uderzające podobieństwo w praktycznym nauczaniu obu świętych — i to właśnie w kwestiach, w których owo nauczanie odbiegało od tego, co było bardziej powszechne w ich epoce i przed nią. Nie ulega wątpliwości, że o ile w tradycji teologicznej święty Filip stał po stronie świętego Dominika, o tyle w trosce o dusze był jednej myśli ze świętym Ignacym. Gorliwe kładzenie nacisku na religię wewnętrzną, nieufność wobec ceremonii zewnętrznych, pierwszeństwo posłuszeństwa przed ofiarą, dyscypliny duchowej przed postem czy włosiennicą, umartwienie rozumu, owo oświecenie i wolność ducha, które rodzą się z miłości — a dalej: łagodna i czuła reguła konfesjonału, częste spowiedzi, częste Komunie, szczególne nabożeństwo ku Najświętszemu Sakramentowi — oto właściwości pewnej określonej szkoły w Kościele, a świętym Ignacym i świętym Filipem są w niej mistrzami. Od czasów świętego Benedykta istniała wyraźna granica między światem a Kościołem i bardzo trudno było dążyć do świętości bez wstąpienia do zakonu. Święty Ignacy i święty Filip poszli natomiast drogą odwrotną: wynieśli Kościół w świat i starali się przyciągnąć pod Jego lekkie jarzmo jak najliczniejszą rzeszę ludzi. Obaj działali oczywiście pod Bożym kierownictwem; ponieważ jednak żyli w tym samym czasie i na tej samej ziemi, rzecz ludzka każe myśleć, że jeden musiał przejąć swą tradycję od drugiego. A ponieważ święty Filip jest młodszy, równie naturalnie nasuwa się myśl, że otrzymał ją od świętego Ignacego. Jak więc od Benedykta nauczył się, *czym być*, a od Dominika — *co czynić*, tak przyjmijmy, że od Ignacego nauczył się, *jak to czynić*.
Święty Filip przyznał pewnego razu swój dług wobec starszego Świętego w jednej konkretnej sprawie: rzekł do spotkanych jezuitów: „Jesteście dziećmi wielkiego Ojca. Jestem mu winien wdzięczność, bo wasz Mistrz, Ignacy, nauczył mnie modlitwy myślnej." Co więcej — i może wydawać się to dziwne — zdaje się, że przynajmniej w jednym okresie życia pragnął zostać przyjęty w poczet jego synów, a może i w innym czasie, o którym już wspominałem, dołączyć do nich na Wschodzie wraz z innymi ze swego grona.
5. Drodzy Bracia, nie sądzę, by mówiąc o nim jako o tym, który chciał się uczyć i gotów był dać sobą kierować, uchybiał w czymkolwiek czci i miłości należnej naszemu drogiemu Ojcu. Jest to właśnie coś jak najbardziej mu właściwego, naturalnego i pozbawionego pretensji. Zawsze stawiał się na ostatnim miejscu i nigdy nie myślał o tym, by sprawować władzę, zajmować pozycję w Kościele ani zakładać wspólnoty zakonnej. I zdaje mi się, że mam ku temu autorytet ojca Consoliniego: że bardziej go zadowalam, czyniąc dlań to, co on sam by sobie uczynił, niż okazując mu teraz taką żarliwość w jego imieniu, za którą nie podziękowałby mi za życia. Ojciec Consolini, jak dobrze wiecie, był najbliższym przyjacielem świętego Filipa spośród wszystkich jego duchowych dzieci. Święty „zazdrośnie ukrywał swe dary przed oczami świata", lecz „przed Consolinim nie ukrywał niczego". Można by zatem przypuszczać, że po śmierci Filipa jego miłujący uczeń opowie wszystko, co może, jak najgłośniej i najszerzej, ku jego chwale. Nic podobnego: tak dalece od tego odbiegał, że autor żywota owego ojca, z którego właśnie cytowałem, mówi nam, że chociaż był on najgorliwszym, a zarazem najulubieńszym synem świętego Filipa, to gdy wszczęto starania o kanonizację Świętego Ojca, nie pragnął, by Kongregacja je popierała. Sam początkowo odmówił złożenia zeznań w procesie, a kiedy przełożeni mu to nakazali, uczynił to z widoczną niechęcią. Jakże to zrozumiałe! Święty Filip był mu zbyt bliski, by mówić o nim z pochwałą. Sławić go znaczyło sławić siebie i wszystkich Ojców. Niechaj go chwalą obcy, nie jego własny syn. A jeśli chcą go pokochać, niech przyjdą i nauczą się go kochać za to, czym jest. My też nie chcemy, by był inny niż jest; miłujemy go zbyt mocno za to, czym jest, byśmy chcieli widzieć go chwalonym za to, czym nie jest.
Powiedziano ponadto o ojcu Consolinim: „Był tak głęboko przejęty tym uczuciem, że choć znał od samego Świętego sposób, w jaki otrzymał od Ducha Świętego owo cudowne nawiedzenie — pęknięcie żeber — nigdy nikomu nie wyjawił szczegółów aż do kilku dni przed swoją śmiercią." Pamiętał słowa Świętego: *Secretum meum mihi* — „Tajemnica moja jest moją własną." I znowu: „Kiedy dowiedział się, że pewni kapłani zjednoczyli się pod wezwaniem i według reguły świętego Filipa pod nazwą Kapłanów Reformowanych, był poważnie zgorszony próżnością takiego tytułu, mówiąc, że gdyby Filip żył, poszedłby do Papieża, by rozwiązał taką Kongregację."
O wzruszające i jakże prawdziwe rysy naszego najsłodszego i najdroższego Ojca, i jakże wymowna nauka dla nas, i jakże uderzający kontrast z duchem porywczego kaznodziei z San Marco! Filip okazywał je od dziecka. Jedno z pierwszych świadectw o nim z jego bardzo wczesnych lat głosi, że „nigdy nie mówił lekko, jak czynią chłopcy, o zostaniu księdzem czy zakonnikiem; krył życzenie swego serca, a od dzieciństwa wzwyż stronił od wszelkiego rozgłosu, ku któremu zawsze żywił szczególną odrazę". Tego, na co inni święci pozwalali sobie, a raczej co uważali za swój obowiązek, on znosić nie mógł. Nie prosił o sprzeciw, o oczernianie, o prześladowanie — prosił jedynie o przeoczenie, o wzgardę. Pominięcie było odznaką, której pragnął dla siebie i dla swoich. „Gardzić całym światem," mawiał, „gardzić nikt jednym człowiekiem, gardzić sobą samym, gardzić byciem wzgardzonym." Wielką znajdował przyjemność w tym, że go niedoceniano i umniejszano, zgodnie z myślą Apostoła: „Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niechaj się stanie głupim, aby stać się mądrym." A więc wiecie, gdy na stare lata stał się tak sławny, gdy wszyscy spoglądali na niego z tajemniczą czcią i uroczyście powtarzali słowa Ojca Filipa i opowiadali czyny Ojca Filipa, i przyprowadzali do niego cudzoziemców — było to dla niego najsroższe umartwienie; rozmyślnie zachowywał się śmiesznie i wprawiał ich w zakłopotanie, żywił bowiem głęboką odrazę i niecierpliwość wobec tego, że czyniono zeń widowisko. „Zawsze się starał," mówi jego biograf, „czy to gestami, ruchami, słowami, czy jakimś figlarnym żartem, ukrywać swą wielką pobożność; a gdy spełnił jakiś czyn cnotliwy, zaraz robił coś prostodusznego, by go zatuszować."
6. Przy takim usposobieniu świętego Filipa zrozumiecie, dlaczego pragnąc wykonać dokładnie to samo dzieło, które zamierzał Savonarola, zabrał się do niego — nie tylko z zasady, lecz z instynktownego poczucia — w sposób tak odmienny. Tu, jak i w innych wypadkach, droga najwolniejsza okazała się najpewniejsza, a najbardziej cicha — najskuteczniejsza; wolałby w ogóle nie podejmować się tego dzieła, niż poświęcić dlań swą pokorę i skromność. Toteż on, którego posłannictwo kierowało się do papieży, kardynałów i szlachty, do filozofów, pisarzy i artystów, zaczął od nauczania ubogich kręcących się u drzwi kościołów Rzymu. Takie było jego zajęcie przez lata; wkrótce dodał do niego inne przedsięwzięcie tego samego rodzaju. Chodził po placach, sklepach, magazynach, szkołach i ladach kupieckich, „rozmawiając z wszelkiego rodzaju ludźmi w najbardziej ujmujący sposób o rzeczach duchowych i pytając: »No, bracia moi, kiedy wreszcie weźmiemy się do służenia Bogu i czynienia dobra?«" — i zaczął dokonywać wielkich nawróceń.
Rzym znajdował się wówczas w stanie bardzo różnym od tego, jaki zastał Savonarola, gdy na niego sypał swe groźby. Kilka lat przed przybyciem Filipa nawiedził miasto bardzo ciężki sąd, a sąd ten przyszedł w miłosierdziu nad miastem Bożego wybrania. Niemcy i Hiszpanie oblegali je, wzięli i złupili, dopuszczając się nadużyć i okrucieństw tak straszliwych, że uważa się, iż miasto mniej ucierpiało od Gotów i Hunów niż od wojsk nominalnie chrześcijańskich. Zewnętrzna jego świetność nie odrodziła się już nigdy do dziś dnia; kościoły ograbiono i zbezczeszczono; klasztory splądrowano; kardynałów, biskupów, zakonników i zakonnice traktowano z największymi zelżywościami, wielu z nich zamordowano; a świętokradztw dopuszczono się bez liku. Ludzie sądzili, że to, co zaszło, jest spełnieniem przepowiedni Savonaroli; lecz pośród tych nędz przemówiła łaska Boża i winny lud doznał przemięknienia. Najpierw święty Kajetan, sam torturowany przez żołdacką hałastrę, wzywał już do modlitwy i pokuty; po nim głosząc kazania przyszedł święty Ignacy. Wówczas przybył święty Filip, ale po swojemu cicho, jak „szmer łagodnego powiewu", a „mowa jego spływała jak rosa, jak deszcz na ziołach, jak krople na trawie".
Zaczął, jak rzekłem, od ubogich; potem chodził wśród kupców, hurtowników, kasjerów w bankach i próżniaków na placach publicznych. Zachęcony tymi sukcesami, zwrócił się ku ludziom nie tylko lekkomyślnym, ale prowadzącym najgorsze życie — i tych również pozyskał dla Boga. Miłość bliźniego wciągała go w różne sytuacje próby; lecz gdy próbowano jego cnoty, żarliwość i pobożność prowadziły go przez nie bez szwanku. Przez cały ten czas odwiedzał szpitale i troszczył się o potrzeby — zarówno cielesne, jak duchowe — chorych.
Takim było jego życie w pewnej mierze jeszcze przed tym, gdy opuścił swoje schronienie w bazylikach i katakumbach; trwało to w sumie dziesięć lat. Po ich upływie przyłączył się do małej wspólnoty pobożnych ludzi — liczących piętnastu, „prostych i ubogich" — jak nam mówią — „lecz pełnych ducha i pobożności" i „zapalających się wzajemnie słowem i przykładem do pragnienia chrześcijańskiej doskonałości." Filip, jeszcze jako świecki, głosił kazania; a że czynił rzecz niezwykłą, przychodzili rozwiązłi młodzieńcy, by szydzić — ale zbliżać się do niego było dla nich niebezpiecznie; pewnego razu jednym kazaniem nawrócił ich trzydziestu. On i jego towarzysze wzięli sobie za obowiązek opiekę nad pielgrzymami oraz chorymi, którzy wychodzili ze szpitali jako rekonwalescenci, lecz jeszcze nie w pełni zdrowi. Tak stopniowo rozszerzało się jego dzieło: pielgrzymi i chorzy bowiem pochodzili ze wszystkich krajów, a wielu spośród nich było Żydami lub heretykami, których on wprowadził do owczarni Kościoła.
7. Spędził w Rzymie piętnaście lat, nim został wyświęcony; i dopiero wówczas, gdy otrzymał uprawnienie do słuchania spowiedzi, rozpoczął w wieku trzydziestu pięciu lat swe właściwe posłannictwo — ów długi bieg posługi, prowadzonej przez trzy razy po piętnaście lat, aż niemal do godziny swej śmierci, który zyskał mu tytuł Apostoła Rzymu.
Wiecie, drodzy Bracia, co powszechnie rozumie się przez apostoła jakiegoś kraju. To ktoś, kto nawraca jego pogańskich mieszkańców na wiarę chrześcijańską — taki jak święty Augustyn w Anglii; stąd właściwą czynnością jest Chrzest. Dlatego widzicie, jak święty Augustyn, święty Patryk, święty Bonifacy czy święty Franciszek udzielają chrztu setkom i tysiącom. Taka właśnie była posługa, do której ciągnął świętego Filipa jego zapał — posługa w Indiach; lecz bodźcem ku niej był żar miłości, nie zaś dojrzały osąd, bo gwałtowne zmagania, pasterskie troski i szorstka jawność tak wzniosłych obowiązków nie odpowiadały jego naturze; toteż zatrzymano go w domu dla innej pracy. Zatrzymano go w domu, w samym sercu chrześcijaństwa — nie po to, by ewangelizował, ale by przywracał; a narzędziem jego nawracania był nie Chrzest, lecz Pokuta. Konfesjonał był miejscem i pieczęcią jego szczególnego Apostolatu. Podczas gdy święty Franciszek Ksawery udzielał chrztu dziesiątkom tysięcy, Filip każdego dnia i niemal każdej godziny przez czterdzieści pięć lat przywracał do łaski, nauczał, wspierał i prowadził pokutników wąską drogą zbawienia.
Czytamy w jego żywocie, że „porzucił wszelką inną troskę i oddał się słuchaniu spowiedzi." Nie zadowalając się dniem, poświęcał na to niemałą część nocy. Przed świtem wyspowiadał zazwyczaj sporą liczbę osób. Kiedy udał się do swego pokoju, nadal spowiadał każdego, kto przyszedł — czy to podczas modlitwy, czy podczas posiłku, przerywał natychmiast i biegł na wezwanie. Gdy kościół otwierano o świcie, schodził do konfesjonału i pozostawał w nim aż do południa, kiedy odprawiał Mszę. Gdy penitenci nie przychodzili, zostawał w pobliżu konfesjonału; żadna choroba nie przerywała mu słuchania spowiedzi. „W dniu swej śmierci zaczął słuchać spowiedzi bardzo wcześnie rano;" po Mszy „znowu wszedł do konfesjonału;" po południu i „przez resztę dnia aż do wieczerzy" słuchał spowiedzi. Po wieczerzy „wysłuchał spowiedzi tych Ojców, którzy mieli odprawić pierwsze Msze następnego ranka," gdy jego samego już nie miało być na ziemi. To właśnie owo niezwykłe, wytrwałe pełnienie tak trudnej i wyczerpującej posługi przez czterdzieści pięć lat pozwoliło mu stać się nowym Apostołem Świętego Miasta. Tak oto, jak mówi lekcja z jego brewiarza, „zrodził dla Chrystusa niezliczone dzieci". Nieustannie dźwigał ich nędze i walczył z ich grzechami, i toczył bóle porodne przez ich dobre postanowienia, rok po roku, bez względu na ich stan i powołanie, i okoliczności — byle tylko doprowadzić ich bezpiecznie do nieba — z nadludzką, heroiczną cierpliwością, której tak niewielu śladów widzimy u ognistego kaznodziei florenckiego.
Savonarola, mimo osobistej świętości, mimo protestów przeciwko czysto zewnętrznej świętości katolików, zaczął wszak od reformy zewnętrznej; palił lutnie i gitary, lustra i maski, księgi i obrazy na publicznym placu — natomiast Filip znosił wszelkie zewnętrzne dziwactwa u tych, do których się zwracał, o ile nie były wprost grzeszne, wiedząc doskonale, że jeśli serce raz się wyprostuje, odpowiednie zachowanie przyjdzie samo. Pamiętacie, jak pewnego dnia przyszedł do jego Ćwiczeń młodzieniec ubrany „w najdziwaczniejszy i najbardziej ekstrawagancki sposób"; jak Filip utkwił w nim wzrok i brnął dalej z przemowami i nabożeństwami Oratorium — i jak zanim wszystko się skończyło, biedny grzesznik stał się zupełnie innym człowiekiem; jego natura zmieniła się nagle i stał się jednym z najgorliwszych penitentów Świętego. Pewien bogaty duchowny przyszedł do niego w kolorowym ubraniu, jak świecki: Filip rozmawiał z nim przez dwa tygodnie, nie mówiąc ani słowa o jego stroju. Po tym czasie duchowny zrzucił go z własnej woli i odprawił spowiedź generalną. Biograf pisze: „Był bardzo przeciwny surowości i pochopnym zakazom dotyczącym noszenia strojnych szat, kołnierzy, szpad i tym podobnych rzeczy, mówiąc, że jeśli tylko odrobina pobożności dała dostęp do ich serc, można ich pozostawić samym sobie." Jeśli zaś wspominał o tych sprawach, czynił to żartobliwie i w dobroduszny sposób. Pamiętacie, co rzekł pewnej pani, która pytała, czy noszenie pantofelków na bardzo wysokich obcasach — modnej wówczas przesady — jest grzechem: „Tylko uważaj, żeby cię nie potknęły." A pewnemu młodzieńcowi, który nosił jeden z owych wielkich, sztywnych kołnierzy widywanych na obrazach, zauważył: „Bardziej bym cię pieszczotliwie potraktował, gdyby twój kołnierz mi nie przeszkadzał."
Savonarola kojarzy nam się z amboną bardziej niż z konfesjonałem: jego żarliwość wielu nawróciła, lecz więcej przestraszyła albo rozdrażniła. Skutki odbiły się na nim samym i na jego penitentach. Niektórzy z nawróconych przezeń artystów zostali zamordowani, inni skazani na wygnanie, jeszcze inni z obrzydzenia lub rozpaczy porzucili całkowicie swój zawód. Filip nie miał powołania do ambony i niewielkiego uczucia ku niej; zachowywał ostrożność wobec tego, co świat zwie wymową, i dawał swoim uczniom lekturę do pokuty, kiedy do niej dążyli. Jednego przerwał i odesłał z ambony; innego zmuszał, by głosił te same kazania sześć razy; sam raczej przemawiał i rozmawiał, niż głosił. „Nie mógł znosić ostrych nagan" — pisze autor jego żywota — „ani niczego, co brzmiało surowością. Wciągał ludzi do służby Bożej tak zręcznie i z taką świętą, ujmującą sztuką, że ci, którzy to widzieli, wołali ze zdumieniem: »Ojciec Filip przyciąga dusze jak magnes żelazo.« Tak dostosowywał się do charakteru każdego, że według słów Apostoła stawał się »wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich pozyskać«." A miłość ku nim z osobna była tak czuła i żarliwa, że nawet w sędziwej starości pragnął cierpieć za ich grzechy; „w tym celu zadawał sobie surowe umartwienia, a ich przewiny uważał za swoje własne i płakał nad nimi jak nad swoimi". Nie czytam, by Savonarola postępował tak wobec papieża Aleksandra VI, którego tak gwałtownie potępiał.
Nie dziwota zatem, że przy tej czułości, tej roztropności i żarliwości miłości, którym obie podlegały, jego wpływ rósł z roku na rok, aż zdobył sobie miejsce w sercach ludności Rzymu, którego nigdy nie utracił. Są tacy, których największe dzieła są najwcześniejsze; są inni, którzy — z początku ledwie odróżnialni od całej rzeszy wyglądających podobnie — wyprzedzają ich na dłuższą metę i dokonują coraz wspanialszych dzieł, im dłużej żyją. Filip miał trzydzieści pięć lat, nim go wyświęcono; czterdzieści, nim rozpoczął Ćwiczenia w swoim pokoju; pięćdziesiąt, nim miał własny kościół; sześćdziesiąt, nim skupił swych uczniów w kongregacji; blisko siedemdziesiąt, nim stanął na jej czele. Jak imię Najświętszej Dziewicy w dostojnym wzroście rozszerzyło się i rozciągnęło na cały Kościół, „zapuszczając korzenie w szlachetnym ludzie i spoczywając w Mieście Świętym", tak wpływ Filipa był po wielu latach pierwszorzędny w tym miejscu, gdzie tak długo przebywał jako nieznany, niezauważany przybysz. Bystre oczy i święte współczucie dostrzegły wprawdzie „Filipa Neri jako świętego żyjącego w grotach," gdy był jeszcze młody; lecz trzeba było pół wieku, by prawda ta dotarła do świadomości ogółu. W końcu nie można jej było przeoczyć. Przybysze do Rzymu wyczuwali obecność kogoś, kto był większy niż papież i kardynałowie, święci, czcigodni i czujni jak byli wówczas władcy Kościoła. „Spośród wszystkich rzeczy niezwykłych, jakie ujrzałem w Rzymie" — pisze jeden z nich, gdy Filip miał ponad pięćdziesiąt lat — „największą radość sprawiał mi widok mnóstwa nabożnych i duchowych osób uczęszczających do Oratorium. Wśród pomników starożytności, wspaniałych pałaców i siedzib tylu znakomitych panów, zdawało mi się, że chwała tego wzoru jaśniała blaskiem przewyższającym wszystko inne." „Chodzę" — mówi inny przybysz, dziesięć lat później — „do Oratorium, gdzie każdego dnia wygłasza się najpiękniejsze przemowy o Ewangelii, o cnotach i wadach, o historii Kościoła lub o żywotach świętych. Chodzą ich słuchać osoby znakomite, biskupi, prałaci i im podobni. Ci, którzy je wygłaszają, są w święceniach kapłańskich i prowadzą najprzykładniejsze życie. Ich przełożonym jest niejaki Czcigodny Ojciec Filip, starszy mężczyzna po sześćdziesiątce, który — jak mówią — jest wyrocznią nie tylko w Rzymie, ale i w odległych częściach Italii, i Francji, i Hiszpanii, tak że wielu przybywa do niego po radę; jest istotnie jakimś Tomaszem a Kempis nowego czasu albo Taulerem."
Lecz trzeba było żyć w Rzymie, by naprawdę pojąć, czym był jego wpływ. Nic nie było dlań zbyt wzniosłe, nic zbyt niskie. Uczył ubogich żebrzących kobiet modlitwy myślnej; wychodził z chłopcami na zabawy; otaczał opieką sieroty; pełnił funkcję mistrza nowicjatu u dzieci świętego Dominika. Był nauczycielem i kierownikiem rzemieślników, mechaników, kasjerów bankowych, kupców, złotników, artystów, ludzi nauki. Radzili się go mnisi, kanonicy, prawnicy, lekarze, dworzanie; damy najwyższego rodu, skazańcy wiedzeni na egzekucję — na zmianę pochłaniali jego troskę i modlitwy. Kardynałowie kręcili się w pobliżu jego pokoju, a papieże prosili o jego cudowną pomoc w chorobie i o jego posługę w godzinie śmierci. Jego posłannictwem było ratowanie ludzi nie *od* świata, lecz *w* świecie. By skruszyć pychę stanu i wybredność mody, zadawał swym penitentom umartwienia publiczne; by odciągnąć młodzież od teatrów, otworzył swoje Oratorium Muzyki Świętej; by uchronić lekkomyślnych przed Karnawałem i jego wybrykami, wyruszał pielgrzymką do Siedmiu Bazylik. Miłośnikom lektury podstawiał w miejsce rycerskich romansów lub szkodliwych powieści epoki prawdziwy romans i niebiańską poezję Żywotów Świętych. Jednego z uczniów postawił do pisania historii przeciwko heretykom owych czasów; drugiego — do rozważania Znamion Kościoła; trzeciego — do opracowania Męczenników i Starożytności Chrześcijańskiej; bo choć w przemowach i nabożeństwach Oratorium nakazywał prostotę pierwotnych mnichów, pragnął, by jego dzieci, każde z osobna i na własne konto, rozwijały wszystkie swe dary do pełna. Sam jednak był po wszystkim i we wszystkim ich prawdziwym wzorem — pokorny kapłan, stroniący od wszelkiego wyróżnienia, urzędu i stanowiska, który większość dnia i nocy spędzał na modlitwie, w swym pokoju lub na dachu domu.
A gdy umarł, mówi jego biograf, przez dwa dni, które jego ciało pozostawało w kościele, płynął do niego nieustanny strumień ludu: całowano katafalg, dotykano go różańcami i pierścieniami, odcinano kosmyki włosów lub zabierano kwiaty rozsypane naokoło; a wśród tłumu słychać było ludzi wszelkiego stanu i kondycji, którzy opłakiwali i wysławiali tego, który był tak pokorny, a tak wielki; który był tak różnorodnie uposażony i był uczniem tylu świętych mistrzów; który miał rozległość spojrzenia świętego Dominika, poetyczność świętego Benedykta, mądrość świętego Ignacego — a wszystko to opromienione nieskromną prostotą i ujmującą czułością, które były jego własnymi.
Oby my, jego dzieci w tym Oratorium, byli zdolni — nie mówię: każdy z osobna, ale nawet wszyscy razem; nie mówię: w jednym pokoleniu, ale nawet przez cały ten okres, przez który sądzone nam jest tu trwać — oby nam dane było dokonać dzieła takiego jak jego! Możemy przynajmniej brać to, czym był, za nasz wzór, niezależnie od miary naszych sił i rozmiarów naszego powodzenia. I z pewnością jest pociechą, że tyle przynajmniej możemy powiedzieć w swoim imieniu: że zabraliśmy się do jego dzieła w sposób najbardziej zdolny pojednać nam jego błogosławieństwo — bo najbardziej podobny do jego własnego. Nie wybraliśmy dla siebie żadnej widowni wysiłków, na której moglibyśmy zrobić hałas, lecz chętnie przyjęliśmy to pokorne miejsce służby, które wybrali dla nas nasi Przełożeni. Pragnienie naszych serc i nasz obowiązek szły tu w parze. Rozmyślnie osiedliliśmy się w ludnej dzielnicy, nieznanej wielkiemu światu, i zaczęliśmy — jak święty Filip — posługując głównie ubogim i maluczkim. Poszliśmy tam, gdzie za nasze czyny nie czekała nas żadna nagroda od społeczeństwa, ani podziw bystrzaków i uczonych za nasze słowa. Postanowiliśmy — z miłosierdzia Bożego — nie mieć pochwały ani popularności, jaką może dać świat, lecz zgodnie z własnym przykazaniem naszego Ojca: „kochać, by być nieznanym."
Oby ten duch kierował nami coraz pełniej! Co do mnie, drodzy Ojcowie Oratorium, gdybyście mnie zapytali i gdybym mógł wyjednać u świętego Filipa jakiś dar dla was, który miałby wyróżniać was i waszych następców na czas, który przyjdzie — prześladowania nie ośmieliłbym się dla was upraszać, jak czynili to niekiedy święci; bo dzieło Oratorium jest dziełem spokojnym i wymaga pokoju i bezpieczeństwa, by można je było dobrze wypełniać. Ani też nie prosiłbym o potwarz i zarzuty, bo bycie oczernianym znaczy być na ustach ludzkich, a dla niektórych umysłów sama rozgłośność jest satysfakcją i sidłem. Prosił bym natomiast dla was o ten przywilej, żeby wielki świat nigdy was nie poznał — ani dla chwały, ani dla nagany; żebyście w swoim pokoleniu wykonali wiele ciężkiej pracy i podjęli wiele pożytecznych trudów, i dokonali wielu pobożnych celów, i wysłali wiele dusz do nieba, i zadziwiał ludzi tym, ile naprawdę robicie, gdy przypadkowo zbliżą się dość blisko, by to zobaczyć; lecz żebyście przez świat byli przeoczeni, żebyście nie byli znani poza waszym miejscem, żebyście pracowali dla samego Boga z czystym sercem i prostym okiem, bez rozpraszania przez ludzki oklask, i żebyście Jego uczynili jedyną swą nadzieją, a Jego wieczne niebo — jedynym swym celem, i żebyście mieli nagrodę swoją nie częściowo tu, lecz w pełni i całkowicie tam.
Błogosławionymi będziemy, drodzy Ojcowie, ja i wy, jeśli nauczymy się żyć teraz w obecności Świętych i Aniołów, którzy mają być naszymi wiecznymi towarzyszami. Błogosławionymi jesteśmy, jeśli na co dzień przestajemy z Jezusem, Maryją i Józefem, z Apostołami, Męczennikami i wielkimi Ojcami pierwotnego Kościoła, z Sebastianem, Wawrzyńcem i Cecylią, z Atanazym, Ambrożym i Augustynem, z Filipem, którego dziećmi jesteśmy, z naszymi Aniołami Stróżami i naszymi Patronami — niedbający o to, co ludzie o nas sądzą, o ile ich pogarda nie przynosi szkody naszej wspólnocie, a ich błędne mniemanie o nas nie jest przeszkodą dla ich własnego nawrócenia.
---