*Niedziela Krzyżowa (Rogationes)*
*„Są to skazy na waszych agapach; bez lęku oddają się rozpuście, paśląc siebie samych."* — Jud 12
Fałszywi bracia, o których mówi tu św. Juda, skalani byli tak ohydną winą — zarówno w życiu, jak i w nauce — że mogłoby się zdawać, iż mało zysku przyniesie nam wybranie którejś z tych słów za tekst kazania. Ich grzech przeminął wraz z wiekiem apostolskim i niechaj przepadnie z naszej pamięci. Tak można powiedzieć, i w pewnym sensie słusznie i prawdziwie; albowiem to prawda, że niegodziwości, które niegdyś istniały, dziś już nie istnieją, i słuszne jest zaiste odwracać się od zła i zasłaniać je, gdy jest rzeczą przeszłą, a nie teraźniejszą. A jednak, nie wracając do owych przykładów straszliwej deprawacji i zepsucia, które wkradły się nawet do Kościoła Apostolskiego — zgodnie z proroctwem, że królestwo niebieskie podobne jest do sieci zarzuconej w morze, która zbiera wszelkiego rodzaju ryby, dobre i złe — sądzę, że możemy wyciągnąć naukę w sprawach, które nas samych dotyczą, ze słów powyższych, padłych w nabożeństwie i nie nieodpowiednich na tę porę roku.
Pierwsza myśl, jaką nasuwa nam ten tekst, gdy mówi o uczcie religijnej, odnosi się oczywiście do usposobienia ducha, z jakim przywykliśmy przystępować do Najświętszego Sakramentu Wieczerzy Pańskiej. Uczty bowiem, o których mówi św. Juda, były innego rodzaju; była to instytucja, która rychło się skończyła wskutek nadużyć, do jakich prowadziła; lecz mimo to Komunia Święta jest w szczególny sposób „ucztą miłości", a wina, jaką Apostoł zarzuca pewnym odstępczym chrześcijanom swoich czasów, może — w jakimś stopniu (choć Bóg daj, by w stopniu jak najmniejszym!) — i nam być przypisana. Powiada, że byli oni „skazami na uczcie" — zniekształceniem i hańbą — ponieważ ucztowali wśród braci „bez lęku". W żaden sposób nie rozpoznawali i nie uświadamiali sobie tej Świętej Obecności, przed którą nawet św. Jan padł jak martwy, aż On wyciągnął ku niemu rękę i rzekł: „Nie bój się". On mówi do wszystkich sług swoich: „Nie bójcie się" — gdy się boją; lecz dopóty, wprost przeciwnie, bardzo dobitnie nakazuje: „Bójcie się". Na przykład: „Służcie Panu z bojaźnią i radujcie się z drżeniem"; „Mając łaskę, służmy Bogu z bojaźnią i drżeniem, jak Mu miłe"; „Z bojaźnią i drżeniem sprawujcie wasze zbawienie, albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania, zgodnie z Jego wolą".
Musimy przychodzić do Boga z bojaźnią. A jednak powiedziano nam, byśmy „przystępowali z ufnością do tronu łaski". Czy przykazania te nie są ze sobą sprzeczne? Zaiste, same w sobie nie są; lecz bardzo łatwo możemy stwierdzić, że są sprzeczne, gdy próbujemy je wypełniać. Bardzo łatwo jest nam znaleźć trudność w wypełnieniu dwóch pozornie przeciwstawnych obowiązków, które są mimo to obydwa możliwe, i które są właśnie obowiązkami dlatego, że są tak przeciwstawne, dlatego, że są tak trudne; nikt bowiem nie może przypuszczać, że łatwe rzeczy są naszym obowiązkiem, lecz trudne. Bardzo łatwo jest nam — przez wzgląd na wielką łaskawość Pana naszego, na Jego łaskawe zaproszenia, tak swobodne, tak powtarzane, tak niezmordowane — zapomnieć o Jego Majestacie i spoufalić się z Nim; i wówczas ucztujemy „bez lęku". I stoi to w prostej zależności z rozumem: im częściej przyjmujemy Jego zaproszenie i szukamy Go w Jego świętym ustanowieniu, tym większe jest nasze niebezpieczeństwo tej nieuszanowania, jeśli nie będziemy czujni.
Mówiąc to, bracia moi, nie zwracam się do tych spośród nas, którzy mają zwyczaj korzystać w tym kościele z zaproszenia Pana naszego, szukając Jego Obecności raz w tygodniu. Nie mam powodu twierdzić, i ufam pokornie, że mogę to ze szczerością powiedzieć, iż brakuje im „czci i bojaźni Bożej"; choć oczywiście wszyscy my, każdy z nas, moglibyśmy mieć myśli znacznie głębsze i bardziej poważne, niż mamy teraz, i (należy żywić taką nadzieję) mieć je będziemy, w miarę jak lata mijają; i choć nam, jak i innym, grozi brak uszanowania, jeśli nie będziemy czujni. Lecz nie mówię o nas samych; myślę o Kościele w ogóle; myślę o naszej epoce. Istnieje w tej chwili rosnące poczucie piękna religii, rosnąca cześć dla przywilejów Ewangelii i coraz głębsze ich rozumienie. Ludzie zaczynają pojmować daleko lepiej niż dawniej, że chrześcijaństwo nie jest zwykłym prawem, żydowskim jarzmem, lecz nowym prawem, służbą wolności, zasadą ducha i prawdy, która pociąga nas równie, jak nakazuje, i oddziałuje na nas, choć grozi. Dotychczas zdawało się, że wszelkie poczucie przywilejów i radości religii należy do tych, którzy wyznawali błędne poglądy doktrynalne i którzy — jakkolwiek sami w sobie poczciwi i szacowni — wywodzili się mniej lub bardziej z heretyckich źródeł; podczas gdy ludzie poglądy mający poprawniejsze i bardziej prawowierne zdawali się należeć do szkoły zimnej i odpychającej — ba, tym mniej żarliwi, tym mniej duchowi im bardziej skrupulatni. Lecz to wszystko już przeszłością. Bardziej pierwotny, katolicki, pobożny i gorliwy duch tchnąć począł wśród wyznawców prawowiernej prawdy. Przeszywające i porywające, rozpalające i upajające chwały królestwa Chrystusowego odczuwane są w swej mierze przez wielu. Ludzie zaczynają rozumieć ten wpływ, który w zaraniu dziejów sprawiał, że filozof opuszczał swą szkołę, a żołnierz kuł swą włócznię na sierp ogrodniczy. Zaczynają pojmować, że Ewangelia nie jest czczym schematem czy doktryną, lecz rzeczywistością i życiem; nie przedmiotem jedynie dla ksiąg, dla prywatnego użytku, dla jednostek, lecz dla publicznego wyznania, dla wspólnego działania, dla zewnętrznego przejawu. Stąd rośnie troska o wszystko, co zewnętrzne, z poczucia, że zewnętrzna religia jest wielkim rozwinięciem i triumfem wewnętrznej zasady. Na przykład, wielka ciekawość kieruje się ku nauce architektury kościelnej i wielkie uznanie okazuje się dla właściwości architektonicznych. Uwagę poświęca się też wewnętrznemu urządzeniu i ozdobie świętych budowli. Książki pobożne o charakterze wyobraźniowym, muzyka religijna, malarstwo, poezja i tym podobne cieszą się popytem. Kościoły nawiedzane są częściej w dni powszednie, a nieprzerwaną służbę Bożą odczuwa się jako przywilej, a nie trud. Dwukrotne nabożeństwo dziennie wydaje się niepełną miarą tej czci, jaką pobożny umysł pragnie złożyć swemu Bogu i Zbawicielowi.
Nikt nie może posądzać mnie o sugerowanie, że takie znaki czasu nie są same w sobie obiecujące. Są nimi; lecz, o bracia moi, baczcie zazdrośnie na te rzeczy, choćby były same w sobie wyborne, czy nie towarzyszyć im bojaźń Boża. Boleję, że muszę powiedzieć, iż duch pokuty nie dotrzymuje kroku duchowi radości. Przy całej tej zewnętrznej pobożności jesteśmy nieufni wobec tego, co jedynie stanowi jej wewnętrzną duszę i życie; jesteśmy bardzo nieufni wobec osobistej surowości i umartwienia. Trwożymy się na wszelkie wezwanie do narodowego lub osobistego upokorzenia i poprawy; lubimy słyszeć o doskonałości naszych instytucji, lecz nie lubimy słyszeć o ich ułomnościach; lubimy oddawać się zadowoleniom religii, lecz nie lubimy słyszeć o jej surowościach. Nie lubimy słyszeć o naszych dawnych grzechach i potrzebie naprawienia ich; i tak, choćby nasze kwiaty były okazałe tej wiosny, mamy w sobie wadę, która ujawni się, zanim owoce nasze zostaną zebrane jesienią. „Skoro tylko wzejdzie słońce z palącym żarem, ususza trawę, kwiat opada, a przepiękny jej wygląd ginie". Pielęgnujemy religię płytką, pustą, która nie przyniesie nam pożytku w dzień ucisku. Bierzemy słowa za rzeczy; jesteśmy uwodzone przez pozory. Nie są to z mej strony słowa nowe; mówiłem to zanim ludzie nabrali tego zainteresowania nauką katolicką, jakie mają teraz; mówię to i dziś. Mówiłem wtedy, jak i teraz, że epoka nasza, cokolwiek by były jej szczególne zalety, ma tę poważną wadę — kocha religię wyłącznie pogodną. Jest zdecydowana uczynić religię jasną, słoneczną i radosną, cokolwiek by to była jej forma. I będzie obchodziła się z nauką katolicką w tym duchu; będzie ją powierzchownie prześlizgiwać; będzie ją czerpać jedynie wiadrami; podstawi swą ludzką cysternę zamiast studni prawdy; będzie się bała głębokiej studni, otchłani Bożych sądów i Bożych miłosiedzi.
Niestety!... Zaiste, na próżno udajemy wierność Kościołowi, ba — na własną poważną szkodę — jeśli wybieramy jego nauki i przepisy według własnego upodobania; to przyjmujemy, owo odrzucamy; bierzemy to, co piękne i pociągające, a wzdrygamy się przed tym, co surowe i bolesne. Obawiam się, że niemała liczba osób, a liczba ta rośnie w różnych częściach kraju, skłonna jest oddawać się temu, co można by nazwać zbytkami religii — ba, powiem nawet: zbytkami pobożności; a następstwa tego jest bardzo bolesnie rozważać. Zdążają ku temu, by „ucztować bez lęku". Z tego powodu patrzyłbym nawet z nieufnością na jakiekolwiek znaczne ożywienie cotygodniowych Komunii. Nie jesteśmy na nie gotowi; jestem pewien, że ludzie w ogólności, tacy jak my jesteśmy, nawet osoby religijne, nie są na nie gotowi. Potrzeba nam religii znacznie głębszej, spójniejszego wyznania wiary, żywszej wiary, jaśniejszego wglądu w rzeczy niewidzialne, bardziej rzeczywistego rozumienia tego, czym jest grzech i jakie są jego następstwa, bardziej praktycznej i zaparcia się wymagającej reguły postępowania, zanim tak błogosławiony zwyczaj zostanie bezpiecznie rozszerzony na nasze zbory. Naprawdę ufam, jak już rzekłem, że owoce tego praktykowania wśród nas samych były takie, jakich byśmy mogli pragnąć; lecz jeśliby kiedykolwiek zostało ono wprowadzone w naszych wielkich miastach, wiele zła stąd wyniknie. Jest to wielce miłosierne zrządzenie — jeśli można tak mówić o błędzie, który Bóg obrócił ku dobru — że istnieje tak wielki sprzeciw wobec tego, jak jest go w tej chwili. Mówią ludzie, że Komunia Święta przyćmiewa naukę o łasce ewangelicznej; że przestrzegając przykazania Chrystusa, zapominamy o Jego Odkupieniu; że przychodząc po Jego dary, zmierzamy do zaprzeczenia Jego wszechwystarczającym zasługom. Czy może być jakieś oskarżenie bardziej niedorzeczne i absurdalne, choćby szacowni byli ci, którzy je rzucają? Z pewnością nie. Lecz mimo to twierdzę, że ta dziwaczna obawa oddaje nam przysługę. Wcale jej nie żałuję, ani zgiełku, jaki po niej idzie; tamuje bowiem wielkie zło, pohamowuje bujny, wybujały, niezdrowy wzrost w naszych zwyczajach religijnych.
Niejeden mężczyzna, a zwłaszcza niejedna kobieta, może oddać się prawdziwej rozkoszy — bo taką okaże się — spędzania godzin na śpiewaniu Psalmów lub odmawianiu Litanii i Hymnów, i nawiedzania owych katedr i kościołów, gdzie stare katolickie idee wywierają szczególnie silne wrażenie na duchu; i stwierdzą, w słowach Pisma Świętego, że „imię Pana jest jak olejek wylany", a „owoc Jego słodki dla ich podniebienia". Lecz jak zwój Proroka, choć „w ustach słodki jak miód" — ba, niemal dosłownie tak w pewien szczególny sposób — lecz skoro tylko go spożyli, będzie gorzki, jeśli zapomnieli, że „przed chwałą idzie pokora", że zasiew we łzach poprzedza żniwo w radości, ból poprzedza przyjemność, a obowiązek poprzedza przywilej. Nic nie trwa, nic nie pozostaje nieskazone i czyste, co pochodzi z samego uczucia; uczucia umierają jak wiosenne kwiaty i zdatne są jedynie na spalenie w piecu. Osoby w takim położeniu przekonają się, że ich religia z czasem zawiedzie; nastąpi w ich duchu wstrząs. Poczują gwałtowny wstręt do tego, co je dawniej radowało, znużenie i przesyt ducha; albo nawet wrogość do niego; albo wielkie rozczarowanie; albo zamęt, zakłopotanie i przygnębienie. Nauczyły się myśleć, że religia jest łatwiejsza, niż jest, a one same lepsze, niż są; wypiły swoje dobre wino zamiast zachować je na właściwy czas; i oto skutek. Nie muszę jednak wchodzić w pełne następstwa tej nieostrożności; są one bardzo różnorodne, a niekiedy bardzo straszne. Zwracam jedynie uwagę na sam fakt. A wówczas owe osoby będą się wstydziły lub bały zwierzyć innym ze swego stanu, albo nie będą miały ku temu sposobności; i to tym bardziej, że osoby uczuciowe, wrażliwe, delikatne, zamknięte w sobie są może bardziej niż inne podatne na niebezpieczeństwo, które opisuję.
Najstraszliwsze następstwa tej fałszywej pobożności, która chciałaby posiąść wszystkie chwały Ewangelii bez jej surowości, są oczywiście te, w jakie popadli straszliwi heretycy przypomniani w tekście; a o których lepiej nie mówić. A jednak nie można zapominać, że nawet w tych późniejszych czasach — choć nie w naszym własnym Kościele i z pewnością nie wśród osób wysokiego lub wyrafinowanego ducha — nawet niemoralność bywała ostatecznym wynikiem religijnego zapału. Lecz nie trzeba się zatrzymywać przy skrajnych wynikach, by odczuć niebezpieczeństwo, na jakie wystawiony jest w tej chwili nasz Kościół. Jakoż czego innego jak złego oczekiwać od życia po świecku, jedzenia i picia, wydawania zamąż i żenienia się, wystawnego biesiadowania, stronienia się w purpurę i bisior, i bogacenia się — a jednocześnie przybierania pozorów dzieci Apostołów i oddawania się pobożności Świętych?
Chrześcijaństwo, rozważane jako system moralny, złożone jest z dwóch pierwiastków: piękna i surowości; ilekroć któremu z nich folgujemy ze stratą lub uszczerbkiem drugiego, rodzi się zło. W czasach pogańskich Grecy i Barbarzyńcy podzielili niejako te dwa pierwiastki między sobą: ostatni byli niewolnikami ponurych i okrutnych zabobonów, a pierwsi oddawali się radosnemu wielobóstwu. I tak znowu w tych późniejszych czasach dwa główne odłamy herezji, w jakie rozwinął się sprzeciw wobec pierwotnej prawdy, wyróżniały się — przynajmniej u swego zarania trzysta lat temu i niekiedy od tej pory — jeden nieopanowaną i pobłażliwą sobie religijnością, drugi duchem surowym, mrocznym, okrutnym, mało sympatycznym, lecz wzbudzającym więcej szacunku niż tamten.
Nawet Żydzi, którym ta ziemia była w szczególny sposób dana i którzy mogli by mniemać, że wolno im bez wykroczenia nasycać się jej darami, nie mieli prawa korzystać z nich bez umiaru. Nawet baranek paschalny, ich wielka uczta typiczna, spożywany był „z gorzkimi ziołami". I w miarę jak czas upływał, dani byli Prorocy, którzy mniej lub bardziej ukształtowani byli na wzór Eliasza — „w utrapieniu i cierpliwości" — i byli typami jednego wielkiego Proroka Kościoła, który miał przyjść. O ileż bardziej chrześcijanie winni pamiętać i radować się z tego, że „brat ubogi" ma być „wywyższony", a „bogaty" ma być „poniżony", i że Apostołowie, w których ślady iść mamy (jak w szczególny sposób przypomina nam się tego dnia), łaknęli i pragnęli, byli nadzy i bici, i nie mieli stałego miejsca zamieszkania, i poczytywani byli za smetki tego świata i pośmiewisko wszystkich.
Wejdźmy tedy w ten duchu w bogate i szczęśliwe miesiące, które przed nami leżą, gdy ziemia pokazuje całą swą urodę, obleka się w jasne szaty i sypie najcenniejszymi darami. Tak świętujmy Niedzielę Krzyżową, która jest dzisiaj — w sposób odpowiadający intencji Kościoła, który nakazał towarzyszyć jej trzy dni wstrzemięźliwości, by uprzedzić nas, że nie wolno nam cieszyć się doczesnym dobrodziejstwem Ojca bez zastrzeżeń. „Nawiedza ziemię i daję jej obfitość [...] Przygotowuje zboże, bo tak ją ukształtował; nawadnia jej bruzdy [...] Koronuje rok swoją dobrocią, a Jego chmury kapią tłuszczem".
I uznajemy Jego hojność, upamiętniamy Jego opatrzność, wchodzimy w Jego dary — powstrzymując się od nich. Jak Izraelici przynosili pierwociny ziemi swojej w koszu i pozostawiali go w ręku kapłana przed ołtarzem Pana Boga swojego, tak i my — inaczej, lecz w tym samym duchu — zaczynamy wdzięczne korzystanie z dóbr Bożych od roztropnej zwłoki i pokornej modlitwy. Odwracamy gniew, błagamy o miłosierdzie; jak Hiob składał ofiary za synów swych, tak my za siebie samych. Przypominamy sobie, że choć „wszelkie stworzenie Boże jest dobre", my sami, stworzenia Boże, jesteśmy jedynym wyjątkiem od tej reguły; że choć Jego dary są święte i nieszkodliwe, serca nasze są kruche i chwiejne; że dary te są dobre w dawaniu, lecz niebezpieczne w przyjmowaniu — dobre w użytkowaniu, lecz szkodliwe w upajaniu się nimi. Jak przed każdym posiłkiem, dzień po dniu, mówimy łaskę i wówczas zasiadamy do stołu, tak teraz prosimy o błogosławieństwo na cały rok, zatrzymując się, zanim weń wejdziemy.
Na tym polega ucztowanie z bojaźnią. Tak postępujmy przy korzystaniu ze wszystkich naszych przywilejów, a wszystko stanie się pożytkiem. Nie świętujmy uroczystości bez odprawiana wigilii; nie przeżywajmy czasu wielkanocnego bez zachowania Wielkiego Postu; nie przystępujmy do niedzielnej uczty bez zachowania piątkowej wstrzemięźliwości; nie zdobiajmy kościołów, nie dbając o osobistą prostotę i surowość; nie kultywujmy zdobyczy smaku i literatury bez korektury osobistego umartwienia; nie usiłujmy rozszerzać władzy Kościoła, wywyższać jego rządców, wznosić jego pałaców i sławić jego imienia, nie pamiętając, że musi on być umartwiony wewnętrznie, pozostając w honorze na świecie, i że musi nosić włosiennicę i skórzany pas Jana Chrzciciela pod fioletowym efodem i klejnotem wysadzanym napierśnikiem.
Na koniec zaś strzeżmy się z drugiej strony bezczeszczenia i szorstkie odrzucania darów Bożych z powodu posępności lub surowości; strzeżmy się bojaźni bez uczty. „Wszelkie stworzenie Boże jest dobre i niczego nie należy odrzucać". Strzeżmy się — choć musi to być smutne wypaczenie ducha, jeśli go dopuszcza — strzeżmy się udręczania siebie za grzech, nie przychodząc wpierw do Ewangelii po siłę ku temu. I nie pogrążajmy się tak w poczuciu naszych win, byśmy nie znajdowali zarazem upodobania w rozważaniu naszych przywilejów. Radujmy się, choć płaczemy. Tym goręcej wpatrujmy się w Pana i Zbawiciela naszego, im bardziej wzdragamy się na widok siebie samych; tym więcej miłujmy i wierzmy, im więcej czynimy pokuty. W naszej pokucie nie zastępujmy Ewangelii Prawem, lecz dodajmy Prawo do Ewangelii. Ci, którzy lekceważą łaskę chrztu, podpadają pod Prawo; lecz nie wypadają z Ewangelii, jeśli są pokutującymi; podpadają pod Prawo bez Ewangelii, jeśli trwają w grzechu; przyjmują Prawo razem z Ewangelią, jeśli wracają. Prawo, które niegdyś wprowadzało Ewangelię, w takich przypadkach staje się jej narzędziem. Popadają wprawdzie w niewolę, lecz mają moc łaski Chrystusowej, by im pomagała ją znosić.
I podobnie, jak nie wolno im pozbawiać siebie przywilejów chrześcijańskich, tak nie muszą też rezygnować z doczesnych dobrodziejstw Bożych. Całe piękno przyrody, łaskawe wpływy pór roku, dary słońca i księżyca, i owoce ziemi, dobrodziejstwa życia w cywilizacji oraz obecność przyjaciół i bliskich — wszystkie te dobre rzeczy są jednym rozległym i cudownym typem dóbr Bożych w Ewangelii. Ci, którzy dążą do doskonałości, nie odrzucą daru, lecz dodadzą do niego środek korygujący; dodadzą gorzkie zioła do tucznego cielca i muzyki, i tańca; nie wzgardzą kwiatami ziemi, lecz będą trudzić się przy wyrywaniu chwastów. Albo jeśli powstrzymują się od jednego doczesnego dobrodziejstwa, będzie to dlatego, by zachować inne; jest to bowiem jedno z wielkich miłosierdzi Bożych, że skoro dozwala nam uznaniowego korzystania ze swoich doczesnych darów, dozwala i uznaniowej wstrzemięźliwości; i niemal nakazuje nam korzystanie z niektórych z nich, byśmy nie zapomnieli, że ta ziemia jest Jego stworzeniem, a nie złego ducha. Nie przeczę, że są pewne jednostki, wzbudzane od czasu do czasu do życia jeszcze bardziej wyrzeczeniowego i obdarzone odpowiednią miarą boskich pociech. Jak jedni są Apostołami, inni Wyznawcami i Męczennikami, jak Misjonarze w krajach pogańskich mogą być powołani, by dać wszystko za Chrystusa; tak są z pewnością tacy, którzy żyjąc w spokojnych czasach i wśród braci, uznają powołanie do wyrzeczenia się wszystkiego dla Ewangelii i by być doskonałymi; i do stania się tak bezdomnymi, tak bezschronnymi, tak pozbawionymi oparcia i tak samotnymi, jak święty Chrzciciel na pustyni. Lecz niezwykłe przypadki nie są dla nas wzorem do naśladowania, i tak wielką wadą jest działać bez powołania, jak odmawiać działania na jego podstawie.
Niech Bóg raczy dać nam łaskę, byśmy postępowali tak pokornie, tak trzeźwo, tak bez sądzenia innych w tym dniu zamętu; korzystając z Jego dobrodziejstw, lecz przyjmując je z bojaźnią i drżeniem; i karząc siebie bez posępności, a jednak nie osądzając ani nie oczerniając tych, którzy są surowsi lub mniej przywiązani do świata niż my!