HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VII

Kazanie II. Religia udręką dla człowieka cielesnego

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Stworzenie i upadekNawrócenie
„Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał."
W skrócie. Newman stawia tezę, że religia jest naturalną udręką dla człowieka cielesnego — u dzieci, młodych, dorosłych i nawet pobożnych. Diagnozuje głęboką niezgodność upadłej natury z wolą Bożą jako fakt, nie jako winę samą w sobie. Wzywa do nawrócenia i przemiany serca jako jedynej drogi do prawdziwego szczęścia.

„Natura człowieka jest ciałem, a co z ciała się narodziło, ciałem jest i ciałem zawsze pozostanie; nigdy nie zdoła poznać, umiłować ani przyjąć świętych doktryn Ewangelii.”

*„Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał."* — Iz 53,2

„Religia jest udręką" — taki sąd powszechnie bywa wydawany, a nieraz i otwarcie głoszony o największym dobrodziejstwie, jakim Bóg Wszechmogący nas obdarzył. A gdy Bóg to dobrodziejstwo zsyłał, zarazem przepowiedział, że świat właśnie tak je oceni — jak to objawiło się w łaskawej Osobie Tego, którego posłał, aby je nam przynieść. „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał" — mówi Prorok o naszym Panu i Zbawicielu. Bóg oznajmił z góry, że Jego religia będzie dla człowieka nieciekawa i wstrętna. Nie jakoby owo proroctwo usprawiedliwiało naszą martwotę wobec niej; ta niechęć do religii, którą Bóg sam nam dał — widoczna zewsząd, obejmująca religię we wszystkich jej wymiarach: w jej doktrynach, przykazaniach, ustroju, kulcie, wpływie społecznym — ta niechęć do samego jej imienia musi być oczywistą zniewagą wobec Dawcy. Lecz tekst mówi o tym jako o fakcie, nie rozważając winy, jaka się z nim wiąże; i jako fakt właśnie chciałbym, abyście go rozważyli — o ile da się to uczynić w duchu pobożności i powagi. Odsuwając na chwilę myśl o niewdzięczności i grzechu, jakie obojętność na chrześcijaństwo w sobie zawiera, spróbujmy — na ile nam wolno — spojrzeć nań czysto jako na fakt, na wzór samego tekstu, i rozważyć, jakie są jego prawdopodobne następstwa. Przyjmijmy stan rzeczy takim, jakim jest, i ogarnijmy go bezstronnie — tak jak mógłby go ogarnąć nawet niewierzący, bez zastanawiania się w tej chwili, czy jest to grzechem czy nie; jako nieszczęście, jeśli kto chce, albo dziwny przypadek, albo konieczny warunek naszej natury — jedno z *fenomenów*, jak można by to nazwać, obecnego świata.

Przyjrzyjmy się zatem ludzkiemu życiu w kilku jego fazach i stanach, aby utrwalić w waszych sercach świadomość tej sprzeczności między nami a naszym Stwórcą: On ma jedną wolę, my inną; On mówi, że jedno jest dla nas dobrem, a my wyobrażamy sobie, że czymś innym jest nasze dobro.

1\. „Religia jest udręką" — niestety! Tak odczuwają to nawet dzieci, zanim potrafią dobrze wyrazić, co chcą powiedzieć. Zdarzają się oczywiście wyjątki, i oczywiście dzieci są zawsze bardziej otwarte na religijne wrażenia i nawiedzenia niż dorosłe. Mają wiele dobrych myśli i dobrych pragnień, do których większość ludzi w późniejszym życiu zdaje się być niezdolna. A jednak któż, jeśli się głębiej zastanowi, wątpi, że — mimo iż łaska Boża jest bardziej z tymi, którzy jeszcze nie nauczyli się jej opierać — religia jest, ogólnie biorąc, udręką dla dzieci? Pomyślcie o ich zabawach, ich radościach; o tym, czego się spodziewają, co zamierzają, co układają i o czym marzą na myśl o własnej przyszłości, kiedy dorosną — i powiedzcie, jakie miejsce zajmuje religia w ich sercach. Zobaczcie, z jaką niechęcią zwracają się ku religijnym obowiązkom, ku modlitwie czy czytaniu Pisma Świętego — i sami wydajcie sąd. Zauważcie, jak gdy trochę podrosną, lęk przed drwinami rówieśników powstrzymuje je nawet od mówienia o religii czy od wyglądania na pobożne. Strach przed drwiną jest naturalny; ale czemu religia miałaby wzbudzać drwiny? Co jest niedorzecznego w myśleniu o Bogu? Dlaczego mielibyśmy się wstydzić oddawania Mu czci? To niewyjaśnione, a jednak naturalne. Możemy to nazwać przypadkiem lub czym nam się podoba; jest to jednak fakt niezaprzeczalny — i na tym właśnie nalegam. Nie pomijam przy tym swoistego charakteru umysłów dziecięcych: przedmioty zmysłowe jako pierwsze trafiają w ich zasięg; nic dziwnego, że skłonne są początkowo ograniczać myśli do spraw zmysłowych. Wyraźne wyznanie wiary i świadome trzymanie się zasad może wymagać takiej siły i stałości myśli, do której są jeszcze niezdolne. Ponadto dzieciństwo jest kapryśne, żarliwe, beztroskie; nie może długo i głęboko rozmyślać nad żadnym przedmiotem. A mimo to wszystko to nie wystarcza, by wyjaśnić ów fakt — dlaczego odczuwają niechęć do samego tematu religii. Dlaczego mieliby się wstydzić okazywania czci niewidzialnemu, wszechmocnemu Bogu, w którego istnienie nie wątpią? A jednak wstydzą się. Czy może wstydzą się samych siebie, nie zaś swojej religii — czując niekonsekwencję w wyznawaniu tego, czego w pełni nie mogą praktykować? To wyjaśnienie niewiele zmienia w obrazie sprawy, bo jest jedynie ich własnym przyznaniem, że nie miłują religii tak, jak powinni. Nie; zdaje się, że jesteśmy zmuszeni do wniosku, że z natury istnieje jakaś dziwna niezgodność między tym, co my kochamy, a tym, co kocha Bóg. Tyle o stanie chłopięctwa.

2\. „Religia jest udręką." Przejdę teraz do przypadku ludzi młodych, gdy po raz pierwszy wchodzą w życie. Tu mogę odwołać się do tych spośród was, którzy może właśnie teraz mnie słuchają. Niestety, bracia moi — czyż nie tak jest? Czy religia nie kojarzy się wam z przygnębieniem, melancholią i znużeniem? Nie zamierzam w tej chwili was za to gromić — choć mógłbym to uczynić słusznie; gdybym jednak to zrobił, może od razu byście odwrócili się, a pragnę, żebyście spokojnie nad tym się zastanowili i przyznali, że podaję fakt poprawnie. Tak właśnie jest; nie możecie temu zaprzeczyć. Same słowa: „religia", „pobożność", „bogobojność", „sumienność", „umartwienie" i tym podobne, są dla was nieznośnie nudne i ponure: nie możecie im nic zarzucić, aczkolwiek chcielibyście móc; i dopiero gdy słowa te wyjaśni się szczegółowo i urzeczywistni, nadarza się wam okazja do zastrzeżeń i sprzeciwu. Choć jednak nie możecie odmówić racji religii rozumianej jako pojęcie ogólne i nieostre, jakże przecież przykra, chłodna, nieciekawa i nieatrakcyjna wydaje wam się w najlepszym razie! Jak surowy jej głos! Jak odpychający jej wygląd! Z jakim natomiast zapałem oddajecie się zwykłym pogoni za doczesnym i światowym! Jakie jasne przeczucia radości i szczęścia migoczą przed waszymi oczami! Jak uderza was i olśniewa widok tak zwanych nagród tego życia! Jak podziwiacie wytworność sztuki, blask bogactwa czy siłę rozumu! Stosownie do swych możliwości bywasz w świecie, spotykasz się z ludźmi rozmaitych stanów i zajęć, uczestniczysz w niezliczonych zdarzeniach codziennego życia. Jesteś pełen wiadomości; wiesz, co robi ten czy tamten człowiek, co go spotkało; co się nie stało, choć prawie się stało, co może się zdarzyć. Masz pełno myśli i uczuć na temat wszystkiego, co się wokół dzieje. Lecz z jakiegoś powodu religia nie ma żadnego udziału, żadnego odczuwalnego wpływu na twój sąd o ludziach i rzeczach. Jest poza twoją drogą. Masz może swoje towarzyskie zebrania ku rozrywce; chętnie w nich uczestniczysz raz po raz; całe godziny spędzasz w towarzystwie, gdzie wiesz, że jest absolutnie niemożliwe choćby wspomnienie o religii. Twoje serce jest w miejscach i scenach, gdzie rozmowa na poważne tematy jest ściśle zakazana przez reguły światowej przyzwoitości. Nie mówię, że mamy wszędzie rozprawiać o sprawach religijnych; nie mówię, że winniśmy się wysilać, by o nich mówić w jakimkolwiek czasie, ani że mamy stronić od spotkań towarzyskich, na których religia nie leży na powierzchni rozmowy; lecz mówię, że gdy ludzie całą swoją radość i zadowolenie czerpią z towarzystwa, które wyklucza religię, i gdy rozmyślnie i nałogowo wolą te rozrywki, które z konieczności nie mają nic wspólnego z religią, tacy ludzie nie mogą patrzeć na religię tak, jak patrzy na nią Bóg. I o to właśnie chodzi: uczucia naszych serc wobec religii różnią się od ogłoszonego sądu Bożego; mamy naturalną niechęć do tego, o czym Bóg powiedział, że jest naszym najwyższym dobrem.

3\. Przejdźmy teraz do czynniejszych zajęć życiowych. Tu również religia jest powszechnie odczuwana jako uciążliwa — jest nie na miejscu. Sprawy doczesnego handlu, spekulacje w interesach, ambicje, pogoń za wiedzą, bieżące wydarzenia dnia — to wszystko trafia wprost do serca, pobudza, wywiera wpływ. Nie trzeba wodzić z daleka, by dowodzić tej wrodzonej władzy, jaką rzeczy doczesne i zmysłowe mają nad nami — by skłaniać nas do myślenia i działania. Imię religii, przeciwnie, jest słabe i bezsilne; nie kryje w sobie żadnej mocy, która by rozniecała uczucia człowieka, kazała sercu bić niepokojem i budziła aktywność i wytrwałość. Przyczyną nie jest jedynie brak czasu wolnego ani to, że ludzie podtrzymują się w przykrej ciągłości wysiłku ze względu na obowiązki wobec tych, którzy od nich zależą. Mają swoje chwile wytchnienia, odwracają się na jakiś czas od codziennych zajęć — a mimo to religia ich nie pociąga, nie znajdują w niej nic pocieszyciela ani zadowolenia. Przez jakiś czas pozwalają sobie na bezczynność. Szukają przedmiotu, którym by zajęli umysł; chodzą tam i z powrotem w samej tęsknocie za zajęciem; a przecież ich obowiązki wobec Boga, ich przyszłe nadzieje w innym stanie bytowania, objawienie miłosierdzia i woli Bożej zawarte w Piśmie, nowina o odkupieniu, dar odrodzenia, świętości, wyżyny pobożności, szlachetność i doskonałość, jaką Chrystus sprawia w wybranych — żadna z tych rzeczy nie nasuwa im się jako odpowiedni temat, który by rozproszył ich znużenie. Dlaczego? Bo religia wpędza ich w smutek — powiadają — a chcą się odprężyć. Religia jest trudem, jest udręką — większą udręką niż samo nicnierobienie. „Poco" — mówi Salomon — „złoto w ręku głupca, skoro nie ma ochoty na mądrość?"

4\. Lecz ta naturalna sprzeczność między człowiekiem a jego Stwórcą ukazuje się jeszcze dobitniej w wyznaniach ludzi światowych, którzy nieco zastanowili się nad tym zagadnieniem i spojrzeli na społeczeństwo z pewnym duchem filozoficznym. Tacy ludzie traktują wymagania religii z pogardą i lekceważeniem, uzasadniając to ich nienaturalnością. Powiadają: „Człowiek z natury kocha świat dla niego samego; pochłaniają go jego dążenia, przykłada serce do nagród pracowitości, do wygód, przyjemności i rozkoszy tego życia. Nie byłby człowiekiem, gdyby mógł być inaczej — nie byłby tym, do czego jego Stwórca go wyraźnie przeznaczył." Pominim oczywistą *odpowiedź*, jakiej można by na ten zarzut udzielić; dość na moje potrzeby, że jest *powszechnie wysuwany* — a tym samym przyznaje fakt niezgodności między wymaganiami słowa Bożego a skłonnościami i naturalnymi zdolnościami człowieka. Wielu zaś z owych nieszczęsnych ludzi, którzy zaprzeczyli wierze chrześcijańskiej, traktuje zasadę religijną w ogóle jako zwykły nienaturalny, ekscentryczny stan umysłu — szczególną, niekorzystną kondycję uczuć, do której sprowadza człowieka słabość, czy to wywołana niepokojem, przytłaczającym smutkiem, chorobą ciała, nadmiarem wyobraźni czy czymś podobnym; tymczasową lub trwałą, stosownie do okoliczności przyczyny powodującej; stan, na który wszyscy jesteśmy narażeni, jak na każdą inną chorobę umysłu, lecz niemęski i niegodny naszej godności jako istot rozumnych. I tu znowu wystarczy nam dla naszego celu, że osoby te przyznają, iż miłość do religii jest nienaturalna i niezgodna z pierwotną kondycją naszych umysłów.

Tę samą uwagę można poczynić w związku z poglądami, jakie po cichu krążą w pewnych środowiskach naszych dni, dotyczącymi nieadekwatności chrześcijaństwa do epoki oświeconej. Są ludzie, którzy patrzą na natchnione słowo Boże z rodzajem pobłażliwości, jakby miało swoje zastosowanie i swój czas służby; że w epoce ciemnoty ujarzmiało i powściągało dzikich barbarzyńców, których nic innego nie byłoby zdołało ujarzmić; lecz że przez samo roszczenie do boskości i nieomylności, a co za tym idzie — niezmienności, jest przeszkodą dla postępu rodzaju ludzkiego powyżej pewnego punktu i musi ostatecznie ustąpić przed stopniowym rozwojem wiedzy i cnoty w ludzkości. Innymi słowy: literatura dnia dzisiejszego jest zmęczona Objawieniem.

5\. Jeszcze jedna rzecz; że religia jest sama w sobie udręką, widać nawet w postępowaniu lepszych ludzi, którzy na ogół pozostają pod wpływem jej ducha. Tak nieciekawa i nieatrakcyjna jest spokojna i praktyczna religijność, że ludzie religijni są stale wystawieni na pokusę szukania rozlicznych podniet, by uczynić ją dla siebie przyjemną. Duch Ewangelii jest duchem łagodnym, pokornym, cichym, niepozornym. Nie krzyczy i nie podnosi głosu na ulicach — chyba że obowiązek go do tego zmusza, i wtedy czyni to z bólem. Parada, pretensja, walka — są mu przykre. Cóż zatem sądzić o tych, którzy wciąż gonią za nowościami, by uczynić sobie religię interesującą; którzy zdają się uważać, że chrześcijańskiej gorliwości nie można podtrzymać bez niechrześcijańskiego ducha partyjnego, ani chrześcijańskiej rozmowy bez niechrześcijańskiej skłonności do potępiania? Oto co: że religia jest dla nich, tak samo jak dla innych, wzięta sama w sobie, udręką — i potrzebuje czegoś obcego swej naturze, by stać się znośna. Zaiste, udręką jest dla człowieka cielesnego służyć Bogu pokornie i w ukryciu; bardzo żmudne i bardzo monotonne jest codzienne czuwanie nad wszystkim, co się czyni i myśli, wykrywanie swych tajnych braków, zaparcie się siebie, tworzenie w sobie — mocą łaski Bożej — tych rysów chrześcijańskiego charakteru, w których się jest ubogim; żmudne uczenie się pokory, umiłowania małości, gotowości do bycia niedocenianym, powściągliwości w obronie własnej przy oczernianiu i gotowości do przyznania się do błędu, kiedy się myli; uczenie się braku trosk o ten świat — ani nadziei, ani lęku — lecz pogodzenia i spokoju!

Mogę zakończyć te rozważania, odwołując się do sumień wszystkich, którzy kiedykolwiek zabrali się do dzieła religii z prawdziwą gorliwością — kimkolwiek są, czy postąpili mniej czy więcej w swym szlachetnym trudzie, czy są dojrzałymi świętymi, czy słabymi zapaśnikami z światem i ciałem. Wszyscy oni przyznali, jak wielkich wysiłków potrzeba, by trwać blisko przykazań Bożych; i mimo swej wiedzy o prawdzie i swej wiary, mimo pomocy i pocieszeń otrzymywanych z góry — jakże często ich skażone serca ich zawodzą! Nawet ich przywileje bywają im ciężarem, nawet modlitwa o łaskę, która jest im obiecana w Chrystusie, bywa przykrym obowiązkiem. Wiedzą, że służba Boża jest doskonałą wolnością, i są przekonani — zarówno rozumem, jak i własnym doświadczeniem — że jest ona prawdziwym szczęściem; a mimo to przyznają zarazem dziwną niechęć swej natury do miłowania Stwórcy i Jego służby. I oto jest sedno sprawy: nie tylko ogół ludzkości, lecz nawet utwierdzeni słudzy Chrystusa zaświadczają o tej opozycji, jaka istnieje między ich własną naturą a wymaganiami religii.

To właśnie jest ów niezwykły fakt, który zamierzałem ukazać. Czy możemy wątpić, że wola człowieka biegnie wbrew woli Bożej — że spojrzenie, jakie natchnione słowo rzuca na nasze obecne życie i na nasz los, nie zaspokaja nas, jak słusznie powinno? Że Chrystus nie ma w naszych oczach wdzięku ani blasku, i choć Go widzimy, nie dostrzegamy w Nim żadnego upragnionego piękna? Ten święty, miłosierny i łagodny Zbawiciel, Odwieczny, Jednorodzony Syn Boży, nasz Przyjaciel i nieskończony Dobroczyńca — Ten, który opuścił chwałę Ojca i umarł za nas, który obiecał nam przeobfite bogactwo swej łaski tu i w wieczności. On jest światłością świecącą w ciemnym miejscu, „a ciemność Go nie ogarnęła". „Światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światłość." Natura człowieka jest ciałem, a co z ciała się narodziło, ciałem jest i ciałem zawsze pozostanie; nigdy nie zdoła poznać, umiłować ani przyjąć świętych doktryn Ewangelii. Będzie się zajmować różnymi rzeczami, będzie interesować się sprawami zmysłów i czasu, lecz nigdy nie będzie religijna. Jest nieprzyjaźnią wobec Boga.

I teraz widzimy, co musi niezwłocznie wynikać z tego, co zostało powiedziane. Jeśli nasze serca z natury lgną do świata dla niego samego, a świat pewnego dnia przeminie — czegóż wówczas będą pragnęły, w czym znajdą radość? Powiedz: jak poczuje się dusza, gdy ogołocona z obecnej szaty, którą użyczył jej świat, stanie naga i drżąca przed czystym, spokojnym i surowym majestatem Pana Boga swego, swego najmiłosierniejszego, a znieważonego Stwórcy i Zbawiciela? Co będą stanowiły radości duszy w innym życiu? Czy mogą być takie same jak tutaj? Nie mogą; Pismo nam mówi, że nie mogą; świat przemija — i cóż zostaje, by przez długą wieczność miłować i się nim radować? Jakże mroczna, jałowa i nędzna będzie ta wieczność!

Jest tedy zupełnie jasne — choćby Pismo nie rzekło o tym słowa — że jeśli chcemy być szczęśliwi w życiu przyszłym, musimy stworzyć w sobie nowe serca i zacząć miłować to, czego z natury nie miłujemy. Patrząc na to od strony praktycznej, koniec całej sprawy jest następujący: musimy się zmienić; bo nie możemy, nie możemy oczekiwać, by porządek wszechświata przeszedł na naszą stronę. Mieszkańcy nieba, niezliczone zastępy Aniołów, chwalebne grono Apostołów, poczet Proroków, szlachetna armia Męczenników, święty Kościół powszechny, Wola i Przymioty Boga — wszystko to jest niezmienne. My musimy do nich przejść. Własnymi władczymi słowami naszego Zbawiciela: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego." Jest to zwykła sprawa własnego interesu — zwrócić myśl ku środkom przemiany serca, pomijając nawet kwestię naszego obowiązku wobec Boga i Chrystusa, naszego Zbawiciela i Odkupiciela.

„Nie miał On wdzięku ani też blasku, i gdy Go widzimy, nie ma piękna, byśmy Go pragnęli." Nie Jego stratą jest, że Go nie miłujemy — to nasza strata. On jest wszech-błogosławiony, cokolwiek stanie się z nami. Nie jest mniej błogosławiony przez to, że jesteśmy daleko od Niego. To my nie jesteśmy błogosławieni — tylko o tyle, o ile zbliżamy się do Niego, o ile jesteśmy Mu podobni, o ile Go miłujemy. Biada nam, jeśli w dniu, gdy przyjdzie z nieba, nie dostrzeżemy nic upragnionego ani łaskawego w Jego ranach, lecz zamiast tego stworzymy sobie wyobrażone szczęście różne od tego, które objawi się nam w Nim. Biada nam, jeśli uczyniliśmy z pychy, samolubstwa czy cielesnego myślenia nasz wzorzec doskonałości i prawdy; jeśli nasze oczy stały się przyćmione, a serca odrętwiałe wobec prawdziwej światłości ludzi i chwały Ojca Odwiecznego. Niechaj On sam wybawi nas od naszych złudzeń — jakiekolwiek by były — i uzdalnia do wyrzeczenia się tego świata, abyśmy zyskali przyszły; i do radowania się w Nim — który nie miał własnego domu, nie miał miejsca, gdzie by głowę mógł skłonić, który był ubogi i pokorny, wzgardzony i odrzucony, udręczony i zabity!

← wróć do odkrywania