HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VII

Kazanie XIII. Umiłowanie religii — nowa natura

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Życie nadprzyrodzoneNawrócenie
„Jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy."
W skrócie. Kazanie wielkanocne rozważa, co znaczy umrzeć razem z Chrystusem i żyć z Nim: mieć nową naturę, która kocha religię, a nie tylko ją toleruje. Newman opisuje tragiczny stan tych, którzy wiedzą, że Bóg jest jedynym szczęściem, a jednak żyją dla świata — stan wiedzy bez woli. Kończy obrazem doskonałej miłości Boga w niebie jako pełni tego, co tu jest tylko słabo zapoczątkowane.

„Być żywym — to nie tylko znosić myśl o religii, przyznawać jej rację, pragnąć być religijnym; lecz dać się ku niej pociągnąć, miłować ją, radować się nią, być jej posłusznym.”

*„Jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy."* — Rz 6,8

Umrzeć razem z Chrystusem — to znaczy nienawidzić grzechu i odwracać się od niego; żyć z Nim — to znaczy mieć serce i umysł zwrócone ku Bogu i ku niebu. Być umarłym dla grzechu — to znaczy czuć do niego wstręt. Wiemy, co oznacza wstręt. Weźmy na przykład chorego, któremu podaje się pewien rodzaj pokarmu — nie ma wątpliwości, co wówczas oznacza wstręt. Przypomnijmy sobie, jak pewne zapachy — zbyt słodkie lub zbyt ostre — albo pewne smaki działają na niektórych ludzi w określonych okolicznościach, lub zawsze — a bez trudu pojmiemy, co oznacza wstręt do grzechu, czyli umartwienie dla grzechu. Z drugiej strony, pomyślmy, jak miły jest posiłek dla głodnego, jak ożywczy zapach dla omdlewającego, jak odświeżające jest powietrze dla znużonego, a strumień dla zmęczonego i spragnionego — a zrozumiemy rodzaj uczucia, jakie kryje się w byciu żywym z Chrystusem, żywym dla religii, żywym dla myśli o niebie. Nasze siły zwierzęce nie mogą istnieć w każdej atmosferze; pewne powietrza są trujące, inne dawcą życia. Tak samo jest z duchami i duszami: duch nieodrodny nie mógłby żyć w niebie — umarłby; Anioł nie mógłby żyć w piekle. Człowiek naturalny nie może żyć w niebiańskim towarzystwie, a anielska dusza usychałaby i marniała w gronie grzeszników, gdyby nie podtrzymywała jej tam święta obecność Boża. Być umarłym dla grzechu — to być tak usposobionym, aby atmosfera grzechu (jeśli wolno mi tak powiedzieć) przygniatała nas, dręczyła i dusiła — abyśmy czuli ból i nienaturalność trwania w niej. Być żywym z Chrystusem — to być tak usposobionym, aby atmosfera nieba odświeżała nas, ożywiała, pobudzała i wzmacniała. Być żywym — to nie tylko znosić myśl o religii, przyznawać jej rację, pragnąć być religijnym; lecz dać się ku niej pociągnąć, miłować ją, radować się nią, być jej posłusznym. Sądzę jednak, że większość ludzi zwanych chrześcijanami nie posunie się dalej niż do pragnienia, by być religijnym, i do przekonania, że religijność jest obowiązkiem, i do szacunku dla ludzi religijnych — nie dochodzą do żadnego rodzaju *miłości* do religii.

Nawet tak daleko jednak docierają; nie tyle, by wypełniać swój obowiązek i miłować go, lecz by żywić pewne pragnienie, iżby tak czynili. Sądzę, że niewielu jest ludzi, którzy przynajmniej od czasu do czasu nie odczuwają pragnienia bycia świętym i religijnym. Składają świadectwo doskonałości życia cnotliwego i świętego, zgadzają się ze wszystkim, czego uczą ich nauczyciele, co słyszą w kościele i czytają w pobożnych księgach — ale wszystko to jest czymś zupełnie różnym od postępowania zgodnego z wiedzą. Wyznają jedno, czynią drugie.

Co więcej — wyznają jedno, *jednocześnie* czyniąc drugie. Nawet grzesznicy — grzesznicy świadomi i zatwardziali — gdyby zdobyli się na dość szczerości, by mówić tak, jak w głębi serca czują, przyznaliby, że nawet wówczas, gdy oddają się rozkoszom grzechu, gdy leniwieją w dzień Pański, lub gdy przebywają w złym towarzystwie, lub gdy kłamią czy oszukują, lub gdy piją do nadmiaru, lub gdy czynią cokolwiek innego złego — przyznaliby, mówię, gdyby mówili szczerze, że nawet już teraz jest to o wiele szczęśliwszą rzeczą żyć w posłuszeństwie Bogu niż w posłuszeństwie szatanowi. Nie twierdzę, że grzech nie ma swoich przyjemności — i oczywiście nie zamierzam temu przeczyć — nie twierdzę, że szatan nie jest w stanie dać nam czegoś w zamian za szczęśliwość przyszłą i wieczną; nie mówię, że ludzie bezbożni nie czerpią przyjemności, których ludzie religijni są zmuszeni się wyrzec. Wiem, że tak jest; gdyby tak nie było, nie byłoby niczego, co by nas kusiło i próbowało. Lecz mimo wszystko przyjemności, którymi cieszą się słudzy szatana, choć są przyjemne, zawsze towarzyszyć im musi ból — gorycz, która wprawdzie nie niszczy przyjemności, ale sama w sobie wystarcza, by uczynić je o wiele mniej przyjemnymi, nawet w chwili ich trwania, niż te przyjemności, którym owa gorycz nie towarzyszy, to jest przyjemności religijne. Oto więc, niestety, stan niezliczonej rzeszy ludzi: nie umrzeć dla grzechu i żyć dla Boga, lecz żyjąc dla grzechu i dla świata, zachować tyle poczucia nieba, by nie móc zakosztować żadnego z nich.

Mówię zaś, że gdy ktokolwiek — mężczyzna czy kobieta, młody czy stary — jest świadom, że postępuje źle, czy to w rzeczach ważniejszych, czy mniejszych, czy to nie przychodząc do kościoła bez dobrego powodu, zaniedbując modlitwę prywatną, żyjąc niedbale lub pobłażając znajanemu grzechowi — to złe sumienie od czasu do czasu staje się dla takich osób udręką. Przez chwilę może nie odczuwają go — lecz potem ból wraca. Jest to ból dotkliwy, nękający, niepokojący, wstrętny, który przeszkadza grzesznikom w byciu szczęśliwymi. Mogą oni mieć *przyjemności*, lecz nie mogą być *szczęśliwi*. Wiedzą, że Bóg jest na nich zagniewany; i wiedzą, że kiedyś On nawiedzi, osądzi, ukarze. Usiłują wyrzucić to z myśli, ale strzała tkwi głęboko — nie puszcza. Próbują śmiać się z niej, albo zachowywać się zuchwale i brawurowo, albo gniewnie i gwałtownie. Są oschli lub nieżyczliwi w odpowiedziach na tych, którzy im to wypominają wprost lub własnym przykładem. Lecz strzała nie puszcza. I tak oto wszyscy ludzie, którzy nie są wyjątkowo zatwardziali — zarówno źli, jak i dobrzy — pragną, by być świętymi, tak jak Bóg jest święty, czystymi tak jak Chrystus był czysty, nawet jeśli nie usiłują nimi być ani nie modlą się do Boga, aby ich świętymi i czystymi uczynił; nie że *lubią* religię, lecz że wiedzą, są o tym przekonani rozumem, czują pewność, że jedynie religia jest szczęściem.

O, cóż to za straszliwy stan — gdy nasze pragnienia idą w jedną stronę, a wiedza i sumienie w drugą; gdy nasze życie, nasz oddech i pokarm są na ziemi, a oczy nasze spoczywają na Tym, który umarł niegdyś, a teraz żyje; gdy patrzymy na Tego, który był przebity, a przecież nie powstajemy z Nim i nie żyjemy z Nim; gdy czujemy, że życie święte jest naszym jedynym szczęściem, a jednak nie mamy serca, by je podjąć; gdy jesteśmy pewni, że zapłatą za grzech jest śmierć, a jednak trwamy w grzechu; gdy wyznajemy, że jedynie Aniołowie są doskonale szczęśliwi, bo doskonale pełnią wolę Bożą, a jednak przygotowujemy się na nic innego jak na towarzystwo szatanów; gdy uznajemy, że Chrystus jest naszą jedyną nadzieją, a jednak świadomie tę nadzieję porzucamy! O nieszczęsny stan! Nieszczęśliwi oni, jeśli wśród tych, którzy mnie teraz słuchają, są tacy, którzy się w nim znajdują!

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać niemożliwym, by takie osoby były w kościele. Na pierwszy rzut oka można by ulec pokusie, by powiedzieć: „Przynajmniej wszyscy, którzy przychodzą do kościoła, są szczerzy i wyrzekli się grzechu; są wprawdzie niedoskonali, jak wszyscy chrześcijanie, lecz nie popadają w grzech dobrowolny". Bardzo rad bym, Bracia moi, uwierzyć, że tak jest, lecz nie mogę sobie pozwolić na tak przyjemną nadzieję. Nie — sądzę, że całkowicie pewną jest rzeczą, że przynajmniej niektóre osoby, nie wiem jak liczne, do których teraz mówię, nie podjęły w pełni postanowienia prowadzenia życia religijnego. Przychodzą do kościoła, bo uważają to za słuszne, albo z innego powodu. Bardzo słusznie, że przychodzą; cieszę się, że tak czynią. Jest to dobre, o ile na tym polega — lecz to nie wszystko. Nie są tak zaawansowani w królestwie Bożym, by opierać się diabłu lub uciekać przed nim. Nie potrafią zapanować nad sobą. Jednego dnia postępują słusznie, drugiego niesłusznie. Boją się pośmiewiska. Pociąga ich złe towarzystwo. Odkładają religię na czas przyszły. Uważają życie religijne za nudne i nieprzyjemne. A jednak mają pewne poczucie religii — i przychodzą do kościoła, by to poczucie zaspokoić. Otóż mówię, że słusznie czynią, przychodząc do kościoła — lecz o, gdyby można ich było przekonać do prostej prawdy słów św. Pawła: „Nie ten jest Żydem, kto nim jest na zewnątrz, ale ten jest Żydem, kto nim jest wewnątrz; i nie to jest obrzezanie, które jest widoczne na ciele, ale to, które jest obrzezaniem serca, w duchu, a nie według litery, a chwała jego jest nie od ludzi, lecz od Boga" — co można rozumieć tak: nie jest chrześcijaninem ten, kto nim jest zewnętrznie, kto jedynie chodzi do kościoła i wyznaje, że pragnie być zbawionym przez Chrystusa. Bardzo słusznie czyni; lecz to nie wystarczy. Nie jest chrześcijaninem ten, kto jedynie nie porzucił religii — lecz prawdziwym chrześcijaninem jest ten, kto będąc chrześcijaninem zewnętrznie, jest nim również wewnętrznie; kto żyje dla Boga; czyje ukryte życie jest skryte z Chrystusem w Bogu; czyje serce jest religijne; kto nie tylko wie i czuje, że życie religijne jest prawdziwym szczęściem, lecz miłuje religię, pragnie, usiłuje, modli się, by być religijnym, prosi Boga Wszechmogącego o wolę i moc do bycia religijnym — i z biegiem czasu staje się coraz bardziej religijnym, coraz bardziej godnym nieba.

Nie możemy czynić nic słusznego, jeśli Bóg nie da nam woli i mocy; nie możemy Mu się podobać bez pomocy Jego Ducha Świętego. Kto nie odczuwa tego głęboko jako pierwszej prawdy w religii, przygotowuje sobie straszliwy upadek. Spróbuje i dozna sromotnej, całkowitej klęski. Jego własne żałosne doświadczenie uczyni go tego pewnym, jeśli nie chce wierzyć temu, co Pismo Święte głosi. Prawdopodobne jest jednak, że niektóre osoby — może i takie, które mnie teraz słuchają — popadną w odwrotny błąd. Mogą usiłować usprawiedliwiać swoją letniość i grzeszność tym, że Bóg nie porusza ich wewnętrznie; mogą rozumować, że owi święci mężowie, których tak bardzo podziwiają, owi święci, którzy mają zasiąść po prawicy i lewicy Chrystusa, są innej natury niż oni sami — uświęceni z łona matki, nawiedzani, strzeżeni, odnawiani, wzmacniani, oświecani w sposób wyjątkowy, tak że nic dziwnego, iż *są* świętymi, i żadna ich wina, że sami nimi nie są. Lecz tak nie jest; nie oszukujmy się w tak nędzny sposób. Św. Paweł mówi wyraźnie o sobie i o pozostałych Apostołach, że byli „ludźmi podobnych uczuć" co biedni poganie bez wiedzy, do których głosili. Czy zresztą jego dzieje tego nie dowodzą? Czy nie pamiętacie, czym był przed nawróceniem? Czy nie szalał jak drapieżne zwierzę przeciw uczniom Chrystusa? A jak został nawrócony? Wizją naszego Pana? Tak — w pewnym sensie, lecz nie przez nią samą; posłuchajcie jego własnych słów: „Dlatego, królu Agryppo, nie byłem *nieposłuszny* niebiańskiemu widzeniu". Jego posłuszeństwo było konieczne dla jego nawrócenia; nie mógł być posłuszny bez łaski — lecz łaskę otrzymałby na próżno, gdyby nie okazał posłuszeństwa. A czy potem od razu stał się doskonały? Nie — mówi bowiem wyraźnie: „Nie jakoby ja już osiągnął albo już się stał doskonałym"; a gdzie indziej oznajmia nam, że miał „oścień w ciele, posłańca szatana, który go policzkował", i był zmuszony „chłostać swoje ciało i ujarzmić je, żeby przypadkiem, głosząc innym, sam nie stał się odrzuconym". Święty Paweł zwyciężył tak, jak każdy z nas musi zwyciężać — przez „zadawanie sobie gwałtu", zmaganie się, „wchodzenie przez ciasną bramę"; „ze strachem i drżeniem zbawiał swoją duszę", jak i my musimy to czynić.

Jest to punkt, na którym trzeba szczególnie nalegać — dla pokrzepienia bojaźliwych, dla skonfundowania obłudnych i dla upokorzenia świętych. Na tym świecie nawet najlepsi z ludzi, choć są umartwieni dla grzechu i uśmiercili grzech, mają w sobie ową martwą i skażoną rzecz, nawet żyjąc dla Boga; mają w sobie ciągle wroga Bożego pozostałego w sercu, choć trzymają go w jarzmie. To jest bowiem to, co wszyscy ludzie mają teraz wspólne — korzeń zła w nich, zasadę grzechu, albo to, co może się nią stać — różnią się zaś tym nie, że jeden ją ma, drugi nie; lecz że jeden żyje w niej i dla niej, drugi zaś nie; jeden ją ujarzmi, drugi nie. Człowiek święty jest z natury tak samo podległy grzechowi jak inni; lecz jest świętym, bo ujarzmi, depcze, przykuwa łańcuchem, wtrąca do więzienia i usuwa tę zasadę grzechu, a kieruje się motywami religijnymi i duchowymi. Jedynie o Chrystusie można powiedzieć, że „grzechu nie uczynił ani podstępu nie znaleziono w ustach Jego". Książę tego świata przyszedł i nie znalazł w Nim nic. Nie miał On korzenia grzechu w sercu; nie był zrodzony w grzechu Adama. Daleko inaczej jest z nami. On był tak czysty, bo był Synem Bożym, zrodzonym z Dziewicy. My zaś zostaliśmy poczęci w grzechu i ukształtowani w nieprawości. A ponieważ to, co się rodzi z ciała, jest ciałem, my jesteśmy grzeszni i skażeni, bo jesteśmy grzesznie zrodzeni z grzeszników. Nawet ci zatem, którzy w końcu okazują się świętymi i osiągają życie wieczne, nie rodzą się świętymi — lecz z odradzającą i odnawiającą łaską Bożą muszą sami siebie uczynić świętymi. Jedynie Krzyż Chrystusa — zewnętrzny i wewnętrzny — przemienia każdego z nas z czegoś, co — że tak powiem — jest diabłem, w Anioła. Wszyscy jesteśmy z urodzenia dziećmi gniewu. Jesteśmy w najlepszym razie jak dobre drzewa oliwne, które stały się dobre przez zaszczepienie na dobrym drzewie. Z natury jesteśmy jak dzikie drzewa, rodzące owoce kwaśne i gorzkie, i takimi byśmy pozostali, gdybyśmy nie zostali zaszczepieni na Chrystusie, dobrym drzewie oliwnym, nie stali się członkami Chrystusa — sprawiedliwego i świętego, i umiłowanego Syna Bożego. Stąd bierze się ta wielka odmiana w świętym Bożym od tego, czym był na początku. Pomyślmy, jak różnym człowiekiem był św. Paweł po nawróceniu i przed nim — szalejący, jak przed chwilą mówiłem, jak dzikie zwierzę, z niszczycielską furią prześladowcy przeciw Kościołowi, zanim ukazał mu się Chrystus, a potem łagodnie znoszący prześladowanie i chlubący się nim. Pomyślmy o św. Piotrze, który zaparł się Chrystusa przed zmartwychwstaniem, a potem wyznawał, cierpiał i umarł za Niego. I tak wielu starych świętych, którzy mają dobrą nadzieję nieba, może wspominać rzeczy ze swojej młodości, które napełniają ich trwogą. Nie mówię, jakoby święci Boży prowadzili w młodości życie rozwiązłe i niemoralne; lecz mam na myśli to, że ich niższa i zła natura nie była ujarzmiona i może od czasu do czasu dawała o sobie znać, zdradzając ich w czynach i słowach tak bardzo różnych od tego, co w nich teraz widać, że gdyby przyjaciele wiedzieli o nich to, co oni sami wiedzą, nie rozpoznaliby w nich tych samych osób i byliby powaleni zdumieniem. Nigdy nie możemy odgadnąć, czym jest człowiek z natury, widząc to, czym go uczyniła samodyscyplina. A jednak jeśli stajemy się dzięki niej przemienieni i przygotowani do nieba, nie jest to nasza zasługa ani chwała. Jest to dzieło Boże — chwała Jemu, który dokonał w nas tak przedziwnych rzeczy! Lecz i w tym życiu, aż do końca, będzie w nas wystarczająco dużo zła, by nas upokarzać; nawet do końca najświętsi ludzie noszą w sobie resztki i plamy grzechu, których chętnie by się pozbyli, gdyby mogli, i które sprawiają, że to życie nie jest dla nich — mimo całej łaski Bożej — niebem na ziemi. Nie — życie chrześcijańskie jest jedynie cieniem nieba. Jego święta i dni uroczyste są jedynie cieniami wieczności. Lecz w przyszłości będzie inaczej. W niebie grzech zostanie całkowicie zniszczony w każdej wybranej duszy. Nie będziemy mieć ziemskich pragnień, skłonności do nieposłuszeństwa czy bezbożności, miłości do świata lub ciała, które by nas odciągały od najwyższego oddania się Bogu. Będziemy mieć w sobie wypełnioną świętość naszego Zbawiciela i będziemy mogli miłować Boga bez przeszkód i bez słabości.

Oto doprawdy pełna nagroda wszystkich naszych tęsknot tutaj — chwalić i służyć Bogu wiecznie z jednolitym i doskonałym sercem pośród Jego Świątyni. Cóż to będzie za czas, gdy w nas doskonałe stanie się to, co teraz dopiero słabo zapoczątkowane! Ujrzymy wówczas, jak Aniołowie czczą Boga. Ujrzymy spokój, natężenie, czystość ich uwielbienia. Ujrzymy ten przejmujący widok — Tron Boży, a przed nim i wokół Serafinów wołających: „Święty!" Usiłujemy teraz w kościele naśladować to, co tam się dokonuje — jak na początku było i zawsze będzie. W *Te Deum*, dzień po dniu, mówimy: „Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów". W Credo wyliczamy miłosierdzia Boga wobec nas, grzeszników. Mówimy i śpiewamy psalmy i hymny, by zbliżyć się do nieba, ile możemy. Niechże te nasze usiłowania będą pobłogosławione przez Boga Wszechmogącego, by nas na Niego przygotować! Niechaj będą nie martwymi formami, lecz żywymi służbami — żywymi życiem od Boga Ducha Świętego — w tych, którzy są umartwieni dla grzechu i żyją z Chrystusem! Słyszałem, że niektórzy spośród was słyszeli, jak ci, którzy są odłączeni od Kościoła, mówią — i istotnie tak mówią — że nasze modlitwy i nabożeństwa, i dni święte są jedynie formami, martwymi formami, które nie mogą nam przynieść żadnego dobra. Tak, są martwymi formami dla tych, którzy są martwi — lecz są żywymi formami dla tych, którzy żyją. Jeśli przychodzicie tutaj w sposób martwy, bez wiary, nie szukając błogosławieństwa, bez zaangażowania serca w nabożeństwo — nie wyniesie wam to żadnej korzyści. Lecz jeśli przychodzicie w sposób żywy, w wierze, nadziei i czci, z sercami świętymi i oczekującymi — wówczas wszystko, co się tu dokonuje, będzie żywą służbą i pełnią nieba.

Korzystajcie zatem ze Świętego Czasu Wielkanocnego, który trwa czterdzieści do pięćdziesięciu dni, aby stać się bardziej podobnymi do Tego, który za was umarł i który żyje teraz na wieki. On obiecuje nam: „Ponieważ Ja żyję, i wy żyć będziecie". On, umierając na Krzyżu, otworzył Królestwo Niebieskie dla wszystkich wierzących. On najpierw umarł, a potem otworzył niebo. My zatem najpierw wspominamy Jego śmierć, a potem, przez kilka tygodni z rzędu, wspominamy i ukazujemy radości nieba. Ci, którzy nie radują się w tygodniach po Wielkanocy, nie radowaliby się i w samym niebie. Tygodnie te są jakby początkiem nieba. Módlcie się do Boga, by dał wam zdolność radowania się; by dał wam zdolność godnego świętowania. Módlcie się do Boga, by uczynił was lepszymi chrześcijanami. Ten świat jest snem — nie uzynacie z niego żadnego dobra. Może to trudno wam przyjąć — lecz bądźcie pewni, że tak właśnie jest. Możecie na to liczyć, że na końcu sami to przyznacie. Ludzie młodzi oczekują od świata dobra, ludzie w średnim wieku poświęcają mu się całkowicie, a nawet starcy niechętnie z nim się rozstają. Lecz świat jest waszym wrogiem, a ciało waszym wrogiem. Przyjdźcie do Boga i błagajcie Go o łaskę poświęcenia się Jemu. Błagajcie Go o wolę pójścia za Nim; błagajcie Go o moc bycia Mu posłusznym. O, jak pocieszające, przyjemne, słodkie, kojące i zaspokajające jest prowadzenie świętego życia — życia Aniołów! Na początku jest trudne; lecz z łaską Bożą wszystko jest możliwe. O, jak przyjemnie skończyć z grzechem! Jak dobre i radosne — uciekać od pokusy i opierać się złu! Jak stosowne, i godne, i właściwe, i słuszne — umierać dla grzechu, a żyć dla sprawiedliwości!

← wróć do odkrywania