*Wygłoszone 15 i 18 I 1850 w Oratorium w Birmingham, w 1. rocznicę jego założenia*
*„Przebudziłem się ostatni ze wszystkich, jak ten, kto zbiera po winobraniu. W błogosławieństwie Bożym i ja pokładałem nadzieję; i jak ten, kto zbiera winogrona, napełniłem tłocznię. Patrzcie, że nie pracowałem dla siebie jedynie, lecz dla wszystkich szukających mądrości."* — Syr 33,16–18
Obraz świętego Filipa wisi niezmiennie w tej Kaplicy, a jego wizerunek trwa nieustannie w naszych umysłach. Nie tylko my, którzy należymy do jego Kongregacji i poświęciliśmy się jego służbie, ale i wy, moi drodzy Bracia i Dzieci, którzy przychodzicie tu czcić Boga w jego cieniu — i wy, jestem o tym przekonany, zabieracie go ze sobą do waszych domów i doświadczacie na sobie pożytku płynącego z tak znakomitego Patrona. Jego wspomnienie jest w tej okolicy obchodzone codziennie, a Oktawa jego Święta obraca się przez cały rok. Nigdy nie ma potrzeby o nim wam przypominać; ani w tej właśnie porze roku nie ma żadnego szczególnego powodu — ani rytualnego, ani obyczajowego — który nakazywałby to czynić. A jednak w naszym własnym przypadku bardziej naturalne jest myślenie i mówienie o nim właśnie teraz niż kiedykolwiek indziej, gdyż zbliżamy się do rocznicy jego przybycia do Anglii i do Birmingham i składamy dzięki dobremu Bogu naszemu, w serii nabożeństw, za wszystkie łaski, które za jego przyczyną zostały w ciągu dwóch lat na nas wylane. Zbliżamy się właśnie do ukończenia drugiego roku od pierwszego wprowadzenia Oratorium do Anglii; zbliżamy się do ukończenia pierwszego roku, odkąd osiadło ono w tym ludnym mieście, do którego skierował je Apostolski Breve. Nasze perspektywy rozszerzą się, jak dobrze wiemy, a nasze sukcesy pomnożą się z upływem czasu; i być może dane nam będzie dostarczać zawiązków lub kłaść fundamenty Oratoriów dla innych miejsc — lecz jeśli prawdziwe jest przysłowie, że „kto zaczyna, połowę robi", to rok temu okazano nam miłosierdzie tej miary, której nigdy już nam pokazać nie będzie można.
Nie ku naszemu Świętemu i Ojcu zwracamy się w tej porze jedynie z wdzięcznością za to, co nam wysłużył; zwracamy się do niego również jako do najkonieczniejszego wzoru w dziękczynieniu, które winniśmy złożyć Bogu. Ten, kto wysłużył nam Boże łaski, on, moi drodzy Ojcowie Oratorium, musi nas nauczyć, jak ich godnie używać; i to właśnie skłania nas do rozważania i rozpamiętywania jego samego i jego historii, jak gdyby obchodzono teraz jego coroczne święto — do rozważania szczególnych rysów jego charakteru i pamiętnych wydarzeń jego życia, jeśli nie dla jego chwały, to przynajmniej dla naszego własnego dobra; jeśli nie dla jego uczczenia, to przynajmniej dla zdobycia wskazówek dla siebie samych, ze względu na światło, jakie wszystko, co o nim zapisano, rzuca na nasze powołanie, nasze obowiązki i naszą pracę; bowiem tylko wtedy jesteśmy jego prawdziwymi naśladowcami, gdy czynimy tak jak on. Co więcej, choć wszystko to jest przedmiotem rozważań dotyczących nas, członków Oratorium, w pierwszym rzędzie, to musi ono mieć znaczenie i dla tych, którzy, jak wy, moi Bracia, korzystają z naszej posługi — albowiem skoro istnieje wiele powołań, misji i dzieł w całym obszarze Kościoła Katolickiego, to rozważając to zagadnienie, zrozumiecie dokładniej, co w szczególności zamierza dla was Oratorium.
Zapytajmy więc, jakie były czasy świętego Filipa i jakie miejsce w nich zajmuje; do czego został powołany, jak tego dokonał i jak my, moi Ojcowie Oratorium, możemy uczynić z jego dzieła i jego sposobu działania wzór dla siebie w dobie obecnej.
**1.** Jego czasy były takimi, jakich Kościół nie zaznał ani wcześniej, ani później, i jakimi świat musiałby jeszcze długo czekać, by je znowu ujrzeć; i były wyjątkowe nie tylko same w sobie, lecz niosły ze sobą szczególną i najcięższą próbę wiary i miłości jego dzieci. Był to czas przesiewania i niebezpieczeństwa, „upadku i powstania wielu w Izraelu". Wiemy dobrze, że łaskawy Pan nasz nigdy jej nie opuści; podtrzyma ją we wszelkich niebezpieczeństwach i trwać będzie ona, dopóki trwa świat. Lecz jeśli kiedykolwiek był czas, gdy zdawało się, że zamierza ją opuścić, nie był to czas prześladowań, gdy tysiące spośród najznakomitszych jej członków ginęły, a trzódka jej była dziesiątkowana; nie były to wieki średnie, gdy okrucieństwo żołdaka i podstęp sofisty ją oblegały — był to ów ponury czas, u kresu i w pełni którego święty Filip przystąpił do swojego dzieła. Wielki pisarz, jeden z jego własnych synów, kardynał Baroniusz, powiedział o wiekach ciemnych, że był to czas, gdy Pan zdawał się spać w łodzi Piotrowej; istnieje jednak inne miejsce Ewangelii, jeszcze bardziej zadziwiające niż opis owego snu, i mające jeszcze bardziej zdumiewające spełnienie w owym okresie, o którym mam mówić. Był czas, gdy szatan porwał cieleśnie Króla Świętych i zawiózł Go, dokąd chciał. Wtedy nasz Najświętszy Zbawiciel i Pan znalazł się w objęciach ambicji, chciwości i nieczystości — i podobnie Jego Kościół po Nim, choć pełen darów Bożych, Niepokalana Oblubienica, Wyrocznie Prawdy, Głos Ducha Świętego, nieomylny w sprawach wiary i obyczajów, czy to w katedrze swego Najwyższego Biskupa, czy w jedności swego Episkopatu, był jednak w owym czasie tak otoczony, tak uwikłany w grzech i bezprawie, że wydawał się oczom świata tym, czym nie był. Nigdy, tak jak wtedy, jej zwierzchnicy — jedni w większym, inni w mniejszym stopniu — nie zbliżyli się tak do kompromitowania tego, czego nigdy skompromitować nie można; nigdy tak blisko nie byli zaprzeczenia w prywatnym życiu tego, czego nauczali publicznie, i obalania własnym postępowaniem tego, co wyznawali ustami; nigdy tak bardzo nie dali się wciągnąć w próżność, tak kusić przez pychę, tak nawiedzać przez pożądliwość; nigdy nie oddychali tak zatrutym powietrzem, nie byli całowani przez takich zdrajców-przyjaciół, nie byli narażeni na takie widoki wstydu, nie byli odziani w tak pokrwawione szaty, jak w wiekach, w których i w których kres święty Filip przyszedł na świat. Biada nam, moi Bracia! Skandal czynów popełnianych wówczas we Włoszech my dźwigamy w Anglii dzisiaj.
Był to wiek, gdy namiętna samowola feudalnego barona wciąż była żywa; gdy cywilizacja, niezdolna jeszcze naprawić krzywd społecznych w całokształcie, dawała książętom i możnowładcom tyle samo do posiadania, co przedtem, a mniej do znoszenia; powiększała ich przepych, a zmniejszała ich obowiązki i niebezpieczeństwa; stawała się płaszczem dla przywar, których nie wypleniała; pewną czyniła zemstę, ucząc ją podstępu, a niedowiarstwo — czcigodnym, wykazując jego starożytność. Oto cechy charakterystyczne epoki świętego Filipa; a Florencja, jego rodzinne miasto, dawała ich najdoskonalszy wyraz, zaś po Florencji — Rzym, miasto, które on przybrał za własne.
Florencja była wówczas najbardziej intelektualnym, najbardziej wspaniałym miastem Italii. Około sto lat wcześniej jeden z jej najbogatszych kupców i bankierów stał się jej faktycznym władcą i przekazał swą władzę potomnym, którzy wciąż ją posiadali. Losy tej rodziny są ściśle splecione z losami Stolicy Świętej; niekiedy były jej wrogami, skończyły zaś na tym, że dały jej troje lub czworo książąt własnej krwi na jej tron; lecz czy to w przymierzu z nią, czy w wojnie, czy we Florencji, czy w Rzymie, wywierały przez wiele przynajmniej lat wpływ szkodliwy dla jej prawdziwego — to jest religijnego — dobrostanu.
Był to czas odrodzenia tak zwanej nauki klasycznej, czyli nauki starożytnej Grecji i Rzymu. Konstantynopol był niedawno wzięty przez Turków, którzy władają nim do dziś; jego uczeni, wraz ze swymi tradycjami i rękopisami, schronili się do Italii, znajdując dom we Florencji u tej możnej rodziny. Głowy tej rodziny stały się szczególnymi mecenasami literatury i sztuki, a przywódcami klasycznego odrodzenia. Pod ich auspicjami otwierano szkoły publiczne; studiowano język grecki; założono akademię filozoficzną; założono bibliotekę i umieszczono ją w Klasztorze Dominikanów przy San Marco. Jej bibliotekarz z czasem został papieżem i założył w Rzymie słynną Bibliotekę Watykańską. Gromadzono dzieła w językach Wschodu: hebrajskie, arabskie, nawet indyjskie; na światło dzienne wydobywano i wydawano zagubione pisma autorów greckich i rzymskich. Dotąd — jak sami widzicie — nie było właściwie nic, co można by ganić; odrodzenie nauki było samo w sobie wielkim dobrodziejstwem dla ludzkości, a włożona weń praca była dobrze wydatkowana. Lecz na tym świecie zło kroczy za dobrem jak jego cień; natura ludzka wypacza i psuje to, co jest z istoty swej niewinne lub godne pochwały. Tak też i w tym przypadku dążenie do dawnej nauki stało się namiętnością. Gdy przeszukiwano rozpadające się klasztory Wschodu, znajdowano i odcyfrowywano rękopisy, gdy odkopywano ruiny pogańskich budowli, usuwano nasypy ziemi, wydobywano na światło dzienne rzeźby sztuki klasycznej — niepohamowane uniesienie, odurzenie owładnęło klasami zaangażowanymi w tę pracę. Ogarnęło ono młodych i starych: podczas gdy jeden znakomity archeolog spędził pięćdziesiąt lat na odkrywaniu starożytnych autorów, a innemu siwy włos wyrastał, gdy tracił w rozbiciu okrętu swój ładunek odkryć, dostojne damy stawały się cudami erudycji, a pewien młodzieniec dwudziestoletni stawiał się w Rzymie jako władający dwudziestoma dwoma językami i wyznaczał dziewięćset tematów do dysputy.
Cudowna sztuka druku, odkryta niedawno, dodawała podniecenia, nie tyle przez to, co rzeczywiście dokonała owego dnia, ile przez świetlaną przyszłość, jaką otwierała wyobraźni — zarówno dla postępu wiedzy, jak i społeczeństwa.
Ani na tym nie kończyły się odkrycia owej niezwykłej epoki; nadeszły wieści o nowym kontynencie za oceanem; Ameryka Północna i Południowa stały się znane Europie, a obszar ziemi podwoił się. Krążyły najdziwniejsze opowieści, prawdziwe i fałszywe, o bogactwach, złocie, srebrze i klejnotach, o zwierzętach, o roślinności nowej półkuli. Umysły ludzkie poruszyły się pod wpływem tysiąca wyobrażeń; nikt nie wiedział, czego się spodziewać; wszystkiego można było oczekiwać; nowa era otworzyła się na świecie, a olbrzymie przemiany, polityczne i społeczne, znajdowały się w przygotowaniu. Dokonywało się wstrząśnięcie gigantycznego rozumu ludzkiego; człowiek odkrył, że posiada moce i zasoby, których przedtem nie był świadom, i zaczął z góry ubóstwiać ich triumfy.
Tymczasem, gdy świat tak bardzo się wzmacniał, Kościół był w owej chwili proporcjonalnie słaby, o ile chodzi o ludzkie narzędzia jej potęgi. Wielka, zaiste, była jej doczesna wywyższoność w owych dniach; wielka była, jak zawsze będzie, w swej niewidzialnej, Bożej sile; lecz w zwykłych składnikach swej wielkości i oręży swego zwycięstwa — w porządku i karności, w pasterskiej czujności, w świętości jej poszczególnych członków — pod tymi względami była z pewnością wzięta w niekorzystnym położeniu. Nie chcę, ani wy, moi Bracia, nie chcielibyście, bym rozszerzał się na temat tak bolesny. Wielkie włoskie rody intrygowały i walczyły o jej najwyższą władzę, jak gdyby była to zwykła doczesna dynastia. I z tego powodu nie była ona w stanie w owej chwili, wobec braku bojowników, sprostać gwałtownemu, entuzjastycznemu ruchowi, który opisałem i który najeżdżał ją od wewnątrz i od zewnątrz. Wszystko ma swoje miejsce: nauka i wiedza ludzka, dzieła geniuszu, cuda natury — wszystko to, jak powiedziałem, ma swój pożytek, gdy pozostaje w podległości wierze i kultu Bożemu; lecz jest niczym innym jak nadużyciem, jeśli pozwala się im zawładnąć umysłem, a religia zostaje przez nie zepchnięta na dalszy plan. A przecież są one tak fascynujące, tak urzekające, tak bezpośrednie, namacalne i natrętne w swoim wpływie, że jeśli strażnicy Świętego Miasta nie są czujni, niemal z pewnością działają ze szkodą dla najwyższych interesów człowieka. Tak było właśnie w owym czasie, o którym mówię: to, co piękne, stawiano przed tym, co prawdziwe; a raczej piękno stworzenia przedkładano nad niedościgłe piękno Stwórcy. Naturze i sztuce, bogatemu tworzywu i twórczemu umysłowi pozwolono najechać Kościół i uciskać go, zamiast służyć mu. Świat wtargnął gwałtem w jego święte obejścia i przyozdobił je na swój sposób. Zwrócił się ku jego zwierzchnikom, już i tak ogłupiałym od hołdów narodów, i usiłował namówić ich, by oblekli straszliwą Oblubienicę Barankową w stary pogański strój, którego zniszczeniem było właśnie jej przyjście na świat. O ileż stosowniej byłoby prosić ją, by wzięła udział w zniesonych obrzędach prawa Mojżeszowego, niż narzucać jej na miejsce nauki Świętych Ojców literaturę klasyczną. Był to szatan, który brał ją na wysoką górę i pokazywał jej wszystkie królestwa ziemi i ich chwałę, pragnąc skusić ją, by zapomniała o swej misji.
„Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy" — tak mówili niegdyś poganie; tak mówiono teraz, niemal tymi samymi słowami, przez chrześcijan — nie mając co prawda zamiaru zaprzeczać życiu przyszłemu, ale żywiąc nadzieję, że dziedzictwo przyszłości można posiąść, nie rezygnując z żadnej rozkoszy obecnej. Artyści, poeci i filozofowie, którzy kwitli w uśmiechu wielkich florentczyków i ich uczniów w całej Italii, jeśli nie wolno im było wedle woli i upodobania zdobić świętego Kościoła, mogli przynajmniej czynić, co chcieli ze światem; i upadły, jaki on jest, uczynili zeń mimo wszystko, blaskiem swego geniuszu, prawdziwy raj rozkoszy. Rzucali wdzięk na grzech i dostojeństwo na niedowiarstwo. Życie było dla nich jedną wielką ucztą; biesiadowali, igrali, formowali kształty i malowali oblicza doskonałego piękna ludzkiego; dogadzali sobie wyuzdaną dowcipnością, pisali bezwstydne wiersze, lekkomyślnie używali słów Pisma Świętego; kłócili się, sięgali po nóż, uciekali do azylu, po czym znowu wychodzili, by obracać się w tym samym kręgu rozkoszy i grzechu. Festiwale i karnawały stały się porą powszechnej swobody obyczajów, dramatów i maskarad; a wybryki pogaństwa odnawiały się z wyrafinowaniem dostarczanym przez klasyczne konotacje. Tańce, procesje i pieśni stanowiły część widowiska. Florencja zwłaszcza była jego sceną, a cała jej ludność była albo uczestnikami, albo widzami. Pora na to wybrana była noc; przedstawienia odbywały się przy blasku pochodni; bandy kobiet, podobnie jak bandy mężczyzn, miały w nich wyznaczone role, a kończono je dopiero po wschodzie słońca. W dniu świętego Jana Chrzciciela, w roku poprzedzającym narodziny świętego Filipa, podobne widowisko, wraz z turniejami i innymi uroczystościami, odbyło się w tym samym mieście — jego rodzinnym mieście. Siedmiu sakralnych książąt przybyło incognito, by w nim uczestniczyć; dwa lwy i pantera zostały przysłane w darze przez jednego z członków panującej rodziny, zasiadającego wówczas w Watykanie; a łuk triumfalny wzniesiono na cześć darczyńcy, naprzeciw klasztoru dominikańskiego przy San Marco.
To wszystko dla ludu. Ich zwierzchnicy, którzy wprowadzili te widowiska lub im patronowali, oraz bezpośrednie otoczenie tych zwierzchników szli dalej. Przybierali imiona pogańskie; obchodzili święta pogańskiego założyciela Rzymu i pogańskiego filozofa Platona; umierali przy dźwięku pogańskich słów pociechy. Usiłowali nawiązać stosunki ze złymi mocami; mamy zapis sceny w wielkim rzymskim amfiteatrze, zwanym Koloseum. Mówi się, że czarownik posiadał sakralny charakter; tysiące diabłów opisywano jako przywołane jego zaklęciami, które obiecywały — i dotrzymały obietnicy — że spełnią niegodziwą żądzę słynnego artysty, który się do nich zwrócił. Większego grzechu nie mógłby popełnić duchowny; lecz były skandale gorsze. Jeśli nawet u samego zarania Ewangelii, gdy wiara była najżywsza, a serce najczystsze, znalazł się Judasz wśród Apostołów, Mikołaj wśród diakonów i Szymon Mag wśród neofitów, to nie powinniśmy się dziwić — choć możemy ubolewać — że w zdegenerowanym wieku, o którym mówię, upadki zdarzały się o wiele liczniejsze niż owe wczesne, choć może nie tak wielkie pod względem ogromu zbrodni. Jeden z najgorliwszych odnowicieli dawnej nauki, o którym już mówiono, był duchownym posiadającym rodzinę; jeden z głównych pisarzy swobodnych opowieści miał na sobie zarówno obowiązki zakonne, jak i biskupie; a pewien pisarz, uważany za najpodlejszego w swoich czasach, korzystając z protekcji jednego z rodu wielkich florentczyków w Rzymie, był na tyle zuchwały, że zapragnął — bezskutecznie — zostać Kardynałem świętego Kościoła.
Dobro i zło, święte przywileje i grzeszne serca, znalazły się w bliskim zetknięciu, cudownym i przerażającym. Najwyżsi Pasterze byli poufalsko traktowani, po czym oczerniami za plecami przez rozpustnych artystów, którym okazali dobrodziejstwa. Święci mężowie wyrośli i zdobyli swe korony spośród rodzin, na których historia położyła piętno hańby. Dwóch świętych, współczesnych świętemu Filipowi, przychodzi wam na myśl, moi drodzy Ojcowie, jako przykłady tego paradoksu: święty Franciszek Borgiasz, trzeci Ojciec Generał Towarzystwa Jezusowego, nosi imię haniebne w historii Rzymu; święta Maria Magdalena de Pazzi wywodziła się z florenckiego rodu osławionego czynem, który łączył w sobie świętokradztwo, rozlew krwi i zdradę — bodaj bez precedensu.
Oto niektóre rysy epoki, w której wysłano na ziemię świętego Filipa: z pewnością apostoł był potrzebny zarówno Florencji, jak i Rzymowi.
**2.** I dla Florencji taki apostoł zdawał się ukazywać właśnie w przeddzień czasów świętego Filipa. Możecie pamiętać, moi Bracia, że niejednokrotnie wspominałem o wielkim klasztorze dominikańskim przy San Marco. Ów klasztor, choć wzniesiony przez pierwszego księcia owej bogatej rodziny, o której tyle razy mówiłem, poświęcony był stylowi sztuki i rodzajowi nauki dalece odmiennym od tych, którymi wsławiły się Grecja czy Rzym. W cieniu świętego Dominika miejsce miała jedynie taka nauka, która służyła teologii jak najwspanialej ukształtowanej i filozofii z nią zgodnej; a spokojna mądrość, którą jego imię przywołuje, przeniesiona była w świat poezji i sztuk pięknych przez geniusz jego dzieci i jego klientów. Ten właśnie klasztor San Marco zdobią do dziś słynne malowidła wykonane przez dominikańskiego artystę, zwanego — jak dominikański święty Tomasz — Anielskim; a mniej więcej w tym samym czasie rządził nim sławny dominikański spowiednik i pisarz, późniejszy arcybiskup tego miasta, święty Antoninus. I tu właśnie, mniej więcej trzydzieści lat później, a nieco przed narodzinami świętego Filipa, przybył ów ognisty reformator, również dominikanin, o którym zamierzam mówić jako o pewnego rodzaju apostole Florencji — człowiek o niewątpliwie władczej wymowie i niezwykłym wpływie, pełen tradycji swego zakonu i żywiący zażartą nienawiść do odradzającej się pogańskiej literatury i klasycznego smaku swoich czasów; wymieniam jego imię ze względu na miłość, jaką świętego Filipa żywił dla jego pamięci: Savonarola.
Prawdziwy syn świętego Dominika — energią, surowością życia, pogardą dla czysto świeckiej nauki — prekursor dominikańskiego świętego Piusa śmiałością, stanowczością i gorliwością o chwałę domu Bożego i o przywrócenie świętej karności — Savonarola poczuł, że „duch jego oburzył się w nim", jak drugi Paweł, gdy przybył do tego pięknego siedliska geniuszu i filozofii; bo znalazł Florencję niczym drugą Ateny „oddaną całkowicie bałwochwalstwu". Boleścią napełniło go wnętrze, wzburzył się i nie szukał pociechy, widząc chrześcijański dwór i lud szczycący się swą materialną wielkością, intelektualnymi zdolnościami i ogładą towarzyską, a oddający się zarazem zbytkowi, uczcie i pieśni, i biesiadowaniu, kosztownym widowiskom i wspaniałym strojem, nieczystej poezji, zdeprawowanemu i zmysłowemu charakterowi sztuki, spekulacjom pogańskim i zakazanym, przesądnym praktykom. Jego gwałtownego ducha nie można było powstrzymać i on go przemógł; i w odróżnieniu od Apostoła, którego roztropność, łagodność, miłość bliźnich i ludzkie przymioty nigdzie piękniej się nie objawiają niż w mowie do Ateńczyków, wybuchnął wichrem oburzenia i inwektywy przeciwko wszystkiemu, co zastał we Florencji, i potępił cały ustalony porządek i wszystkich, którzy brali w nim udział, wysoko i nisko, czy to książąt, czy prałatów, duchownych czy świeckich, z bezlitosną surowością, która w owej chwili z pewnością uczyniła daleko więcej niż święty Paweł zdołał uczynić na Areopagu — bo święty Paweł nawrócił tam zaledwie jednego lub dwóch i odszedł, tymczasem Savonarola osiągnął wielki natychmiastowy sukces, przestraszył i zawstydził przestępców, skupił wokół siebie lepiej usposobionych i wydobył na światło i rozbudził wszelką pobożność, czy to wśród ludu, czy wśród wyższych warstw.
Prawda jego sprawy, żarliwość jego przekonań, jedność jego celów, bezstronność jego napomnień, nieustraszenie jego gróźb — oto tajemnica jego powodzenia. A jednak pomagał mu i mniej chwalebny bodziec: ludzie tłoczyli się wokół ambony, z której atakowano innych nie mniej niż ich samych. Skromniejszy przestępca był rad, gdy mówiono mu, że zbrodnia zrównuje stany, i gdy odkrywał, że jest przez to zyskownym uczestnikiem powszechnej demoralizacji. Lud znosił potępianie, gdy kler nie był oszczędzany; bogaci i możni znosili deklamacje, które nie omijały świętej Katedry Piotrowej.
„W domach wielkich prałatów i wielkich doktorów — wołał — myśli się tylko o poezji i retoryce. Idźcie i zobaczcie sami; znajdziecie ich z książkami literatury pięknej w rękach, zgubne pisma, z Wergiliuszem, Horacym i Cyceronem — żeby się przygotować do duszpasterstwa dusz. Astrolodzy rządzą Kościołem. Nie ma prałata, nie ma wielkiego doktora, który nie był by w zażyłości z jakimś astrologiem, a ten przepowiada mu godzinę i moment wyjazdu konno czy czegokolwiek innego, co robi. Nasi kaznodzieje porzucili już Pismo Święte i poddali się filozofii, którą głoszą z ambony, traktując ją jak swoją królową. Pismo Święte uczynili służebnicą, bo głoszenie filozofii wygląda na uczone, choć powinna ona być jedynie pomocą w objaśnianiu słowa Bożego."
„Nasz Kościół — mówił dalej — ma zewnętrznie wiele wspaniałych ceremonii w kulcie Bożym, wspaniałe szaty, niezwykłe wystawy tkanin, złote i srebrne świeczniki, tyle pięknych kielichów, prawdziwie wspaniałych. Ci wielcy prałaci z pięknymi mitrami na głowie, złotymi i drogocennymi kamieniami, z pastorałami srebrnymi, z pięknymi ornatami i płaszczami z brokatu — stoją oto przy ołtarzu, śpiewając piękne nieszpory, piękne msze, tak uroczyście, z tyloma pięknymi ceremoniami, tyloma organami i śpiewakami, że głowa się kręci. I wydają wam się owi mężowie pełni wielkiej powagi i świętości; i myślicie, że nie mogą czynić źle, że ich słowa i czyny są Ewangelią i domagają się waszego posłuszeństwa. Tak właśnie zrobiony jest nowoczesny Kościół. Ludzie żywią się tymi łuskami i są szczęśliwi w tych ceremoniach, i mówią, że Kościół Jezusa Chrystusa nigdy nie był w bardziej kwitnącym stanie i że kult Boży nigdy nie był lepiej sprawowany niż teraz — jak powiedział kiedyś pewien wielki prałat, że Kościół nigdy nie był w takim szacunku i jego prałaci nigdy w takim poważaniu, tymczasem jego pierwsi prałaci byli tylko małymi ludźmi, bo byli pokorni i ubodzy, bo nie mieli tak rozległych biskupstw, tak bogatych opactw jak nasze w dniu dzisiejszym, ani też nie mieli jeszcze złotych miter i takich kielichów. Rozumiecie mnie? Mówię o Kościele pierwotnym: kielichy były drewniane, a prałaci ze złota; teraz zaś kielichy są ze złota, a prałaci z drewna."
„O Italio! — wołał w tonie proroka — władcy Italii! prałaci Kościoła! gniew Boży jest nad wami, a jedynie wasze nawrócenie go odwróci. Czyńcie pokutę, póki miecz jest w pochwie i zanim nie zostanie zbroczone waszą krwią. Italie! zostaniesz wydana w ręce narodu dzikiego, barbarzyńskiego, którego jedyną rozkoszą będzie wyrządzanie ci zła. A Rzym ucierpi od nich gorzej niż jakiekolwiek inne miasto; wasze dobra i wasze skarby zostaną im oddane."
Tak śmiałe słowa wywołały chwilowo raczej rewolucję niż reformę. Wymowny kaznodzieja stał się politycznym partyzantem; wielka rodzina zmuszona była przez okoliczności polityczne ustąpić i przez bez mała dziesięć lat Savonarola rządził Florencją. Nie tylko pospólstwo, lecz dworzanie, dostojne damy, uczeni, artyści — wszyscy oddali się do jego dyspozycji i stali się jego uczniami. Znalazł drogę do serc filozofów, poetów, malarzy, rytowników, rzeźbiarzy, architektów i sprawił, że wyrzekli się swych pogańskich upodobań i pogańskich pragnień. „Oto słońce — mówił — jego piękno polega na posiadaniu światła; oto duchy błogosławione, których piękno jest światłem; i sam Bóg, bo jest najzupełniejszy w świetle, jest samym pięknem. Piękno każdego stworzenia jest tym doskonalsze, im bardziej upodabnia się do piękna Bożego; i ciało jest piękne w miarę piękna duszy. Pomyślcie, jakim pięknem musiała jaśnieć Najświętsza Panna, która posiadała taką świętość, świętość rozlewającą się po wszystkich jej rysach. Pomyślcie, jak piękny był Chrystus, który był Bogiem i człowiekiem. Otóż nawet Arystoteles, który był poganinem, nakazuje nie tolerować nieprzyzwoitych obrazów, aby dzieci, patrząc na nie, nie uległy zepsuciu; ale cóż wam powiem, chrześcijańscy malarze, którzy wykonujecie owe bezwstydne postacie? Mówię wam, nie czyńcie tego więcej. Wy, którzy je macie i je zniszczycie, spełnicie dzieło miłe Bogu Wszechmogącemu i Najświętszej Pannie. »Poświęciliście moją świątynię i moje Kościoły waszemu bogu Molochowi« — mówi Wszechmogący. Patrzcie, jak postępują we Florencji! Matki prowadzą niezamężne córki do katedry wystrójone na pokaz, aż wyglądają jak nimfy. »To są wasze bożki, które umieściliście w moim Kościele.« Młodzi mężczyźni mówią o tej czy owej pannie: »To jest Magdalena«, »Tamta to święty Jan«, bo malujecie w kościele postacie podobne do tej czy tamtej kobiety. Wy malarze postępujecie źle; wprowadzacie doczesną próżność do Kościoła. Czy wierzycie, że Najświętsza Panna była ubrana tak, jak ją przedstawiacie? Mówię wam, że ubrana była skromnie i tak zasłonięta, że ledwo można było zobaczyć jej twarz; i święta Elżbieta też była skromna i prosta w swym stroju."
Cudowne były nawrócenia, które nastąpiły po głoszeniu prawd tak bezspornych, tak doniosłych, tak gorliwie przekazywanych. Co się tyczy artystów, wielu z nich wstąpiło do dominikanów i klasztor San Marco trzeba było powiększyć, by ich pomieścić. Członkowie innego klasztoru w tym mieście, czując swój stan rozluźnienia, prosili, by wolno im było przyjść do niego gremialnie i przyjąć regułę świętego Dominika. Mieszkańcy Florencji wstawali po północy w zimie, by słuchać jego kazań. Stali w Kościele, czekając, ze świecą w ręku, lub śpiewając hymny, lub modląc się, lub odmawiając oficjum, przez trzy lub cztery godziny, aż zaczynał głosić. Dawali dowody owoców jego napomnienia w swych domach. Kobiety poprawiły swój strój, młodzieńcy oduczali się lekkich piosenek, głowy rodzin czytali dzieciom żywoty Świętych. Wreszcie gorliwy kaznodzieja postanowił, na znak pokuty, urządzić uroczyste spalenie na wielkim placu wszelkich zgorszeń i różnych okazji do grzechu, w które miasto obfitowało. W czasie Karnawału, szczególnego święta świata, ciała i diabła, zaprosił całe miasto do tego surowego aktu zadośćuczynienia. Wzniósł wysoką piramidę, u podstawy której nagromadził proch strzelniczy. Jego niezliczeni penitenci uformowali się w długą procesję i ruszyli tamtejszą drogą z narzędziami i ponętami niegodziwości w rękach, by je złożyć na wynagrodzenie za swoje grzechy. Była to kosztowna ofiara, bezlitośnie dokonana. Artyści przynosili swe piękne obrazy, portrety i figury z kości słoniowej lub alabastru i rzucali je na stos; inni przynosili bogato zdobione kobierce; inni — lutnie, flety, gitary, karty, kości do gry, lustra, perfumy, farby, maski, przebrania; inni — powieści i poematy. Potem przyłożono płonące pochodnie i wśród bicia dzwonów i okrzyków nieprzeliczonego tłumu całość obrócona została w popiół. Pewien cudzoziemiec ofiarował był nadaremnie dwadzieścia tysięcy dukatów, by uchronić je od płomieni. Ta sama pełna powagi ceremonia powtórzona została w następnym roku.
Bardzo cudowny człowiek, musicie przyznać, moi Bracia, ten Savonarola. Nic więcej o nim nie powiem, oprócz tego, co był wynik jego reform. Przez lata, jak powiedziałem, robił, co chciał; w końcu jego niewinność, szczerość i gorliwość stały się zgubą jego pokory. Zarozumiał się; wywyższył się przeciw władzy, której nikt nie może atakować bezkarnie. Stanął w opozycji do Stolicy Świętej i, jak mówią niektórzy, nie usłuchał jej nakazów. Reforma nie dokonuje się przez nieposłuszeństwo; nie taka była droga do apostolatu Florencji czy Rzymu. Potem nawiedziły go nieszczęścia, nastąpiła wielka reakcja; jego wrogowie wzięli górę; on sam popadał w przesady; lud go opuścił; został stracony: uduszony, powieszony na szubienicy, a następnie spalony na tym samym placu, na którym on sam podpalał kosztowne sprzęty próżności i grzechu. Potem bogata i potężna rodzina powróciła do Florencji; i sprawy potoczyły się mniej więcej tak jak dawniej; i właśnie w roku poprzedzającym narodziny świętego Filipa odbyła się owa huczna uroczystość w dniu świętego Jana Chrzciciela, naprzeciw klasztoru San Marco, o której już mówiłem.
I oto dodałem jeszcze coś do obrazu, który zamierzałem wam namalować — obrazu stanu rzeczy zarówno we Florencji, jak i w Rzymie w chwili, gdy święty Filip powołany był na apostoła innego rodzaju.
---