HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania na różne okazje

Kazanie VIII. Dar współczucia świętego Pawła

Niedziela Sześćdziesiątnicy (Sexagesima), 1857

Gdy jestem samotnyGdy potrzebuję nadziei Miłość bliźniego i miłosierdzieŚwięci jako wzór
„Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który nas pociesza w każdym ucisku naszym, abyśmy i my mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, którą samych nas pociesza Bóg."
W skrócie. Kazanie kontynuuje refleksję nad świętym Pawłem, skupiając się tym razem na jego osobistej, głębokiej miłości do nawróconych, którą opisuje jako łaskę budującą na naturze, nie zastępującą jej. Newman pokazuje, że Paweł był zdolny do przyjacielskich więzi i cierpiał po ludzku nad losem swych wspólnot. Ta emocjonalna bliskość jest wzorem chrześcijańskiej więzi między duszpasterzem a powierzonymi mu duszami.

„Są Święci, w których łaska zastępuje naturę; nie tak było z tym wielkim Apostołem — w nim łaska jedynie uświęcała i wynosiła naturę.”

*Niedziela Sześćdziesiątnicy (Sexagesima), 1857*

*„Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który nas pociesza w każdym ucisku naszym, abyśmy i my mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, którą samych nas pociesza Bóg."* — 2 Kor 1,3-4

Nikt nie umiłował świata tak bardzo jak Ten, który go stworzył. Nikt tak głęboko nie rozumiał ludzkiego serca i ludzkiej natury, i ludzkiego społeczeństwa w jego różnorodnych postaciach; nikt tak czule nie wnikał w wielkość i małość człowieka, w jego czyny i cierpienia, w jego okoliczności i losy; nikt nie czuł tak głębokiego współczucia wobec jego ignorancji i winy, wobec jego obecnego buntu i jego przyszłych perspektyw — jak Wszechwiedzący. Dowodem tego jest to, co dla nas uczynił. „Tak Bóg umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego." Umiłował ludzkość w jej skażeniu, wbrew odrazie, jaką to skażenie w Nim budziło. Umiłował ich miłością ojca, który nie wyrzeka się raz na zawsze niegodnego syna, lecz zachowuje czułość wobec jego osoby, choć gniewa go jego postępowanie. Umiłował ich za to, co jeszcze pozostało w nich z pierwotnej doskonałości — będącej w pewnej mierze odbiciem Jego własnej. Umiłował ich, zanim ich odkupił, i odkupił ich, bo ich umiłował. To właśnie owa „miłość do człowieka" — *philanthropia* — Boga, Zbawiciela naszego, o której mówią natchnieni pisarze.

Nikt, powtarzam, nie może znać rodzaju ludzkiego tak dobrze, nikt nie może go tak naprawdę miłować dla niego samego, jak Ten, który posłał Syna sobie równego, jak Ten, który przyszedł od Ojca Przedwiecznego, aby go zbawić. Lecz Jego znajomość ludzkości i Jego miłość do niej wynikały nie z żadnego pokrewieństwa natury, lecz z tego, że było Jego Boskim przywilejem „wiedzieć, co jest w człowieku". I nawet gdy stał się człowiekiem, to i wtedy znał nieporządek naszych umysłów i tyranię szatana jedynie mocą Boskiej Wszechwiedzą, nie zaś przez własne doświadczenie. Był wprawdzie uczestnikiem naszych słabości, lecz nie mógł uczestniczyć w naszej przekorze, naszej namiętności ani naszej ignorancji.

Ale jest pewna znajomość i pewna miłość ludzkiej natury, którą posiadają Święci — płynąca z głębokiego doświadczenia tego, czym ludzka natura naprawdę jest: w swej drażliwości i wrażliwości, w swym przygnębieniu i zmienności, w swej słabości, ślepocie i bezsilności. Święci posiadają ten dar i pochodzi on z wysoka; zdobywają go jednak, po ludzku mówiąc, bądź z pamięci o tym, czym sami byli przed nawróceniem, bądź z przenikliwego wglądu w swoje własne naturalne uczucia i skłonności i ich trafnej oceny. A spośród tych, którzy go posiadali, najbardziej wybitnym i godnym uwagi przykładem wydaje mi się wielki Apostoł Narodów. Czas roku sprzyja teraz mówieniu o nim, zważywszy jak pilnie Kościół w tygodniach, które właśnie dobiegają końca, stara się go nam ukazywać. Najpierw, w Wigilię Bożego Narodzenia, pozwala nam usłyszeć jego głos — niczym trąbę heroldową, która przez cały dzień wciąż na nowo ogłasza przyjście Wcielonej Łaski na ziemię. Następnie czyta jego Listy aż do Siedemdziesiątnicy; i dalej, nie zadowalając się świętem jego Nawrócenia, ponawia jego wspomnienie w Sześćdziesiątnicę — która niekiedy wypada właśnie w tym dniu — będącą drugim upamiętnieniem Apostoła. Ponieważ zaś mówiłem już gdzie indziej o jego miłości do ludzkiej natury — czyli *philanthropii* — w ogólności, teraz, w Sześćdziesiątnicę, opiszę ją, o ile czas pozwoli, w jej konkretnym wymiarze: jak okazywał ją we wnętrzu Kościoła, wobec swoich braci — nie tylko jako dziedzice nieba, ale jako dzieci Adama, które są dziedzicami nieba, jako posiadające w pełni, tak samo jak przedtem, tę naturę, którą trzeba było odkupić.

W tekście mówi on: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który nas pociesza w każdym ucisku naszym, abyśmy i my mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, którą samych nas pociesza Bóg." Tu mówi o pełnieniu posługi miłości i wyprowadza ją ze współczucia wobec bliźnich: własna pamięć i własne doświadczenie cierpienia pobudza nas i uzdalnia do niesienia pomocy innym, którzy są w podobnym ucisku. Miłość, jak wiemy, jest cnotą teologalną, a miłość człowieka jest, ściśle rzecz biorąc, zawarta w miłości Boga. „Każdy" — mówi święty Jan — „kto miłuje Tego, który zrodził, miłuje też tego, który jest zrodzony z Niego." I znów: „To przykazanie mamy od Boga, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też brata swego." Jest jednak inna cnota, odrębna od miłości, choć ściśle z nią powiązana. Jak sam Bóg Wszechmogący ma litość ojca nad dziećmi — „bo zna On naszą słabość, pamięta, żeśmy proch" — tak na Jego wzór wezwani jesteśmy do pielęgnowania cnoty ludzkości, by tak ją nazwać: cnoty płynącej z Jego nadprzyrodzonej łaski i uprawianej dla Jego chwały, choć jej przedmiotem jest ludzka natura rozpatrywana sama w sobie — w swym rozumie, swych uczuciach i swych dziejach. I właśnie tę cnotę uważam za tak szczególnie charakterystyczną dla świętego Pawła; on sam zresztą wielokrotnie jej naucza w swoich Listach, nakazując „serdeczne miłosierdzie, dobroć, łagodność, pokorę" i tym podobne.

Wielkim Apostołem rządzi więc nawyk tak pełnej świadomości, że jest człowiekiem, i tak głębokiej miłości do bliźnich jako krewnych — że w swym wewnętrznym poczuciu i w toku codziennych myśli niemal traci z oczu swoje dary i przywileje, swój stan i godność, chyba że obowiązek każde mu o nich pamiętać; sam przed sobą jest jedynie kruchym człowiekiem przemawiającym do kruchych ludzi; jest czuły wobec słabych, bo sam czuje własną słabość. Co więcej — jego urząd i funkcje w Kościele Bożym jedynie mu przypominają, że ma on niedoskonałości i pokusy innych ludzi.

Jako stosowny przykład weźmy ustęp, w którym, nie mówiąc o sobie wprost, opisuje on wyniosłe miejsce, jakie zajmował on sam, a zarazem inni Apostołowie, w ciele chrześcijańskim. Był on jednym z owych Dwunastu (by użyć liczby mistycznej) — szczególnych Arcykapłanów Nowego Testamentu, zasiadających na tronach jako sędziowie ludu i ofiarujących przed Barankiem — jak mówi Pismo — złote czasze pełne kadzidła, to jest modlitwy Świętych. A jednak ten przywilej kapłańskiego wywyższenia był dla niego jedynie osobistym upokorzeniem, bo on sam należał do grzesznego rodu, za który ofiara była składana. Zestawia on wszystkich ziemskich arcykapłanów z samym Chrystusem, aby sprowadzić ich do poziomu ich trzody: „Każdy bowiem arcykapłan" — mówi — „spośród ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w tym, co należy do Boga, aby ofiarował dary i ofiary za grzechy; może on współczuć z tymi, którzy błądzą i są w błędzie, bo sam jest ogarnięty słabością. I dlatego powinien, jak za lud, tak też za siebie samego, składać ofiary za grzechy." Zwróćmy uwagę na tę osobliwą pokorę: jedyną myśl, jaką godność hierarchiczna w nim budzi, jest ta, że jej piastun składa ofiarę za własne grzechy i powinien czuć z innymi w ich grzechach.

A gdy mówi o sobie i o swoim urzędzie bezpośrednio, czyni to w ten sam sposób. „Nie głosimy bowiem siebie samych" — powiada — „lecz Chrystusa Jezusa jako Pana, a nas samych jako sługi wasze przez Jezusa." A potem dodaje: „Przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas; zewsząd znosimy udręki, nosząc nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele."

Dwoma głównymi terenami jego apostolskiej działalności, o ile zachowała je historia święta, były Azja Mniejsza i Grecja. W obu krajach jest on Apostołem w szczególny sposób, lecz zauważmy, jak zdejmuje on z siebie Apostoła — jeśli wolno mi tak powiedzieć — gdy wyrusza na apostolskie dzieło, i jak chętnie ukazuje siebie na tym gruncie ludzkiej słabości, który jest mu wspólny ze słuchaczami i nawróconymi — tak niezmiernie niższymi od niego w porządku łaski i Kościoła.

Mówiąc o swej apostolskiej działalności w Grecji, powiada najpierw: „Gdy przybyliśmy do Macedonii, ciało nasze nie zaznało żadnego odpocznienia, lecz doznawaliśmy wszelkiej udręki: walki zewnętrzne i trwogi wewnętrzne." Potem zszedł do Achai, a jego próba i jej wyznanie trwają jak przedtem. „Byłem u was" — mówi do Koryntian — „w słabości i w bojaźni, i w wielkim drżeniu"; i to wszystko w czasie gdy uwierzytelniał swoje apostolskie posłannictwo — jak sam powiada — „w Duchu i w mocy". Przy innej okazji uważa za konieczne przywołać tym samym nawróconym pewne apostolskie znaki, lecz nieustannie przerywa swój katalog przeprosinami za jego wyliczanie i mimochodem wspomina o swoich osobistych niedostatkach. „Chociaż jestem nieporadny w mowie" — mówi — „nie jestem nieporadny w wiedzy." „Co mówię, mówię nie w Panu, lecz jakby w głupocie, z taką ufnością w chlubieniu." A potem, po odwołaniu się do swych wizji i zachwycień, nie poprzestaje na tym, lecz wraca i na nowo zatrzymuje się przy słabościach, jakie miał jako człowiek. „Żebym się przeto nie wynosił ogromem objawień" — mówi — „dany mi został cios w ciało, anioł szatana, aby mnie policzkował. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie; lecz Pan mi powiedział: Wystarczy ci moja łaska, bo moc w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa." Cóż to wszystko świadczy o wielkim Apostole, jeśli nie głęboka samowiedza i niecierpliwość na myśl, że mógłby nie okazać się swoim nawróconym uczestnikiem tej samej ziemi i prochów co oni?

Tak czuł i mówił wobec swoich nawróconych w Grecji; w Azji Mniejszej zaś jego przejawy — jeśli wolno mi tak je nazwać — są tego samego rodzaju. „Nie chcę, bracia, abyście nie wiedzieli o ucisku naszym, który nas spotkał w Azji, że byliśmy ponad miarę doświadczeni ponad siły nasze, tak że znużyliśmy się nawet życiem." A gdy żegna się po raz ostatni ze swoimi nawróconymi, jego słowa są takie same; przemawia do nich raczej jako równy niż jako Apostoł, i wzywa ich na świadków, że zawsze tak siebie uważał: „Wy wiecie" — mówi do nich — „od pierwszego dnia, gdy przybyłem do Azji, jak z wami przez cały czas postępowałem, służąc Panu z całą pokorą, we łzach i wśród doświadczeń."

Łatwo można było przewidzieć, jaki będzie skutek usposobienia umysłu tak naturalnego i otwartego. Człowiek, który tak wyzbywa się własnej wielkości, stawia się na poziomie swoich braci, rzuca się na łaskę sympatii ludzkiej natury i mówi z taką prostotą i takim spontanicznym wylaniem serca, staje się tym samym zdolny zarówno do żywienia wielkiej miłości ku nim, jak i do wzbudzenia wielkiej miłości ku sobie. Tak było ze świętym Pawłem, a świadectwo i zapis tego odnajdujemy podczas owej pożegnalnej wizyty — o której zacząłem mówić — u jego braci w Efezie, Tyrze i Cezarei. Opuszczał ich, udając się do swych wrogów; opuszczał ich, by iść cierpieć w Jerozolimie. Co było wtedy jego troską? Nie perspektywa cierpienia, lecz ból, jaki ta perspektywa sprawiała jego przyjaciołom. „Oto teraz" — mówi — „związany w Duchu idę do Jerozolimy, nie wiedząc, co mnie tam spotka, oprócz tego, że Duch Święty w każdym mieście zapewnia mnie, mówiąc, że czekają mnie więzy i uciski; lecz w żaden sposób nie cenię sobie własnego życia." Dotąd jest spokojny, a zarazem mężny. Lecz oni usilnie błagali go, by nie szedł do Jerozolimy. Zwróćmy uwagę, jaki to na nim wywarło skutek: „Cóż czynicie, płacząc i serce mi krajając? Albowiem ja jestem gotów nie tylko na więzy, ale i na śmierć w Jerozolimie za imię Pana Jezusa." Widać, bracia, jaką głęboką osobistą więź i jakie gorące uczucie łączyło go z nimi. Ponadto powiedział im, że cokolwiek mu się przydarzy, z pewnością już go nie zobaczą. „A teraz oto wiem, że wy wszyscy, wśród których przeszedłem, głosząc królestwo Boże, nie ujrzycie już oblicza mego. A upadłszy na kolana, modlił się ze wszystkimi nimi." Mogliśmy być pewni, co nastąpi z ich strony: „Wtedy wszyscy płakali rzewnie i rzucając się na szyję Pawłowi, całowali go, najbardziej zasmuceni tym słowem, które powiedział, że już nie ujrzą jego oblicza."

Są Święci, w których łaska zastępuje naturę; nie tak było z tym wielkim Apostołem — w nim łaska jedynie uświęcała i wynosiła naturę. Pozostawiła mu pełne posiadanie i pełne korzystanie z wszystkiego, co ludzkie, a co nie było grzeszne. On, który nieustannie kontemplował swego Pana i Zbawiciela, i który — choć oglądał Go może i oczyma cielesnymi — był niemniej podatny na uczucia ludzkiej natury i na wpływy zewnętrznego świata, jak gdyby tej kontemplacji był obcy. Rzecz zdumiewająca: ten, kto miał spoczynek i pokój w miłości Chrystusa, nie był nasycony bez miłości człowieka; ten, kogo najwyższą nagrodą była aprobata Boża, wypatrywał uznania ze strony braci. Ten, który zależał wyłącznie od Stwórcy, uczynił siebie zależnym od stworzenia. Choć miał To, co Nieskończone, nie chciał się obejść bez tego, co skończone. Miłował swoich braci nie tylko „dla Jezusa" — używając jego własnego wyrażenia — ale i dla nich samych. Żył w nich; czuł z nimi i dla nich; troszczył się o nich; udzielał im pomocy i nawzajem szukał u nich pociechy. Jego duch był jak jakiś instrument muzyczny — harfa lub viola — którego struny brzmią, choć dotknięte nie są, pod wpływem dźwięków wydawanych przez inne instrumenty; i nieustannie, zgodnie z własnym swoim nakazem, „radował się z radującymi się i płakał z płaczącymi" — i dlatego był najmniej władczym ze wszystkich nauczycieli i najłagodniejszym i najserdeczniejszym ze wszystkich rządców. „Któż jest słaby, a ja nie jestem słaby?" — pyta — „Któż doznaje zgorszenia, a ja nie pałam?" I po tych słowach, znamiennie dodaje: „Jeśli trzeba się chlubić, będę się chlubił z mojej niemocy."

Ta wierna miłość ku braciom, ta gorąca, a przecież nieuwielbiana miłość, przejawia się we wszystkim, co pisze. Możemy sobie wyobrazić płonące pragnienie, które Apostoł musiał czuć, by opuścić ten padół bólu i być wziętym do rozkoszowania się Boską Obecnością; a przecież mówi o sobie jako o tym, który „jest ściśniony przez dwie strony, mając pragnienie rozwiązania i bycia z Chrystusem, co jest daleko lepsze; ale pozostawanie w ciele" — dodaje — „jest konieczniejsze ze względu na was."

A gdy spogląda naprzód ku owej szczęśliwej chwili, gdy sam Bóg będzie mu nagrodą, wiąże radości nieba z obecnością swoich nawróconych. „Jaka jest nasza nadzieja, lub radość, lub wieniec chwały? Czy nie wy, przed obliczem Pana naszego Jezusa Chrystusa w czasie Jego przyjścia? Wy bowiem jesteście naszą chwałą i radością."

I tak co do swych przyjaciół — każdego z osobna: pośród pełni swego nadprzyrodzonego zjednoczenia z Nieskończonym i Wiecznym Bogiem, wciąż jeszcze żądnie wypatruje znanych mu twarzy. „Cieszę się" — mówi — „z przybycia Stefana, Fortunata i Achaika, bo orzeźwili ducha mojego i waszego." Znowu: „Nie miałem spokoju ducha, bo nie znalazłem Tytusa, brata mojego." Znowu: „Bóg, który pociesza pokornych, pocieszył nas przybyciem Tytusa." Znowu: mówi o Epafrodytacie jako o tym, który „zachorował na śmierć; lecz Bóg zlitował się nad nim, a i nade mną, abym nie miał smutku po smutku." Mówi z czułym lamentem, że „wszyscy, którzy są w Azji, odwrócili się od niego." Bo tak było — teraz też, gdy miał już ponieść męczeństwo, podobnie jak wcześniej, znajdował czas, by myśleć o swoich przyjaciołach: tych, którzy byli przy nim, tych, którzy byli z dala, i tych, którzy go opuścili.

„Przy pierwszej mojej obronie" — mówi, gdy byłem po raz pierwszy postawiony przed sądem — „nikt nie stanął po mojej stronie, ale wszyscy mnie opuścili; Pan jednak stanął przy mnie." „Demas mnie porzucił, umiłowawszy ten świat." Łukasz, „najdroższy lekarz", jak go gdzie indziej nazywa — „tylko Łukasz jest ze mną."

Mógłbym kontynuować w podobny sposób, gdyby czas pozwalał, przypominając wam, jak bardzo zależy mu na aprobacie braci: „Bogu jesteśmy jawni" — mówi — „a ufam też waszym sumieniom, że i wam jesteśmy jawni." Mógłbym pokazać, jak wrażliwy jest na lekceważenie, a zarazem jak bardzo wyrozumiały; jak przejęty jest niewdzięcznością, a zarazem jak łagodny i spokojny w swej wrażliwości; jak lęka się skutku swych kar dla winnych, choć wymierza je stanowczo, gdy spełnienie obowiązku tego wymaga; jak, słowem, nie ma ani jednej spośród tych subtelności i delikatności uczucia, które są owocem zaawansowanej cywilizacji, ani jednej spośród tych właściwości i ozdób postępowania, w których lubuje się umysł ukształtowany, żeby nie był on jej wzorem — i to pośród owego skupiska innych nadprzyrodzonych doskonałości, które są wspólnym uposażeniem Apostołów i Świętych. On — jednym słowem — który jest szczególnym głosicielem Bożej Łaski, jest zarazem szczególnym przyjacielem i powiernikiem ludzkiej natury. Ten, kto objawia nam tajemnicę Bożych odwiecznych wyroków, objawia jednocześnie najczulsze zainteresowanie duszami poszczególnych ludzi.

I skoro takie są cechy jego umysłu, jak je opisałem, łatwo zrozumiecie, jak bardzo — słabsze słowo tu nie wystarczy — musiał się oburzać na widok zawiści, wrogości i podziałów w ciele chrześcijańskim. Brzydził się nimi nie tylko jako szkodzącymi jego Zbawicielowi, lecz jako zniewagą tej wspólnej natury, która wszystkim nam bez wyjątku daje prawo do tytułu ludzi. Jak miłował tę wspólną naturę, tak też znajdował upodobanie w tym, by widzieć wszystkich, którzy w niej uczestniczą, jako jedno — choć byli rozproszeni po całej ziemi. Współczuł z nimi wszystkimi, gdziekolwiek i kimkolwiek byli; i czuł, że jednym ze szczególnych darów, jakie Ewangelia im przyniosła, jest to, że jedność ludzkiej natury została odtąd uznana i przywrócona w Jezusie Chrystusie. Duch partyjny był więc po prostu antagonistyczny duchowi Apostoła i wielką dla niego obrazą, nawet gdy nie posuwał się aż do schizmy. „Każdy z was mówi: Ja jestem Pawłowy, a ja Apollosowy, a ja Kefasowy, a ja Chrystusowy. Czyż Chrystus jest podzielony?" „Nie masz poganina ani Żyda, barbarzyńcy ani Scyty, niewolnika ani wolnego — ale Chrystus jest wszystkim i we wszystkich."

A teraz zakończę jedną aluzją, którą naturalnie jest mi poczynić i która usprawiedliwi mnie w twierdzeniu, że nie bardzo pomyliłem się co do charakteru Apostoła. Zapisano o świętym Filipie Neri, że szczególnie lubił pisma świętego Pawła. „Spośród różnych ksiąg Świętych" — mówi jego biograf — „miał szczególne zamiłowanie do Listów świętego Pawła; aby lektura była owocna, czytał powoli i czynił pauzy. Gdy czuł, że słowa go rozgrzewają, nie szedł dalej, lecz zatrzymywał się, by rozważać dany tekst. Gdy uczucie opadało, wracał do czytania i tak szedł od ustępu do ustępu." Możemy zapytać na pierwszy rzut oka, cóż szczególnego łączyło — poza tym, że obaj byli świętymi — pokornego kapłana bez stanowiska, bez urzędu, bez nadzwyczajnych darów umysłu, z Władcą i Doktorem Kościoła, kaznodzieją, misjonarzem, człowiekiem świata i uczonym wszechstronnie wykształconym? Dlaczego słowa Apostoła trafiały z szczególną mocą do serca Filipa i stawały się pokarmem jego ducha, w jego małej celi pośród zatłoczonego miasta? Było tak, sądzę, dlatego, że choć obaj różnili się od siebie pod każdym innym względem — pozycją, darami i historią — mieli jednak pewne cechy osobistego charakteru uderzająco wspólne. Przedstawię je pokrótce pod dwoma nagłówkami i tak zakończę.

1. Przede wszystkim, święty Filip Neri nosi tytuł „Apostoła Rzymu". Dlaczego? Czy był wielkim teologiem? Nie; nigdy nie pretendował do wiedzy teologicznej, choć był w niej dostatecznie biegły; i godne uwagi jest, że choć wielu Ojców jego Kongregacji po nim odznaczało się wielką uczonością, żaden z nich — o ile wiem — nie pisał na tematy dogmatyczne ani nie jest autorytetem w naukach świętych. Czy podejmował się kształtowania wielkich świętych? Nie; albowiem — jak o nim powszechnie mówią — pozostawiając ten wzniosły urząd innym, zwrócił się w swej pokorze ku uświęceniu zwykłych ludzi. Nie był teologiem ani pisarzem ascetycznym; lecz w sposób przystępny, przez pouczenia i maksymy, przez przykłady z życiorysów, przez lekcje historii, zwracał się do całej wspólnoty, mając na celu nawrócenie wszystkich ludzi — wielkich i małych — do Boga, i kształtowanie ich według wielkich zasad oraz utrwalanie w ich sercach substancji i trwałości obowiązku religijnego. Żył w czasach, gdy literatura i sztuka osiągały swój najpełniejszy rozkwit i rozpoczynały swoje dobroczynne panowanie nad ludnością Europy; jego zadaniem zaś nie było niszczenie ani wypieranie tych Bożych darów, lecz — w duchu, rzec mogę, Katolickiego Uniwersytetu — uświęcenie poezji i historii, i malarstwa, i muzyki na chwałę Dawcy. Czy nie widzicie, bracia, że jedynie kontynuuję ilustrację własnego charakteru świętego Pawła, mówiąc w ten sposób o nowożytnym Świętym, który był jego uczniem? Bo z pewnością i święty Paweł, choć był natchnionym Nauczycielem i „niczym nie ustępował nawet wielkim Apostołom" w wiedzy teologicznej, to jednak w swoich Listach, zamiast nalegać na naukę i system, zwraca się głównie do serc swych uczniów i wprowadza doktrynę nie tyle dla niej samej, ile dla celów praktycznych. I dlatego, choć był w szczególny sposób *Doctor Gentium*, głównym ćwiczeniem jego Apostolskiego Urzędu było kształtowanie charakteru i doskonalenie serca, zgodnie ze słowami Hymnu:

*Egregie Doctor Paule, mores instrue,* *Et nostra tecum pectora in caelum trahe.*

2. Tyle o dziele świętego Pawła; drugi zaś z tych dwóch wierszy nasuwa, po drugie i na koniec, jego sposób jego wypełniania. I tu był on prekursorem świętego Filipa. Pierwszy był władcą i Księciem w Kościele, z rozległą jurysdykcją; święty Filip był skromnym kapłanem, dysponującym jedynie jurysdykcją spowiednika; a przecież najwyższy i najniższy zgadzali się w tym, że odkładając na bok formy, o ile było właściwe, i pozwalając wpływowi zastąpić władzę, a miłości stanąć w miejsce autorytetu, pociągali dusze do siebie swoim wewnętrznym pięknem i trzymali je w swej mocy przez odrodzonych uczuć ludzkiej natury. Święty Paweł zdawał się czuć wobec swej wzniosłej Apostolskiej władzy poniekąd tak, jak Dawid czuł wobec zbroi swego Króla; i choć używał jej na wezwanie obowiązku, wolał „więzy Adama" i głos perswazji. To, co mówi przy jednej okazji do Filemona, stanowi jakby motto całego jego posługiwania: „Choć mam wielką swobodę w Chrystusie Jezusie nakazać ci, co jest stosowne, to jednak ze względu na miłość raczej proszę, ja Paweł, stary człowiek, a teraz i więzień Jezusa Chrystusa."

Nic dziwnego więc, że mój własny Święty — będąc tym, kim był — czuł najgłębszą duchową więź z takim człowiekiem jak ten; że ten, o którym zapisano, iż nigdy — czy tylko raz — nie powiedział „rozkazuję", lecz pozyskiwał i prowadził swoje dzieci głosem i spojrzeniem, i wyrazem twarzy, żywił najczulsze nabożeństwo wobec kochającego serca owego chwalebnego Apostoła, który był łagodny na szczycie najwznioślejszej władzy, pogodny po dziesięciu tysiącach zawodów i serdeczny i spokojnego ducha pośród doświadczeń starości.

Oby my wszyscy, bracia, w naszych właściwych powołaniach i stanach, stali się uczestnikami tego samego daru — daru szczególnie potrzebnego w tym wieku, daru w osobliwej zgodności z obowiązkami i celami Uniwersytetu.

← wróć do odkrywania