HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania o sprawach dnia

Kazanie VI. Wiara i doświadczenie

Gdy wiara wydaje się nierozumna Wiara a rozumChrzest i bierzmowanie
„Pan bowiem patrzy nie tak jak patrzy człowiek; człowiek widzi to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce."
W skrócie. Kazanie analizuje napięcie między wiarą chrześcijańską a codziennym doświadczeniem zmysłowym i rozumowym. Newman omawia cztery trudne dogmaty — o odrodzeniu chrzcielnym, tryumfie Kościoła, doktrynach o Trójcy i Wcieleniu oraz o wiecznej karze — które pozornie przeczą temu, co widzimy. Chrześcijanin musi wybrać słowo Boże ponad pozory, co jest istotą życia wiarą.

„Bóg jest prawdomówny, a każdy człowiek kłamcą"; wierzmy Mu, choćby cały świat powstał i jednym głosem zaprzeczył Jego słowom.”

*„Pan bowiem patrzy nie tak jak patrzy człowiek; człowiek widzi to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce."* — 1 Sm 16,7

Ten spośród synów Jessego, w którym Samuel upatrywał przyszłego króla Izraela, odznaczał się imponującą postawą i wzrostem; nie był podobny do Dawida — młodzieńca co prawda urodziwego i o pięknym obliczu, ale takiego, którym Filistyni mogli by gardzić. Samuel i Goliat, prorok Boży i pogański olbrzym, osądzali jednakowo — wedle tego, co widzieli przed sobą. Samuel, ujrzawszy mężną postać i twarz Eliaba, powiedział: „Na pewno przed Panem stoi Jego pomazaniec." A Bóg odpowiedział mu: „Nie patrz na jego wygląd ani na wysoki wzrost, bo odrzuciłem go; Pan bowiem patrzy nie tak jak patrzy człowiek; człowiek widzi to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce." Goliat zaś, gdy „spojrzał i ujrzał Dawida", „wzgardził nim, bo był młody, rumiany i urodziwy". I Dawid sam odpowiedział mu w imieniu swoim: „Pan nie ocala mieczem ani dzidą, bo jest to sprawa Pana". Już wówczas, jak i w dniach późniejszych, słabi byli mocnymi, a mocni słabymi; pierwsi — ostatnimi, a ostatni — pierwszymi; możni strąceni ze swoich tronów, a pokorni i cisi — wywyższeni.

O ileż bardziej teraz, gdy Najwyższy ukrył siebie pod postacią sługi i wstąpiwszy do nieba, zesłał Ducha Świętego jako niewidzialnego Przewodnika i Pocieszyciela, — o ileż bardziej potrzeba nam teraz przestrogi, abyśmy nie sądzili według tego, co widzimy, lecz według tego, co Bóg rzekł. Gdy Jego słowo i Jego widzialny świat dostarczają nam sprzecznych wiadomości, naszym obowiązkiem jest zaufać słowu objawionemu, a nie światu widzialnemu. Nie dlatego, jakoby wzrok nie był Jego darem, ale dlatego, że zażądał On od nas jako chrześcijan — jako jakiegoś skromnego wynagrodzenia za swą miłość ku nam — byśmy w chwili, gdy te dwa źródła wiedzy, jedno naturalne, drugie objawione, przeczą sobie nawzajem, zaufali temu drugiemu przez pewien czas — przez krótki czas, aż ten świat cieni przeminie i znajdziemy się w owym nowym świecie, w którym nie ma sprzeczności między widzeniem a słyszeniem, lecz pełna jedność i harmonia we wszystkim, gdyż On sam jest jego światłością. Lecz do tego czasu jest właśnie naszym wyznaniem wiary jako dzieci królestwa, abyśmy kroczyli przez wiarę, a nie przez widzenie. Stąd też w Nowym Testamencie danych nam jest wiele przestróg przed wyrabianiem sobie ostatecznych sądów o ludziach i rzeczach na podstawie tego, co widzimy; abyśmy „nie wydawali sądu przedwcześnie, ale czekali aż przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co ukryte w ciemności, i ujawni zamiary serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga". Z kolei św. Paweł mówi: „Czy zapatrujecie się na sprawy po ludzku? Jeśli ktoś jest przekonany w sobie, że należy do Chrystusa, niechaj zważy i to, że my tak samo należymy do Chrystusa". I podobnie nasz Zbawiciel: „Nie sądźcie z pozorów, ale wydajcie sprawiedliwy sąd".

Chcę rozważyć pewien wycinek tego rozległego zagadnienia, a mianowicie uwydatnić kwestię bardzo doniosłą: konieczność, w obliczu której stoimy jako prawdziwi chrześcijanie, czerpania naszych religijnych pojęć i przekonań nie z tego, co widzimy, lecz z tego, czego nie widzimy, a jedynie słyszymy; albo raczej — wielki błąd, w którym tkwią ludzie tego świata, sądząc o sprawach religijnych wyłącznie na podstawie tego, czego uczy ich życiowe doświadczenie. Musimy w coś wierzyć; różnica między ludźmi religijnymi a innymi polega na tym, że ci drudzy ufają temu światu, ci pierwsi zaś — światu niewidzialnemu. Jedni i drudzy mają wiarę, lecz jedni wiarę w powierzchnię rzeczy, drudzy — w słowo Boże. Ludzie tego świata biorą za pewnik, że wszystko, co się wydaje, naprawdę jest. Myślą, że nie ma niczego głębszego niż to, co ukazuje się na pierwszy rzut oka. Nie mogą nakłonić się do przekonania, że prawda jest ukryta; że charaktery, słowa, czyny, wyznania, losy, doktryny i rozumowania ludzkie wymagają starannego i krytycznego zbadania, zanim dotrze się choćby do śladów prawdy. Chętnie przyznają, że w naukach o świecie zjawisko jest sprzeczne z prawdą rzeczy. Doskonale rozumieją, że wielkie siły sprawcze w materialnym wszechświecie są niewidzialne, a to, co widzialne, jest zwodnicze. Niechętnie, lecz uznają, że gwiazdy nie poruszają się, choć tak wygląda; że subtelne fluidy i tajemnicze siły, których wykrycie wymagało wieków, są przyczynami najwspanialszych przemian w przyrodzie; a jednak uważają za głupstwo, by nie dowierzać obliczu świata w sprawach religijnych lub by wśród przemijających cieni czasu szukać śladów Wiecznego i Jego miejsc spoczynku.

Natomiast sam punkt wyjścia człowieka religijnego stanowi wyznanie, że widoki tego świata są przeciwne jemu, i że mimo to musi wierzyć Bogu. Warto na to zwrócić uwagę, bo jest rzeczą powszechną, że szydercy wysuwają ten zarzut, a chrześcijanie odczuwają go jako sprzeciw wobec nauk Pisma Świętego, mianowicie, że nauki te są sprzeczne z naocznym doświadczeniem. Lecz cokolwiek warta jest ta uwaga w ustach niewierzącego, jest ona chybiona i niedorzeczna, gdy rozważają ją chrześcijanie; gdyż kiedy staliśmy się chrześcijanami, uczyniliśmy jako pierwszy krok wyznanie, że widzenie jest przeciwko nam, i postanowiliśmy z łaski Bożej ufać Jego słowu bardziej niż widzeniu. Jest to stwierdzenie, któremu tak postawionemu niewielu zaprzeczy; przechodzę przeto do obszerniejszego zilustrowania go przez poszczególne przykłady, które obawiam się, że wielu uzna za trudniejsze do przyjęcia.

**1.** Weźmy dla przykładu dogmat, o który wiele się dziś spiera i który wielu odrzuca — dogmat o odrodzeniu chrzcielnym. Pismo Święte mówi nam wyraźnie, że „jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego"; że Bóg zbawił nas „przez obmycie odradzające"; że „Chrzest zbawia"; i że „obmywamy grzechy nasze" przez Chrzest. Nie wskazano nam żadnego innego środka do osiągnięcia odrodzenia ani nowych narodzin; tak więc gdy Chrzest ma przenosić nas ze stanu natury w stan łaski, a człowiek nie rodzi się na nowo w Chrzcie, trudno pojąć, w jaki inny sposób miałby się narodzić na nowo. Taka jest prawdziwa nauka, którą zawsze przyjmował cały Kościół. A jednak z drugiej strony zastanówmy się, jak ciężką walkę musi staczać wiara z doświadczeniem w tej sprawie i jak pewne jest, że tylko wiara może ją wygrać.

Że Chrzest rzeczywiście zmienia stan moralny człowieka, jak też jego stan w oczach Bożych; że daje mu środki, by być człowiekiem lepszym, niż by był bez niego, a więc w rezultacie sprawia, iż jest człowiekiem o wiele lepszym lub o wiele gorszym, niż byłby bez niego; że dwie dusze, jedna ochrzczona, a druga nie, nie są w tym samym stanie moralnym, lecz że ochrzczona, jako odrodziona, jest wewnętrznie albo lepsza, albo gorsza, albo jedno i drugie zarazem — pod pewnym względem lepsza, a pod innym gorsza — od nieochrzczonej; tak że można by powiedzieć, iż Chrzest jest podobny do działania promieni słońca w miejscu, gdzie panował półmrok — usuwa jednostajność i posępność krajobrazu i wydobywa go w całym bogactwie barw, przyjemnych lub nieprzyjemnych, zależnie od tego, czy z niego korzystamy czy nie; albo podobny do wykształcenia, które też (choć w inny sposób) rozwija i różnicuje umysł — wszystko to zdaje się pewnie wynikać z Pisma Świętego. Lecz choć pewne lub nie, skutki te nie ujawniają się wyraźnie na początku, a może i nigdy. Znając innych tak, jak ich tu znamy, czyli zaledwie pobieżnie i żadnej liczby z nich w tym samym zakresie, tak że nie możemy ich ze sobą zestawiać, nie jesteśmy na ogół w stanie dostrzec drobnych rysów ich charakterów; stąd też poważne trudności, które zamierzam teraz przedstawić, stoją na drodze do Pisma Świętego nauczania o odrodzeniu chrzcielnym.

Twierdzę przeto, że napotykamy oto na te zdumiewające zjawiska: osoby wychowane bez Chrztu mogą okazywać dokładnie to samo w charakterze, temperamencie, poglądach i postępowaniu, co osoby ochrzczone; a jeśli różnią się od tamtych, różnicę tę można w pełni lub dokładnie wyjaśnić ich wychowaniem.

Osoba nieochrzczona może być wychowywana razem z osobami ochrzczonymi i przejąć ich ton myślenia, sposób patrzenia na rzeczy oraz ich zasady i poglądy, jakby sama była ochrzczona. Może sądzić, że jest ochrzczona, i inni mogą tak myśleć; a po zasięgnięciu wiadomości może wyjść na jaw, że nie była ochrzczona.

Z drugiej strony, osoba ochrzczona może przejąć sposób życia oraz przekonania i język tych, którzy gardzą Chrztem, i wydawać się nie lepsza ani nie gorsza od nich, lecz dokładnie taka sama.

Osoba nieochrzczona może w późniejszym życiu przyjąć Chrzest; i jeśli była spokojna i religijna przed nim, może pozostać taka po nim — bez żadnej zmiany jakiegokolwiek rodzaju we własnej świadomości o sobie samej ani w wrażeniu, jakie wywiera na innych.

Albo też może mieć ukształtowany charakter przed Chrztem, i niezbyt pochlebny; może być nieokrzesana i nieuszanowująca, lub też przywiązana do świata. Może się poprawić; może mieć dość wiary, by przyjść do Chrztu, i o tyle, o ile możemy oceniać, może go przyjąć godnie; a jednak może pozostać poprawiona tylko w tej mierze, jaką pociąga za sobą posiadanie wiary wystarczającej, by przystąpić do Chrztu — ale pozornie w żadnej większej.

Albo może przystąpić do Chrztu i poprawić się po nim, lecz tylko w taki sposób, że z wszelkich pozorów mogłaby się tak samo poprawić bez przyjęcia go w tym czasie; mianowicie dzięki obcowaniu z przyjaciółmi, lekturze książek religijnych, nauce i refleksji lub próbom życia.

Znowu — może przystąpić do Chrztu jako do zwykłej formalności lub z pobudek doczesnych, a mimo to z pozoru nie być gorsza niż była przedtem. Jeśli miała w sobie mieszaninę dobra i zła przed nim, ta sama mieszanina pozornie pozostaje.

I znowu — czy przyjęła Chrzest, czy nie, jest podatna na te same zmiany myśli, te same religijne wpływy; może nawet przebyć tę samą duchową drogę, być stopniowo kształtowana w tych samych nawykach — być może zostać dotknięta w jakiś niezwykły sposób, tak niezwykły, że można go nazwać nawróceniem, i co sama może błędnie nazywać odrodzeniem — co nim być nie może, jeśli sądzimy wedle Pisma Świętego, a nie pozoru; gdyż albo już wcześniej odrodzono ją przez Chrzest, albo nie jest jeszcze odrodzeni, będąc nieochrzczona. A jednak ta sama religijna dyspozycja (jak to się niekiedy zwie) może ją spotkać, czy była ochrzczona, czy nie.

Jest rzeczywiście wielce znamienne i uderzające, jak we wszystkich systemach — czy weźmiemy nasz własny, czy ten, który przeważa zagranicą, czy system którejkolwiek z grup dysydenckich — stwierdzamy ten sam rodzaj charakteru moralnego towarzyszący tej czy innej klasie osób; jak pozycja społeczna, bogactwo lub władza kształtują wszędzie jednakowo ludzi; jak wszystkie systemy mają swoich wolnomyślicieli; jak wszystkie mają te same ugrupowania. Ludzie wszędzie kształtują się pod wpływem rzeczy widzialnych na te same typy i odpowiadają sobie nawzajem, jakby dowodziło to wbrew słowu Bożemu, że chrzest i łaska nie są naprawdę wpływowymi zasadami wśród ludzi, lecz że jest nim świat widzialny.

Oto zatem doświadczenie sprzeczne ze słowem Bożym, które powiada, że jeśli ktoś nie narodzi się z wody i z Ducha, nie jest członkiem królestwa Chrystusowego. Do tego dochodzi jeszcze charakter samego obrzędu Chrztu — jego wielka prostota, nawet przy założeniu, że stosuje się zanurzenie, a tym bardziej w przypadku polania lub pokropienia. Żaden zewnętrzny obrzęd nie może mierzyć wielkiej godności daru odrodzenia; choćby zewnętrzne ceremonie były jak najbardziej mozolne, nie byłyby wystarczające; prosty obrzęd jest z drugiej strony symbolem bezinteresowności udzielanej nam łaski, która nie wymaga z naszej strony nic prócz pokuty i wiary; — a jednak, im prostszy zewnętrzny obrzęd, a im większy z drugiej strony dar ukryty, tym większa próba, by uwierzyć, że jest on udzielany przez ten obrzęd. Czy więc rozważamy sam obrzęd Chrztu, czy też osoby, które stają się jego podmiotem — w obu przypadkach widzenie i słowo Boże, dogmat i fakt, są osobliwie sobie przeciwstawione. Nie zaprzeczajmy temu; po cóż mielibyśmy? Spójrzmy spokojnie i otwarcie na tę sprzeczność, na tę trudność, jak ją zwą niektórzy, lub raczej na tę próbę — próbę Wiary, która jedynie zwycięża świat.

**2.** Taka jest jedna próba Wiary. Inna, która we wszystkich wiekach ją nękała i nie mniej w naszych czasach, tkwi w powodzeniu, jakie osiągają przedsięwzięcia lub instytucje niezgodne z objawioną regułą obowiązku. Była to udręka wierzących w dawnych czasach, jak czytamy w Psalmach i Prorokach: że bezbożni prosperują, gdy słudzy Boży zdają się ponosić klęskę; i tak jest w czasach ewangelicznych. Nie dlatego, jakoby Kościół nie miał tego szczególnego przywileju, którego nie ma żadne inne ciało religijne, mianowicie, że tak jak zaczął się z pierwszym przyjściem Chrystusa, tak nigdy nie upadnie, aż On przyjdzie znowu; ale że przez jakiś czas, w ciągu poszczególnych pokoleń, co więcej — powiem — w każdym wieku i po wszystkie czasy, zdaje się chylić ku upadkowi, a jego wrogowie zdają się zwyciężać. Szczególnością tej walki między Kościołem a światem jest to, że świat zdaje się wciąż zwyciężać Kościół, a jednak Kościół w rzeczywistości wciąż zwycięża świat. Wrogowie Kościoła triumfują nad nim wciąż jako pokonanym, a jego członkowie wciąż popadają w rozpacz; a jednak on trwa. Trwa i widzi ruinę swoich prześladowców i wrogów. „Jakże nagle giną, niszczeją i kończą się straszną zagładą!" Królestwa powstają i upadają; narody rosną i kurczą się; dynastje zaczynają i kończą się; książęta rodzą się i umierają; przymierza zawierają się i rozwiązują, i stronnictwa, i kompanie, i cechy, i gildie, i instytucje, i filozofie, i sekty, i herezje. Mają swój czas, lecz Kościół jest wieczny; a jednak w swoim czasie wydają się wielce ważne. Jakiż musiał być przestrach Kościoła we wczesnych czasach, gdy fałszywa religia Mahometa szerzyła się ze Wschodu daleko i szeroko, a chrześcijanie byli przez nią tysiącami wytrzebiani lub nawracani! A jednak i to długotrwałe złudzenie chyli się ku upadkowi; i choć jest od Kościoła o kilka stuleci młodsze, postarzało się przed nim. I tak samo, mimo dotychczasowego trwania imienia chrześcijańskiego, wiele jest w tej chwili, co wystawia naszą wiarę na próbę — my, którzy nie możemy widzieć przyszłości i dlatego nie możemy dostrzec krótkiego czasu trwania tego, co teraz okazuje się dumne i pomyślne. Widzimy w naszych czasach wiele filozofii, sekt i stronnictw kwitnących i rozszerzających się, a Kościół wydaje się biedny i bezsilny, jakby jego miejscem było być lżonym, a jego powołaniem — ustępować. Widzimy ludzi w jednej dziedzinie filozofii odrzucających na przykład opisy stworzenia czy potopu, jak stoją w Starym Testamencie; innych pomijających nakazy dotyczące jałmużny i tym podobne, dane w Nowym; innych kwestionujących narracje historyczne zawarte w Starym; i innych odrzucających te interpretacje doktrynalnej części Pisma Świętego, które zawsze były przyjmowane. Widzimy niedoskonałe formy chrześcijaństwa ustanowione religią państw i narodów i pozornie przynoszące dobre owoce; owszem, pozornie kwitnące bardziej niż wiele form doskonalszych i powszechniejszych. Widzimy Kościół w niewoli pozornie kwitnący bardziej niż Kościół wolny. Widzimy sekty pozornie kwitnące bardziej niż Kościół. Widzimy błędne zasady i niezdrowe nauki, które pozornie czynią z ludzi to, czym chrześcijanie powinni być, a co prawdziwa Ewangelia może osiągnąć tylko i jedynie rzeczywiście. Stwierdzamy, że nauczyciele tego, co musimy nazwać herezją, i szafarze podziałów, czynią to, czego Kościół nie czyni lub nie może czynić; stwierdzamy, że ciała dysydenckie wysyłają misje do pogan i pozornie odnosząc sukces w nawracaniu ich. Nie mówię o tym fakcie, że ludzie dobrzy znalezieni bywają wśród ciał niepozostających w łączności z Kościołem. To nie jest żadna trudność dla wiary. Ten Bóg, który wzbudził Eliasza i Elizeusza w Izraelu, nigdzie nie powiedział, że teraz też nie rozszerzy swych miłosierdziów szerzej niż Jego obietnice; lecz mówię o pozornym naruszeniu Jego obietnic w widzialnych nieporządkach Kościoła i w triumfie innych ciał nad nim. Gdy rozważamy takie fakty, sądzę, że wymaga się pewnej szczególnej wiary od tych, którzy wystawieni są na tę pokusę, by trzymać się blisko dawnych dróg Kościoła Powszechnego i pozostawać niezłomnymi wobec sofizmatów i powodzeń tego otaczającego nas świata.

**3.** Inny przykład, w którym Doświadczenie i Wiara są poważnie sobie przeciwstawione, choć kontrast nie ukazuje się na tak otwartym czy tak szerokim polu, znaleźć można w przypadku tych, którzy odrzucają dogmat o Przenajświętszej Trójcy, lub Wcieleniu, lub Odkupieniu, lub o grzechu pierworodnym, lub o wiecznej karze. Osoby te są wprawdzie często takie w swym temperamencie i życiu, że nie stanowią żadnej trudności dla chrześcijanina. Są to ludzie niemoralnych obyczajów, albo przynajmniej rażąco pobłażający sobie; lub ludzie, którzy przez lata nie dbali w ogóle o religię, a potem, u kresu drogi, uznają, że muszą przyjąć jakieś wyznanie, i przyjmują to, co im smakuje; albo są to oczywiście ludzie światowi i nieszczerzy, o ile możemy sądzić o innych, lub też ludzie butni i nieżyczliwi. Ale tak nie jest zawsze. Możemy spotkać osoby o błędnej wierze tak ozdobione interesującymi rysami charakteru, że wystawiają nas na ciężką próbę. Oczywiście nie jesteśmy wezwani do bezwzględnego osądzania kogokolwiek; pozostawiamy to Bogu. Lecz mogę wyobrazić sobie przypadek następujący: człowiek z jednej strony twardy w swej pogardzie dla tematów najświętszych; nie wyznający dogmatów o grzechu pierworodnym, wiecznej karze i Odkupieniu; nieposiadający ukształtowanego zdania o naszym Panu, czy był naprawdę Bogiem, czy nie; nigdy nieprzystępujący do Komunii Świętej i rzadko bywający w kościele; — a wyobrażam sobie, że ten sam człowiek, nie tylko miły, życzliwy i przyjazny — to łatwo by się uznało — ale objawiający (przynajmniej wedle naszego postrzegania) prawość w codziennych sprawach, szlachetny pogląd na rzeczy, rzetelność, delikatność uczuć, troskliwość i hojność w postępowaniu, i w pewnym sensie zaufanie do Opatrzności, poczucie wielkości religii i jej powagi, znajomość i umiłowanie Pisma Świętego, a gdy spotykają go kłopoty — uciekanie się do niego i wzruszające stosowanie jego słów do siebie; — podczas gdy jego poglądy doktrynalne zdają się nadal równie niezadowalające jak przedtem. I czy dla tych, którzy to widzą, nie jest to próba wiary równie wielka jak ta, którą stanowi dogmat o odrodzeniu chrzcielnym: jak człowiek pozornie z otwartymi oczami może zaprzeczać potędze i łasce naszego Zbawiciela i wielkiej potrzebie Jego przyjścia na ziemię, a mimo to mieć tak wiele religijnego uczucia i zasady, ile ma? Czy taki człowiek działa pod wpływem łaski Bożej, czy nie? Jeśli nie — skąd to, że tak wiele praktykuje? A jeśli tak — dlaczego nie wierzy więcej?

**4.** Przytoczmy jeszcze jeden przykład tej sprzeczności między chrześcijańską Wiarą a Doświadczeniem życia. Pismo Święte mówi nam wyraźnie, że niepokorni pójdą w ogień wieczny. Otóż jest to, choć tak jasno wypowiedziane przez samego naszego Pana, że można by sądzić, iż nikt — wierny czy nie — nie zaprzeczy, że to powiedział, mimo to rzecz trudna do przyjęcia, gdy ludzie nie chcą wierzyć i idą za wzrokiem. Nie ma wprawdzie żadnej trudności, by siedzieć w domu i wierzyć w ten dogmat; nie jest on żadną próbą dla kogoś, kto żyje wśród ksiąg, lub jest obdarzony religijnym kręgiem przyjaciół, lub szczęśliwie przebywa pod dachem rodziców, lub, jak młody Samuel albo podeszła w latach Anna, żyje niemal w świątyni Bożej; lecz jeśli ktoś zostaje rzucony w świat, jeśli ma sposobność zetknąć się z bardzo bliska z ludźmi rozwiązłymi, zatwardziałymi, przywiązanymi do świata lub niewierzącymi, albo — co wychodzi na jedno — jeśli łączy go z którymś z takich jakiś szczególny węzeł, wówczas odczuje, jak trudne jest to słowo, że ktokolwiek, nawet najbardziej grzeszny z ludzi, może być przeznaczony na wieczną karę. Nie ma człowieka tak złego, by w oczach naszych błądzących nie posiadał pewnych cech, które budzą sympatię. Nie ma człowieka, któremu by nie brakowało jakichś ludzkich uczuć; a właśnie owe uczucia wywierają na nas rodzaj przekonania, że nie może on być przeznaczonym towarzyszem złych duchów. Piekło jest siedliskiem braku wszelkich ludzkich uczuć. Niechaj człowiek będzie jak najbardziej skażony krwią, jak najbardziej straszliwie bluźnierczy lub rozwiązły, a przecież, przynajmniej chwilami — może gdy przebywa w bólu lub znużeniu — okazuje coś, co wzbudza nasze zainteresowanie i litość. A jeśli nawet nie — to samo jego cierpienie zdaje się za nim przemawiać. Zdolność do bólu i ujawnianie, że go czuje, zdają się łączyć go z nami, a rozłączać z owymi upadłymi duchami, które nie mają żadnych współczuć, żadnych słabości, lecz są nieprzeniknienie i absolutnie złe, choćby cierpiały.

Nawet czarownica z Endoru okazała pewne współczucie dla Saula i wzrusza nas tym, że je okazała. Czytamy: „Kobieta przyszła do Saula i widząc, że jest bardzo zrozpaczony, rzekła do niego: 'Oto sługa twoja usłuchała twego głosu i naraziłam swoje życie, słuchając słów, które mówiłeś do mnie. Teraz więc proszę, wysłuchaj też ty głosu swojej służebnicy; pozwól, że postawię przed tobą kawałek chleba, zjedz, abyś nabrał sił, gdy będziesz szedł w drogę.' Lecz on odmówił i rzekł: 'Nie będę jadł.' Jednak jego słudzy razem z kobietą nalegali na niego, i usłuchał ich głosu". Takie było postępowanie kogoś, kto otwarcie obcował ze złymi duchami. O jakże godni nędzy bylibyśmy wtedy, gdybyśmy należeli do liczby tych, którzy przekładają wzrok nad Wiarą! O, jakże nędzy godni, jeśli wtedy, gdy nasz Zbawiciel, samo Słowo Boże i Prawdziwy Świadek, mówi wyraźnie w jedną stronę, słuchamy głosu węża mówiącego: „Żadną miarą nie umrzecie!" Nie mamy wszakże prawa — z pewnością nie — twierdzić bezwzględnie, że ten lub ów człowiek, którego widzimy i możemy wskazać, jest przeznaczony na przyszłą karę. Broń Boże! Możemy bowiem sądzić tylko po zewnętrznych pozorach, a Bóg jedynie widzi serca ludzkie. Lecz powiedziano nam wyraźnie, że są tacy przeznaczeni; powiedziano nam, że ostatecznie niepokorni, kimkolwiek okażą się być, są tak przeznaczeni; i niezależnie od tego, co mówi nam widok rzeczy, jak bardzo słabości i kaprysy naszych serc przemawiają przeciw tak straszliwym prawdom, jak bardzo nasze uczucia, wyobraźnia i rozum mogą być atakowane, a jednak „Bóg jest prawdomówny, a każdy człowiek kłamcą"; wierzmy Mu, choćby cały świat powstał i jednym głosem zaprzeczył Jego słowom. Przyjmijmy prawdę jako akt wiary ku Bogu i jako jak najbardziej uroczystą przestrogę dla nas samych, że „grzesznicy zostaną strąceni do Szeolu, wszystkie narody, które zapominają o Bogu"; że „poniosą karę wiecznej zagłady z dala od oblicza Pana i od potęgi Jego chwały, kiedy przyjdzie w ów dzień, aby być uwielbionym w swoich świętych i wzbudzić podziw wśród wszystkich wierzących".

Na zakończenie. Módlmy się do Boga, by nas nauczał; potrzebujemy Jego nauki; jesteśmy bardzo ślepi. Apostołowie rzekli kiedyś do Chrystusa, gdy Jego słowa ich doświadczały: „Przymnóż nam wiary". Przystąpmy do Niego szczerze; nie możemy sami sobie pomóc; nie znamy siebie samych; potrzebujemy Jego łaski. Cokolwiek by nas niepokoiło ze strony świata — czy to w kwestii dogmatu o odradzającym Chrzcie, czy o Kościele Apostolskim, czy o konieczności podtrzymywania wiary ewangelicznej, czy o dogmacie wiecznej kary — (błogosławieni, którzy nie mają takich prób, lecz niektórzy je mają!) — przystąpmy do Niego z czystym i szczerym sercem; błagając Go, aby objawił nam to, czego nie wiemy, skłonił nasze serca, gdy są uparte, i sprawił, byśmy miłowali Go i byli Mu posłuszni szczerze, gdy szukamy, a nie szukali samej tylko jałowej wiedzy, „która ginie w używaniu".

← wróć do odkrywania