HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie XVIII. Poddanie rozumu i uczuć objawionemu Słowu

Wniebowstąpienie

Gdy wiara wydaje się nierozumnaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Wiara a rozumWiara
„Biorąc w niewolę wszelki rozum, by był posłuszny Chrystusowi."
W skrócie. Newman wykłada wielką zasadę chrześcijańskiego życia: rozum i uczucia muszą być podporządkowane Bożemu Słowu, nie odwrotnie. Nie chodzi o irracjonalizm, lecz o uznanie, że wiara idzie przed pełnym rozumieniem — jest zasadą działania, nie wnioskiem dowodzenia. Człowiek duchowy kształtuje swoje uczucia i przekonania według Pisma i Tradycji, a nie według doraźnych prawdopodobieństw.

„Wiara wyprzedza argumentację. Jeśli istnieje choćby godziwe prawdopodobieństwo, że Biblia jest prawdziwa, że niebo jest nagrodą posłuszeństwa, a piekło dobrowolnego grzechu — warto, jest to bezpieczne, poświęcić ten świat dla przyszłego.”

*Wniebowstąpienie*

*„Biorąc w niewolę wszelki rozum, by był posłuszny Chrystusowi."* — 2 Kor 10,5

Można postawić pytanie: w jaki sposób żyć tak, jakby przyjście Chrystusa nie było odległe, skoro rozum mówi nam, że prawdopodobnie jest dalekie? Można zarzucić, że nie ma żadnych podstaw, by spodziewać się go teraz bardziej niż przez ostatnie osiemset lat; że jeśli długa nieobecność Pana jest powodem, by oczekiwać Go teraz, to Jego obietnica rychłego powrotu była powodem, by oczekiwać Go w dawniejszych czasach; że jeśli jeden z tych powodów okazał się niewystarczający, to samo może dotyczyć drugiego; że jeśli wbrew obietnicy rychłości tak długo zwlekał, może zwlekać jeszcze dłużej; że żadne znaki Jego przyjścia nie mogły być wyraźniejsze niż te, które szerzyły się wkrótce po Jego odejściu; że z pewnością nie ma takich znaków teraz; ba, że przez pierwsze siedemset lat, znowu około roku tysięcznego i później, było o wiele więcej znaków przyjścia Chrystusa niż dziś — więcej trwogi narodów, więcej niedoli, więcej chorób, więcej przerażenia. Można twierdzić, że nie możemy mieć nadziei, obawiać się, oczekiwać i czekać według własnej woli — lecz że musimy mieć ku temu powody; i że jeśli jesteśmy przekonani, w dojrzałym osądzie, iż przyjście Chrystusa jest nieprawdopodobne, nie możemy sami skłonić się do odczuwania, jakby było prawdopodobne.

Rozważając ten zarzut — co zamierzam uczynić — mam sposobność przedstawić wielką zasadę, która obowiązuje w chrześcijańskim życiu: poddanie całego umysłu prawu Bożemu.

**1.** Twierdzę przede wszystkim, że nasze uczucia i upodobania nie poruszają się wyłącznie według nakazów tego, co zwykliśmy nazywać rozumem. Tak dalecy jesteśmy od tego, że nic nie jest bardziej powszechne, niż mówienie, iż rozum idzie w jedną stronę, a nasze pragnienia w drugą. Nie ma zatem nic niemożliwego w tym, by nauczyć się wyglądać dnia przyjścia Chrystusa gorliwiej, niż nakazywałoby to prawdopodobieństwo wedle sądu rozumu. Podobnie jak rozum może być właściwym przewodnikiem dla naszych uczuć i upodobań do pewnego stopnia, tak mogą być przypadki, gdy nie jest w stanie nas prowadzić ze względu na swą słabość; i podobnie jak nie jest niemożliwe dla grzesznych i bezbożnych ludzi, by lubili to, czego rozum każe im nie lubić — tak nie jest niemożliwe, by ludzie pobożni pragnęli, oczekiwali i mieli nadzieję na to, czego rozum nie zdoła zaakceptować i przyjąć. Cóż pospolitszego niż słyszane słowa: „Kocham pewnego człowieka bardziej, niż go szanuję" albo: „Podziwiam go bardziej, niż go kocham"? Albo też wiemy, jak łatwo otworzyć umysł na wpływ jakiegoś uczucia czy wzruszenia i jak trudno jest uniknąć tego wpływu; jak trudno wyrzucić z umysłu myśl, którą rozum nakazuje trzymać z dala, a która ciągle się narzuca; jak trudno powściągnąć gniew, lęk lub inne namiętności, choć rozum mówi, że należy je powściągnąć. Jest zatem zupełnie możliwe, by uczucia i myśli były w nas obecne w sposób nieproporcjonalny wobec sądu rozumu. Weźmy inny przykład. Wiemy, jak umysł zatrzymuje się niekiedy na możliwości czegoś zaledwie prawdopodobnego — zupełnie nierozumnie, a często szkodliwie i niebezpiecznie. Wiele rzeczy może się przydarzyć, jedna może być równie prawdopodobna jak inna; a jednak ze słabości zdrowia lub podniecenia zdarza się często, że nie możemy powstrzymać się od nadmiernego rozmyślania o jednym z tych możliwych wydarzeń i od nieuzasadnionej trwogi, że właśnie ono nastąpi. Tak więc, jeśli zdarzyło się coś strasznego — pożar, morderstwo lub okropny wypadek — ludzie przerażają się, że to samo spotka i ich, w stopniu daleko przekraczającym to, co uzasadniałoby zwykłe rachowanie prawdopodobieństwa. Wyobraźnia wyolbrzymia niebezpieczeństwo; nie mogą skłonić się, by patrzeć na rzeczy spokojnie i zgodnie z ich zwykłym biegiem. Utkwili myśl na jednej konkretnej możliwości w sposób zupełnie sprzeczny z tym, co podsuwa rozum. Tak więc, daleko od tego, by nasze uczucia poruszały się wedle ścisłych prawdopodobieństw rzeczy, przeciwność jest raczej regułą. Czego zatem Bóg Wszechmogący od nas wymaga, to byśmy to właśnie czynili w jednym przypadku dla Niego, co tak często czynimy, pobłażając własnej przekorze i słabości: byśmy mieli nadzieję, obawiali się, oczekiwali przyjścia naszego Pana ponad miarę, jaką wyznacza rozum, i w sposób, który uzasadnia samo Jego słowo — to znaczy byśmy Mu ufali ponad nasz rozum. Mówisz, że przyjście Chrystusa w tej chwili nie jest prawdopodobne i dlatego nie możesz go oczekiwać. Otóż mówię ci, że możesz. Musisz poczuć, że istnieje możliwość, iż przyjdzie. Dobrze więc — trwaj przy tej możliwości; otwórz na nią umysł; traktuj tę możliwość tak samo, jak tak często traktujesz możliwość pożaru, niebezpieczeństwa na morzu lub lądzie, albo złodziei. Pan nasz mówi, że przyjdzie jak złodziej w nocy. Wiecie zaś, że jeśli zdarzyła się jakaś głośna kradzież, ludzie przerażają się daleko bardziej, niż by wynikało z prawdopodobieństwa, że i oni sami zostaną okradzeni. Opanowuje ich ta myśl; może prawdopodobieństwo włamania do ich własnego domu jest niewielkie, a jednak samo to zdarzenie napełnia ich wielką trwogą i myślą bardziej o ciężarze obawiającego się wypadku, gdyby nastąpił, niż o małym prawdopodobieństwie jego zajścia. Porusza ich to ryzyko. I podobnie co do przyjścia Chrystusa — nie mówię, że mamy być podnieceni, niespokojni lub pochłonięci tą myślą, ale mimo to nie wolno nam pozwolić, by długa zwłoka przekonała nas, że nie ma co Go wyglądać. „Choćby się odwlekało, wyczekuj go." Jeśli On poleca nam jako obowiązek, byśmy wdrukow­ali w wyobraźnię widok Jego przyjścia, nie wymaga niczego trudnego — trudnego, to znaczy dla umysłu gotowego; a co możemy czynić, do tego jesteśmy zobowiązani.

**2.** To, co nasuwa się w pierwszej kolejności, toruje jednak drogę do dalszych myśli. Zastanów się bowiem — czymże jest sama wiara, jeśli nie przyjęciem rzeczy niewidzialnych, z miłości ku nim, ponad granicami, jakie wyznaczają rachunek i doświadczenie? Wiara wyprzedza argumentację. Jeśli istnieje choćby godziwe prawdopodobieństwo, że Biblia jest prawdziwa, że niebo jest nagrodą posłuszeństwa, a piekło dobrowolnego grzechu — warto, jest to bezpieczne, poświęcić ten świat dla przyszłego. Warto byłoby, choćby Chrystus nakazał nam sprzedać wszystko, co mamy, i iść za Nim, i spędzić tu czas w ubóstwie i wzgardzie — warto byłoby to uczynić na podstawie tej możliwości. Na tym właśnie polega to, co znaczy: wiara idzie wbrew rozumowi — że nie dba o miarę prawdopodobieństw; nie pyta, czy coś jest mniej czy bardziej prawdopodobne; lecz jeśli istnieje godziwa i wyraźna wskazówka, jaka jest wola Boża, postępuje wedle niej. Gdyby Pismo Święte nie było prawdziwe, w życiu przyszłym pozostalibyśmy tam, skąd wyszliśmy; w ostatecznym rachunku nie bylibyśmy w gorszej sytuacji niż poprzednio; lecz jeśli jest prawdziwe, to będziemy nieskończenie gorzej sytuowani przez to, że mu nie wierzyliśmy, niż gdybyśmy wierzyli. Wszyscy znamy odpowiedź, którą w pewnej opowieści dał podeszły w latach święty, gdy rozwiązły młodzieniec przypomniał mu, jak zmarnowałby życie, gdyby nie było przyszłego stanu wynagrodzenia: „Prawda, synu — odrzekł — ale o ile gorsza byłaby twoja rozrzutność, gdyby był."

Wiara zatem nie bierze pod uwagę stopni dowodu. Można by, mówiąc w porządku rozumowania, ułożyć zasadę, że powinniśmy mieć wiarę stosowną do dowodów — im więcej dowodów, tym mocniejsza; im mniej, tym słabsza będzie od nas wymagana. Tak jednak nie jest w przypadku wiary religijnej, która przyjmuje Słowo Boże równie mocno na podstawie danego jej świadectwa, jak gdyby owo świadectwo było podwojone. Widzimy zaś, że tak jest w sprawach ziemskich; i z pewnością to, co czynimy wobec ludzi, możemy znosić czynić i wobec Boga. Gdyby ktoś, komu ufamy i kogo szanujemy, przekazał nam jakąś nowinę, którą miał wszelkie środki poznać, uwierzylibyśmy mu; nie uwierzylibyśmy jej gruntowniej dlatego, że wkrótce powiedział nam to samo ktoś inny. I podobnie, choć jest zupełnie pewne, że Bóg Wszechmogący mógł dać nam większe dowody niż te, które posiadamy, że przemawia do nas w Biblii — to jednak, skoro dał nam dosyć, wiara nie domaga się więcej, lecz jest zadowolona i postępuje wedle tego, co wystarczy; podczas gdy niewiara zawsze żąda znaków — coraz więcej i coraz większych — nim ulegnie Boskiemu Słowu.

Powracając do głównego tematu, zauważam analogicznie, że co jest prawdą o wierze, jest prawdą i o nadziei. Możemy być wezwani — jeśli tak ma być — do nadziei wbrew nadziei, albo do oczekiwania przyjścia Chrystusa, w pewnym sensie, wbrew rozumowi. Nie jest to niezgodne z ogólnym sposobem Bożego postępowania z nami, by nakazał nam czuć i postępować, jakby to było bliskie, co jednak — gdybyśmy szli za tym, czego uczy doświadczenie — powiedzielibyśmy, że nie jest bliskie. Jeśli każe nam wierzyć w Niego całym sercem, niezależnie od tego, czy dowód Jego przemawiania do nas jest większy czy mniejszy — czemu nie miałby nakazać nam wytrwale Go wyczekiwać, choćby znaki Jego przyjścia zawodziły nas i rozum opadał z sił? Nie możemy w takiej materii orzec, co jest bardziej, a co mniej prawdopodobne; możemy tylko usiłować czynić to, co nam nakazano. I to możemy: możemy kierować i kształtować nasze uczucia wedle Jego słowa, a resztę zostawić Jemu.

**3.** To skłania mnie do dalszej uwagi: podobnie jak obowiązkiem jest mieć pewne rzeczy przed oczyma i rozważać je daleko żywiej, niż nakazywałby sam rozum, tak znowu są inne rzeczy, których obowiązkiem jest od nas odsuwać, przy których nie wolno nam się zatrzymywać ani wcielać ich w wyobraźnię, choć są nam stawiane przed oczy. Można by jednak i tu zgłosić sprzeciw i powiedzieć, że nie sposób nie być poruszanym i nie ulegać temu, co wiemy z pewnością — tak samo jak mówi się, że nie sposób wierzyć i oczekiwać tego, o czym wiemy, że nie jest pewne.

Na przykład: wiemy, że obowiązkiem jest nie być próżnym i zarozumiałym z powodu jakiejś osobistej zalety, którą przypadkiem posiadamy. Człowiek mógłby jednak zapytać: Jak można temu zaradzić? Mógłby powiedzieć: „Jeśli ktoś w czymś się wyróżnia, musi o tym wiedzieć; z zasady byłoby zupełnie niedorzeczne przypuszczać, że nie wie; ale jeśli wie, jak może nie brać przyjemności z własnej doskonałości i siebie za nią nie podziwiać? Podziw jest naturalną konsekwencją ujrzenia doskonałości: jeśli ktoś wie, że jest doskonały, nie może nie podziwiać siebie; a jeśli jest doskonały, to na ogół nie może o tym nie wiedzieć — i to niezależnie od tego, w czym się wyróżnia: czy w wyglądzie zewnętrznym, czy w wymowie, czy w darach umysłu, czy w charakterze, czy w jakikolwiek inny sposób."

Ale z drugiej strony zakładam, że jest rzeczą zupełnie pewną, iż Pismo Święte nakazuje nam nie chlubić się niczym, czym jesteśmy ani co czynimy — to znaczy nie oddawać się tym uczuciom, które, zdaje się, są naturalnym i uzasadnionym wynikiem wiedzy o tym, co wiemy. Co więc na to powiedzieć? Jak pogodzić te przeciwności?

Jedna odpowiedź brzmiałaby oczywiście tak: ludzie pobożni wiedzą, jak ułomne są ostatecznie nawet ich najlepsze uczynki i najlepsze rysy charakteru; albo wiedzą, jak wiele więcej czynią inni; albo znają swoje wielkie braki w innych dziedzinach; albo wiedzą, jak błahe są te cechy, pod względem których mogą przewyższać innych. Ale to nie jest wystarczająca odpowiedź, bo te punkty są doskonałościami — czy to wielkimi doskonałościami, czy nie, i niezależnie od tego, czy istnieją większe, i jakkolwiek niedoskonałe mogą być te osoby pod innymi względami. I tu tkwi, jak sądzę, pokusa, którą wszyscy mają ku zarozumiałości — że w pewnym sensie ich sąd o sobie nie jest błędny; nie że nie mają wielu braków, nie że o tym nie wiedzą, lecz że mają pewne doskonałości, które naprawdę są doskonałościami, i *czują* je — i pytanie brzmi: jak mogą ich nie czuć?

Można by może sugerować, że pokorę ludzi pobożnych tłumaczy to, iż cokolwiek mają za dary, są do nich przyzwyczajeni; i właśnie to sprawia, że nie przywiązują do nich wielkiej wagi. Jest w tej uwadze ziarno prawdy, oczywiście, ale nie wyjaśnia ona, dlaczego kiedyś nie przywiązywali do nich wielkiej wagi — mianowicie wówczas, gdy widok tego, czym byli, nie był im tak znajomy jak teraz; a jeśli tak było, możemy być pewni, że skutki dawnej zarozumiałości pozostają w nich do dziś, stawszy się przyzwyczajeniem.

Inny i daleko lepszy powód, dla którego ludzie pobożni nie są zarozumiali, to taki, że nie lubią myśleć o tym, co w nich dobre, i odwracają się od tej myśli — niezależnie od tego, czy ich wyższość nad innymi dotyczy umysłu czy ciała, zdolności intelektualnych czy osiągnięć moralnych. Jest jednak, jak sądzę, inny, bezpośredniejszy powód, ściślej związany z moim obecnym tematem.

Mianowicie ten: choć ludzie pobożni mają dary i choć o tym wiedzą, nie *urzeczywistniają* ich. Nie ma tu potrzeby wyjaśniać dokładnie, co oznacza słowo „urzeczywistniać"; wszyscy rozumiemy je dość dobrze na mój obecny cel i wszyscy przyznamy, że jest mnóstwo spraw, których ludzie nie urzeczywistniają, choć powinni to czynić. Na przykład: jak głośno mówią ludzie o krótkości tego życia, o jego marności i bezużyteczności, i o roszczeniach, jakie świat przyszły ma do nas! To słyszymy codziennie, a jednak niewielu postępuje zgodnie z prawdami, które głoszą; i dlaczego? Bo nie urzeczywistniają tego, co tak chętnie ogłaszają. Nie widzą Tego, który jest niewidzialny, ani Jego wiecznego królestwa.

Otóż to, czego ludzie zaniedbują czynić, gdy czynienie jest obowiązkiem, mogą zaiste zaniedbywać i wówczas, gdy zaniedbanie jest obowiązkiem. Ludzie poważni mogą wiedzieć wprawdzie — jeśli tak jest — jakie mają doskonałości, czy religijne, czy moralne, czy inne, ale nie odczuwają ich w sposób żywy, który nazywamy urzeczywistnianiem. Nie otwierają serca na tę wiedzę, tak by stała się owocna. Wiedza jałowa jest rzeczą opłakaną, gdy wiedza powinna przynosić owoce; ale jest rzeczą dobrą, gdy inaczej działałaby jedynie jako pokusa. Gdy ludzie urzeczywistniają jakąś prawdę, staje się ona w nich zasadą wpływającą i prowadzi do wielu konsekwencji zarówno w przekonaniach, jak i w postępowaniu. Podobnie jest z urzeczywistnianiem własnych darów. Lecz ludzie o wybitnych umysłach znają je, nie urzeczywistniając. Mogą wiedzieć, że mają pewne doskonałości — jeśli je mają; mogą wiedzieć, że mają dobre rysy charakteru, zdolności lub osiągnięcia; ale jest to wiedza niepłodna, która pozostawia umysł takim, jakim go zastała. I to zdaje się nadawać tak niezwykłą prostotę charakterowi ludzi świętych, i tak bardzo zdumiewa innych, że uważają to za paradoks lub sprzeczność, a nawet za oznakę nieszczerości — że te same osoby mogą twierdzić, iż wiedzą o sobie tak wiele, a jednak tak mało; że mogą słuchać o sobie tak wiele, że mogą znosić tyle pochwał, tyle popularności, tyle czci, a jednak nie wzbijać się w pychę, nie przypisywać sobie niczego, nie gardzić innymi; że mogą mówić o sobie, a jednak tak bez afektacji, tak naturalnie, z tak dziecięcą niewinnością i tak wdzięczną szczerością.

Inny przykład tego wielkiego daru — wiedzy bez urzeczywistniania — daje się nam w odniesieniu do tematów, na które pozwolę sobie jedynie napomknąć. Mężczyźni, którzy pobłażają namiętno­ściom, mają wiedzę innego rodzaju niż ci, którzy od takiego pobłażania się powstrzymali; i gdy mówią o tematach z tym związanych, urzeczywistniają je w sposób, w jaki inni urzeczywistniać nie mogą. Właśnie te wyobrażenia, które pełne są pokusy dla pierwszych, słowa, które boli ich wypowiedzieć, wszystko, co napełnia ich wstydem i zamieszaniem — niewinni mogą wymawiać i rozważać bez żadnej udręki. Aniołowie mogą patrzeć na grzech z prostą odrazą i zdumieniem, bez upokorzenia czy skrytego wzruszenia; i podobna prostota jest nagrodą czystych i świętych — i to ku wielkiemu zdumieniu nieczystych, którzy nie mogą pojąć stanu ducha takiego człowieka ani tego, jak może wypowiadać lub znosić myśli, które dla nich samych są pełne nędzy i winy. Stąd też niekiedy widzimy w naszych czasach — gdy wola człowieka cielesnego jest zaspokajana do pełna — jak ludzie sięgają po pisma świętych mężów, którzy żyli na pustyniach lub w klasztorach, albo z aniołów sercem pasowali Chrystusową owczarnię i świętymi rękami łamali chleb życia, i widzą ich słowa przez pryzmat własnej mętnej atmosfery, i przypisują im własną ordynarność; ba, szkalują słowa Pisma Świętego, które są słowami Boga, i słowa Kościoła, jak gdyby święta tajemnica Wcielenia nie wniosła w ten świat grzechu tysiąca nowych i niebiańskich skojarzeń.

Stąd znowu spostrzeżesz, że ludzie hołdujący zmysłowości nie są w stanie pojąć rzeczywistego istnienia świętości i surowości ducha w kimkolwiek. Sądzą, że wszyscy ludzie muszą być pełni tych samych nędznych myśli i uczuć, które ich samych dręczą. Sądzą, że nikt z natury rzeczy nie może tego uniknąć; tylko że pewne osoby potrafią ukryć to, co dzieje się w ich sercach, i w konsekwencji nazywają je obłudnikami i faryzeuszami.

To samo mówią też w odniesieniu do przykładu, który podałem wcześniej — wiedzy człowieka o własnych darach. Sądzą, że ludzie, którzy zdają się mało o sobie myśleć, są zarozumiali w głębi serca, i że to, co się nazywa skromnością, jest afektacją.

Mógłbym poczynić podobną uwagę co do braku urazy z powodu krzywdy lub zniewagi, który cechuje naprawdę pobożnego człowieka. Często taki człowiek dotkliwie odczuwa to, co go spotkało, choć powstrzymuje to uczucie jako sprawę obowiązku; ale wyższym stanem ducha jest ten, gdy w ogóle nie odczuwa — to znaczy gdy nie urzeczywistnia — że wyrządzono mu jakąkolwiek niesprawiedliwość; tak że gdy usiłuje o tym mówić, dzieje się to w ten sam dziwny, nierealny i (jak można by powiedzieć) wymuszony i nienaturalny sposób, w jaki pozorni wyznawcy religii mówią o radości religijnej i pociesze duchowej — bo tak mało jest on w domu z gniewem i zemstą, jak obłudnicy z myślami o niebie.

Znowu: możemy tak przesadnie urzeczywistniać, że życie cnotliwe leży w naszym interesie, iż postępujemy z pobudek roztropności, a nie z poczucia obowiązku. I znowu: choć naszym obowiązkiem jest badać i samemu dociekać prawdy w sprawach religijnych, możemy tak szczycić się prywatnym sądem i tak czynić z jego wykonywania zasługę, że nasze poszukiwanie staje się niemal grzechem.

Oto zatem szereg przypadków — wszystkie trafne — ilustrujących jedną i tę samą prawdę: że charakter chrześcijanina kształtuje się według reguły wyższej niż rachunek i rozum, polegając na Boskiej zasadzie lub życiu, które przerasta oczekiwania i krytykę zwykłych ludzi. Sądząc wedle zwykłego rozumu ziemskiego, chrześcijanin powinien być zarozumiały — bo jest obdarzony darami; powinien rozumieć zło — bo je widzi i o nim mówi; powinien czuć urazę — bo jest świadomy krzywdy; powinien postępować z własnego interesu — bo wie, że to, co słuszne, jest zarazem pożyteczne; powinien być świadomy i zadowolony z korzystania z prywatnego sądu — bo się nim posługuje; powinien wątpić i wahać się w wierze — bo dowody mogłyby być większe niż są; powinien nie spodziewać się przyjścia Chrystusa — bo Chrystus tak długo zwlekał. A jednak tak nie jest: jego umysł i serce ukształtowane są w innym tyglu. Pod tymi i tysiącznym innymi względami jest narażony na niezrozumienie ze strony świata, który ani nie ma jego uczuć, ani nie może w nie wniknąć. Nie może też wyjaśnić i uzasadnić ich przez wzgląd na racje, które wszyscy ludzie — dobrzy i źli — mogą pojąć. Postępuje wedle prawa, którego inni nie znają — nie swej własnej mądrości czy sądu, lecz mądrości Chrystusa i sądu Ducha, które mu zostały udzielone — wedle owego wewnętrznego, nieprzekazywalnego intelektualnego postrzegania prawdy i obowiązku, które jest regułą jego rozumu, uczuć, pragnień, upodobań i wszystkiego, co jest w nim, i które jest owocem wytrwałego posłuszeństwa. To właśnie nadaje tak nieziemski charakter całemu jego życiu i rozmowie, które są „ukryte z Chrystusem w Bogu"; wstąpił z Chrystusem w górę i tam „sercem i umysłem przebywa nieustannie"; i jest zmuszony, w konsekwencji, zasłaniać swą twarz i pozostaje tajemnicą w oczach świata, i „staje się niejako dziwotworem dla wielu" — choć jest „mądrzejszy niż starcy" i ma „więcej rozumu niż jego nauczyciele, bo strzeże przykazań Bożych". Tak więc „człowiek duchowy osądza wszystko, sam zaś przez nikogo nie jest sądzony"; i dla niego „jest rzeczą bardzo małą być sądzonym przez ludzki trybunał", bo „Ten, który go sądzi, jest Pan".

Jedna dodatkowa uwaga jest konieczna na zakończenie — w odniesieniu do kwestii, od której zacząłem: obowiązku wyczekiwania przyjścia naszego Pana. Nie należy sądzić, że wiąże się to z zaniedbaniem naszych obowiązków w tym świecie. Podobnie jak możliwe jest czuwanie na przyjście Chrystusa wbrew doczesnym racjom przemawiającym przeciwko temu, tak możliwe jest oddawanie się doczesnym obowiązkom, mimo naszego czuwania. Chrystus powiedział nam, że gdy przyjdzie, dwóch mężczyzn będzie na roli, dwie kobiety przy żarnach — „jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony". Widzisz, że dobrzy i źli zajmują się tak samo; i nie musi to przeszkadzać nikomu mieć serce mocno utkwione w Bogu — choć jest zaangażowany w sprawy doczesne z tymi, których serca są przy świecie. Owszem, możemy układać wielkie plany, zajmować się nowymi przedsięwzięciami, zaczynać wielkie dzieła, których nie możemy więcej niż zacząć; możemy czynić postanowienia na przyszłość i uprzedzać w naszych czynach pewność nadchodzących stuleci — a przecież wyglądać Chrystusa. Tak też jesteśmy obowiązani postępować i pozostawiać „czasy i chwile w mocy Jego Ojca". Gdy tylko przyjdzie, przetnie wszystko; i, o ile nam wiadomo, nasze wysiłki i początki, choćby były niczym więcej, są w biegu Jego Opatrzności równie konieczne jak mogłoby być najskuteczniejsze dokonanie. Z pewnością zakończy świat raptownie, gdy tylko przyjdzie; przerwie zamiary i trudy swoich wybranych, czymkolwiek by były, i da im to, do czego zmierza ich obowiązek i pobożna troska — choć nie przez nią. I jak skończy, tak też raptownie rozpoczął świat; rozpoczął świat, który widzimy, nie od pierwszych nasion i pierwiastków, lecz stworzył od razu zioło i drzewo owocowe doskonałe, „którego nasienie jest w nim samym" — nie stopniowe kształtowanie się, lecz dzieło skończone. I z jeszcze większą nagłością ukazał swoje cuda, gdy przyszedł i wszystko na nowo uczynił: stworzył chleb — nie zboże — na wyżywienie pięciu tysięcy, i przemienił wodę — nie w jakikolwiek prostszy, choć cenny płyn, lecz — w wino. I jak zaczął bez początku, tak skończy bez końca; albo raczej, wszystko, co czynimy, — cokolwiek czynimy, — czy mamy czas na więcej, czy na mniej, — nasze dzieło, ukończone lub nieukończone, będzie przyjęte, jeśli czynione jest dla Niego. Nie ma więc sprzeczności w czuwaniu i jednoczesnej pracy, bo możemy pracować, nie przykuwając do pracy serca. Grzechem naszym będzie, jeśli przejmiemy się dziełem rąk naszych; jeśli tak je umiłujemy, że nie będziemy w stanie się z nim rozstać. Sprawdzianem naszej wiary jest zdolność poniesienia klęski bez rozczarowania.

Módlmy się, by Bóg rządził naszymi sercami w tym i we wszystkich innych względach; abyśmy, „gdy On się okaże, mieli ufność i nie zawstydzili się przed Nim przy Jego przyjściu".

← wróć do odkrywania