HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VII

Kazanie VII. Obowiązek zaparcia się siebie

Gdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czegoGdy moja wiara stała się letnia Zaparcie się siebieUmartwienie
„Zaprawdę, uspokoiłem i uciszyłem moją duszę jak dziecko odstawione od piersi: jak dziecko odstawione — taka jest moja dusza."
W skrócie. Kazanie wielkopostne wyjaśnia zaparcie się siebie jako serce posłuszeństwa chrześcijańskiego — nie tylko unikanie grzechu, lecz powstrzymywanie się nawet od rzeczy godziwych. Newman cytuje Chrystusa, Pawła i przykłady Starego Testamentu (Daniel, Dawid, Eliasz) jako wzory umartwienia. Kończy praktycznym programem: brać codzienne okazje do ustępowania, unikać wygodnictwa i szukać Chrystusa w nocnej modlitwie.

„Nie potrzebujecie rachować i odmierzać, jeśli kochacie wiele; nie potrzebujecie wikłać się w kwestie ciekawości, jeśli macie serce, by iść za Nim. Prawda, że czasem napotkają się trudności — lecz rzadko.”

*„Zaprawdę, uspokoiłem i uciszyłem moją duszę jak dziecko odstawione od piersi: jak dziecko odstawione — taka jest moja dusza."* — Ps 131,2

Zaparcie się siebie jakiegoś rodzaju jest — jak widać — wpisane w samą istotę odnowienia ducha i świętego posłuszeństwa. Odmienić serce znaczy nauczyć się kochać to, czego z natury nie kochamy — oduczyć się miłości do tego świata; a to pociąga za sobą nieuchronnie sprzeciw wobec naszych naturalnych pragnień i upodobań. Być prawym i posłusznym oznacza panowanie nad sobą; lecz owo panowanie trzeba dopiero zdobyć, a zdobyć je można tylko poprzez wytrwałą walkę, nieustępliwą wojnę z samym sobą. Już samo pojęcie religijności zakłada zaparcie się siebie, bo z natury nie miłujemy religii.

Zaparcie się siebie to zatem temat, który w chrześcijańskim nauczaniu nigdy nie jest nie na miejscu; tym bardziej stosowny jest właśnie teraz, gdy weszliśmy w czterdziestodniowy okres Wielkiego Postu, porę roku wyznaczoną na post i uniżenie.

Nie wyczerpuje to jednak znaczenia zaparcia się siebie; zanim jednak przejdę dalej, pragnę zapytać, czy ogół ludzkości posuwa się choćby do tego: najwyraźniej nie. Nie zdają sobie bowiem sprawy z tego, że posłuszeństwo religijne wymaga sprzeciwu wobec tych pragnień i skłonności, które są dla nich naturalne. Nie chcą dać się przekonać, a tym bardziej postępować zgodnie z przekonaniem, że religia jest trudna. Słyszy się, jak ludzie ze świata mówią wprost, jakby dla uzasadnienia: „że Bóg nie ukarze nas za pobłażanie namiętnościom, z którymi się rodzimy; że nie ma chwały w tym, co nienatururalne; ani winy w tym, że jest się człowiekiem." Może to zdawać się przypadkiem skrajnym; a jednak, czyż nie ma wielu ludzi przyzwoitych i szanowanych, jeśli chodzi o zewnętrzną postawę, którzy koncentrują myśl na wygodzie doczesnej jako najwyższym dobru i zabiegają o zapewnienie sobie łatwych warunków bytu — w przekonaniu, że gdy zdołają wycofać się z zajęć swego ziemskiego powołania, wtedy będą mogli (oczywiście cicho i bez zarzutu) żyć według własnych upodobań, używać przyjemności i dogadzać sobie w samozadowoleniu i samoważności, ciesząc się bogactwem, władzą, wyróżnieniem, popularnością i poważaniem? Nie pytam w tej chwili, czy takie przyjemności są same w sobie dozwolone, lecz czy życie nimi wyznaczane nie świadczy o braku jakiegokolwiek głębszego pojmowania uświęcenia jako procesu, przemiany, mozolnego trudu — jako wyrabiania własnego zbawienia w bojaźni i drżeniu, przygotowania się na spotkanie z Bogiem i oczekiwania sądu? Wejdźcie do mieszanego towarzystwa; posłyszycie, jak ludzie rozmawiają o perspektywach swego przyjaciela, możliwościach w handlu lub zgromadzonym majątku, o jego korzystnym położeniu, powiązaniach, jakie nawiązał, ziemi, którą zakupił, domu, który wzniósł; potem bawią się domysłami, ile może wart jest majątek tego czy tamtego człowieka, gdzie stracił, gdzie zyskał, jak był roztropny lub nieroztropny, jak mu dopisało szczęście w tej czy innej spekulacji. Powiadam: nie twierdzę, że taka rozmowa jest zła, nie twierdzę, że musimy zawsze mieć na ustach najgłębsze myśli naszego serca ani że bezpiecznie jest sądzić o jednostkach na podstawie takich wypowiedzi; lecz gdy tego rodzaju rozmowy stają się powszechnym poziomem konwersacji w świecie, a odpowiedni im sposób postępowania — przeważającą praktyką świata (a tak właśnie jest), czy nie jest poważnym pytaniem dla każdego z nas, żyjących w świecie, jakie trwałe przekonanie żywimy o konieczności zaparcia się siebie i o ile jesteśmy wolni od niebezpieczeństwa upodobnienia się do owego złego pokolenia, które „jadło i piło, żeniło się i wychodziło za mąż, kupowało i sprzedawało, sadziło i budowało, aż spadł deszcz ognisty i siarczysty z nieba, i zniszczył wszystkich"?

Rzeczywiście zadziwiające jest, jak daleko sięga to samo zapomnienie o obowiązku zaparcia się siebie i jego przekraczanie. Weźmy inną grupę ludzi, bardzo różną od tych, o których właśnie mówiliśmy — mianowicie tych, którzy wyznają wielką miłość do religii. Mam na myśli takich, którzy utrzymują, że kto ma wiarę, ten ma i uczynki bez żadnego wysiłku, a więc nie trzeba się trudzić ich spełnianiem. Zdają się mówić, że posłuszeństwo religijne nastąpi samo z siebie, jako rzecz prosta, a raczej jako konieczna konsekwencja jakiegoś silnego, naglącego motywu albo jasnego poznania Prawdy działającego na umysł; i w ten sposób usuwają ze swej religii pojęcie zaparcia się siebie, czyli wysiłku i walki wiary przeciw zepsutej woli naturalnej — czy wyraźnie to przyznają, czy nie. Mówię, że czynią tak co najmniej, bo niejednokrotnie, jak właśnie napomknąłem, otwartym wyznaniem głoszą, że wiara jest wszystkim wystarczająca, i wcale nie zezwalają swoim umysłom zatrzymywać się na konieczności uczynków sprawiedliwości. Biorąc to wszystko pod uwagę, sądzę, że nie mylę się, twierdząc, iż pojęcie zaparcia się siebie jako osobnego obowiązku religijnego — a tym bardziej (jak słusznie można je nazwać) istoty posłuszeństwa religijnego — nie jest przyjmowane przez ogół ludzi.

Należy jednak zauważyć, że dotychczas mówiłem o zaparciu się siebie nie jako o osobnym obowiązku wyraźnie nakazanym w Piśmie Świętym, lecz jedynie jako o czymś zawartym w samej istocie uświęcenia — jako o czymś nieodłącznie towarzyszącym tej przemianie natury, którą Bóg Duch Święty raczy sprawiać w nas. Lecz rozważmy teraz zaparcie się siebie w świetle biblijnych nakazów na ten temat, a dojdziemy do jeszcze poważniejszego spojrzenia — poważnego, mam na myśli, dla tych, którzy żyją dla świata. Oto ono: naszym obowiązkiem jest zapierać się siebie nie tylko w tym, co grzeszne, lecz nawet w pewnej mierze w rzeczach godziwych, zachowując powściągliwość nad sobą nawet w niewinnych przyjemnościach i radościach.

Pierwszy dowód, jaki przytoczę, wyjaśni zarazem, co mam na myśli.

Post jest wyraźnym obowiązkiem chrześcijańskim, na co wskazuje nasz Zbawiciel w Kazaniu na Górze. Czymże jest post, jeśli nie powstrzymywaniem się od tego, co godziwe — nie jedynie od tego, co grzeszne, ale i od tego, co niewinne? — od chleba, który moglibyśmy z wdzięcznością wziąć i spożyć, lecz którego w pewnych porach nie bierzemy, aby się zaprzeć siebie. Takie jest chrześcijańskie zaparcie się siebie — nie tylko umartwienie tego, co grzeszne, ale i powstrzymanie się nawet od darów Bożych.

Rozważmy dalej następujące słowa naszego Zbawiciela. Najpierw mówi: „Ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest tych, którzy ją znajdują." I znów: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; bo wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają." Następnie wyjaśnia nam, na czym polega owa szczególna trudność życia chrześcijańskiego: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie nienawidzi swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem." Cokolwiek znaczą dokładnie te słowa (czego tu badać nie zamierzam), jedno jest oczywiste: nasz Pan nakazuje pewne powstrzymanie się nie tylko od grzechu, lecz od niewinnych radości i wygód tego życia, czyli zaparcie się siebie w rzeczach godziwych.

Mówi ponadto: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje." Tu ukazuje nam na własnym przykładzie, czym jest chrześcijańskie zaparcie się siebie. Jest to wzięcie na siebie krzyża na Jego wzór — nie samo tylko unikanie grzechu, bo On grzechu nie miał, lecz rezygnacja z tego, czego wolno nam używać. Taki był szczególny rys, w jakim Chrystus przyszedł na ziemię. Właśnie owo samorzutne i nieskończone zaparcie się siebie sprowadziło Go ku nam. Ten, który był jedno z Bogiem, przyodział się w naszą naturę i poniósł śmierć — i dlaczego? Żeby zbawić nas, choć nie musiał tego czynić. Tak zaprzał się siebie i wziął swój krzyż. Jest to ten właśnie rys, którym Bóg objawiony w Piśmie Świętym odróżnia się od tego obrazu chwały, jaki daje nam przyroda: potęga, mądrość, miłość, miłosierdzie, cierpliwość — te przymioty, choć o wiele pełniej i wyraźniej objawione w Piśmie niż w naturze, widoczne są w pewnym stopniu na obliczu widzialnego stworzenia; lecz zaparcie się siebie — jeśli wolno tak powiedzieć — ta niepojęta cecha Bożej Opatrzności, jest nam odkryta jedynie w Piśmie Świętym. „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał." Oto zaparcie się siebie. I Syn Boży tak nas umiłował, że „będąc bogatym, dla nas stał się ubogim." Oto zaparcie się naszego Zbawiciela. „Nie szukał własnej chwały."

A co uczynił Chrystus, gdy przyszedł na ziemię, to samo czynili wszyscy Jego święci — zarówno przed Jego przyjściem, jak i po nim. Nawet święci Starego Testamentu tak żyli — ci, którym dana była doczesna obietnica i którzy, jeśli ktokolwiek, mogli oddać się jej spełnianiu. Mieli doczesną obietnicę, mieli nagrodę tu i teraz; a jednak z szlachetną wiarą i wielkością ducha (jakże zawstydzają nas, którzy mamy tak wznioślsze przywileje!) żydowscy wierzący żałowali sobie mleka i miodu Kanaanu, szukając lepszej ojczyzny, to jest niebieskiej. Eliasz — jak daleki od człowieka, który miał doczesną obietnicę! Weźmy jeszcze przykład Daniela, uderzający jeszcze bardziej: „Ci, co noszą miękkie szaty, przebywają w pałacach królewskich." Daniel sprawował pierwszą władzę na dworze największych monarchów swego czasu. Co jednak o nim czytamy? Najpierw, że żywił się roślinami i wodą; potem, że pościł w worze pokutnym i popiele; w innym czasie, że przez trzy pełne tygodnie chodził w żałobie, nie jadał żadnych wyszukanych potraw, mięso i wino nie wchodziły mu w usta ani się nie namaszczał, aż upłynęły owe trzy tygodnie. Czy cokolwiek może wyraźniej wskazać na obowiązek zaparcia się siebie nawet w rzeczach godziwych w przypadku chrześcijan, skoro nawet słudzy Boży przed przyjściem Chrystusa i przed Jego nakazem zachowywali go proporcjonalnie do posiadanych darów ewangelicznych?

Albo znowu rozważmy słowa tekstu wypowiedziane przez Dawida, któremu, jeśli komukolwiek, Boża ręka zsypała bogactwo i władzę. Mówi, że „uspokoił i uciszył" swą duszę, by nie popaść w pychę, i że uczynił ją „jak dziecko odstawione od piersi". Jakież to wymowne słowo: „odstawione"! Dawid wyrzekł się nieograniczonej miłości do świata i jego używania. Miłujemy świat naturalnie i niewinnie; jest on przed nami, spotykamy go jako pierwsi oczyma i rękami; jego przyjemności są nam drogie, a wiele z nich nie jest w sobie grzesznych — grzesznych jedynie w nadmiarze, a niektóre wcale; te na przykład, które czerpiemy z domu, przyjaciół i perspektyw życiowych, są pierwszym i naturalnym pokarmem naszego umysłu. Lecz jak dzieci odstawia się od pierwszego pokarmu, tak i nasze dusze muszą porzucić rzeczy dziecinne i odwrócić się od ziemskich radości ku niebiańskim; musimy nauczyć się skupiać i uciszać jak odstawione dziecko — godzić się z utratą tego, co nam drogie, a nawet z dobrowolną rezygnacją z tego dla miłości Chrystusa.

Tym bardziej po przyjściu Chrystusa udziela nam tej samej lekcji święty Paweł w dziewiątym rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian: „Każdy, kto staje do zawodów, powściąga się we wszystkim" — to znaczy panuje nad sobą i trzyma się w ryzach, jak zaraz powiada. I znów w rozdziale siódmym: „Czas jest krótki; trzeba więc, żeby ci, którzy mają żony, byli jak nieposiadający; i ci, którzy płaczą, jak niepłaczący; i ci, którzy się radują, jak nieradzący się; i ci, którzy kupują, jak nieposiadający; i ci, którzy używają tego świata, jak nieużywający go wcale." Tu ta sama nauka umiarkowania, czyli powściągliwości w dozwolonych przyjemnościach, jest mocno podkreślona; płakać, radować się, kupować, posiadać, żenić się, używać tego świata — to nie jest niedozwolone, a jednak nie powinniśmy używać ziemskich darów Bożych do pełna, lecz we wszystkim ćwiczyć zaparcie się siebie.

Takie jest chrześcijańskie zaparcie się siebie, a nakłada się na nas z wielu powodów. Chrześcijanin zapiera się siebie w rzeczach godziwych, bo zdaje sobie sprawę ze swej słabości i skłonności do grzechu; nie odważy się chodzić na skraju przepaści; zamiast sięgać do granicy tego, co dozwolone, trzyma się z dala od zła, by być bezpiecznym. Powstrzymuje się, by nie utracić umiarkowania; pości, by nie jeść i pić razem z pijakami. Jak widać, wiele rzeczy jest w sobie słusznych i bez zarzutu, a jednak niepożytecznych dla istoty słabej i grzesznej: jej sytuacja jest jak choroba; wiele rodzajów pokarmów, dobrych dla człowieka zdrowego, szkodzi mu, gdy jest chory — wino jest trucizną dla człowieka w silnej gorączce. Podobnie wiele czynów, myśli i uczuć, które byłyby dozwolone dla Adama przed upadkiem, jest szkodliwych lub niebezpiecznych dla upadłego człowieka. Na przykład gniew nie jest sam w sobie grzeszny. Święty Paweł to sugeruje, mówiąc: „Gniewajcie się, lecz nie grzeszcie." O naszym Zbawicielu powiedziano pewnego razu, że się rozgniewał — a był bezgrzeszny. Bóg Wszechmogący również gniewa się na grzeszników. Gniew zatem nie jest sam w sobie grzesznym uczuciem; lecz w człowieku — ukształtowanym tak, jakim jest — pobłażanie mu jest tak wysoce niebezpieczne, że zaparcie się siebie w tej dziedzinie jest obowiązkiem już z samej tylko roztropności. Człowiek niemal nie jest w stanie gniewać się tylko w należytej mierze; przekroczy właściwą granicę, gniew przerodzi się w pychę, dąsanie się, złość, okrucieństwo, mściwość i nienawiść. Rozegra się w chorej duszy i ją zatuje. Musi więc powstrzymywać się od niego, jakby był *w sobie* grzechem (choć nim nie jest), bo w praktyce takim dla niego jest.

Znowu: miłość pochwały jest sama w sobie uczuciem niewinnym i można by jej pobłażać, gdyby opinia świata była słuszna, a nasze serce — zdrowe; lecz w rzeczy samej pochwały ludzkie, jeśli im się oddamy, sprawią rychło, że zapomnimy, jak jesteśmy słabi i grzeszni; musimy więc zapierać się siebie i przyjmować pochwały nawet dobrych ludzi i tych, których kochamy, ostrożnie i z rezerwą.

Podobnie miłość władzy zwykle towarzyszy wielkim umysłom; lecz największy jest w grzesznym rodzie ten, kto się pohamuje i odwróci od tej pokusy; jest ona bowiem zarazem niestosowna i niebezpieczna dla synów Adama. „Kto by chciał być wielki wśród was, niech będzie sługą waszym" — mówi nasz Pan — „a kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie waszym niewolnikiem." Jego nagrodą będzie przyszłość: królowanie z Chrystusem, zasiadanie z Nim na tronie, sądzenie aniołów — a jednak bez pychy.

Znowu: nawet w przywiązaniu do krewnych i przyjaciół musimy czuwać nad sobą, by nas nie uwiodło z drogi obowiązku. Niejeden ojciec, pragnąc dobrze zabezpieczyć rodzinę, zaniedbuje własną duszę. Tu tkwi więc błąd — nie w tym, żebyśmy mogli kochać krewnych zbyt mocno, lecz w tym, że owe silne i godne wszelkiej pochwały przywiązanie do nich może przypadkowo usidlić i zepsuć naszą słabą naturę.

Te rozważania ukażą nam sens już przytoczonych słów naszego Zbawiciela o obowiązku nienawidzenia przyjaciół. Nienawidzić — to żywić ku jakiemuś przedmiotowi taką doskonałą niechęć, że chce się go usunąć i pozbyć się go; to odwracać się od niego i wymazywać jego obraz ze swego umysłu. Takie właśnie uczucie musimy żywić wobec wszystkich ziemskich dóbr, o ile Chrystus nie kładzie na nich swego światła. On — błogosławione Jego imię — uświęcił i nakazał miłość i troskę o krewnych i przyjaciół: taka miłość jest wielkim obowiązkiem; lecz gdyby kiedyś Jego prowadzenie wiodło nas dziwną drogą i światło Jego Opatrzności przesunęło się naprzód i rzuciło cień na te przedmioty naszego ziemskiego przywiązania, to muszą one wówczas być dla *nas* w cieniu — muszą na ten czas zniknąć z naszych serc. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien." Tak mówi; i w takich chwilach, choć ich nadal kochamy, zdawać się będzie, że ich nienawidzimy; bo odsunęliśmy o nich myśl i działamy, jakby nie istnieli. W tym sensie prawdziwe jest starożytne i surowe przysłowie: winniśmy zawsze tak kochać przyjaciół, świadomi, że pewnego dnia możemy być wezwani do ich nienawidzenia, to jest: zapomnienia o nich w pogoni za wyższymi obowiązkami.

I tu znowu mamy przykład zaparcia się siebie w rzeczach godziwych; a jeśli ktoś powie, że bolesne jest tak odczuwać, i że to hamuje spontaniczny i nieprzerwany strumień miłości ku przyjaciołom, że mamy te memento w uszach — musimy śmiało przyznać, że to bolesne. To smutna myśl — nie że możemy być kiedykolwiek wezwani do rzeczywistego odrzucenia ich miłości, lecz że musimy postępować, jakbyśmy ich nie kochali — jak Abraham, gdy wezwano go do zabicia syna. A ta myśl o niepewności przyszłości niezawodnie barwi wszystkie nasze najjaśniejsze uczucia (o ile dotyczą tego świata) poważnym i melancholijnym odcieniem. Nie musimy się wzbraniać przed tym wyznaniem, pamiętając, że to życie nie jest naszym spoczynkiem ani szczęściem — *ono* dopiero ma nadejść. Ta trzeźwa, opanowana dyspozycja jest właśnie temperamentem Dawida, gdy mówi, że uciszył i uspokoił swoją duszę i odstawił ją od niemowlęcego pokarmu, jakim karmi ten świat.

Mam nadzieję, że przykłady te dość jasno ukazały, czym jest chrześcijańskie zaparcie się siebie. Jeśli cieszymy się dobrym zdrowiem i żyjemy wygodnie, strzeżmy się wyniosłości, zarozumiałości, próżności, pychy; wyrafinowania w jedzeniu, dogadzania sobie, zbytku, wygodnictwa. Nic tak łatwo nie psuje naszych serc i nie odwodzi nas od Boga, jak otaczanie się wygodami — jak życie według własnej woli — jak bycie centrum pewnego świata, ożywionego lub nieożywionego, który nam służy. Bo wtedy to od nich będziemy zależni; staną się nam konieczne; ich usługi i pochlebstwo skłonią nas do pokładania w nich ufności i bałwochwalczego ich wielbienia. Jakże bogaci w miękki zbytek są mężowie Pisma Świętego! Czy Abraham przed Zakonem — który przez całe dni swoje błąkał się bez domu? Czy Mojżesz, który dał Zakon i umarł na pustyni? Czy Dawid pod Zakonem, który „nie miał wzroku wyniosłego" i był „jak dziecko odstawione od piersi"? Czy Prorocy w późnych dniach Zakonu, którzy błąkali się w owczych i kozich skórach? Czy Jan Chrzciciel, gdy Ewangelia zastępowała Zakon — odziany w odzienie z sierści wielbłądziej i żywiący się pokarmem pustyni? Czy Apostołowie, którzy byli „jak śmieci tego świata"? Czy nasz błogosławiony Zbawiciel, który „nie miał gdzie głowy skłonić"? Kto są bogatymi w miękki zbytek w Piśmie Świętym? Był bogacz, który „wystawnie ucztował każdego dnia" — a potem „cierpiąc męki w miejscu przeznaczonym na karę, podniósł oczy". Był i ten drugi, któremu „pole przyniosło obfity plon" i który mówił: „Duszo, masz wielkie zasoby, złożone na długie lata" — a tej samej nocy zażądano od niego jego duszy. Był Demas, który porzucił świętego Pawła, „umiłowawszy ten doczesny świat". I niestety — był ów szczodrze obdarzony, natchniony przez Boga król, bogaty i mądry Salomon, któremu na nic się zdało zmierzenie ziemi i policzenie jej mieszkańców, gdy na starość „pokochał wiele obcych kobiet" i oddawał cześć ich bogom.

Niechaj nam to będzie dalekie, żołnierzom Chrystusa, którzy zdążamy ku światu przyszłemu, tak wikłać się w ten świat. „Żaden żołnierz nie wikła się w sprawy codziennego życia, gdyż chce się podobać temu, kto go zaciągnął. A kto staje do zawodów, nie otrzymuje wieńca, jeśli nie walczy zgodnie z zasadami." Takie jest prawidło świętego Pawła, jak już wspomniano; dlatego w innym miejscu zaświadcza sam o sobie, że „umierał każdego dnia". Dzień po dniu stawał się coraz martwiejszy dla tego świata; miał coraz mniej więzów z ziemią, a coraz większy skarb w niebie. Nie myślmy też, że zbyt trudno go naśladować — choć nie jesteśmy Apostołami, nie jesteśmy powołani do żadnego nadzwyczajnego dzieła, nie jesteśmy obdarzeni żadnymi cudownymi charyzmatami: chciał, by wszyscy ludzie byli jak on, i wszyscy mogą być jak on — stosownie do swego miejsca i miary łaski. Jeśli chcemy naśladować wielkiego Apostoła, najpierw skierujmy za nim spojrzenie na Chrystusa, naszego Zbawiciela; rozważmy blask i chwałę Jego świętości i starajmy się ją umiłować. Módlmy się wytrwale, by miłość świętości została stworzona w naszych sercach; a wtedy pójdą za nią czyny — stosowne do nas i naszych okoliczności — we właściwym czasie, bez niepokojenia się tym, jakie mają być. Nie musicie się starać wytyczać dokładnej granicy między tym, co grzeszne, a tym, co jedynie dozwolone: patrzcie na Chrystusa i zapierajcie się każdej rzeczy — niezależnie od jej charakteru — o której myślicie, że On chciałby, abyście z niej zrezygnowali. Nie potrzebujecie rachować i odmierzać, jeśli kochacie wiele; nie potrzebujecie wikłać się w kwestie ciekawości, jeśli macie serce, by iść za Nim. Prawda, że czasem napotkają się trudności — lecz rzadko. Każe wam wziąć swój krzyż; przyjmujcie więc codzienne okazje, które się nadarzyją, do ustępowania innym, gdy nie musicie ustępować, i do spełniania nieprzyjemnych posług, których moglibyście uniknąć. Każe tym, którzy chcą być najwyżsi, żyć jak najniżsi: odwracajcie się więc od ambitnych myśli i — na ile pobożnie możecie — postanawiajcie, że nie będziecie się ubiegać o władzę i przywództwo. Każe wam sprzedawać i dawać jałmużnę; nienawidźcie więc wydawania pieniędzy na siebie. Zatykajcie uszy na pochwały, gdy stają się głośne; stawiajcie oblicze jak krzemień, gdy świat drwi, i uśmiechajcie się na jego groźby. Uczcie się panować nad sercem, gdy chce wybuchnąć gwałtownością, lub przedłużać jałowy smutek, lub rozpływać się w nieodpowiedniej czułości. Powściągajcie język i odwracajcie wzrok, byście nie wpadli w pokusę. Unikajcie niebezpiecznego powietrza, które was rozlenia, i hartujcie się na wyżynach. Wstawajcie do modlitwy „na długo przed świtem" i szukajcie prawdziwego, jedynego Oblubieńca „nocą na swoim łożu". A tak zaparcie się siebie stanie się wam naturalne i przemiana przyjdzie nad wami cicho i niezauważalnie; i jak Jakub — zaśniecie na pustkowiu i niebawem ujrzycie Aniołów oraz drogę ku niebu otwartą przed wami.

← wróć do odkrywania