HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VIII

Kazanie I. Cześć w kulcie

Gdy moja wiara stała się letniaGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Liturgia i jej dziejePokora
„Samuel zaś służył przed obliczem Pańskim, będąc dziecięciem, przepasany lnianym efodem."
W skrócie. Newman analizuje dwa typy wyznawców: tych, którzy służą Bogu z czcią i bojaźnią (jak Samuel), i tych, którzy podchodzą do kultu poufale i bez skupienia (jak Saul). Kościół katolicki charakteryzuje się duchem czci, który objawia się w zewnętrznych formach kultu wynikających z wewnętrznego przekonania o Bożej obecności. Prawdziwa cześć przenika całe życie i obyczaje, nie tylko czas spędzony w kościele.

„Bóg nienawidzi kultu samych warg; żąda kultu serca.”

*„Samuel zaś służył przed obliczem Pańskim, będąc dziecięciem, przepasany lnianym efodem."* — 1 Sm 2,18

Samuel, rozpatrywany w jego miejscu w historii świętej — to jest w ciągu zdarzeń łączących Mojżesza z Chrystusem — jawi się jako wielki rządca i nauczyciel swego ludu; taki jest jego główny rys. Był pierwszym z proroków; a jednak, gdy czytamy samą narrację świętą, w której przed nami rozpostarte jest jego życie, sądzę, że to te fragmenty są bardziej uderzające i przejmujące, które przedstawiają go w urzędzie przynależnym mu z urodzenia — jako Lewitę, to znaczy sługę Bożego. Od samego początku wzięty do szczególnej służby Bożej, zamieszkiwał w Jego Przybytku; owszem, będąc jeszcze dziecięciem, doznał zaszczytu przyobleczenia w szaty świętej funkcji, jak mówi nam tekst: „służył przed obliczem Pańskim, będąc dziecięciem, przepasany lnianym efodem".

Matka jego „oddała go Panu po wszystkie dni jego życia" uroczystym ślubem złożonym przed jego narodzeniem; i w nim, jeśli w kimkolwiek, spełniły się słowa Psalmisty: „Błogosławieni, którzy mieszkają w domu Twoim, będą Cię wychwalać na wieki".

Tak stały pobyt w domu Bożym sprawiłby w umysłach pospolitych jedynie spoufalenie z rzeczami świętymi i brak czci; lecz gdzie w sercu obecna jest łaska Boża, skutek jest odwrotny — czego mogliśmy być pewni w przypadku Samuela. „Pan był z nim", czytamy; a zatem im bardziej zewnętrzne znaki owego Pana trafiały mu w oczy, tym stawał się nabożniejszy, nie zaś bardziej zuchwały. Im bardziej obcował z Bogiem, tym większa była jego bojaźń i święty respekt.

Tak więc pierwsza wzmianka o jego służeniu przed obliczem Pańskim przypomina nam o przyzwoitości i powadze niezbędnych w każdym czasie i u wszystkich ludzi w przystępowaniu do Niego. „Służył przed obliczem Pańskim, będąc dziecięciem, przepasany lnianym efodem." Matka szyła mu co roku mały płaszcz na użytek codzienny, lecz w Służbie Bożej nosił nie go, lecz szatę, która zarazem wyrażała i w nim utrwalała cześć.

Podobnie i w jego starości, gdy Saul posłał szukać Dawida do Naiot, gdzie był Samuel, posłańcy jego zastali Samuela i proroków pod nim — wszystkich w należytym porządku. „Widzieli gromadę prorokujących proroków, a Samuel stał nad nimi." I był to widok tak przejmujący, że stał się narzędziem Bożej mocy nadprzyrodzonej wobec przybyłych, którzy również zaczęli prorokować.

Z drugiej zaś strony, gdybyśmy szukali przykładu braku tej czci, mamy go w samym Saulu, odrzuconym królu, który będąc w drodze do Naiot i nawiedzon przez Ducha Świętego Bożego, nie przyodział się mimo to w szatę zbawienia ani nie oblókł się w sprawiedliwość, lecz zachowywał się w sposób niestosowny i dziki, jak ktoś, kogo ogołocenie i hańba zostały dopiero odkryte przez owo nawiedzenie. Zdarł z siebie odzienie i prorokował przed Samuelem, i leżał w tym stanie przez cały ów dzień i przez całą noc.

Tę różnicę widzimy nawet i dziś: spośród osób wyznających wiarę, jedni są jak Samuel, drudzy jak Saul; jedni (że tak powiem) zrzucają odzienie i prorokują w nieładzie i ekstazie; drudzy służą przed Panem „przepasani lnianym efodem", z „przepasanymi biodrami i płonącymi lampami", jak mężowie trwożliwie oczekujący przyjścia swego wielkiego i chwalebnego Sędziego. Przez ostatnich rozumiem prawdziwe dzieci świętego Kościoła Powszechnego, przez pierwszych — heretyków i schizmatyków.

Od samego początku istniały zawsze dwa rodzaje chrześcijan: ci, którzy należeli do Kościoła, i ci, którzy do niego nie należeli. Nie było czasu od dni apostolskich, kiedy Kościoła by nie było; i nie było czasu, by nie znajdowali się ludzie, którzy przekładali jakiś inny sposób kultu nad sposób Kościoła. Te dwa rodzaje wyznawców Chrystusa zawsze istniały: chrześcijanie kościelni i chrześcijanie poza Kościołem. I jest rzeczą godną uwagi — twierdzę — że choć z jednej strony cześć dla rzeczy świętych była ogólnie cechą charakterystyczną chrześcijan kościelnych, to brak czci był ogólnie cechą charakterystyczną chrześcijan spoza Kościoła. Jedni prorokowali na wzór Samuela, drudzy na wzór Saula.

Oczywiście, w wypadku jednostek wiele jest tu wyjątków. Nie mówię oczywiście o osobach niekonsekwentnych i przypadkach wyjątkowych — w Kościele czy poza nim — lecz o tych, którzy postępują zgodnie z tym, co wyznają. Mam na myśli to, że gorliwi, przejęci i wierni członkowie Kościoła byli na ogół pełni czci; gorliwi zaś, przejęci i wierni członkowie innych wspólnot religijnych byli na ogół pozbawieni czci. Co więcej, po wszystkim zostaną jeszcze rzeczywiste wyjątki w przypadku jednostek, których wytłumaczyć nie sposób; lecz mam na myśli to, że *ogólnie* okaże się, iż cześć jest jednym ze znamion lub oznak Kościoła — choć mogą się zdarzyć pojedyncze osoby, które żyjąc poza nim, mimo to nie były pozbawione ducha nabożności.

Zaiste, tak naturalne jest powiązanie między duchem czci w oddawaniu chwały Bogu a wiarą w Boga, że zadziwia tylko to, jak ktokolwiek może choćby przez chwilę sądzić, że ma wiarę w Boga, a jednocześnie pozwalać sobie na brak czci wobec Niego. Wierzyć w Boga znaczy wierzyć w istnienie i obecność Tego, który jest Wszechświęty, Wszechmocny i Wszechłaskawy; jakże człowiek może prawdziwie tak o Nim myśleć, a mimo to być z Nim poufały? To niemal sprzeczność sama w sobie. Stąd też nawet religie pogańskie zawsze uważały wiarę i cześć za jedno. Wierzyć, a nie czcić; oddawać cześć poufale i bez troski — to anomalia i osobliwość nieznana nawet fałszywym religiom, cóż dopiero mówić o prawdziwej. Nie tylko religie żydowska i chrześcijańska, które bezpośrednio pochodzą od Boga, wpajają ducha „czci i bojaźni Bożej", lecz te inne religie, które istniały lub istnieją — czy na Wschodzie, czy na Południu — wpajają to samo. Kult, formy kultu — takie jak klękanie, zdejmowanie sandałów, zachowywanie milczenia, przepisany strój i tym podobne — uważane są za konieczne dla należytego przystąpienia do Boga. Cały świat, różniący się w tak wielu sprawach, różniący się co do wyznania i reguły życia, zgadza się w tym jednym: że ponieważ Bóg jest naszym Stwórcą, pewne uniżenie całego człowieka jest powinnością stworzenia; że On jest w niebie, my na ziemi; że On jest Wszechchwalebny, a my robaczkami ziemi i owadami jednego dnia.

Lecz ci, którzy odłączyli się od Kościoła Chrystusowego, popadli w tym względzie w błąd większy niż pogański. Można by rzec, że stanowią wyjątek pośród zgodnego głosu całego świata — zawsze i wszędzie; przełamują jednomyślne orzeczenie ludzkości i postanawiają przynajmniej swoim postępowaniem, że cześć i bojaźń nie są pierwotnymi obowiązkami religijnymi. Uznali, że w taki czy inny sposób — czy to dzięki Bożej łasce, czy dzięki własnemu oświeceniu — zostali przybliżeni do Boga tak bardzo, iż nie mają wcale potrzeby się lękać ani nakładać żadnych więzów na słowa i myśli, gdy się do Niego zwracają. Uznali, że bojaźń jest przesądem, a cześć — niewolnictwem. Nauczyli się obcować ze świętymi rzeczami swobodnie i poufale — poniekąd z zasady. Sądzę, że jest to naprawdę potwierdzone przez fakty i wyda się badającym sprawę prawdziwym co do istoty, choć jeden człowiek będzie się różnił od drugiego co do słów, jakimi wyraziłby sam fakt.

Samuel był małym dzieckiem, które nigdy nie odpadło od Boga, lecz dzięki Jego łasce służyło Mu zawsze. Weźmy teraz przykład bardzo odmienny — przykład pokutującego grzesznika, jaki dany nam jest w przypowieści o Celniku i Faryzeuszu. Nie potrzebuję chyba mówić, który z dwóch bardziej podobał się Bogu — Celnik; Faryzeusz natomiast nie znalazł u Niego przyjęcia. Cóż uczynił Faryzeusz? Nie posunął się nawet do zachowania niestosownego i ekstatycznego: był poważny i uroczysty, a jednak to, co uczynił, wystarczyło, by obrazić Boga, gdyż zanadto siebie wynosił i zanadto sobą się zajmował. Choć poważny i uroczysty, nie był pełen czci; przemawiał z wyniosłością i pychą, wygłosił długie zdanie dziękując Bogu, że nie jest jak inni ludzie, i gardząc Celnikiem. Tak właśnie zachowywał się Faryzeusz; lecz Celnik zachował się zgoła inaczej. Zauważcie, jak przyszedł oddać cześć Bogu: „stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: Boże, miej litość dla mnie grzesznika". Widzicie — słów miał niewiele, i to niemal urywanych, a całe jego postępowanie było pokorne i pełne czci; czuł, że Bóg jest w niebie, on na ziemi, Bóg Wszechświęty i Wszechmogący, a on ubogim grzesznikiem.

Otóż wszyscy jesteśmy grzesznikami, wszyscy potrzebujemy przychodzić do Boga tak jak Celnik; każdy, kto tylko zbada swe serce, przypatrzy się swemu postępowaniu i spróbuje spełniać swój obowiązek, przekona się, że pełen jest grzechów wzbudzających gniew Boży. Nie twierdzę, że wszyscy ludzie są grzesznikami w równym stopniu; jedni grzeszą dobrowolnie i dla nich nie ma nadziei, dopóki się nie nawrócą; inni grzeszą, lecz starają się unikać grzechu, modlą się do Boga, by ich poprawił, i przychodzą do Kościoła, by stać się lepszymi; lecz wszyscy ludzie są dość grzesznikami, by powinnością ich było zachowywać się jak Celnik. Każdy powinien wchodzić do Kościoła tak jak Celnik — mówiąc w sercu: „Panie, nie jestem godny wejść w to święte miejsce; jedyną moją prośbą, by mi wejść wolno, są zasługi Jezusa Chrystusa, Zbawiciela mego." Gdy więc człowiek wchodzi do Kościoła, jak czyni to wielu, niedbale i poufale, myśląc o sobie, nie o Bogu, siada chłodno i wygodnie, albo wcale nie odmawia modlitwy, albo tylko zasłania twarz dla pozoru, siedząc przez cały czas — nie stojąc ani nie klęcząc; potem rozgląda się, kto jest w Kościele, a kogo nie ma, i urządza się wygodnie na swoim miejscu, używając klęcznika jedynie jako podnóżka; słowem, przychodzi do Kościoła jak do miejsca, w którym się nie spotyka Boga i Jego świętych Aniołów, lecz ogląda to, co wzrok widzi, i słucha tego, co ucho słyszy — a potem wychodzi i swobodnie wydaje sąd o kazaniu, mówiąc: „To mi się nie podoba" lub „To jest dobry argument, tamten zły" albo „Ten człowiek mi się nie podoba tak bardzo jak tamten" — i tak dalej; mam na myśli, gdy człowiek zachowuje się pod każdym względem tak, jakby był u siebie w domu, nie zaś w domu Bożym — to wszystko, co mogę powiedzieć, to że śmie czynić w obecności Bożej to, czego nie śmią czynić ani Cherubiny, ani Serafiny; albowiem one zakrywają oblicza i — jakby nie śmiejąc zwrócić się wprost do Boga — wielbią Go wzajemnie przed sobą, w niewielu słowach, ciągle powtarzanych, mówiąc: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów.

To, co powiedziałem, wystarczy, by zasugerować, na czym polega służenie Bogu w sposób Mu miły, to znaczy — jak mówi święty Paweł — „z czcią i bojaźnią Bożą". Nie powinniśmy poszukiwać form dla nich samych, lecz powinniśmy pamiętać, gdzie jesteśmy — a wówczas formy same wejdą w naszą służbę w sposób naturalny. We wszystkim powinniśmy postępować tak, jakbyśmy widzieli Boga; to znaczy, jeśli wierzymy, że Bóg tu jest, będziemy zachowywać milczenie; nie będziemy się śmiać ani rozmawiać, ani szeptać podczas nabożeństwa, jak czyni to wielu młodych ludzi; nie będziemy się rozglądać. Będziemy naśladować przykład samego Kościoła. To znaczy: podobnie jak słowa, których używamy w modlitwach kościelnych, nie są naszymi własnymi — tak i spojrzenia nasze, postawy i myśli nie będą naszymi własnymi. Zgodnie ze słowami proroka, nie będziemy tam „czynić swoich dróg" ani „szukać swych uciech", ani „wypowiadać własnych słów"; naśladując wszystkich Świętych przed nami, w tym świętych Apostołów, którzy w uroczystym kulcie nigdy nie wypowiadali własnych słów — lecz albo te, których nauczył ich Chrystus, albo te, których nauczył ich Duch Święty, albo te, których nauczył ich Stary Testament. To właśnie dlatego zawsze modlimy się w Kościele z książki; Apostołowie powiedzieli do Chrystusa: „Panie, naucz nas się modlić", i Pan nasz łaskawie dał im modlitwę zwaną Modlitwą Pańską. Z tego samego powodu i my używamy Modlitwy Pańskiej oraz Psalmów Dawida i innych świętych mężów, a także hymnów danych nam w Piśmie, uważając za lepsze posługiwanie się słowami natchnionych Proroków niż naszymi własnymi. Z tego samego powodu używamy wielu krótkich próśb, takich jak: „Panie, zmiłuj się nad nami", „O Panie, zbaw Królową", „O Panie, otwórz wargi nasze" — i tym podobnych; nie mnożąc słów, nie zaokrąglając zdań, nie pozwalając sobie na rozwijanie modlitwy.

Tak więc wszystko, co czynimy w Kościele, czynimy na zasadzie *czci*; czynimy to z myślą, że jesteśmy w obecności Bożej. Lecz osoby pozbawione czci, nie rozumiejąc tego, gdy wchodzą do Kościoła i nie znajdą tam niczego uderzającego, gdy stwierdzą, że wszystko jest czytane z książki, spokojnie i cicho, a tym bardziej gdy przyjdą po raz drugi i trzeci i znajdą wszystko dokładnie tak samo — wciąż to samo — czują się znużone i zmęczone. „Nie ma tu nic" — mówią — „co by je pobudziło lub zainteresowało". Uważają służbę Bożą za nudną i uciążliwą, jeśli wolno mi użyć takich słów; albowiem nie przychodzą do Kościoła, by oddać cześć Bogu, lecz by sprawić sobie przyjemność. Chcą czegoś nowego. Sądzą, że modlitwy są za długie, i pragnęliby więcej kazań — i to w uderzającym stylu oratorskim, donośnym głosem i kwiecistą mową. A gdy zauważają, że wierni w Kościele są poważni i skupieni w swym zachowaniu i nie zechcą patrzeć, rozmawiać i poruszać się tak swobodnie jak na dworze lub we własnym domu — wówczas (jeśli są bardzo bezbożni) wyśmiewają ich jako słabych i przesądnych. Czyż nie jest zatem oczywiste, że ci, których tak nudzą, nużą i niecierpliwią nasze nabożeństwa tutaj na ziemi, z pewnością znudziliby się i zmęczyliby w niebie? Albowiem tam Cherubiny i Serafiny „nie mają wytchnienia we dnie i w nocy", wołając: „Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Wszechmogący". Taki też będzie sposób Świętych w chwale; powiedziano nam bowiem, że będzie wielki głos licznego ludu mówiący: Alleluja; i znowu rzekli Alleluja, i czterdziestu czterech starców rzekło Alleluja, i głos wielu wód, i głos potężnych gromów rzekł Alleluja. Taki też był sposób Pana naszego, który w swej agonii trzykrotnie powtórzył te same słowa: „Niech się stanie wola Twoja, nie moja". Jest rozkoszą wszystkich świętych istot stojących wokół Tronu używanie jednej i tej samej formy kultu; nie nudzą się, jest dla nich zawsze nową radością wypowiadać te słowa na nowo. Nie nudzą się nigdy; lecz z pewnością ci wszyscy, którym teraz naprzykrza się Kościół i którzy szukają czegoś bardziej pociągającego i porywającego, rychło by się znudzili słuchaniem ich, zamiast brać udział w ich chwalebnym śpiewie.

Niechże zatem wiedzą z pewnością wszyscy i będą z góry uprzedzeni, że jeśli przychodzą do Kościoła, by ich serca były wprawiane w nowe i niezwykłe stany i by ich uczucia były wstrząsane i rozbudzane — przychodzą po to, czego nie znajdą. Pragniemy, by przyłączyli się do Świętych i Aniołów w oddawaniu chwały Bogu; by mówili razem z Serafinami: „Święty Pan Bóg Zastępów"; by mówili razem z Aniołami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał"; by mówili wraz z Panem i Zbawicielem naszym: „Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech" i co następuje; by mówili wraz ze świętą Maryją: „Wielbi dusza moja Pana"; ze świętym Symeonem: „Teraz puszczasz sługę Twego, Panie, w pokoju"; z Trzema Dziećmi wrzuconymi do pieca ognistego: „Chwalcie Pana wszystkie dzieła Pańskie, wysławiajcie Go i wywyższajcie na wieki"; razem z Apostołami: „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego; i w Ducha Świętego". Pragniemy czytać im słowa natchnionego Pisma i trzeźwo wyjaśniać jego naukę stosownie do jego wzorca. O to właśnie prosimy ich, by mówili wciąż na nowo: „Panie, zmiłuj się"; „Wysłuchaj nas, o Panie, błagamy"; „Wybaw nas, Panie dobry"; „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu". Wszystkie stworzenia święte nieustannie wychwalają Boga — nie słyszymy ich, a jednak Go wielbią i do Niego się modlą. Wszyscy Aniołowie, chwalebne grono Apostołów, zacne bractwo Proroków, szlachetne wojsko Męczenników, Kościół Powszechny Święty, wszyscy dobrzy ludzie na całej ziemi, wszystkie duchy i dusze sprawiedliwych, wszyscy nasi przyjaciele, którzy odeszli w wierze i bojaźni Bożej — wszyscy wielbią i modlą się do Boga: przychodzimy do Kościoła, by do nich się przyłączyć; głosy nasze są bardzo słabe, serca nasze bardzo przyziemne, wiara nasza bardzo krucha. Nie jesteśmy godni przychodzić — z pewnością nie — rozważmy, jak wielką łaską jest móc dołączyć do chwał i modlitw Miasta Boga Żywego, będąc takimi grzesznikami; nie byłoby nam wolno przychodzić wcale, gdyby nie zasługi Pana i Zbawiciela naszego. Patrzmy wytrwale na Krzyż — oto znak naszego zbawienia. Pamiętajmy zawsze o świętym Imieniu Jezusa, w którym niegdyś wyganiano szatanów. Oto myśli, z którymi winniśmy przychodzić do Kościoła; i jeśli przychodzimy nieco przed rozpoczęciem nabożeństwa i chcemy mieć nad czym rozmyślać — patrzmy nie na to, kto przychodzi i kiedy, lecz na samą świątynię, która przywoła nam na pamięć wiele dobrych rzeczy; albo sięgnijmy po Modlitewnik i szukajmy takich miejsc jak Psalm 84, który brzmi: „Jakże miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni za przedsionkami Pańskimi; serce moje i ciało moje radują się w Bogu żywym".

Taki będzie nasz sposób bycia i nasze myśli w Kościele, jeśli jesteśmy prawdziwymi chrześcijanami; i dałem ten ich opis nie tylko ze względu na tych, którzy nie są pełni czci, lecz ze względu na tych, którzy starają się ją zachowywać — ze względu na nas wszystkich, którzy staramy się przychodzić do Kościoła skromnie i spokojnie, abyśmy wiedzieli, dlaczego tak czynimy, i mieli odpowiedź, gdyby ktoś nas zapytał. Taki też będzie nasz sposób bycia nawet poza Kościołem. Mam na myśli to, że ci, którzy wciąż i wciąż przychodzą do Kościoła w ten pokorny i niebiański sposób, za sprawą miłosierdzia Bożego znajdą tego skutki w swoim codziennym postępowaniu. Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj, gdzie spędził czterdzieści dni i czterdzieści nocy, twarz jego promieniała i oślepiała ludzi, tak że musiał nakryć ją zasłoną. Taki jest skutek łaski Bożej dla tych, którzy przychodzą do Kościoła w wierze i miłości; ich sposób działania i mówienia, samo ich obejście i zachowanie okazują, że byli w obecności Bożej. Są zawsze trzeźwi, pogodni, skromni, poważni i pełni gorliwości. Nie hańbią swego wyznania, nie wzywają imienia Bożego nadaremno, nie używają słów pełnych namiętności, nie kłamią, nie żartują niestosownie, nie posługują się słowami haniebnym — strzegą swoich ust; trzymali w ryzach swoje usta w Kościele, unikając pochopności — mogą więc trzymać je w ryzach i w domu. Mają oblicza jasne, uśmiechnięte, przyjemne. Nie przybierają pozornej powagi i nie czynią sobie, jak owi obłudnicy, o których mówi Chrystus, smutnych twarzy, lecz są naturalni i swobodni, i mimowolnie nie mogą ukryć w spojrzeniu, głosie i zachowaniu, że są miłymi dziećmi Bożymi i mają Jego łaskę w sobie. Są uprzejmi i pomocni, życzliwi i przyjaźni; nie zazdrośni ani zawistni, nie kłótliwi, nie złośliwi ani mściwi, nie samolubni, nie chciwi, nie skąpi, nie miłujący świata, nie bojący się świata, nie bojący się tego, co człowiek może im uczynić.

Tacy są ci, którzy w Kościele oddają cześć Bogu w duchu i w prawdzie; miłują Go i boją się Go. Prócz tych zaś, którzy wyznają, że miłują bez bojaźni, są dwa rodzaje osób, które nie dosięgają tej miary; po pierwsze i co najgorsze — ci, którzy ani się nie boją Boga, ani Go nie miłują; po drugie — ci, którzy się Go boją, lecz Go nie miłują. Są wszędzie — niestety — jacyś zuchwali, pyszni i rozczarowani ludzie, którzy, na tyle na ile się odważają, mówią przeciw religii w ogóle; nie przychodzą do Kościoła, a jeśli przychodzą — przychodzą, by zobaczyć, co się dzieje, nie by oddawać cześć. To są ci, którzy ani nie miłują, ani się nie boją. Lecz bardziej pospolitym rodzajem są ci, którzy mają jakąś bojaźń Bożą bez Jego miłości — którzy czują i wiedzą, że jedne rzeczy są słuszne, a inne niesłuszne, a jednak nie trzymają się tego, co słuszne; którzy są świadomi, że grzeszą raz po raz — i to dobrowolnie; którzy mają niespokojne sumienie i lękają się śmierci; którzy mają jednak pewien rodzaj poważnego stosunku do rzeczy świętych, czczą Kościół i jego ustanowienia, którzy byliby zgorszeni jawną bezbożnością, którzy nie naśmiewają się z Chrztu, a tym bardziej z Najświętszego Sakramentu — lecz mimo to nie mają w sercu miłości i posłuszeństwa Bogu. Ten stan, obawiam się, bracia moi, może być udziałem niektórych z was. Baczcie na to, byście byli wolni od grzechu poznania i wyznania swego obowiązku, a nieczynienia go. Jeśli tacy jesteście i nie dokładacie żadnego starania, by się poprawić; jeśli nie przychodzicie do Kościoła szczerze, po łaskę Bożą, która was przemieni, i nie zabiegacie poważnie o to, by być lepszymi i spełniać swój obowiązek bardziej gruntownie — nic wam nie pomoże wszelka cześć w zachowaniu i wszelka regularność w przychodzeniu do Kościoła. Bóg nienawidzi kultu samych warg; żąda kultu serca. Człowiek może się kłaniać i klękać, i wyglądać pobożnie, lecz ni o krok nie jest bliżej nieba, jeśli nie stara się być posłusznym Bogu we wszystkim i spełniać swój obowiązek. Lecz jeśli rzetelnie zabiega o posłuszeństwo Bogu, wówczas i jego zewnętrzne zachowanie będzie pełne czci; przyzwoite formy staną mu się naturalne; święte ustanowienia, choć przychodzące do niego z Kościoła, zarazem (jakby) wychodzić będą z jego serca; będą częścią jego samego, a on tak mało pomyśli o rezygnacji z nich, jak mało myśli o rezygnacji z codziennej odzieży — owszem, jak mało mógłby się obejść bez języka i ręki przy mówieniu i działaniu. Oto prawdziwy sposób spełniania służby pobożności: nie mieć uczuć bez czynów, ani czynów bez uczuć; lecz i czynić, i czuć — dbać o to, by serca nasze i ciała nasze były razem uświęcone i stały się jednym; serce rządzące naszymi członkami i sprawiające, że cały człowiek służy Temu, który odkupił całego człowieka — ciało równie jak duszę.

← wróć do odkrywania