HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania o sprawach dnia

Kazanie XXIV. Eliasz, prorok dni ostatnich

Gdy nie czuję Jego obecnościGdy potrzebuję nadziei Stary TestamentOschłości i strapienia
„I oto Pan przechodził. Wicher wielki i gwałtowny, rozwalający góry i kruszący skały przed Panem — ale Pan nie był w wichrze. A po wichrze trzęsienie ziemi — ale Pan nie był w trzęsieniu ziemi. A po trzęsieniu ziemi ogień — ale Pan nie był w ogniu. A po ogniu — szmer łagodnego powiewu."
W skrócie. Kazanie medytuje nad Eliaszem jako typem proroka i kapłana w mrocznym czasie — oddalonego od świątyni, działającego w schizmie, a jednak prowadzonego przez Boga. Newman wyjaśnia, że Bóg nie nakazał Eliaszowi naprawiać podziału religijnego, lecz ograniczoną misję: zniszczyć bałwochwalstwo i zachować resztkę. Czas ciszy po burzy, ogniu i trzęsieniu ziemi — 'łagodny szmer' — jest znakiem Bożej obecności dla pokolenia, które nie widzi zewnętrznej chwały Kościoła.

„Idź, wracaj swoją drogą przez pustynię do Damaszku, a gdy dojdziesz, namaścisz Hazaela na króla nad Aramem.”

*„I oto Pan przechodził. Wicher wielki i gwałtowny, rozwalający góry i kruszący skały przed Panem — ale Pan nie był w wichrze. A po wichrze trzęsienie ziemi — ale Pan nie był w trzęsieniu ziemi. A po trzęsieniu ziemi ogień — ale Pan nie był w ogniu. A po ogniu — szmer łagodnego powiewu."* — 1 Krl 19,11-12

Święty Jakub napomina, byśmy „brali za przykład cierpienia i cierpliwości Proroków, którzy mówili w imię Pańskie". I zaraz dodaje: „Eliasz był człowiekiem o słabościach podobnych do naszych: modlił się żarliwie, by nie padał deszcz, i nie padał on na ziemię przez trzy lata i sześć miesięcy. I znowu się modlił, i niebo spuściło deszcz, a ziemia wydała owoc swój".

Eliasz był najpierwszym i, w pewnym sensie, początkiem Proroków; a ponieważ tak wybitne miejsce zajmuje w Starym Testamencie, nie mniej wybitne zajmuje w Nowym — bo przyszedł do Kościoła jakby po raz wtóry, w osobie świętego Jana Chrzciciela, o którym jeszcze przed narodzinami przepowiedziano, że poprzedzi naszego Pana „w duchu i mocy Eliasza", by „nawrócić serca ojców ku dzieciom i serca dzieci ku ojcom". Wspominamy go w ciągu roku dwukrotnie: raz prosząc, by „za jego przykładem mówić prawdę mężnie, śmiało ganić grzechy i cierpliwie dla prawdy cierpieć"; drugi raz — że jako posłany był jako zwiastun gotujący drogę Chrystusowi, tak słudzy i szafarze Jego tajemnic mogli „nawrócić serca nieposłusznych ku mądrości sprawiedliwych, abyśmy przy Jego powtórnym przyjściu znaleźli się ludem Mu miłym".

Jak więc święty Jan jest wielkim świętym w Kościele chrześcijańskim i choć w tym życiu nie był złączony z jej wspólnotą — będąc jedynie „przyjacielem Oblubieńca" — zajął w niej swoje miejsce przez swoje męczeństwo; tak możemy powiedzieć, że Eliasz wraz ze świętym Janem, przynajmniej „w duchu i mocy" i jako wzorzec, jest przyjęty do jej katalogu świętych i stał się jednym z jej „gorejących i świecących świateł". Co więcej, jeśli prawdą jest — jak powszechnie sądzono — że proroctwo o jego przyjściu nie wyczerpało się w Chrzcicielu, lecz że Eliasz ma jeszcze przyjść we własnej osobie na końcu świata, to jeszcze bardziej przejmująco i w szczególny sposób, ponad wszystkich innych świętych starożytnych, Eliasz jest związany z Kościołem Chrystusowym — choć ogień z nieba i rzeź bałwochwalców przynależą wyłącznie do Starego Przymierza. „Oto Ja poślę wam Eliasza Proroka, przed nastaniem dnia Pańskiego, wielkiego i straszliwego"; a ponieważ w pewnym sensie każdy czas podobny jest do owego dnia ostatniego — ponieważ Chrystus przybywa nieustannie, miłość wielu nieustannie stygnie, a nieprawość mnoży się bez końca (bo wciąż panuje ucisk narodów i zamęt, i chodzą pogłoski o Chrystusie w pustyni i w kryjówkach: „Tu jest! Tam jest!") — to w tym znaczeniu Eliasz wciąż wkracza w swoje posłannictwo i w jego duchu i mocy muszą nieustannie pracować słudzy Chrystusa. I zaiste nie jest zapomniany, ani jego Karmel, o czym świadczą dzieje Kościoła chrześcijańskiego.

Rozważmy zatem w tych niespokojnych, posępnych czasach, gdy niebo nad nami tak ciemne, a gwiazdy tak ukryte — rozważmy jako pasterze czuwający nocą nad swoją trzodą i mający niebawem ujrzeć swego Pana — czy historia Eliasza nie dostarczy nam jasnych i pewnych reguł, jak powinniśmy „chodzić w tych niebezpiecznych dniach", reguł godnych miejsca, jakie Prorok zajmuje w Kościele chrześcijańskim. A jeśli tak jest — jak ufamy, że jest — że wśród nas prawdy wiary nie są tak przerażająco skażone, jak były w królestwie Achaba, to ta okoliczność, jak przekonamy się, tylko wzmocni płynący stąd argument i nada wzorzec Eliasza tym większą moc zobowiązującą.

Nie muszę chyba szczegółowo opisywać, jak wielcy Prorocy byli Eliasz i ci, którzy po nim przyszli — Elizeusz, Micheasz i synowie Proroków, zwłaszcza Elizeusz — do tego stopnia, że ich cuda niemal zapowiadały cuda naszego Pana jako swoisty harbinger i pierwociny Jego potężnych dzieł oraz typ Jego nauki. Czyż nie spływała wielka łaska na owe szkoły, w których rozmnażano chleby, oliwa nie wysychała, ogień schodził z nieba, trędowaci doznawali oczyszczenia, umarli zmartwychwstawali, jeden wzięty był do nieba bez śmierci, a drugi po śmierci samym dotknięciem swoich kości przywrócił życie umarłemu? Czyż nie było tam wielkiej łaski — tam, gdzie przepowiadano przyszłe zdarzenia i czytano tajniki serca z dalekich stron? Czyż nie było tam łaski niemal ewangelijnej, skoro dostrzegamy tam nawiedzanie pogan, zapowiedź Sakramentów oraz zaczątek zmartwychwstania i nieśmiertelności ciała? Czymkolwiek byłby „duch i moc Eliasza" — nawet jeśli dar cudów cielesnych się w nim nie mieści, jak skłania nas myśleć historia Chrzciciela — musi to być coś wielkiego; musi kryć przynajmniej wewnętrzną, utajoną wielkość, skoro jego zewnętrzne przejawy w pierwszych czasach były tak niezwykłe.

Jest tu pewien niezwykły fakt dotyczący Eliasza i jego braci: oto ten, kto na Górze Przemienienia rozmawiał z Mojżeszem o Męce ich wspólnego Pana, nie był za życia w jedności z Kościołem Mojżesza, nie czcił w Świątyni, był odcięty od tych, do których należały „przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, służba Boża i obietnice; ich są ojcowie i z nich, według ciała, pochodzi Chrystus, który jest nad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki". Fakt niezwykły zaiste, który choć przynosi wielką pociechę tym wspólnotom religijnym w naszych dniach, pozbawionym zwykłych kanałów łaski, nie jest też pozbawiony pewnego pierwiastka otuchy nawet dla nas, którzy choć nie pozbawieni sukcesji apostolskiej i posiadania Sakramentów, jesteśmy oddzieleni od wielkiego ciała Kościoła. Zatrzymajmy się nad tym faktem.

Jest to zaiste najniezwyklejsza i pełna łaski Opatrzność, że owi wielcy Prorocy — Eliasz i inni — zostali zesłani buntowniczemu Izraelowi; co więcej, że sami, jak pokazuje ich historia, nie czynili żadnych starań, by naprawić to, co tak bardzo poszło nie tak; a nawet że sami nie oddawali tej czci kultowi mojżeszowemu, jaka była nakazana wszystkim potomkom Izraela. Powie ktoś, że czynili cuda — owszem; ale to było z góry raczej powodem, dla którego powinni byli wymagać tym surowszego przestrzegania Prawa, a nie powodem do milczenia o nim. Słuchajcie, co Mojżesz im powiedział: „Gdy przejdziecie przez Jordan i zamieszkasz w ziemi, którą Pan, Bóg twój, daje ci w dziedzictwo, i gdy On da ci odpoczynek od wszystkich wrogów twoich dookoła, tak że bezpiecznie mieszkać będziesz — wtedy będzie miejsce, które obierze Pan, Bóg twój, by tam dać mieszkanie swemu Imieniu. Tam przynosić będziesz wszystko, co ci nakazuję: całopalenia, ofiary, dziesięciny i dar twojej ręki, i wszystkie wybrane śluby, jakie złożysz Panu". „Trzy razy do roku ukażą się wszyscy twoi mężczyźni przed Panem Bogiem". „Cokolwiek ci nakazuję, pilnie tego przestrzegaj. Nic do tego nie dodasz ani od tego nie ujmiesz". Jeśli więc Bóg posyłał Proroka z mocą cudotwórczą, było to powodem, dla którego Prorok powinien był tym bardziej ściśle przestrzegać Prawa swego Pana, który go posłał. Bóg posyła swych Proroków, by Prawo zachowywali, nie łamali. On, który je dał, mógł je odwołać; i Prorok mógł być Jego narzędziem w odwołaniu, złagodzeniu lub rozwinięciu Prawa; ale dopóki Prawo obowiązywało, musiało być — zaiste — „wywyższone i chwalebnie uczynione", a nie lekceważone. Rozważcie przykład naszego Zbawiciela, a przyznasz mi rację. Przyszedł z większymi cudami; był Dawcą i Panem Prawa; a co więcej, przyszedł je znieść — a jednak z jaką czcią je traktował, z jakim posłuszeństwem wypełniał swoje własne postanowienia! Chodził do Świątyni nieustannie i nakazywał słuchaczom słuchać tych, którzy zasiadali na katedrze Mojżesza; posyłał uzdrowionych do Kapłanów; płacił daninę świątynną; nie zniszczył, dopóki nie zyskał — że tak powiem — prawa do zniszczenia przez to, że wypełnił. Dopiero gdy mógł rzec: „Wykonało się" — zasłona Świątyni rozdarła się na dwoje. Cuda i prorockie posłannictwo nie są zatem bynajmniej, jak pokazuje nam postępowanie Najświętszego, uzasadnieniem dla zaniedbywania Prawa Bożego. Dlaczego więc Bóg zwolnił Eliasza z posłuszeństwa? Dlaczego nie słyszymy, by Eliasz szedł do Jerozolimy trzy razy do roku? Dlaczego nie okazywał czci Kapłanom i służbie świątynnej? Nawet w ostatniej epoce Kościoła żydowskiego nasz Pan powiedział do Samarytanki: „Zbawienie pochodzi od Żydów" — a jednak Eliasz i Elizeusz, i ich bracia godzą się z nieładem, który ich otacza, i raczej starają się, jak najlepiej można, zaradzić rzeczom takimi, jakimi są, niż przywrócić regułę religii, która już przeminęła.

Postępowali oczywiście z nakazu Bożego. Bóg może według woli zwalniać ze swoich praw, jak może je znosić; uczynił to wówczas, jak zniósł je później; ale dziwne jest to właśnie, że chciał je znosić. Zważcie jednak na to, co faktycznie się stało: wzbudził Eliasza do pewnego określonego dzieła i tylko do niego, ani mniej, ani więcej. Najpierw Prorok sam wykonał wyrok Boży na kapłanach Baala; następnie otrzymał polecenie namaszczenia Jehu do tego samego dzieła — co Elizeusz doprowadził do skutku. Ale na tym koniec; do tego tylko jego misja była ograniczona. Jakże różne od naszego zwykłego sposobu patrzenia na rzeczy! Przywykliśmy mówić, że nic nie zostało zrobione, jeśli nie zostało zrobione wszystko; ale myśli Boże nie są myślami naszymi, ani drogi Jego — drogami naszymi. Wzbudza Proroków i obdarza ich mocą cudotwórczą, by dokonywali dzieła połowicznego: nie po to, by uzdrowić podział królestwa, lecz by zniszczyć bałwochwalstwo; nie po to, by przywrócić zewnętrzną jedność, lecz by stłumić wewnętrzne niedowiarstwo; nie po to, by cofnąć kroki błądzących, lecz by powstrzymać ich od dalszego błądzenia.

Co czyni tę Opatrzność jeszcze bardziej zadziwiającą, to fakt, że powrót do kultu świątynnego mógłby się wydawać w tym konkretnym przypadku właśnie lekarstwem na ich bałwochwalcze ekscesy. Królestwo Izraela zostało założone w bałwochwalstwie; dziesięć pokoleń stało się bałwochwalczymi przez opuszczenie Świątyni i przestałoby nimi być przez powrót do niej. Prawdziwe usunięcie błędu polega na ukazaniu prawdy. Prawda wypiera błąd; zapewnij sobie prawdę, a błąd skończy się — a jednak Eliasz postąpił inaczej; pozostawił lud tam, gdzie był; starał się go naprawiać w tym stanie.

Dlaczego tak było zarządzone — nie wiemy: czy dlatego, że kiedy lud raz zboczy z drogi, nie może cofnąć swoich kroków; czy też dlatego, że było podówczas tyle zła i w Judzie, iż próba zjednoczenia byłaby jak przyszywanie nowej łaty do starego ubrania i gdyby się udała, byłaby triumfem pustym i pozornym; czy dlatego, że takie dobre dzieła mają jakiś swoisty naturalny porządek, i najpierw trzeba wykonać to, co bliższe, a potem to, co dalej, i ludzie muszą naprawiać swoje grzechy w tej samej kolejności, w jakiej je popełniali — tak więc jak zaniedbanie Świątyni było grzechem Jeroboama, a kult Baala grzechem Achaba, musieli wracać od Achaba do Jeroboama; lecz cokolwiek było przyczyną — tak właśnie było: Eliasz i Elizeusz trzymali lud zamknięty w owym systemie, jeśli tak to nazwać można, w którym go zastali, i starali się raczej uczyć go obowiązków, niż przywracać mu przywileje. Podobnie było z Izraelitami na pustyni, gdy posłuchawszy złego sprawozdania o ziemi obiecanej i szemrząc, zostali skazani na wędrowanie poza jej granicami, lecz nie zostali porzuceni przez słup obłoku — a gdy zuchwalczo próbowali walczyć z nieprzyjacielem i torować sobie przejście, zostali odparci i nauczeni, by w cierpliwości przeżywać ponure dni swoich lat pielgrzymowania. Podobnie było z Balaamem, który kusząc Boga, dostał nakaz, by pójść z nieprzyjaciółmi Izraela — lecz z gniewem Bożym ciążącym na nim za to, że poszedł. Podobnie było ze świętym Dawidem, który z radością wyczekał pełnego wyznaczonego czasu, przez który miał wędrować po górach jako tułacz, i wołał: „Kiedyż przyjdę i ukażę się przed obliczem Bożym?" Podobnie — a raczej nie podobnie, lecz tak powinno było być — stało się z Jeroboamem, który stracił cierpliwość i nie zaczekał na obietnicę, lecz zagarnął królestwo przed wyznaczonym czasem, a przez to utracił jedność z Jerozolimą, której Eliasz nie próbował przywrócić. Podobnie było z umiłowanym Danielem, który na pogańskim dworze wiódł życie świętego i bywał nawiedzany przez Aniołów, mogąc jedynie zwracać się w kierunku Świątyni. Słusznie więc szkoły Proroków mogły być „przykładem cierpienia i cierpliwości"; słusznie mogły być zadowolone z tego, by nie przekraczać Jordanu, lecz umierać na pustyni; słusznie mogły żywić swój lud samymi tylko pierwiastkami prawdy — „mlekiem, nie stałym pokarmem" — dając jedynie mglisty zarys doktryny ewangelijnej; bo wśród ludu tliła się zazdrość, spór i rozłam, a był on cielesny i nie mógł znieść pokarmu mężów i aniołów. I oto cierpliwi Prorocy zadowolili się głoszeniem nie obowiązków kościelnych, lecz Dziesięciu Przykazań: Pierwszego i Drugiego — tłumom na Karmelu przez sąd nad kapłanami Baala; Trzeciego — tym, którzy wołali do „człowieka Bożego", by zstąpił z góry, i zostali za to rażeni ogniem z nieba; Piątego — małym dzieciom, które wołały: „Łysiec!"; Szóstego, Siódmego i Dziewiątego — w sądach nad tą, która zamordowała Nabota i której nierządy były tak liczne; Ósmego i Dziesiątego — na Achabie, który pożądał winnicy i zawładnął nią; — nie wysyłając Sunamitki do Jerozolimy, nie siliąc się na nawrócenie Naamana jako prozelity, a jednak każąc poganom lękać się imienia Bożego i dając im dowód, że w Izraelu jest Prorok.

Tak, zaprawdę — Dziesięć Przykazań było właściwą treścią prorockich kazań w owych dniach; a Eliasz zdawał się najlepiej odnawiać jedność z Mojżeszem, gdy wracał do owej elementarnej lekcji, tak uroczyście wtłoczonej w serce uprzywilejowanego Prawodawcy na pustyni: wtedy gdy w swym samotnym poście usłyszał, jak Pan przechodził przed nim, i głos obwieszczał: „Pan, Pan, Bóg miłosierny i litościwy, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz nie pozostawiający go bez ukarania". I dlatego, gdy w chwili opisanej w tekście Prorok musiał uchodzić ze strachu przed Jezabel i sądził w sercu swoim, że jego misja zawiodła, nie szukał królestwa Dawida, nie czcił nakazu jedności, nie miał serca do owej zewnętrznej chwały świętszych czasów; minął Jerozolimę, szedł dalej, przez samotną i jałową drogę, ku owej dawnej pustyni, po której wędrowały dzieci Izraela, aż doszedł do Horeb, Góry Bożej. Uciekł ku Starożytności i nie chciał stanąć przed dotarciem do niej — i tak usłyszał słowa pociechy, które pogodziły go z jego dziełem i jego wynikiem. Szedł w znużeniu i przygnębieniu, bo „synowie Izraela porzucili przymierze Boże, powywracali Jego ołtarze i Proroków Jego pozabijali" — a Eliasz pozostał sam; i chciał umrzeć, bo nie był lepszy od swoich ojców. Gdy jednak przyszedł na Horeb, jego łaskawy Pan — Bóg czyniący cuda — pouczył go owym potężnym działaniem opisanym w tekście, że Boga należy szukać nie w tym, co publiczne, lecz w tym, co prywatne, przez znaki i oznaki osobiste i tajemne; zgodnie ze słowami późniejszego proroctwa: „Mieszkam w górze i w świętości, ale jestem też z tym, który jest skruszony i pokornego ducha, by pokrzepić ducha pokornych i ożywić serce skruszonych"; lub zgodnie ze słowami samego naszego Pana: „Nie powiedzą: »Oto tu jest« albo: »Tam jest«, bo oto królestwo Boże jest pośród was".

Najpierw był wicher wielki i gwałtowny, który rozwalał góry i kruszył skały; potem trzęsienie ziemi; a potem ogień. Czymże jest wicher, jeśli nie owym „wichrem gwałtownym" słyszanym w dniu Pięćdziesiątnicy? A trzęsienie ziemi — czymże, jeśli nie owym „wstrząsem miejsca, gdzie Apostołowie byli zgromadzeni" razem, gdy się modlili? A ogień — czymże, jeśli nie „językami jak z ognia", które „spoczęły na każdym z nich"? I ów wielki wicher wyszedł na cały świat i oczyścił go z bożków, i tchnął życie w wyschłe kości, i ożywił je. Potem przyszło trzęsienie ziemi i królestwa ludzkie zostały obalone, a złoto i srebro, i miedź, i żelazo runęły, rozkruszone i „potłuczone razem, i stały się jak plewy z letnich klepisk", aż „wiatr zaniósł je tak, że nie było dla nich miejsca". A potem przyszedł ogień, gdy światło Kościoła gorejące żywo i jawnie, jak płomień ognia w krzewie, przyciągało do siebie swym blaskiem wszystkich, którzy przechodzili. I oto nadszedł czas Ciszy, czas podobny do czasu Eliasza, gdy miłość wielu ostygła, a prawda i starożytność są porzucane. Zaprawdę więc, miłosiernie jest czytać w tym widzeniu danym Prorokowi dni ostatnich, że przecież Bóg nie był w wichrze, nie był w trzęsieniu ziemi, nie był w ogniu, choć przez nie działał; lecz że Jego Żywe i Prawdziwe Słowo, nasza Nadzieja i nasze Zbawienie, „wszczepione Słowo, które może zbawić dusze nasze", jest „łagodnym szmerem" — i że nawet w owych nieszczęsnych czasach, gdy bałwan był jawnie czczony, Bóg zachował sobie jednak Resztkę i miał jeszcze dzieło dla Eliasza. „Idź, wracaj swoją drogą przez pustynię do Damaszku, a gdy dojdziesz, namaścisz Hazaela na króla nad Aramem. Jehu, syna Nimsziego, namaścisz na króla nad Izraelem. Elizeusza zaś, syna Szafata, z Abel-mechola, namaścisz na proroka po sobie. [...] Lecz zostawię sobie w Izraelu siedem tysięcy — wszystkich, których kolana nie zgięły się przed Baalem, i wszystkich, których usta go nie całowały".

Myślmy więc, za przykładem Proroków dawnych, że dość nam być cierpliwymi, modlić się i czekać. „Usilna modlitwa sprawiedliwego wiele może. [...] Modlitwa pełna wiary uzdrowi chorego, a Pan go podźwignie. [...] Bądźcie więc cierpliwi, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie otrzyma deszczu wczesnego i późnego". Prorok Boży, w milczeniu, choć z pełnym sercem, zadowolił się wzniesieniem ołtarza Bożego z dwunastu kamieni, na pamiątkę liczby pokoleń synów Jakuba, na jałowym szczycie Karmelu — i na więcej się nie porywał. Zadowolił się posługą wdowie i sierocie — choćby tylko po to, by, jeśli tak miało być, przywołać na pamięć ich grzech. Zadowolił się wypełnieniem swego dzieła za swoich dni — choćby jedynym owocem było to, że Jehoram będzie rozmawiał z Gehazim o wszystkich wielkich rzeczach, których dokonał Elizeusz. Zadowolił się szacunkiem i miłością Sunamitki w ukryciu — podczas gdy wielki świat drwił z niego. Bądźmy podobnie przekonani, jak możemy z pełnym prawem, że jakkolwiek wielkie są nieporządki naszego czasu i choć niewierni szukają i nie znajdują — to jednak wobec pokornych i cichych, gorliwych w duchu i czystego serca, Pan Bóg Eliasza nadal się objawia. Obecność Chrystusa jest wciąż pośród nas, pomimo naszych licznych grzechów i grzechów naszego ludu. „Duch i moc Eliasza" powinny być teraz szczególnie z nami, bo cechy jego czasu są wśród nas. Czymże jest zwiastun jego przyjścia, jeśli nie epoką apostazji? A czymże są znamiona owego Człowieka Bożego, jeśli nie ciemnością i zamętem, groźbami zła, rozproszeniem wiernych i odstępstwem możnych? „Na drodze Twoich sądów, Panie, oczekiwaliśmy Ciebie; dusza nasza pragnęła Twojego imienia i wspomnienia Ciebie. Duszą moją pragnąłem Cię w nocy, duchem moim, który jest we mnie, szukałem Cię o świcie"; „Choć bowiem nie zakwitnie figowiec i nie będzie owocu w winnicach, zawiedzie plon oliwki, a pola nie dadzą żywności, znikną owce z zagrody i nie będzie wołów w oborach — ja będę się radował w Panu, będę się weselił w Bogu, moim Zbawcy".

Czegóż nam więc potrzeba prócz wiary w nasz Kościół? Z wiarą możemy wszystko; bez wiary — nic. Jeśli żywimy w sercu tajemne zwątpienie w Kościół — wszystko przepadło; tracimy nerwy, siły, stanowisko, nadzieję. Ogarnia nas, przenika, dusi — zimna rozpacz i znużenie ducha, małoduszność i drażliwość, tchórzostwo i opieszałość. Niechaj tak nie będzie z nami; bądźmy dobrej myśli; przyjmijmy Kościół jako dar Boży i nasz udział; naśladujmy tego, kto „nad brzegiem Jordanu [...] podniósł płaszcz Eliasza, który upadł z niego, uderzył nim w wody i rzekł: Gdzież jest Pan, Bóg Eliasza?" Kościół jest jak ów płaszcz Eliasza — pamiątka po Tym, który wstąpił w górę.

← wróć do odkrywania