*Wielkanoc*
*„Wszyscy oni pomarli w wierze, nie osiągnąwszy tego, co im przyobiecano; widzieli je tylko z daleka i pozdrawiali, wyznając, że są gośćmi i pielgrzymami na tej ziemi."* — Hbr 11,13
To, co tu wyraźnie stwierdza święty Paweł, jest paradoksem dla wielu ludzi naszych czasów: mianowicie, że ktoś może mieć wiarę, a mimo to nie mieć obietnicy. A jednak cały ten rozdział traktuje o wierze dawnych ojców, i wielokroć w jego toku Apostoł odmawia im przedmiotu wiary. „Pomarli w *wierze*", a jednak „nie osiągnąwszy tego, co im przyobiecano"; „pozdrawiali je" i „byli o nich przekonani", lecz tylko „widząc je z daleka" i „wyznając, że są gośćmi i pielgrzymami na tej ziemi". „Przez wiarę Izaak pobłogosławił Jakuba i Ezawa" — w czym? — „co do przyszłości". Mówi dalej: „Wszyscy oni, choć dzięki wierze zdobyli chlubne świadectwo, nie osiągnęli tego, co im przyobiecano." I zwróćcie uwagę na dobitne słowa z motta: „byli przekonani i pozdrawiali" — językiem nowożytnym: wiara ich *ujmowała* obietnicę, lecz jej nie posiadali. Jedno to jest mieć wiarę, a drugie — otrzymać obietnicę przez wiarę. Wiara sama w sobie nie zawiera jeszcze spełnienia obietnicy.
Równie jasne jest, o jakiej obietnicy tu mowa — mianowicie o odrodzeniu. „Takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela" — tak głoszono przez proroków — „po owych dniach, mówi Pan: prawo moje włożę w ich wnętrzności i na ich sercu wypisuję". Znowu: „Wyleję ducha mego na ród twój i błogosławieństwo moje na potomstwo twoje". I jeszcze: „Nowe serce wam dam i nowego ducha tchnę do waszego wnętrza... i ducha mojego chcę tchnąć w was". Toteż gdy Pan nasz odchodził, powiedział do Apostołów: „Oto ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca". Znowu: „Oczekujcie obietnicy Ojca, o której słyszeliście ode mnie". I gdy tłum zapytał świętego Piotra, co ma czynić, odpowiedział: „Nawróćcie się i niech każdy z was ochrzci się... na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego; bo dla was jest ta obietnica i dla dzieci waszych". Święty Paweł podobnież mówi, że otrzymujemy „obietnicę Ducha przez wiarę". Nieco dalej wspomina o „obietnicy danej przez wiarę w Jezusa Chrystusa". Gdzie indziej zaś pisze o „opieczętowaniu owym Duchem Świętym obietnicy".
Okazuje się zatem, że wiara zdobywa obietnicę, a obietnicą jest wielki dar Ducha; a ponadto — z przykładu dawnych Ojców, o którym mowa w rozdziale, z którego pochodzi motto — że co innego jest mieć wiarę, która obietnicę ujmuje i ogarnia, a co innego korzystać z niej; że wiara jest warunkiem łaski Chrystusowej, lecz nie jej znakiem rozpoznawczym. Człowiek może mieć prawdziwą wiarę, a mimo to nie być jeszcze usprawiedliwiony; może mieć wiarę zdolną do usprawiedliwienia, może być do usprawiedliwienia przeznaczony, a czas usprawiedliwienia jeszcze nie nastał; lub raczej, choć usprawiedliwienie nie jest jeszcze jego udziałem, w ukrytych wyrokach Bożych może być do niego wyznaczony.
Nauka ta wydaje mi się wielce pocieszająca w naszych czasach, gdy tak wiele osób nie posiada — lub nie posiada pewnie — daru łaski usprawiedliwiającej. Gdy zważymy, że chrzest wodny jest przez naszego Pana uroczyście związany z odrodzeniem, i że wielu spośród nas albo wcale nie jest ochrzczonych, albo w taki sposób, lub przez takie osoby, lub w takich okolicznościach, że słuszna zachodzi wątpliwość, czy był to chrzest prawdziwy i skuteczny — wielką jest pociechą wierzyć, że chociaż nie zostali odrodzeni i usprawiedliwieni, mogą jednak mieć wiarę, jak mieli ją dawni święci, którzy nie byli usprawiedliwieni w Duchu; i że jeśli mają wiarę, choćby do końca życia nie mieli chrześcijańskiego usprawiedliwienia, są tylko w położeniu dawnych wierzących; a Ten, który pozwolił tamtym umrzeć bez otrzymania obietnicy, Ten, który usprawiedliwiał dawnych męczenników nie przez chrzest, lecz przez krew ich przelaną, może w chwili śmierci lub przed śmiercią, jeśli Mu tak będzie miło, usprawiedliwić również ich, choć nieochrzczonych, na swój własny, ukryty sposób. Nie daje to oczywiście nikomu prawa do lekceważenia chrztu, gdy może go otrzymać, ani do zagłuszania szeptów łaski w sercu, podsuwającej myśl o konieczności chrztu; nie uprawnia nas też do pochopnego twierdzenia, że ta lub inna nieochrzczona osoba ma prawdziwą wiarę, a tym bardziej że jest usprawiedliwiona; ani do przypuszczania, że osoby w pewnej mierze przyjęte bez chrztu, nie dostąpiłyby znacznie wyższej akceptacji z nim; ale pociesza nas myślą, że kto ma wiarę, ten posiada lub osiągnie usprawiedliwienie. Prędzej zstąpiłby Anioł z nieba albo byłby przysłany Apostoł, niż ten, czyje modlitwy i jałmużny wzeszły przed oblicze Boże, miałby kiedykolwiek nie otrzymać tego daru. Bóg Wszechmogący oznajmił dziedzicom obietnicy niezmienność swego postanowienia: „kogo powołał, tych i usprawiedliwił, a kogo usprawiedliwił, tych i uwielbił". Kiedy i gdzie — to w Jego ręku. Uczyni to w swoim czasie — bo jak, wedle swej woli, prędzej lub później zabiera z ziemi i wprowadza do raju tych, których usprawiedliwił, tak też prędzej lub później przenosi przez swego Ducha ze świata do Kościoła tych, których powołał przez wiarę. Lecz nie nam jest „znać czasy ani chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą".
Nie ulega wątpliwości, że Chrystus nie zamierzał, aby między wiarą a oczyszczającymi i usprawiedliwiającymi narodzinami z wody zachodził jakiś długi przedział czasu. Długa i ciężka przerwa zachodziła w wiekach minionych, ale to minęło. Wystarczą słowa świętego Piotra: „nawróćcie się i ochrzćcie się", albo słowa Pana: „kto uwierzy i ochrzcić się da, będzie zbawiony". Wymowna jest też historia Korneliusza, któremu odrodzenie zostało udzielone przez szereg cudów; a mimo to nawet w przypadku Korneliusza pewien odstęp był; i tak w wypadku Korneliusza oraz Żydów mamy dane nam wzory — przynajmniej co do rodzaju — owej długiej i bolesnej zwłoki, która tak często zdarza się dzisiaj, gdy zdaje się, że powróciły czasy Prawa, a ludzie wierzą i przyjmują to, czego umierają nie posiadając.
Jeśli więc powróciliśmy w rozmaity sposób, nie wiedząc o tym, do stanu Prawa; jeśli bez naszej winy, wychowani błędnie lub z innych powodów, oparliśmy się wyłącznie na wierze w sposób niezgodny z Pismem i zaniedbaliśmy ustanowienia Boże; jeśli pozostaliśmy bez chrztu lub nie przyjęliśmy bierzmowania, lub rzadko przystępowaliśmy do stołu Pańskiego, lub odeszliśmy do wspólnot religijnych, gdzie ów święty obrzęd nie może być sprawowany, lub w jakikolwiek inny sposób zostaliśmy pozbawieni pełnego kręgu przywilejów, których udziela Kościół Święty; jeśli w ten sposób znaleźliśmy się w jednym lub drugim niekorzystnym położeniu, a jednak nie jesteśmy pozbawieni wiary — jeśli, powiadam, wpadliśmy w stan judaistyczny, można by oczekiwać, że okażemy zarazem judaistyczny charakter ducha i sposób postępowania, i że ucieleśnimy w sobie ów paradoks, któremu tak bardzo się dziwimy, odczytując go u Żydów, to znaczy: przyjmować obietnice, których nie posiadamy lub posiadamy tylko częściowo — i jestem zdania, że właśnie w takich okolicznościach się znajdujemy, co teraz zamierzam wykazać.
Jeśli Żydzi nie otrzymali przyobiecanego Ducha, nie ma co się dziwić, że nie ujawniali szczególnych owoców przyobiecanego Ducha. Otóż zadaniem przyobiecanego Ducha było umartwiać ciało, wypisywać prawo w naszych sercach, uzdalniać nas do wypełniania sprawiedliwości prawa, wlewać w nasze serca „ów najznamienitszy dar miłości", uzdalniać nas do czynów miłych Bogu oraz upodabniać nas ciałem, duszą i duchem do Niego. Żydzi byli wspomagani łaską Bożą — bo inaczej nie mogliby mieć wiary — lecz łaska w nich nie mieszkała; czynili dobre uczynki, mieli święte pragnienia i usposobienia, lecz brakowało im owego odrodzonego życia wewnętrznego, które jest przyobiecane chrześcijanom. Nie mówię tu o tym lub owym szczególnie umiłowanym świętym, lecz o narodzie jako całości: byli wielcy to tu, to znów mali; w jednych rzeczach wznieśli się wysoko, w innych pozostali nisko; jedną łaskę mieli, innej nie. Pewne łaski posiadali, bo mieli wiarę; wszystkich nie mieli, bo brakowało im Zamieszkującego Ducha. Widać to w niektórych przykładach wiary, jakie przytacza święty Paweł w bezpośrednio poprzedzającym rozdziale. Na przykład mówi: „przez wiarę nierządnica Rachab nie zginęła razem z niewiernymi"; a co jeszcze dobitniej przemawia do sedna — powołuje się na Samsona i Jeftego jako na przykłady prawdziwej i miłej Bogu wiary; a jednak czy historia tych mężów, a zwłaszcza Samsona, daje się pogodzić z ich wiarą? Owszem, gdybyśmy posiadali jedynie Stary Testament, nie znając natchnionego komentarza świętego Pawła, czyżbyśmy w ogóle powiedzieli, że Samson miał wiarę? Oto co znaczy być w owym pośrednim stanie, między wiarą a usprawiedliwieniem przez Ducha, między tytułem a posiadaniem.
Stąd też wielu uważało, że dawni Ojcowie, odszedłszy z tego życia, nie zaznawali od razu błogiego spoczynku ludu usprawiedliwionego, aż przyszedł Chrystus i pokonawszy śmierć zmartwychwstał, dając im zostać usprawiedliwionymi przez tę wiarę, z którą tak długo na Niego czekali, i stać się członkami Jego duchowego królestwa.
Apostoł mówi dalej: „przez wiarę przeszli przez Morze Czerwone jak po suchym lądzie". Powiedziane jest to o tym narodzie, „którego trupy legły na pustyni" i który nie mógł wejść do Ziemi Obiecanej — dlaczego? „z powodu niedowiarstwa", jak mówi święty Paweł w tym samym Liście. Tu widzicie: nawet wiara ich zawiodła. Jakże różnie jest z wiarą uczniów Chrystusa! „Szymonie, Szymonie", rzekł nasz Pan do świętego Piotra, „oto szatan chciał posiać was jak pszenicę, lecz ja prosiłem za tobą, żeby wiara twoja nie *ustała*". Piotr był już wcześniej pochwałą obdarzony za wiarę, teraz zaś była ona zagrożona; ale prawdą jest, że owa wiara nie pochodziła z ciała i krwi, towarzyszyły jej zaczątki owych darów Ewangelii, których Żydzi nie mieli, a które są dane „bez odwołania", bo są jak trwałe wewnętrzne sprawności, a Ten, który w nas zaczął dobre dzieło, w swoim miłosierdziu prowadzi je ku wypełnieniu.
Znowu: święty Paweł w swojej własnej historii opisuje nam stan Żydów, których wiara nie była wspierana, umacniana i uduchowiana darem wewnętrznego usprawiedliwienia. „Prawo jest duchowe, lecz ja jestem cieleśny, zaprzedany w niewolę grzechu; nie rozumiem bowiem tego, co czynię; bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę, to właśnie czynię. O ja, nieszczęsny człowiek! Któż mnie wyzwoli z tego ciała śmierci?". Jakże różne to od opisu prawdziwego odrodzenia przez świętego Jana: „Ktokolwiek narodził się z Boga, grzechu nie popełnia, bo Jego nasienie w nim trwa" — czymże jest owo nasienie, jeśli nie Duchem? — „Jego nasienie trwa w nim i nie może grzeszyć, bo się z Boga narodził".
Taki jest los tych, którzy mają wiarę, a nie są jeszcze usprawiedliwieni łaską Ewangelii; i czyż nie możemy — z całą czcią dla tak wielkiego i świętego proroka — powiedzieć tego w pewnej mierze nawet o Dawidzie? Z pewnością nie jest to brak czci wobec niego, gdy mówimy o tym, czym zdawał się być w ciele, skoro wierzymy, że teraz jest z Chrystusem w duchu, w udziale błogosławionych i w świetle usprawiedliwionych, choć w jego ziemskim życiu pełnia owego daru nie była mu jeszcze przyznana. Z pewnością nie jest to brak czci mówić o tym, czym był, zanim otrzymał obietnicę, skoro już ją otrzymał — nie bardziej niż mówić o tym, czym był święty Paweł, gdy był jeszcze Szawłem. Co więcej, znacznie mniej, jeśli w ogóle można tu mówić o stopniach. Bo święty Paweł był nawet przedmiotem niezadowolenia Bożego, zanim został chrześcijaninem; David zaś był mężem według serca Bożego i prorokiem natchnionym. Psalmy jego są naszym dziedzictwem po dziś dzień. Otaczamy go czcią jako kogoś, kto był uprzywilejowany na ziemi i przeznaczony do jeszcze wyższego uprzywilejowania w niebie. Widzimy w nim wiele rzeczywiście osiągniętych, choć przyznajemy, że wiele pozostawało w zarodku. Dlatego też i my możemy bez nagany zauważać i pożytecznie rozważać niedoskonałości życia świętego Dawida z tego właśnie punktu widzenia: jako pokazujące, w jakim stanie znajdują się ludzie, którzy mają wiarę, lecz nie otrzymali jeszcze obietnicy. Rozważcie więc wzniosłość jego charakteru; zobaczcie, jak prowadził wiernych do domu Bożego; pomyślcie o jego gorliwości w służbie Bożej; o jego wzniosłym duchu modlitwy; o tkliwości i pobożności jego myśli; o jego wierności Bożym przykazaniom; o jego pokorze, prostocie, hojności, szlachetności i serdeczności — a następnie z drugiej strony spójrzcie nań w owych szczególnych zdarzeniach jego historii, które natchnienie zanotowało dla naszego pouczenia, i zdaje mi się, że dostrzeżecie na przykładzie nawet tak wielkiego świadła, jaki był los ogółu, którzy choć niżsi od niego w darach i łaskach, mieli wiarę, lecz nie mieli jeszcze usprawiedliwienia Ewangelii.
A teraz, po tych uwagach o stanie Żydów, proszę was, abyście spojrzeli na obecny stan tego kraju i powiedzieli, czy wielka liczba ludzi nie przyznaje się sama, że jest w owym stanie judaistycznym; i czy zatem nie jest prawdą o nich, jak o Żydach, w pewnym sensie, że — zakładając, iż mają wiarę (a pociechą jest wierzyć, że ją mają) — są w istocie w owym pośrednim, tymczasowym, pozbawionem ducha stanie, w jakim widzimy tych, którzy utrzymują, że Sakramenty Kościoła są ponad wiarę konieczne do usprawiedliwienia.
Jeśli, powiadam, usprawiedliwienie dokonuje się przez chrzest i inne święte obrzędy, to ci, którzy je odrzucają, albo nie otrzymali pierwszego, albo je utracili. Lecz z drugiej strony, jeśli prawdziwa wiara daje człowiekowi prawo do usprawiedliwienia, będzie on usprawiedliwiony we właściwym Bożym czasie, pod warunkiem, że jego wiara wytrwa. Skoro zatem taki jest stan dobrych ludzi, którzy z mimowolnej nieświadomości trwają w odszczepieństwie lub innym poważnym błędzie kościelnym — czyż nie stoją oni, powiadam, dokładnie w położeniu Żydów? Oczywiście; bo Żydzi mieli wiarę, lecz nie otrzymali jeszcze obietnicy Ducha, którą jest chrześcijańskie usprawiedliwienie. Otóż, powtarzam, jeśli tak jest, można by oczekiwać, że ich poglądy i życie rzeczywiście okażą, iż są w stanie judaistycznym. Na tym właśnie teraz nalegam. Powiedziałem, czym był stan Żydów moralnie i duchowo, a teraz zamierzam wykazać, że właśnie w tym stanie — i w żadnym innym — zgodnie z własnym wyznaniem, znajdują się dziś chrześcijanie zaniedbujący usprawiedliwiające ustanowienia Kościoła. Otóż:
**1.** Wielka liczba ludzi wyznaje wprost i wierzy, że chrześcijańskie ustanowienia są dokładnie takie same jak żydowskie. Przyznają, że są w stanie, w jakim Kościół znajdował się przed śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa. Twierdzą wyraźnie, że Chrzest nie różni się od obrzezania. Tym samym składają świadectwo przeciw sobie samym. Nie oczekują żadnego wzniosłego, tajemniczego daru w Komunii Świętej, lecz uważają ją za to samo co żydowska Pascha; każde z nich, jak sądzą, oznacza Mękę Pana; różnica polega jedynie na tym, że w jednym przypadku dopiero miała nadejść, w drugim już przeminęła. Pascha zapowiadała, Wieczerza Pańska upamiętnia; Żydzi patrzyli naprzód, chrześcijanie wstecz. Tak głoszą. Roszczą sobie prawo do bycia w stanie Żydów, w stanie tych, którzy mieli wiarę bez usprawiedliwienia Ewangelii.
**2.** Następnie zauważmy, że uważają oni usprawiedliwienie za nic więcej niż Boże poczytanie człowieka za sprawiedliwego — co jest właśnie tym, czym było usprawiedliwienie dla Żydów. Usprawiedliwienie to Boże poczytanie człowieka za sprawiedliwego; tak — lecz w przypadku chrześcijanina jest to coś więcej: to również Boże *uczynienie* go sprawiedliwym. Jak zwierzęta żyją i ludzie żyją, i życie jest życiem, lecz nie jest tym samym u człowieka i zwierzęcia, bo u człowieka polega na obecności duszy — tak w pewnej mierze podobnie Żydzi byli usprawiedliwiani i chrześcijanie są usprawiedliwiani, i w obu przypadkach usprawiedliwienie oznacza Boże poczytanie za sprawiedliwych; lecz u chrześcijan oznacza to nie tylko poczytanie, ale pociąga za sobą również uczynienie; tak że jak obecność duszy jest sposobem, w jaki Bóg daje człowiekowi życie, tak obecność Ducha Świętego jest sposobem, w jaki Bóg daje mu sprawiedliwość. To jest owa obietnica Ducha życia, przez którą Ewangelia nazwana jest „służbą sprawiedliwości". Lecz wielka rzesza wyznawców religijnych naszych czasów, o których mówię, nie przyjmuje tego; wręcz protestuje przeciw tej myśli. Uważają usprawiedliwienie za coś zewnętrznego, nie wewnętrznego — to znaczy przyznają sami, że są w stanie Żydów, i choć oczywiście utrzymują, że są usprawiedliwieni, przyznają, że ich usprawiedliwienie nie jest czymś więcej niż usprawiedliwieniem zewnętrznym albo imputatywnym. Nie ma tu miejsca na różnicę w użyciu słów ani wzajemne nieporozumienia. Gdy utrzymujemy, że brakuje im wewnętrznego usprawiedliwienia, jest to twierdzenie, z którym sami się nie różnią; nie walczą o nie, nie dążą do niego. Twierdzą jedynie, że są usprawiedliwieni w swoim sensie, to znaczy w takim sensie, w jakim my sami przyznajemy, że mogą być, jeśli mają prawdziwą wiarę — to jest w tym sensie, w jakim usprawiedliwieni byli Żydzi, którzy pomarli nie otrzymawszy obietnicy.
**3.** Znowu. Kładą oni szczególny nacisk na wiarę dla zbawienia, a miłość stosunkowo zaniedbują; stawiają wiarę przed miłością. Czyż nie jest to w tych słowach zgoda z nami, gdy zaliczamy ich do Żydów? Albowiem wiara jest istotą wszelkiej religii, w tym i żydowskiej, zaś miłość jest wielką łaską chrześcijaństwa; chrześcijaństwo jest religią i czymś więcej; a duch miłości jest wiarą i czymś więcej. Wiara chrześcijańska jest wiarą rozwiniętą w miłość, żyje w miłości, a miłość jest większa od wiary, ponieważ jest jej ewangelicznym dopełnieniem, wedle deklaracji Apostoła: „Teraz trwają wiara, nadzieja, miłość — te trzy, lecz z nich największa jest miłość". „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie" — to prawda zarówno żydowska, jak i chrześcijańska; „miłość jest wypełnieniem Prawa" — to już tylko chrześcijańska. Gdy ci ludzie mówią, że wiara jest wszystkim, cóż innego czynią, jak nie przyznają, że stoją na równi z Żydami — z tymi, którzy mieli wprawdzie wiarę, lecz nie osiągnęli jeszcze obietnicy chrześcijańskiej?
**4.** Znowu. Żydzi mieli, jak mówiłem, wolę bez siły; Chrystus zaś wyzwolił wolę i zdolnił ją do posłuszeństwa. „Przebudź się, śpiący, i powstań z martwych" — mówi On. „Prawo Ducha, który daje życie, wyzwoliło mię spod prawa grzechu i śmierci". Chrystus, wypełniając Prawo za nas, dał nam zarazem moc wypełniania go wedle naszej miary, „bo nie wedle ciała postępujemy, lecz wedle Ducha". Prawdziwym sprawdzianem dojrzałego chrześcijanina, prawdziwego świętego, jest konsekwencja we wszystkim. Czyż nie jest zatem uderzającym faktem, że wspólnoty, o których mówię, bez wahania przyswajają sobie ów smutny siódmy rozdział Listu do Rzymian, do którego się odwoływałem, i twierdzą, że opisuje on dokładnie ich własny stan? Co więcej, czynią to tak mocno i gorąco, że niekiedy mówią, że w ich mniemaniu nikt nie jest prawdziwym chrześcijaninem, kto tego nie twierdzi — i dlaczego? Ponieważ, mówią, jeśli człowiek nie stwierdza, że jego własne doświadczenie potwierdza prawdziwość słów Apostoła w owym rozdziale, nie może posiadać tego stanu ducha, który uważają za istotny dla wszystkich wierzących. O prawdziwe wyznanie nędzy posiadania wiary bez wewnętrznego usprawiedliwienia! Za miarę prawdziwego chrześcijanina przyjmują nie duchową doskonałość, lecz wyznanie grzechu. Chlubią się tedy — nie powiem: ze swej hańby, lecz ze swego nieszczęścia. Są w niewoli; są cielesni, zaprzedani w moc grzechu; przyznają to; są podobni do Żydów i nazywają ten stan duchowym, i mówią, że tylko ci są prawdziwymi chrześcijanami, którzy są w podobnym położeniu. Czy chcę przez to obiecywać ludziom, że gdy pójdą za Chrystusem w Jego Kościele, będą natychmiast i całkowicie wolni od naturalnej niewoli? Czy chcę mówić, że my, podobnie jak Żydzi, nie rozpoznajemy w pewnym sensie owych żałosnych krzyków ludzkiej natury jako naszych własnych? Nie — ale chcę powiedzieć, że o ile je odczuwamy, i my jesteśmy w niższym stanie judaistycznym; że istnieje stan wyższy, że jesteśmy zobowiązani go szukać i że możemy go osiągnąć. Lecz rzesze, o których mówię, przyznają, że ich szczególny i zamierzony stan — stan, który nazywają duchowym — jest stanem, w którym Duch nie ma żadnej mocy. Taki jest skutek słusznego wyjścia od wiary, połączonego z błędnym zatrzymania się przed Sakramentami.
**5.** Jeszcze raz. Jest jedna cnota, której dawniej pobożni ludzie szczególnie nie mieli. Pewne pobłażliwości były dozwolone Żydom z powodu zatwardziałości ich serc. Dopuszczano rozwód małżeński. Nie odmawiano im więcej niż jednej żony jednocześnie. Jeśli jest jakaś łaska, w której chrześcijaństwo stoi w szczególnym kontraście ze starą religią, to jest nią czystość. Chrystus narodził się z Dziewicy; sam pozostał dziewicą; Jego umiłowany uczeń był dziewicą; On zniósł poligamię i rozwód; i powiedział, że są tacy, którzy dla królestwa niebieskiego będą żyć jak On. Apostoł zaś mówi: „Każdy otrzymuje swój własny dar od Boga". Przyjmuję to słowo; nie wykraczam poza nie; ale tak jak każdy ma swój dar, tak — wedle Apostoła — niektórzy mają ten właśnie dar. Kto jednak teraz, bracia moi, zakwestionuje, że sposób myślenia panujący dziś na świecie jest taki, by zaprzeczać, że taki dar w ogóle istnieje? Nie zgłaszam tu zarzutu i nie dziwię się, że nie wszyscy go mają; dziwię się natomiast, że nikt go nie ma; i pytam: czyż to nie dowodzi — gdyby nie było innego powodu — że wpadliśmy z powrotem w stan judaistyczny? Dziś panuje zasada ogólnie przyjęta, że pewna świętość możliwa jest tylko w małżeństwie, a celibat jest niemal grzechem. Ba, doszło do tego, że niektórzy z największych mistrzów nauki o wierze bez miłości i sakramentów w szczególnych przypadkach usankcjonowali bigamię, a w piśmie bronili poligamii. Zbyt dobrze więc owa religia, którą głosili, świadczy przeciw sobie samej: choć wiara wciąż jest wśród jej wyznawców — czemu jestem dalekim od zaprzeczenia i co przynosi mi pociechę — jest to jedynie wiara Żydów, którzy mieli prawo w członkach walczące z prawem umysłu, i którzy umarli wprawdzie w wierze, lecz nie otrzymawszy obietnicy.
Na zakończenie: choć jest błogosławieństwem naszego Kościoła, że oparł się nurtowi owego błędu, o którym mówiłem, nie można było oczekiwać, by jego poszczególni członkowie zachowali się przed nim wolni. I o tyle, o ile czyny jednostek mogą niweczyć zamiary samego Kościoła, z pewnością i my na tym ucierpieliśmy jak inni, i to niemało. Naszym zadaniem jest, zamiast wywyższać się ponad innych, pokutować za własne grzechy i starać się wyzwolić z niedogodności, w jakich po wszystkim się znajdujemy. Szczególnie powinniśmy zwrócić myśl ku rozważaniu Komunii Świętej, która w czasach starożytnych w wielu lub większości miejsc była sprawowana codziennie, a teraz bywa zazwyczaj sprawowana jedynie trzy lub cztery razy w roku. Jeśli ów święty obrzęd jest nieustającym życiem Kościoła, jeśli Żydzi „jedli mannę na pustyni, i pomarli", lecz jeśli ktoś „będzie jadł ten chleb, żyć będzie na wieki" — czyż dziwić się, że ci z nas, którzy rezygnują z tego daru Ewangelii i opierają się w zbawieniu na samej wierze, cofają się w stan podobny do Żydów? Czyż dziwić się, że my, dzieci obietnicy, nie korzystamy z obietnicy, skoro nie chcemy jej przyjąć; skoro uważamy za wystarczające wierzyć, że już ją posiadamy, lub gdy Bóg ją ofiaruje, nie wyciągamy ręki, by ją wziąć? Czyż dziwić się, że nie mamy władzy nad sobą, gdy nie przychodzimy do Chrystusa, „aby nasze grzeszne ciała były oczyszczone przez Jego ciało, a nasze dusze obmyte przez Jego najdroższą krew"? Czyż dziwić się, że jesteśmy tak niekonsekwentni i chwiejni, gdy nie szukamy u Niego takich codziennych sił łaski, jakie nam ofiaruje? — gdy nie modlimy się do Niego codziennie i nie szukamy codziennie Jego domu — by dzień po dniu kroczyć z Nim, a nie za głosem własnego serca? Czyż dziwić się, że nie mamy miłości, gdy całkowicie zaniedbujemy ów wielki obrzęd, przez który miłość jest pielęgnowana: wstrzemięźliwość i post?
Nie możemy przeszkodzić innym tak postępować; nie możemy zmienić biegu rzeczy ani uzdrowić tego, co chore, ani opatrzyć tego, co złamane, wedle własnej woli. Lecz możemy działać sami, „czy zechcą słuchać, czy też nie"; i gdy tak działamy, mogą nam się sprzeciwiać, lecz dzięki łasce Bożej dadzą się w końcu skłonić, by pójść za nami, aż w końcu On wypełni w nich „wszelkie pragnienie Jego dobroci i dzieło wiary z mocą".