HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania na różne okazje

Kazanie III. Oczekiwanie na Chrystusa

21. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego, 1856

Gdy moja wiara stała się letniaGdy potrzebuję nadziei ParuzjaNadzieja i ufność
„Służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna Jego z niebios, którego wzbudził z martwych, Jezusa, który nas wyrwał od gniewu mającego przyjść."
W skrócie. Kazanie na niedzielę przed Adwentem wzywające do czuwania i wyczekiwania Chrystusa jako fundamentalnej postawy chrześcijańskiej. Newman pokazuje, że Prorocy, Apostołowie i Kościół przez wszystkie wieki żyli w napiętym oczekiwaniu Pana — i że miłowanie Jego przyjścia jest znakiem prawdziwej wiary. Ostrzega, że ci, którzy żyją w dostatku i zajęciach świata, są najbardziej narażeni na zaniedbanie tego obowiązku.

„musimy nie tylko wierzyć w Niego, lecz i czekać na Niego; nie tylko mieć nadzieję, lecz i czuwać dla Niego; nie tylko miłować Go, lecz i tęsknić za Nim; nie tylko być Mu posłusznym, lecz i wyglądać, wyciągać gorliwie wzrok ku naszej nagrodzie, którą jest On sam.”

*21. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego, 1856*

*„Służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna Jego z niebios, którego wzbudził z martwych, Jezusa, który nas wyrwał od gniewu mającego przyjść."* — 1 Tes 1,9-10

W miarę jak zbliżamy się do okresu adwentu Pańskiego, nasza czuła Matka, Kościół święty, przypomina nam niedziela po niedzieli o obowiązku wyglądania Go. W ubiegłą niedzielę zostaliśmy przypomniani o owym straszliwym dniu, gdy Aniołowie będą żąć ziemię i zbierać trujące chwasty spośród zboża, i wiązać je w snopy na spalenie. W przyszłą niedzielę czytać będziemy o owej „wielkiej udręce", która bezpośrednio poprzedzi zaćmienie słońca i księżyca oraz ukazanie się Znaku Syna Człowieczego na niebie. A dziś nakazano nam czekać z oczekiwaniem na ów straszliwy Znak, służąc tymczasem Bogu Żywemu i Prawdziwemu, jak się Mu należy, skoro „nawrócił nas od bałwanów" i „wyrwał nas od gniewu mającego przyjść".

To, co święty Paweł nazywa „oczekiwaniem", „wyglądaniem" lub „wytężaniem wzroku", Pan nasz nakazuje nam osobiście, gdy mówi, abyśmy „podnosili głowy i wznosili je w górę, gdy te rzeczy zaczną się dziać" — jakby naszym obowiązkiem było być w pogotowiu, zrywać się na baczność przy pierwszym znaku i wytężać, rzec można, oczy z gorliwą i pobożną uwagą, abyśmy mogli ujrzeć Jego obecność jak najwcześniej, gdy objawi się na niebie — podobnie jak całe miasto czy kraj z czasem zasiadają nocą, czuwając na pojawienie się jakiejś meteory lub niezwykłej gwiazdy, o której Nauka oznajmiła, że nadejdzie. Gdzie indziej owa postawa ducha nazywana jest czuwaniem, zarówno przez Pana naszego, jak i przez Jego świętych Apostołów po Nim. „Czuwajcie tedy" — mówi sam — „bo nie wiecie, kiedy Pan domu przyjdzie: czy wieczorem, czy o północy, czy przy pianiu kogutów, czy rankiem; by przyszedłszy nagle, nie zastał was śpiących. A co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie". I święty Paweł: „Już czas, abyśmy ze snu powstali; bo teraz bliższe jest nasze zbawienie, niżeli gdyśmy uwierzyli. Noc minęła, a dzień się przybliżył". I święty Jan: „Oto idę jak złodziej. Błogosławiony, który czuwa i strzeże szat swoich".

Takie miejsca mogłyby się mnożyć i prowadzą do rozmaitych rozważań. Istotą religii jest wiara, nadzieja i miłość; a warunkiem życia wiecznego jest trwanie w stanie łaski i wolność od grzechu śmiertelnego. Gdy jednak dochodzimy do pytania, jak zachować się w stanie łaski i zdobyć dar wytrwania w nim, wiele praktyk nabożnych rości sobie prawa do nas ponad te obowiązki, w których zawiera się istota religii, jako jej straż i osłona. A te same praktyki, jako zdatne do przyciągnięcia oka świata, stają się znakami rozpoznawczymi chrześcijanina w odróżnieniu od innych ludzi — wiara, nadzieja i miłość kryją się bowiem głęboko w sercu i nie są widoczne. Otóż jedną z tych cech ducha chrześcijańskiego, wyrastającą z trzech cnót teologicznych, a następnie z kolei broniącą i umacniającą je, jest właśnie ów nawyk wyczekiwania i czuwania, do którego ta pora roku zaprasza nas szczególnie; a ten sam nawyk jest też znamieniem dzieci Kościoła i dowodem jego Boskiego pochodzenia.

Jeśli zaś słuchamy świata, pójdziemy inną drogą. Uznamy usposobienie ducha, o którym mówię, za zbyteczne lub przesadne. Będziemy dążyć jedynie do tego, co konieczne, i starać się dociec, jak mało wystarczy. Będziemy wyglądać nie Chrystusa, lecz nagród tego życia. Będziemy kształtować swój osąd o rzeczach według tego, co inni mówią; będziemy podziwiać to, co oni podziwiają; będziemy instynktownie szanować i przeceniać opinię świata. Będziemy obawiać się dawania światu zgorszenia. Będziemy żywić skryte odrazę wobec nauczania Kościoła. Będziemy odczuwać niespokojny, nieswój niepokój, gdy wspomni się zasady świętych mężów i pisarzy ascetycznych — nie lubiąc ich, a jednak nie śmiejąc sprzeciwić się. Będziemy skąpi w aktach nadprzyrodzonych i mieć mało lub nic z nawyków cnoty, które się przez nie kształtują i stanowią niezawodną zbroję przeciw pokusom. Pozwolimy, by nasze dusze zarosły grzechami powszednimi, prowadzącymi do grzechu śmiertelnego, jeśli jeszcze go nie osiągnęły. Będziemy bardzo niechętnie stawiać czoło myśli o śmierci. Tacy będziemy, to wszystko będziemy czynić; i w konsekwencji będzie bardzo trudno obserwatorowi powiedzieć, czym różnimy się od szanowanych, przyzwoitych ludzi niebędących katolikami. W takim razie z pewnością nie będziemy świecić przykładem ducha chrześcijańskiego, ani też w swoich osobach nie będziemy żadnym argumentem za prawdziwością chrześcijaństwa. Lecz ufam i zakładam, że nasze pojęcie chrześcijaństwa jest wznioślejsze, niż by wystarczyło postępowanie tak niepodobne do tego, do którego wzywa nas nasz Zbawiciel i Jego Apostołowie. Przemawiając zatem do ludzi, którzy pragną dziś zająć tę stronę i to miejsce, z którego będą pragnęli, że je zajęli, gdy ich Pan rzeczywiście do nich przyjdzie, mówię: musimy nie tylko wierzyć w Niego, lecz i czekać na Niego; nie tylko mieć nadzieję, lecz i czuwać dla Niego; nie tylko miłować Go, lecz i tęsknić za Nim; nie tylko być Mu posłusznym, lecz i wyglądać, wyciągać gorliwie wzrok ku naszej nagrodzie, którą jest On sam. Musimy nie tylko uczynić Go Przedmiotem naszej wiary, nadziei i miłości, lecz musimy uznać za nasz obowiązek: nie wierzyć światu, nie pokładać nadziei w świecie, nie miłować świata. Musimy postanowić nie wieszać się na opinii świata ani nie badać jego pragnień. To nasza najprostsza mądrość, by tak być oderwanymi od wszystkich rzeczy poniżej. „Czas jest krótki" — mówi Apostoł — „albowiem to jest pewne, że ci, którzy płaczą, jakby nie płakali; i którzy się radują, jakby się nie radowali; i którzy kupują, jakby nie posiadali; i którzy używają tego świata, jakby go nie używali; bo przemija postać tego świata".

Czytamy w Ewangelii, że Pan nasz wstąpił raz „do pewnego miasta" i był przyjęty i ugoszczony „przez pewną niewiastę imieniem Marta". Były dwie siostry, Marta i Maria; „Marta była zajęta około wielu posług"; Maria zaś siedziała u stóp Pana naszego i słuchała słów Jego. Pamiętacie, Bracia, Jego porównanie tych dwóch świętych sióstr, jednej z drugą. „Marto, Marto" — rzekł — „troszczycie się i niepokoicie o wiele rzeczy, ale jednego trzeba; Maria obrała najlepszą cząstkę". Otóż Marta miłowała Go i Maria miłowała Go; ale Maria i czekała na Niego, i dlatego obietnica wytrwania została jej dana: „Maria obrała najlepszą cząstkę, która nie będzie jej odjęta".

Ci zatem czuwają i wyczekują swego Pana, którzy są delikatni i wrażliwi w swej pobożności ku Niemu; którzy żywią się myślą o Nim, wieszają się na Jego słowach; żyją w Jego uśmiechu i wzrastają, i rozwijają się pod Jego ręką. Są gorliwi o Jego aprobatę, szybcy w chwytaniu Jego myśli, zazdrośni o Jego cześć. Widzą Go we wszystkich rzeczach, oczekują Go we wszystkich zdarzeniach i wśród wszystkich trosk, zainteresowań i zajęć tego życia wciąż czuliby przejmującą radość, nie zawód, gdyby usłyszeli, że jest bliski przyjścia. „W nocy szukałam Tego, którego miłuje dusza moja" — mówi natchniona Pieśń — „szukałam Go i nie znalazłam Go. Wstanę i obejdę miasto, ulice i place, i szukać będę Tego, którego miłuje dusza moja". Czy muszę być dokładniejszy w opisie tego serdecznego usposobienia? Pytam więc: czy znacie uczucie oczekiwania na przyjaciela, oczekiwania jego przyjścia, a on się spóźnia? Albo czy wiecie, co to być w towarzystwie tych, przy których nie czujecie się swobodnie, i pragnąć, żeby czas płynął szybciej, i żeby wybiła godzina, gdy będziecie od nich uwolnieni? Albo czy wiecie, co to być w trwodze, że coś się może wydarzy, a może nie; albo być w napięciu z powodu jakiegoś ważnego zdarzenia, które sprawia, że serce wam bije, gdy cokolwiek was o nim przypomni, i o którym myślicie pierwsze rano? Albo czy wiecie, co to mieć przyjaciół w odległym kraju, oczekiwać od nich wiadomości i zastanawiać się dzień po dniu, co robią i czy mają się dobrze? Albo czy wiecie z drugiej strony, co to być w obcym kraju, bez nikogo, z kim można porozmawiać, bez nikogo, kto mógłby was zrozumieć, stęsknionym za ojczyzną, przygnębionym, bo żaden list nie nadchodzi, i bezradnym, jak w ogóle wrócić do domu? Albo czy wiecie, co to tak miłować i żyć jedną osobą, która jest przy was, że oczy wasze idą za jej oczami, że czytacie jej duszę, że widzicie jej zmiany w jej twarzy, że uprzedzacie jej potrzeby, że jesteście smutni w jej smutku, niespokojni, gdy jest rozdrażniona, niespokojni, gdy nie możecie jej zrozumieć, ukojem i pocieszeni, gdy wyjaśniliście tajemnicę?

To jest stan ducha, gdy Pan i Zbawiciel nasz jest jego Przedmiotem — nie od razu zrozumiały dla świata, nie łatwy dla natury, a jednak tak powszechny w Kościele we wszystkich wiekach, że stał się znakiem Obecności Tego, który jest niewidzialny, i niejako cechą Boskości naszej religii. Wiecie, że istnieją subtelne instynkty u zwierząt niższych, dzięki którym przeczuwają one obecność rzeczy, których człowiek nie może dostrzec — na przykład zmian atmosferycznych, trzęsień ziemi lub naturalnych wrogów, których jednak faktycznie nie widzą; a niepokój lub trwogę, jaką okazują, uważamy za dowód, że jest coś blisko nich, co jest przedmiotem tego uczucia i stanowi świadectwo własnej swej rzeczywistości. Otóż, niejako w ten sam sposób, ciągłe czuwanie i wyczekiwanie Chrystusa, jakie Prorocy, Apostołowie i zbudowany na nich Kościół przejawiają wiek po wieku, jest dowodem, że Jego Przedmiot nie jest snem ani urojeniem, lecz rzeczywiście istnieje; innymi słowy, że żyje nadal — że żył wiecznie — Ten, który kiedyś był na ziemi, który umarł, który zniknął, który powiedział, że powróci.

Na wieki przed Jego przyjściem na ziemię prorok po proroku stał na swej wysokiej wieży, wyglądając Go przez gęstą noc i wyczekując najsłabszego blasku świtu. „Stanę na straży mojej" — mówi jeden z nich — „ustawię nogi moje na wieży i będę strzegł, aby zobaczyć, co mi będzie powiedziane. Bo jeszcze widzenie jest dalekie i objawi się na końcu, i nie skłamie; jeśli się opóźni, czekaj na nie, bo przyjdzie z pewnością i nie spóźni się". Inny prorok mówi: „Boże, Boże mój, do Ciebie czuwam od rana. Ciebie pragnie moja dusza w ziemi pustynnej, gdzie nie ma drogi ni wody". A inny: „Do Ciebie podniosłem oczy moje, który mieszkasz w niebiosach; jako oczy sług na ręce panów swoich, jako oczy służebnicy ku pani swojej". A inny jeszcze: „O byś rozdarł niebiosa i zstąpił! Góry roztopiłyby się od Twojego oblicza. Roztopiłyby się jak przy ogniu palącym; wody zapłonęłyby ogniem. Oko nie widziało, o Boże, prócz Ciebie, co przygotowałeś tym, którzy na Ciebie czekają". Jeśli zaś byli jacyś ludzie, którzy mieli prawo być przywiązani do tego świata, a nie oderwani od niego, to byli nimi dawni słudzy Boga. Ziemia ta była im dana jako ich dział i nagroda przez samo słowo Najwyższego. Nasza nagroda jest przyszła; Żydowi obiecano nagrodę doczesną. A jednak oni odłożyli na bok dobry dar Boży dla Jego lepszej obietnicy; poświęcili posiadanie nadziei. Nie chcieli zadowolić się niczym mniejszym niż radowaniem się swym Stwórcą; nie chcieli czuwać na nic innego niż oblicze swego Wybawiciela. Jeśli ziemia musiała być rozerwana, jeśli niebiosa musiały być rozdzierane, jeśli żywioły musiały się topić, jeśli porządek natury musiał być obalony, aby On się ukazał — niech tak się stanie, byleby nie było ich bez Niego. Takie było gorące pragnienie żydowskiego czciciela, wyczekującego tego, co miało przyjść; i mówię, że sama ich gorliwość w czuwaniu i cierpliwość w oczekiwaniu były z natury swej zdolne zaskoczyć świat i przekonać go o roszczeniach chrześcijaństwa do przyjęcia jako prawdziwego; bo ich wytrwałość w wyglądaniu dowodzi, że było na co wyglądać.

Ani też Apostołowie, gdy Pan nasz przyszedł i odszedł, nie ustępowali Prorokom w ostrości swego przeczucia i gorliwości swej tęsknoty za Nim. Cud cierpliwego wyczekiwania trwał. Gdy wstąpił na wysokość z Góry Oliwnej, wpatrywali się w niebo; i potrzeba było Aniołów, by ich posłać do pracy, nim zaprzestali. A potem zawsze brzmiało w nich *Sursum corda*. „Nasze obcowanie jest w niebiesiech" — mówi święty Paweł — to znaczy: nasze obywatelstwo, nasze obowiązki społeczne, nasze życie czynne, nasze codzienne obcowanie jest ze światem niewidzialnym; „skąd też oczekujemy Zbawiciela, Pana Jezusa Chrystusa". I znowu: „Jeśliście tedy powstali z Chrystusem, szukajcie tych rzeczy, które są w górze, gdzie Chrystus jest po prawicy Bożej siedzący. Myślcie o tym, co jest w górze, nie o tym, co jest na ziemi; umarliście bowiem i życie wasze ukryte jest z Chrystusem w Bogu. Gdy się Chrystus ukaże, który jest życiem waszym, wtedy i wy ukażecie się z Nim w chwale".

Tak żywy i nieustanny był ten stan ducha u Apostołów i ich następców, że dla świata zdawali się oczekiwać bliskiego powrotu swego Pana. „Oto idzie z obłokami" — mówi święty Jan — „i ujrzy Go wszelkie oko, i ci, którzy Go przebili. I będą biadać nad sobą wszystkie pokolenia ziemi z Jego powodu. Ten, który daje świadectwo o tych rzeczach, mówi: Zaiste, przyjdę rychło. Amen, przyjdź, Panie Jezu". Zapomnieli o długim upływie czasu, jak mogą to czynić święci mężowie w zachwyceniu. Przemykali myślą przez powolny przedział czasu, jak oko może biec ponad rozległą płaszczyzną kraju i widzieć jedynie chwalebne obłoki na dalekim horyzoncie. Toteż święty Piotr musiał wyjaśnić sprawę. „W dniu ostatecznym" — mówi — „przyjdą szydercy pełni fałszu, mówiąc: Gdzie jest obietnica przyjścia Jego? Ale tego jednego niech będziecie nieświadomi, umiłowani, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Skoro to wszystko ma się rozwiązać, jakimi ludźmi trzeba wam być w świętym postępowaniu i pobożności, oczekując i wyglądając przyjścia dnia Pańskiego?" Widzicie, że Wielki Apostoł nie odradza braciom oczekiwania owego dnia, przyznając zarazem, że długo nie nadejdzie. Wyjaśnia błąd świata, który zrozumiał ich gorliwe oczekiwanie przyjścia Pana jako dowód, że myśleli, iż przyjdzie za ich dni — lecz jakże intensywna i pochłaniająca musiała być ich myśl o Nim, skoro tak właśnie ją mylnie rozumiano! Co więcej, jest to niemal opis, jaki święty Paweł daje wybranym Bożym. Gdy przebywał w więzieniu, w przeddzień swego męczeństwa, posłał do swego umiłowanego ucznia, świętego Tymoteusza, swoje ostatnie słowa; i mówi: „Zachowany mi jest wieniec sprawiedliwości; i nie tylko mnie, ale" — komu? jak opisuje dziedziców chwały? — „nie tylko mnie, ale i tym, którzy umiłowali Jego przyjście".

To energiczne, bezpośrednie uchwycenie niewidzialnego Pana i Zbawiciela nie było właściwe jedynie Prorokom i Apostołom; było ono nawykłym stanem Jego Świętego Kościoła i jej dzieci aż do dnia dzisiejszego. Wiek mija po wieku, a ona zmienia swoją dyscyplinę i dodaje do swoich nabożeństw — wszystko po to, by coraz pełniej utkwić własne i ich spojrzenie w osobie jej niewidzialnego Pana. Z adorującą uwagą przyglądała się Mu, rys po rysie, i składała Mu osobny hołd w każdym z nich. Kazała nam czcić Jego Pięć Ran, Jego Najdroższą Krew i Jego Najświętsze Serce. Nakazała nam rozważać Jego dzieciństwo i czyny Jego ziemskiej działalności; Jego konanie, biczowanie i ukrzyżowanie. Wysyłała nas na pielgrzymkę do Jego miejsca narodzenia i do Jego grobu, i na górę Jego Wniebowstąpienia. Szukała i stawiała przed nami pamiątki Jego życia i śmierci: Jego żłóbek i święty dom, Jego święty płaszcz, chustę świętej Weroniki, krzyż i jego gwoździe, całun pogrzebowy i chustę na Jego głowę.

I tak, jeśli Kościół wywyższył Maryję lub Józefa, uczynił to mając na widoku chwałę Jego świętego człowieczeństwa. Jeśli Maryja ogłoszona jest Niepokalanie Poczętą, rzuca to światło na dogmat jej Macierzyństwa. Jeśli nazwana jest Matką Bożą, to po to, by nam przypomnieć, że choć On jest poza naszym wzrokiem, jest On jednak naszą własnością, bo jest z rodu ludzkiego. Jeśli przedstawiana jest z Nim w ramionach, to dlatego, że nie pozwolimy, by Przedmiot naszej miłości przestał być człowiekiem, ponieważ jest też Bogiem. Jeśli jest *Mater Dolorosa*, to dlatego, że stoi przy Jego krzyżu. Jeśli jest *Maria Desolata*, to dlatego, że Jego martwe ciało spoczywa na jej kolanach. Jeśli zaś jest *Coronata*, koronę kładzie na jej głowę Jego ukochana ręka. I podobnie, jeśli jesteśmy nabożni wobec Józefa, to jako wobec Jego opiekuna; a jeśli jest on świętym dobrej śmierci, to dlatego, że umiera w ramionach Jezusa i Maryi.

A to, co Kościół nakłada na nas aż do dnia dzisiejszego, świeci przykładem życie świętych i pobożnych ludzi aż do dnia dzisiejszego. Czy trzeba odwoływać się do życia Świętych Dziewic, które były i są Jego prawdziwymi oblubienicami, złączonymi z Nim mistycznym małżeństwem, i w wielu wypadkach nawiedzanymi tutaj zadatkami owej niewypowiedzianej, niebieskiej błogości, która jest w niebie ich wieczną cząstką? Męczennicy, wyznawcy Kościoła, biskupi, ewangeliści, doktorzy, kaznodzieje, mnisi, pustelnicy, nauczyciele ascetyczni — czyż nie żyli oni wszyscy, jak świadczą ich żywoty, samym imieniem Jezusa, jak pokarmem, jak lekiem, jak wonią, jak światłem, jak życiem z martwych? Jak mówi jeden z nich: *in aure dulce canticum, in ore mel mirificum, in corde nectar caelicum*.

Nie trzeba być świętym, by tak odczuwać: to wewnętrzne, bezpośrednie poleganie na Emmanuelu, Bogu z nami, było we wszystkich wiekach cechą charakterystyczną, niemal definicją chrześcijanina. To zwykłe uczucie katolickich społeczności; to elementarne uczucie każdego, kto ma choćby zwykłą nadzieję nieba. Pamiętam, jak wiele lat temu pewien znajomy, nie-katolik, mówił z zdumieniem i zakłopotaniem o pewnym dziele pobożności napisanym tak, jak katolicy zwykle piszą, bo — jak twierdził — autor pisał, jakby miał „swego rodzaju osobistą więź z Panem naszym"; „jakby Go widział, znał, żył z Nim, zamiast jedynie wyznawać wielki dogmat Odkupienia i w niego wierzyć". To samo zjawisko uderza tych, którzy nie są katolikami, gdy wchodzą do naszych kościołów. Oni sami przywykli pełnić akty religijne jedynie jako obowiązek; są poważni w czasie modlitwy i zachowują się przyzwoicie, bo to obowiązek. Lecz wy wiecie, Bracia, że zwykły obowiązek, poczucie stosowności i dobre zachowanie — oto nie są zasady rządzące umysłami naszych czcicieli. Skąd więc owe spontaniczne postawy pobożności? Skąd owe niewyuczone gesty? Skąd owe skupione oblicza? Skąd owa niedbałość o obecność innych? Skąd brak tej nieśmiałości, która jest tak przemożna wśród wyznawców innych wyznań? Obserwator widzi skutek; nie może pojąć jego przyczyny. Skąd ta prosta, gorliwa żarliwość w kulcie? — Nie mamy trudności, by odpowiedzieć. To dlatego, że Wcielony Zbawiciel jest obecny w tabernakulum; a gdy nagle dotąd milczący kościół wypełnia się niejako jasnym, przeszywającym wybuchem głosów całego zgromadzenia, to dlatego, że On właśnie wstąpił na swój tron nad ołtarzem, by być adorowanym. To widzialny Znak Syna Człowieczego, który przebiega przez zgromadzenie i sprawia, że przepełnia ich wezbranie radości.

Tu jesteśmy skłonieni odwołać się do pewnego fragmentu z historii ostatnich lat owego przedziwnego człowieka, który kierował losami Europy na początku tego stulecia. Zwrócił on już wcześniej uwagę filozofów i kaznodziei jako dotyczący jego stosunku do chrześcijaństwa i zawierający argument na jego rzecz pokrewny temu, na którym dotąd nalegałem. Był to argument całkiem naturalny dla kogoś, kto miał ową szczególną namiętność do ludzkiej chwały, która była bodźcem tylu heroicznych karier i tylu potężnych przewrotów w dziejach świata. W samotności swego więzienia, w obliczu śmierci, wyraził się podobno w sposób następujący:

Miałem zwyczaj stawiać sobie za wzór Aleksandra i Cezara, z nadzieją dorównania ich czynom i trwania w umysłach ludzkich na wieki. A jednak, w jakim sensie żyje Cezar, w jakim sensie żyje Aleksander? Kto cokolwiek o nich wie lub kogo to obchodzi? Co najwyżej znane są tylko ich imiona; bo kto spośród rzeszy ludzi, którzy słyszą lub wymawiają te imiona, naprawdę wie cokolwiek o ich życiu lub czynach, albo łączy z tymi imionami jakieś określone wyobrażenie? Co więcej, same nawet ich imiona błąkają się po świecie jak duchy, wspominane tylko przy szczególnych okazjach lub z przypadkowych skojarzeń. Ich główną siedzibą jest szkolna izba; mają pierwsze miejsce w chłopięcych gramatykach i zeszytach ćwiczeń; są świetnymi przykładami do wypracowań; stanowią wzory pisania. Tak nisko upadł heroiczny Aleksander, tak nisko imperialny Cezar — *ut pueris placeas et declamatio fias*.

Ale natomiast — jak podobno mówił dalej — jest jedno jedyne Imię na całym świecie, które żyje; to Imię Kogoś, kto lata swe spędził w ukryciu i kto umarł śmiercią przestępcy. Osiemnaście wieków minęło od tamtego czasu, a jednak wciąż utrzymuje On swój wpływ na ludzki umysł. Zawładnął światem i utrzymuje to władanie. Wśród najbardziej różnorodnych narodów, w najrozmaitszych okolicznościach, w rasach i umysłach najbardziej wykształconych i najbardziej surowych, we wszystkich warstwach społecznych panuje Właściciel tego wielkiego Imienia. Wysoko urodzeni i prości, bogaci i biedni uznają Go. Miliony dusz rozmawia z Nim, zważa na Jego słowo, wygląda Jego obecności. Pałace — wystawne, niezliczone — wznosi się na Jego cześć; Jego wizerunek, w najgłębszym Jego uniżeniu, triumfalnie wystawiany jest w dumnym mieście, na otwartym polu; na rogach ulic, na szczytach gór. Uświęca przodkowską siedzibę, izdebkę i sypialnię; jest przedmiotem dla ćwiczenia najwyższego geniuszu w sztukach naśladowczych. Nosi się Go blisko serca w życiu; trzyma się Go przed gasnącymi oczami w śmierci. Oto Ktoś, kto nie jest zwykłym imieniem; nie jest pustą fikcją; jest Substancją; umarł i zniknął, a jednak żyje nadal, jako żywa, energiczna myśl kolejnych pokoleń i jako przejmująca siła sprawcza tysiąca wielkich wydarzeń. Uczynił bez wysiłku to, czego inni, zmagając się przez całe życie bohatersko, nie dokonali. Czy może być Kimś mniej niż Bogiem? Kto jest On, jeśli nie sam Stwórca, który jest suwerenny nad własnymi dziełami — ku któremu nasze oczy i serca zwracają się instynktownie, bo jest naszym Ojcem i naszym Bogiem?

Bracia, zakładałem, że jesteśmy tacy, jacy być powinniśmy; lecz jeśli jest jakiś stan lub rodzaj ludzi w Kościele, któremu grozi zaniedbanie obowiązku, na którym nalegałem, to jesteśmy nim my sami. Jeśli są tacy, którzy nie czekają na swego Pana i Zbawiciela, nie czuwają dla Niego, nie tęsknią za Nim, nie rozmawiają z Nim, to są nimi ci, którzy — jak my sami — posiadają dobra doczesne lub zabiegają o nie. Owe święte dusze, których zasługi i zadośćuczynienia niemal upewniają je co do nieba — one z samej natury swego stanu żywią się Chrystusem. Owe święte wspólnoty mężczyzn i niewiast, których życie jest umartwaniem — one z samego powołania do doskonałości czuwają i wyczekują Go. Ubodzy, owe rzesze, które spędzają dni w przymusowym cierpieniu — oni z powodu surowego przymusu tego cierpienia wyglądają Go. Lecz my, Bracia, którzy żyjemy w dostatku lub w wiru interesów, lub w labiryncie trosk, lub w wojnie namiętności, lub w wyścigu ku bogactwu, zaszczytom, stanowisku, lub w poszukiwaniach naukowych czy literackich — niestety! my właśnie jesteśmy tymi, którym grozi, że nie będą mieli żadnego wzglądu, żadnego głodu i pragnienia, żadnego smaku dla prawdziwego chleba z nieba i wody żywej. „Duch i Oblubienica mówią: Przyjdź! A kto słyszy, niech mówi: Przyjdź! A kto pragnie, niech przychodzi; a kto chce, niech bierze wodę żywota darmo". Niech Bóg w swoim miłosierdziu pobudzi nasze ospałe duchy i rozniecić raczy nasze ziemskie serca, abyśmy przestali być wyjątkiem w Jego wielkiej rodzinie, która Mu nieustannie czci, chwali i miłuje Go.

← wróć do odkrywania