*„Lecz z łaski Boga jestem tym, czym jestem, i łaska Jego nie okazała się daremna."* — 1 Kor 15,10
Trudno nam sobie wyobrazić, aby łaska — taka jak ta, której dostąpił wielki Apostoł przemawiający w tekście — miała być dana na próżno; innymi słowy, nie spodziewalibyśmy się, że zostałaby udzielona, gdyby wszechmocny Dawca przewidział i zamierzył z góry, że okaże się daremna. Nie chcę przez to oczywiście zaprzeczać, że dary Boże bywają przez człowieka nadużywane i trwonione — tak bowiem jest; lecz gdy rozważamy cudowny sposób nawrócenia świętego Pawła i wyjątkowy przywilej, który mu był przyznany — jedynego z ludzi, o którym wyraźnie zapisano, że miał przywilej ujrzeć Chrystusa cielesnymi oczami po Jego wniebowstąpieniu, co zostało wspomniane tuż przed wersem-mottem — powiadam: rozważając te wzniosłe i niezwykłe łaski, które Apostołowi zostały darowane, naturalne jest, że oczekujemy, iż za ich pośrednictwem miały być osiągnięte jakieś wielkie cele w historii Kościoła — takie, jakie w istocie zostały spełnione. Nie możemy, rzecz jasna, wiedzieć, dlaczego Bóg działa ani według jakiej zasady wybiera; zawsze winniśmy być trzeźwi i pokorni w myśleniu o Jego drogach, które są nieskończenie wyższe od naszych. Jednak to, co przed wydarzeniem byłoby może śmiałą spekulacją, po wydarzeniu staje się przynajmniej pożyteczną medytacją. Teraz przynajmniej, gdy czytamy dzieje świętego Pawła i zagłębiamy się w nie, możemy dostrzec i podkreślić, jak jego charakter przed nawróceniem był stosowny do tego objawienia wolnej łaski, które się w nim dokonało. Nie dlatego, jakoby mógł zasłużyć na tak wielkie miłosierdzie — myśl ta jest równie absurdalna, co bezbożna — lecz dlatego, że taki człowiek, jakim był przed łaską Bożą, z jej pomocą wyrósł w sposób naturalny w to, czym stał się później jako chrześcijanin.
Jego nawrócenie było zaprawdę „cudownym nawróceniem", jak Kościół nasz w pewnym miejscu je nazywa, gdyż było tak nieoczekiwane i — przynajmniej z pozoru — tak nagłe. Któremu z prześladowanych chrześcijan, przeciwko którym szalał tak zapamiętale, mogło przyjść do głowy, że ich wróg stanie się wielkim głosicielem i obrońcą wzgardzonego Krzyża? Czyż Bóg czyni cuda, by pozyskać jawnych i złośliwych nieprzyjaciół, a nie raczej by zachęcać i prowadzić naprzód tych, którzy nieśmiało Go szukają?
Warto zatem wymienić jeden lub dwa rodzaje nawróceń, które można by nazwać nagłymi, wypowiedzieć pewien sąd o charakterze każdego z nich i zbadać, które z nich naprawdę miało miejsce w przypadku świętego Pawła.
1\. Primo: niektórzy ludzie zwracają się ku religii z miejsca, pod wpływem jakiegoś nagłego poruszenia ducha, silnego wzruszenia bądź mocnej perswazji. Opanowuje ich nagłe postanowienie. Takie przypadki zdarzają się bardzo często tam, gdzie religia nie ma z tym nic wspólnego — i wówczas nie przywiązujemy do nich większej wagi, nazywając po prostu osoby tak zmieniające się nagle zmiennymi i płochymi. Są tedy ludzie, którzy z dnia na dzień porzucają jakieś zajęcie, któremu gorliwie się poświęcali, bądź zmieniają zawód lub rzemiosło, albo zmieniają poglądy na sprawy świata. Każdy zna wrażenie, jakie takie przypadki pozostawiają w umyśle. Osoby tak się zmieniające mogą być i często są miłe, życzliwe i przyjemne w towarzystwie — lecz nie można na nich polegać i żałujemy ich, wierząc, że szkodzą zarówno swoim doczesnym interesom, jak i własnym duszom. Są też inni, którzy niemal jawnie wyznają, że kochają zmiany dla samej zmiany; sądzą, że przyjemność życia polega na oglądaniu najpierw jednej rzeczy, potem drugiej; różnorodność jest ich największym dobrem i wystarczającym zarzutem wobec jakiegokolwiek zajęcia czy rozrywki jest to, że jest ono stare. Ci również przechodzą nagle i kapryśnie od jednej sprawy do drugiej. Tyle jeśli chodzi o codzienne życie — lecz gdy taka osoba okazuje podobną chwiejność w poglądach religijnych, ludzie zaczynają się dziwić i obserwują z ciekawością lub niepokojem, co to ma znaczyć — zwłaszcza jeśli ów człowiek, który tak nagle się zmienił, był przedtem bardzo zdecydowany w swoim dotychczasowym sposobie życia. Na przykład: jeśli nie tylko nie wyznawał głębokich religijnych przekonań, lecz wręcz był niewierzący lub rozwiązły; albo też jeśli nie tylko wyznawał jakiś określony credo, lecz był gorliwym, a nawet zapalczywym jego obrońcą — powiadam, że wówczas ludzie się dziwią, choć przy podobnych słabościach w sprawach tego świata nie dziwią się wcale.
Nie mogę też twierdzić, że mylą się, będąc wrażliwymi na takie zmiany; *powinniśmy* odczuwać inaczej, gdy chodzi o sprawy religijne, i nie być tak obojętni jak wobec zdarzeń czasowych. Gdyby ktoś nagle oznajmił nam z wielką miną powagi, że widział wypadek na ulicy, albo gdyby powiedział, że widział cud, przyznam, że jest rzeczą naturalną — co więcej, u większości ludzi, a szczególnie u niewyedukowanych, tym bardziej religijnych, z całą pewnością — odczuwać różnie wobec tych dwóch doniesień: czuć wstrząs, lecz nie drżenie trwogi przed pierwszym — a przed wieścią o cudzie pewien uroczysty zachwyt i pobożną cześć. Umysł bowiem religijny zawsze zwraca się ku Bogu, szukając Jego śladów; wszystkie zdarzenia do Niego odnosi i pragnie Jego ich wyjaśnienia; a gdy zostaje poinformowany, że Bóg objawił się w jakiś niezwykły sposób, z początku *będzie* skłonny temu wierzyć — i jedynie doświadczenie mnóstwa oszustw i fałszywych proroctw, jakie są na świecie, jego ufność w Kościół katolicki, który ma przed oczami i który jest jego przewodnikiem ku prawdzie, oraz — jeśli jest wykształcony — oświecone rozumienie biegu i praw Bożej Opatrzności, czynią go statecznym i każą mu z trudem wierzyć takim historiom. Z drugiej strony, ludzie całkowicie pozbawieni religii od razu naturalnie wyśmiewają takie doniesienia — i, jak pokazuje bieg zdarzeń, słusznie; a jednak mimo to nie zasługują na nasze uznanie tak jak ci, którzy z początku byli łatwowierni, bo mieli jakąś zasadę religijną, choć bez dostatecznej wiedzy religijnej. Nie dziwię się więc, że takie nagłe nawrócenia, o których mówiłem, zwodzą przez pewien czas nawet ludzi lepszego pokroju — których nie obwiniałbym, gdybym miał to czynić, tyle za samo łatwe uwierzenie, ile za to, że nie wierzą Kościołowi; że wierzą prywatnym osobom, które nie mają żadnej wyższej władzy nad Kościołem, i że nie pamiętają słów świętego Pawła: „Jeśliby nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy — niech będzie przeklęty."
2\. W przypadkach nagłego nawrócenia, o których mówiłem — gdy ludzie zmieniają się z miejsca albo z jawnego grzechu, albo z gorliwego stronnictwa jakiegoś wyznania, ku jakiejś nowej formie wiary lub kultu — ich płochość zdradza ich przez częste zmiany; zmieniają się znów i znów, tak że nigdy nie można być co do nich pewnym. To jest probierz ich niezdrowego stanu: nie mając korzenia w sobie, ich przekonania i gorliwość szybko więdną. Istnieje jednak inny rodzaj nagłego nawrócenia, o którym teraz mówię, w którym człowiek wytrwa do końca, konsekwentny w nowej formie, którą przyjął, a który może być słuszny lub błędny — jak się trafi — lecz którego *on* nie może się powiedzieć, że nam zaleca lub potwierdza przez swoją własną przemianę. Mam na myśli przypadek, gdy człowiek z jakiegoś powodu — czy to w sprawach religii, czy nie — nabiera głębokiego wstrętu do swojego dotychczasowego sposobu życia i nagle go porzuca na rzecz innego. To jest przypadek tych, którzy przeskakują z jednej skrajności w drugą, i na ogół wynika to z silnego i bolesnego uczucia, które destabilizuje i niejako wywraca umysł do góry nogami. Opowiada się historię o rozrzutniku, który wyszedłszy się przejść, by rozmyślać nad własną głupotą i nędzą, do której się doprowadził, po kilku godzinach wrócił do domu jako zdecydowany skąpiec i przez resztę życia wsławiał się chciwością i skąpstwem. Nie jest to nic bardziej nadzwyczajnego niż opisana przed chwilą niestałość umysłu. Podobnie ludzie czasem zmieniają się nagle z miłości w nienawiść, z zuchwałości w tchórzostwo. Zmiany te nie są godne uznania — niezależnie od tego, czy wynikają z choroby cielesnej, co bywa — i nie nadają żadnego kredytu ani sankcji wybranemu przy tej zmianie pewnemu doczesnemu stylowi życia lub nawykowi umysłu; nie czynią tego też w religii. Człowiek, który nagle wyznaje religię po rozwiązłym życiu, jedynie dlatego że ma dość swych przywar, albo że dręczy go myśl o gniewie Bożym, będącym ich następstwem, i bez miłości Boga — nie czyni religii żadnej chwały, gdyby bowiem tak się złożyło, mógłby równie dobrze zostać skąpcem lub mizantropem; i dlatego, choć religia nie jest przez to ani trochę mniej święta i prawdziwa, bo się jej poddaje, i choć bez wątpienia jest o wiele lepiej *dla niego* zwrócić się ku religii niż zostać skąpcem lub mizantropem, to jednak, gdy postępuje z pobudek, które opisałem, nie można powiedzieć, by swoim nawróceniem oddawał jakąś chwałę sprawie religii. A jednak to właśnie takie osoby bywały w różnych czasach uznawane za wielkich świętych i uważane za zalecające i dowodzące prawdziwości Ewangelii światu!
Jeśli teraz ktoś zapyta, jaki jest probierz tego, że ten rodzaj nagłego nawrócenia nie pochodzi od Boga — tak jak niestałość i częste zmiany są probierzem, w obaleniu boskości nawróceń przed chwilą wspomnianych — odpowiem: jest nim posępność, nieludzkość i nieprzystosowanie do tego świata. Ludzie, którzy się zmieniają pod wpływem silnej namiętności i bólu, stają się twardzi i sztywni jak kamień lub żelazo; nie nadają się do życia; nadają się tylko do pustelni, w których czasem się zaszywają; mogą pełnić tylko jeden lub dwa ze swoich obowiązków, i to tylko w jeden sposób; nie zmieniają wprawdzie swoich zasad — jak chwiejny konwertyta — lecz z drugiej strony nie potrafią stosować, przystosowywać, dostosowywać, modyfikować, różnicować swych zasad do rzeczywistego stanu rzeczy, co jest wadą przeciwną. Nie dążą do doskonałego posłuszeństwa zarówno w rzeczach małych, jak i wielkich — a jest to wada bardzo poważna, jeśli patrzeć na nią jedynie od strony praktycznej, bez żadnego odniesienia do poglądów i pobudek, z których pochodzi. Jest ona jak najbardziej przeciwna duchowi prawdziwej religii, która ma nas przygotować na wszelkie okoliczności życia w miarę ich nadchodzenia, abyśmy byli pokorni, ulegli, gotowi, cierpliwi i pogodni — abyśmy naprawdę okazywali się sługami Bożymi, którzy wszystko czynią dla Niego, przychodzą gdy wzywa, odchodzą gdy posyła, i to lub owo czynią na Jego rozkaz. Tyle jeśli chodzi o praktykę takich ludzi; gdy sięgamy głębiej i pytamy *dlaczego* są tak formalni i nieugięci w swym trybie życia, jakie zasady czynią ich tak szorstkimi i nieużytecznymi, obawiam się, że trzeba to odnieść do jakiejś formy samolubstwa i pychy — tych samych zasad, które w innych okolicznościach zamieniłyby rozpustnika w chciwca i skąpca.
Sądzę, że od razu widać, iż nawrócenie świętego Pawła — jakkolwiek się dokonało i jakikolwiek był jego przebieg — nie przypominało ani jednego, ani drugiego z tych przypadków. Że nie była to zmiana płochego umysłu, dowodzi jego stałość w trwaniu przy nowej wierze — jego wytrwałość aż do śmierci, śmierci męczeńskiej. Że nie była to zmiana umysłu pysznego i rozczarowanego, porzucającego z obrzydzeniem to, co niegdyś kochał zbyt mocno, świadczą różnorodność jego trudów, czynna służba i nieustanna obecność w zgiełku zatłoczonych arterii świata; pogoda ducha, ochoczość, energia, biegłość i wytrwałość, z jakimi bronił sprawy Bożej wśród grzeszników. Przypomina nam o swej stałości, a zarazem łagodności, gdy mówi: „Czemu płaczecie i rozdzieracie mi serce? Ja bowiem gotów jestem nie tylko na więzy, ale i na śmierć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa" — oraz o swej gotowej uległości woli Bożej we wszelkich jej postaciach, gdy powiada: „Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych."
3\. Istnieje jednak inny rodzaj nagłego nawrócenia — a raczej tego, co takim się wydaje — nierzadko spotykany, który może być tym, do czego należy odnieść nawrócenie świętego Pawła, i który teraz chcę opisać.
Gdy ludzie naprawdę i szczerze zmieniają swoje religijne poglądy, to nie są to tylko poglądy, które zmieniają, lecz ich serca; i jest rzeczą oczywistą, że nie dokonuje się to w jednej chwili — jest to dzieło powolne. Niemniej jednak, choć stopniowe, zmiana często nie jest równomierna, lecz postępuje, by tak rzec, skokami i przystankami, pod wpływem zewnętrznych wydarzeń i innych okoliczności. Widzimy to w wzroście roślin: jest powolny, stopniowy, ciągły; a jednak pewnego dnia zdarza się, że rosną więcej niż innego dnia, robią pęd, albo przynajmniej jakiś przypadkowy zbieg okoliczności zwraca naszą uwagę na ich wzrost właśnie tego dnia i pozostaje nam w pamięci. Podobnie jest z naszymi duszami: wszyscy z natury jesteśmy daleko od Boga, a nadto wszyscy mamy charaktery do ukształtowania, co jest dziełem czasu. Wszystko to musi mieć swój początek; a ci, którzy prowadzą teraz religijne życie, zaczęli w różnym czasie. Chrzest jest bowiem Bożym czasem, gdy On po raz pierwszy udziela nam łaski; lecz niestety, przez przekorę naszej woli nie idziemy za Nim. Musi więc być czas na początek. Wielu ludzi nie pamięta wcale żadnej wyraźnej i określonej chwili, *kiedy* zaczęło szukać Boga. Inni pamiętają pewien czas — nie tyle, ściśle mówiąc, kiedy zaczęli, ile kiedy zrobili to, co można by nazwać skokiem naprzód, czy to rzeczywiście pod wpływem zewnętrznych wydarzeń, czy przynajmniej z jakiegoś powodu, który skupił na tym ich uwagę. Jeszcze inni kształtują nadal charakter religijny i towarzyszące mu religijne poglądy, trwając zarazem przy jakimś zewnętrznym wyznaniu wiary z nimi sprzecznym — jak na przykład ci, którym przypadło w udziale nieszczęście wychowania wśród pogan, Żydów, niewiernych lub heretyków. Przez długi czas wyznają nauki, w których zostali wychowani, nie dostrzegając, że charakter kształtujący się w nich jest z nimi sprzeczny — aż wreszcie ów wewnętrzny wzrost przebija się na zewnątrz, pociągając za sobą towarzyszące mu poglądy, a martwa zewnętrzna powłoka błędu — nie mająca żadnego korzenia w ich umysłach — pod wpływem jakiegoś przypadkowego zdarzenia nagle odpada; nagle, podobnie jak budynek może nagle runąć, który przez wiele lat chylił się ku upadkowi i pada właśnie w tej chwili, a nie w innej, wskutek jakiejś przypadkowej, jak się mówi, przyczyny, której nie umiemy wskazać.
We wszystkich tych przypadkach jeden moment bywa często uznawany przez ludzi religijnych za właściwy czas nawrócenia, jakby był nagły — choć naprawdę, jak widać, w żadnym z nich nie ma niczego nagłego. W ostatnim z tych przypadków — który w jakimś stopniu, jeśli wolno tak powiedzieć, mógł być przypadkiem świętego Pawła — za czas nawrócenia uznawana jest chwila, gdy formalne zewnętrzne wyznanie błędu odpadło. Inni pamiętają pierwszą chwilę, gdy jakaś głęboka poważna myśl zjawiła się w ich umyśle, i uważają ją za datę swojej wewnętrznej przemiany. Jeszcze inni pamiętają jakiś pośredni punkt w czasie, gdy po raz pierwszy jawnie wyznali wiarę lub odważyli się na jakiś szlachetny czyn dla Chrystusa.
Mógłbym dalej, bardziej szczegółowo pokazać, jak to, co powiedziałem, odnosi się do świętego Pawła — lecz zajęłoby to zbyt wiele czasu. Zaznaczę tylko ogólnie, że wiele w charakterze świętego Pawła nie zmieniło się przy nawróceniu, lecz zostało jedynie skierowane ku innym i wyższym przedmiotom oraz oczyszczone; zmieniło się jego wyznanie wiary i dusza przez odrodzenie. I choć grzeszył w sposób najcięższy i straszny, gdy Chrystus ukazał mu się z nieba, już wtedy — podobnie jak potem — okazywał płonącą, energiczną gorliwość o Boga, niezwykłą skrupulatność życia, powściągliwość od wszelkiej dogadzania sobie — a cóż dopiero od wszelkiego przybliżania się do zmysłowości lub lenistwa — i bezwzględne posłuszeństwo temu, co uważał za wolę Bożą. Pysza była jego wewnętrznym wrogiem — pycha, która potrzebowała obalenia. Zachowywał się raczej jak obrońca i strażnik tego, co uważał za prawdę, niż jak jej sługa; polegał na własnych poglądach; był apodyktyczny i uparty; nie szukał światła jak małe dziecko; nie oczekiwał nadchodzącego Zbawiciela i przeoczył Go, gdy przyszedł.
Jakże wielka jednak była zmiana pod tymi względami, gdy stał się sługą Tego, którego prześladował! Jak niegdyś wyróżniał się pyszną ufnością w siebie, w swoje przywileje, wiedzę, urodzenie, praktyki — tak stał się znamienity swą pokorą. Jak bardzo uniżył się, gdy mówi: „Jestem bowiem najmniejszym z apostołów i nie jestem godzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz z łaski Boga jestem tym, czym jestem." Jak przenikliwe i bolesne jest wspomnienie przeszłości, gdy mówi: „Choć poprzednio byłem bluźniercą, prześladowcą i człowiekiem gwałtownym, dostąpiłem miłosierdzia, ponieważ działałem nieświadomie, w niedowiarstwie." Ach! Jakież całkowite zaparcie się siebie, jakiż pogarda i nienawiść siebie samego — u tego, który tak chętnie był Hebrajczykiem z Hebrajczyków i faryzeuszem — gdy znosił, by nazywano go apostatą, co było tytułem najbardziej ohydnym i poniżającym, i co więcej — chlubił się nim dla Chrystusa! Znosił, by odpychano go i opluwano jako renegata, zdrajcę, człowieka fałszywego i wiarołomnego, upadłego i zaginionego syna swojego Kościoła; hańbę matki i przekleństwo rodaków. W taki właśnie sposób patrzyli na wielkiego Apostoła owi zapamiętali zeloci, którzy zobowiązali się przysięgą, że nie będą jeść ani pić, póki go nie zabiją. Ich własnym w oczach uzasadnieniem było, że jest on „dżumą ludzką", „buntownikiem" i obrzydliwością pośród świętych instytucji, które Bóg dał.
I wreszcie — co podtrzymywało go w tej wielkiej próbie? Owa szczególna łaska, która go nawróciła, którą on jeden tylko widział — Oblicze Jezusa Chrystusa. To wszechmiłosierne, wszechświęte spojrzenie, które zwróciło się w miłości ku świętemu Piotrowi, gdy się Go zaparł, i tym samym skłoniło go do pokuty — spojrzało też na świętego Pawła, gdy Jego prześladował, i sprawiło w nim nagłe nawrócenie. „Na końcu," mówi, „ukazał się też i mnie jako poronionemu płodowi." Jedno spojrzenie owego Boskiego Oblicza — tak tkliwego, tak miłującego, tak majestatycznego, tak spokojnego — wystarczyło, by najpierw go nawrócić, a następnie podtrzymywać na jego drodze wśród gorzkich nienawiści i zaciekłości, które miał wzbudzać u tych, którzy dotąd go miłowali.
A jeśli takie jest działanie chwilowej wizji chwalebnego Oblicza Chrystusa — cóż za błogość, bracia moi, czeka tych, którym dane będzie, gdy skończy się to życie, oglądać to Oblicze wiecznie?