HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VII

Kazanie XI. Uczestnictwo w Komunii Świętej

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę zacząć od nowa EucharystiaZwłoka i recydywa
„Nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie."
W skrócie. Kazanie wielkanocne o tym, dlaczego ludzie unikają Komunii Świętej: nie z braku wiedzy, lecz dlatego, że nie chcą zobowiązać się do życia religijnego. Newman wyjaśnia, że Chrystus ustanowił fizyczne przyjście do ołtarza jako sposób, w jaki chce być szukany. Ostrzega też przed niebezpieczeństwem oziębłości u stałych komunikantów, którzy tracą bojaźń przez przyzwyczajenie.

„Prawdziwą przyczyną, dla której ludzie nie przychodzą do tej świętej Komunii, jest to, że nie chcą prowadzić życia religijnego; nie lubią przyrzekać, że będą je prowadzić”

*„Nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie."* — J 5,40

Święty Jan mówi nam w dzisiejszej Epistole, że „Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Kto ma Syna, ma życie; kto nie ma Syna Bożego, nie ma też życia." A jednak w tekście sam Syn, nasz Zbawiciel, ze smutkiem i powagą napomina własnych braci: „Nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie." „Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli." Wiemy z historii, jako rzeczy pewnej, że Go nie przyjęli, że nie przyszli do Niego, gdy On do nich przyszedł; lecz On mówi w tekście, że nie *chcieli* przyjść, że nie *pragnęli* tego, dając przez to do zrozumienia, iż oni, i tylko oni, byli sprawcami swego nieprzyjęcia.

Czyż nie wydaje się oczywistym i naturalnym odruchem, by każdy dążył do własnego dobra? Cóż tedy oznacza ta niechęć do szukania największego z dóbr — życia? — niechęć, którą w świetle Pisma Świętego i doświadczenia możemy z przekonaniem stwierdzić jako równie powszechną i równie pełną dziś, jak za czasów, gdy Chrystus to wyrzekł?

Nie chodzi tu o wybór między dobrem a dobrem. Nie możemy tłumaczyć tej obojętności wobec daru Chrystusowego tym, że posiadamy już dostateczny skarb i dlatego nie pociąga nas wieść o jeszcze większym. Bynajmniej; czyż bowiem świat nie odbiera nam bez przerwy własnych darów, cokolwiek by nimi były? Czy nie przybliża nam przez to, nie narzuca nam natrętnie i nie zmęcza nas nauką o własnej swej marności? Czy nie wyznajemy, że życie wieczne jest najlepszym z wszystkich wyobrażalnych darów, wobec którego żaden inny nie zasługuje, aby go wspominać? — a jednak żyjemy dla świata.

Co więcej, i grzech sam przestrzega nas, byśmy nie ufali jego powabom; podobnie jak ów stary prorok z Betel, grzech jest zmuszony świadczyć przeciwko sobie i w imię Pana głosić Pańskie wyroki na nas. Uwodząc nas, grzech rani nas wyrzutami sumienia; a nawet gdy poczucie winy zostaje przytłumione, nędza grzeszenia jest nam zadawana przez wewnętrzne rozczarowania i doczesne kary, które po przestępstwie zazwyczaj następują. A jednak nie chcemy przyjść do Chrystusa, aby mieć życie.

Co więcej, Bóg nie traktuje nas jak sług czy niewolników; nie nakłada na nas ciężaru ponad nasze siły; nie odpędza nas od swego Oblicza, dopóki nie przygotujemy jakiejś ofiary, którą byśmy Mu przynieśli, lub nie poczyniliśmy jakiegoś postępu na drodze życia. Nie, On zaczął swe względem nas postępowanie od szczególnych, spontanicznych aktów miłosierdzia. Z niewyobrażalnej dobroci zesłał swego Syna, by był naszym życiem. Daleki od żądania czegokolwiek z naszej strony na samym początku, objął nas w opiekę już od dzieciństwa i darmo „obdarzył nas wszystkim, co służy życiu i pobożności". Uprzedził nas w samym poranku naszych dni i pełnią swej łaski uprzedził pierwsze poruszenia pychy i pożądania, gdy grzech jeszcze w nas drzemał. Czy nie tak jest? Cóż więcej mogło być dla nas uczynione? A jednak mimo tego wszystkiego ludzie nie chcą przyjść do Niego, aby mieć życie.

Jest to tak zdumiewające, że ludzie myślący ulegają niekiedy pokusie, by sądzić, że ogół ludzki nie zna dostatecznie swego obowiązku; że potrzebuje pouczenia — i wtedy byłby posłuszny. Inni zaś wyobrażają sobie, że gdyby prawdy Ewangelii zostały przedstawione silnie i przekonująco, mogłoby to posłużyć jako środek do obudzenia w ludziach stałego poczucia ich prawdziwego stanu. Lecz niewiedzą nie jest prawdziwą przyczyną tego, że ludzie nie chcą przyjść do Chrystusa.

Kimże są ci dobrowolni wygnańcy z łaski Chrystusowej, o których mówię? Nie myślcie, moi bracia, że powiem coś mocnego, gdy stwierdzę, że mówię o niektórych spośród tych, którzy mnie teraz słuchają. Nie śmiem wskazywać na kogoś z imienia ani wyobrażać sobie, że mogę podać jakąś regułę pewnego poznania, kto przychodził do Niego sercem i duchem, a kto nie; jestem jednak w pełni przekonany, że wielu — którzy wzdrygaliby się na myśl o utracie udziału w Ewangelii i którzy wyznają, że rzucili los swój z Chrystusem i ufają Jego śmierci dla swego zbawienia — *nie* szuka Go naprawdę, by mieć życie, mimo pięknych słów. To właśnie, jak twierdzę, jestem aż nazbyt w stanie wiedzieć dlatego, że On pokazał nam *jak* do Niego przychodzić, a widzę, że ludzie *nie* przychodzą do Niego w sposób przez Niego wskazany. Pokazał nam, że przyjście do Niego po życie jest dosłowną czynnością cielesną; nie tylko przenośnią, nie tylko ruchem serca ku Niemu, lecz czynem widzialnych członków; nie tylko ukrytą wiarą, lecz pójściem do kościoła, przejściem nawą ku Jego świętemu stołowi, uklęknięciem przed Nim i przyjęciem daru życia wiecznego pod postacią chleba i wina. Nie ma tu miejsca na pomyłkę co do Jego własnego ustanowienia. Powiedział wprawdzie: „Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął"; wyjaśnił jednak, na czym to przychodzenie polega, dodając: „Kto Mnie spożywa, żyć będzie przeze Mnie." Jeśli zatem ktoś nie szuka Go tam, gdzie On jest, nic nie pomoże szukanie Go tam, gdzie Go nie ma. Cóż da siedzenie w domu i szukanie Go tam, skoro Jego Obecność jest w świętej Eucharystii? Takie przewrotne postępowanie podobne jest do grzechu Izraelitów, którzy szli szukać manny w czasie, gdy nie była dawana. Czyż nie może Ten, który daje dar, przepisać miejsca i sposobu jego dawania?

Zważcie, jak jasny i nieodparty jest dowód tego, co mówiłem. Pan nasz oświadcza: „Jeżeli nie będziecie spożywać Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pić Krwi Jego, nie będziecie mieć życia w sobie" — życia, które jest darem oferowanym w tekście; mówi też o chlebie, który łamał: „*To* jest Ciało moje", a o kielichu: „*To* jest Krew moja" — czy nie jest więc zupełnie oczywiste, że jeśli odmawiamy spożywania tego Chleba i picia z tego Kielicha, odmawiamy tym samym przyjścia do Niego, by mieć życie?

Prawdziwą przyczyną, dla której ludzie nie przychodzą do tej świętej Komunii, jest to, że nie chcą prowadzić życia religijnego; nie lubią przyrzekać, że będą je prowadzić; sądzą zaś, że ów błogosławiony Sakrament zobowiązuje ich do tego, że wiąże ich z koniecznością życia o wiele surowszego i bardziej rozważnego, niż to, którym żyją. Przyjmując za dobrą monetę wszelką właściwą nieufność wobec siebie, roztropną bojaźń, ciężar dawnych grzechów, niedoskonałą znajomość i inne przyczyny, to i tak w większości przypadków pozostaje niechęć do noszenia — lub przynajmniej do zobowiązania się do noszenia — jarzma Chrystusowego; niechęć do wyrzeczenia się raz na zawsze służby grzechowi; trwające przywiązanie do własnej wygody, własnej woli, do gnuśności, do nawyków cielesnych, do dobrego mniemania ludzi, których sami nie szanują; nieufność wobec własnej wytrwałości w świętych postanowieniach, płynąca z niepewności co do własnej teraźniejszej szczerości. Oto dlaczego ludzie nie chcą przyjść do Chrystusa po życie; wiedzą bowiem, że nie udzieli im siebie, jeśli nie zgodzą się Jemu się poświęcić.

W jaki sposób On ofiarowuje im siebie w świętej Komunii? Przez nakazy i sankcje Prawa. Najpierw jesteśmy ostrzegani przed grzechem ukrytym i wzywani do rachunku sumienia; następuje tygodniowe przygotowanie, potem, gdy nadchodzi chwila celebracji, słyszymy czytane Przykazania, jesteśmy uroczyście wzywani do odrzucenia wszystkiego, co mogłoby obrazić Boga; wyznajemy nasze grzechy i głęboki żal za nie; wreszcie, po dopuszczeniu do Sakramentu, wyraźnie zobowiązujemy się do służby naszemu Panu i Zbawicielowi. Zapewne *to właśnie* jest tym, czego serce nieodnowione znieść nie może — sama myśl o wyrzeczeniu się grzechu całkowicie i raz na zawsze. I tak, choćby łaskawy głos wołał jak najdonioślej od ołtarza: „Przyjdźcie do Mnie, a pokrzepię was" — i choćby było to jak najbardziej prawdziwe, że owo pokrzepienie jest niczym innym jak życiem, życiem wiecznym — to jednak przypominamy sobie słowa następne: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie", i zaraz szemramy i narzekamy, jakby dar był wysoce niełaskawy, obarczony warunkami i drogo nabyty, tylko dlatego, że ofiarowany jest w ten jedyny sposób, w jaki sprawiedliwy Pan mógłby go ofiarować — w sposób sprawiedliwości.

Ludzie woleliby raczej zrezygnować z obietnicy, niż uwikłać się w groźby, które ją otaczają. Choć skarb przedstawiony nam w Ewangelii jest jasny i pociągający, perła wielkiej wartości spoczywa w swojej rodzimej głębinie, na dnie oceanu. Widzimy ją co prawda i znamy jej wartość; lecz niewielu śmie nurkować, by ją wydobyć. Jaka nagroda zaoferowana nurkowi przemoże bezpośrednie niebezpieczeństwo straszliwej śmierci? — a ci, którzy kochają grzech i których życie polega na nawykach i praktykach dalekich od religijności, jaka obiecana nagroda może ich pogodzić z pewnym zniszczeniem tego, w czym się rozkoszują, z koniecznym unicestwieniem wszystkich ich ulubionych rozkoszy i przyjemności sprzeciwiających się regule Ewangelii? Nie łudźmy się, że jakiekolwiek napomnienia skłonią takich ludzi do zmiany postępowania; przyznają oni wartość duszy, swój obowiązek posłuszeństwa i niebezpieczeństwo, jeśli mu się nie podporządkują; a jednak przy tym wszystkim wymagana od nich ofiara jest dla nich zbyt wielka. Można im mówić o miłości Pana ku nim, o Jego zaparciu się siebie i miłosierdziu na ziemi, o Jego darach i Jego długotrwałej cierpliwości — nie da się ich poruszyć; dlaczego? Bo wina tkwi w ich sercu; nie lubią służby Bożej. *Oni* wiedzą doskonale, czego by chcieli, gdyby mogli wybierać. Mówi się, że Chrystus wszystko za nas uczynił. „Bynajmniej — odpowiadają oni — nie jest On Pośrednikiem odpowiednim do naszego przypadku. Dajcie życie, dajcie świętość, dajcie prawdę, dajcie Zbawiciela, który wyzwoli od grzechu — to nie dość: nie, *my* chcemy Zbawiciela, który wyzwoli nas *w* grzechu. To jest nasza potrzeba. Mało co znaczy ofiarować nam życie, jeśli ma to być na drodze przykazań Bożych; kpiną z naszych nadziei jest nazywać wolnym darem to, co w istocie jest ciężkim jarzmem. Chcemy nie robić zupełnie nic, a wtedy dar będzie istotnie darmowy. Jeśli nasze serca *muszą* być zmienione, by nas przysposobić do nieba, niech będą zmienione — byle tylko nam nie zadawać trudu w tej pracy. Niech zmiana będzie częścią dzieła wykonanego za nas; niechaj będziemy dosłownie gliną w rękach garncarza; niechaj śpimy i śnimy, i zbudzimy się rano ludźmi nowymi; niechaj nie będzie bojaźni i drżenia, nie będzie trudu ze zbawieniem, nie będzie zaparcia się siebie. Niech Chrystus cierpi, a naszym udziałem niech będzie tylko radość. Tego chcemy: spokoju; chcemy, by wszystko było po naszej myśli; chcemy cieszyć się zarówno tym światem, jak i przyszłym; chcemy być szczęśliwi od razu. Jeśli Ewangelia to obiecuje, przyjmujemy ją; jeśli nie — jest tylko jarzmikiem, nie ma żadnej siły przekonywania, nie zyska naszej zgody." Taki jest język serc ludzkich, choć usta go nie wypowiadają — język najniewdzięczniejszy, najprofańszy, najgrzeszniejszy.

Te rozważania polecam poważnej uwadze tych, którzy zaniedbują świętą Komunię; lecz niestety nie mogę opuścić tego tematu bez skierowania kilku przestróg do tych, którzy do niej przystępują. Pragnąłbym, by żaden z nas nie potrzebował przestróg; ale i najlepszy z nas toczy walkę i staje na próbie, i nikomu z nas nie zaszkodzą. Nie muszę wam przypominać, moi bracia, że z niegodnym przyjęciem wiąże się niebezpieczeństwo; jest ono bowiem właśnie tym pretekstem, który wielu przywołuje, by nie przyjmować; lecz zdarza się — jak i w innych sprawach — że ludzie lękają się, gdy lękać się nie powinni, a nie lękają się, gdy powinni. Chwila zastanowienia to pokaże; na czym bowiem polega niebezpieczeństwo przy przyjmowaniu Komunii? Na przystępowaniu do niej, jak daje do zrozumienia święty Paweł, *bez* bojaźni. Oczywiste jest zatem, że wbrew temu, co zostało właśnie powiedziane, gdy osoby narażone są na niegodne przyjęcie, zazwyczaj nie czują naprawdę swojego niebezpieczeństwa; samo bowiem niebezpieczeństwo polega na ich braku bojaźni. Gdyby naprawdę i pobożnie lękały się błogosławionego Sakramentu, o tyle właśnie nie byłyby w niebezpieczeństwie niegodnego przyjęcia.

Jasne jest też, kiedy grozi ludziom przyjmowanie go bez bojaźni i bez skupienia; nie wtedy, gdy przyjmują go po raz pierwszy, lecz gdy czynią to wielokrotnie, gdy mają zwyczaj przystępowania. To jest czas niebezpieczny.

Gdy chrześcijanin przystępuje po raz pierwszy do świętej Komunii, przystępuje z czcią i trwogą. Nie chcę przynajmniej zakładać przypadku człowieka tak mało przejętego sprawą swej duszy i tak profanicznego, że lekceważyłby obrzęd przy pierwszym uczestnictwie. Może nie ma on jasnego pojęcia teologicznego o świętym obrządku, lecz sam jego tytuł — Sakrament Ciała i Krwi Pana — wystarczy, by uczynić go poważnym. Przyjmijmy, że bada swoje sumienie i modli się o łaskę godnego przyjęcia daru; i czuje w chwili celebracji i po niej, że związawszy się ściślej z życiem religijnym i otrzymawszy Boże wpływy, ma więcej do odpowiedzenia. Lecz po kilkakrotnym powróceniu uczestnictwa, owa bojaźń i cześć blakną wraz z ustępowaniem nowości. W miarę jak oswaja się ze słowami modlitw i porządkiem nabożeństwa, słucha i przyjmuje z coraz mniejszym przejęciem i powagą. Nie chodzi o to, że jest gorszym człowiekiem niż na początku, lecz że jest wystawiony na większą pokusę profanacji. Nie miał głębszej zasady religijnej przy pierwszym przystąpieniu niż teraz (prawdopodobnie nie tak głębokiej), lecz nieznajomość nabożeństwa chroniła go od lekceważenia, obojętności i błądzenia myślami; teraz jednak ta przypadkowa ochrona jest usunięta, a ponieważ nie zdołał nabyć żadnej habitualnnej czci z poprzednich przystąpień i nie ma jasnej wiedzy o naturze Sakramentu, która by go ostrzegała i hamowała, jest wystawiony na swą własną, zwyczajną twardość serca i niedowiarstwo w okolicznościach znacznie bardziej niebezpiecznych niż te, w których zazwyczaj się ujawniają. Jeśli zaniedbywanie Boga w świecie jest grzechem, to zaniedbywanie Go w kościele jest grzechem większym. Teraz właśnie grozi mu, że nie rozezna Ciała Pańskiego, że przyjmie dar życia jako coś oczywistego, bez czci, wdzięczności i uniżenia się przed Bogiem. Im bardziej wytrwałe jest jego uczestnictwo w świętym obrzędzie, tym większe będzie jego *ryzyko* — ryzyko, mówię — to jest, jeśli zaniedba czuwania nad sobą, baczczenia na siebie pilnie i potępiania oraz nienawidzenia w sobie najsłabszych przejawów oziębłości i lekceważenia; bo oczywiście, jeśli tak postępuje, tym mniejsze będzie ryzyko i tym większa pewność, że serce go nie zdradzi. Mówię jednak o tych, którzy nie są dostatecznie świadomi swojego niebezpieczeństwa — a jest ich wielu.

Tu też pragnę wspomnieć o innym grzechu podobnego rodzaju, na który przystępujący do Komunii są narażeni: o zapominaniu, po przyjęciu Komunii, że się jej przyjęło. Nawet gdy opieramy się oziębłości, którą może spowodować częste przyjmowanie, i staramy się zachować w umyśle skupienie tak głębokie jak wtedy, gdy obrzęd był dla nas nowy — nawet wówczas istnieje często bolesna różnica między uczuciami przed uczestnictwem a po nim. Jesteśmy pilni w przygotowaniu, a niedbali w retrospekcji; wyrzucamy z pamięci to, co pielęgnowaliśmy w oczekiwaniu; zapominamy, że kiedykolwiek mieliśmy nadzieję i lęk. Lecz rozważcie: gdy poważne myśli o świętej Komunii żywimy tylko do chwili przystąpienia do niej, co to oznacza, jeśli nie to, że wyobrażamy sobie, iż raz na zawsze odnieśliśmy z niej pożytek, jako z czegoś dokonanego i skończonego, i że nie ma już nic więcej do szukania? To zaledwie formalne oddawanie czci; jakbyśmy starli to, co było zapisane przeciwko nam, i sprawa skończona. Lecz błogosławieni ci słudzy, którzy wciąż oczekują Tego, który wciąż do nich przychodzi — „czy przyjdzie wieczorem, o północy, o pianiu kogutów, czy rano" — podczas gdy ci, którzy najpierw przychodzą do Niego po dar łaski, a potem zaniedbują oczekiwania na jego stopniowe wypełnianie się w ich sercach — jakże profanicznie postępują! — jest to jakby przyjąć błogosławieństwo w kpinie, a potem je odrzucić. Zaiste, po tak wielkim przywileju powinniśmy się zachowywać jak ci, którzy spożyli jakiś Boski pokarm i lekarstwo (jeśli wielkie rzeczy można porównać do zwykłych), które swym nieodgadnionym sposobem i w swoim dobrym czasie „poszczęści się w tym, na co Pan je posyła" — owoc drzewa żywota, który Adam utracił, a który miał tę właściwość, że pospiesznie usunięto go z jego zasięgu, by nie wziął i nie spożył, i nie żył na wieki. Jak gorliwa powinna być nasza troska, by ów łaskawy skarb, który w sobie nosimy, nie był stracony naszą własną winą — przez niezdrowe podniecenia lub ospałe lenistwo, do których nasza natura nas skłania! „Nie gaście Ducha" — mówi Apostoł; zaiste, nasz przywilej jest ciężarem trudnym do uniesienia, zanim zmieni się w zasadę życia i mocy, zanim Chrystus w nas doskonale się ukształtuje — a nam tymczasem — jakże wiele powodów do czuwania, modlitwy i wypełniania wszelkiej sprawiedliwości, aż świt nastanie i jutrzenka wzejdzie w naszych sercach!

Nie myślmy też, że raz lub dwa razy szukając Boga w tym łaskawym ustanowieniu, możemy zabezpieczyć dar na zawsze. „Szukajcie Pana i Jego mocy, szukajcie Jego oblicza zawsze." Chleb, który zstępuje z nieba, jest jak manna — „chleb *powszedni*", „aż On przyjdzie", aż „przyjdzie Jego królestwo". W Jego przyjściu na końcu świata spoczywają i spełniają się wszystkie nasze życzenia i modlitwy; a w Jego obecnej Komunii mamy tymczasem oparcie i pociechę, łącząc przeszłość z przyszłością, przypominając sobie, że przyszedł raz, i mając w obietnicy, że przyjdzie znowu. Kto może żyć jakiś czas na świecie, choćby świat wydawał się ponętny przy pierwszym wejściu, nie odkrywając, że jest on udręką, i że jeśli to życie cokolwiek jest warte, to dlatego, że jest przejściem do innego? Nie trzeba wielkiej religijności, by to odczuć; jest to prawda oczywista dla tych, którzy mają duże doświadczenie świata. Jedynym powodem, dla którego nie wszyscy tak czują, jest to, że nie żyli dostatecznie długo, by to poczuć; a ci, którzy czują to bardziej od innych, znaleźli się po prostu w okolicznościach, które do mocniejszego odczucia skłaniają. Lecz gdy czasy starzeją się, a kolory ziemi bledną, i głos śpiewu cichnie, i wszystkie plemiona ziemi zaledwie mogą biadać i lamentować, synowie Boży podnoszą głowy, bo zbliża się ich zbawienie. Natura się chwieje, słońce nie świeci, księżyc jest ciemny, gwiazdy spadają z nieba i drżą fundamenty okrągłej ziemi; lecz światło Ołtarza płonie coraz jaśniej; są tam widoki, których wielu zobaczyć nie może, i ponad wszystkimi zamętami ziemi słyszane jest wołanie, by obwieszczać śmierć Pańską i obietnicę, że Pan przyjdzie.

„Błogosławiony lud będący w takiej sytuacji!" — który zmęczony rzeczami widzialnymi może zwrócić się z dobrą nadzieją ku rzeczom niewidzialnym; tak, „błogosławiony lud, którego Bogiem jest Pan!" „Przyjdźcie do Mnie — mówi On — wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja wam dam wytchnienie." Wytchnienie jest lepsze od trudu; pokój nasyca, a spokój nie zawodzi. To są dobra pewne. Taki jest spokój niebiańskiej Jerozolimy, która jest matką nas wszystkich; i taki jest spokojny kult tych, którzy jako przebłysk nieba na pewien czas zamykają się od świata i szukają Go w niewidzialnej Obecności — Tego, którego kiedyś ujrzą twarzą w twarz.

← wróć do odkrywania