życia doczesnego — nie stracili go przez niewiernością. Tę refleksję wzmacnia fakt, że święty Paweł wyraźnie przestrzega Koryntian przed wielkim niebezpieczeństwem „nierozróżniania Ciała Pańskiego".
**4.** W tym, co zostało powiedziane, zawarte jest założenie, że cud rozmnożenia chlebów był typem Komunii Świętej; prawie wprost jest to stwierdzone w rozdziale przed nami i wiele z tego wynika. Jeśli bowiem zważymy, że typ jest cudem — a jest nim — jak wielkie musi być wypełnienie, chyba że cień ma być większy od rzeczywistości? Chyba że gotowi jesteśmy rozumować w duchu tych, którzy zaprzeczają Odkupieniu, na tej podstawie, że choć kapłani żydowscy byli typami Chrystusa, Antytyp nie musi sam być Kapłanem. Co więcej, niepojęta natura cudu rozmnożenia chleba jest niejako osłoną tajemnicy Eucharystii przed zarzutami, które zwykło się jej stawiać — na przykład że jest niemożliwa. Twierdzenie, że pięć tysięcy ludzi zostało nakarmione pięcioma chlebami, może być z pozoru przedstawiane jako niemal sprzeczność sama w sobie. Jak to być mogło? Czy substancja chleba wzrastała? Czy był to ten sam chleb tu i tam, i wszędzie, dla tego i dla tamtego, w jednej i tej samej chwili? Albo czy był stwarzany w kształcie chleba, w tej ostatecznej postaci, do jakiej ziarno zostaje sprowadzone pracą ludzką, i tworzony wciąż na nowo z niczego, aż całe pięć tysięcy zostało nasycone? Cóż właściwie znaczy rozmnożenie chleba? Co do innych cudów naszego Pana — można powiedzieć, że są zrozumiałe, choć nadprzyrodzone. Nie wiemy, jak ślepemu otwierają się oczy ani jak umarli powstają; wiemy jednak, co się rozumie pod stwierdzeniem, że ślepiec przejrzał albo że umarły powstał — lecz co znaczy, że chleby nakarmiły pięć tysięcy ludzi? Taki więc jest zarzut, jaki można postawić wobec cudu rozmnożenia chleba; i zauważmy, że jest on dokładnie tego samego rodzaju, co ten, który podnosi się przeciw tajemnicy Obecności Chrystusa w Komunii Świętej. Jeśli cudowność cudu rozmnożenia chleba nie jest żadną rzeczywistą przeszkodą dla jego prawdziwości, to cudowność eucharystycznej obecności nie jest żadną rzeczywistą trudnością dla wiary w ów dar.
A jakby jeszcze ściślej połączyć ten Święty Sakrament z cudem rozmnożenia chleba i sprawić, by ów ostatni wyjaśniał tamten, nasz Pan — jak zauważyłem — dokonał cudu rozmnożenia chleba przy pomocy tych samych zewnętrznych czynności, których przestrzegał w tajemnicy swojej Wieczerzy i które Jego Apostołowie starannie zanotowali jako ustanowione środki jej konsekrowania. Święty Jan powiada, że wziął chleby i „gdy złożył dziękczynienie, rozdał uczniom". Porównajmy to z opisem ustanowienia Wieczerzy Pańskiej u świętego Łukasza: „wziął chleb, i złożywszy dziękczynienie, połamał go i dał uczniom". Ponadto pełniejszy opis konsekrowania chlebów dają pozostali Ewangeliści w sposób następujący: „wziął pięć chlebów i dwie ryby" — mówi święty Mateusz — „i wejrzawszy ku niebu, odmówił błogosławieństwo, połamał i dawał chleby uczniom". A co z drugiej strony podaje nam ten sam Ewangelista w opisie ustanowienia Komunii Świętej? „Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom". Podobnie przy drugim cudzie siedmiu chlebów zachował ten sam obrzęd: „wziął siedem chlebów i ryby, i złożył dziękczynienie, i połamał, i dawał uczniom". Ten sam obrzęd opisany jest też w relacji o sprawowaniu przez naszego Pana Sakramentu po zmartwychwstaniu: „Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dawał im". A o świętym Pawle czytamy, że „wziął chleb i złożył przed wszystkimi dziękczynienie Bogu, i połamał, i zaczął jeść".
Nie można więc wątpić, że wziąć chleb, pobłogosławić lub złożyć dziękczynienie i połamać jest koniecznym obrzędem Wieczerzy Pańskiej, skoro jest tak mocno podkreślany we wszystkich tych relacjach; i ewidentnie oznacza coś niezwykłego — bo inaczej po cóż byłoby go tak podkreślać? — a czym to jest, mówi nam cud rozmnożenia chleba. Tam bowiem zachowany jest ten sam obrzęd i tam był on zewnętrznym narzędziem Chrystusa w dokonaniu wielkiego „dzieła Bożego". Nakarmienie tłumu chlebami wyjaśnia więc Wieczerzę Pańską; i jak tamto jest dziełem nadprzyrodzonym, tak i ta jest nim.
**5.** Jedno jeszcze spostrzeżenie chcę dodać. Na pierwszy rzut oka można by wysunąć zarzut przeciw temu, co zostało powiedziane, na podstawie okoliczności, która — gdy się ją dokładnie zbada — okaże się przemawiać raczej na drugą stronę. Żydzi zarzucili naszemu Panu, że powiedział rzecz nieprawdopodobną, gdy mówił o dawaniu nam swojego ciała. „Sprzeczali się między sobą, mówiąc: Jak On może nam dać swoje ciało do spożycia?" Nasz Zbawiciel w odpowiedzi, zamiast odwoływać to, co powiedział, wyraził się jeszcze mocniej: „Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Jego Krwi, nie będziecie mieli w sobie życia." Gdy jednak nadal szemrali i mówili: „Twarda jest ta mowa, kto jej może słuchać?" — wtedy pozornie cofnął swoje słowa. Rzekł: „Duch daje życie, ciało na nic się nie przyda." Wchodzenie teraz w znaczenie tego oświadczenia zabrałoby nam zbyt wiele czasu; lecz przyjmijmy dla celów rozumowania, że zdaje się on łagodzić cudowne słowa, których użył na początku — co z tego wynika? To oto: że nasz Pan postąpił zgodnie ze swoim zwykłym postępowaniem w innych okolicznościach, gdy ludzie odrzucali Jego łaskawe zapowiedzi — nie nalegając i nie upierając się przy nich, lecz jakby je wycofując, i w ten sposób niejako pomagając tym ludziom nawet w odrzucaniu tego, co powinni byli bez wahania przyjąć. Tę zasadę Bożego postępowania z niewiernością znajdujemy najlepiej zilustrowaną w przykładzie Faraona, którego serce Bóg zatwardził, ponieważ sam je zatwardził. I tak w tym samym rozdziale, jakby z aluzją do takiego właśnie wielkiego prawa, mówi On: „Nie szemrajcie między sobą. Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał" — jakby mówił: „Z Bożego daru pochodzi wasza wiara; strzeżcie się, by sprzeciwami nie sprowokować Boga do odebrania wam Jego pomocy, Jego łaski uprzedzającej i oświecającej". A gdy potem poskarżyli się, cofnął w konsekwencji owo łaskawe światło, które im dał, i wypowiedział owe słowa o ciele i duchu, które umysłom cielesnym wydają się odwoływać lub tłumaczyć to, co powiedział. Lecz zauważmy — dodaje: „Ale są wśród was tacy, którzy nie wierzą... Dlatego rzekłem wam, że nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca mojego."
Wszystko to jest — zauważmy — równoległe do Jego postępowania z Żydami w dziesiątym rozdziale tej samej Ewangelii. Oświadcza tam: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy." Żydzi, zamiast przyjąć prawdę, potykają się o nią i oskarżają Go o bluźnierstwo, jakoby On, będąc człowiekiem, czynił siebie Bogiem. Był to ich wniosek z Jego słów — i wniosek trafny, tak samo jak w tamtej sprawie trafnie zrozumieli, że obiecuje im dać swoje ciało do spożycia. Gdy jednak zamiast przyjąć prawdę, którą trafnie wywnioskowali, zamiast ukorzyć się przed Tajemnicą, odpychają ją od siebie — On nie narzuca jej im. Nie mówi im, że wyciągnęli trafny wniosek, lecz cofa się niejako i interpretuje swoje słowa. Pyta ich, czy władcy i prorocy, o których mówi Stary Testament, nie byli figuratywnie nazywani bogami; jeśli tak, tym bardziej On może siebie nazywać Bogiem i Synem Bożym jako Mesjasz. Nie mówi im wprost, że jest Bogiem, choć jest — lecz argumentuje tak, jakby przyznawał za prawdziwą podstawę ich zarzutu. W sądzie nad nimi redukuje swoje wyznanie do nazw i przenośni. Jak więc jest On w rzeczywistości Bogiem, choć raz zdawał się mówić, że jest nim jedynie figuratywnie, tak też daje nam prawdziwie i rzeczywiście Ciało i Krew swoją w Komunii Świętej, choć przy innej sposobności, po takim stwierdzeniu, pozornie wyjaśniał potem te słowa jako jedynie mocne powiedzenie; i jak nikt prócz heretyków nie korzysta z Jego pozornego zaprzeczenia, że jest Bogiem, tak nikt prócz heretyków nie powinien korzystać z Jego pozornego zaprzeczenia, że raczy udzielić nam swojego ciała i że Komunia Święta jest wzniosłym i niebiańskim środkiem jego dawania.
Takie refleksje, jak przytoczone powyżej, prowadzą nas do wniosku: rozumiejmy, że naszym obowiązkiem jest cenić cuda miłości Chrystusowej i zamiast je odrzucać lub odnosić się do nich z obojętnością — pragnąć napełnić nimi swoje serca. Istnieje wprawdzie zwykła cielesna ciekawość — wyniosłe, bezbożne wnikanie w rzeczy święte; lecz istnieje też pobożna i nabożna ciekawość, którą wszyscy miłujący Boga będą w swej mierze odczuwać. Pierwszą ilustruje przykład mieszkańców Bet-Szemesz, którzy zaglądali do arki; drugą — przykład świętych Aniołów, którzy — jak mówi święty Piotr — „pragną wejrzeć" w łaskę Bożą w Ewangelii. Pod Ewangelią z pewnością dokonują się cuda takie, „jakich ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć". Odczuwajmy zainteresowanie i nabożne oczekiwanie na ich wieść; idźmy im naprzeciw; oczekujmy od Boga dzień po dniu skarbów łaski ukrytych w Chrystusie, wielkich ponad wszelkie słowa i myśl.
Przede wszystkim módlmy się, by Pan pociągnął nas do siebie i obdarzył nas wiarą. Gdy czujemy, że Jego tajemnice są zbyt wzniosłe dla nas i wzbudzają wątpliwości, wytrwale prośmy Go o dar pokory i miłości. Ci, którzy kochają i są pokorni, pojmą je — umysły cielesne ich nie szukają, a umysły pyszne gorszą się nimi — lecz podczas gdy miłość ich pożąda, pokora je podtrzymuje. Módlmy się więc, by dał nam takie prawdziwe i żywe wejrzenie w błogosławioną tajemnicę Wcielenia Syna Bożego, Jego narodzin z Dziewicy, Jego odkupieńczej śmierci i zmartwychwstania, byśmy pragnęli, żeby Komunia Święta była skutecznym typem owej łaskawej Ekonomii. Nikt, kto pojmuje Tajemnicę Wcielenia, nie może nie czuć się skłonionym ku tajemnicy Komunii Świętej. Módlmy się, by dał nam żarliwe pragnienie Niego samego — pragnienie Jego obecności — niepokój w szukaniu Go — radość na wieść, że można Go znaleźć, nawet teraz, pod zasłoną rzeczy zmysłowych — i dobrą nadzieję, że znajdziemy Go tam. Błogosławieni zaprawdę ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Mają swoją nagrodę w wierze; cieszą się kontemplacją tajemniczego błogosławieństwa, które nie wchodzi nawet w myśl innych ludzi; i podczas gdy są szczęśliwsi niż inni w darze im udzielonym, mają jeszcze ten dodatkowy przywilej, że wiedzą, iż dar ów jest im udzielony.