*Wygłoszone 7 X 1866 w kościele Oratorium w Birmingham (uroczystość Matki Bożej Różańcowej)*
*„A Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego."* — Mt 16,18-19
Dzień dzisiejszy — uroczystość Przenajświętszego Różańca Najświętszej Maryi Panny — władze kościelne wyznaczyli szczególnie jako dzień modlitwy za Zwierzchniego Pasterza, za naszego Ojca Świętego, papieża Piusa IX.
Jego Lordship, nasz Biskup, skierował do swojego duchowieństwa list pasterski w tej sprawie, a na jego końcu pisze: „Żadne inne święto nie jest bardziej odpowiednie, jako że jest ono szczególnie poświęcone uczczeniu triumfów Stolicy Świętej, uzyskanych przez modlitwę. Postanawiamy przeto i nakazujemy, aby w uroczystość Różańca uroczysta Msza w każdym kościele i kaplicy naszej diecezji była sprawowana z możliwie największą okazałością, na jaką pozwalają okoliczności. Aby po Mszy śpiewano lub odmawiano psalm *Miserere* i Litanię do Wszystkich Świętych. Aby wierni zostali zaproszeni do ofiarowania jednej Komunii w intencji Papieża. I aby tam, gdzie to możliwe, przynajmniej jedna część Różańca była publicznie odmawiana w kościele w odpowiednim czasie, w tej samej intencji."
Następnie dodaje: „Pragniemy, aby przy kazaniu podczas Mszy uroczystości kaznodzieja pouczył wiernych o ich zobowiązaniach wobec Stolicy Świętej i o obowiązku modlitwy za Papieża, ciążącym na nas szczególnie w tym czasie."
I. „Nasze zobowiązania wobec Stolicy Świętej." Czy jakikolwiek katolik może wątpić w nasze zobowiązania wobec Stolicy Świętej? Cóż dopiero mówić o katoliku, który wzrasta w cieniu i nauce świętego Filipa Nereusza — czyż on może wątpić w te zobowiązania, rozumiane w obydwu sensach słowa „zobowiązanie": zarówno jako więź obowiązku, jak i więź wdzięczności?
1. Najpierw — co do obowiązku. Nasz obowiązek wobec Stolicy Świętej, wobec Katedry świętego Piotra, należy mierzyć tym, czego Kościół nas uczy o tej Stolicy Świętej i o tym, kto na niej zasiada. Otóż święty Piotr, który zasiadał na niej jako pierwszy, był Wikariuszem Chrystusa. Znacie to dobrze, Bracia moi: Pan nasz i Zbawiciel Jezus Chrystus, który za nas cierpiał na Krzyżu, nabył nam tym samym królestwo niebieskie. „Gdy zaś śmierci żądło połamałeś" — mówi hymn — „otworzyłeś wierzącym królestwo niebios." On otwiera i On zamyka; On udziela łaski i On ją cofa; On sądzi, On przebacza, On potępia. Dlatego w Apokalipsie mówi sam o sobie jako o „Tym, który jest Święty i Prawdziwy, który ma klucz Dawida (to jest klucz wybranego króla wybranego ludu), który otwiera, a nikt nie zamknie, który zamknie, a nikt nie otworzy." A czym jest nasz Pan, Sędzia Najwyższy, w niebie — tym był na ziemi święty Piotr; on posiadał owe klucze królestwa, zgodnie ze słowami tekstu: „Ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie."
Następnie należy wziąć pod uwagę, że królestwo, które Pan nasz ustanowił z świętym Piotrem na czele, zostało w odwiecznych zamysłach Bożych postanowione trwać aż do końca wszystkich rzeczy — zgodnie ze słowami, które właśnie przytoczyłem: „bramy piekielne nie przemogą go." A znowu: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata." I słowami proroka Izajasza, który przepowiadał o tym divinitus ustanowionym Kościele w przyszłości: „Takie będzie moje przymierze z nimi — mówi Pan — Duch mój, który jest w tobie, i słowa moje, które włożyłem w twoje usta, nie zejdą z twoich ust ani z ust twoich dzieci, ani z ust dzieci twoich dzieci, odtąd i na wieki." I prorok Daniel mówi: „Bóg nieba ustanowi królestwo, które nigdy nie będzie zniszczone… zetrze ono i pochłonie te wszystkie królestwa (ziemskie, które je poprzedzały), a samo stać będzie na wieki."
Owo królestwo ustanowił nasz Pan, gdy przyszedł na ziemię, a zwłaszcza po swoim zmartwychwstaniu; mówi nam bowiem święty Łukasz, że było to Jego łaskawe zajęcie, gdy przez czterdzieści dni dzielących Wielkanoc od Wniebowstąpienia nawiedzał Apostołów. „On to po swojej Męce dał im wiele dowodów, że żyje" — powiada Ewangelista — „ukazując się im przez czterdzieści dni i mówiąc o królestwie Bożym." Gdy więc wstąpił na wysokości i zesłał na Apostołów „obietnicę Ojca" — Ducha Świętego — ci natychmiast przystąpili do swoich wzniosłych powinności: kształtowali owo królestwo, czyli Kościół, pozyskiwali mu członków, rozszerzali go i nieśli we wszystkie strony świata. Co do świętego Piotra — sprawował on rządy jako głowa Kościoła, zgodnie z wcześniejszymi słowami Chrystusa; i znowu z woli swego Pana osiadł wreszcie w Stolicy Rzymskiej, gdzie poniósł śmierć męczeńską.
A to, co się wtedy dokonało, nie może w swej istocie zostać cofnięte. „Nie jest Bóg jako człowiek, żeby kłamał, ani jako syn człowieczy, żeby się odmieniał. Czy powiedział, a nie uczyni? Czy mówił, a nie wypełni?" I jak mówi święty Paweł: „Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne." Kościół Jego jest więc we wszystkim, co konieczne, równie niezmienny jak On sam. Jego struktura, ustrój, stopnie, urzędy, wyznanie wiary, przywileje, obietnice dane mu, jego losy na świecie — wszystko jest takie, jakie było zawsze.
Dlatego też jak był na świecie, lecz nie ze świata, za czasów Apostołów — tak jest i teraz; jak był „w chwale i w hańbie, w złej i dobrej sławie, jako karany, lecz nie zabijany, jako niemający nic, a posiadający wszystko" — za czasów Apostołów, tak jest i teraz; jak wtedy głosił prawdę, tak głosi ją i teraz; jak wtedy miał sakramenty łaski, tak ma je i teraz; jak wtedy miał hierarchię, czyli święty rząd biskupów, kapłanów i diakonów, tak ma go i teraz; i jak miał wtedy Głowę, tak musi ją mieć i teraz. Kimże jest teraz ta widzialna Głowa? Kto jest teraz Wikariuszem Chrystusa? Kto dziś posiada klucze królestwa niebieskiego, jak niegdyś posiadał je święty Piotr? Kto teraz wiąże i rozwiązuje na ziemi, aby Pan mógł związać i rozwiązać w niebie? Kto — pytam — jeśli musi istnieć następca świętego Piotra, jest tym następcą w jego zwierzchniej władzy nad Kościołem? Jest nim ten, kto zasiada na katedrze świętego Piotra: jest nim Biskup Rzymu. My wszyscy to wiemy; jest to część naszej wiary; nie dowodzę wam tego, Bracia moi. Widzialna władza zwierzchnia Kościoła, która spoczywała przy świętym Piotrze za jego życia, od tamtego czasu jest złożona w jego Katedrze; następcy jego zwierzchności są następcami jego Katedry — ów nieprzerwany szereg Biskupów Rzymu, czyli Papieży, jak ich nazywamy, jeden po drugim, w miarę jak biegły lata: jeden umierał, drugi przychodził — aż do dzisiejszego dnia, gdy widzimy Piusa IX dźwigającego ciężar chwalebnego Apostolatu, i to od dwudziestu lat: ciężar ogromny, posługa obarczona doniosłymi obowiązkami, niezliczonymi troskami i olbrzymią odpowiedzialnością — jak to zawsze było.
I choć mógłbym powiedzieć jeszcze wiele o prerogatywach Ojca Świętego, widzialnej głowy Kościoła, powiedziałem już więcej niż dosyć dla celu, który skłonił mnie do mówienia o nim. Powiedziałem, że podobnie jak święty Piotr jest on Wikariuszem swojego Pana. Może sądzić i może uwalniać; może odpuszczać i może potępiać; może nakazywać i może pozwalać; może zakazywać i może karać. Ma najwyższą jurysdykcję nad ludem Bożym. Może wstrzymać zwykły bieg miłosierdzia sakramentalnego; może wykluczyć ze zwykłej łaski odkupienia; może też zdjąć karę, którą nałożył. Zgodnie z zasadą Opatrzności Chrystusowej, co Jego Wikariusz czyni na ziemi — w surowości czy w miłosierdziu — On sam potwierdza w niebie. I w tym wszystkim, co powiedziałem, wystarczyło mi do mojego celu, bo tym celem jest określenie naszych zobowiązań wobec niego. To jest właśnie punkt, na którym nasz Biskup skupił naszą uwagę: „nasze zobowiązania wobec Stolicy Świętej". I cóż więcej muszę dodać, aby zmierzyć nasz własny obowiązek wobec niej i wobec tego, kto na niej zasiada, niż to, że w jego sprawowaniu rządów Królestwa Chrystusowego, w jego działaniach religijnych nie wolno nam nigdy sprzeciwiać się jego woli, kwestionować jego słowa, krytykować jego polityki ani odwracać się od jego boku? Są królowie ziemi, którzy sprawują despotyczną władzę, której poddani są posłuszni co do czynów, lecz w sercu jej nie uznają; my jednak nigdy nie możemy szemrać przeciwko owej absolutnej władzy, jaką Papież nad nami sprawuje, ponieważ została mu dana przez Chrystusa, a słuchając go, słuchamy jego Pana. Nie wolno nam nigdy dopuścić do wątpliwości, że w sprawowaniu rządów Kościołem jest on prowadzony przez rozum przewyższający ludzki. Jego jarzmo jest jarzmem Chrystusa; odpowiedzialność za swoje czyny ponosi on — nie my; i przed swoim Panem musi zdać rachunek — nie przed nami. Nawet w sprawach doczesnych zawsze bezpieczniej jest stać po jego stronie, a niebezpiecznie — po stronie jego wrogów.
Naszym obowiązkiem jest nie łączyć wprawdzie Wikariusza Chrystusa z tą czy inną ludzką partią, bo on na swoim wzniosłym stanowisku stoi ponad wszelkimi stronnictwami — lecz patrzeć na jego formalne akty i iść za nim, dokądkolwiek zmierza, i nigdy go nie opuszczać, choćbyśmy byli wystawiani na próbę; bronić go za wszelką cenę, przed każdym, jak syn broni ojca, jak żona broni małżonka, wiedząc, że jego sprawa jest sprawą Bożą. I tak samo odnośnie do jego następców, jeśli dożyjemy ich czasów: naszym obowiązkiem jest okazywać im w podobny sposób nasze synowskie posłuszeństwo i nieskłamaną służbę, i iść za nimi wszędzie, dokąd podążają, żywiąc to samo przekonanie, że każdy z kolei i w swoim czasie będzie spełniał dzieło i wolę Bożą, które znajdowaliśmy w ich poprzednikach, a którzy zostali już wzięci do nagrody wiecznej.
2. Rozważmy teraz nasze zobowiązania wobec Papieża w drugim sensie, który mieści się w słowie „zobowiązanie". „Pragniemy" — mówi Biskup — „aby kaznodzieja w czasie Mszy pouczył wiernych o ich zobowiązaniach wobec Stolicy Świętej." Z pewnością zaś owe zobowiązania, to jest roszczenia Stolicy Świętej do naszej wdzięczności, są bardzo wielkie. My w tym kraju zawdzięczamy nasze największe błogosławieństwa Stolicy świętego Piotra, następstwu Biskupów, którzy zajmowali jego Apostolską Katedrę. Albowiem po pierwsze — pewien Papież posłał misjonarzy na tę wyspę w pierwszych wiekach Kościoła, gdy wyspa ta była jeszcze pogrążona w pogańskich ciemnościach. Następnie zaś, gdy nasi barbarzyńscy przodkowie Sasi przekroczyli morze z Kontynentu i zalewali kraj — któż, jeśli nie Papież, święty Grzegorz I, wysłał tu świętego Augustyna i jego towarzyszy, aby ich nawrócić na chrześcijaństwo? I z łaski Bożej oni i ich następcy dokonali tego wielkiego dzieła w ciągu stu lat. Od tego czasu — od blisko tysiąca dwustu lat — nasz naród był zawsze chrześcijański. A potem w bezprawnych czasach, które nastąpiły, gdy stary świat rozpadł się w całej Europie i kształtował się nowy — to Papieże, po ludzku mówiąc, uratowali religię Chrystusa przed całkowitą zagładą i unicestwieniem, i nie tylko w Anglii, lecz na Kontynencie; to jest Pan nasz posłużył się owym następstwem swoich Wikariuszy, aby wypełnić swą łaskawą obietnicę, że Jego Religia nigdy nie ustanie. Papież i Biskupi Kościoła, działając wspólnie w owym straszliwym czasie, uratowali od zagłady wszystko to, co składa się na nasze obecne szczęście — duchowe i doczesne. Bez nich świat popadłby był w barbarzyństwo; Bóg jednak zechciał inaczej; a zwłaszcza Papieże Rzymscy — następcy świętego Piotra, centrum Jedności Katolickiej, Wikariusze Chrystusa — mężnie pracowali w sprawie wiary i miłości, wypełniając w swoich własnych osobach na nowo Boską przepowiednię, która pierwotnie odnosiła się do samego Wszechmocnego Odkupiciela: „Wspomożenie złożyłem na Mocarza, wywyższyłem wybranego z ludu. Znalazłem Dawida, sługę mego, namaściłem go moim olejem świętym. Ręka moja będzie mu pomocą i ramię moje go umocni. Nieprzyjaciel nie przemagnie go ani syn nieprawości nie skrzywdzi. I starę przed obliczem jego wrogów jego, a tych, którzy go nienawidzą, w rozsypkę puszczę. A prawda moja i miłosierdzie moje będzie z nim, i w imię moje będzie wywyższony. Będzie wołał do Mnie: Ty jesteś ojcem moim, Bogiem moim i wspomożeniem zbawienia mojego. I uczynię go pierworodnym, wyższym nad królów ziemi. Na wieki zachowam dlań miłosierdzie moje, a przymierze moje zachowam mu wiernie."
I Wszechmocny uczynił to z litości nad swoim ludem, dla dobra swojej religii, mocą swojej obietnicy i za zasługi najdroższej krwi swego jedynego umiłowanego Syna, którego Papieże reprezentowali. Jak Mojżesz i Aaron, jak Jozue, jak Samuel, jak Dawid byli wodzami zastępów Pańskich w dawnych czasach i prowadzili wybrany lud izraelski z pokolenia na pokolenie, wbrew otaczającym go wrogom — tak Papieże od początku Ewangelii, a zwłaszcza w owych wiekach średnich, gdy panował bezrząd, byli wiernymi sługami swojego Pana: czuwali i walczyli przeciwko grzechowi, niesprawiedliwości, niedowiarstwu i ciemnocie, i szeroko rozkrzewiali wiedzę o prawdzie chrześcijańskiej.
Tacy byli we wszystkich czasach, i takie są zobowiązania, jakie ludzkość im zawdzięcza; jeśli zaś mam przejść do mówienia o obecnym Papieżu i o naszych własnych zobowiązaniach wobec niego — pragnę, abyście, Bracia moi, przypomnieli sobie, że to on wywiódł katolików angielskich z ich nieuformowanego stanu i uczynił z nich Kościół. To on naprawił nieszczęście trwające od blisko trzystu lat. Dwadzieścia lat temu byliśmy jedynie zbiorem jednostek; lecz Papież Pius skupił nas razem, dał nam Biskupów i stworzył z nas ciało polityczne, które — jeśli Bóg pozwoli — w miarę upływu czasu odegra ważną rolę w chrześcijaństwie: ze swoim charakterem, rozumem i mocą; ze swoimi szkołami; z określonym wpływem w radach powszechnego świętego Kościoła — jak niegdyś miała go Anglia.
To jest jego wielki czyn wobec naszego kraju; a potem szczególnie — jego wielki czyn wobec nas tu, wobec mnie. Jednym z jego pierwszych czynów po objęciu władzy papieskiej było — w swojej wielkiej łaskawości — wezwanie mnie do Rzymu; gdy tam przybyłem, polecił mi, abym sprowadził swoich przyjaciół, by byli ze mną; i zorganizował nas w Oratorium. Tak się więc stało, że po powrocie do Anglii mogłem stowarzyszyć się z innymi, którzy nie pojechali do Rzymu, aż było nas na tyle dużo, że nie tylko założyliśmy własne Oratorium tu, dokąd Papież nas szczególnie posłał, lecz przekonaliśmy się, że możemy od siebie oderwać i wysłać do stolicy kolonię gorliwych i zdolnych kapłanów, i tam założyć — mocą uprawnień, którymi mnie Papież obdarzył, i za sankcją nieodżałowanego Kardynała — owo Oratorium, które uczyniło i nadal czyni tak wiele dobrego wśród katolików Londynu.
Takim jest Papież, szczęśliwie dziś panujący na katedrze świętego Piotra; takimi są nasze osobiste zobowiązania wobec niego; takim był dla Anglii, takim był dla nas, dla was, Bracia moi. Takim jest w swych dobrodziejstwach — a wielkie są roszczenia tych dobrodziejstw do nas — równie wielkie są roszczenia jego osobistego charakteru i jego licznych cnót. Jest to człowiek, którego ujrzeć znaczy pokochać; ktoś, kto podbija nawet obcych, nawet wrogów, samym tylko spojrzeniem i głosem; którego obecność unicestwia opór, a wspomnienie prześladuje nawet nieprzejednany, twardy umysł angielskiego protestanta. Takim jest Ojciec Świętych chrześcijaństwa, godny następca długiego i chwalebnego szeregu. Taki jest; i tak jak jest wielki w swoim urzędzie, w swych dobroczynnych czynach i cnotliwym życiu — równie wielki jest w surowości swych doświadczeń, w zawiłości swoich obowiązków i w grozie swych niebezpieczeństw — niebezpieczeństw, które w tej chwili zewsząd go otaczają. I dlatego właśnie, ze względu na przesilenie ciągnących się długo utrapień jego pontyfikatu, które zdaje się bliskie, nasz Biskup wyznaczył ten dzień — święto Świętego Różańca — na szczególne uroczystości i nakazał nam „pouczyć wiernych o ich zobowiązaniach wobec Stolicy Świętej" — i nie tylko o tym, lecz także „o obowiązku modlitwy za Papieża, ciążącym na nas szczególnie w tym czasie."
II. To jest zatem drugi punkt, na który pragnę zwrócić waszą uwagę, Bracia moi: obowiązek modlitwy za Ojca Świętego. Lecz zanim do tego przejdę, muszę wam opowiedzieć, o co chodzi w długo ciągnących się utrapieniach Papieża i czym jest zbliżające się przesilenie. Zrobię to w możliwie niewielu słowach.
Ponad tysiąc lat temu, owszem blisko tysiąc pięćset, rozpoczęła się owa wielka walka, o której przed chwilą mówiłem: między dawnymi a nowymi mieszkańcami tej części świata. Całe ludy barbarzyńców zalały oblicze kraju — to jest Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii, Włoch i reszty Europy. Byli to poganie i wzięli górę nad chrześcijanami; zdawało się, że religia może upaść razem z owym starym chrześcijańskim plemieniem. Lecz jak powiedziałem — Papież i Biskupi Kościoła nabrali otuchy i przystąpili do nawracania przybyszów, jak w poprzedniej epoce nawracali tych, którzy teraz sami znaleźli się w nieszczęściu. I dzięki Bożemu miłosierdziu — udało się im. Sasi angielscy, zwani Anglosasami, należą do tych, których Papież nawrócił, jak powiedziałem przed chwilą. Nowo nawrócone ludy, jak można się domyślić, były bardzo wdzięczne Papieżowi i Biskupom i okazywały swą wdzięczność, dając im rozległe posiadłości, które w złych czasach, które nastąpiły, wielce się przydały do utrzymania wpływu chrześcijaństwa w świecie. Tak więc Kościół katolicki stał się bogaty i potężny. Biskupi stali się książętami, a Papież stał się Władcą Suwerennym, posiadającym rozległy obszar terytorium wyłącznie swojego. Stan ten trwał wiele setek lat; Papież i Biskupi stawali się coraz bogatsi i coraz potężniejsi, aż wreszcie trzysta lat temu doszło do protestanckiego buntu i od tej pory, z doczesnego punktu widzenia, tracili oni coraz bardziej na znaczeniu i na pomyślności. Kolejne pokolenia wrogów Kościoła stawały się z drugiej strony coraz śmielsze i coraz potężniejsze, i coraz bardziej skuteczne w swych działaniach przeciwko wierze katolickiej. Dziś Kościół utracił niemal całe swe bogactwo i całą swą władzę; Biskupi zostali strąceni ze swych wysokich miejsc w świecie i w wielu krajach mają ledwo więcej — a niekiedy nie więcej — powagi i przywilejów niż słudzy sekt, które się od niego oderwały. Choć jednak Biskupi tracili z biegiem czasu swą rangę doczesną, Papież nie tracił swojej; był wyjątkiem od tej reguły; z zrządzenia Opatrzności Bożej zatrzymał Rzym i terytoria wokół Rzymu, daleko i szeroko, jako swoje własne posiadanie, bez przeszkód i ograniczeń.
Lecz teraz wreszcie — pod wpływem tych samych przyczyn, które zniszczyły władzę Biskupów — i Ojciec Święty jest zagrożony utratą swoich posiadłości doczesnych. Od stu lat doznawał od czasu do czasu poważnych niepowodzeń, lecz odzyskiwał utracony grunt. Sześć lat temu utracił większą część swoich ziem — wszystko poza Rzymem i najbliżej go otaczającym terytorium — a teraz najgorsza z trudności zaistniała w odniesieniu do pozostałego mu terytorium. Jego wrogom udało się, jak się zdaje, nakłonić przynajmniej znaczną część jego poddanych, by stanęła po ich stronie. Jest to rzeczywista i bardzo poważna trudność. Dopóki poddani są za nim, nikt nie ma nic do powiedzenia przeciwko jego doczesnym rządom; lecz kto może narzucić Władcę ludowi, który go świadomie odrzuca? Można próbować przez jakiś czas, lecz w końcu lud — jeśli wytrwa — postawi na swoim.
Głoszą więc, że rządy Papieża są zacofane, że co prawda kiedyś dorównywały innym rządom, lecz teraz inne rządy poczyniły postępy, a jego — nie; że nie może utrzymać porządku na swoim terytorium ani bronić go przed najazdami z zewnątrz; że jego policja i finanse są w złym stanie; że jego lud jest niezadowolony wewnątrz; że nie uczy go, jak się bogacić; że trzyma go z dala od oświaty; że traktuje go jak dzieci; że nie otwiera żadnych perspektyw dla młodych i pełnych energii umysłów, lecz skazuje je na bezczynność i gnuśność; że jest stary; że jest duchownym; że z uwagi na swoje wielkie obowiązki duchowe nie ma czasu na sprawy doczesne; i że złe rządy religijne są zgorszeniem dla religii.
Przedstawiłem ich argumenty tak rzetelnie, jak potrafiłem; nie możecie jednak przez chwilę sądzić, Bracia moi, że przez to przyznaję ich zasadom lub ich twierdzeniom rację. Powiedzieć, że władza kościelna i doczesna nigdy nie mogą być zgodnie z prawem, religijnie i pożytecznie połączone, to paradoks. Spójrzcie na to, co się nazywa wiekami średnimi — to jest na okres między starym Cesarstwem Rzymskim a światem nowożytnym; jak powiedziałem, Papież i Biskupi ocalili religię i porządek cywilny od zagłady w owych burzliwych czasach i uczynili to właśnie za pomocą władzy świeckiej, którą posiadali. Tyle co do faktów. Przejdźmy teraz do zasad, które wrogowie Papieża ogłaszają jako tak niezawodnie pewne: kto, mając najmniejsze pretensje do miana człowieka religijnego, zgodzi się z nimi, że postęp w dobrobycie doczesnym jest najwyższym dobrem i że wszystko inne, choćby najświętsze, musi przed nim ustąpić? Przeciwnie: zdrowie, długie życie, bezpieczeństwo, wolność, wiedza — to z pewnością wielkie dobra, lecz posiadanie nieba jest dobrem o wiele większym niż wszystkie one razem. Choćbyśmy dokonali wszelkiego możliwego postępu w doczesnym szczęściu, nie moglibyśmy uczynić się nieśmiertelnymi — śmierć musi przyjść; nadejdzie chwila, gdy bogactwa i wiedza światowa na nic się nam nie zdadzą, a prawdziwa wiara, miłość Boża i minione życie posłuszeństwa będą dla nas wszystkim. Gdybyśmy zmuszeni byli wybierać między jednym a drugim, stokroć lepiej byłoby być Łazarzem w tym świecie niż Diwesem w następnym.
Zresztą najlepsza odpowiedź na ich argumenty zawarta jest w historii świętej, która dostarcza nam w tej sprawie bardzo trafnej i pouczającej lekcji, do której teraz się odwołam.
Najpierw zauważcie: żaden katolik nie utrzymuje, że owe rządy Papieża jako króla w Rzymie i jego prowincjach — których teraz pragną go pozbawić — są, ściśle biorąc, tym, co się nazywa teokracją, to jest Rządem Bożym. Jego rządy — co prawda — w sprawach duchowych, w Kościele katolickim na całym świecie, można by nazwać teokracją, bo jest on Wikariuszem Chrystusa i ma pomoc Ducha Świętego; lecz nie takie są jego królewskie rządy w jego własnych posiadłościach. Natomiast rządy sprawowane nad wybranym ludem — Izraelitami — przez Mojżesza, Jozuego, Gedeona, Helego i Samuela były teokracją: Bóg był Królem Izraelitów, a nie Mojżesz i pozostali; byli oni jedynie Wikariuszami lub zastępcami Wiecznego Pana, który wyprowadził naród z Egiptu. Gdy więc ludzie zarzucają, że rządy Papieża nad jego własnymi państwami nie są takie, jakie być powinny, i że dlatego powinien je utracić — bo rządy władcy religijnego winny być doskonałe albo nie istnieć — biorę ich za słowo, jeśli są chrześcijanami, i odwołuję ich do stanu rzeczy wśród Izraelitów po czasach Mojżesza, w tych właśnie wiekach, gdy mieli nawet samego Boga za swojego Króla. Czy był to okres pokoju, pomyślności i zadowolenia? Czy brak tego okresu jest argumentem przeciwko Bożej Doskonałości? Dlaczego więc ma to być potępieniem Papieży — którzy są tylko ludźmi — że ich rządy są zaledwie równoległe pod swymi cechami do rządów Króla Izraela, którym był Bóg? On oczywiście ma swoje wszechrozumne zamiary w tym, co czyni; zna koniec od początku; mógł uczynić swoje rządy tak doskonałymi i tak pomyślnymi, jak można by się było spodziewać ze słów Mojżesza o nich, tak doskonałymi i pomyślnymi, jak ze słów Proroków moglibyśmy oczekiwać po ziemskim panowaniu Mesjasza. Lecz tego nie uczynił, bo od początku uzależnił ową doskonałość i pomyślność od wolnej woli, od współpracy swego ludu. Ich wierne posłuszeństwo Mu było warunkiem — przez Niego wyraźnie głoszonym — wypełniania Jego obietnic. Postanowił realizować swoje zamysły przez nich, a gdy odmówili swego udziału w dziele, wszystko poszło źle. A odmawiali od samego początku; tak że od samego początku mówi o nich dobitnie, że byli „ludem twardego karku". Tak było na początku ich dziejów; a u ich niemal końca święty Szczepan, natchniony przez Ducha Świętego, powtarza Boskie o nich świadectwo: „Twardego karku i nieobrzezanych serc i uszu, wy zawsze sprzeciwialiście się Duchowi Świętemu; jakości ojcowie wasi, tak i wy." Wskutek tego zatwardziałego nieposłuszeństwa — mówię — obietnice Boże nie zostały im wypełnione. Ów długi okres pięciu czy sześciu wieków, podczas których Bóg był ich Królem, był w znacznej mierze czasem nie pomyślności, lecz klęsk.
Zwróciwszy się teraz do dziejów monarchii papieskiej ostatniego tysiąca lat, musimy przyznać, że lud rzymski nie ma winy Izraelitów, gdyż nie sprzeciwiał się bezpośredniemu panowaniu Bożemu; i nie przypisywałbym mu teraz zdolności do tych samych straszliwych zbrodni, które plamią kroniki ich przodków. Jednak mimo wszystko byli w przeszłości ludem osobliwie twardego karku i w konsekwencji panował wśród nich skrajny zamęt, rzec można anarchia, pod rządami Papieży; a ów niespokojny opór wobec jego władzy, który istnieje dziś na terytorium Rzymu, jest jedynie tym samym, co wiek po wieku dawało o sobie znać w poprzednich czasach. Lud Rzymu niejednokrotnie zadawał swym Papieżom gwałt fizyczny: jednych zabijał, innych ranił, innych wypędzał z miasta. Pewnego razu napadnięto Papieża przy samym ołtarzu w bazylice świętego Piotra i musiał on uchodzić w szatach pontyfikalnych. Innym razem znieważono duchowieństwo Rzymu; jeszcze innym razem napadnięto i obrabowano pielgrzymów, którzy przywozili ofiary z daleka do grobu świętego Piotra. Niekiedy lud stawał po stronie cesarzy niemieckich przeciwko Papieżowi; niekiedy po stronie innych jego wrogów na samej Italii. Aż trzydziestu sześciu Papieżów zniosło ów straszliwy spór z własnymi poddanymi, aż wreszcie — z gniewu i obrzydzenia na Rzym i Italię — schronili się we Francji, gdzie pozostali przez lat siedemdziesiąt, za rządów ośmiu swych następców.
Aby nie sądzono, że to, co powiedziałem, opieram na niewystarczających świadectwach, przytoczę słowa owego wielkiego Świętego, świętego Bernarda, o ludzie Rzymu — sprzed siedmiuset lat.
Pisząc do Papieża Eugeniusza w czasie ówczesnych zamętów, mówi on: „Co mam powiedzieć o tym ludzie? To, że jest to lud rzymski. Nie mógłbym zwięźlej i pełniej wyrazić, co myślę o waszych poddanych. Cóż było tak osławione przez wieki jak niesforność i wyniosłość Rzymian? Lud nieznający pokoju, oswojony z tumultami; lud okrutny i nieujarzmiały po dziś dzień, który nie umie się poddać, chyba że nie może się oprzeć… Znam zatwardziałe serce tego ludu, lecz Bóg jest możny i z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi… Kogóż wam znajdę z całego tego ludnego miasta, który przyjął was jako Papieża bez przekupstwa albo nadziei przekupstwa? A zwłaszcza wtedy pragną być panami, kiedy złożyli obietnicę bycia sługami. Obiecują wierność, aby mieć sposobność skrzywdzenia tych, którzy im zaufali… Są mądrzy do złego, lecz w dobrem nie znają się wcale. Wstrętni ziemi i niebu, napadli na jedno i drugie; bezbożni wobec Boga, zuchwali wobec rzeczy świętych, kłótliwi między sobą, zawistni wobec sąsiadów, nieludzcy wobec obcych… nikogo nie kochają i przez nikogo kochani nie są. Zbyt niecierpliwi, by być podwładnymi, zbyt nieudolni, by rządzić… natrętni w dążeniu do celu, niespokojni, póki go nie osiągną, niewdzięczni, gdy go osiągną. Nauczyli swój język wielkich słów, podczas gdy ich czyny są prawdziwie skąpe."
Tak zaczynam; Izraelici i Rzymianie jednakowo byli ludem twardego karku: kontynuujmy teraz to porównanie.
Powiedziałem, że gdy Izraelici mieli Boga za swojego Króla, przeżywali kolejne wielkie klęski narodowe — wynikające wprawdzie naprawdę z ich odwracania się od Niego, lecz tego byliby nieskory uznać. Popadali w bałwochwalstwo; w konsekwencji dostawali się pod władzę wrogów; wówczas Bóg w swoim miłosierdziu nawiedzał ich i wzbudzał dla nich wybawiciela i władcę — Sędziego, jak go zwano — który najpierw do pokuty ich przywiódł, a potem wyprowadził z opresji. Gdy jednak Sędzia umierał, znów popadali w bałwochwalstwo i znów dostawali się pod władzę wrogów. Tak przez osiem lat podlegali władzy króla Mezopotamii; przez osiemnaście lat — władzy króla Moabu; przez dwadzieścia lat — władzy króla Kanaanu; przez siedem lat — Madianitom; przez osiemnaście lat — Ammonitom; i przez czterdzieści lat — Filistynom. Potem Heli, arcykapłan, został ich Sędzią i wówczas zaczęły się nieporządki innego rodzaju. Jego synowie, którzy byli również kapłanami, dopuszczali się w świętym miejscu haniebnych czynów niemoralności i w inny jeszcze sposób dawali wielkie zgorszenie. W następstwie tego ciężki sąd spadł na lud; pokonany został w walce przez Filistynów i Arka Boża została wzięta. Wówczas wzbudził Bóg Samuela — świętego proroka i sędziego — i w czasie jego sił wszystko szło dobrze; lecz zestarzał się i wyznaczył synów na swoje miejsce. Ci jednak nie byli do niego podobni i znów wszystko poszło źle. „Synowie jego nie chodzili jego drogami" — powiada Pismo Święte — „ale skłonili się za zyskiem i przyjmowali upominki, i przewracali sądy." To przywiodło Izraelitów do rozpaczy; doszli do przekonania, że nigdy nie będą mieć dobrych rządów w takim stanie rzeczy; i powzięli postanowienie, że lepiej nie być rządzonym przez takich ludzi jak Samuel, choćby był jak najświętszy, że sprawy publiczne powinny być postawione na zrozumiałej podstawie i prowadzone wedle systemu, czego dotąd nigdy nie uczyniono. Przyszli więc do wniosku, że lepiej będzie mieć króla — jak okoliczne narody. Świadomie i z rozmysłem wybrali rządy człowieka zamiast rządów Bożych. Nie chcieli pokutować i porzucać swych grzechów jako prawdziwego środka do pomyślności; wydawało im się łatwiejszą drogą do dobrobytu doczesnego mieć króla jak narody niż się modlić i żyć cnotliwie. I nie tylko prosty lud, lecz nawet poważni i czcigodni starszyzna narodu opowiedzieli się za tym poglądem co do tego, co jest dla nich korzystne. „Wszyscy starsi Izraela, zebrawszy się, przyszli do Samuela… i rzekli mu: … Ustanów nam króla, żeby nas sądził, jak to jest u wszystkich narodów." Zauważcie, Bracia moi: właśnie to mówi lud Rzymu dziś. Chce zrzucić zwierzchność Papieża — pod pretekstem nieporządków, które przypisuje jego rządom — i przyłączyć się do reszty Włoch, i mieć za swego króla króla Włoch. Niektórzy z nich chcą zresztą nie mieć króla wcale; lecz bez względu na to, czy chcą króla, czy nie — przynajmniej chcą uwolnić się od Papieża.
Kontynuujmy teraz porównanie. Gdy prorok Samuel usłyszał tę prośbę płynącą z tak wysokiej strony i popieraną przez lud powszechnie — bardzo się tym przejął. „Nie podobało się to Samuelowi" — powiada natchniony pisarz — „co powiedzieli: Daj nam króla. I modlił się Samuel do Pana." Bóg Wszechmocny odpowiedział mu słowami: „Nie ciebie odrzucili, ale Mnie"; i polecił prorokowi ostrzec lud, co z nimi uczyni król, którego szukają, gdy go wreszcie otrzymają. Samuel przedstawił im więc wyraźnie, jakie spotkają ich od niego traktowanie. „Weźmie wasze synów" — powiedział — „i postawi ich przy swoich rydwanach, i uczyni ich swymi jeźdźcami i sługami biegnącymi przed jego rydwanami. Weźmie dziesiątą część waszego zboża i dochodów z winnic. Weźmie też wasze trzody i będziecie mu sługami." Następnie opowiadanie toczy się dalej: „Ale lud nie chciał słuchać głosu Samuela i rzekł: Nie! ale nad nami będzie król. I my też będziemy jak wszystkie narody i będzie nami rządził nasz król, i wyjdzie przed nami i będzie walczył w naszych walkach."
Oto porównanie, które przeprowadzam, jest bardzo trafne. Myślę, że jest szczęśliwiej dla ogółu ludu należeć do małego państwa, które nie robi zgiełku w świecie, niż do wielkiego. Przynajmniej w naszych czasach widzimy, że małe państwa — jak Holandia, Belgia i Szwajcaria — mają szczególne i znamienne doczesne korzyści. I lud Rzymu też, pod berłem Papieżów, miał przynajmniej bardzo łatwe życie; lecz niestety — lud ten tego nie dostrzega lub nie pozwala sobie pamiętać. Rzemianie nie zaznali tych dolegliwości życia obywatelskiego, które tak ciężko gniotą członków mocarstwa pierwszej klasy. Rządy Pontyfikalne były dla nich bardzo łagodne; lecz gdy raz przyłączyliby się do królestwa Włoch, przekonaliby się wreszcie, czym jest osiągnięcie doczesnej wielkości. Słowa Samuela do Izraelitów wypełniłyby się w nich do litery. Nałożone by na nich zostały ciężkie podatki; dzieci byłyby im wyrywane do wojska; ponieśliby inne kary ambicji, która woli mieć udział w politycznej przygodzie niż stać na czele obywatelstwa katolickiego. Nie możemy mieć wszystkiego po swojej myśli w tym świecie; musimy wybierać między tą korzyścią a tamtą; może lud Rzymu chciałby posiąść i ten, i tamten świat, gdyby mógł; może szukając obu — utraci oba; i może gdy utraci więcej niż zyska, będzie żałował swego dawnego Władcy — jak to czynił w poprzednich stuleciach — i pożałuje, że zadał tyle bolesnego zamętu za to, co w końcu okaże się mało warte.
W istocie bowiem kwestia, jaką mają rozstrzygnąć, jest — jak dałem do zrozumienia — nie kwestią doczesnej pomyślności ani niedoli, wielkości ani małoznaczności, despotyzmu ani wolności, pozycji w świecie czy w Kościele; lecz kwestią duchowego życia albo śmierci. Grzechem Izraelitów nie było to, że pragnęli dobrych rządów, lecz to, że odrzucili Boga jako swojego Króla. Ich wybór, by mieć „króla jak narody" wokół nich, był w istocie rzeczy pierwszym krokiem w szeregu czynów, które doprowadziły ich ostatecznie do odrzucenia Wszechmocnego jako swego Boga. Gdy mimo protestów Samuela pozostawali uparci, Bóg pozwolił im na swoim postawić — i z czasem stali się niezadowoleni ze swego króla z tych właśnie powodów, które stary Prorok nadaremnie im był wskazał. Przy śmierci Salomona, około stu dwudziestu lat później, większa część narodu oderwała się od jego syna pod pretekstem tyranii Salomona i wybrała nowego króla, który natychmiast zaprowadził bałwochwalstwo w całym kraju.
Przyznaję teraz: odrzucenie Ojca Świętego to oczywiście nie to samo co grzech Izraelitów, bo oni odrzucili samego Boga Wszechmocnego; pragnę jednak nie być zmuszony do wiary, że nienawiść do religii katolickiej tkwi u samego dna owego ducha rewolucji, który wydaje się teraz tak potężny w Rzymie. W ustach niektórych ludzi — bardzo wielu ludzi — „postęp" oznacza apostazję. Nie że chciałbym zaprzeczyć, iż są szczerzy katolicy tak niezadowoleni ze stanu rzeczy w Italii i w Rzymie, że przyszli do wniosku, że żadna zmiana społeczna nie może być na gorsze. I nie tak, jakoby pretendował do udzielania odpowiedzi na wszystkie zarzuty tych, którzy patrzą na sprawę z punktu widzenia politycznego i świeckiego. Mogą mieć rację wedle swojego sposobu myślenia, lecz ich sposób nie jest najwyższy. Tutaj nie mam nic do czynienia z polityką świecką. W miejscu świętym mam jedynie obowiązek spojrzeć na tę sprawę religijnie. Nie przystoi mi, na moim stanowisku w Kościele i przy mojej niedoskonałej znajomości faktów tej sprawy, wypowiadać się za lub przeciw mężom stanu i rządom, liniom polityki lub aktom publicznym, jak gdybym był wyposażony w jakieś szczególne posłannictwo wydawania sądów albo miał dostęp do źródeł szczególnych informacji. Nie moim zadaniem jest tutaj rozstrzygać, co może być politycznie mądrzejsze, co społecznie korzystniejsze, co lepiej działałoby z punktu widzenia obywatelskiego, co dawałoby lepsze wyniki z intelektualnego; moim obowiązkiem jest prowadzić was, Bracia moi, do patrzenia na to, co się dzieje, tak jak patrzeliby na to teraz i opisywaliby to święci pisarze, gdyby żyli dziś na ziemi — w szerokim spojrzeniu i na wynik całej sprawy — i czynić to za pomocą światła, jakie rzucają na obecne zdarzenia to, co oni rzeczywiście zapisali albo nauczali, czy to w Starym Testamencie, czy w Nowym. Musimy — mówię — zedrzeć zasłonę z oblicza wydarzeń, jak Pismo nam na to pozwala, i starać się mówić o nich tak, jak je nam Pismo tłumaczy. Mówiąc zatem w świątyni, twierdzę, że teorie i programy dotyczące rządzenia i administrowania — czy lepsze, czy gorsze — i cele zwykłych mężów stanu i polityków — czy szczere, czy podstępne — nie są stanowiącymi przyczynami owego szeregu nieszczęść, pod którymi Stolica Święta tak długo cierpi. Działa tu coś głębszego niż cokolwiek ludzkiego. Nie odmowa Papieża, by swą administrację postawić na nowych podstawach; nie żadna przemyślność czy siła ludzi stojących wysoko w sprawach publicznych; nie żadne tchórzostwo ani szał ludu — oto nie są wystarczającym wyjaśnieniem obecnego zamętu. Tym, co zawsze mamy obowiązek mieć w pamięci, jest nieustanna i niespokojną działalność na całej ziemi owego złego anioła, który od początku był kłamcą, o którym Pismo tyle mówi. Rzeczywistą przyczyną sprawczą trosk świata jest stałe w nim przebywanie ducha apostazji — „Księcia zwierzchności powietrznej" jak go nazywa święty Paweł — „Ducha, który teraz działa w synach nieposłuszeństwa."
Gdyby nie on, sprawy szłyby dostatecznie dobrze. To on przewraca na złe to, co samo w sobie jest dobre i właściwe, siejąc kąkol między pszenicę. Postęp w wiedzy, w nauce, w oświacie, w sztukach życia, w prowadzeniu domu, w zarządzaniu gminą, w prowadzeniu spraw publicznych — wszystko to jest dobre i pochodzi od Boga i mogłoby się odbywać w sposób religijny; lecz duch zła, zazdrosny o dobro, posługuje się nim w złym celu. I jeszcze bardziej zdolny jest do obrócenia na swój użytek planów i działań polityków światowych. To on sieje podejrzenia i niechęci między stanem a stanem, między władcami a poddanymi; to on sprawia, że ludzie mieszają razem to, co dobre, z tym, co złe; to on wznieca fanatyzmem, tyranię, ducha partyjnego, upór, urazy, zarozumiałość i samowolę, i nie pozwala rzeczom prostować się, ustawiać do poziomu i toczyć gładko. Jednym jego celem jest tak dobierać, układać, łączyć i kierować poglądami i działaniami katolików i niewierzących, Rzymian i cudzoziemców, władców i przywódców ludowych — wszystkim, co dobre, i wszystkim, co złe, i tym, co gwałtowne, i tym, co letnie, i tym, co małoduszne, i tym, co fałszywie liberalne wśród dobrego; i tym, co wielkie moralnie, i tym, co intelektualnie przekonujące wśród złego — aby wyrządzić jak najrozleglejszą szkodę i całkowitą zgubę — gdyby to było możliwe — Kościołowi Bożemu.
Niewątpliwie w czasach świętego Pawła, w epoce pogańskich prześladowań, prześladowcy mieli różne dobre polityczne argumenty na obronę swojego okrucieństwa. Tłumy lub miejscowi urzędnicy mogli celowo być okrutni wobec chrześcijan; lecz wielki rząd Rzymu z odległości, poważni rządcy i mądrzy prawnicy tych czasów, działali z szerokich względów politycznych; mieli rację stanu, jak króle ziemi mają i teraz; jednak Pan nasz i Jego Apostołowie nie wahają się przejść nad tym do porządku i wyraźnie orzekają, że prześladowanie, które sankcjonowali lub nakazywali, było dziełem nie człowieka, lecz Szatana. I teraz podobnie: nie chodzi nam o zwykły spór między postępem a reakcją, ideami nowoczesnymi i nowymi, filozofią i teologią — lecz o coś nieskończenie wyższego: o jedną scenę owej nigdy nie kończącej się walki, która toczy się między naszym Odkupicielem a Złym, między Kościołem a światem; i — wedle słów świętego Pawła — „walczymy nie przeciwko ciału i krwi, ale przeciw zwierzchnościom i władzom, przeciw rządcom tych ciemności, przeciw duchom złości na wyżynach."
Taki jest sąd Apostoła — i cóż po jego wydaniu zaleca? „Dlatego" — mówi — „weźcie pełną zbroję Bożą, abyście mogli oprzeć się w dzień zły i ostać się, wszystko wykonawszy. Stójcie tedy, mając biodra opasane prawdą i odziani pancerzem sprawiedliwości; a nogi obute w gotowość głoszenia Ewangelii pokoju; we wszystkim biorąc tarczę wiary, którą zdołacie zgasić wszystkie ogniste pociski złego. I weźcie hełm zbawienia i miecz Ducha, którym jest słowo Boże." A następnie kończy swoje napomnienie słowami, które w sposób jak najbardziej stosowny odnoszą się do punktu, do którego zmierzało wszystko, com mówił: „modląc się w każdym czasie wszelką modlitwą i błaganiem w Duchu, i nad tym czuwając z całą wytrwałością i prośbą za wszystkich świętych, i za mnie" — to jest za Apostołem — „aby dane mi było słowo, gdy otworzę usta, żebym mógł z ufnością oznajmić tajemnicę Ewangelii."
Tutaj wreszcie dochodzimy do rozważenia obowiązku modlitwy za naszego żywego Apostoła i Biskupa Biskupów — za Papieża. Spróbuję jasno określić, co ma być przedmiotem naszych modlitw za niego, a następnie — w jakim duchu powinniśmy się modlić, i tak zakończę moje uwagi o tym wielkim przedmiocie.
1. Aby ustalić ścisły przedmiot naszych modlitw w tym czasie, musimy ustalić, jaka jest ich okazja. Wiecie, Bracia moi, i już o tym mówiłem, że Ojciec Święty był w ostatnich latach wielokrotnie atakowany w swych posiadłościach doczesnych i że nieustannie odmawiamy za niego codzienne modlitwy w Mszy. Około sześciu lat temu północna część jego Państw odrzuciła jego zwierzchność. Wkrótce potem duża obca siła — niezaproszona, jak się zdaje, przez jego lud w ogóle — rozbójnicy, jak ich nazwę (nie jest to pogląd polityczny, lecz stwierdzenie historyczne, bo nigdy nie słyszałem, aby ktokolwiek, cokolwiek by myślał o polityce, bronił samego ich czynu — jedynie na zasadzie jego najwyższej użyteczności, jakiejś konieczności państwowej lub jakiejś teorii patriotyzmu) — siła świętokradzkich rozbójników, gwałtownym ruchem wtargnęła do prowincji bliższych Rzymu i bez żadnego innego prawa niż prawo silniejszego wzięła je w posiadanie i trzyma je po dziś dzień. Dawne gwałty, takie jak te, nie mogą nigdy pójść w zapomnienie; lecz mimo to nie one są okazją ani nie one stanowią treści naszych obecnych modlitw. Czym jest ta okazja i czym jest ten cel, zdaje się nam wyjaśniać list Jego Lordship do duchowieństwa, w którym wymagane są nasze modlitwy. Po mówieniu o tym, że Papież jest „pozbawiony części swoich posiadłości" i „ograbiony ze wszystkich pozostałych, z wyjątkiem mokradeł i pustkowi otaczających stolicę Rzymu", skupia naszą uwagę na fakcie, że „oto nareszcie Papież ma zostać pozostawiony sam, twarzą w twarz z owymi bezwzględnymi przeciwnikami, których chlubą i ślubowaniem złożonym całemu światu jest niezostawienie mu ani jednej stopy włoskiej ziemi, chyba że pod ich Suwerenną władzą." Rozumiem więc, że ścisłym przedmiotem naszych modlitw jest to, by terytorium jeszcze do niego należące nie zostało mu przemocą odebrane, jak odebrano mu owe większe części jego posiadłości, o których już mówiłem.
To właśnie, jak sądzę, ma się na myśli, gdy modlimy się także za Stolicę Świętą. „Obowiązkiem każdego prawdziwego dziecka świętego Kościoła" — mówi Biskup — „jest zanoszenie nieustannej i pokornej modlitwy za Ojca Chrześcijaństwa i za ochronę Stolicy Świętej." Przez Stolicę Świętą możemy rozumieć Rzym, postrzegany jako siedziba rządu Pontyfikalnego. Mamy się modlić za Rzym — stolicę, to jest siedzibę, metropolię świętego Piotra i jego następców. Co więcej, mamy się modlić za Rzym jako za siedzibę nie tylko jego rządów duchowych, lecz i doczesnych. Mamy się modlić, by nadal był królem Rzymu; by jego poddani opamiętali się; by zamiast grozić mu i napastować go, albo być zbyt tchórzliwi, by opierać się tym, którzy to czynią — bronili go i byli mu posłuszni; by zamiast być bezdusznymi katami starszego i czcigodnego człowieka, oddawali ochotne hołdy Apostołowi Bożemu; by zamiast musieć być rok po roku trzymani w ryzach przez wojska z dalekich stron — jak się to dzieje od tak dawna — „całym sercem i chętną wolą" formowali się w chwalebną straż przyboczną chwalebnego Pana; by zmazali i odpokutowali to, co jest tak wielkim zgorszeniem dla świata, tak wielką niegodnością dla nich samych, tak wielkim bólem dla ich Ojca i króla — że obcy są dlań łaskawsi niż jego własna krew; by teraz przynajmniej — choć u kresu dni — odwrócili przeszłość i po wiekach niewdzięczności oduczyli się wzoru owego zbuntowanego ludu, który zaczął od odrzucenia swojego Boga, a skończył na ukrzyżowaniu swojego Odkupiciela.