HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie XVII. Oczekiwanie na Chrystusa

Wniebowstąpienie

Gdy moja wiara stała się letniaGdy potrzebuję nadziei ParuzjaWiara
„Ten, który o tym świadczy, mówi: «Tak, przyjdę niebawem». Amen. Przyjdź, Panie Jezu."
W skrócie. Chrześcijanie są zobowiązani do nieustannego oczekiwania powrotu Chrystusa — nawet jeśli rozum podpowiada, że jest on daleki. Newman obala zarzut, że takie czuwanie jest przesądem: chrześcijanie, którzy mylili się co do oznak Jego przyjścia, nie mylili się w usposobieniu ducha, bo sam Pan nakazał im czuwać. Lepiej mylić się w czuwaniu niż zapaść w duchową senność.

„Prawda, że przez wiele stuleci chrześcijanie mylili się, sądząc, że rozpoznają Jego przyjście; ale tysiąckroć lepiej myśleć, że On idzie, gdy jeszcze nie idzie, niż raz jeden myśleć, że nie idzie, gdy przychodzi.”

*Wniebowstąpienie*

*„Ten, który o tym świadczy, mówi: «Tak, przyjdę niebawem». Amen. Przyjdź, Panie Jezu."* — Ap 22,20

Kiedy Pan nasz odchodził, powiedział, że przyjdzie znowu prędko; a wiedząc, że słowo „prędko" nie będzie od razu rozumiane w swoim dosłownym znaczeniu, dodał: „nagle" albo „jak złodziej". „Oto przyjdę jak złodziej: błogosławiony, kto czuwa i strzeże swych szat". Gdyby Jego przyjście miało nastąpić wkrótce w naszym rozumieniu tego słowa, nie mogłoby być zarazem nagłe. Słudzy, którym polecono czekać na powrót pana z uczty, nie powinni — zdawałoby się — dać się zaskoczyć tym powrotem. Właśnie dlatego, że Jego przyjście w naszych oczach nie wyda się bliskie, będzie nagłe. Tego, czego się spodziewasz, wypatrujesz; czego nie nadchodzi, przestajesz wyglądać; mówiąc zatem, że Jego przyjście będzie prędkie, a zarazem że będzie nagłe, Chrystus dał nam do zrozumienia, że nam będzie się ono zdawało odległe.

A jednak, choć On w naszych oczach zwleka, ogłosił, że Jego przyjście jest bliskie. Nakazał nam wypatrywać go nieustannie; i pierwsi Jego uczniowie, jak świadczą Listy, wypatrywali go zawsze. Zaprawdę, obowiązkiem naszym jest wypatrywać go, jako mogącego nastąpić w każdej chwili — choć przez blisko dwa tysiące lat Kościół oczekuje go bez widocznego skutku.

Czyż nie jest znamienne, że właśnie w ostatniej księdze Pisma Świętego — tej, która bardziej niż jakakolwiek inna zakłada długie trwanie Kościoła Chrystusowego — spotykamy tak dobitne i powtarzające się zapewnienia o bliskości Jego przyjścia? Nawet w ostatnim rozdziale trzykrotnie zostajemy o tym pouczeni. „Oto przyjdę niebawem: błogosławiony, kto strzeże słów proroctwa tej księgi." „Oto przyjdę niebawem, a moja nagroda jest ze mną." I jeszcze raz, w cytowanym wersecie: „Ten, który o tym świadczy, mówi: «Tak, przyjdę niebawem»". Taka jest ta zapowiedź; w jej konsekwencji nakazuje nam się wypatrywać nieustannie wielkiego Dnia, „oczekiwać z nieba Syna", „wyczekiwać i przyśpieszać przyjście dnia Bożego".

Prawda, że w jednym miejscu święty Paweł ostrzega braci przed spodziewaniem się natychmiastowego przyjścia Chrystusa; ale nie mówi nic więcej ponad to, że Chrystus wyśle znak tuż przed swym przyjściem — pewnego straszliwego nieprzyjaciela prawdy — po którym niezwłocznie sam nastąpi; nie stoi to zatem na naszej drodze ani nie przeszkadza wytężonym oczom wypatrywać Go. I w istocie święty Paweł zdaje się raczej ostrzegać braci przed rozczarowaniem, gdyby Chrystus nie przyszedł, niż powstrzymywać ich od Jego oczekiwania.

Można by tu postawić zarzut, że jest to rodzaj paradoksu: jakże bowiem można nieustannie oczekiwać czegoś, co tak długo się odwleka? Co tak długo nie nadchodzi, może nie nadchodzić jeszcze dłużej. Pierwszym chrześcijanom, którzy nie doświadczyli jeszcze tego długiego okresu, jaki miał upłynąć, nim Kościół opuści ziemię, dane było wypatrywać Chrystusa; my jednak nie możemy powstrzymać się od posługiwania się rozumem: nie ma więcej podstaw, by oczekiwać Chrystusa teraz, niż było ich przez te wszystkie minione czasy, kiedy — jak dowiódł bieg wydarzeń — nie przyszedł. Chrześcijanie zawsze oczekiwali dnia ostatniego i zawsze spotykało ich rozczarowanie. Dostrzegali w tym, co im się zdawało, oznaki Jego przyjścia i właściwości swej epoki, które szersza znajomość świata, bardziej rozległe doświadczenie okazałoby im jako wspólne wszystkim czasom. Zawsze trwożyli się bez dobrego powodu, drżeli w swej ciasnoduszności i budowali na przesądnych rojeniach. W jakiejż to epoce ludzie nie sądzili, że zbliża się dzień sądu? Takie oczekiwanie jedynie świadczyło o leniwie i przesądzie i je podsycało; należy je traktować jako zwykłą słabość.

Spróbuję teraz odpowiedzieć na ten zarzut.

**1.** Przede wszystkim, rozpatrywany jako zarzut przeciwko nawykowi nieustannego czuwania (by użyć potocznego wyrażenia), zarzut ten dowodzi zbyt wiele. Jeśli pójść za nim konsekwentnie, żadna epoka nie powinna oczekiwać dnia Chrystusowego; a ta, w której On przyjdzie (kiedykolwiek to nastąpi), nie powinna się Go spodziewać — a właśnie przed tym On nas przestrzegł. Nigdzie nie ostrzega On nas przed tym, co pogardliwie nazywa się przesądem; natomiast wyraźnie ostrzega nas przed pysznie zakorzenioną pewnością siebie. Jeśli prawdą jest, że chrześcijanie oczekiwali Go, gdy nie przyszedł, równie prawdziwe jest, że gdy przyjdzie, świat nie będzie Go oczekiwał. Jeśli prawdą jest, że chrześcijanie dostrzegali znaki Jego przyjścia, których nie było, równie prawdziwe jest, że świat nie zobaczy znaków Jego przyjścia, gdy będą obecne. Jego znaki nie są na tyle czytelne, byś je od razu rozpoznał; nie na tyle jasne, by nie mylić się w poszukiwaniu; a twój wybór jest między ryzykiem ujrzenia tego, czego nie ma, a niewidzeniem tego, co jest. Prawda, że przez wiele stuleci chrześcijanie mylili się, sądząc, że rozpoznają Jego przyjście; ale tysiąckroć lepiej myśleć, że On idzie, gdy jeszcze nie idzie, niż raz jeden myśleć, że nie idzie, gdy przychodzi. Oto różnica między Pismem a światem: sądząc według Pisma, zawsze byś oczekiwał Chrystusa; sądząc według świata, nigdy byś Go nie oczekiwał. A przecież musi On przyjść kiedyś, wcześniej czy później. Ludzie światowi naśmiewają się dziś z naszej zawodności w rozeznawaniu; ale czyja będzie ta zawodność, czyj triumf — wówczas? I co Chrystus myśli o ich obecnym szyderstwie? Przez swego Apostoła wyraźnie ostrzega nas przed szydercami, którzy będą mówić: „Gdzież jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem ojcowie pomarli, wszystko toczy się tak samo jak od początku stworzenia... Ale jedno niechaj was nie myli, umiłowani (ciągnie święty Piotr), że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień".

Należy też pamiętać, że nieprzyjaciele Chrystusa zawsze oczekiwali upadku Jego religii, epoka po epoce; i nie widzę powodu, dla którego jedno oczekiwanie miałoby być bardziej nierozumne od drugiego — co więcej, jedno rzuca światło na drugie. Oto bowiem: niezdeterminowani niepowodzeniami dawnych przepowiedni, niewierni nieustannie spodziewają się, że Kościół i religia Kościoła dobiegają końca. Tak myśleli w minionym stuleciu. Tak myślą teraz. Zawsze sądzą, że światło prawdy dogasa i że nadeszła ich godzina zwycięstwa. Powtarzam: nie widzę, dlaczego miałoby być rozumne oczekiwać obalenia religii jeszcze teraz, po tylu zawodach, a nierozumne — z powodu minionych rozczarowań — oczekiwać przyjścia Chrystusa. Co więcej, chrześcijanie przynajmniej, ponad samą obserwację stanu rzeczy, mogą wskazać wyraźną obietnicę Chrystusa, że kiedyś przyjdzie; niewierni zaś, jak sądzę, nie przyznają się do żadnych innych podstaw swego oczekiwanego triumfu prócz znaków czasu. Są pełni nadziei, bo wydają się tak silni, a Kościół Boży tak słaby; nie poszerzyli jednak swego umysłu kontemplowaniem dziejów na tyle, by wiedzieć, że taka pozorna siła z jednej strony i taka pozorna słabość z drugiej była zawsze stanem świata i Kościoła; i że właśnie to było zawsze jedną z głównych, a raczej naczelną przyczyną, dla której chrześcijanie oczekiwali bezpośredniego końca wszystkich rzeczy — bo widoki religii były tak posępne. Tak więc chrześcijanie i niewierni przyjęli w istocie dokładnie ten sam ogląd faktów; wyciągnęli z nich jedynie różne wnioski, stosownie do swego wyznania. Chrześcijanin powiedział: „Wszystko tak pełne jest zamętu, że świat chyli się ku końcowi"; a niewierny: „Wszystko tak pełne jest zamętu, że Kościół chyli się ku końcowi" — i nie ma tu chyba niczego bardziej przesądnego w jednym przekonaniu niż w drugim.

Kiedy zaś chrześcijanie i niewierni tak się jednoczą w oczekiwaniu zasadniczo tego samego, choć ujmują to różnie, stosownie do swych sposobów myślenia, nie ma w samym tym oczekiwaniu nic szczególnie wygórowanego; musi być w świecie coś nieustannie obecnego, co je uzasadnia. I tak właśnie jest, jak sądzę. Odkąd chrześcijaństwo weszło w świat, w pewnym sensie z niego wychodzi. Jest ono tak obce ludzkiemu umysłowi, tak duchowe, a człowiek tak ziemski, jest tak pozornie bezbronny i ma tak wielu potężnych wrogów i tak wielu fałszywych przyjaciół, że każda nadchodząca epoka może słusznie być nazwana „ostatnim czasem". Dokonało wielkich podbojów i wielkich dzieł; lecz wszystko uczyniło, jak mówi o sobie Apostoł, „w słabości i w bojaźni, i w drżeniu wielkim". Jak to jest, że wciąż upada, a wciąż trwa, wie tylko Bóg, który tego chce — ale tak jest; i nie ma paradoksu w stwierdzeniu, z jednej strony, że trwa osiemnaście wieków, że może trwać jeszcze lat wiele, a jednak zbliża się ku końcowi, owszem, może skończyć się każdego dnia. I Bóg chce, byśmy skierowali umysł i serce ku tej stronie alternatywy, byśmy je otworzyli na wrażenia płynące z tej strony, to jest że koniec nadchodzi — a jest rzeczą zbawienną żyć tak, jakby to, co może przyjść w każdym dniu, miało przyjść właśnie w naszym.

Inaczej było w wiekach przed przyjściem Chrystusa. Zbawiciel miał przyjść. Miał przynieść doskonałość, a religia miała ku tej doskonałości wzrastać. Istniał system kolejnych objawień: jedno po drugim; każdy prorok w swoim czasie powiększał zasób Bożej prawdy, zmierzając stopniowo ku pełni Ewangelii. Czas był odmierzony wierzącym umysłom przed przyjściem Chrystusa przez słowo proroctwa; tak że nie mógł On być oczekiwany w żadnej epoce przed „pełnią czasu", w której przyszedł. Naród wybrany nie był wzywany do oczekiwania Go od razu; lecz po pobycie w Kanaanie i po niewoli w Egipcie, i po wędrówce przez pustynię, po sędziach, królach i prorokach — wyznaczono ostatecznie siedemdziesiąt długich tygodni, by wprowadzić Go na świat. Jego zwłoka była zatem — że tak powiem — wówczas rozpoznana; a w czasie tej zwłoki inne nauki, inne reguły zostały dane, by wypełnić ów okres. Lecz gdy Chrystus przyszedł już jako Syn nad własnym domem, z doskonałą Ewangelią, nic nie pozostało prócz gromadzenia Jego świętych. Nie mógł przyjść kapłan wyższy ani nauka prawdziwsza. Światłość i Życie ludzi objawiły się, ucierpiały i zmartwychwstały; i nic więcej do uczynione nie było. Ziemia przeżyła swoje najuroczyste wydarzenie i ujrzała swój najwznioślejszy widok; i dlatego był to czas ostatni. Stąd też, choć czas dzieli pierwsze i drugie przyjście Chrystusa, nie jest on — jak można powiedzieć — uznany w planie Ewangelii, lecz jest poniekąd wypadkową. Albowiem tak to jest, że aż do Chrystusowego przyjścia w ciele bieg rzeczy zmierzał wprost ku temu celowi, zbliżając się do niego z każdym krokiem; teraz zaś, pod Ewangelią, bieg ów — jeśli wolno mi tak powiedzieć — zmienił kierunek w odniesieniu do Jego drugiego przyjścia i płynie nie ku końcowi, lecz wzdłuż niego, na jego krawędzi; i jest w każdej chwili jednakowo blisko owego wielkiego zdarzenia, w które biec wprost oznaczałoby weń natychmiast wpaść. Chrystus jest zatem wciąż u naszych drzwi; tak bliski osiemnaście wieków temu jak i teraz, i nie bliższy teraz niż wówczas; i nie bliższy, gdy przyjdzie, niż jest teraz. Gdy mówi, że przyjdzie niebawem, „niebawem" nie jest słowem czasu, lecz porządku naturalnego. Ten obecny stan rzeczy, „obecna udręka", jak ją zwie święty Paweł, przylega nieustannie do świata następnego i w niego się rozwiązuje. Jak człowiek, któremu już nie wróży się życia, może umrzeć w każdej chwili, a jednak trwa; jak pocisk może wybuchnąć w każdej chwili i musi kiedyś; jak nasłuchujemy wybicia zegara i w końcu nas zaskakuje; jak kruche sklepienie wisi — nie wiadomo jak — i jest niebezpieczne do przejścia pod nim: tak właśnie wlecze się ten słaby, znużony świat i pewnego dnia, nim się obejrzymy, dobiegnie końca.

Tu mogę przy okazji zauważyć, jakie światło rzuca to na doktrynę, że Chrystus jest jedynym Kapłanem pod Ewangelią, albo że Apostołowie zasiadają zawsze na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela, albo że Chrystus jest z nimi „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata". Czy nie widzicie siły tych wyrażeń? Przymierze żydowskie miało wprawdzie „wielokrotnie" i „różnymi sposobami" objawiane prawdy; miało długi szereg kapłanów i rozmaite dzieje; jedna część tej serii była świętsza od innej i bliższa niebu. Lecz gdy Chrystus przyszedł, wycierpiał i wstąpił do nieba, był odtąd wciąż nam bliski, wciąż przy nas, choć jeszcze nie wrócił w sposób widzialny, wciąż jakby ledwie odszedł, wciąż jakby prawie powrócił. Jest jedynym Rządcą i Kapłanem swego Kościoła, który udziela darów, i nie wyznaczył nikogo na swoje miejsce, bo oddalił się jedynie na krótki czas. Aaron zajął miejsce Chrystusa i miał kapłaństwo własne; kapłani Chrystusa nie mają jednak kapłaństwa prócz Jego. Są jedynie Jego cieniami i narzędziami, Jego zewnętrznymi znakami; i to, co oni czynią, On czyni; gdy chrzczą, On chrzci; gdy błogosławią, On błogosławi. Jest obecny we wszystkich aktach swego Kościoła i jeden akt nie jest Jego bardziej niż inny, bo wszystkie są Jego. Tak więc we wszystkich czasach Ewangelii przybliżeni jesteśmy do Jego Krzyża. Stoimy — niejako — pod nim i czerpiemy świeżo zeń jego łaski; z tą jedynie różnicą, że ponieważ historycznie rzecz biorąc czas upłynął i Święty jest nieobecny, pewne zewnętrzne formy są konieczne, by nas na powrót wprowadzić w Jego cień; i dostępujemy tych łask przez tajemnicę, to jest sakramentalnie, by dostąpić ich naprawdę. Wszystko to świadczy o obowiązku zarówno pamiętania o Chrystusie, jak i wypatrywania Go, ucząc nas lekceważyć to, co teraźniejsze, nie polegać na żadnych planach, nie snuć żadnych oczekiwań na przyszłość, lecz żyć w wierze tak, jakby nas nie opuścił, i w nadziei tak, jakby już powrócił. Winniśmy starać się żyć, jak gdyby Apostołowie żyli, i winniśmy starać się rozważać życie Pana w Ewangeliach nie jako historię, lecz jako żywe wspomnienie.

**2.** To prowadzi mnie do uwagi o drugiej postaci, w jakiej może być wysunięty ów zarzut: że mianowicie to oczekiwanie na Chrystusa jest nie tylko wygórowane w samym swoim zamyśle, ale staje się przesądem i słabością, ilekroć jest wprowadzane w życie. Umysł skupiony na myśli o zbliżającej się straszliwej nawiedzeniu zaczyna dostrzegać jego oznaki w świecie przyrodniczym i moralnym, i myli zwykłe zdarzenia Bożej Opatrzności z cudami. Tak chrześcijanie popadają w zniewolenie i zamiast Ewangelii przyjmują religię urojoną, w której wyobraźnia zajmuje miejsce wiary, a rzeczy widzialne i ziemskie zajmują miejsce Pisma Świętego. Taki jest zarzut; a jednak omawiany werset, z jednej strony utwierdzając w oczekiwaniu słowami „Tak, przyjdę niebawem", z pewnością i usposobienie czuwania uświęca przez dodanie: „Amen. Przyjdź, Panie Jezu".

Stwierdzam zatem, że choć chrześcijanie mogli się mylić co do tego, co brali za znaki Chrystusowego przyjścia, to nie mylili się w swoim usposobieniu ducha; nie mylili się w wypatrywaniu — i właśnie Go wypatrywaniu. Czy byli łatwowierni, czy nie, postępowali jedynie tak, jak postępujemy wobec kogoś umiłowanego, otaczanego czcią lub podziwem na ziemi. Pomyślcie, jak lojalni poddani patrzą na dobrego władcę: po całym kraju krążą podania na jego korzyść; ludzie lubią wierzyć, że natknęli się na świadectwa jego dobroci, szlachetności i ojcowskiej troskliwości. Wiele z tych opowieści jest fałszywych, inne zaś prawdziwe; i na ogół nie mielibyśmy wysokiego mniemania o człowieku, który zamiast wzruszyć się tym wzajemnym współodczuwaniem między władcą a ludem, zajmowałby się jedynie czepianiem tego, co nazywa ich łatwowiernością, i sprawdzaniem trafności tej czy innej konkretnej historii. Wielka to rzecz, naprawdę, umieć wykryć kilka przekłamań, obnażyć kilka zmyśleń i nie mieć serca! I jakże opłakany brak, trzeba przyznać, u owego ludu — być prawym ogółem, a nie w każdym szczególe, i mieć serce prawe! Któż by pozazdrościł takiemu człowiekowi jego wiedzy? Któż nie wolałby niewiędzy owego ludu? I podobnie: wolę być tym, który z miłości do Chrystusa, a braku wiedzy przyrodniczej, bierze jakiś dziwny widok na niebie — kometę lub meteoryt — za znak Jego przyjścia, niż tym, który z większej wiedzy, a braku miłości, drwi z tej pomyłki. Bywa, że osoby religijne brały zjawiska niebieskie za znaki Chrystusowego przyjścia, które dziś w ogóle nas nie straszą. Przyznajmy; ale cóż z tego? Zastanówmy się nad istotą rzeczy. W dawnych czasach powszechnie nie wiedziano, że pewne ciała niebieskie poruszają się i ukazują w wyznaczonych porach i według prawidła; teraz się to wie; to jest, teraz ludzie przywykli je oglądać, a wówczas nie. Nie wiemy dziś ani trochę więcej niż dawniej, skąd się biorą ani dlaczego; ale wtedy ludzie przestraszyli się, gdy je widzieli, bo były niezwykłe, a dziś nie są niezwykłe, i dlatego nie straszą. Lecz jakże było absurdalne i śmieszne (bo tak mówi się dziś), jakże mogło być głupią słabością dać się poruszyć temu, co rzadkie i niezwykłe? Weźmy analogiczny przypadek: podróżowanie jest teraz powszechne, dawniej nie było. Wskutek tego podróżujemy dziś bez poważniejszych wzruszeń przy rozstaniu z bliskimi; wówczas zaś, bo podróżowanie było rzadkie, nawet gdy ryzyko było takie samo i nieobecność równie długa, nie wyruszano z domu bez długich przygotowań, wielu modlitw i długich pożegnań. Nie widzę nic szczególnie nagannego w tym, że rzeczy niezwykłe wywierają silniejsze wrażenie niż zwyczajne.

Zważcie przy tym, że w wypadku, o którym mówię, osoby wypatrujące Chrystusa nie tylko postępują w posłuszeństwie Mu przez sam fakt wypatrywania, lecz — w swym samym sposobie wypatrywania, przez same znaki, przez które Go szukają — postępują w posłuszeństwie Mu. Od samego początku chrześcijanie wypatrywali Chrystusa w znakach świata przyrodniczego i moralnego. Jeśli byli ubodzy i niewyedukowani, dziwne widoki na niebie albo drżenia ziemi, burze, nieurodzaj, choroba lub jakieś zjawisko potworne i nienaturalne kazały im myśleć, że jest bliski. Jeśli byli zdolni do ogarnięcia świata społecznego i politycznego, to zawirowania państw — wojny, rewolucje i tym podobne — stanowiły dodatkowe okoliczności, które przejmowały ich głęboko i trzymały serce w pogotowiu na Chrystusa. A wszystko to są właśnie te rzeczy, o których On sam polecił nam rozmyślać i dał nam je jako znaki swego przyjścia. „I będą znaki" — mówi — „na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego bałwanów. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi, albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte... A gdy się to dziać zacznie, wyprostujcie się i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie". Kiedyś światła niebieskie będą znakami; kiedyś i sprawy narodów będą znakami — dlaczego więc jest przesądem ku nim się zwracać? Nie jest nim. Możemy mylić się w szczegółach, na których się opieramy, i możemy okazywać tym swą niewiedzę; ale nie ma nic śmiesznego ani godnego pogardy w naszej niewiedzy, i wiele jest religijnego w naszym czuwaniu. Lepiej mylić się w czuwaniu, niż w ogóle nie czuwać.

Nie wynika też stąd, że chrześcijanie mylili się nawet w swoich szczegółowych oczekiwaniach, choć Chrystus nie przyszedł, gdy mówili, że widzą Jego znaki. Być może były to Jego znaki, które On potem cofnął. Czy nie istnieje coś takiego jak odwołanie rozkazu? Czy biegli w sprawach tego świata nie formułują niekiedy przewidywań, które okazują się chybione, a jednak mówimy, że powinny były być słuszne? Niebo zagraża i znowu się przejaśnia. Albo jakiś wódz wydaje żołnierzom rozkaz marszu, po czym z jakiegoś powodu odwołuje ich: czy powiemy, że mylili się posłańcy, którzy przynieśli wieść o jego ruchu? Otóż w pewnym sensie Chrystus wciąż posuwa naprzód i wciąż wstrzymuje niebiańskie zastępy. Znaki białych koni wciąż się pojawiają i wciąż znikają. „Deszcz wraca po deszczu"; a Jego słudzy nie mylą się wskazując na nie i mówiąc, że czas się psuje, choćby się nie psuł — bo jest wciąż nieustabilizowany.

Należy też zauważyć, że choć chrześcijanie zawsze oczekiwali Chrystusa i zawsze wskazywali na Jego znaki, nigdy nie powiedzieli, że już przyszedł. Mówili jedynie, że jest tuż-tuż, jakby prawie już przybył. I tak było i jest. Entuzjaści, sekciarze, ludzie gwałtowni i zuchwali — ci mówili, że już przyszedł, albo wskazywali dokładny rok i dzień, w którym przyjdzie. Nie tak Jego pokorni wyznawcy. Nie szukali Go ani nie głosili Jego przybycia ani na pustyni, ani w ukrytych komnatach, ani nie próbowali określać „czasów i chwil, które Ojciec zachował we władzy swojej". Tylko oczekiwali; gdy On naprawdę przyjdzie, nie pomylą Go z nikim; a wcześniej — niczego nie orzekają. Dostrzegają jedynie Jego zwiastunów.

Zaprawdę, nie może być nic bardzo szkodliwego i nic bardzo śmiesznego w tym — gdy jest to u ludzi pobożnych — by uważać zdarzenia swej epoki za niezwykłe, by sądzić, że sprawy świata zmierzają ku zamknięciu i że wypadki gęstnieją przed ostatecznym nawiedzeniem; albowiem — jak należy zauważyć — Pismo Święte upoważnia nas do odczytywania wszystkiego, co widzimy w świecie, w duchu religijnym, tak jakby wszystkie rzeczy były znakami i objawieniami Chrystusa, Jego Opatrzności i woli. Mam na myśli to, że jeśli ten niższy świat, który zdaje się toczyć własnym biegiem, niezależnie od Niego, rządzony niezmiennymi prawami lub niesiony przez serca nieuprządkowane, mimo wszystko pewnego dnia w straszliwy sposób zwiastować będzie Jego przyjście na sąd — to zaiste nie jest rzeczą niemożliwą, by ten sam świat zarówno w swym porządku przyrodniczym, jak i biegu doczesnym przemawiał do nas o Nim również w innych sposobach. Zdawałoby się na pierwszy rzut oka, że świat ten przemawia językiem Mu wrogim; że w Piśmie Świętym opisany jest jako przeciwny Bogu, prawdzie, wierze i niebu; że jest zwodniczą zasłoną wypaczającą rzeczy i odgradzającą duszę od Boga. Jakże zatem — można zapytać — ten świat może nosić ślady Jego obecności i przybliżać nas do Niego? A jednak tak jest, że mimo zła świata, ostatecznie On jest w nim i przemawia przez niego, choć nie głośno. Gdy przyszedł w ciele, „był na świecie, świat zaś stał się przez Nie, i świat Go nie poznał". Nie krzyczał ani nie wołał, i nie dawał słyszeć swego głosu na ulicach. Tak jest i teraz. Wciąż tu jest; wciąż do nas szepcze, wciąż daje nam znaki. Lecz głos Jego jest tak cichy, a zgiełk świata tak głośny, i znaki Jego tak skryte, a świat tak niespokojny, że trudno rozeznać, kiedy się do nas zwraca i co mówi. Ludzie pobożni nie mogą nie czuć, na różne sposoby, że Jego Opatrzność prowadzi ich i błogosławi osobiście, ogólnie biorąc; a jednak gdy próbują wskazać palcem czasy i miejsca, ślady Jego obecności znikają. Kto bowiem nie zaznał odpowiedzi na modlitwę, takiej że w danej chwili czuł, iż nigdy już nie zdoła powątpiewać? Kto nie doświadczył przedziwnych zbiegów okoliczności w swym życiu, które ukazały mu w sposób przemożny rękę Bożą? Kto nie miał myśli przychodzących z jakąś tajemniczą siłą, jako ostrzeżenie lub wskazanie? A niektórym ludziom przydarzają się może rzeczy jeszcze dziwniejsze. Cudowne Opatrzności dokonywały się niekiedy za sprawą snów; lub też innymi, jeszcze bardziej niezwykłymi drogami, wkraczał niekiedy Bóg Wszechmogący. I znowu: rzeczy stające nam przed oczyma tak często przybierają postać typów i znaków zapowiadających rzeczy moralne lub przyszłe, że duch w nas nie może nie sięgać naprzód i nie przeczuwać z tego, co widzi, tego, czego nie jest wprost pouczony. A niekiedy owe przeczucia spełniają się w zadziwiający sposób w biegu wydarzeń. I znowu: losy ludzkie są tak osobliwie różnorodne, jakby prawo powodzenia i pomyślności ogarniało jednych, a prawo przeciwne — innych. Zważywszy to wszystko i ogrom, i tajemniczość świata, który nas ogarnia, możemy z łatwością dojść do myśli, że nie ma tu nic na dole, co — o ile nam wiadomo — nie byłoby związane z wszystkim innym; że najbardziej odległe zdarzenia mogą być jednak złączone, a najniższe i najwyższe mogą być częściami jednej całości; i że Bóg może nas uczyć i ofiarowywać nam poznanie swoich dróg, jeśli tylko otworzymy oczy, we wszystkich zwykłych sprawach codziennego życia. Do takiego przekonania dochodzą osoby myślące i zaczynają żywić pewien rodzaj wiary w Boży sens wypadków (jak je zwykło się nazywać) życia, i gotowość przyjmowania od nich wrażeń — co może łatwo stać się nadmierne, i co, czy nadmierne, czy nie, na pewno będzie wyśmiewane przez świat jako przesąd. A jednak zważywszy, że Pismo Święte mówi nam, iż same włosy głowy naszej są wszystkie policzone przez Boga, że wszystko jest nasze i że wszystko się przyczynia ku naszemu dobru, zachęca nas ono zaiste do wypatrywania Jego obecności w każdym zdarzeniu, choćby najdrobniejszym, i do uznania, że dla uszu religijnych nawet zły świat jest prorokiem o Nim.

A jednak, powiadam, to religijne oczekiwanie Boga przez cały dzień — tak podobne do owego ducha czuwania, który jest przedmiotem naszej refleksji — jest równie otwarte na zarzuty i szyderstwa ze strony świata. Bóg nie przemawia do nas przez zdarzenia życia w taki sposób, byś mógł przekonać innych, że przemawia. Nie działa według tak wyraźnych praw, byś mógł mówić o nich z pewnością. Daje nam wystarczające znaki siebie, by podnieść ku Niemu nasz umysł w pokornej bojaźni; lecz zdaje się tak często cofać to, co uczynił, i dopuszczać naśladownictwa swoich znaków, że przekonanie o Jego cudownej obecności może istnieć jedynie w samej jednostce. Nie jest to prawda, którą można nauczać i uznawać jawnie wobec ludzi; nie ma natury, by mogła być głoszona światu jako całości, owszem nawet ludziom pobożnym, jako zasada. Bóg daje nam dość, by pobudzić do pytań i do nadziei; nie dość, by nalegać i dowodzić.

Przez cały czas mówiłem o ludziach myślących i sumiennych; o tych, którzy wypełniają swe obowiązki i studiują Pismo Święte. Rzeczą zupełnie pewną jest, że owa uwaga na zdarzenia zewnętrzne staje się przesądem, gdy spotyka się ją u ludzi żyjących niepoboźnie lub mających powierzchowną znajomość Pisma Świętego. Wielkim i głównym objawieniem, jakiego Bóg nam udzielił o swojej woli, jest Chrystus i Jego Apostołowie. Dali nam oni poznanie prawdy; wypuścili w świat niebiańskie zasady i nauki; towarzyszyli owej objawionej prawdzie Boskimi sakramentami, które przekazują sercu to, co inaczej byłoby jedynie zewnętrzną i jałową wiedzą; i polecili nam praktykować to, co wiemy, i być posłusznym temu, czego nas nauczono, by Słowo Chrystusa ukształtowało się i zamieszkało w nas. Zostali też natchnieni, by pisać Pismo Święte dla naszego pouczenia i pociechy; i w tych Pismach odczytujemy historię tego świata wyjaśnioną nam według niebiańskiej reguły. Kiedy zatem człowiek tak uformowany i umocniony od wewnątrz — z tymi żywymi zasadami w sercu, z tym pewnym oglądem i postrzeganiem rzeczy niewidzialnych, z upodobaniami, poglądami, wizjami i celami ukształtowanymi wedle objawionego prawa Bożego — spogląda ku światu, nie szuka w nim objawienia: ma je już. Nie czerpie swej religii ze świata, ani nie przywiązuje nadmiernej wagi do znaków i przepowiedni, które tam dostrzega. Lecz zgoła inaczej jest, gdy człowiek nie jest tak oświecony i pouczony przez prawdę objawioną. Jest wtedy tylko łupem, staje się niewolnikiem zdarzeń i wypadków, widoków i dźwięków, omenów i cudów, z jakimi świat przyrodniczy i moralny do niego przychodzi. Jego religia jest zniewoleniem przez rzeczy przemijające, bałwochwalstwem wobec stworzenia i jest w najgorszym znaczeniu słowa przesądem. Stąd to powszechna obserwacja, że ludzie niepoboźni są najbardziej podatni na przesądy. Mają bowiem przeczucie, że gdzieś istnieje coś wielkiego i Boskiego; a ponieważ nie mają tego w sobie, bez trudu wierzą, że może ono być gdzie indziej, wszędzie tam, gdzie ktoś pretenduje do jego posiadania. Tak więc w dziejach spotykamy ludzi na wysokich stanowiskach oddających się zakazanym sztukom, zasięgających rady jawnych czarowników lub hołdujących astrologii. Inni mieli swe dni szczęśliwe i nieszczęśliwe; inni byli igraszką snów lub innych czczych urojeń. I miewało się też takich, którzy oddawali pokłon bożkom. Nie mieli bowiem żadnej zasady, żadnego korzenia w sobie. Byli też nieświadomi Pisma Świętego, w którym Bóg najmiłosierniej odsłonił część historii tego świata, byśmy mogli zobaczyć, jak On działa. Pismo Święte jest kluczem, przez który otrzymujemy zdolność odczytywania świata; ale ci, którzy go nie mają, błądzą pośród cieni świata i interpretują rzeczy na oślep.

Ten sam brak wewnętrznej zasady religijnej przejawia się w lekki, bezmyślny sposób, w jaki tak wielu przylgnie do błędnych form wyznania wiary. Ten, kto ma w sobie światłość Chrystusową, słyszy głosy ludzi entuzjastycznych, błądzących, samowolnych lub obłudnych, wołających, by za nimi podążał, i nie daje się poruszyć. Lecz gdy człowiek ma świadomość, że jest zatwardziałym grzesznikiem i nie jest w pokoju z Bogiem, gdy jego własne serce jest przeciwko niemu i nie ma w sobie żadnej zasady, żadnego oparcia — staje się łupem pierwszego, kto do niego przyjdzie z mocnym słowem i wezwie go, by mu uwierzył. Stąd mamy liczby chętnie biegnących za ludźmi, którzy przyznają się do czynienia cudów, lub którzy potępiają Kościół jako apostatyczny, lub którzy utrzymują, że zbawieni są tylko ci, którzy z nimi się zgadzają, albo za każdym, kto bez żadnej rękojmi swojej słuszności mówi pewnie. Stąd tłum jest tak podatny na nagłe trwogi. Słyszało się o wielkich rzeszach uciekających z miasta na skutek jakiejś czczej przepowiedni, że nadchodzi dzień Sądu. Stąd tak wielu w prywatnym życiu i wśród warstw niższych pełnych jest drobnych przesądów, zbyt błahych, by je wymieniać — wszystko dlatego, że nie mają w sercu palącego się światła prawdy.

Ale prawdziwy chrześcijanin nie należy do tych. Do niego stosują się słowa świętego Pawła: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne; wszystko mi wolno, ale ja nie dam się niczemu opanować". Wie, jak „używać tego świata tak, jakby z niego nie korzystał". Niczego w tym świecie nie potrzebuje. Nie ufa jego widokom wbrew słowu objawionemu. „Zachowasz go w doskonałym pokoju, bo Tobie ufa; ufa Tobie". Taka jest obietnica do niego skierowana. A jeśli wygląda w świat, by szukać — szuka nie tego, czego nie zna, lecz tego, co zna. Nie szuka Pana i Zbawiciela. Dawno już „znalazł Mesjasza"; i Jego właśnie wypatruje. Sam jego Pan nakazał mu szukać Go w znakach świata, więc wygląda. Sam jego Pan pokazał mu w Starym Testamencie, jak On, Pan Chwały, raczy się uniżać do rzeczy nieba i ziemi. Wie, że Aniołowie Boży są wokół ziemi. Wie, że niegdyś przychodzili nawet w ludzkiej postaci. Wie, że Syn Boży przybył już na ziemię. Wie, że obiecał swemu Kościołowi obecność cudownego działania i nigdy tej obietnicy nie odwołał. Czyta też w Księdze Apokalipsy dość — nie po to, by wiedzieć, co nadejdzie, lecz po to, by wiedzieć, że teraz, jak dawniej, pod tym widzialnym widowiskiem dzieje się ukryty, nadprzyrodzony system. Dlatego wypatruje Chrystusa, Jego obecnych Opatrzności i Jego przyjścia; i choć często zawodzi się w swym oczekiwaniu i wyobraża sobie, że nadchodzą cudowne zdarzenia na ziemi, gdy wciąż się nie zjawiają, posługuje się słowami Proroka i pociesza się nimi: „Stanę na straży i wstąpię na wieżycę, wypatrując, co do mnie przemówi i co odpowiem, gdy mnie skarcą. I odpowiedział mi Pan... Widzenie jest jeszcze na czas wyznaczony... Choć by się odwlekało, oczekuj go, bo na pewno przyjdzie, nie zwlekając. Oto tego, kto jest nadęty, dusza jego nie jest prawa w nim; ale sprawiedliwy z wiary swojej żyć będzie".

← wróć do odkrywania