*„Wszystko badajcie; co dobre jest, dzierżcie."* — 1 Tes 5, 21 > > *„Wierzę w jeden, Święty, katolicki, apostolski Kościół."* — Skład wiary nicejsko-konstantynopolitański
Ukochani moi w Jezusie Chrystusie, Panu naszym!
Istnieją na świecie różne instytucje i stowarzyszenia. Szkoły niższe i wyższe zajmują się krzewieniem oświaty, nauki. Kółka rolnicze szerzą znajomość postępowego gospodarstwa. Spółki zawodowe radzą i pracują nad rozwojem handlu i przemysłu. Towarzystwa asekuracyjne ubezpieczają od szkód gradowych, od ognia i na życie. Wszystkie zaś razem stowarzyszenia świeckie mają za cel wychować i doprowadzić ludzkość całą do tego, aby możliwie najszczęśliwiej i najszlachetniej urządziła swoje życie na ziemi. Taki jest też cel państwa, tj. zapewnienie społeczeństwu doczesnego dobra, materialnego i moralnego.
Ale istnienie i zadanie człowieka nie kończy się na tym świecie. Nie jest jego jedynym celem być szczęśliwym obywatelem tylko tej ziemi. Wprawdzie niektórzy tak utrzymują. Inni jednak, idąc za głosem rozumu i za pragnieniem swojego serca, powiadają, że nie, i dodają: „Dzięki Bogu, że nie", bo gdyby doczesność była nam ostatecznym kresem, to życie nasze, życie ludzkości byłoby najstraszniejszą zagadką.
Ludzkości celem najwyższym i ostatecznym jest życie wieczne w niebie. Życie ziemskie służy tylko za przygotowanie do drugiego — ostatecznego celu.
Nasuwa się zaraz pytanie, kto nas na to życie drugie wychowa?
Otóż jak do celów świeckich istnieją osobne szkoły i stowarzyszenia świeckie, tak istnieje też osobna instytucja wychowawcza, osobna szkoła dla nieba, osobne, że tak powiem, wielkie towarzystwo asekuracyjne na szczęśliwą śmierć i na szczęśliwą wieczność.
Mam na myśli Kościół Chrystusowy. Zawsze jest na czasie mówić o Kościele, jak zawsze pora myśleć i mówić o najwyższym celu człowieka. Bardziej jeszcze dzisiaj, kiedy sekta, której na imię masoneria, rozpoczęła przeciw Kościołowi otwartą, nieubłaganą walkę, chce go rozebrać aż do fundamentów, a imię jego Założyciela wygładzić na zawsze z pamięci ludzkości. Jeśli już ma być jaki bóg, wołają nieprzyjaciele religii objawionej, to niechaj nim będzie raczej szatan!
Tak jest za granicą, gdzie w wielu miejscach imię Zbawiciela wykreślono już z ksiąg szkolnych, krucyfiks usunięto z izb sądowych.
Ale nie szukać nam daleko przykładów nienawiści ku Chrystusowi. Także w Austrii niedawno temu jeden z biskupów musiał dla dzieci bronić Ojczenaszu i Zdrowas Maryja w Sejmie. I w tej chwili nie spoczywa sekta, ale pracuje usilnie nad stworzeniem szkoły bezwyznaniowej, bez religii, bez Pana Boga.
Jeszcze smutniejsze, że nawet w naszej Polsce nie brak objawów niechęci, co więcej — nienawiści do Kościoła. I tu raz po raz podnoszą się bluźnierstwa, krzyki: „Chryste, sprochniało drzewo Twego krzyża! Precz z Kościołem z polityki, z izby szkolnej, z rodziny." Odczuł całą grozę niebezpieczeństwa ów włościanin w Królestwie Polskiem, który na zeszłorocznym wiecu przedwyborczym w Warszawie z serdecznym żalem wypowiedział słowa: „Jakoś mi się widzi, że my dziś nie ku szczęściu idziemy, bo namnożyli się wśród nas jacyś dziwni nauczyciele, którzy dowodzą, jakoby Boga na niebie nie było."
Niema obawy, aby drzewo Krzyża spróchniało, ale wszystkich, którym Ojczyzna miła, zdjąć musi lęk, aby pod wpływem takich bluźnierczych, zatrutych haseł nie wyprochniała dusza narodu, nie przepadła lepsza jego przyszłość doczesna i wieczna.
Są i inni, którzy może nie tyle z nienawiści, ile z nieznajomości istoty i powołania Kościoła głoszą, że niegdyś może on i dobrze wypełniał swoje zadanie na świecie. Ale dziś już się przeżył. Nowoczesna kultura uczyniła go zbytecznym. Zastępują go dobrze szkoły, uniwersytety. I ci, rzecz jasna, chcą ostatecznie zerwać ducha narodu z podkładu wiary, do którego przyróst od lat tysiąca.
Jednak nie sami tylko ludzie świeccy mają na sumieniu grzechy przeciw Kościołowi. W Królestwie Polskiem garść obłąkańców zakłóciła jedność świętej Wiary, ufajmy, że tylko na chwilę. Także za Oceanem, w Ameryce, nieuki czy szaleńcy w sutannie przywiedli część ludu polskiego do odszczepieństwa, a nawet posyłają broszury do naszego kraju za utworzeniem odrębnego „polsko-katolickiego Kościoła." Niemałe niebezpieczeństwo grozi też naszym wychodźcom w Saksonii, Danii, Szwecji. Nie taję mi wreszcie, że w niektórych stronach naszej archidiecezji herezja stara się złowić w swe sidła dziatwę i rodziców katolickich.
Wszystkie te powody, razem wzięte, skłoniły mię do skreślenia tego orędzia o Kościele.
Przedewszystkiem potrzeba nam dzisiaj poznać naszą Wiarę Świętą i całą jej Bożą piękność, a znikną w znacznej przynajmniej części uprzedzenia i coraz więcej piersi nadstawi się dla niej obroną, przedmurzem, także w szeregach wykształconych ludzi świeckich. A że wiara w Boży początek Kościoła jest podstawą całej wiary i ponieważ cała religia Chrystusowa streszcza się w Kościele i przez Kościół staje się jakby widzialna i dotykalna, więc w pierwszym rzędzie poznać nam dobrze ten Kościół.
Omówię tedy początek i ustrój Kościoła Chrystusowego; wskażę, gdzie go szukać; będę się starał udowodnić, że najwyższym jest rozumem go słuchać.
Jakkolwiek orędzie to z konieczności będzie dłuższe, to przecie pragnę, aby się znalazło w ręku wszystkich drogich moich braci tak, aby każdy mógł je odczytywać ze skupieniem i uwagą. Dobrze jest użyty ten czas, który poświęcamy zrozumieniu prawd ważnych.
Panie Jezu Chryste, Boski Założycielu Kościoła, na Twoją robotę znowu wychodzę. Ty więc, słowa moje mocą męki i krwi Twojej napój i co im na umiejętności, sile, wymowie schodzić będzie, Ty miłośniku dusz, łaską Swoją nagradzaj i dopełniaj!
---
Jest, Bracia moi serdeczni, pewna prawda zasadnicza, którą wciąż musimy mieć przed oczyma, jeśli mamy zrozumieć całokształt wiary chrześcijańskiej, a choćby jeden jej artykuł — a więc także naukę o Kościele. Głosi ona zaś, że chociaż Pan Bóg nas nie potrzebuje, chociaż równie szczęśliwym jest, czy Go kochamy, czy nie kochamy, jednak pragnie naszej miłości, jak gdyby od niej zależało całe Jego szczęście. Dlaczego? Bo jest nieskończenie dobry i wie, że dla nas niema pełnej szczęśliwości jeno tylko w kochaniu Jego, który jest źródłem wszelkiej prawdy, wszelkiego piękna i wszelkiego dobra. Słowem, postawił Bóg człowiekowi cel, nad który niemasz wyższego, to jest: samego Siebie. Poznać Boga, kochać Boga, żyć z Jego życia, spocząć na Jego sercu nie jak sługa, ale jak dziecię i przyjaciel — to jest ostateczne przeznaczenie ludzkości, to jej niebo, to jej wieczność ubłogosławiona. I nic mniejszego, niż Bóg, duszy ludzkiej zadowolić nie jest w stanie.
Do tego zjednoczenia z Bogiem w niebie nikt jednak dojść nie może, kto już tu na ziemi nie zaczął wspólnego życia z Bogiem. A że człowiek do życia Bożego czyli nadprzyrodzonego własnymi siłami dźwignąć się nie jest w stanie, jak roślina nie zdolna wynieść się do życia zwierzęcia, a zwierzę do rozumowego życia ludzkiego, więc Bóg sam dał duszom pierwszych rodziców zdolność i siłę, jakiej z natury nie mieli, czyli udzielił im łaski poświęcającej, która uczyniła ich uczestnikami Bożej natury.
Od Adama i Ewy nadprzyrodzone to życie Boże, które katechizm określa jako wyniesienie do stanu nadprzyrodzonego, miało przejść na wszystkich ludzi.
Ale pierwsi rodzice zgrzeszyli i utracili łaskę poświęcającą, a z nią nadprzyrodzone życie Boże i prawo do nieba. Czy już na zawsze? Czy ludzkość już na wieki nie będzie oglądała oblicza Ojca niebieskiego? „Gdzie obfitowało przestępstwo, powiada Święty Paweł, tam łaska Boża tem bardziej obfitowała." (L. do Rzym. 5, 20). „Bo nie na chwilę nas Bóg umiłował, ale miłością wieczną umiłował nas, jak poręcza usty Jeremiasza, i wyciągnął z toni, litując się nad nami." (31, 2).
Posyłał proroków, aby człowiekowi wciąż przypominali wielką jego godność i przeznaczenie w niebie. Wreszcie sam Syn Boży stał się dla nas człowiekiem. Chodził od miasta do miasta, od wsi do wsi, oświecał, uzupełniał naukę proroków, odpuszczał grzechy, uświęcał, głosił, że przyszedł zbawić wszystko, co przez grzech było zginęło. Ale żył w postaci ludzkiej tylko lat trzydzieści kilka na ziemi. Osobiście zajął się tylko niewieloma duszami. Po trzech latach publicznego nauczania wstąpił do nieba.
W jaki sposób Chrystus oświeci, uświęci, doprowadzi do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy po Nim przyjdą aż do skończenia świata?
Czy może postanowił po Swojem Wniebowstąpieniu oświecać każdego człowieka bezpośrednio i każdemu z osobna dawać objawienie religijne, jak je dał Apostołom swoim? Nie. Każdy z nas wie z własnego doświadczenia, że dopiero własna praca, nauka, mozołem przychodzi do poznania prawd wiary Chrystusowej.
Więc może Zbawiciel księgę napisał, któraby była jedynym poradnikiem naszym w sprawach wiary i jedynym drogowskazem do nieba? I to nie.
Niema śladu, żeby Chrystus był sam napisał choćby jedno zdanie, prócz owych słów na piasku, w których faryzeuszom wypomniał ich grzechy.
Niema też dowodu, żeby był dał nakaz napisania takiej księgi, któraby każdy musiał przeczytać i któraby była jedynym pośrednikiem między Nim a ludźmi.
Więc jaką drogą Chrystus postanowił ludziom wszystkich miejsc i czasów udzielać Swej nauki i łaski, a z nią uczestnictwa w życiu Bożem już tu na ziemi?
Twórca, a więc i najlepszy znawca natury ludzkiej wiedział, że najłatwiej i najlepiej uczyć i wychować ludzi przez ludzi, czyli żywem słowem. Ten sposób więc obrał. Związał wszystkich Swoich uczniów aż do końca świata w jedną wielką społeczność religijną, w której sam wybrał niektórych na duchownych i oddzielił od reszty wiernych, aby tymże wciąż przypominali ich cel najwyższy, pouczali o prawdzie Bożej, zwoływali od troski świeckiej, z ulic, z warsztatów i od zabaw świata, do świętych Sakramentów, tych źródeł nadprzyrodzonego życia Bożego i kierowali nimi w drodze do wiecznego szczęścia.
Ponieważ chodzi tu o rzecz najistotniejszą w chrześcijaństwie, ponieważ niektórzy twierdzą, jakoby dzisiejszy Kościół ze swoim urzędem nauczycielskim, kapłańskim, pasterskim był wypaczeniem myśli Chrystusowej i odstępstwem od Jego czystej nauki, więc zbadajmy tę rzecz bliżej, otwórzmy Pismo Święte, które naoczni świadkowie po śmierci Chrystusa z natchnienia Ducha Św. napisali, zajrzyjmy też do Podania kościelnego i zobaczmy, czego Chrystus nauczał i jak Go pierwsi Jego uczniowie zrozumieli.
Otóż czytamy w Piśmie Św., że Zbawiciel z pomiędzy tych, którzy w Niego uwierzyli, wybrał dwunastu Apostołów, oddzielił ich od reszty ludzi i otworzył osobną dla nich szkołę u swojego boku, jakby seminarium, w którem wychowywał ich przez trzy lata słowem i przykładem. Do nich powiedział, że uczyni ich rybitwami ludzi. Ich następnie przeznaczył i wyświęcił na kapłanów, kiedy na ostatniej wieczerzy po odprawieniu pierwszej Mszy Św. powiedział: „To czyńcie na moją pamiątkę." Do nich rzekł: „Kto was słucha, mnie słucha, a kto wami gardzi, mną gardzi." (Łuk. 10, 16). „Pocieszy was Duch Święty, którego Ja pośle w Imię Moje, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, cokolwiek bym wam powiedział." (Jan 14, 26). „Gdy przyjdzie Duch on prawdy, nauczy was wszelkiej prawdy." (Jan 16, 13). Im znowu dał po Swoiem zmartwychwstaniu władzę odpuszczania grzechów, mówiąc: „Jako mię posłał Ojciec, i Ja was posyłam. Potem tchnął na nich i rzekł: Weźmijcie Ducha Świętego, którychkolwiek odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którychkolwiek zatrzymacie, są zatrzymane." (Jan 20, 21–23). Wreszcie przed Swoiem Wniebowstąpieniem powiedział do nich: „Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idąc, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je chować wszystko, com wam kolwiek przykazał. A oto Jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata." (Mat. 28, 18–20). A u Św. Jana: „Weźmiecie moc Ducha Świętego, który przyjdzie na was i będziecie mi świadkami w Jeruzalem i we wszystkiej żydowskiej ziemi i w Samaryi i aż na kraj ziemi." (Dzieje Apost. 1, 8).
Apostołowie zostali tedy nauczycielami, kapłanami, duszpasterzami reszty wiernych nie tylko jednego pokolenia, ale wszystkich ludzi, po wszystkich krajach świata. Mają bowiem nauczać, chrzcić nie tylko jedno pokolenie, lecz wszystkie narody i być Chrystusowi świadkami aż na ostatnie krańce ziemi. W tym celu Zbawiciel obiecuje być z nimi nie tylko do końca ich życia cielesnego, ale po wszystkie dni, żadnego nie wyjawiając, aż do skończenia świata.
Ktoś więc po Apostołach musi następić. Kto to będzie? Czy każdy, kto tylko zechce, już tem samem będzie następcą apostolskim?
Chciejcie, Bracia moi serdeczni, zwrócić całą waszą uwagę na to, co teraz powiem. Na kogo i w jaki sposób przechodzi w Kościele urząd i władza Apostołów? Otóż jest prawdą w Kościele Chrystusowym zasadniczą, że nikt nie może sobie samowolnie i gwałtem przywłaszczyć urzędu nauczycielskiego, kapłańskiego, pasterskiego, ale musi być wezwany od Boga jak Aaron. Nawet Chrystus nie wziął sobie sam godności i władzy arcykapłańskiej, jeno ją Mu dał Ojciec, który do Niego rzekł: „Syn mój jesteś — Tyś jest kapłanem na wieki, wedle porządku Melchizedecha." (Żyd. 5, 6). Zasada to zaś nie wymyślona dopiero w naszych czasach. Postawił ją jako prawo, które musi być zachowane zawsze i wszędzie aż do końca wieków, sam Chrystus, kiedy powiedział do apostołów: „Jako mię posłał Ojciec i Ja was posyłam" z tem, abyście wy znowu, póki was macie, nauczali, chrzcili, odpuszczali grzechy do końca świata; wymieniali sobie następców i na nich swoje posłannictwo; a następcy wasi znowu innych posyłali dopóki tylko ludzie będą na świecie. Zasada ta żadnych nie dopuszcza wyjątków. Poznajemy to także ze słów Świętego Pawła, który jako nieodzowne znamię głosicieli wiary stawia posłannictwo Boże, mówiąc: „A jakże będą przepowiadać, jeśliby nie byli posłani?" (Do Rzym. 12, 15). Warunek ten jest tak konieczny, że nawet anioł z nieba, któryby nie miał wyraźnego posłannictwa i głosił co innego niż apostołowie, nie zasługiwałby na wiarę. (Do Galat. 1, 8, 9).
Ale nie wszyscy apostołowie równą w Kościele mieli mieć władzę. W każdej społeczności, składającej się z ludzi, musi być widzialny naczelnik, któryby resztą rządził i widzialnie wskazywał społeczności drogę do jej właściwego celu. Bez takiej widzialnej głowy naczelnej żadna społeczność na dłuższy czas się nie ostoi. Rodzina bez ojca dzieli się. Gmina bez wójta rozchodzi się. Okręt bez sternika zabłądzi się. Wojsko bez wodza rozbija się. Państwo bez silnej władzy królewskiej, cesarskiej czy prezydenta, rozpada się. Słowem, rozum i doświadczenie wskazuje, że wszędzie potrzebna jest głowa, któraby była spójnią, siłą wiążącą dla reszty członków społeczności.
Taka widzialna głowa naczelna jest też konieczna w widzialnym, bo z ludzi się składającym Kościele czyli w Królestwie Chrystusowem na Ziemi, a to tem bardziej, że ono przeznaczone, aby objęło świat cały.
Kto tego duchownego naczelnika obierze? Czy Chrystus zostawił jego wybór apostołom, lub może pozwolił, żeby wierni obrali go powszechnem głosowaniem? Bynajmniej. Jak Zbawiciel sam powołał apostołów, tak też sam oznaczył, kto ma być ich i wszystkich wiernych widzialną głową.
Chrystus znajdował się właśnie nad jeziorem Genezaret. Przy Nim byli apostołowie. Do nich zwrócił się z zapytaniem, za kogo też Go ludzie mają. Odpowiedzieli, że jedni uważają Go za zmartwychwstałego Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, inni za Jeremiasza lub innego z proroków. A wy za kogo mię macie? — pytał dalej Chrystus. Wtedy wystąpił syn Janów, któremu Zbawiciel przemienił wprzódy jego imię Szymona na Piotra czyli Opokę, i powiedział: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego!" Była to chwila jedna z najuroczystszych w dziejach świata. Bóg nikomu nie pozwala prześcignąć się we wspaniałomyślności, nie zostawi więc i teraz tak wielkiej wiary bez uznania i nagrody. Piotr wyznał Chrystusa Bogiem, Chrystus uczyni Piotra zastępcą Boga na ziemi. „A ja tobie powiadam, żeś jest opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. Tobie dane są klucze Królestwa niebieskiego. A cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie. A cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebiosach." (Mat. 16, 19).
Zbawiciel przyrównuje tu Swój Kościół do domu. Żaden dom nie może się ostać bez podwaliny. Jeśli fundament się rozpada, cała budowa się rozpadnie. Także duchowy dom Chrystusów, Jego Kościół, potrzebuje fundamentu, a to tem silniejszego, ponieważ ma stać do końca świata i szatan wszystkie wyteży siły, aby go zburzyć. Na ten fundament wybiera mu najmędrszy budowniczy Boży Piotra i temu Piotrowi daje trwałość i siłę skały. „Ty będziesz opoką," powiada do niego.
W ten sposób Zbawiciel związał na zawsze Swój Kościół z Piotrem, a Piotra z Kościołem, jak budowniczy wiąże dom z jego fundamentem. Gdzie Piotr będzie, tam będzie też Kościół Chrystusa, a gdzie Kościół Chrystusa, tam musi być i Piotr. Być zaś fundamentem Kościoła znaczy tyle, co być jego siłą jednoczącą czyli jego najwyższą głową.
Także słowa: „Ja tobie dam klucze królestwa niebieskiego" zwrócone tu do samego Piotra oznaczają, że otrzyma on władzę naczelną w Kościele nad wszystkimi wiernymi, a także nad apostołami, bo i dla nich Chrystus obiera go na fundament.
Po Swoiem zmartwychwstaniu Chrystus spełnia, co przyobiecał. „Szymonie Janów, zapytuje On Piotra, miłujesz mię więcej niźli ci" — inni apostołowie? A gdy ten Mu rzekł: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię miłuję, powiedział mu Pan Jezus: „Paś baranki moje." Potem zapytał powtórnie: Szymonie Janów, miłujesz mię? I rzekł Piotr znowu: Tak Panie, Ty wiesz, że Cię miłuję. Na to znowu Pan Jezus: „Paś baranki moje." I zapytał Zbawiciel po raz trzeci: „Szymonie Janów, miłujesz mię?" Zasmucił się Piotr, że mu trzeci raz rzekł: miłujesz mię? I rzekł Mu: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię miłuję. I rzekł Pan Jezus: „Paś owce moje."
Więc dopiero, kiedy Piotr trzykrotnem wyznaniem miłości naprawił dawne zaparciem się Chrystusa dane zgorszenie, dopiero, kiedy Bogu, który wie wszystko, mógł powiedzieć w oczy, że kocha Go więcej niż świat cały, Zbawiciel stanowi go najwyższym Pasterzem całego Kościoła czyli Głową wszystkich duchownych i ludzi świeckich. Albowiem tylko jedna miłość, gotowa do wszelkich poświęceń dla Chrystusa i wiernych, daje siły do dźwigania tak wielkiego brzemienia, jakiem jest urząd zastępcy Pana Boga na ziemi.
A na jak długo Piotr będzie najwyższym pasterzem czyli nauczycielem? Dopóki baranki i owce będą na świecie i będą potrzebowały oświecenia i kierownictwa duchownego. A więc do końca świata. Tem samem także Piotr musi mieć w swym urzędzie Zastępcy Chrystusa na ziemi prawowitych następców.
Ale jeszcze inna wielkiej wagi prawda wynika ze słów Chrystusa, któremi Piotra uczynił niewzruszoną opoką Kościoła i pasterzem całego Kościoła, mianowicie, że ten Piotr będzie w Kościele najwyższym nauczycielem nieomylnym. Przywilej ten nieomylności uprosił Zbawiciel u Ojca niebieskiego osobną modlitwą: „Szymonie, Szymonie, powiada Chrystus do Piotra, oto szatan pożądał was, aby przesiał jako pszenicę. A Ja prosiłem za tobą, aby nie ustała wiara twoja. A ty niekiedy nawróciwszy się, potwierdzaj bracią twoją." (Łuk. 22, 31, 32).
Razem z Piotrem także inni apostołowie i prawowici ich następcy są nieomylnymi nauczycielami, stróżami i sędziami wiary. Wynika to stąd, iż Zbawiciel obiecał także wszystkim innym apostołom, że będzie z nimi po wszystkie dni aż do skończenia świata i że pośle im Ducha Św., który nauczy ich wszelkiej prawdy. Gdy jednak każdy następca Św. Piotra, jako opoka, najwyższy pasterz, podpora i utwierdzenie wiary, będzie nieomylnym także sam i niezależnie od reszty apostołów, to następcy innych apostołów, postawieni od Ducha Św., aby rządzili Kościołem Bożym, będą nieomylnymi tylko wszyscy razem, o ile zostaną w łączności i jedności z Piotrem.
Za Pismem Św. także zdrowy, naturalny rozum domaga się, aby najwyższy urząd nauczycielski w Kościele był nieomylnym. Gdyby mógł zbłądzić, to cel Kościoła byłby chybiony. Wszak sam Chrystus powiedział: „Gdy ślepy prowadzi ślepego, to oba w dół."
Do omylnego urzędu nauczycielskiego nikt nie miałby całkowitego zaufania. Wieczne spory rozdzierałyby uczniów Chrystusa, a ów stan pierwszej gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie, kiedyto wszyscy wierni byli jednem sercem i jedną duszą, byłby jak meteor, który raz zjawił się na świecie, aby potem zniknąć na zawsze. Zwątpienie i rozpacz, podobnie jak przed przyjściem Chrystusa, ogarnęłyby w końcu wszystkich, i wszyscy pytaliby jak Piłat: Co jest prawdą? Czy wogóle istnieje jakaś prawda religijna na świecie? Szkoda byłoby męki i śmierci Chrystusa za Kościół, szkoda trudzić się nam o niebo. Słuszność mieliby chyba owi, którzy za cel życia obrali: „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy." (I. Kor. 15, 32).
A odpowiedzialność za to straszne zamieszanie pojęć spadłaby ostatecznie na samego Chrystusa, który choć mógł, nie byłby dość ubezpieczył Swej nauki. Wprost niepojętym byłby też w tym wypadku nakaz Zbawiciela, który zobowiązał wiernych do słuchania jak Siebie samego apostołów, i ich następców pod utratą zbawienia wiecznego. „Kto was słucha, powiedział, mnie słucha, a kto wami gardzi, mną gardzi, a kto mną gardzi, gardzi onym, który mnie posłał."
Dziwna rzecz, że mimo to wszystko znajdują się jeszcze ludzie, którzy zamiast paść na kolana i podziękować Panu Bogu z głębi duszy, że w Piotrze i jego następcach dał światu nieomylnych przewodników na drodze do nieba i dobre sumienie, rozeznaające cnotę od złego, oni gorszą się i przedrwiwają ten przywilej jako ubóstwienie człowieka, jako bałwochwalstwo i dusz tyranię. Obrażają się niektórzy, gdy im kto powie, że mylą się w swych badaniach naukowych. Tylko Panu Bogu nie chcą przyznać tyle dobroci i mocy, żeby dla uspokojenia ludzkości, za której zbawienie śmierć poniósł, był ustanowił w rzeczach wiary nieomylny trybunał na ziemi!
Skąd biorą się te zarzuty przeciw nieomylności Piotra i jego następców? Czasami źródłem ich tylko nienawiść ku Kościołowi katolickiemu. Niekiedy znowu powodem zarzutów nie tyle jest zła wola, ile raczej nieznajomość katechizmu tegoż Kościoła. „Nie wiedzą, więc bluźnią," powiada już apostoł (Jud. 1, 10). I tak głoszą nieraz nieprzyjaciele nieomylności papieskiej, że wedle nauki katolickiej Papież nie może nigdy pobłądzić w życiu czyli zgrzeszyć. Tymczasem tego Kościół nigdy nie uczył. Rzecz też powszechnie wiadoma, że następcy Piotra spowiadają się częściej niż inni wierni, czują bowiem cały ciężar odpowiedzialności przed Panem Bogiem nie tylko za zbawienie własne, ale całego świata. Jeśli ludzie zwą następcę Św. Piotra Ojcem Świętym, jeśli całują jego stopy, to czynią to nie dlatego, żeby wierzyli, iż nie może grzeszyć, ale dla jego godności, ponieważ widzą w nim zastępcę Boga na ziemi.
Podnoszę jeszcze z naciskiem, że przytoczone miejsca Pisma Św. dowodzą także, iż dar nieomylności w sprawach wiary otrzymał Piotr nie tylko dla siebie, ale także dla wszystkich prawowitych swoich następców. Albowiem z przywileju nieomylności, któryby naczelnik apostołów był otrzymał wyłącznie dla swej osoby, wierni naszych czasów tak samo nie mieliby korzyści, jak mieszkańcy dolin nie mają pożytku z najczystszego choćby źródła, które wytrysnęło na szczytach gór, ale zaraz ginie pod skałami.
Jednak Piotr i apostołowie sami jeszcze nie wystarczali na nawrócenie całego świata. Żniwo czekało zbyt wielkie, aby Chrystus pracę koło niego mógł był powierzyć kilkunastu albo choćby kilkuset mężom. Dlatego powołał do pomocy apostołom innych jeszcze robotników w winnicy Swojej. Z licznej rzeszy wiernych wybrał mianowicie 72 uczniów, z których apostołowie, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej wielu wyświęcili na kapłanów.
W ten sposób Kościół Chrystusa będzie miał na zawsze zapewnione duchowieństwo trzech stopni, tj. wciąż żyjącego Św. Piotra, dalej następców reszty apostołów i zwyczajnych kapłanów. Razem wzięte to duchowieństwo będzie jakby kościstem wiązaniem, na którem będą rozpięci wierni świeccy.
Kiedy już ten żywy urząd nauczycielski składający się z Piotra, z reszty Apostołów i z kapłanów był ustanowiony, kiedy słowo Boże już lata całe było głoszone, ofiara Mszy Św. odprawiana, Sakramenta szafowane, przybyło Kościołowi jeszcze Pismo Święte Nowego Zakonu. Święty Mateusz napisał swoją Ewangelię w mniejwięcej dziesięć lat po Wniebowstąpieniu Chrystusa. Inni ewangeliści i apostołowie napisali swoje księgi znacznie później. Z tego zaś wniosek, że jak Kościół lata całe istniał, działał, zbawiał ludzi nie mając Pisma Św. Nowego Testamentu, tak też mógł istnieć bez Pisma Św. do końca świata. Tem samem Pismo Św. z chwilą swego pojawienia się nie miało zastąpić żywego urzędu nauczycielskiego, ale w tegoż ręku być tylko środkiem ułatwiającym mu ustne nauczanie. Nie zawiera też Pismo Św. całej nauki Chrystusowej. Niektóre rzeczy Apostołowie powtórzyli dziesięć razy i więcej, innych ledwie z lekka dotknęli, inne całkiem pominęli, jak sami podnoszą, zostawiając je do ustnego omówienia. Tak pisze np. Św. Jan do Gajusa, „że miał jeszcze wiele pisać, ale nie chciał pisać inkaustem, bo się spodziewał rychło go ujrzeć, ustnie z nim pomówić." (3, 1, Św. Jana 1, 13, 14). To zaś, co apostołowie napisali, zawiera częstokroć najgłębsze tajemnice Boże i potrzebuje tem samem wciąż ustnego objaśnienia ze strony żywego, nieomylnego urzędu nauczycielskiego. Bez takiego bowiem objaśnienia wierni biedziliby się nad rozumieniem Nowego Testamentu tak samo jak ów sługa królowej etiopskiej Kandaki, o którym czytamy w Dziejach Apostolskich, że nie byłby nigdy pojął mesjańskiego proroctwa z księgi Izajasza, gdyby mu słów Pisma nie był wyjaśnił Św. Filip, Diakon. (Dzieje Apost. 8, 30–31).
Jak tedy Pismo Św. powstało w Kościele, tak też tylko Kościół może nam je przechowywać nieskazitelnie i tylko Kościół, tj. jego żywy urząd nauczycielski może być jedynym jego prawowitym, nieomylnym tłomaczem.
---
Widzicie więc, Ukochani moi, że sam Chrystus związał Swoich wiernych w widzialną społeczność religijną, którą nazwał Kościołem. Sam Chrystus położył pod ten Kościół fundamenta i nadał mu ściśle określoną konstytucję. Apostołowie i ich następcy tylko go dalej rozbudowali i wciąż rozbudowują. Ewangelia Jezusowa i Kościół z trzechstopniowem duchowieństwem czyli hierarchią tak ściśle należą do siebie, jak ciało i dusza, jak myśl i tej myśli czyn czyli urzeczywistnienie. Kościół widzialny jest istotną formą Królestwa Bożego na ziemi. Bez Kościoła nie mielibyśmy wcale czystej Ewangelii Jezusowej.
Bardzo jeszcze jednak niedostateczne miałby pojęcie o Kościele, ktoby tylko tyle o nim wiedział, że jest on wielką społecznością religijną, która przyjmując całą naukę Chrystusową i wszystkie Jego Sakramenta, zdąża pod wodzą kapłanów, biskupów i Św. Piotra, tego nowego Mojżesza, do ziemi obiecanej, do nieba, na szczęście nadprzyrodzone.
Przekonamy się zaraz, że Kościół Chrystusów, to coś nieskończenie wyższego i wspanialszego, niż spółka dusz, zjednoczonych ze sobą tąsama wiarą i tąsamą miłością Bożą.
---
Z chwilą Wniebowstąpienia Zbawiciel przestał być widzialnym fundamentem i widzialną Głową Swojego Kościoła. Ale związek między Nim a tym Jego Kościołem nie został zerwany. Przeciwnie — stał się jeszcze ściślejszym, głębszym. Chrystus żyje w Kościele jako jego najwyższa Głowa niewidzialna. Kościół i Chrystus są teraz i do końca świata jedno.
Zwierzchnik państwa jest mocą swej władzy w każdej wsi, w każdem mieście swego państwa. Wielcy prawodawcy, jak Likurg i Solon, żyli wciąż w swym narodzie przez mądre prawa, które ziomkom nadali. Także o fundatorze szkoły, parafii, szpitala mówimy, że żyje on wiecznie w swej fundacji. I nasz wieszcz nie powiedział za wiele o sobie, kiedy głosił: „Duszą jam w moją ojczyznę wcielony. Ciałem połknąłem jej duszę... Ja i ojczyzna to jedno... Nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze... Ja kocham cały naród. Objąłem w ramiona przeszłe i przyszłe jego pokolenia. Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić. Chcę nim cały świat zadziwić." Życie pośmiertne Mickiewicza w narodzie jest istotnie dla nas prawie realniejsze, niż dawne jego życie cielesne. On naprawdę przez swe wielkie myśli w ojczyznę wcielony. Jego dusza stała się jakby wspólną i powszechną duszą całej Polski.
Czy tylko w ten sposób jak imię fundatora złączone z jego fundacją i jak wieszcz jedno jest ze swoim narodem, także Chrystus jedno jest ze Swym Kościołem dlatego, że za niego cierpiał, że w nim złożył Swą naukę i łaskę, że w nim i przezeń obejmuje w Swe ramiona przeszłe i przyszłe pokolenia, chce je dźwignąć aż do nieba, uszczęśliwić i ich szczęściem świat aniołów zadziwić?
Nie wolno tu wdawać się w domysły. Patrzmy, jak Pismo Święte pojmuje wzajemny stosunek Chrystusa do Kościoła.
„Już niestesmy gośćmi przychodniami, pisze Św. Paweł do Efezjan, ale współobywatele ze świętymi i domownicy Boży, wybudowani na fundamencie Apostołów i Proroków, gdzie głównym węgielnym kamieniem sam Jezus Chrystus, na którym wszystko budowanie wywiedzione rośnie w Kościół."
Budowanie to jest czysto duchowe, podobne raczej do żywego organizmu niż do martwej budowy. Wywodzi się ono bowiem z dusz na żywym niewidzialnym kamieniu węgielnym, którym jest Pan nasz Jezus Chrystus. Początki tej budowy schodzą się w myśli Bożej z początkiem świata, a jako pierwsze kamienie weszli w nią aniołowie, w każdym zaś razie pierwsi nasi rodzice. Myśl to nie moja. Już Św. Augustyn powiada, że chrześcijaństwo istnieje, odkąd ludzie istnieją. Tylko jego imię było inne w Starym Zakonie. Publicznie został Chrystus obwołany kamieniem węgielnym Kościoła w chwili, kiedy Bóg ogłaszał w raju, że ześlę Odkupiciela, aby starł głowę węża.
Potem ułożyli się na tym niewidzialnym kamieniu węgielnym Abel i Henoch, Patriarchowie, Prorocy i wszyscy Święci Starego Testamentu. Z chwilą wcielenia Chrystusa kamień węgielny zarazem i główny budowniczy stał się na krótki czas widzialnym i wybrał sobie w Piotrze i innych apostołach głównych Swych współpracowników, a obok nich i po nich powołał ludzi najszlachetniejszych, świeckich i duchownych z wszystkich narodów, aby razem z Bogiem pracowali nad budową tego Kościoła i wspólnego szczęścia w niebie. Odtąd też mężowie nauki poświęcają na usługę tego Kościoła swoją wiedzę; artyści, poeci natchnienie swego geniuszu; Święci swoje cnoty heroiczne; inni ukryte swoje cierpienia, posty, umartwienia. Są i inni jeszcze niemniej cenni budowniczowie, których mi zapomnieć nie wolno. Mam na myśli matki i ojców, którzy wychowują na podobieństwo Chrystusa swoje dzieci, dalej katechistów świeckich, uczących katechizmu sierotki, których nikt nie uczy. Wszyscy oni jak z jednej strony są żywymi kamieniami w budowie Kościoła, tak z drugiej współbudowniczymi.
Nikt Chrystusowi nie jest za lichy, ani na budulec, ani jako współbudowniczy. Trzeba tylko, aby człowiek dał się dobrowolnie użyć na materiał budowlany, żeby pozwolił się wyrwać z gór pychy, wyciągnąć z błota nieczystości, ociosać krzyżem, wygładzić cierpieniem, opieczętować, jakby marką fabryczną, imieniem i wizerunkiem Chrystusa. Albowiem nic się przy tej budowie nie robi gwałtem. Wolność anioła i człowieka uszanowana jest jak w powołaniu na budulec i współbudowniczego, tak też w wytrwaniu w budowie do końca. I tak będzie do skończenia wieków, aż cały Boży plan będzie wykonczony, budowa dojdzie do zamierzonej wielkości i doskonałości i Chrystus ukaże się znowu w postaci widzialnej, aby oddać cały Kościół, Królestwo Swoje, Ojcu, „żeby Bóg był wszystko we wszystkich." (I. do I. Kor. 15, 24–28). Za cement zaś w tej budowie służą wszystkim Krew Chrystusowa, łaska poświęcająca, krew Męczenników, miłość Boga i bliźniego.
---
Jeszcze dosadniej określa Św. Paweł wzajemny stosunek Chrystusa i wiernych, kiedy kilkakrotnie powtarza, że Kościół i Jezus należą do siebie, jak członki ciała do głowy tego samego ciała. „Chrystusa dał (Bóg), powiada on, Głową nad wszystkim Kościołem, który jest ciałem Jego." (Efez. 1, 20. 23). A nieco dalej czytamy, że wierni są „z Ciała Jego i z kości Jego." (Efez. 5, 30). W liście do Koryntyan mówi, że „Kościół, to Chrystus." (I. Kor. 12, 12; zob. też I. do Kolos. 3, 11; Efez. 1, 3).
Tę samą myśl znajdujemy w Dziejach Apostolskich. Kiedy mianowicie Szaweł jechał do Damaszku, aby wygubić chrześcijan, spadł on, olśniony cudownym blaskiem, z konia i usłyszał głos: Szawle, Szawle, czemu Mię prześladujesz? A gdy zapytał: Panie, kto jesteś, który do mnie tak mówisz? usłyszał drugi raz głos z nieba: Jam jest Jezus, którego prześladujesz. (Dz. Ap. 9, 4, 5). Nie mówi tu Chrystus: Czemu prześladujesz sługi moje, braci moich, moich świętych, ale czemu Mię prześladujesz, jak człowiek, któremu ktoś udepce nogę, powiada: Czemu mię depcesz; a drugi, któremu ktoś kaleczy rękę: Czemu mię kaleczysz?
Tu należą też słowa, które Chrystus powie w dzień sądu do błogosławionych: „Łaknąłem, a daliście Mi jeść; pragnąłem, a napoiliście Mnie; byłem gościem, a przyjęliście Mnie; nagim, a przyodzialiście Mnie; chorym, a nawiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie... Zaprawdę, powiadam wam: Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili." (Mat. 25, 35, 36, 40). „Zbawiciel, powiada Św. Augustyn, wskazuje temi słowy, że jest On w biednych, jako w Swoich członkach. To też gdy biedni cierpią głód, Chrystus ten głód cierpi." A potem dodaje Św. Biskup z Hipony te przepiękne i głębokie słowa: „Dziękujemy Bogu, że staliśmy się nie tylko chrześcijanami, ale Chrystusem... Podziwiajcie, cieszcie się, Chrystusem staliśmy się. Jeśli On bowiem Głową, my członkami; całym człowiekiem jest dopiero On i my razem." ¹⁾
W objaśnieniu zaś do psalmów pisze Św. Augustyn: „Jezus Chrystus i wszyscy ludzie, którzy są Jego członkami, to dwoje w jednem ciele." Podobne określenie naszego stosunku do Chrystusa mógłbym przytoczyć z pism innych Ojców i Pisarzy Kościoła. Dodamy jeszcze tylko słowa Św. Atanazego, który powiada: człowieczeństwem Chrystusa jest teraz cały Kościół. Jakoby powiedział: gdy w chwili Swego wcielenia Syn Boży przyjął do Swej osoby i natury Bożej tylko jedno ciało, wzięte z Najśw. Maryi Panny, to w Kościele Swoim i z Kościoła formuje Sobie od początku świata ogromne ciało społeczne z całej ludzkości.
Chodzi teraz o to, jak rozumieć te słowa, że jesteśmy członkami ciała Jezusowego, którego On jest Głową, słowa, które i dzieci powtarzają przy katechizmie i starsi wciąż słyszą z kazalnicy.
Rzecz to, Ukochani moi, nie łatwa do pojęcia. Chodzi tu o szczyty chrześcijaństwa i największe jego głębiny. Apostoł wyraźnie zaznacza, że wielką tajemnicą jest przebywanie Chrystusa w nas. Z tego też powodu nauczyciele Kościoła nazywają ten nasz stosunek z Chrystusem związkiem mistycznym tj. duchowym i tajemniczym. Z drugiej strony znowu nic lepiej nie maluje niezmiernej godności chrześcijanina i nic bardziej nie wzbudza miłości ku Zbawicielowi, jak właśnie możliwie najdokładniejsze pojmowanie tego tajemniczego związku Boga-Człowieka z duszami.
Przedewszystkiem trzeba przypomnieć, że wielkie to zbiorowe ciało Chrystusowe, którem jest Jego Kościół, nie buduje się z naszych ciał, jeno z dusz, choć rzecz pewna, że z połączenia się Chrystusa z naszemi duszami także na ciała nasze spływa poświęcenie.
Stąd Św. Paweł niekiedy także ciała nasze nazywa członkami Chrystusowymi (I. do Korynt. 6, 15).
Dalej jest rzeczą jasną, że ponieważ chodzi tu o wielką spółkę dusz z Chrystusem, czyli o wielkie ciało duchowe, ten stosunek między nami, członkami, a Chrystusem-Głową nie może być całkowicie taki sam jak ów, który istnieje między głową naszego ciała ludzkiego i członkami tegoż naszego ciała. Ręka bowiem, noga, oczy i inne członki naszego ciała nie istnieją każdy dla siebie i nie mają wolnej woli, ani też członek każdy dla siebie nie ma całego życia ludzkiego, ale dopiero wszystkie razem wzięte tworzą jedno ciało ludzkie. W ciele zaś duchowem, jakiem jest Kościół, każda dusza także po połączeniu się z Chrystusem zachowuje całą swoją odrębność i całą daną sobie od Boga wolność.
Ale chociaż stosunek dusz naszych do Chrystusa Głowy nie jest całkiem ten sam, co między ręką, nogą, oczami naszemi a głową naszego ciała ludzkiego, to jednak podobieństwo obopólnego stosunku tak jest wielkie, że apostoł nie mógł lepiej opisać go, jak nazywając nas członkami Chrystusa, a cały Kościół Jego ciałem. Wszystkie członki zwyczajnego ludzkiego ciała mają bowiem z głową tego samego ciała tylko jedno wspólne życie i tworzą między sobą żywą organiczną całość. Podobnie dusze nasze, złączone z Chrystusem, choć każda ma swoje osobne życie, mają jednak równocześnie jedno wspólne nadprzyrodzone życie z Chrystusem i między sobą, tworząc żywą całość, skojarzoną na podstawie prawa podobnego do owego, które łączy w jeden organizm i na wspólne życie przyrodzone wszystkie członki zwyczajnego ciała ludzkiego.
Dalej, jak w zwyczajnem ciele ludzkiem, przez powiązanie wszystkich członków w jedną całość każdy członek służy drugiemu i całemu ciału, i jak w wielkiej ogólnoludzkiej społeczności świeckiej, choć jednostki umierają, jednak dorobek ich pracy duchowej, moralnej, fizycznej nie ginie, lecz przechodzi cały na pożytek ludzkości teraźniejszej i przyszłej — tak też dzieje się w Kościele, właśnie dlatego, że jest on nadprzyrodzoną całością organiczną, niczym zaś martwem arytmetycznem zesumowaniem jednostek, spisanych w metrykach i żyjących tylko obok siebie. Męka i zadośćuczynienia Chrystusowe wychodzą na korzyść całości i każdego członka. Z tego też powodu nie przepadła w tej społeczności religijnej żadna łza Najśw. Panny. Nie idzie na marne ani poświęcenie dobrych matek, ani praca rolnika, uświęcona pieśnią „Kiedy ranne wstają zorze", ani mozół ucznia i nauczyciela, podjęty z miłości Pana Boga, ani zakonnicy pokuta. Wszystkie owoce i błogosławione skutki, wynikłe z tego „Obcowania Świętych", wyjdą na jaw dopiero w dzień sądu. Pokaże się wtedy, że niejeden zawdzięcza swoje zbawienie pobożnej żarliwości Karmelitanki, która się za niego, nieznanego sobie, biczowała, i ofierze Szarytki i modlitwie Franciszkanki, która dniem i nocą wołała przed Najśw. Sakramentem: „Przepuść mu Panie, przepuść... bo on nie wie, co czyni!"
Nie zgłębił by jednak jeszcze należycie stosunku Kościoła do Chrystusa, ktoby stanął na tem, że Jezus i dusze mają tylko wspólne życie nadprzyrodzone. Wciąż trzeba mieć przed oczyma, że dusze tylko z Chrystusa mają nadprzyrodzone swoje życie i działanie. „Jam jest winnica, wy latorośle, powiedział Zbawiciel... Jako latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, jeśli nie będzie trwać w winnej macicy; tak i wy, jeśli we Mnie mieszkać nie będziecie... Kto mieszka we Mnie, a Ja w nim, ten siłą owocu przynosi, bo beze Mnie nic czynić nie możecie." (Jan 15, 4, 5).
Jak w porządku przyrodzonym słońce materialne jest jakby szafarzem, skarbnicą i — rzec można — sakramentem naturalnym światła, ciepła, ruchu, tak człowieczeństwo Jezusowe, zjednoczone z jego Bóstwem jest dla Kościoła, dla złączonych z Jezusem wiernych, najwyższym i powszechnym dawcą i niejako Sakramentem wszelakiej łaski, natchnienia, działania, słowem, całego nadprzyrodzonego życia. Usuń słońce a zagaśnie życie naturalne. Odejmij z Kościoła Jezusa źródło, przyczynę, narzędzie, pryzmat łaski, a ustanie w Kościele wszelkie życie nadprzyrodzone.
Jezus jako Głowa nadaje też wedle Swej Świętej woli kierunek, jakim idzie historia całego Kościoła i życie każdej duszy. Bo i tu podobnie jak w zwyczajnem ciele ludzkiem, każdy członek inne ma do spełnienia zadanie, a wszystkie dopiero razem z Jezusem odtwarzają i powtarzają całe Jego trzydziestotrzyletnie Bosko-ludzkie życie, które przeżył w widzialnej postaci na ziemi. Nie jest to znowu, co teraz mówimy, żaden wymysł ludzki, ale najrzeczywistsza prawda, wynikająca między innemi ze słów apostoła, że Chrystus dał niektórych ludzi na apostołów, innych na proroków, innych na ewangelistów, a innym inny powierzył urząd ku doskonałości świętych, ku robocie posługiwania, ku budowaniu ciała Chrystusowego. (Efez. 4, 11, 12). W jednym więc Świętym objawia się bardziej duch apostolstwa i żarliwości o szerzenie między niewiernymi Wiary Świętej. W życiu drugiego góruje bezmierna cichość, łagodność Jezusowa. W innych Jego wielka miłość ku biednym, chorym, kalekom, tak że całują ich rany i stają się trędowatymi
---
¹⁾ In Joannis Evangel. Tractat. XXI. c. V. nr. 8. „Ergo gratulemur et agamus gratias, non solum nos christianos factos esse, sed Christum... Admiramini, gaudete, Christus facti sumus. Si enim caput ille, nos membra; totus homo, ille et nos."
tymi z trędowatymi. U jeszcze innych przebija się tak wielkie pragnienie dzielenia z Chrystusem Jego męki, iż wołają: cierpieć i nie umierać, aby ciągle móc cierpieć! Wszyscy też razem, zdobywając w pocie czoła świętość, dorabiają swoimi umartwieniami to, czego niedostaje męce i cierpieniom Chrystusa. (1 Kolos. 1, 24). A niedostaje właśnie współcierpienia naszego z Chrystusem, który nas stworzył bez nas, ale nie uświęci i nie zbawi nas bez naszego współdziałania.
I tak rośnie wciąż społeczne ciało Jezusowe, aż liczba członków i stopień ich świętości dojdzie przy końcu świata do swej właściwej miary i doskonałości, którą apostoł nazwał pełnością Chrystusową. (Efez. 4, 13).
Kiedy po raz pierwszy człowiek staje się członkiem mistycznego ciała Chrystusowego? Przy Chrzcie Świętym. W tym sakramencie Chrystus po raz pierwszy jakby namaszcza duszę krwią Swoją, zamkniętą w łasce poświęcającej, pieczętuje ją Swoim podobieństwem, zaszczepia dziczkę na szlachetnym szczepie Bożym, a włączając w Siebie, powiada: „Nazwałem cię imieniem Twojem: Mój jesteś ty." (Izai. 43, 1). Zjednoczenie to i wspólne życie zaciśnia się jeszcze więcej przez każdą następną łaskę sakramentalną, a dochodzi do szczytu na ziemi przy Komunii Świętej. Tu następuje już nie tylko podniesienie naszych władz przez zetknięcie się z Jezusową światłością, miłością, siłą, czystością, słodyczą, pokorą, ale transfuzya czyli przelanie krwi Jego w krew naszą, zetknięcie się Jego duszy ludzkiej z naszą duszą, Serca Jego Najświętszego z biednem sercem naszem. Tu Jego Bóstwo zjednoczone z Jego człowieczeństwem stokroć bardziej przenika całą naszą istotę, niż ogień rozżarzone przenika żelazo, tak, że człowiek po przyjęciu godnie Najświętszego Sakramentu w całej prawdzie może powtórzyć za Św. Pawłem: „Żyję ja, już nie ja, żyje we mnie Chrystus."
I to jeszcze dodać należy, że podczas gdy ucięta raz ręka lub noga już nigdy na tym świecie nie zrośnie się ze swem ciałem, to dusza, która miała nieszczęście przez grzech odpaść od Chrystusa, może każdej chwili wrócić do dawnej wspólności Bożego z Nim życia, a nawet jeszcze więcej miłością zaciśnić dawne z Chrystusem węzły.
Kościół, jak widzieliśmy, nazywa się w Piśmie Świętym wielkiem ciałem, którego Chrystus najprzedniejszą jest częścią, bo Głową. Jeśli zaś Chrystus jest tego ciała duchowego prawdziwą częścią składową, to wolno się zapytać, kto tego całego ciała jest ostatecznym i najwyższym pierwiastkiem, przyczyną życia i ruchu, czyli duszą, jak się teologowie wyrażają? Kto taki? Cała Trójca Przenajświętsza. Bo gdzie jest Jezus, Bóg-Człowiek, tam musi być Osoba Ojca i Ducha Świętego. Ponieważ jednak każdej Osobie Bożej stosownie do Jej szczególniejszego charakteru osobistego osobne przypisujemy dzieła: Ojcu stworzenie, Synowi odkupienie, Duchowi Świętemu poświęcenie, więc też w szczególniejszy sposób jedną z Osób Boskich nazwać będziemy mogli duszą Kościoła. Którą?
Gdy Bóg stworzył ciało Adama, wziął tchnienie miłości ze swego serca i zamknął je w tem ciele, ulepionym z ziemi. I patrz! Ciało otworzyło oczy, serce bić zaczęło, i stanął w raju człowiek żywy.
Kiedy Jezus wstępował na niebiosa, ciało Jego mistyczne, to jest Kościół, już było uformowane z Piotra, apostołów i wiernych. Ale to ciało jeszcze nie miało ruchu. Boże siły, w niem złożone, były jeszcze jakby w uśpieniu. Nikt jeszcze nie opowiadał słowa Bożego, nie chrzcił, nie bierzmował, nie odpuszczał grzechów, nie odprawiał Mszy Świętej. Brakowało bowiem jeszcze temu ciału ostatecznego tchnienia miłości — duszy Bożej. Kiedy ją otrzymał?
W dzień Zielonych Świątek. Wprawdzie Pan Jezus już przedtem udzielił apostołom Ducha Świętego, ale uczynił to im jednym tylko, nadając władzę odpuszczenia grzechów (Jan 20). W dzień Zielonych Świątek udzielił Go publicznie, uroczyście i w pełności, nie tylko apostołom, ale całemu Kościołowi. Duch Świętý, który zstąpił w postaci ognistych języków, będzie odtąd duszą tego Kościoła aż do skończenia wieków. (Jan 14, 16, 17). Pod Jego też tchnieniem zaraz w Kościele nadprzyrodzone życie poczęło swój obieg. Stał się ruch wielki. Trzy tysiące ludzi się nawróciło, przyjęło Chrzest Święty. I życie to Boże już nie zamrze, bo Duch Święty pozostanie w Kościele aż do skończenia wieków. (Jan 14, 16, 17). Nigdy też Kościół nie zapomni tego wielkiego dnia Zielonych Świątek, w którym Duch Święty wziął go uroczyście w swe posiadanie, napełniając swoją obecnością.
Zbierze się niezadługo po Wniebowstąpieniu Chrystusa powszechny Sobór w Jerozolimie. Do kogo Piotr i Apostołowie zwrócą się po światłość? Veni Creator Spiritus — przyjdź Duchu Święty, zawołają. A potem ogłoszą Kościołowi, że to, co uradzili, postanowili za natchnieniem Ducha Świętego. „Zdało się Duchowi Świętemu i nam — visum est enim Spiritui Sancto et nobis", piszą do wiernych, przesyłając im uchwały soborowe.
I w czasach następnych, ile razy zgromadzą się papież i biskupi, aby rozjaśnić wątpliwości w wierze lub potępić heretyków, zawsze zebrani zwrócą się myślą najpierw tam, gdzie jest dusza całego Kościoła. Przyjdź Duchu Świętý, oświeć nas, błagać będą, a uchwały powzimą znowu w duchu apostołów: Visum est Spiritui Sancto et nobis — zdało się Duchowi Świętemu i nam.
Kiedy indziej znowu zbierze się kolegium kardynałów, aby Kościołowi nowego wybrać następcę Św. Piotra. I oni błagać będą: Przyjdź, ach przyjdź Duchu Święty — Veni Creator Spiritus.
A kiedy Kościół będzie namaszczał biskupów, kapłanów — kto ich potrzebną opatrzy łaską, miłością i siłą, aby ludowi byli ojcami i pasterzami — a nie najemnikami? Znowu Duch Święty, do którego i tym razem z ust konsekratorów i wiernych popłynie wołanie błagalne: Veni Creator Spiritus!
A gdy para młoda, jedna po drugiej, przyjdzie klękać na stopniach ołtarza, żeby sobie ślubować dozgonną wierność i miłość, a zarazem uprosić światła do wychowania dzieci na wierne syny Świętego Kościoła: — do kogo ona i błogosławiący jej kapłan wzniosą ręce o pomoc na tę ich nową drogę życia? I tym razem napełni się świątynia pieśnią błagalną: Veni Creator Spiritus!
Jakże tedy piękna jest ta nauka o Kościele Chrystusowym! Syn Boży stał się jednym z nas i w całej prawdzie członkiem społeczności ludzkiej, bo jej głową, fundamentem, osią a nawet punktem zbornym wszelkiego stworzenia od początku świata i na całą wieczność. Dusza zaś tej społeczności religijnej jest Duch Święty, który mieszka w niej razem z Ojcem i Synem jako w najwspanialszej świątyni jedynie godnej Boga, będącego najdoskonalszym duchem.
Teraz też rozumiemy lepiej pierwsze stronice Pisma Świętego, na których jest opowiedziane dzieło stworzenia świata. Napisano tam, że Bóg stworzył światło i ujrzał, że było dobre. Rozkazał, aby wody okalające ziemię zebrały się w morza i ukazał się ląd suchy. I stało się tak. I widział Bóg, że było dobre. Uregulował stosunek księżyca do ziemi, Ziemi do słońca i widział, że było dobre. Rozkazał, aby ziemia rodziła rośliny, drzewa. I stało się tak. I widział, że było dobre. Rozkazał, aby w wodach rozmnożyły się ryby, ptactwo w powietrzu, różne rodzaje zwierząt na ziemi. I stało się tak. I widział iż było dobre. Wreszcie stworzył człowieka. Mężczyznę i białogłowę stworzył je. Potem przejrzał Bóg jeszcze wszystkie rzeczy, które był uczynił i widział, że były bardzo dobre. (Gen. rozdz. 1).
Skąd, bracia moi kochani, ten zachwyt Pana Boga na widok świata, że aż woła, iż wszystko jest bardzo dobre? Czyżby Bogu rzeczywiście miały wystarczać drzewa, kwiaty, morza, słońca? Miałżeby On, nieskończony, znaleźć istotnie tak wielkie upodobanie w ludziach i aniołach i zadowolić się szczebiotaniem aktów miłości ze strony choćby rozumnego, ale zwyczajnego stworzenia? Byłoby to prawie niepojętem. Za to dobrze rozumiem akcenty i drżenia miłości, zamknięte w stwierdzeniu, że wszystko jest dobre, bardzo dobre, jeśli przyjmę, że Bóg w pośrodku tego stworzenia dojrzał Swojego Syna, który od wieków postanowił stać się pierworodnym między wiela braci (Rzym. 8, 29), aby całą ludzkość wszczepić w Siebie, upodobnić do Siebie, a potem razem z nią jako jeden wielki zbiorowy człowiek uklęknąć przed Ojcem niebieskim i zawołać:
Boże i Ojcze! Stworzenie Twoje samo niezdolne było podziękować Ci godnie za życie, które mu dałeś. Ja także, jako Tobie równy Bóg nie mogłem rzucić się na kolana przed Tobą za to, żeś mię zrodził od wieków. Dlatego stałem się człowiekiem. Przybrałem sobie ludzkość całą jako swoje ciało i teraz razem z nią jako Kościół Twój Święty upadam przed Tobą na oblicze, wołając: Wielbimy Cię, kochamy Cię, Święty, Święty, jak zasługujesz — nieskończenie!
Na ten widok wielkiej rodziny ludzkiej, której serce bije w zgodny takt i akord z Najświętszem Sercem Syna Bożego, Bóg nie mógł nie wpaść w zachwyt i nie powiedzieć, że wszystko było dobre, bardzo dobre.
---
II. Znamiona Kościoła Chrystusowego.
Rozważaliśmy dotychczas, Ukochani moi, jak to Chrystus dał swojemu Kościołowi za widzialnego zwierzchnika Św. Piotra, podczas gdy sam został jego Głową niewidzialną. Ten też Kościół, zbudowany na Piotrze, uczynił Chrystus jedynym nauczycielem nieomylnym i stróżem prawdy objawionej i jedynym szafarzem swojej łaski, zamkniętej w Świętych Sakramentach. Tego Kościoła kazał słuchać pod utratą zbawienia, mówiąc: „Jeśliby kto Kościoła nie słuchał, niech będzie jako poganin i celnik." (Mat. 18, 17). Temsamem przykazał wszystkim — pod utratą zbawienia — być jego członkami.
Równocześnie przepowiedział Zbawiciel, że powstaną różni fałszywi prorocy, którzy zakładać będą coraz to nowe stowarzyszenia, gminy i zbory religijne i głosić, że tylko u nich jest Chrystus i tylko ich społeczności religijne są prawdziwym Chrystusowym Kościołem.
Aby tedy każdy człowiek dobrej woli, uczony i nieuczony, mógł poznać prawdziwy Kościół Chrystusa, opatrzył jego Boski założyciel żywymi, łatwo dostrzegalnymi znakami uwierzytelniającymi czyli cechami, których żadna inna społeczność religijna nie posiadała i po których można by go odróżnić od kościołów fałszywych, tak jak złoto odróżnia się od miedzi.
Pięknie nasz Skarga uzasadnia konieczną potrzebę takich znamion czyli pieczęci Chrystusowych na Jego Kościele, które na żadnym innym trafić się nie mogą. Mówią protestanci, pisze on, że tam jest Kościół Chrystusowy, gdzie szczere słowo Boże opowiadają i sakramentów przystojnie używają. Ale to każda sekta powiada o sobie, że ona ma czyste słowo Boże i sakramenta Chrystusowe. I lutrzy to mówią i kalwini i rozmaici odszczepieńcy. Także katolicy to mówią. Po czem tedy poznać prawdziwy Kościół Chrystusowy? „Gdzie wiele białychgłów, jednako ubranych i barwy jednej, rozumuje złotousty kaznodzieja dalej, jako oblubienice albo królowe, w tymże ubiorze między niemi poznasz? Ktoby rzekł: poznasz ją, bo ma dwoje oczu i dwie ręce. To próżna mowa. Bo wszystkie mają dwoje oczu i dwie ręce. Potrzeba tedy po tem ją poznać, co jej własne jest a drugie tego nie mają. Oblubienica Chrystusa Pana i Boga naszego, Kościół Święty Jego, ma na sobie perły i drogie kamienie, których żadna białogłowa kłaść na się nie może, żadna sekta ozdobiona nimi nie jest."
Któreż to więc są te perły, czyli znaki, które prawdziwy Kościół Chrystusowy z istoty swojej, z przeznaczenia swego i z wyraźnej woli jego założyciela posiadać musi, a żadna inna społeczność religijna mieć nie może?
Znaków tych jest cztery. Wymienia je katechizm, licząc, że Kościół Chrystusowy jest: jeden, święty, katolicki czyli powszechny i apostolski.
Przypatrzmy się więc bliżej każdemu z tych znamion, aby najpierw zrozumieć, na czem one zależą? Następnie będziemy badali, która z istniejących i od siebie różnych społeczności religijnych, chrześcijańskich, posiada je naprawdę.
Trzy główne społeczności chrześcijańskie, z których każda uważa siebie za prawdziwy Kościół Chrystusowy, są, jak wiecie, Ukochani moi, bo ich wyznawcy żyją wśród was lub blisko was, — protestanci czyli ewangelicy, grecy prawosławni — i nasz Kościół rzymsko-katolicki.
---
a) Kościół Chrystusa musi być apostolskim.
Zaczynamy od znamienia apostolskości, bo z niem łączą się, z niego wypływają wszystkie inne. Oznacza ono zaś, że jak Św. Piotr i inni apostołowie byli pierwszymi nauczycielami i zwierzchnikami Kościoła, tak muszą oni też nauczać nieomylnie i rządzić Kościołem przez swych prawowitych następców aż do końca świata. W ten sposób przechowa się zawsze w Kościele prawdziwa nauka Chrystusowa.
Skąd wiemy, że Kościół w tem znaczeniu musi być apostolskim?
Zbawiciel wyraźnie to zaznaczył, kiedy powiedział, że czyni Piotra najwyższym nauczycielem na cały czas trwania Kościoła i że będzie z apostołami aż do skończenia świata.
Niezmiernej doniosłości teraz jest pytanie, kto naprawdę jest prawowitym następcą apostołów?
Przypomniacie sobie, Ukochani moi, co o tem już powyżej powiedzieliśmy; że mianowicie prawowitym następcą apostolskim, czyli jak Pismo Święte mówi, biskupem, postawionym przez samego Ducha Świętego, aby rządził Kościołem, jest tylko ten, kogo apostołowie na ten urząd wybrali i w ten sposób do ludu posłali, jak ich Chrystus posłał, czyli na kogo oni przez święcenia biskupie przenieśli swą władzę kapłańską, a przez osobne jeszcze umocnienie władzę sądowniczą i sprawowanie rządów w Kościele. Władzę kapłańską bowiem, upoważniającą do odprawiania najświętszej Ofiary, a władzę nauczania, odpuszczania grzechów i rządzenia uważano w Kościele zawsze za dwie rzeczy różne. Druga uchodziła za uzupełnienie pierwszej i bywała osobno nadawana przez tak zwaną misyę czyli upoważnienie i instytucyę kanoniczną, bo odbywała się według istniejących w Kościele Chrystusowym praw, przepisów czyli świętych Kanonów. Wiedzieli o tem dobrze wierni pierwszych czasów i dlatego pytali każdego, który przyszedł do nich jako biskup lub zwyczajny kapłan, kto go na ten urząd powołał czyli kto go posłał? Jeśli się nie umiał wykazać, że go posłał prawowity następca apostołów a nadto, że zostaje wciąż w jedności z następcą Św. Piotra, usuwano go natychmiast jako samozwańca, jako złodzieja, który nie drzwiami, ale oknem wdarł się do owczarni Chrystusowej, mniejsza o to, czy on się zwał biskupem czy zwyczajnym kapłanem. Parafie zaś i dyecezye, które się z takim samosłańcem i wilkiem łączyły, choć wiedziały, że to kapłan lub biskup oszukańczy, uważano za odpadłe od prawdziwego Kościoła Chrystusowego.
A kto wedle najświętszej woli Chrystusa jest spadkobiercą urzędu i władzy Świętego Piotra?
Otóż za prawowitego następcę Świętego Piotra uważali pasterze i wierni pierwszych wieków tylko biskupa rzymskiego, a to dlatego, ponieważ Święty Piotr żył i umarł biskupem w Rzymie.
Gdybym chciał przytoczyć wszystkie świadectwa na udowodnienie, że Świętý Piotr umarł biskupem rzymskim, to musiałbym napisać dużą księgę. Zaznaczę więc tylko, że pod koniec II. wieku pisarz Kaius w odezwie przeciw heretykowi Proklusowi powiada, że każdy może w Rzymie oglądać grób Św. Piotra przy Watykanie. Słowa: „Iść do Piotra" oznaczały zawsze w Kościele tyle co iść, odwołać się do Papieża w Rzymie. O pomoc biskupa rzymskiego, jako zwierzchnika całego Kościoła, uciekali się też stale przeciw swoim prześladowcom Ojcowie łacińscy i greccy.
Na tem przekonaniu, że w Rzymie znajduje się prawowity spadkobierca pełni apostolskiej władzy Piotrowej, urobił się w Kościele zwyczaj, iż uchwały choćby tysiąca Biskupów zebranych na Soborze ze wszystkich stron świata tylko wtenczas uważano za prawomocne i obowiązujące wszystkich wiernych pod utratą zbawienia, gdy je potwierdził papież czyli biskup rzymski.
Zebrani w roku 431 na Soborze powszechnym w Efezie biskupi wyznali, że Święty Piotr, który od Chrystusa otrzymał klucze Kościoła, dotąd żyje w swoich następcach i wykonuje swą władzę przez biskupów rzymskich. Na Soborze w Chalcedonie r. 451 w dniu 10 listopada zgromadziło się biskupów aż 630, z tych większość greckich, i ci wszyscy, po przeczytaniu listu Papieża Leona Wielkiego, w którym tenże potępił heretyków, przyjmujących w Chrystusie jedną tylko naturę, zawołali: Wiara Leona to wiara Ojców, to wiara Apostołów. Wszyscy tak wierzymy. Przez usta Leona Piotr przemówił. Potem napisali jeszcze do Papieża, że on to przez swoich posłów przewodniczył wszystkim Biskupom jak głowa członkom ciała. Podobne świadectwa o Piotrze i jego następcach czytamy w aktach innych Soborów, a nadto w starych liturgicznych księgach Greków, Ormian, Melchitów, Koptów. Słowem od krańców wschodnich Kościoła aż do jego ostatecznych granic zachodnich szedł we wszystkich językach tylko jeden głos, że jak słońce wylewa swe światło na całą ziemię, tak biskup rzymski, jako widzialny namiestnik Chrystusa, rozdziela między wszystkie narody czystą i nieskażoną prawdę Chrystusową.
Przytoczę choćby dwa takie świadectwa z liturgii Kościoła greckiego zwanego prawosławnym. I tak czytamy w Minei, wydanej w Moskwie w r. 1860 między hymnami jutrzni na dzień 30 czerwca te słowa: „Piotrze, naczelniku i fundamencie apostołów, ty byłeś pierwszym biskupem Rzymu, sławą i chlubą największego miasta i utwierdzeniem Kościoła i naprawdę bramy piekielne nie zwyciężą go, jak Chrystus przepowiedział." Drugie świadectwo dowiedzie, że Kościół prawosławny wierzy, iż Piotr był biskupem Rzymu i że jego następcą w rządach nad całym Kościołem jest każdoczesny bishop rzymski. Pod dniem 2 stycznia w święto Papieża Sylwestra czytamy bowiem we wspomnianej Minei w jutrzni, co następuje: „Byłeś, (Święty Sylwestrze) przewodnikiem Świętego Soboru (nicejskiego I. roku 325) i upiększyłeś tron naczelnika uczniów (tj. Świętego Piotra)." A dalej: „Jako Boski naczelnik Świętych Ojców (zebranych na Soborze) utwierdziwszy świętą naukę, zatknąłeś bezbożne usta heretyków."
Nieprzerwany spis biskupów rzymskich mamy zachowany od Świętego Piotra do Piusa X. Spisy takie istniały już w drugim wieku. Między innymi powołuje się na nie Świętý Ireneusz, bishop lugduński. Później zaś Święty Augustyn powiedział te ważne słowa: „Wiele i drogich węzłów trzyma mię słusznie przy Kościele katolickim. Trzyma mię w nim jego jedność nauki wśród ludów i narodów. Trzyma jego powaga poparta cudami. Trzyma ten nieprzerwany łańcuch biskupów rzymskich ciągnący się od Świętego Piotra, którego Chrystus uczynił pasterzem Swych owiec, aż do teraźniejszego jego biskupa."
Po tem objaśnieniu znamienia apostolskości nie trudno będzie osądzić, która z istniejących społeczności religijnych jest apostolską.
---
Czy więc jest apostolskim Kościół grecki prawosławny?
Aby na to dać sprawiedliwą odpowiedź, musimy sobie przypomnieć, kiedy i jak ten Kościół powstał.
Do połowy IX. wieku był na całym świecie tylko jeden wielki Kościół Chrystusowy (bo o małych sektach nie mówimy), to jest: rzymsko-katolicki. Ten Kościół rzymsko-katolicki, przyrównany przez Chrystusa do wspaniałego drzewa, miał dwa wielkie konary, osadzone na Świętym Piotrze i jego następcach jako wspólnym pniu widzialnym, wyrosłym z tego samego niewidzialnego korzenia Jezusa Chrystusa. Jeden konar tego Kościoła, zwanego rzymsko-katolickim dlatego, że jego Głową widzialną jest bishop rzymski, nazywał się Kościołem Wschodnim albo grecko-katolickim, ponieważ używał we Mszy Świętej i w całej liturgii języka greckiego. Drugi nosił nazwę Kościoła Zachodniego albo łacińskiego, bo obejmował ludy zamieszkujące kraje zachodnie i używał w służbie Bożej języka łacińskiego. Obie części miały jednak tę samą wiarę, te same święte sakramenta i tegosamego zwierzchnika-papieża.
Jedność tę zerwał pierwszy w roku 866 Grek Focyusz. Dlaczego? — zapytacie. Dlatego, że go papież nie chciał potwierdzić na biskupa w Carogrodzie. A nie mógł tego bishop rzymski uczynić, bo żył jeszcze prawowity bishop carogrodzki, świątobliwy Ignacy, a powtóre, ponieważ Focyusz był człowiekiem chytrym i przewrotnym. Pisał on, że patryarcha Ignacy sam dobrowolnie ustąpił ze swej stolicy biskupiej i że jego, Focyusza, zmuszono do objęcia jego urzędu. Kiedy kłamstwo się wykryło, papież rzucił klątwę na zdrajcę, za co tenże, mszcząc się, wypowiedział Stolicy Apostolskiej posłuszeństwo.
Po jego usunięciu i śmierci na wygnaniu w r. 886 stosunki między biskupami carogrodzkimi, którzy nazywali się patryarchami, a papieżem się naprawiły. Niestety nie na długo. Duch buntu, zasiany w Kościele greckim przez pisma Focyusza, wybuchnął w połowie XI. wieku tak silnym płomieniem, iż zniszczył jedność Kościoła na długie wieki. Kiedy mianowicie papież nie chciał uznać niezależnym papieżem nad całym Kościołem greckim Michała Cerularyusza, nieuka, który także nieuczciwym sposobem przywłaszczył sobie godność patryarchy carogrodzkiego, tenże wystąpił z zarzutami, że Kościół rzymski zepsuł wiarę, że łacinnicy jedzą w środę mięso, że jego kapłani golą brodę, używają do mszy chleba niekwaszonego, że w Wielkim Poście nie śpiewają Alleluja, i oderwał ostatecznie Kościół grecki od łacińskiego.
Taki jest początek greckiego Kościoła prawosławnego: Założyli go ludzie pyszni i przewrotni, których nawet cerkiew prawosławna nie ogłosiła świętymi. Przeciwnie czci Kościół prawosławny jako Świętego w dniu 23 października (starego stylu) pamięć patryarchy Ignacego, prześladowanego przez Focyusza.
Nie możemy tutaj szeroko opowiadać dalszych losów Kościoła prawosławnego. Zaznaczę tylko krótko, że ta cerkiew, stworzona przez Cerularyusza, już dzisiaj w swej całości nie istnieje. Rozpadła ona się z czasem znowu na kilka od siebie niezależnych Kościołów, jak na cerkiew prawosławną w Carogrodzie, na cerkiew prawosławną w Rosyi, w Grecyi, Bułgaryi, Serbii. Temsamem także nazwa Kościół grecki nie ma dziś już tego samego znaczenia, jakie miała przed Cerularyuszem za czasów Świętego Bazylego i za Świętych Grzegorzy. Kiedy bowiem dawny Kościół wschodni tworzył jednolitą część całego Kościoła rzymskiego, to dziś nie tylko niema harmonii i jedności między biskupami prawosławnymi a papieżem, ale nawet między samymi patryarchami i biskupami prawosławnymi w Carogrodzie, Moskwie, Atenach, Jerozolimie, Zofii, Białogrodzie. Łącznikiem między nimi są prawie tylko interesa polityczne, a także, co ze smutkiem podnieść musimy, wspólna nienawiść do Rzymu. Temsamem żaden z tych kościołów nie jest apostolskim. Są to zbuntowane córki zbuntowanej matki, która swe życie zawdzięcza Cerularyuszowi.
Zarzutu tego nie odnosimy, rozumie się do Ormian i Rusinów, którzy pojednali się z Kościołem rzymskim. Rusini wrócili do jedności z Rzymem w r. 1596 w Brześciu. Kiedy później część ich powtórnie odpadła od Kościoła katolickiego, nasz Jan Sobieski, pogromca Turków pod Wiedniem, czynił najusilniejsze starania, aby ich znowu dla Rzymu pozyskać. „Gdybym kiedykolwiek zdołał dokonać pojednania licznych państwa mego kościołów ruskich ze stolicą apostolską, pisał on do papieża Innocentego XI, uważałbym ze wszystkich przysług naszych oddanych sprawie Chrystusa tę za największą." Zabiegi szlachetnego króla nie zostały bez skutku. Z czasem także ruskie dyecezye przemyska, lwowska i łucka uznały papieża Głową całego Kościoła.
Nie jest też apostolskim Kościół protestancki.
Przez piętnaście bowiem wieków wcale nie było go na świecie. Nie założyli go apostołowie, ale zbuntowani przeciw papieżowi kapłani i ludzie świeccy, jak Luter, Kalwin, Zwingli, król angielski Henryk VIII. Do 20 grudnia r. 1520 w całym Kościele rzymskim, wszędzie, na tronach i w warsztatach, w klasztorach i na uniwersytetach odmawiano wspólny Skład Wiary, a w nim artykuł: „Wierzę w Święty Kościół powszechny." Dopiero Luter, nie pomniąc na słowa Pisma Świętego, że Chrystus zawsze będzie ze Swoim Kościołem i że temsamem ten Kościół nigdy, ani na sekundę nie może zepsuć swej wiary — pierwszy, powiadam, dopiero Luter zaczął głosić, że Kościół rzymski odstąpił od prawdziwej nauki Chrystusowej, że trzeba go więc zreformować czyli naprawić i że to on ma posłannictwo naprawę tę przeprowadzić.
Ale w takim razie mamy prawo i obowiązek zapytać się Lutra i wszystkich innych założycieli religii protestanckiej, kto im dał to posłannictwo naprawienia Kościoła Chrystusowego? Odpowiadali oni, że ich sam Bóg wprost posłał. A gdzie dowody na to, że ich sam Bóg posłał, gdzie na to jawne i nieomylne znaki?
Kiedy Mojżesz chciał, aby Izraelici przyjęli go jako posłańca Bożego i wodza na wyprowadzenie ich do ziemi obiecanej, to przyszedł do nich z rękami pełnemi cudów. Nawet Chrystus, chociaż jest Bogiem, czuł potrzebę złożenia dowodów, znaków, na udowodnienie, że jest obiecanym od Boga Mesjaszem. Jeśli nie czynię cudów, powiedział Zbawiciel, to możecie nie wierzyć mojej nauce, ale oto „ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają." (Mat. 11, 5).
Luter, Kalwin, Zwingli, Henryk VIII. nie mogą się wykazać ani jednym cudem: nie przywrócili wzroku ani jednemu ślepemu, nie wskrzesili ani jednego umarłego. Temsamem nie są posłannikami Bożymi, ale z rzędu owych fałszywych proroków, przed którymi Chrystus ostrzegał, że napadną lud wierny (Mat. 24, 21). „Postała ich, powiemy za naszym Skargą, cielesność, hardość i próżność, chwały pragnienie i zazdrość i nienawiść ku starym sługom Bożym."
Prawda, że zdarzały się nieraz nadużycia i zgorszenia tak między duchownymi jak wśród świeckich. Ale zgorszenia muszą się przytrafiać wszędzie, gdzie są ludzie, obdarzeni wolną wolą. Było tedy pracować nad usunięciem zła, ale nie rozdzierać jednolitej szaty Chrystusowej, której nawet kaci pod krzyżem nie tknęli!
---
Jeden tylko Kościół rzymski jest naprawdę apostolskim.
Wystarczy mieć oczy i prosty uczciwy rozum, żeby to przyznać. Ten bowiem tylko Kościół był i jest zawsze osadzony na opoce Piotra, który żyje w nim, naucza i rządzi przez swoich prawowitych następców.
W tym też tylko Kościele rzymskim wszyscy biskupi są prawowitymi następcami apostolskimi, właśnie dlatego, że przez papieża są złączeni z Piotrem i przez niego posłani do rządzenia poszczególnymi dyecezyami.
I podczas gdy cerkiew prawosławna oderwana w jedenastym wieku od wspólnego pnia macierzystego popadła od tej chwili w zupełną martwotę duchową, to apostolski konar zachodni czyli łaciński Kościoła rzymskiego rozrastał się w każdym wieku coraz bardziej i coraz nowe wypuszczał ze siebie apostolskie pędy, gałęzie i gałązki.
Taką zieloną gałęzią na rzymskim konarze jest, między innemi, Kościół polski, czcigodny, bo dwudziestowieczny, mówiąc o Kościele ewangelickim w Polsce.
Gałąź ta strzeliła bujnym kwiatem i owocem za Świętego Wojciecha i nigdy odtąd nie odpadła od pnia apostolskiego. Na niej znowu tyle osiadło gałązek, ile było i jest polskich dyecezyi katolickich. Do tych należy też ukochana nasza archidyecezya lwowska, założona w drugiej połowie wieku czternastego, tem szanowniejsza, że zaraz w swych początkach miała biskupem męża wielkich cnót błogosławionego Jakoba Strepe.
Tego to Świętego ja dzisiaj jestem następcą apostolskim. Bo jak błogosławiony arcybiskup Jakob, tak i ja wziąłem mój pastoral biskupi z ręki Świętego Piotra. Wątpliwości pod tym względem niema żadnej. Wszak pamiętacie, Ukochani moi, że w chwili, kiedy obejmowałem rządy, czytano Wam w całej archidyecezyi wystane do mnie pismo ówczesnego papieża Leona XIII, w którem On uwiadamiał Was, iż mnie oddaje ster nad osieroconą archidyecezya lwowską, a równocześnie przykazywał Wam, „abyście mię jako ojca i pasterza dusz waszych uprzejmie przyjęli, należyte poszanowanie okazywali, upomnień i rozkazów moich słuchali." Drugie podobne pismo wystosował Ojciec Święty do Kapituły metropolitalnej i wszystkich kapłanów archidyecezyi.
Dalej, jeśli otworzycie listy me pasterskie do Was pisane, to zobaczycie, że każdy od pierwszego do ostatniego, zaczyna się od słów: „Józef, z Bożego zmiłowania i Świętej Stolicy Apostolskiej łaski arcybiskup i metropolita lwowski obrządku łacińskiego." Wiadomo Wam też, że dwukrotnie byłem jako Wasz pasterz u Leona XIII. i dwa razy też u Piusa X., aby mu zdać sprawę ze stanu wiary i obyczajów w naszej archidyecezyi. Dwa razy w roku czyta się też w naszej katedrze lwowskiej pismo Ojca Świętego, którem pozwala mi udzielać we dwie uroczystości zgromadzonym wiernym błogosławieństwa z odpustem zupełnym imieniem i w zastępstwie każdoczesnego papieża.
Takiegoż błogosławieństwa apostolskiego w imieniu Ojca Świętego udzielam Wam też, Najdrożsi moi, jak sobie przypominacie, kiedy jestem w Waszej parafii na wizycie kanonicznej.
Wszystko to razem dowodzi, że jak byłem prawowitym biskupem i następcą apostolskim w początkach, tak jestem nim i dzisiaj, bo wciąż zostaję w jedności z Ojcem Świętym i uważam sobie za największe szczęście, że mogę słuchać, kochać następcę Świętego Piotra, i tak będzie — da Bóg — aż do ostatniego tchu mojego życia.
To samo zaś, co ja tu mówię, może o sobie powiedzieć każdy inny bishop polski.
Oświadczają się zaś wszyscy biskupi z tą czcią ku każdoczesnemu papieżowi i dlatego tak serdecznie, bo każdy następca Świętego Piotra ze swojej znowu strony powtarza razem ze Świętym Grzegorzem Wielkim: „Moja cześć, to cześć całego Kościoła. Moim honorem, to siła, to dzielność moich braci. Wtedy ja prawdziwie jestem uczczony, kiedy każdemu z nich jest oddana cześć należna."
Jako mię zaś posłał Ojciec Święty na arcypasterza całej archidyecezyi, tak znowu ja posyłam i przeznaczam wam kapłanów jednych na proboszczów i wikaryuszów, drugich na profesorów dla kleryków, innych na katechetów do szkół średnich i ludowych. W ten sposób wszyscy — i wy na parafiach i dzieci wasze w szkołach — wszędzie macie pasterzy prawdziwie apostolskich. W ten sposób też wszyscy przez swoich prawowitych proboszczów, których ja wam posłałem albo mój śp. czcigodny poprzednik na arcybiskupstwie, jesteście złączeni ze mną a przeze mnie z Ojcem Świętym. Najwidoczniej znowu jedność ta występuje w czasie mojej u was wizyty kanonicznej, kiedy mianowicie wasz ksiądz proboszcz oddaje mi, jako prawowitemu arcypasterzowi, klucze swego kościoła, a ja, dziękując mu za pracę nad wami, tulę jego i was i wasze dzieci do mojego serca.
Podnieście teraz, Bracia moi, na chwilę oczy swoje w górę ku królestwu gwiazd, rozmieszczonych przez tegosamego Stwórcę i najwyższego Prawodawcę w bezdennych przestworzach niebios. Znajdziemy bez trudności, że między jednem i drugiem królestwem przedziwna istnieje zgodność, harmonia. W głębinach sklepienia niebieskiego jest mianowicie kilka do pewnego stopnia autonomicznych czyli częściowo niezależnych ognisk ruchu, światła, życia. Są tam planety, jak nasza ziemia, dokoła których obiega szereg księżyców czyli satellitów. Jest dalej słońce, koło którego krążą planety ze swoimi księżycami. Słońce zaś wiruje dokoła innego niewidzialnego środowiska razem ze wszystkimi swoimi planetami i tychże księżycami. W całem tem gwiazd gospodarstwie jedność i największy ład panuje właśnie dlatego, że ogniska mniejsze najwzorowiéj są podporządkowane środowiskom większym.
W Kościele Chrystusowym także są ogniska mniejsze, większe i jeszcze większe. Najmniejszem ogniskiem, tworzącéM pewną zamkniętą w sobie całość, jest parafia. Każda z nich ma bowiem swoją własną chrzcielnicę, swój własny ołtarz, swoją własną ofiarę tak cenną, jak ofiara Kalwaryi, swój własny trybunał pokuty i swojego prawowitego duszpasterza, a w następstwie swoję do pewnego stopnia własne samorządne życie, ruch, tradycye, historye, dzieła katolickie. Tych ognisk małych jest bardzo wiele. W rzeczywistości są one jednak mimo swój ruch i życie tylko jakby księżycami, obracającymi się koło ogniska większego, dokoła katedry swojego apostolskiego biskupa i tworzą razem wzięte już większą cząstkę Kościoła, tak zwaną dyecezyę.
Dyecezya ciąży ze swoim biskupem do Rzymu i bierze z ogniska Świętego Piotra jakby od słońca duchowego światło swoje religijne, ciepło, ruch, całe życie nadprzyrodzone.
Parafie zaś, dyecezye, Kościół cały obracają się ostatecznie dokoła środowiska niewidzialnego, którem jest Założyciel całego Kościoła, Pan nasz Jezus Chrystus.
Omówiłem tę rzecz obszerniej, abyś, ludu mój serdeczny, umiał szanować prawowitych duszpasterzy, a z drugiej strony wiedział, jak sobie postąpić, gdyby w twojej parafii, czego nie daj Boże, pojawił się jaki kapłan, zbuntowany przeciw swojemu biskupowi albo jaki oszukańczy bishop, niezostawający w jedności z papieżem: Choćby ci taki sto razy mówił, że jest posłany przez Pana Boga, że otrzymał objawienie wprost z nieba, nie wierz! Powtórz mu to, co Święty Paweł mówił do Galatów, chrześcijan w Azyi Mniejszej: Gdyby nawet anioł przepowiadał co innego niż apostołowie, nie wolno go słuchać.
Nie wolno też być na mszy świętej odprawianej przez takiego samozwańczego kapłana lub biskupa, ani Sakramentów Świętych przyjmować z jego ręki. Ktoby inaczej postąpił, grzeszy ciężko. Modlić się tylko trzeba, żeby Pan Bóg takiemu nieszczęśliwemu co rychlej dał upamiętanie.
Gdybyście byli zmuszeni za chlebem wyjechać za morze, miejcie się tam również przed takimi wilkami w owczej skórze na baczności, bo ich tam nie brak. Na zbawienie duszy was zaklinam, nie dajcie się wciągnąć do tak zwanego Kościoła polsko-katolickiego, bo to kościół niezależny od Rzymu, a więc heretycki. Stworzyli go nie prawdziwi następcy apostołów, ale apostaci czyli odstępcy udający prawowitych biskupów i kapłanów. Odstępcom tym udało się niestety ująć w swe sidła część naszego poczciwego ludu, który zaufał im dlatego, że przemówili do niego językiem ojczystym, podobnie jak lud żydowski za czasów Machabejczyków zawierzył niejakiemu zdrajcy Alcymusowi, mówiąc: „Człowiek kapłan z nasienia Aaronowego przyjechał, nie zdradzi nas." (Machab. 7, 4). Biedny ten nasz kochany lud polski, bo wydarto mu to co miał najdroższego, świętą wiarę katolicką. Ale straszniejsze „biada!" — jego uwodzicielom.
Przyczyną zaś główną tego największego nieszczęścia naszego ludu jest to, że zapomniał on o katechizmie, który uczy, że tylko tam jest prawdziwy Kościół Chrystusa, gdzie jest Piotr, i tylko ci biskupi i kapłani są prawowitymi duszpasterzami, którzy są zjednoczeni z papieżem.
---
Wiemy już teraz, że Kościół rzymski jest prawdziwie apostolskim. Temsamem z góry pewni jesteśmy, że tylko on posiada też trzy inne znamiona, jedność, świętość, powszechność. Mimo to rozważymy każde z tych znamion jeszcze z osobna, aby serca nasze przepełniły się świętém rozradowaniem, które płynie zawsze z całkowitego zrozumienia wiary świętej i przeświadczenia, że się jest w posiadaniu całej prawdy Bożej.
---
b) Kościół Chrystusa musi być jeden.
Znaczy to najpierw, że Zbawiciel założył liczebnie jeden jedyny i tenżsam Kościół dla Greków i Rzymian, dla Francuzów, dla Polaków, Niemców, Rusinów, Rosyan, Rumunów i wszystkich innych narodów aż do skończenia świata, aby wszystkich prowadził do zbawienia wiecznego. Dalej musi ten jedyny Kościół być także w sobie, wewnętrznie, społecznie jeden przez to, że wszyscy jego wierni od czasów apostolskich aż do dnia ostatecznego będą wyznawali jedną i tęsamą wiarę i słuchali jednej i tej samej od Chrystusa ustanowionej najwyższej widzialnej władzy duchownej, choćby byli obywatelami różnych, pogańskich państw.
Że Zbawiciel chciał założyć i rzeczywiście założył taki liczebnie i społecznie jeden Kościół a nie kilka od siebie różnych, dowodem Jego słowa: „na tej opoce zbuduję Kościół mój" — (a nie: „na tych opokach zbuduję kościoły moje"). Często bardzo Chrystus nazywał ten swój jeden Kościół swojem Królestwem. Przy ostatniej wieczerzy modli się, aby apostołowie i wszyscy ludzie, którzy kiedykolwiek w Niego uwierzą, byli jedno jako Ojciec Niebieski i Chrystus jedno są (Świętý Jan 17, 11). Przewiduje Chrystus, że szatan i jego najemnicy będą usiłowali rozbić pierwotną jedność Kościoła, ale przepowiada też, iż z czasem spełni się Jego modlitwa arcykapłańska i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz (Jan 10, 16). Kiedy w Koryncie tamtejsza gmina chrześcijańska podzieliła się na kilka stronnictw, Święty Paweł zawołał z wielkim żalem: „Jakto, więc rozdzielony jest Chrystus?" (1 Kor. 1, 13). W liście do Galatów tenże apostoł naucza, że Chrystus ma tylko jedną oblubienicę, za którą umarł na krzyżu: Kościół swój Święty (Galat. 5, 24). Gdzie indziej zaś woła: „Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest" (Ef. 4, 5). Objaśniając te słowa, Święty Cyprian pisze: Jeden tylko Bóg, jeden Chrystus, jeden Kościół i jedna wiara.
Twierdzić, że może być kilka Kościołów Chrystusowych, z których każdy uczy czego innego, znaczy utrzymywać, że Pan Bóg może dać dwa różne, sprzeczne objawienia, dwie odmienne religie, mówić dziś, że jest siedm świętych sakramentów, a jutro, że tylko jest jeden.
Czy Kościołom protestanckim i prawosławnym przysługuje to znamię jedności?
Najpierw Kościoły protestanckie nie tworzą liczebnie jednego Kościoła, ale prawie każda sekta, a jest ich bardzo wiele, istnieje dla siebie, ma swoją własną organizacyę. Niema także w tych Kościołach jednej i tej samej wiary. Sami ich założyciele zmieniali swoją naukę kilkakrotnie. Czego innego uczył Luter, czego innego Kalwin i Zwingli, a jeszcze czego innego król Henryk VIII. Nie zgadzali się nawet w tem, ile jest świętych sakramentów. Według króla Henryka Chrystus ustanowił zwierzchnikami Kościoła tylko biskupów, a nie papieża. Kalwin głosił znowu, że niema żadnych kapłanów w Kościele i że każdy sam sobie jest nauczycielem.
Od rozdwojenia umysłów niedaleka droga do rozdwojenia serc. Nie dziwić się więc, że między nauczycielami Kościołów protestanckich nie było miłości, bo król Henryk wyklął Lutra a Luter Henryka. Zwingli nazwał Lutra oszustem, który sfałszował biblię, a Luter pisze, że kto wierzy w Zwingliego, kłamcą jest i antychrystem.
Dzisiaj między protestantami niezgoda jeszcze większa. Tak jak Luter wierzył, mało kto a może i nikt już nie wierzy.
Wielu profesorów religii protestanckiej odrzuca wiarę w Trójcę Przenajświętszą, przeczy cudownego narodzenia się Chrystusa z Najświętszej Panny za sprawą Ducha Świętego. Nawet chrzest według wielu z nich nie jest potrzebny do zbawienia.
W większych parafiach, gdzie pracuje dwóch lub więcej pastorów, trafia się nieraz, że jednej niedzieli kaznodzieja głosi, że Chrystus jest Bogiem, drugiej zaś inny naucza, że Chrystus nie jest Bogiem.
To też patrząc na tę rozterkę w wierze wśród swoich współwyznawców, pewien uczony protestant powiedział słusznie, że to, w czem się ewangelicy dzisiaj zgadzają, podejmuje się napisać na paznokciu swojego palca.
Nie chcę urazić ani jednego protestanta i wolałbym, żeby ten mój list pasterski nigdy nie istniał, gdyby miał wywołać rozterkę religijną, a nie głębsze tylko zastanowienie się nad prawdą objawioną, sprawiedliwą ocenę i miłość ku Kościołowi katolickiemu. Bo mimo największe różnice religijne wszyscy jesteśmy tą samą krwią Chrystusową odkupieni. Wiadomo mi też przecież, że cząstka protestantów, to podwójnie moi bracia: jako chrześcijanie i jako Polacy.
Tak samo nie chcę sprawić przykrości żadnem słowem braciom Rumunom, wśród których żyje część moich dyecezyan, ani ludowi rosyjskiemu, bo wiem, jak bardzo on jest religijnym i jak tam także między ludźmi wykształconymi wiele jest dusz spragnionych prawdziwej wiary.
Nie mniej muszę w imię prawdy stwierdzić, że także cerkiew grecka prawosławna nie posiada znamienia jedności. I ona bowiem podobnie jak protestantyzm składa się z kilku kościołów od siebie niezależnych, z których jeden ma swoim zwierzchnikiem tak zwany Święty synod, a właściwie cara; drugi, istniejący pod panowaniem tureckiem, uznaje swoją głową schizmatyckiego patryarchę w Carogrodzie; trzeci — biskupa prawosławnego w Atenach, a innymi inni rządzą naczelnicy. Znana też rzecz, że kościół grecki, schizmatycki, kilka razy zmieniał swój skład wiary. Najpierw uczył za Cerularyuszem, że Duch Święty pochodzi tylko od Ojca a nie także od Syna. Przeczył też istnieniu czyśćca. Potem przystąpił na Soborze w Lugdunie w r. 1274 do jedności z Kościołem rzymskim i przyjął całą jego wiarę. Wkrótce jednak zerwał tę jedność. Przeszło sto lat później jego biskupi znowu zaprzysiężyli we Florencyi, że przyjmują naukę Rzymu jako swoją własną. Ale lud podburzony przez mnichów tej ugody czyli unii nie uznał i wołał: Wolimy raczej być pod Turkiem niż pod Papieżem!
I przyszedł Turek i zamienił świątynie na meczety i stajnie, Cerkiew schizmatycką zrobił swoją sługą i niewolnicą, a godność Patryarchy sprzedawał temu, kto dawał więcej.
Dziś w samej cerkwi rosyjskiej jest sekt tak wiele, że ich nawet policzyć trudno. Niemasz tedy w schizmie jedności. I nie może jej być, bo niemasz w niej najwyższego nauczyciela nieomylnego, który jeden zdolny jest rozsądzić, gdzie prawda, i w ten sposób położyć tamę sporom i rozdwojeniu.
Jakże inaczej w Kościele rzymskim!
Wszyscy mają tu jedną i tę samą wiarę. Aby się o tem przekonać, dość porównać katechizmy polskie, ruskie, niemieckie, francuskie. Różnią się one czasem słowami, ale treść wszędzie ta sama. Może ktoś lepiej umieć wyliczyć artykuły wiary i lepiej je rozumieć, ale uczony i nieuczony, starzec i dziecko wierzą jednako, bo uznają za prawdę wszystko, co Bóg objawił i Kościół do wierzenia podaje.
Wywędrujesz za morze, wszędzie spotkasz się z tą samą Ofiarą Mszy świętej, a nawet znajdziesz ten sam język łaciński. W domu, kiedy zajrzysz do cerkwi grecko-katolickiej, to może czasem i zazdrościsz braciom naszym Rusinom, że oni mają służbę Bożą w języku starosłowiańskim, który przynajmniej w części rozumieją. Pomyślałeś może: szkoda, że także u nas niema Mszy świętej w języku polskim! Dopiero kiedy dostaniesz się za zarobkiem do Niemiec, do Szwecyi, do Anglii, do Ameryki, otwierają ci się oczy i zaczynasz pojmować, co to za błogosławieństwo Boże, — że Msza święta jest u nas w języku łacińskim.
Albowiem wszędzie, gdzie tylko jest świątynia katolicka, śpiewają „Gloria in excelsis Deo" tak, jak twój proboszcz w twojej wiosce, a ty wiesz, że to znaczy „Chwała na wysokości Bogu, a pokój ludziom dobrej woli." Przy „Credo" mówisz „Wierzę w Boga Ojca", przy „Pater noster" „Ojcze nasz." I już ci mniej przykro. Nawet na obczyźnie czujesz się jakby w rodzinie — właśnie dla wspólnego języka łacińskiego. Wszędzie też znajdojesz te same świętę Sakramenta i wszędzie ten sam co do istoty sposób ich szafowania.
Słowem od wschodu słońca do zachodu, od północy do południa ścieś się w Kościele rzymskim zasada świętego Augustyna: in necessariis unitas, czyli najzupełniejsza jedność w sprawach, które nieomylny urząd nauczycielski określił i ogłosił uroczyście jako artykuły wiary. Przedziwna ta jedność wiary wywołała słowa świętego zachwytu już u Ojców Świętych II. i III. wieku. „Choć Kościół jest rozproszony po całym świecie, pisze świętego Ireneusz, to jednak przechowuje on otrzymaną od Chrystusa wiarę z największą wszędzie troskliwością tak, jak gdyby zamieszkiwał tylko jeden dom; wyznaje ją po wszystkie czasy z taką jednomyślnością, jak gdyby miał tylko jedną duszę i jedno serce; głosi ją zawsze z tak wielką zgodnością, jak gdyby miał tylko jedne usta."¹⁾ A święty Cypryjan pisze około połowy III. wieku w swej księdze „O jedności Kościoła": Jak promieni słońca jest wiele, a jedno tylko słońce i jak gałęzi drzewa jest wiele, a tylko jeden pień, tak jeden tylko jest Kościół, rozlewający swe światło na wszystkie strony i rozkładający gałęzie swoje w niewyczerpanej sile żywotnej po całej ziemi. Przyrównać go też można do matki licznem ubłogosławionej potomstwem.
c) Kościół Chrystusa musi być Świętym
Rzecz jasna, bo założył go sam Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, a założył na to, aby do końca świata prowadził przez Niego rozpoczęte dzieło uświęcenia ludzi. A tylko Święty może wychowywać świętych, jak tylko szlachetne drzewo może rodzić owoce szlachetne.
Do tego, aby mógł wychowywać świętych, potrzeba Kościołowi nauki pod każdym względem i w każdej cząstce świętej, jako drogowskazu do świętości. Dalej musi on posiadać Ofiarę Mszy Świętej i wszystkie przez Chrystusa ustanowione Sakramenta, jako źródła pomocy Bożej i Jego łaski poświęcającej. Jeszcze nie dosyć.
Prawdziwy Kościół Chrystusa musi się wykazać, że na swojej nauce i Sakramentach rzeczywiście wychował świętych, nie tylko zwyczajnych, zachowujących przykazania Boże i kościelne, ale także świętych nadzwyczajnych czyli bohaterskich, którzy przez najściślejszą praktykę rad ewangelicznych doszli na same wyżyny doskonałości moralnej, do jakich tylko stworzenie wznieść się zdoła. Zbawiciel zalecił bowiem wyraźnie Swoim uczniom całkowite, dobrowolne ubóstwo, bezwzględną czystość i zupełne posłuszeństwo. A niepodobna przypuścić, aby życzenie i pragnienie Jezusowe nie ziściło się przez wszystkie wieki przynajmniej w niektórych członkach Kościoła tak, jak się spełniło zaraz w początkach w Jego Apostołach, którzy z miłości ku Niemu opuścili wszystko swoje: i sieci i dom i życie rodzinne.
Ponieważ istotną część religii stanowi czynna i ofiarna miłość bliźniego, płynąca z doskonałej miłości Boga, więc Kościół Chrystusowy musi mieć między tymi swoimi nadzwyczajnymi świętymi także przez wszystkie wieki wielką ilość mężczyzn i niewiast, kapłanów i świeckich, którzy z czystej, bezinteresownej miłości bliźniego oddają się na całkowitą posługę swoim i obcym i poświęcają przyjaciołom i nieprzyjaciołom wszystek swój czas, wszystkie swoje siły, zdrowie i mienie aż do ostatniego tchu życia.
Jeśli przytem Pan Bóg, wedle obietnicy Swojego Chrystusa (świętego Marek 16, 17, 18), świętość takich bohaterskich swoich sług potwierdzi jeszcze najzupełniej udowodnionymi cudami, które przez nich jako swoje narzędzia zdziała, to już niczego nie braknie, aby Kościół, w którym się tacy święci wychowali, uznać za Bogu miły, za prawdziwy Chrystusowy.
Nie jest zaś do świętości koniecznie potrzebnem, aby wszyscy członkowie Kościoła Chrystusowego od pierwszego do ostatniego, żadnego nie wyjąwszy, wiedli życie pod każdym względem święte. Albowiem Pan Bóg także Swoim wiernym nie odbiera wolnej woli i nikogo gwałtem nie zmusza do świętości. Wymuszona świętość nie byłaby żadną świętością. Tylko wtedy Kościół przestałby być świętym, gdyby tych grzesznych swoich członków nazywał świętymi, gdyby błędy ich pochwalał, a choćby tylko na nie milczał i nie pracował szczerze nad grzesznych nawróceniem. Przecież jeszcze za życia Zbawiciela był pomiędzy samymi Apostołami Judasz, a Chrystus go cierpiał przy boku Swoim. Zbawiciel przepowiedział też wyraźnie, że także po Jego śmierci w Kościele na tej ziemi będzie kąkol obok pszenicy, będą plewy obok ziarna zdrowego, kozły obok owiec, i to aż do dnia sądnego.
Czy Kościół protestancki jest świętym?
Najpierw czy jego nauka jest świętą? Rzecz wiadoma, że Kościół protestancki ma niektóre artykuły wiary święte, mianowicie te, które zabrał z Kościoła katolickiego. Te jednak, które wymyślili jego założyciele, są błędne, a nieraz wprost bluźniercze i zgubne. Luter uczył między innemi, że dobre uczynki nie są konieczne dla zbawienia. Nie o życie uczciwe chodzi, ale o to, jaką kto ma wiarę. I byle człowiek wierzył w Baranka Bożego, który gładzi grzechy świata, to mu nie szkodzi, choćby w jednym dniu popełnił tysiąc grzechów nieczystych, albo tyleż morderstw. Takie straszne rzeczy pisał Luter do swego przyjaciela Melanchtona dnia 1 sierpnia 1521 roku.¹⁾
--- ¹⁾ Zob. Denifle, Luther u. Lutherthum t. I. str. 17.
Podobnie jak nauka założycieli kościołów protestanckich nie była świętą, tak też nie było świętym ich życie. Wolałbym całkiem o tem nie pisać. Ale ponieważ niektórzy protestanci zakłócają u nas pokój religijny i miotają w pismach i na zgromadzeniach publicznych największe potwarze na Kościół katolicki, aby tylko lud nasz wierny obałamucić i oderwać od Rzymu, muszę przypomnieć choć kilka znanych zresztą szczegółów z życia głównych twórców wiary ewangelickiej.
Otóż Luter złamał przysięgę kapłańską i ożenił się z zakonnicą, która uciekła z klasztoru. Wygłosił i wypisał tyle przekleństw i tyle nieczystych żartów, jak mało kto z ludzi. Nasz poeta, Jan Dantyszek, który był w r. 1523 kilka godzin w jego towarzystwie, oświadczył, że słyszał z jego ust same bluźnierstwa. Luter wyrzucił z chrześcijaństwa spowiedź i wszystko co ciężkie, umartwiające. Zrobił też ustępstwa namiętnościom cielesnym i pozwolił na rozwody. Jeszcze coś gorszego. Możnemu panu, landgrafowi Filipowi heskiemu, pozwolił na dwużeństwo, czyli zaślubienie obok żyjącej pierwszej prawowitej małżonki, drugiej jeszcze niewiasty. Żądał tylko, żeby to pozwolenie zostało tajemnicą.¹⁾
--- ¹⁾ Zob. Denifle, Luther u. Lutherthum t. I. str. 130 i nast. Ślub ten odbył się 4 marca r. 1540. Był na nim obecnym także Melanchton, jeden z głównych filarów protestantyzmu. Wdzięczny landgraf Filip posłał Lutrowi wiadro wina reńskiego, który podziękował osobnym listem i błogosławieństwem. Tymczasem stało się, że tajemnicy nie utrzymano i rzecz o tem dwużeństwie stała się głośna już w czerwcu tego samego roku. Co wtedy Luter począł? Bojąc się, aby nie utracił całkiem wiary i poszanowania u swoich zwolenników, radził Filipowi wyprzeć się publicznie dwużeństwa, bo kłamstwo miało w tym przypadku być dozwolone dla dobra kościoła luterskiego i dla usunięcia zgorszenia. Kłamstwo to biorę na siebie, pisał Luter do Filipa 17 lipca 1540 roku.
A jakim Luter był dla ludu prostego, niech świadczy okoliczność, że najpierw podburzał chłopów do wojny ze szlachtą, kiedy zaś chłopi zostali pobici, radził panom, żeby ich bez litości mordowali, jak dzikie zwierzęta.
Prawie to samo co o Lutrze, trzeba powiedzieć o innych twórcach protestantyzmu, a zwłaszcza o królu Henryku VIII, założycielu kościoła protestanckiego w Anglii. Potępiał on najpierw Lutra i kazał spalić jego pisma jako heretyckie. Napisał nawet dzieło w obronie Kościoła katolickiego, za co od papieża otrzymał tytuł obrońcy wiary. Wnet jednak wszystko się zmieniło. Henryk zbrzydził sobie prawowita swoją żonę, królowę Katarzynę, która dała mu pięcioro dzieci i zapragnął ożenić się za jej życia z drugą. Kiedy papież odmówił na to pozwolenia, Henryk oderwał swoje państwo od Rzymu i ogłosił się jedynym i najwyższym zwierzchnikiem kościoła w Anglii. Jakim był okrutnikiem, dowodzi okoliczność, że wnet kazał ściąć drugą swoją żonę. Pojął potem jeszcze cztery inne, z których czwartą także skazał na ścięcie, a ostatnią chciał spalić. Prócz tego skazał na śmierć niewinnie kilku ministrów, bardzo wielu biskupów i kilkuset kapłanów.
Daleko tedy założycielom religii protestanckiej do świętości! I niepodobna, aby Pan Bóg takimi ludźmi był się posłużył do odnowienia Swojego Kościoła.
Rzecz też jasna, że na ewangelickiej nauce wiary, która głosi, że dobre uczynki nie są konieczne do zbawienia, nie mogli się w protestantyzmie wychować wielcy, heroiczni święci. Wprawdzie w kalendarzach, wydawanych przez protestantów, spotykamy imiona świętych, ale są one wszystkie przejęte z kalendarza katolickiego.
Oddając jednak znowu każdemu, co mu się słusznie należy, podnoszę ochotnie, że między protestantami było i jest dużo ludzi uczonych, znakomitych mężów stanu i takich, którzy wielkie zrobili wynalazki i odkrycia. Ale uprawa nauki nie może jeszcze służyć za dowód prawdziwości religii protestanckiej. Mężów uczonych, wielkich wodzów i polityków mieli i mają także poganie. Na to wystarcza bowiem rozum przyrodzony.
Chętnie przyznaję dalej, że wśród protestantów jest dużo ludzi religijnych, uczciwych, szlachetnych, ofiarnych. Ale bohaterskich świętych, a o to nam tu właśnie chodzi, tj. mężczyzn i niewiast, którzyby wszystko swoje bez wyjątku, cały czas, zdrowie, mienie, ostatni grosz swój złożyli Bogu i bliźnim na ofiarę, którzyby nic ziemskiego nie kochali, — świętych, których heroiczną cnotę Pan Bóg byłby nadto potwierdził cudami — takich Kościół protestancki nigdzie nie ma. A nawet te cnoty, które u protestantów znajdojesz, nie tyle pochodzą z wierności dla religii protestanckiej, jak raczej stąd, że dusza protestantów w znacznej mierze pozostała katolicką i ponieważ wielka ich część żyje nie według zasad Lutra, ale wedle nauki obyczajów katolickiej.
To samo prawie trzeba powiedzieć o dzisiejszej cerkwi prawosławnej. Jej twórcy, Focyusz i Cerularyusz, wcale nie byli świętymi, ale ludźmi moralnie bardzo lichymi. Między dzisiejszymi prawosławnymi są liczni ludzie zacni, szlachetni, skorzy do ofiar. Ale równocześnie jest to pewne, że odkąd cerkiew grecka zerwała jedność z Rzymem, została tknięta jakby paraliżem i przestała rodzić świętych. Modlą się prawosławni kapłani i lud do świętych, jednak jeśli zajrzymy do ksiąg kościelnych w Petersburgu, Moskwie, Kijowie, Carogrodzie, Atenach, przekonamy się, że są to święci Kościoła łacińskiego, albo owi wielcy Ojcowie greccy, jak święty Cyryl, Efrem, Jan Złotousty, Bazyli, Grzegorz z Nazyanzu, Grzegorz z Nissy, których cerkiew wydała, kiedy jeszcze była w żywej łączności z całym Kościołem rzymskim. Kładę tu nazwiska kilku papieży, do których prawosławni modlą się jako do świętych. Należy tu Święty Klemens (zmarł około r. 100); świętego Aleksander (†119); świętego Szczepan (†257); świętego Sylwester (†335); świętego Innocenty (†417); świętego Celestyn (†432); świętego Leon (†461); świętego Agapet (†536); świętego Grzegorz (†604); świętego Marcin (†655).
Własnych świętych cerkiew schizmatycka od czasów Michała Cerularyusza nie ma żadnych. Wprawdzie mówią prawosławni czasami także o jakichś późniejszych swoich cudotwórcach, ale ich świętości i cudów nigdy nikt nie zbadał i nie stwierdził z taką ścisłością naukową, z jaką bywają badane i stwierdzane cuda świętych w Kościele katolickim. Temsamem oni nie mogą być przywiedzeni jako dowód świętości cerkwi prawosławnej.
Tylko Kościół rzymski jest świętym.
Jego nauka wiary jest najwznioślejsza. Jego nauka obyczajów wielka, poważna, święta, nie schlebia niczyim namiętnościom, lecz ściga zło zarówno wszędzie, czy się gnieździ na tronach, czy w lepiance wieśniaczej. Dobro ogólne zawsze stawia nad dobro i wygodę jednostki. Od bogatych żąda ofiarności, od ubogich sumienności, od młodzieńców czystości, od starców dobrego przykładu, od wszystkich sprawiedliwości i miłości. Obrzędy religijne tego Kościoła uprzytomniają wielkość Boga, odtwarzają życie Zbawiciela, stawiają wciąż przed oczy Jego bezmiernę miłość ku ludziom, a zapalając także w nas miłość, prowadzą do zjednoczenia z Bogiem. Sakramenta jego są święte, ofiara najświętsza. Pokarmem dla dusz Kościół ma Ciało i Krew samego Boga. Prócz tego posiada jeszcze inne środki uświęcenia jak sakramentalia, odpusty.
On jeden z pośród wszystkich Kościołów może się też wykazać, że na swej nauce, sakramentach, radach ewangelicznych wychował niezliczoną ilość świętych, jedynych prawdziwych nadludzi. Ma świętych w niebie i na ziemi, świętych wszelkiego wieku i stanu, uczonych i prostaczków, papieży, królów, biskupów, kapłanów, jałmużników, żebraków, sługi, ministrów, rolników, żołnierzy, rzemieślników, mężczyzn, dziewice, wdowy. Ma ich w każdej części świata i między wszystkimi narodami. Nawet innowiercy i nieprzyjaciele tego Kościoła nie mogą odmówić swego podziwu dla takich świętych, jak Franciszek z Assyżu, świętego Teresa, Ignacy Lojola, Filip Nereusz, Wincenty a Paulo. Wielu jego kapłanów, jak np. Ojciec Damian na wyspie Malokai, zamykają się aż do śmierci z trędowatymi, aby ich pielęgnować, pocieszać. Jego siostry miłosierdzia stają się zadżumionemi ze zadżumionymi.
Słowem, Kościół katolicki wychowuje tysiące dusz, które nie kochają nic ziemskiego i składają radośnie wszystko swoje i swoją wolność na ołtarzu miłości bliźniego. Są to prawdziwi męczennicy miłości. A jeśli tych wszystkich świętych zapytamy, jakiej nagrody pożądają za tę swą wierną służbę, to otrzymamy odpowiedź, że pragną tylko Boga, ale też nie mniej jak Boga.
Może się też Kościół rzymski wykazać, że posiadał świętych nie tylko w dawnych wiekach, ale że ich wciąż jeszcze wydaje. Ma takich, których przez kanonizacyę już wyniósł na ołtarze, i takich, którzy czekają należnej sobie kanonizacyi.
A wiadomo Wam, Ukochani moi, że zanim Kościół katolicki kogoś kanonizuje czyli ogłosi przez usta papieża Świętym, to przeprowadza wprzód najdokładniejsze badanie czyli najściślejszy proces nad całem życiem zmarłego i przypisanymi mu cudami. Przy tym procesie jeden z członków komisyi musi nawet złożyć przysięgę, że będzie wszelkimi godziwymi środkami się starał, żeby nie dopuścić do kanonizacyi czyli do ogłoszenia dekretu świętości zmarłego. Także wszyscy przesłuchiwani jako świadkowie obowiązują się przysięgą mówić tylko prawdę. Nawet niekatolicy, którzy czytali akta takich procesów kanonizacyjnych, przyznają, że sąd ten kościelny przewyższa dokładnością swoich badań najsumienniejsze i najbardziej skrupulatne roztrzasania trybunałów świeckich.
Mimo jednak tysiące świętych, których Kościół rzymski wychował, niektórzy pisarze niekatoliccy wciąż podnoszą z lubością zgorszenia, jakie się czasami zdarzały i jeszcze zdarzają w Kościele katolickim nawet między jego duchownymi różnych stopni.
Jeszcze raz zaznaczam, że my katolicy bynajmniej tych zgorszeń nie taimy i nie zakrywamy. Można o nich czytać w każdej obszerniejszej Historyi Kościoła, napisanej przez uczonych katolickich. Rzecz też wiadoma, że papież Leon XIII. z własnej woli i przez nikogo nie zmuszony, otworzył archiwa watykańskie dla uczonych wszystkich wyznań i wszystkich narodowości, aby cała prawda o papieżach i Kościele wyszła na jaw.
Niesłusznie jednak protestanci i prawosławni z tych zgorszeń kują broń przeciw świętości Kościoła katolickiego. Przecież nikt ze zdrowym rozumem drzewa zielonego, uginającego się od zdrowych i szlachetnych owoców, nie nazwie dzikiem dlatego, że między jego owocami szlachetnymi jest kilka, kilkanaście robaczywych i zgniłych. Fałszywy sąd wydałby też o polu dobrem, pokrytem bujną, szlachetną pszenicą o pełnych kłosach, gdyby nazwał je nieużytkiem z tego powodu, iż pomiędzy złotą pszenicą sterczy kilkadziesiąt kłosów czarnych i pustych. Podobnie Kościół rzymski, mający najwznioślejszą naukę, najświętszą ofiarę i święte Sakramenta i prawdziwych wielkich świętych, jest świętym, chociaż nie wszyscy jego członkowie żyją świecie.
Nie może też być poczytanem za ujmę Kościołowi rzymskiemu, że tych grzesznych członków nie wyklucza. Wszak posłannictwo jego jest tosamoco Chrystusa, to jest: „szukać i zbawiać co było zginęło" (Łuk. 19, 10). Stara się też rzeczywiście wszystkimi sposobami, aby grzesznicy złe życie odmienili. I praca ta wciąż mu się udaje. Bo niejednemu, który wczoraj jeszcze był dalekim od Pana Boga, dziś świętym jest pokutnikiem.
Najdosadniejszą odpowiedź świętego Augustyn dał tym wszystkim, którzy wciąż wywlekali przeciw Kościołowi katolickiemu rzeczywiste i zmyślone grzechy i zbrodnie jego członków. „Przestańcie już raz, wołał on, rzucać oskarżenia na Kościół katolicki, ganiąc obyczaje owych, których on sam gani i których codzień stara się poprawić jako dzieci swe błądzące... Dlaczego wciąż kierujecie swój wzrok tylko na gnój? Dlaczego tych, co nie dość znają Kościoła, odstraszacie od naszego ogrodu cierniam jego płotu?"¹⁾ Płotem ciernistym Kościoła są wielcy grzesznicy. Ale za tymi cierniam maiał się zawsze i zieleniał ogród dusz świętych.
Jeśli więc w ostatecznej analizie ma być prawdziwą zasada, że po owocach poznaje się drzewo, jeśli najwyższa suma cnót i poświęcenia się z najczystszej miłości Boga dla bliźnich ma rozstrzygać o świętości Kościoła — to prawdziwie Świętym jest tylko jeden jedyny Kościół rzymski.
--- ¹⁾ De morib. eccles. 34, 76; 35, 77.
d) Kościół Chrystusowy musi być katolickim czyli powszechnym.
Znaczy to, że przeznaczony on jest, aby pracował nad zbawieniem ludzi wszystkich czasów i narodów, tęsamą wszędzie i zawsze przez papieża i prawych biskupów głosząc naukę.
Taka była wyraźna wola Chrystusa Pana, który kazał apostołom nauczać wszystkie ludy (Mat. 28, 19), opowiadać Ewangelię na całym świecie wszystkiemu stworzeniu (Mar. 16, 15), i zbudował tylko jeden Kościół dla zbawienia wszystkich — na Piotrze.
Aby Kościół zasłużył na imię powszechnego, musi być dostrojony do każdej duszy i odpowiadać nawet godziwym potrzebom doczesnym wszystkich czasów i wszystkich ludów. Nie może też zwalczać uzasadnionych praw żadnego ludu, ani nawet mieć narodów uprzywilejowanych, ale musi dla wszystkich być równie sprawiedliwym. Każdy bowiem naród jest odbiciem osobnych doskonałości Bożych i ma wedle najmędrszych zarządzeń Opatrzności do spełnienia w świecie osobne zadanie religijne i cywilizacyjne.
Kościół Chrystusowy musi być katolickim, znaczy dalej, że może istnieć i zbawiennie działać przy każdej formie rządu, czy ona monarchiczna czy republikańska. Domaga się tylko, aby każdy rząd wspierał się na prawie Bożem i zabezpieczał poddanym wszystko, co im potrzebne do osiągnięcia zbawienia.
Wreszcie nie może zwalczać żadnej szlachetnej dążności natury ludzkiej, lecz musi każdą oczyścić z wszystkiego, co niskie i samolubne, a tak podnieść i uszlachetnić wszystkie kierunki życia.
Nie wymaga zaś znamię powszechności, aby wszyscy ludzie, nikogo nie wyjąwszy, do Kościoła katolickiego należeli. Albowiem Pan Bóg, zostawiając każdemu wolną wolę, nie ciągnie też nikogo gwałtem do swojego Kościoła.
Nie potrzeba też koniecznie, aby liczba członków prawdziwego Kościoła przewyższała liczbę wyznawców wszystkich innych religii, a choćby wszystkich innych wyznań chrześcijańskich. Wystarcza, jeśli Kościół prawdziwy więcej liczy wiernych niż protestanckie czy schizmatyckie i jeśli tak jest rozgałęziony po całym świecie, że wszędzie żywotnością swoją zwraca na siebie uwagę, odróżnia się od fałszywych kościołów jednością swej wiary i rządu, iż ludzie dobrej woli mogą go bez trudności znaleźć.
Która z istniejących społeczności chrześcijańskich ma to znamię powszechności?
Otóż nie jest protestantyzm powszechnym co do czasu, bo czterysta lat temu wcale go jeszcze nie było. Śmiało mógł tedy w r. 1854 słynny kaznodzieja w kazaniu misyjnem w Saint Louis w Ameryce powiedzieć te słowa: „Jeśli teraz w tej wielkiej świątyni jest na misyi obecny jaki ewangelik, który może dowieść, że protestanci byli wcześniej niż katolicy i że pierwsi protestanci nie byli wszyscy katolikami razem z Lutrem, to i ja zostanę protestantem."
Tak, Ukochani moi! Gdyby dzisiejsi protestanci poszli na grób swoich rodziców i pradziadów z piętnastego wieku i odszukali ich kamienie grobowe, toby tam znaleźli wyryte prośby, podobne do tych, jakie czytamy na dzisiejszych cmentarzach katolickich: „Zmów przechódniu za duszę moją Zdrowaś Maryjo!" I gdyby zapytali tych swoich zmarłych, czy byli protestantami, toby wszyscy odpowiedzieli: nie wiemy, o kogo się pytasz, bo do naszych czasów takich nie było na świecie! Nasze imię „chrześcijanin" a nazwisko „katolik." Byliśmy dziećmi jednego świętego Kościoła rzymskiego, czciliśmy Najświętszą Pannę, boć przecież jest matką Syna Bożego, wzywaliśmy pomocy świętych, jako przyjaciół Bożych i przyjaciół naszych, i kochaliśmy papieża, jako zastępcę Chrystusa na ziemi. W tym Kościele i w jego świętej nauce szukaliśmy pokoju za życia i nasze zbawienie po śmierci!
To samo powiedzieć trzeba o protestantach w Anglii. I do nich stosują się więc słowa znakomitego pisarza nawróconego z protestantyzmu na katolicyzm: „Tylko wierzch jest protestancki; kopcie, protestanci, głębiej, a wszędzie dokopiecie się gruntu katolickiego!"
Również co do miejsca protestantyzm nie jest powszechnym, bo w każdem państwie jest on inny, niezależny od protestantyzmu w drugiem państwie. O wiele mniej też jest protestantów na świecie niż katolików.
Także Kościół grecki schizmatycki nie jest powszechnym, bo powstał ostatecznie dopiero w wieku jedenastym. Gdybyśmy znowu poszli na kurhany praojców dzisiejszych schizmatyckich Greków, Rosyan, Rumunów i zapytali, jakiej byli wiary, to wszyscy, o ile byli już w siódmym, ósmym wieku chrześcijanami albo o ile przyjęli chrześcijaństwo po śmierci Focyusza a przed wystąpieniem Cerularyusza, odpowiedzieliby chórem: Nasza wiara to wiara świętego Bazylego, Chryzostoma, a ich wiara, to znowu wiara wszystkich papieży rzymskich.
Kościół grecki, a raczej cerkwie prawosławne, nie są też powszechne co do miejsca, ale są Kościołami narodowymi, ograniczonymi do jednego lub kilku narodów, zamkniętymi w obrębie jednego lub kilku państw. Chyba nikt nie słyszał o schizmatyckim Francuzie, Włochu, Angliku, a gdyby nawet tacy się znaleźli, byłoby to czysty przypadek i wyjątek. Ilością też schizmatycy nie dorównują katolikom.
Jeden tylko jest Kościół powszechny, wszechświatowy, to jest: Kościół rzymski. Stwierdza to już jego nazwa. Katolickim czyli powszechnym zwie się bowiem nie od wczoraj ani dopiero od czasów Lutra, ale od pierwszych wieków chrześcijaństwa. Nazwę tę zawsze dawali jemu wyłącznie katolicy i niekatolicy. Święty Cyryl Jerozolimski tak pouczał ludzi gotujących się do Chrztu Świętego: „Gdybyś kiedy podróżował po miastach, nie pytaj tylko, gdzie jest dom Boży, bo także sekty i heretycy mają swoje miejsca modlitwy, które nazywają domem Bożym. Ani też pytaj poprosstu, gdzie jest Kościół, ale gdzie jest Kościół katolicki, bo to jest właściwie imię tej świętej Matki wszystkich, Oblubienicy Pana naszego Jezusa Chrystusa."¹⁾
--- ¹⁾ Świętego Cyryl. Katech. 18, n. 26.
Nieraz wprawdzie także heretycy chcieli sobie to imię przywłaszczyć, ale daremnie. Oto co pisze święty Augustyn: „Chcąc niechcąc, nawet heretycy i schizmatycy, kiedy mówią nie ze swoim zwolennikiem, ale z obcym, Kościół katolicki nazywają po prostu tylko katolickim. Gdyby bowiem Kościołowi katolickiemu nie dali tego imienia, którem go cały świat woła, toby ich ludzie nie rozumieli." Kiedy indziej zaś powiada święty Augustyn²⁾: Trzyma mie w Kościele katolickim samo jego imię katolickie, które nie bez powodu wyłącznie ten tylko Kościół z pomiędzy wszystkich społeczności religijnych otrzymał tak, że chociaż wszyscy heretycy pragną się nazywać katolikami, to jednak gdy jaki człowiek obcy heretyka zapyta, którędy wiedzie droga do Kościoła katolickiego, żaden z nich nie waży się pokazać swojej świątyni.³⁾
--- ²⁾ Świętego Aug. De vera relig. n. 12. ³⁾ Świętego Aug. Contra ep. Manich. c. 4.
Taksamorzecz się ma i za naszych czasów. Gdybyśmy dzisiaj na ulicach Berlina, Londynu, Nowego Yorku zagadnęli dziecko protestanckie: powiedz, dziecino, gdzie jest kościół katolicki, to bynajmniej nas nie zaprowadzi do świątyni protestanckiej, ale ukaże dom Boży katolicki.
Jest zaś Kościół rzymski rzeczywiście katolickim, czyli powszechnym, bo istnieje od czasu Jezusa Chrystusa.
Zawsze też miał dążność i pragnienie, żeby cały świat pozyskać dla Chrystusa. On to nawrócił Greków i Rzymian, Franków, Niemców, Anglów, Polaków, Węgrów, Rumunów, Szwedów.
Tak było od początków, i dzisiaj nie ma cząstki świata, którąby nie odwiedził misyonarz katolicki, jeśli tylko wiadomość o niej doszła do Rzymu i możliwy do niej dostęp. Jest Kościół rzymski wśród pogan, protestantów, schizmatyków. Są kraje, gdzie katolików znajduje się niewielu, ale są oni wszędzie. Wciąż ten Kościół katolicki rośnie. Jeśli mu jedne dzieci odmawiają posłuszeństwa, to wnet na ich miejsce garną się pod laskę pasterską biskupa rzymskiego tysiące i miliony innych. Za czasów Lutra było katolików blizko 100 milionów, dziś przeszło dwieście pięćdziesiąt milionów, a więc więcej niż protestantów, więcej niż prawosławnych. Słowem, dokądkolwiek się zwrócisz, wszędzie znajdziesz nasz Kościół. Wstąpisz do nieba, — jest; zajdziesz do czyśca i tam jest; pójdziesz aż na krańce ziemi — i tam wyjdzie na twe spotkanie.
Dostraja on się też dobrze do wszystkich form politycznych rządu.
Nikomu nie zabiera jego języka rodzinnego, ale szanuje go, broni go, aby każde dziecko i dorosły mógł chwalić Pana Boga w najdroższej mu mowie ojczystej. W tym celu przełożył swój katechizm na wszystkie prawie języki świata. Duchowny też czy katolik świecki, któryby nie przestrzegał tej zasady równouprawnienia i sprawiedliwości wobec wszystkich języków i narodów, wyrządzałby Kościołowi największą krzywdę i szkodę, podawając go w podejrzenie, że może jest sługą w ręku niesprawiedliwego rządu.
Jak ten Kościół stara się być sprawiedliwym dla wszystkich narodowości, widzimy i z tego, że papież sprowadza do Rzymu spowiedników wszystkich ludów i umieścił na konfesyonałach w bazylice świętego Jana Laterańskiego i dokoła grobu świętego Piotra napisy: pro lingua itala, gallica, germanica, polona — czyli dla wiernych mówiących językiem włoskim, francuskim, niemieckim, polskim itd. I tak czynił od początku. W Atenach mówił po grecku, w Rzymie po łacinie, do ludu francuskiego przemawia po francusku, do polskiego po polsku, do rosyjskiego, rumuńskiego, o ile tylko ma kapłanów znających te języki, po rosyjsku i po rumuńsku.
W ten też sposób Kościół katolicki, choć się nazywa rzymskim, jest w rzeczywistości wszechludzkim, wszechświatowym i w najlepszem słowa znaczeniu międzynarodowym. Dla wszystkich bowiem narodów i dla każdego z osobna niezmiernie położył zasługi. On każdy naród dźwignął z pogaństwa do cywilizacyi chrześcijańskiej. On przyczynił się do urobienia i udoskonalenia języków narodowych, do rozwoju piśmiennictwa i sztuki narodowej. On uczy mieszkańców trzeźwości, zgody, oszczędności i wszystkich cnót obywatelskich. Nie tylko pozwala, ale imieniem Pana Boga każe każdemu człowiekowi kochać swoją ojczyznę i rodaków szczególniejszą miłością, szczególniejszą służbą i poświęceniem — byle ta miłość nie była z krzywdą innych narodów.
Słowem, Kościół rzymski jak Chrystus wszystkiem jest dla wszystkich.
Wniosek zaś ostateczny z tego wszystkiego, co o znamionach Kościoła powiedzieliśmy, jest ten, że tylko Kościół rzymski jest prawdziwym Kościołem Chrystusowym. On tylko jeden da się doprowadzić do apostołów, tylko on jest osadzony na fundamencie Piotra, tylko on ma biskupów, postawionych przez samego Ducha Świętego, tylko on jest jeden, święty, apostolski, wszechludzki.
Na nim też jedynie ścieś się przepowiednia Chrystusa, że będzie wciąż prześladowany, jak jego Założyciel. Albowiem szatan wie, że Bóg jest tylko w nim. Ukrzyżować go — crucifigatur! — wołają w każdem stuleciu i każdego czasu jego wrogowie. A kiedy pytamy: „Cóż tedy złego uczynił?" — słyszymy to samo: Ukrzyżuj, ukrzyżuj!
Ale choć wciąż krzyżowany, gnębiony, — on żyje, wciąż się odmładza, coraz nowe przybiera dusze, ludy, i wciąż jest świadkiem, jak jego prześladowcy za Neronem i Julianem Apostatą sami wpadają w grób, który jemu kopali. „Ani moce pogańskie, powiada Skarga, ani chytrości heretyckie, ani grzechy ludzkie obalić go nie mogły. Znać, że mocną ręką budowany jest od przemożnego i mądrego gospodarza. By nie był z Boga, nie trwałby, jak mówił Gamaliel (Dzieje Apost. 5, 38, 39). Przeżyje też teraźniejszych i przyszłych wszystkich swoich prześladowców, mając wyraźną obietnicę Bożą, że bramy piekła go nie przemogą."
Jeśli tylko Kościół rzymski jest prawdziwym Chrystusowym, to wynika dalej, iż nie może być mowy, aby Kościoły protestanckie i schizmatyckie były równie uprawnioną albo choćby mniej dobrą, czyli tylko mniej rozwiniętą formą chrześcijaństwa jak katolicyzm. Przeciwnie są one religiami błędnemi i fałszywemi. Bo chociaż mają niektóre, zabrane z Kościoła katolickiego prawdy, to innymi artykułami swej wiary wprost się nauce Kościoła rzymskiego sprzeciwiają — jedne mniej, inne więcej.
Kto więc Chrystusa chce znaleźć, musi Go szukać w Kościele katolickim. Jedynie przez Kościół katolicki idzie się droga do Niego. Tylko w Kościele katolickim każdy może do Jezusa przystąpić i włożyć palec swój w rany Jego i ściągnąć rękę swoją i położyć w bok Jego i na Najświętszem Sercu Jego, aby wyrzec z Tomaszem — już wierzącym: Pan mój i Bóg mój!
Tylko w Kościele katolickim i przez Kościół katolicki można się zbawić.
Pięknie z tego względu nazwano ten Kościół Bożą tęczą przymierza, której jedno ramię spoczywa na ziemi, a drugie wspiera się o niebiosa, a także jedyną arką zbawienia i jedynym mostem, który sam Bóg zbudował z materyału niebieskiego i ziemskiego, aby ludzkość doszła po nim bezpiecznym krokiem do szczęścia nadprzyrodzonego. Po moście tym przeszła już niezliczona ludów procesya. Jedni członkowie tej procesyi już wrócili do świątyni Bożej, do niebieskiejJerozolimy, skąd z ręki Bożej przez akt twórczy wyszli. Już wypoczywają i tryumfują po boju. Inni przed wejściem do Kościoła tryumfującego strząsają proch z duszy, oczyszczają się w czyścu. Jeszcze inni — a do tych my się zaliczamy — są w drodze, jeszcze na pielgrzymce.
IV. Poza Kościołem katolickim niema zbawienia.
Już widzę, jak niejedenz ludzi wykształconych, słysząc tę zasadę, chmurzy czoło i oburza się na rzekomą surowość, nietolerancyę Kościoła katolickiego. Nawet nasz lud, tak bardzo wierzący, wychodzi nieraz z kazania z troską w sercu o los tych milionów i milionów prawosławnych, ewangelików, żydów, którym może nigdy nie będzie danem poznać prawdziwego Kościoła Chrystusowego. Więc oni wszyscy mają być potępieni? Czy ten artykuł wiary katolickiej nie jest rzeczywiście za twardy, a nawet niesprawiedliwy?
Nie — Bracia moi Ukochani, nauka katolicka w żadnej swojej części nie jest okrutna. Trzeba ją tylko dobrze zrozumieć. Okaże się wtedy, że jest ona najrozumniejszą i najbardziej pocieszającą i że niema na całym świecie stowarzyszenia religijnego, któreby tak było życzliwe i tak wyrozumiałe dla ludzi innej wiary, jak właśnie Kościół katolicki.
Cóż więc oznacza ta zasada, że poza Kościołem katolickim niema zbawienia?
Innowiercy, aby zohydzić katolicyzm, głoszą nieraz, jakobyśmy przez to uczyli, że żaden ewangelik, żaden prawosławny, żaden żyd, żaden poganin nie dostanie się do nieba. Jest to prosta potwarz i oszczerstwo.
Nigdy Kościół o żadnym zmarłym katoliku czy niekatoliku nie orzekł, że jest w piekle.
Tem mniej utrzymuje, że wszyscy innowiercy są i będą odrzuceni.
A Luter, czy jest potępiony? — zapytał pewien protestant świętego Franciszka Salezego. „Nie wiem" — odpowiedział Święty. Tylko o jednym Judaszu Kościół zwątpił.
Wystarczy otworzyć katechizm katolicki, aby się o prawdzie tego twierdzenia przekonać.
Jasno tam napisane, że do piekła idzie tylko ten, kto umiera w grzechu ciężkim czyli śmiertelnym.
Grzech ciężki jest zaś według tego samego katechizmu katolickiego tylko wtedy, gdy ktoś z całą świadomością przekracza przykazanie Boże lub kościelne w rzeczy ważnej. Trzech więc warunków potrzeba do istoty grzechu ciężkiego. Musi człowiek najpierw przykazania Boże poznać. Musi je przestąpić w rzeczy ważnej. Po trzecie musi je przestąpić całkiem dobrowolnie czyli z zupełnem zgodzeniem się swojej woli. Gdzie brak choćby jednego z tych trzech warunków, tam niema winy ciężkiej i za taki czyn nie może być wiecznego potępienia z szatanami w piekle.
Prawidło to stosuje Kościół na wszelki przypadek, tak do katolików, jak niekatolików.
Stąd znowu na szczegółowe pytanie, czy może być zbawionym, kto do Kościoła katolickiego nie należy, ten sam katechizm katolicki, przeznaczony już dla dziatwy szkolnej, tylko jedną ma odpowiedź: że nie może być zbawionym innowierca, który do Kościoła katolickiego z własnej winy nie należy.
Ciężką zaś w tym wypadku winę zaciąga wobec Boga tylko ten innowierca, który wie, że jest wolą Bożą, żeby każdy człowiek pod utratą zbawienia został katolikiem, a także Kościół katolicki należycie poznał, a mimo to i jakby prawdzie na przekór, wiary katolickiej nie przyjmuje.
Wola Boża, aby każdy człowiek należał do Kościoła katolickiego, jest wyraźna. Zbawiciel założył bowiem tylko jeden Kościół na Piotrze, jako fundamencie widzialnym, i tylko ten jeden Kościół wskazał wszystkim ludziom, jako jedyną drogę zbawienia. Powiedział bowiem do duchownych jego przedstawicieli Chrystus: Kto was słucha, mnie słucha, kto wami gardzi, mną gardzi. „Jeśliby kto Kościoła nie słuchał, niech będzie jako poganin i celnik" (Mat. 18, 17). Na innem miejscu Pisma świętego czytamy, że „nie jest pod niebem inne imię dane ludziom, w którembyśmy mieli być zbawieni — jeno imię Jezusowe" (Dzieje Apost. 4, 12). A że Jezus aż do skończenia świata jest jedno z Kościołem katolickim, więc też nikt poza tym Kościołem szczęścia wiecznego nie znajdzie.
Taka jest też nauka Ojców. „Kto jest poza Kościołem, pisze święty Ireneusz, jest poza prawdą."¹⁾ Inny głosi: „Niech się nikt nie łudzi: poza tym domem, to jest, poza Kościołem, niema dla nikogo zbawienia."²⁾ Znane jest powiedzenie Świętego Cypryana: „Nie może mieć Boga ojcem, kto Kościoła nie ma za matkę."³⁾ Wielkiej wagi są też słowa Świętego Augustyna do schizmatycznych Donatystów: „Na nic się nie przyda wierzyć w Boga, czcić i opowiadać Boga, wyznawać Jego Syna, siedzącego na prawicy Ojca, jeśli się bluźni Jego Kościołowi... Trzymajcie się tedy, najdrożsi, trzymajcie się wszyscy jednomyślnie Boga Ojca i Kościoła-matki."⁴⁾ A kiedy indziej powiada ten Ojciec: „Poza Kościołem człowiek może mieć wszystko, tylko zbawienia nie ma. Może mieć sławę, może mieć sakrament, może śpiewać Alleluja, odpowiadać Amen, może mieć Ewangelię, wierzyć w Ojca, Syna i Ducha świętego i tę wiarę opowiadać — ale zbawienie znajdzie tylko w Kościele katolickim."⁵⁾
--- ²⁾ Origenes, In Jos. hom. 3, 5. ³⁾ De unit. eccl. 6. ⁴⁾ In Ps. 88 sermo 2, n. 14. ⁵⁾ Sermo ad Caesar. ecclesiae plebem, n. 6.
Sobór powszechny florencki powtórzył więc tylko dawną naukę Ojców i tak zwanego Składu wiary świętego Atanazego, kiedy orzekł, że „nikt, choćby największe czynił jałmużny i choćby za imię Chrystusa krew swoją przelał, nie może być zbawionym, jeśli nie zostaje w jedności z Kościołem katolickim."¹⁾
--- ¹⁾ W Dekrecie dla Jakobytów.
Kto zaś bez własnej ciężkiej winy nie jest członkiem Kościoła katolickiego, może być zbawionym, jeśli mianowicie w dobrej wierze religię swoją niekatolicką uważa za prawdziwą, a w razie wątpliwości szczerze i usilnie szuka prawdy i chowa przykazania Boże. Taki innowierca, choć się sam nazywa prawosławnym lub protestantem, w oczach Boga jest katolikiem, należy do duszy Kościoła rzymskiego, składającej się ze wszystkich sprawiedliwych na ziemi. A jeśli umrze w stanie łaski poświęcającej, nie tylko może być zbawionym, ale idzie na pewne na szczęście z Bogiem wieczne.
Twierdzenie to nasze bynajmniej nie jest wymysłem nowszych teologów katolickich, ale znowu starodawną nauką Ojców, którzy zawsze zaliczali do katolików wszystkich innowierców, uważających bez swojej winy społeczność heretycką za Kościół Chrystusowy, na wzór dziecka, wołającego „mamo" do płatnej sługi, nianki.
Takich nieurzędowych i rzekłbym zakrytych katolików, bo niezapisanych w metrykach ziemskich, są miliony i miliony. Prócz wspomnianych dorosłych, zostających w dobrej wierze i gotowych w każdej chwili wstąpić do Kościoła rzymskiego, gdyby go tylko jako jedynie zbawczy poznali, należą tu: wszystkie ważnie ochrzczone dzieci rodziców prawosławnych i protestantów, zanim one przyjdą do rozumu i przez grzech stracą łaskę poświęcającą. „O wielu zdaje się, powiada święty Augustyn, że są zewnątrz Kościoła, a oni są wewnątrz; o innych zaś myślimy, że są wewnątrz, a oni są zewnątrz" (jak źli katolicy). Za niejakie objaśnienie słów świętego Augustyna niech służy także świadectwo, jakie w całej pokorze wydał o sobie kardynał Newman, który z protestanta anglikańskiego został synem Kościoła rzymskiego. Kazał on na swym grobowcu umieścić napis: nunquam contra lucem peccavi. Znaczy to, że rozmyślnie nigdy nie sprzeciwiał się poznanej prawdzie, a więc, że już jako protestant pragnieniem, duszą był katolikiem.
Prawdę więc, Najdrożsi moi, powiedziałem, zaznaczając, że nauka katolicka, dotycząca zbawienia osób innej wiary, nawskroś jest ludzką, najbardziej tolerancyjną.
Wprost za to okrutna jest w tym względzie nauka wielu twórców herezyi. Przypomnę tylko, że umieszczają oni wszystkich papieży i biskupów i kapłanów katolickich na dnie piekła.
Z drugiej strony przyznajemy głośno, że Kościół katolicki, który nie kładzie granic miłosierdziu Bożemu wobec błądzących, nie zna rzeczywiście tolerancyi, ustępstw, kompromisów wobec błędu, herezyi.
Ale ta jego bezwzględność w obronie swych artykułów wiary i nietolerancya dla wszelakiego fałszu na żaden sposób nie może Kościołowi katolickiemu być poczytana za ujmę i ślepy fanatyzm.
Rzecz łatwa do pojęcia, że pod grozą sądu skłonny jest do układów posiadacz nieprawnie nabytego majątku. Psychologicznie da się też należycie wytłumaczyć postąpienie owej niewiasty żydowskiej, która przed Salomonem gotowa była zadowolić się połową żywego dziecka, bo nie miała macierzyńskiej ku niemu miłości, wiedząc, że się jej wcale nie należy. Nie dziwią mie temsamem te wielkie ustępstwa, jakie wielu profesorów teologii protestanckiej
pastorów czyni duchowi czasu. Poświęcają bez żalu nawet jeden po drugim artykuł Składu apostolskiego, bo uważają je za wytwór czysto ludzki, a przytem chcą zasłużyć na pochwałę, że Kościół ewangelicki idzie wciąż z postępem wiedzy, stoi na wysokości nauki.
Kościół katolicki jednak tą drogą iść nie może. Powód leży jak na dłoni. Nie stworzył on prawdy religijnej. Jest tylko jej od Boga postawionym nieomylnym stróżem, więc mu ani krzty uronić z niej nie wolno. Słowem, jak żaden człowiek o zdrowym rozumie nie przystanie, że dwa jest tyle co siedem i że światłość księżyca jest równa światłu słońca, tak i Kościół katolicki nigdy nie przyzna, że błąd może doprowadzić do nieba tak samo, jak prawda.
Uznał słuszność tych wywodów literat protestancki, który niedawno temu w artykule: „Czy mamy iść do Rzymu?" napisał te słowa: „Nie można się spodziewać, aby ten dawny Kościół katolicki miał przyjść do protestanckiego. Więc nam trzeba pójść do Rzymu."¹) Nieco zaś później dodał: „Zrozumieli ludzie, że wszystko, co się złego opowiada o Kościele rzymskim, jest po prostu kłamstwem."²)
Odczuwam ja dobrze wszystkie przeszkody, jakie niekatolicy mają w przyznaniu się do tego, że są w błędzie. Stoją im na drodze wspomnienia lat dziecinnych, związki rodzinne, miłość narodowa, obawa przed krytyką i utratą karyery. Każdy jednak, któremu zbawienie duszy miłe, musi mieć odwagę i siłę, wznieść się nad wszelkie uprzedzenia i względy ludzkie, a nawet nad możliwe szkody doczesne.
¹) Zob. dziennik Middagsposten, wychodzący w Kopenhadze, z 19 kwietnia 1905. ²) W tymże dzienniku z dnia 24 kwietnia 1905.
Ależ człowiek uczciwy i z charakterem nie zmienia religii — słyszymy nieraz. Tak, uczciwy człowiek nie zmienia religii prawdziwej na fałszywą. Rozum zaś każe czemprędzej zamieniać błędną na prawdziwą. Kapłanowi, który namawiał protestanta, żeby przyjął katolicyzm, odrzekł tenże: Chcę żyć i umierać w religii moich ojców. Na to kapłan: A ja chcę żyć i umierać w religii moich dziadów i pradziadów. Kiedy hrabia Fryderyk Stolberg został z protestanta katolikiem, pewien książę rzekł do niego opryskliwie: Nie lubię tych, którzy zmieniają religię. I ja nie, odparł Stolberg. Gdyby moi pradziadowie nie byli zmienili religii katolickiej na protestancką, to ja nie musiałbym dzisiaj powracać do katolickiej, którą oni porzucili.
A już wprost śmieszne, niepojęte są takie zdania, które się u nas czasem słyszy: „Nie porzucę wiary kalwińskiej, bo to najwiarogodniejszy dyplom starego szlachectwa." — Pan Bóg z pewnością takiego szlachectwa nie uzna.
Gdyby religia katolicka była jedynie prawdziwą, zarzucają innowiercy znowu, toby żaden katolik nigdy jej nie opuszczał. A przecież trafiają się świeccy a nawet kapłani katoliccy, którzy zostają ewangelikami lub prawosławnymi.
Tak, trafiają się świeccy i kapłani, którzy porzucają wiarę katolicką. Bolesne to bardzo — ale z drugiej strony stwierdzają nawet takie odstępstwa prawdziwość katolicyzmu. Dla zgniłego całkiem jabłka niemasz miejsca na zielonym drzewie katolicyzmu. Inaczej bowiem tych ludzi jak gnilkami nazwać nie można. Bo czy kto kiedy widział, żeby wiarę katolicką zdradzał duchowny, który mszę świętą odprawiał nabożnie, który odmawia pilnie brewiarz, siedzi chętnie w konfesyonale, wiedzie życie czyste? Takiego odstępcy jeszcze nie było. Również żaden świecki jeszcze nie odpadł od wiary katolickiej dlatego, że po długich badaniach przekonał się, iż prawosławie lub protestantyzm jest lepszym od katolicyzmu. Przeciwnie. Doświadczenie stwierdza, że powodem opuszczenia katolicyzmu jest prawie zawsze pycha, próżność, heca polityczna, chęć wolniejszego życia i zrobienia łatwiej karyery urzędniczej czy naukowej, a bardzo często i to, że w protestantyzmie można uzyskać rozwód z żoną, na co Kościół katolicki nie zezwala. Przytoczę zresztą słowa, które niedawno na zgromadzeniu innowierców wypowiedział protestant: „Nie można tego zataić: dobrego katolika nie podobna nawrócić na protestantyzm."
Inaczej zaś rzecz się ma z tymi, którzy z prawosławia, z protestantyzmu przeszli na katolicyzm. Znajdujemy między nimi ludzi najszlachetniejszych wszystkich stanów: historyków, poetów, filozofów, głośnych pisarzy, przyrodników, malarzy, mężów stanu, uczonych teologów, kobiety, mężczyzn, których tylko najgłębsze przekonanie sprowadziło do Kościoła rzymskiego. Musieli oni nieraz dla tej zmiany wiary porzucić rodzinę, majątek, nawet kraj ojczysty i skazać się na dożywotnie wygnanie. A wszyscy oni w zdrowiu i na łożu śmierci często powtarzali, że w katolicyzmie znaleźli pełne, czyste szczęście.
Nawet przed poganami Kościół katolicki nie zamyka nieba. Uczy bowiem, że Chrystus umarł za wszystkich bez wyjątku ludzi, że jest światłością, oświecającą każdego człowieka na świat przychodzącego (Św. Jan 1, 9), co znaczy, że Pan Bóg także niewiernym daje potrzebne do zbawienia łaski.
W jaki jednak sposób poganie przychodzą do znajomości choćby najniezbędniejszych do zbawienia prawd religijnych, jest w bardzo wielu przypadkach największą tajemnicą. Święty Tomasz z Akwinu uczy, że gdyby poganin wychował się w lasach a czynił dobrze i unikał złego wedle głosu rozumu i sumienia, to Bóg na pewne wewnętrznem oświeceniem da mu poznać potrzebne prawdy wiary, albo pośle doń misyonarza, jak Świętego Piotra posłał do setnika Korneliusza. Świętego Augustyn inną wymienia nadzwyczajną drogę zbawienia, tj.: że takiemu człowiekowi Pan Bóg da na nauczyciela choćby anioła z nieba. Taki człowiek także należałby do duszy Kościoła katolickiego.
W każdym razie pewnikiem, że Bóg sprawiedliwy i miłosierny każdego człowieka sądzić będzie wedle stopnia jego poznania religijnego, jakie miał i mógł mieć w warunkach, w których żył na ziemi, jakoteż wedle tego, czy był wiernym głosowi sumienia i łaski Chrystusowej.
Zostaje jeszcze do wyjaśnienia, jakie Kościół katolicki zajmuje stanowisko wobec tych dorosłych chrześcijan, którzy kończą samobójstwem lub na łożu śmierci odtrącają rękę kapłana, niosącego im rozgrzeszenie i wiatyk Pański. Czy są oni wszyscy straceni na wieki?
Otóż także o żadnym z tych ludzi Kościół nie orzekł, że jest potępiony. W zeszłym wieku miał w Rzymie żyć jakiś kapłan wielkiej cnoty, uważany powszechnie za świętego. Pewnego razu przypadło mu przygotować na śmierć człowieka, skazanego przez sąd na stracenie. Trzy dni mozolił on się nad tym skazańcem. Modlił się, pościł, błagał, używał wszystkich środków, wskazanych przez religię, aby zbrodniarza przyprowadzić do upamiętania. Wszystko było nadaremno. Jeszcze na miejscu stracenia zaklinał go, żeby nie umierał w niepokucie. Ale i teraz jeszcze został odtrącony. Wtedy rozżalony kapłan zawołał: „Patrz ludu — umiera potępieniec!"
W 40 lat później rozpoczął się proces kanonizacyjny tego kapłana. Znaleziono ponoć cnoty heroiczne. Mówiono nawet o cudach. Do kanonizacyi jednak nie przyszło. Przeszkodą miały być owe jego słowa potępienia, wyrzeczone nad skazańcem.
Zdarzenie to opowiada poważny pisarz.
Nie znam imienia kapłana, o którym mówi. Nie wątpię też, że jeśli do jego kanonizacyi nie przyszło, to musiały być jeszcze inne przeszkody. Ale to pewne, że jego sąd, którym uprzedził sąd Boży, niezgodny był z nauką Kościoła. Choćby ktoś nawet przy spełnianiu zbrodni umierał w naszych oczach z bluźnierstwem na ustach, to jeszcze go nie wolno ogłosić potępieńcem. Nikt bowiem z ludzi nie może wiedzieć na pewne, czy samobójca lub zbrodniarz odpychający kapłana, jeszcze w ostatnim momencie, tknięty łaską Bożą, nie zawoła: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i Tobie! Miłuję Cię nadewszystko jako dobro nieskończone. Nie odrzucaj, ale przebacz nieszczęśliwemu!
I Bóg, który jest sprawiedliwością, ale i miłosierdziem, z pewnością nie pozostałby głuchym na takie wołanie.
Dlaczegóż tedy Kościół katolicki samobójcom i tym, którzy nie chcą przyjąć ostatnich sakramentów świętych, ustawodawstwem swojem odmawia pogrzebu chrześcijańskiego? Czy taka praktyka nie zaprzecza czynem tego, co głosi słowy, i czy nie odsądza wszystkich tych nieszczęśliwych od zbawienia wiecznego?
Bynajmniej. Przez tę odmowę Kościół stwierdza tylko publicznie, że ci grzesznicy bardzo źle postąpili, bo siebie na największe narazili niebezpieczeństwo, a może i na wieczną zgubę, a także dali ciężkie zgorszenie całej społeczności katolickiej. Zresztą, cofając się od ich trumny, Kościół zaznacza, że stosuje się tylko do ich ostatniej woli.
Nie chciałeś mię mieć przy swojem konaniu, mówi Kościół, odepchnąłeś rękę mojego kapłana, który ci chciał zamknąć oczy do snu spokojnego, więc niechaj tak będzie. Usuwam się. Ale prywatnie i tak modlić się za ciebie będę."
Chyba to postąpienie znowu jest jedynie słusznem, rozumnem.
A co będzie z moją dzieciną, która mi bez chrztu umarła, zapytała mię niedawno, z trwogą w sercu, zbolała matka, co z nią będzie? Ona nie należała nawet do duszy Kościoła Chrystusowego, którą tworzą wszyscy wolni od grzechu ciężkiego. Czy więc poszła do piekła?
Wiem, że pytanie to dreczy nie jedną tylko matkę. Więc spieszę zaznaczyć, że i tutaj nauka katolicka nie jest okrutna, lecz pełna pocieszenia.
Pan Jezus orzekł, że kto się nie odrodzi z wody i z Ducha Świętego, nie będzie zbawionym, ale nie powiedział, że każdy taki pójdzie na wieczne męki. Kościół też nie określił, że te biedne dzieci będą dręczone razem z szatanami. Męki piekła, wedle nauki największych doktorów, są przeznaczone dla tych, którzy Pana Boga obrazili ciężkimi grzechami osobistymi czyli uczynkowymi i tych grzechów nie obżałowali. Dzieci zaś, zmarłe bez chrztu, żadnej swej władzy duszy nie użyły przeciw Bogu, żadnej nie popełniły osobistej nieprawości, więc też nie będą karane ani cierpieniami ciała ani udręczeniem ducha. Nie dojdą one jednak do szczęścia nadprzyrodzonego, które polega na oglądaniu Pana Boga twarzą w twarz, bo to szczęście jest nagrodą, skutkiem i ostatecznem rozwinięciem łaski poświęcającej, z którą dusza schodzi ze świata. Tej łaski zaś te dzieci nigdy nie otrzymały, bo daje ją po raz pierwszy dopiero chrzest.
Utrata bezpośredniego oglądania Pana Boga i zjednoczenia się z Nim w Jego życiu i chwale jest z pewnością wielkiem nieszczęściem. Ale dzieci te o niej nic nie będą wiedziały. Bóg im bowiem tajemnic religii chrześcijańskiej i nadprzyrodzonego celu ludzkości i tych dóbr, któremi dzieli się w niebie z ochrzczonymi, nie objawił, ani dał odczuć. Temsamem ta utrata szczęścia nadprzyrodzonego nie napełni ich serc smutkiem, boleścią.
Jest nawet nadzieja, że dzieciom tym przypadnie w udziale pewna suma szczęścia naturalnego, które wypłynie z tego, że będą Pana Boga i Jego doskonałości poznawały z rzeczy stworzonych, jak to rozumowi ludzkiemu właściwa, dalej że będą Boga kochały z całego serca i nadewszystko, wiedząc, iż także Bóg je kocha miłością nieskończoną.
Szczęście to naturalne będzie jednak bardziej nikłe w porównaniu do wiecznych radości dzieci zmarłych w łasce poświęcającej, niż nikłe jest i mdłe światło lampy w zestawieniu ze światłem południowego słońca.
Taka jest nauka wielkich teologów o losie wiecznym dzieci zmarłych bez Chrztu Świętego. Jak już powiedzieliśmy, wielka w niej mieści się pociecha dla rodziców, którym sumienie nic nie wyrzuca, jakoby dziecko z ich winy nie zostało ochrzczone.
Nie może zaś tego uspokojenia odnieść do siebie ojciec, matka, którzy lekkomyślnością lub może nawet zbrodnią sprawili, że ich dziecina umarła w grzechu pierworodnym.
Takim rodzicom gotów Bóg w dzień sądu powiedzieć: wydarliście dziecku szczęście nadprzyrodzone nieskończone, dacie więc duszę za duszę!
Zamykając ten rozdział, w którym przypomnielismy naukę katolicką, dotyczącą zbawienia prawosławnych, protestantów, żydów i pogan, muszę jeszcze podnieść z całym naciskiem zasadę zresztą oczywistą, że nierównie prostszą, łatwiejszą i bezpieczniejszą drogą, niż innowiercy, pozostający w dobrej wierze, zdąża do nieba katolik. Każdy katolik zostaje bowiem pod ustawiczną opieką Kościoła. Z jego nauki dowiaduje się jasno i nieomylnie, jak postępować należy. W Sakramentach Świętych ma nieprzebraną skarbnicę łask skutecznych do ostania się w dobrem. Bardzo zaś wielu tych łask brak niekatolikom.
O, gdyby mi Bóg dał tę łaskę, powtórzę wreszcie za świętym Klemensem Hofbauerem, o gdyby mi Bóg dał tę łaskę, żebym modlitwą i prośbami mojemi zdołał nawrócić choć kilku innowierców! Na rękach i barkach moich odniósłbym ich do Kościoła katolickiego.
**Obowiązki względem Kościoła.**
Poszliśmy, Najdrożsi moi, w poprzednich częściach listu pasterskiego za radą apostoła, który każe „wszystko badać, aby potem tylko to, co dobre, przyjąć, zachować" (i. do Tessal. 5, 21). Zbadaliśmy więc początek Kościoła Chrystusowego, jego organizacyę i znaleźliśmy, iż tylko na Kościele rzymskim znajdują się jako cztery pieczęcie Jezusowe: apostolskość, jedność, świętość, powszechność, że temsamem tylko on legitymuje się i zatwierdza jako prawdziwie Boży i jedynie zbawiający.
Jakto, więc już samo należenie do Kościoła katolickiego zapewnia każdemu niebo? Nie, ukochani moi. Samo imię katolika jeszcze nikogo nie zbawi.
W dzień sądu Bożego nawet lżej będzie niejednemu innowiercowi, niż złemu katolikowi.
Aby być zbawionym, nie dość mieć metrykę katolicką; ale trzeba przytem wieść życie według zasad Kościoła katolickiego.
Stąd orędzie to byłoby niezupełnem, gdybyśmy na zakończenie nie omówili jeszcze naszych obowiązków względem Kościoła. Streszczają się one w następujących powinnościach: Mamy nie tylko wiedzieć o Kościele że jest on dziełem Bożem, ale winniśmy także poznać dokładnie naukę, którą głosi, środki, jakimi uświęca dusze, zasługi, jakie położył koło społeczności ludzkiej. Mamy przykazania Boże zachowywać tak, jak Kościół Święty tłumaczy i chce widzieć zachowanemi; a przytem ściśle stosować się do przykazań kościelnych i korzystać ze środków zbawienia, które Chrystus złożył w ręku Kościoła.
Mamy pracować nad utwierdzeniem i chwałą Kościoła i bronić go przed wrogami.
O człowieku, który przejął się duchem Kościoła i stale jego zasady wyznaje czynami, mówimy, że on myśli, czuje jak Kościół, że żyje życiem Kościoła, co znowu jest to samo, co żyć duchem i życiem Chrystusa.
O każdym ze wspomnianych trzech głównych obowiązków względem Kościoła teraz jeszcze słów kilka.
**a) Mamy poznać naukę, zasługi Kościoła.**
Nauka Kościoła dobrze poznana jest nieskończenie piękna w całości i w każdym swym szczególe. Tworzy ona jakby duchowy system słoneczny, który duszom szukającym w nauce prawdy, a w prawdzie Boga, dostarcza światła, ciepła, zadowolenia, pokoju, szczęścia na czas i wieczność całą.
Prawda, że w tym systemie słonecznym pewne obszary są niezbadane. Katolicki Skład wiary zawiera bowiem tajemnice, których rozum ludzki nawet w wieczności całkowicie nie zgłębi. Ale nie może być inaczej. Bóg, któregobyśmy całkowicie pojęli, któryby nam nic więcej powiedzieć nie umiał nad to, co my wiemy, nie byłby Bogiem, jeno nam równym człowiekiem. Tajemnice więc w religii objawionej być muszą. Temsamem one nas nie poniżają, ale podnoszą, rzec można ubóstwiają, bo rozszerzają ludzki widnokrąg prawie w nieskończoność.
Zarzucają niektórzy, że w Kościele katolickim przez cześć i nabożeństwa do Najświętszej Panny i Świętych Pańskich ujmujemy czci Bogu i spychamy Chrystusa Jego jakby w cień i na miejsce drugie.
Wy, Namilsi moi, wiecie, że tak nie jest. Przecież my katolicy odmawiamy jako naczelny artykuł: Wierzę w jednego Boga — Credo in unum Deum! Rzecz też znana, że pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" istnieje tylko w krajach katolickich.
Nie przeczymy, że oddajemy cześć Najświętszej Panience, Świętemu Józefowi, apostołom, męczennikom i innym Świętym Pańskim. Nawet się tem chlubimy i staramy się Świętych kochać jak najgoręcej. Ale nieprawda, jakoby ta cześć i miłość ujmę przynosiła Panu Bogu. Wszak czcząc Matkę Jego Syna i Świętych jako Jego najwierniejszych sług i przyjaciół, spełniamy tylko wolę najświętszą Bożą. Także rozum przyrodzony i głos serca pochwalają tę cześć. Bo czcić Świętych znaczy przecież tyle, co czcić Świętość i dążyć do naśladowania Świętości!
Jak bardzo jednak Kościół pamięta na przepaść, która dzieli nawet najdoskonalsze stworzenie od Stwórcy, wskazuje choćby to, że on w urzędowych i publicznych modlitwach do samego tylko Boga pozwala wołać: zmiłuj się nad nami; podczas gdy Matkę Bożą i Świętych prosi słowy: módl się, módlcie się za nami! Jeśli zaś jaki katolik i do Świętych woła: „zmiłujcie się nad nami", to niczego innego nie spodziewa się ani pragnie, jeno tego, iżby Święci raczyli modlitwą swoją przyczyniać się za nim do Pana Boga. Przez tę różnicę w sposobie modlenia się Kościół głosi więc, że jedynie i wyłącznie samego Boga uznaje za źródło, Twórcę i Dawcę wszystkich darów przyrodzonych i nadprzyrodzonych, a Świętych tylko za życzliwych ludziom i skutecznych przed Jego Majestatem orędowników. Nawet Matce Najświętszej nauka katolicka nie przypisuje, aby ona własną mocą mogła działać cuda, uzdrawiać chorych, uświęcać, ratować grzeszników. Jest ona tylko pierwszą Orantką, Modlicielką, czyli najpotężniejszą Pośredniczką, której jednak cała moc pochodzi z mocy Bożej.
Jest też w nauce wiary Kościoła katolickiego to, czego umysł ludzki tak bardzo pożąda, mianowicie ciągły pochód światłości, bezustanny postęp i rozwój prawdy objawionej obok jej bezwzględnej w swej istocie niezmienności. Chciejcie dobrze zrozumieć te słowa, najdrożsi moi! Wielka zachodzi różnica między naturalnym rozwojem jakiejś rzeczy a jej istotną przemianą. Objaśnię rzecz porównaniem. Miałaby miejsce istotna odmiana, gdyby np. żołądź wyrosła w gruszę, ziarno pszenicy w główkę maku, a dziecko stało się czystym duchem czyli aniołem.
Nie zachodzi zaś taka istotna i całkowita odmiana, ale tylko naturalny rozwój, jeśli żołądź wyrasta w drzewo dębowe, ziarno pszenicy w kłos pszeniczy, dziecko w męża dojrzałego.
Podobnie zmieniłby Kościół swoją naukę, gdyby w początkach był np. nauczał, że Chrystus jest tylko człowiekiem, a później dodał, że jest także Bogiem, albo najpierw, że w Najświętszym Sakramencie niemasz żywego Chrystusa, a później, że jest tam całe Jego Bóstwo i człowieczeństwo. Ale w taką sprzeczność Kościół katolicki nigdy nie popadł. Wydobywa on tylko pracą swoich teologów przy pomocy Ducha Świętego w ciągu wieków z podstawowych prawd objawionych nowe artykuły wiary zawarte w owych podstawowych, dawnych prawdach, na wzór rolnika i ogrodnika, który z nasienia wyprowadza kłos pszenicy, z ziarna owocowego jabłoń lub gruszę. W ten sposób np. z prawdy objawionej, iż Marya jest łaski pełna, Kościół wysnuł i w XIX. wieku ogłosił uroczyście Niepokalane Poczęcie Bogarodzicy, a z zasady, że Piotr jest niewzruszoną opoką i najwyższym pasterzem całego Kościoła, nieomylność biskupa rzymskiego w sprawach wiary. Na ten naturalny rozwój Kościoła wskazał już Chrystus, gdy go przyrównał do gospodarza, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy stare i nowe, i kiedy o nim przepowiedział, że nikły z początku jak ziarno gorczyczne, wyrośnie z czasem w drzewo wspaniałe, w którego cieniu spoczną wszystkie narody ziemi.
Jak nauka wiary, tak też piękna, szlachetna jest nauka obyczajów Kościoła katolickiego i najrozumniejsza z wszystkich systemów etyki, jakie kiedykolwiek na ziemi się pojawiły. Dla szczytności tej nauki Kościół rzymski nazwano słusznie największą wszechnicą moralności, a nawet jedynie wielką szkołą cnoty dla całego świata. Gdyby bowiem jego zabrakło, nastąpiłoby wnet na całym świecie powszechne obniżenie obyczajności prywatnej i publicznej.
Kościół ten zaleca wszystko dobre, a potępia wszystko złe. Nigdy nie zrobił żadnego ustępstwa na koszt cnoty. Ma jeden i tensamkatechizdla wielkich i małych, dla bogatych i ubogich, dla mężczyzn i dla kobiet. Mali i słabi, głosi on, to przecież ludzie, a wielcy i silni, to znowu tylko ludzie. Co grzechem dla kobiety, jest grzechem także dla mężczyzny. Świat dopiero wymyślił dwie miary i wagi moralności, utrzymując, jakoby to, co hańbi dziewczynę, nie hańbiło także młodzieńca. Kościół katolicki od miłości Boga nie odłącza miłości bliźniego. Owszem sprawę bliźniego czyni sprawą samego Boga. W myśl słów Chrystusowych wierzy on i uczy, że gdzie jaki człowiek cierpi głód, Chrystus cierpi głód; gdzie jaki człowiek jest opuszczonym, Chrystus potrzebuje pomocy i pociechy; gdzie robotnikowi i pracodawcy dzieje się krzywda, Chrystusowi dzieje się krzywda. Przejęty tą wielką myślą, że, jak pod postacią chleba w Eucharystyi, tak i pod osłoną człowieka biednego, chorego ukrywa się tensamChrystus, choć w odmienny sposób — Kościół katolicki przepięknie w niektórych krajach szpitale, które nabudował ręką swych dzieci, nazwał: Hotel de Dieu — gospoda Boga. Jako jedynie trwałe podwaliny ustroju społecznego Kościół wskazuje sprawiedliwość, miłość i pracę wszystkich, nikogo nie wyjąwszy, chyba tylko dziatwę, chorych i starców. Nikomu nie pozwala żyć kosztem drugich. Najwyższym zaś celem wszystkich jego dążeń i pracy, to najściślejsze zespolecznienie ludzi w Bogu i z Bogiem. „Ut omnes sint unum — aby wszyscy byli jedno, jak Chrystus z Ojcem jest jedno."
Ze streszczenia tych zasad wynika już także, że nowych, doskonalszych od zawartych w Ewangelii podstaw moralnych dla jednostki czy też dla całej ludzkości ani nam szukać ani znaleźć możliwa! Niemniej przyznajemy, że także w rozumieniu objawionych przez Chrystusa zasad moralnych istnieje pewien postęp i rozwój, podobnie jak w prawdach ściśle dogmatycznych. Świat w pochodzie wieków pojmuje mianowicie chrześcijańskie zasady moralne przy pomocy światła Bożego coraz głębiej, wydobywa z nich treści coraz to więcej, stosuje zawarte w nich hasła w życiu społecznem i politycznem coraz szerzej i coraz pełniej.
Pytacie, Ukochani moi, dlaczego obyczajowe zasady Jezusowe nie uwydoczniły się odrazu w życiu ludzkości? Odpowiedź jest prosta. Prawda wszelka toruje sobie drogę tylko powoli. Ludzkość musi ją sobie w pocie czoła wypracować. Rzecz znana, że parę wodną człowiek miał przed oczyma od lat tysięcy, a do wozu zdołał ją zaprząc dopiero w wieku zeszłym. Od początku patrzył też na błyskawice a ujął elektryczność w rękę dopiero niedawno, i dopiero w wieku zeszłym zmusił ją, by posłuszna, pełniła służbę posłańca od bieguna do bieguna. Z większą jeszcze trudnością przebijały się przez świat zasady i prawdy etyczne, bo mają one do zwalczenia opór wolnej, samolubnej woli człowieka a przytem wymagają także odpowiedniej organizacyi w ludzkości, aby mogły wydać owoc pełny w życiu społecznem i politycznem. Organizacya zaś każda potrzebuje czasu, żeby zdołała się zrodzić, przyjąć i dojść do regularnego funkcyonowania.
Obok nauki wiary i obyczajów stanowią Sakramenta Święte istotną część składową Kościoła katolickiego, które niby duchowe arterie donoszą łaski Chrystusowe do wszystkich członków mistycznego ciała Jego. Dostrojone one znowu tak ściśle do natury człowieka i jego potrzeb, że głębsze nad niemi zastanowienie się, musi w duszy wywołać szczery podziw i zachwyt. Uprzytomnimy sobie ich znaczenie choć kilku słowy.
Tu młoda para podaje sobie ręce nie na przejściowe przywitanie się lub do tańca, ale na ciężkie, wzajemne obowiązki. Kapłan odmawia więc nad nią błogosławieństwo. Związek ich jest nierozerwalnym, jako odbłask nierozerwalnego zjednoczenia Chrystusa ze Swoim Kościołem.
Niezadługo młodzi małżonkowie przynoszą dziecię, swój obraz, przed stopnie ołtarza, aby obmyte wodą chrzcielną odzyskało nadprzyrodzone podobieństwo Boże a zarazem weszło w wielką rodzinę chrześcijańską, bo jak w porządku przyrodzonym tak i w porządku nadnaturalnym człowiek tylko w społeczności może osiągnąć całą doskonałość i tylko w Kościele zdolny stać się uczestnikiem zasług Zbawiciela. Otóż przez Chrzest Święty Kościół przyjmuje dziecinę pod swą opiekę, ona zaś ustami swych rodziców chrzestnych składa obietnicę, że w społeczności kościelnej wytrwa całe życie i starać się będzie kochać zawsze Boga nadewszystko a czynić ludziom tylko dobrze.
Dziecię podrósłszy, poczyna się uczyć wielu rzeczy świeckich. W tych, które dotyczą nieba, Kościół jest mu nauczycielem. Niestety, obok dobrego krzewi się w jego duszy i złe. Zasłużyło więc na odrzucenie i karę. Ale, Bóg nie chce zguby Swojego stworzenia. Żąda tylko, aby przed osobnym mężem zaufania, którego On sam postanowił, otworzyło swą duszę, wyznało swe przewinienia, trudności. Jeśli temu zarządzeniu Bożemu ze skruchą się podda, do winy się przyzna, Bóg wraca mu napowrót oczyszczoną, odrodzoną godność natury ludzkiej, mówi do niego: Odpuszczają ci się grzechy, idź w pokoju!
Oczyszczona w Sakramencie Pokuty dziecina klęka następnie do uczty z Ciała i Krwi Pańskiej. Bo tak bardzo Bóg ukochał człowieka, że wydał się dla niego nie tylko na śmierć, ale i na pokarm duszy.
Dziecię stało się młodzieńcem. Młodzieńca czeka ciężka walka ze światem, ze samym sobą, z mocami ciemności. Od tej walki nikt nie jest wolnym, ani mężczyzna ani niewiasta. Aby tedy człowiek w niej nie uległ, Chrystus ustanowił Sakrament Bierzmowania, dostarczającego mocy i duchowej zbroi na bój zwycięski.
Pomimo to jednak upada siedem razy na dzień nawet sprawiedliwy. Wciąż też człowiek potrzebuje rady, pociechy, pomocy. Więc Sakrament Pokuty ustanowiony nie tylko na jeden raz w życiu. Mąż zaufania czeka ciągle w konfesyonale, żeby błądzących zaprowadzić na drogę zbawienia, dręczonych niepokojem uspokajać, synów marnotrawnych przyoblekać w szatę łaski.
Ponieważ też droga do ostatniego celu daleka jest, uciążliwa, Kościół nie jeden tylko raz, ale wciąż zastawia ucztę z Ciała i Krwi samego Boga.
Wreszcie nadchodzi czas, kiedy lepianka ciała ludzkiego poczyna się psuć i chylić ku ziemi, z której jest stworzona. Do jej drzwi puka śmierć. Aby człowiek w tej najcięższej chwili nie popadł w rozpacz, Bóg ustanowił osobny Sakrament, ułatwiający mu rozstanie się z doczesnością i przejście w błogosławioną wieczność. Jest to Sakrament Ostatniego Namaszczenia. Namaszczony zostaje człowiek cały — na oczach, uszach, nozdrzach, ustach, rękach, aby cały mógł zmartwychwstać w stanie uwielbionym.
Kto jednak tych wszystkich łask sakramentalnych dzieciom i młodzieńcom i starcom będzie udzielał? Trzeba je sprowadzić aż z Serca Bożego. Nie rosną one jak owoce naturalne na gruncie tego świata. Otóż Pan Bóg wybrał z pomiędzy ludzi niektórych na kapłanów i przeznaczył ich na uświęcenie reszty braci. Aby zaś ich władza i moc nauczania, błogosławienia, rozgrzeszania, ofiarowania nigdy nie zaginęła, postanowił równocześnie, żeby ci, którzy wśród nich są arcykapłanami, osobnym Sakramentem przenosili w spadku urząd i władzę kapłańską na coraz nowe wybrańce i to aż do skończenia świata. W ten sposób, przez przyjęcie tego Sakramentu każdy kapłan wstępuje w szereg swoich poprzedników i następców, czyli w koło swoich wszystkich współpomazańców jako przedstawiciel samego Boga. Stąd dzieje się też, że w kapłanie nie jego, ale jego Święty urząd czcimy, i że chyląc głowę pod dłoń kapłana chylimy ją pod błogosławieństwo samego Boga, które temsamem nie traci swej skuteczności i mocy nawet wtedy, kiedy przechodzi przez narzędzie grzeszne.
Myślicie może, najdrożsi moi, że chcąc opisać zbawiennych a wszechstronny wpływ Sakramentów Świętych na życie chrześcijańskie, skorzystałem z dzieła jakiegoś Ojca Kościoła lub znamienitego Teologa? Nie. To poeta¹) wielki, zresztą wierze katolickiej niechętny, w chwili jasnowidzenia i szczerości tak głęboko odczuł i opowiedział piękność i znaczenie Sakramentów Kościoła katolickiego.
Gdy do tego świętego koła sakramentalnych czynności, obiegającego życie człowieka od kolebki do grobu dołączymy jeszcze nasze Sakramentalia, to już i dziwić się nie będziemy, iż nawet innowiercom głębiej myślącym wyrywa się nieraz z duszy wyznanie, że jeśli w innych religiach przynajmniej do czasu, wygodniej jest żyć, to we wierze katolickiej w każdym razie bezpieczniej, lepiej i spokojniej umierać.
Przebywając w ojczyźnie, gdzie Sakramenta i Sakramentalia mamy, dzięki Bogu, każdej chwili na nasze zawołanie, nie umiemy nieraz ocenić całej ich doniosłości w życiu i przy śmierci. Inaczej, gdy się znajdziemy na obcej ziemi, gdzie o kapłana katolickiego trudno.
W Saksonii umierało trzy lata temu w szpitalu protestanckim piętnastoletnie dziewczę polskie, które z Galicyi wyszło za zarobkiem. Dowiedział się o chorej kapłan polski, który na czas wakacyjny pojechał za wychodźcami, aby przynajmniej nie całkiem byli pozbawieni posługi duchowej. Wysłuchał jej spowiedzi, udzielił Ostatniego Namaszczenia. „Teraz jestem już spokojniejsza, mój Ojcze, rzekło dziewczę, ale jeszcze nie całkiem. Brak mi tu bowiem mojej drogiej matusi. Niema też nikogo, ktoby mi w chwili konania podał gromnicę. Boli mię dalej myśl, że na cmentarzu protestanckim nikt nad moim grobem nie odmówi: »Wieczne odpoczywanie.«"
Gdzieindziej protestantka straciła dorosłego syna. Nie mogąc się utulić w smutku, poszła do swojego pastora i pytała: Czy jej modlitwa przyda się duszy ukochanego dziecka? Pastor był bezdzietny. Odrzekł, że modlitwa zmarłemu nic nie pomoże. Niezadowolona w sercu tą odpowiedzią i niespokojna udała się po radę do drugiego. „Módl się," miał odpowiedzieć ten drugi. „I ja się modlę, bo także syna straciłem."
Wyznanie to dowodzi, że jedynie wiara katolicka daje pełny pokój rozumowi i sercu.
Za swoich zmarłych modli się Kościół katolicki nie tylko tuż po ich zgonie. Pamięta o nich w każdej Mszy Świętej, pamięta w codziennych pacierzach kanonicznych, powtarzając po kilkakroć na dzień: „Dusze wiernych zmarłych niech odpoczywają w pokoju" — a raz w rok zwołuje na groby do modlitwy wszystkie swoje dzieci, i tak będzie czynił wciąż... aż czyściec nie ujrzy całkiem próżnym.
Piękność i wspaniałość Kościoła katolickiego uwydatnia się jeszcze więcej, jeśli zwrócimy uwagę na jego zasługi około rozwoju nauk świeckich. Chociaż bowiem głównem jego powołaniem szerzyć znajomość prawdy nadprzyrodzonej, to jednak Kościół katolicki od początku swego istnienia tyle zawsze okazywał czci dla prawdy przyrodzonej, jak gdyby dla jej tylko krzewienia był ustanowiony. I nie może być inaczej. Wszak człowiek, stając się chrześcijaninem, nie przestaje być człowiekiem i nie może temsamem wyrzec się żadnej ze szlachetnych dążności, które Stwórca złożył w jego duszy. Wie też Kościół, iż tensamBóg prawdy, który objawia się we wierze, objawia się też w wiedzy, i że gdzie grunt przydzony lepiej jest uprawiony prawdziwą kulturą, tam praca koło uświęcenia ludzi bardzo jest ułatwiona i większe wydaje owoce łaski. Kościół zwalcza tylko postęp bezbożny. I słusznie. Bo to nie postęp, ale odstęp i cofanie się do barbarzyństwa. Był nawet czas, kiedy tylko Kościół katolicki pracował nad postępem nie tylko nauk teologicznych, ale także świeckich i sam jeden szerzył oświatę. Nie za wiele więc powiemy, twierdząc, że jest on podstawą cywilizacyi europejskiej.
Księgi ogromne musiałby znowu napisać, ktoby choć pobieżnie chciał kreślić zasługi Kościoła koło chrześcijańskiej oświaty. Wspomnę tylko, że on pierwsze otworzył szkoły ludowe bezpłatne. Kiedy mowa o szerzeniu oświaty, nieprzyjaciele zarzucają mu, że tych szkół założył nie wiele. Prawda, że ich nie otworzył tyle, ile ich zakładają dzisiejsze rządy świeckie. Ale też nie wybierał na nie osobnych milionowych podatków, bez których organizacya szkół jest niemożliwa. Robił wszystko, co mógł, stosownie do środków, jakimi rozporządzał. Jemu też zawdzięcza świat najstarsze a największe uniwersytety. On narody przez swych mnichów nauczył postępowego rolnictwa. On urządzał warsztaty, zorganizował cechy. On wydał wielkich poetów, fizyków, przyrodników, astronomów, prawników, historyków. I dziś ma przedstawicieli nauki na wszystkich polach wiedzy, którzy jakością nie ustępują nikomu. Niedawno urządzono we Francyi rodzaj powszechnego głosowania, kogo też Francuzi uważają za największego swego męża czasów ostatnich? Uznano nim zmarłego niedawno profesora Pasteura. Męża tego, idąc za głosem powszechnym, nazwał też rektor uniwersytetu lwowskiego w swej mowie inauguracyjnej w r. 1905/6 geniuszem XIX. wieku. Mało kto jednak dodaje, że ten wielki uczony i dobroczyńca ludzkości uważał sobie za szczęście, kiedy mógł brać udział w procesyi kościelnej ze świecą w jednej ręce, z różańcem w drugiej. Umierał też mając u boku kapłana i krzyż tuląc do ust i serca.
Przyznać, że dzisiaj katolicy mają co do ilości mniej wybitnych przedstawicieli nauki świeckiej niż niekatolicy. Temu nie winien jednak Kościół, ale stosunki polityczne i ekonomiczne krajów katolickich. Prawie wszędzie bowiem rządy liberalne skonfiskowały majątki duchowne niezbędne do kształcenia uczonych i do utrzymania zakładów naukowych. Mimo jednak wszystkie trudności Kościół wciąż dotrzymuje kroku wielkim pradom myśli ludzkiej, stosując hasło Chrystusowe: „Kto nie postępuje, ten się cofa" do wszelkiego postępu i rozwoju a więc także do postępu wiedzy, w wynalazkach, w pracy społecznej, w sztuce.
Bo i udział w sztuce leży we krwi Kościoła. Wszak rzecz znana, że największe arcydzieła malarstwa, rzeźby, budownictwa wyrosły na kulcie i jakby na ołtarzu katolickim. Niepodobna nie wspomnieć tutaj także o liturgii katolickiej. Jest ona bowiem żyjącem arcydziełem sztuki, — poezyi, muzyki, malarstwa, rzeźby, architektury, — dziełem zbiorowem a równocześnie najbardziej zharmonizowanem, bo poczętem z tej samej myśli uczczenia przez geniusz ludzki Jego Twórcy, Boga. Znane liturgiczne teksty i prozy Średniowieczne, to najpiękniejsza Ewangelia muzyczna, przystępna jak Ewangelia pisana umysłom najbardziej wydelikaconym i najbardziej prostym. Co piękniejsze, pyta pewien esteta katolicki, co piękniejsze, czy treść i tony psalmu De profundis (Z głębokości...) czy Dies irae — (Dzień, on dzień sądu Pańskiego...)? I odpowiada: przenoszę „Dies irae" nad „De profundis" a „De profundis" nad „Dies irae". Psalm „De profundis" krzykiem jest o miłosierdzie Boże duszy ogołoconej już z ciała i rzuconej nago w płaczu przed swego Sędziego. „Dies irae" maluje bezmierny popłoch, jaki ogarnie stworzenie w dniu sądu ostatecznego. Psalm „Miserere" (Zmiłuj się nade mną Boże) cały jest osypany popiołem. W „Rorate caeli — Spuśćcie nam na ziemskie niwy" wypowiada się tęsknota całej ludzkości za obiecanym Odkupicielem. W „Gorzkich żalach" i w „Stabat Mater" (Stała Matka Boleściwa) dusza płacze nad męką Zbawiciela i cierpieniem Jego Matki. Kolędy i pieśni wielkanocne wybuchem są radości z narodzenia i zmartwychwstania Pańskiego. „O salutaris Hostia", „Tantum ergo" — „O Przenajświętsza Hostyo" i „Przed tak wielkim Sakramentem" hołdem są czci i miłości dla Boga-Człowieka utajonego w Najświętszym Sakramencie. Nie mogę nie wspomnieć także o naszem „Święty Boże, Święty mocny, Święty nieśmiertelny" — które prawdziwym jest szturmem do nieba.
Z wszystkich zaś tych powodów Kościół katolicki nazwać trzeba najwspanialszem zjawiskiem w dziejach świata. Nie za wiele też, jeno jeszcze za mało powiedział niedawno głośny pisarz niekatolicki¹) kiedy zawyrokował, iż jest to prawda historyczna a zarazem doświadczalna: że szkoła i Kościół zarazem są potrzebne ludzkości.
Nie wystarcza jednak patrzeć na Kościół katolicki oczyma estety, czyli nie dość tylko go podziwiać. Trzeba naukę jego całą duszą przyjąć, chować przykazania, żyć jego życiem.
¹) Reinach.
**b) Życie z Kościołem.**
Święty Augustyn opowiada w swych Wyznaniach¹), że w Rzymie żył za jego czasów słynny mówca Wiktoryn, którego nawrócenie przyczyniło się niemało do jego własnego ostatecznego nawrócenia. Wiktoryn był ulubieńcem pogańskiej arystokracyi. Rozczytawszy się w księgach chrześcijańskich, przybył pewnego razu skrycie do Świętego i uczonego męża Symplicyana, jak niegdyś Nikodem do Jezusa, i oświadczył poufnie, iż wiarę chrześcijańską uważa za prawdziwą. Wiedz, Symplicyanie, dodał, że jestem już chrześcijaninem. Na to Symplicyan: Nie uwierzę; nie połowicznie dowiedzę się dzisiaj do zakonu Chrystusa, póki cię nie obaczę w kościele. Jakto? — odrzekł Wiktoryn, albożto mury kościoła robią człowieka chrześcijaninem?" I tą ironiczną uwagą zbywał on Symplicyana za każdym razem, kiedy tenże domagał się od niego publicznego wyznania wiary. Właściwego powodu, dla którego unikał zgromadzenia chrześcijan, Wiktoryn jeszcze nie miał odwagi wyjawić, mianowicie, iż przez jawne przyjęcie chrztu lęka się utracić łaskę dotychczasowych możnych przyjaciół. W końcu zmoghła go jednak łaska Boża, i tknięty bojaźnią, że jeśli dalej będzie wstydził się przyznać publicznie do Chrystusa, Chrystus się go wyprze w dzień ostateczny, przystąpił wreszcie do Symplicyana i rzekł: „Pójdziemy do kościoła — chcę zostać chrześcijaninem." Kiedy już należycie był przygotowany, kapłani, wiedząc, że na jego chrzest zbiegnie się cały Rzym, oświadczyli gotowość przyjęcia jego wyznania wiary i udzielenia mu chrztu bez świadków. Ale wtedy Wiktoryn się nie zgodził na ukrywanie swego wyznawstwa. Z prawdziwem męstwem chrześcijańskiem wygłosił on Skład wiary z miejsca podwyższonego w kościele i przyjął chrzest w obliczu całego zgromadzenia chrześcijan.
Jak za dni Augustyna, tak i dziś znajdują się ludzie, których do gniewu przyprowadziłby, ktoby im przypomniał, że nie są prawdziwymi katolikami, skoro do Chrystusa przyznają się tylko w czterech ścianach swego domu, a poza domem żyją jak niechrześcijanie. Do nich wszystkich wołam: dopiero wtedy uwierzę, że jesteście katolikami prawdziwymi, gdy ujrzę, że Ojca Świętego słuchacie z przekonania i chowacie obok przykazań Bożych także przykazania kościelne.
Nie ulega bowiem wątpliwości, że Kościół ma prawo stanowienia przykazań. Tymsamym bowiem apostołom, którym Zbawiciel powiedział: „Idąc na cały świat, nauczajcie wszystkie narody," rzekł też: „Uczcie je chować wszystko, com wam kolwiek przykazał" (Mat. 28. 19, 20). I „kto was słucha, mnie słucha. — Jako mię posłał Ojciec, i ja was posyłam" (Jan 20, 21). Również słowa wyrzeczone do Piotra: „Paś baranki moje, paś owce moje" wskazują, że każdoczesny papież jest nie tylko nieomylnym nauczycielem, ale też najwyższym prawodawcą w Kościele.
Katolik otacza tedy najgłębszą czcią i miłością papieża i z oburzeniem odpiera głosy, mianujące go w narodzie potęgą obcą. Jak bowiem Bóg nigdzie nie jest Obcym, ale wszędzie jest u siebie, tak władza papieża, widzialnego zastępcy Boga na ziemi, nigdzie nie jest obcą, ale dla każdego narodu najbardziej rodzimą i prawowitą. Posłuszeństwo i przywiązanie ma katolik dla Ojca Świętego nie warunkowe i nie na wymowę, ale szczere, całkowite, płynące z przekonania, że papież w sprawach wiary zastępuje nam samego Chrystusa.
„Biada narodowi, który chce Kościół nauczać a od Kościoła nie bierze nauki, albowiem Bóg jego widzenie zaciemni, i szukać będzie musiał omackiem drogi przeznaczeń Swoich a znaleźć jej nie zdoła." Radość Ojca Świętego dobry syn Kościoła uważa za wesele własne, smutek jego za własny smutek. Nie odmawia mu też dorocznej synowskiej daniny, wiedząc, że on Świętopietrza używa na rozszerzanie Królestwa Chrystusowego i na wspieranie najbiedniejszych członków wielkiej rodziny chrześcijańskiej. Dobry katolik nie zachwieje się wreszcie w wierze, choćby widział, że na zniszczenie Stolicy Piotrowej połowa świata się podniosła. Większa moc Boska, powtarza on, niż złość ludzka!
Było to w roku 1812. Napoleon sprowadził papieża Piusa VII. jako więźnia z Rzymu na swój zamek w Fontainebleau, poczem niby bożek woiny pociągnął z niezliczonym wojskiem pod mury Moskwy. W tym czasie służył u protestanckiego ogrodnika jako pomocnik katolik irlandzki. Gdy pewnego dnia zajęty był pracą, jego chlebodawca uwiadorrmił go, iż papież został uwięziony, i dodał: teraz już przecież musicie się wyrzec swojego papieża, bo nigdy on więcej nie wróci do Rzymu. O nie — odpowiedział katolik — powróci do Rzymu, na pewno powróci. Idziemy o zakład, rzekł protestant. I owszem, idziemy o zakład, odrzekł katolik.
I stało się niezadługo, że Napoleon stracił tron, a papież wrócił do swojego Rzymu. Wtenczas protestant wręczył katolikowi przegraną sumę. Kiedy tenże pieniądze przyniósł do domu, żona rzekła: Nie, tych pieniędzy przyjąć nie możesz; zakład był nieważny, boś ty przecież napewno wiedział, iż Bóg obiecał, że bramy piekielne nie przemogą Opoki Piotrowej. — Masz słuszność, odpowiedział mąż — i odniósł protestantowi pieniądze.
¹) Księga VIII. r. 2.
Oto przykład wielkiej wiary w niezniszczalność papiestwa i związanego z nim Kościoła.
Dobry katolik jest też zawsze z synowskiem poszanowaniem i uległością dla biskupów i kapłanów. Wszak duchowieństwo na ziemi spełnia posłannictwo niezrównane. Ono krząta się, aby lud wierny nie zamarł głodem Słowa Bożego i łaski Bożej. Ono, rzec można, każdemu chrześcijaninowi otwiera księgę nadprzyrodzonego życia, ono ją też sakramentami umierających zamyka. Troskliwe o dobro Kościoła nie zapomina swych obowiązków wobec narodu. Historya świadkiem, że w sercach naszych biskupów i kapłanów najszlachetniejsze uczucia miłości wiecznej i ziemskiej ojczyzny prawie nieprzerwanie splatały się w jedno pasmo żywota. Stąd Chama powtarza grzech, kto dla rzeczywistych czy zmyślonych przewinień jednostek błotem bryzga na cały stan duchowny.
Katolik rozumie, że powołania kapłańskie trzeba wciąż modlitwą wyjednywać. O tę modlitwę błagałem rodziców zaraz w pierwszem mojem orędziu arcypasterskiemi. Wiem, ku wielkiej serca mego pociesze, że głos mój nie przebrzmiał bez echa. Dobre matki zapewniały mię, że codzień modlą się na tę intencyę z dziećmi swojemi. Bóg też seminaryum nasze duchowne zapełnił. Módlcie się, Ukochani moi, jednak także o to, abyśmy wybrańców zdołali wychować na kapłanów, umiejących całopalnie poświęcić się zawsze dla dusz zbawienia.
Katolik, jak powiedzieliśmy, chowa także przykazania Kościoła, które zresztą są tylko bliższem określeniem woli Bożej, wyrażonej w przykazaniach Boskich. Wszystkie one mają za cel szczęście wieczne a nawet doczesne ludzkości. Wszystkie też najzupełniej odpowiadają naturze człowieka. Jest w nich i najwyższy rozum i najtroskliwsza miłość matki bogatej w największe doświadczenie, bo wychowującej Bogu dzieci od początku świata.
Zwrócimy uwagę, choć kilku słowy, na niektóre z tych przykazań.
Ofiarę Mszy Świętej ustanowił sam Chrystus, aby wierni z niej i na niej z otwartych słowy konsekracyjnemi ran Jezusowych mogli czerpać niezbędne dla siebie łaski odkupienia. Z tego wynika już, że wola jest Chrystusa, żebyśmy wszyscy bywali na Mszy św. Nie orzekł jednak Zbawiciel, jak często jednostka i cała gmina chrześcijańska ma się na Mszy zbierać. Zostawił to swojemu Kościołowi. Co Kościół rozrządzi, to tak samo jak gdyby On własnemi usty rozrządził. Otóż Kościół wiedząc, że człowiek zwyczajny jest nieskory do rzeczy duchownych, określił przykazaniem Swojem, że wierni przynajmniej co niedzielę i święto muszą być na Mszy Św., aby wciąż słyszeć wezwanie: „Sursum corda — Co w górze jest, szukajcie", aby odmówić publicznie wspólny Skład wiary i Ojcze nasz, tę modlitwę powszechnego braterstwa i złożyć Bogu razem z kapłanem niekrwawą ofiarę.
Więc, Bracie mój serdeczny, nie za ciężar sobie poczytuj, że Kościół woła cię co niedzielę i święto na Mszę Świętą. Idź na nią dla coraz większego szczęścia, i niech cię nic od spełnienia tego obowiązku świętego nie powstrzyma poza powodami usprawiedliwiającymi, które katechizm wymienia. Nie mów, że tobie lepiej rozmawiać z Panem Bogiem na samotności, w ścianach swojego domu. Bo chociaż prawda jest, że na każdem miejscu można ręce czyste wznosić do nieba (1. Tymot. 2, 8), to jednak z drugiej strony rzecz dowiedziona, że ludzie, którzy całą duszą uczestniczą we wspólnych nabożeństwach kościelnych, ci także w ciszy swej izdebki i dużo i dobrze się modlą, podczas gdy ci, którzy od kościoła stronią, także poza kościołem się nie modlą. Zresztą tu nie o to chodzi, co jednostce więcej dogadza, ale aby wolę Bożą spełniono. Wola zaś jest Boża, abyśmy wszyscy jako żywe członki mocno trzymali z całem jego ciałem mistycznem. „Albowiem gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w Imię Moje, tamem jest w pośrodku ich", powiada Chrystus. Kto się zaś od rodziny chrześcijańskiej oddziela, ten tem samem oddziela się od Ojca niebieskiego i Syna Jego.
* * *
Podobnie jak Ofiara Mszy Św. jest też spowiedź i Komunia Święta ustanowienia Bożego. „Komu odpuścicie grzechy, powiedział Zbawiciel, są mu odpuszczone." I „jeślibyście nie jedli Ciała Syna człowieczego i nie pili Krwi Jego, nie będziecie mieć żywota w sobie" (Jan 6, 54). Kościół więc znowu osobnemi przykazaniami określił tylko czas i ostateczną granicę, poza którą spowiedzi i Komunii Św. nie wolno odkładać pod grzechem ciężkim.
Zgubę tedy wieczną gotuje sobie człowiek, który mówi: Nie potrzebuję wyznawać grzechów przed kapłanem, bo spowiadam się i kają wprost przed Bogiem. Obmyślenie bowiem sposobu, w jaki ludzie mają oczyszczać się z grzechów, nie do nas należy, lecz jest wyłącznym przywilejem obrażonego Boga. Nasza rzeczą tylko korzystać z trybunału miłosierdzia. Chorych na ciężkie choroby chroniczne lekarze co roku wysyłają do źródeł i kąpieli leczniczych. I słuchają tego zarządzenia najskrupulatniej ludzie. Jeśli zaś niektórzy się do niego nie stosują, to powodem brak środków. A ty, mój Bracie, miałbyś mniej dbać o zdrowie twojej jedynaczki, duszy nieśmiertelnej, którego to zdrowia poza lecznicą spowiedzi nie znajdziesz! Kto się odważył być złym, powiada Św. Augustyn, ten zgodził się być nieszczęśliwym. Czembądź był, zawsze on nosi w duszy niepokój, a tem samem znajduje się w przedsionku piekła, po którym idzie zawsze właściwe piekło, jeśli dobrą spowiedzią złą nie naprawi.
Może lękasz się, mój Bracie, przyznać, że już lata całe leżysz w ciężkich grzechach. Otóż wiedz, że choćby do twojej duszy odnosiły się słowa, które Chrystus niegdyś wyrzekł o Łazarzu: „Jam foetet, już cuchnie", bo w grzechu trwa już lat pięć, dziesięć, trzydzieści, to jednak miłosierdzie Boże zaraz gotowe zawołać nad tobą, byłeś klęknął do spowiedzi: „Veni foras — wyjdź z grobu zgnilizny na nowe życie łaski!" Jedna spowiedź cię jednak jeszcze zdrowie nie uzdrowi całkowicie. Nawet po dobrej spowiedzi zostają jeszcze w duszy złe nałogi i namiętności. Rekonwalescencya trwa nieraz całe życie. Dlatego kapłan przepisze ci dyetę, jak to lekarz czyni u chorych. Wskaże więc czuwanie nad zmysłami, unikanie okazyi, może także posty. Dalej obmyśli środki wzmacniające jak modlitwę a przedewszystkiem częstszą spowiedź i częstą Komunię Św.
Komunia Święta, byłeśmy ją z wielką miłością przyjmowali, niezrównaną ma moc i siłę. Odczuli ją nawet świeżo nawróceni zeszłego wieku w Ameryce Północnej Indianie i nazywali stale dobrą medycyną, która duszę i ciało człowieka krzepi, uzdrawia.
Ale jest jeszcze inny ważny powód, dla którego Kościół pragnie zawsze, a zwłaszcza w dzisiejszych czasach ogólnego rozbicia, zgromadzić jak najczęściej dzieci swoje u wspólnego stołu eucharystycznego. Jak mianowicie już w porządku naturalnym pokarm i napój nie tylko utrzymuje życie pojedynczego człowieka, ale podany przy wspólnej uczcie, jest także środkiem do zbliżenia wzajemnego i zbratania ludzi: tak i Komunia Św., obok tego, że podtrzymuje i wzmacnia nadprzyrodzone życie jednostki, ma jeszcze ważne przeznaczenie społeczne jednoczenia wiernych z Chrystusem i między sobą. Tylko że to zbliżenie, którego dokonywuje uczta eucharystyczna, jest nieporównanie ściślejsze i doskonalsze od zdziałanego biesiadami zwyczajnemi. Przy ucztach zwyczajnych podają wszystkim przy tym samym stole potrawy tego samego rodzaju, ale nieżywe, a każdy biesiadnik inny kęs pożywa. Tu zaś przy bankiecie eucharystycznym wszyscy przyjmujemy pokarm nie tylko tego samego rodzaju, lecz ten sam nawet co do liczby i to taki, który rzeczywiście żyje i kocha, bo jest serdecznie miłującą i serdecznie miłowaną osobą. Rzecz zaś wiadoma, że najsilniejszą spójnią między ludźmi jest właśnie osoba kochająca i ukochana. Dość wspomnieć, że dziecię, kochające rodziców i bardzo przez nich kochane, nie tylko silnie ich jednoczy, ale często też miłość zastygłą na nowo rozbudza i rozpala. Tu zaś w Eucharystyi łącznia i spójnia nawet jest coś więcej niż osoba stworzona, bo sam Bóg-Człowiek, który nieskończenie wszystkich kocha i bezmiernie może i powinien być przez wszystkich kochany. Jezus Chrystus przyjęty w godnej Komunii tłumi też w człowieku łaską Swoją sakramentalną odruchy samolubstwa, nieprzyjaźni, zemsty, tamujące życie społeczne w ludzkości, a wywołuje myśli, uczucia pełne miłości, sprawiedliwości, miłosierdzia, wielkoduszności. Pod wpływem tych podniet wewnętrznych mniej człowiek myśli o swoich prawach, a więcej o obowiązkach i jak spełnić nawet życzenia bliźnich. Doświadczył tego każdy z nas na sobie, doświadczyli także nasi najbliżsi i znajomi, którzy na nas w tym dniu patrzyli i mówili: jakiż on dzisiaj uprzejmy, uczynny i dobry! W podobny zaś sposób jak na nas, działa łaska sakramentalna także na wszystkich innych, godnie przyjmujących Komunię, w parafii, w mieście, na wsi, w ojczyźnie, we wszystkich częściach świata, wszędzie pobudzając do aktów cnót społecznych.
Dopuściła Opatrzność wieloraki podział ludzkości na rasy, państwa, narody, klasy, stany. Według myśli i woli Bożej zewnętrzny ten podział nie powinien jednak nigdy sięgać aż do wnętrza dusz, a tem mniej dojść do całkowitego rozdwojenia, rozbratu, rozdarcia, rozbicia.
Daleko jeszcze do spełnienia tego planu Bożego. Urzeczywistni on się dopiero, gdy Eucharystya w całej prawdzie będzie tem, czem ją Bóg chciał mieć, to jest: wielką wspólną ucztą wszystkich dzieci Bożych.
* * *
Jeśli jeszcze zwrócimy uwagę naszą na przykazanie kościelne, dotyczące postów, to i tu się przekonamy, że ono jest najbardziej dobroczynnem. Przyznają to dzisiaj coraz częściej nawet nieprzyjaciele Kościoła. Doświadczenia lekarskie dowiodły bowiem, że gdyby ludzie przestrzegali postów kościelnych, uchroniliby się od wielu chorób i nie musieliby odbywać nieraz daleko uciążliwszych i przymusowych postów w zakładach leczniczych. Ale są jeszcze inne ważniejsze zbawienne skutki z uszczuplenia sobie i odmiany potraw. Streszcza je Kościół w swojej Prefacyi Wielkopostnej, kiedy głosi, że post niszczy występki, duchowi daje wzlot ku rzeczom wyższym, rodzi cnotę i zasługę. Dobrze więc dla nas, jeśli na post zapatrywać się zawsze będziemy podobnie jak Hozjusz. Kiedy pobożnemu uczonemu kardynałowi niektórzy radzili, aby miał wzgląd na wątłe swoje zdrowie i mniej był surowym w przestrzeganiu postu, on powiedział: „Czynię to dla własnego dobra. Pan Bóg przykazał bowiem czcić ojca i matkę, aby człowiek długo żył i dobrze mu się powodziło. Ojcem moim jest Bóg, matką moją Kościół. Otóż Pan Bóg, ojciec mój, każe mi pościć, a matka Kościół przepisuje, kiedy mam pościć. Słucham ich chętnie, bo spodziewam się za to żywota wiecznego."
* * *
I tak zawsze i wszędzie w każdym nakazie czy zakazie kościelnym odkryjemy, jak już zaznaczyliśmy, najwyższy rozum, troskliwy o chwałę Bożą i o dobro całego społeczeństwa.
Był czas, kiedy tylko prawie sam Kościół potępiał pojedynek jako zwyczaj barbarzyński, przeciwny przykazaniu Bożemu, rozumowi, dobru ogólnemu. Świat oburzał się nieraz na to stanowisko Kościoła i na surowe kary, któremi ścigał pojedynkujących się. Dziś i pod tym względem prawodawstwo katolickie doczekało się rehabilitacyi. Wśród katolików i niekatolików coraz liczniejsze bowiem powstawały związki, mające na celu całkowite wytępienie pojedynków ze społeczeństwa. Honor, głoszą członkowie tych związków, zasadza się zawsze tylko na praktykowaniu tego, co religia, obowiązek, sumienie, szlachetność, sprawiedliwość przepisują; naruszony zaś, naprawia się jedynie chrześcijańskiem przyznaniem się do winy i jej przebaczeniem. Takie moralne zwycięstwo odniesione nad sobą i przeciwnikiem nieporównanie jest wyższe, szlachetniejsze niż wszelkie fizyczne, zdobyte bronią i krwi przelewem.
* * *
Nikt tyle co Kościół katolicki nie przyczynił się do poskromienia pijaństwa, tego największego wroga ludzkości. Nie ustanie też Kościół w tej walce, aż — wsparty przez wszystkich ludzi dobrej woli — trunków alkoholicznych nie usunie do aptek, gdzieby je tylko za receptą lekarską otrzymywać można.
A jeśli tak jest, jeśli religia nasza w każdym szczególe najwyższym jest rozumem, to także i dziś nie wstyd, jeno największy honor, powtarzać za naszym Janem Zamojskim: „Lepiej nie żyć, aniżeli w tej wierze katolickiej nie żyć!"
c) Uwielbienie i obrona Kościoła.
Niczem Kościoła lepiej nie uwielbimy i nie utwierdzimy w duszach jak rozkrzewiając gruntowną znajomość jego nauki. Kładąc to szerzenie znajomości nauki katolickiej na czele wszystkich obowiązków, idę tylko za wskazówką ukochanego Ojca Św. Piusa X, który pragnie, aby w każdej parafii pod kierownictwem kapłanów także ludzie świeccy pomagali uczyć religii a nawet związali się w osobne bractwo katechizmowe. I nie umrę spokojny, jeśli się nie dowiem, że w archidyecezyi naszej świeccy i duchowni wspólną pracą apostolską doprowadziliśmy do tego, że niemasz wśród nas ani jednego dziecka i człowieka dorosłego, którzyby nie znali i nie rozumieli należycie przynajmniej podstawowych prawd wiary.
Jak zaś czcigodnem, świętem i zasługującemi jest to uczenie katechizmu dzieci własnych i ludzi obcych, poznacie należycie, ukochani moi, dopiero w dzień sądu Bożego. Wtenczas Zbawiciel podziękuje Wam w obliczu całego nieba i ziemi, że Jego samego uczyliście. Gdy zapytacie: Panie, kiedyś Ty pobierał od nas naukę, Ty, który uczysz wszystkich i wszystkiego? On odpowie: Kiedy najmniejsze dziecko lub zaniedbanego człowieka dorosłego uczycie, ja się uczę, bo oni członkami są Moimi ¹).
Bardzo skuteczna będzie też lekcya katechizmowa, jeśli, dobry ojcze i matko, często dzieciom swoim powtarzać będziesz, że wolałbyś chodzić z niemi od domu do domu o zebranym chlebie i widzieć je raczej na katafalku, niż dochować się w nich zdrajców Chrystusa. A na śmiertelnej pościeli kiedy im dawać będziecie ostatnie błogosławieństwo, nie zapominajcie też od nieletnich i dorosłych odbierać obietnicy, że ZAWSZE pozostaną wiernemi Kościołowi Świętemu.
A tak niechaj Wam do tego, drodzy rodzice, i dziatwie Waszej Pan Bóg dopomoże!
Pracuje dalej, zwłaszcza w czasach dzisiejszych, nad uwielbieniem i wywyższeniem Kościoła, kto słowem i mieniem pomaga organizować warstwy robotnicze, ludowe, i wogóle całe społeczeństwo na podstawach Ewangelii. Potrzebę i program tej organizacyi już dawniej omówiłem. Tu dodam tylko, że szczęśliwi, którzy doczekają się ostatecznego tryumfu społecznych zasad Kościoła katolickiego w całej ludzkości. Ale szczęśliwsi, którzy będą sobie mogli powiedzieć, że wysiłkami swoimi i poświęceniem się dla drugich do zwycięstwa tego się przyczynili, tryumf ten przyspieszyli! Bo, że te lepsze czasy nastąpią, to rzecz chyba pewna. Wszak niepodobna przypuścić, że Bóg stał się człowiekiem, poświęcił tę ziemię łzami, potem, Krwią Swoją i zostawił nam Swoją Ewangelię na to tylko, aby jako rezultat ostateczny osiągnąć tak smutne widowisko, jakie świat przedstawia od wieków dziewiętnastu ¹).
Nie nowina dla Polaka, nadstawiać osłoną piersi dla sprawy Chrystusa. Najwięksi z naszych królów, wodzów nigdy nie oddzielali miłości ziemskiej ojczyzny od miłości Kościoła katolickiego. Można też bez przesady powiedzieć, że podobnie jak Jakób Sobieski, każdy szlachetny ojciec ustnym czy pisanym testamentem swoim przemówił do syna: „Wiarę i Kościół katolicki, gdzie się tylko poda sposobność, radą, ręką, językiem bronić pod ojcowskiem błogosławieństwem nakazuję." Stąd słowa: „Romanae Ecclesiae ensis clypeusque — Kościoła rzymskiego miecz i tarcza", które w Rzymie stoją przy postaciach Karola W. i Ferdynanda Katolickiego, mogłyby równie dobrze jaśnieć nad głowami naszych Jagiellonów, Batorych, Żółkiewskich, Sobieskiego. Jak najlepsi nasi królowie i wodzowie, tak czuł też i czuje do dziś dnia prawie cały lud polski. Godzi się tu przypomnieć zdarzenie, które zwróciło przed kilkudziesięciu laty uwagę całego świata katolickiego, a i dziś jeszcze bywa przytaczane w dziełach obcych jako wzór wielkiego przywiązania naszego ludu do Kościoła i Stolicy Świętej. Było to 17 lipca 1871 roku. Przed Piusem IX. jawili się wysłannicy katolików z Księstwa Poznańskiego i z Galicyi i przedstawili adres hołdowniczy imieniem Polski. Równocześnie złożyli oni u stóp Papieża pięć tomów podpisów. Z jednej wsi lud wierny podpisał swe imiona krwią na znak, że gotów dać i życie swoje w obronie Świętej Wiary katolickiej.
Pytacie, przed kim i w jakiej sprawie nam dziś bronić Kościoła, kiedy przecież hordy Tatarów, Turków już oddawna nie najeżdżały granic naszej ojczyzny?
Bracia moi serdeczni — wrogów Kościoła jest dzisiaj więcej, niż za dni wolnej Rzeczypospolitej.
Jednem z takich niebezpieczeństw, które Kościołowi zagraża i to nie tylko od nieprzyjaciół zewnętrznych, ale co smutniejsze, także od własnych synów, to tak zwany katolicyzm postępowy czyli zreformowany. Nie łatwo określić, na czem ten rzekomo ulepszony katolicyzm polega, bo prawie każdy z jego przedstawicieli pojmuje go inaczej. Jedni chcą z religii chrześcijańskiej wyrugnować wszystkie dogmata, a zostawić tylko naukę moralności. Inni gotowi zostawić dogmata, ale pod warunkiem, że Kościół nada im odmienne od dotychczasowego znaczenie, odpowiednio do postępu nauk świeckich. Wedle nich wszystko bowiem wciąż się w świecie zmienia, czyli jak mówi filozof grecki, płynie — πάντα ῥεῖ. Jak każda epoka ma swoją własną kulturę świecką, tak posiada ona także, jak twierdzą owi postępowi katolicy, swoją właściwą prawdę religijną, która znowu musi ustąpić miejsca religii stuleci następnych. Jeszcze inni samozwańczy nauczyciele pragnęliby przedewszystkiem zburzyć, usunąć różnice między wyższem a niższem duchowieństwem, a przynajmniej ściesnić bardzo władzę papieża i biskupów. Niby z życzliwości dla katolicyzmu chcą też znieść celibat, ograniczyć szafarstwo Sakramentów, a właściwie całkiem wyprowadzić duchowieństwo z Kościoła, aby, gdy ono raz z Kościoła wyjdzie, już go tam więcej nie wpuścić. Prawie zaś wszyscy ci nowinkarze, nawołujący Kościół do pojednania się z kulturą nowoczesną i przystosowania się do ducha czasu we wszystkiem, w mowie, w pismach, w kazaniach, ubierają swe myśli w słowa dwuznaczne, w formy mgliste, aby w ten sposób zawsze zostawić sobie furtkę otwartą ku obronie i nie ściągnąć na siebie potępienia Stolicy Świętej a jednak równocześnie usidlić naiwnych.
Otóż nie przeczę, że niejedno w stosunkach Kościoła, a raczej w jego wyznawcach wymaga naprawy, ulepszenia. Rzecz znana, że wśród rzeszy katolickiej jest wielu, co jak pogański bożek Janus dwa mają oblicza. W kościele, na święta, na czas misyi, rekolekcyi czują się katolikami, a przynajmniej udają katolików, ale gdy znajdą się wśród wilków, to wyją z wilkami. Usuwać nam więc z życia naszego wszelką dwulicowość, co to i Panu Bogu się pokłoni i Jego nieprzyjacielowi. Odrodzenia wewnętrznego potrzebują też niektóre instytucye, organizacye i bractwa kościelne, aby naprawdę udoskonalały swoich członków a nie tylko służyły do uświetnienia kościelnych procesyi. Trzeba też pilnie rugować wszelkie dewocye, które trącą zabobonem, jeśliby się gdzie pojawiły, i dążyć wciąż do pogłębienia u nas katolicyzmu przez rozbudzenie ducha ofiary, sprawiedliwości społecznej, czynnej miłości bliźniego. Wszystko to konieczne. O takie reformy i naprawy woła też wciąż Ojciec Święty. Chodzi tu więc o ulepszenie nie nauki katolickiej, która jest dobra, lecz ludzi, którzy nie zawsze dorastają do ideału wyznawanej nauki.
Ale to, co nam niosą przedstawiciele tak zwanego zreformowanego katolicyzmu, to już nie naprawa, ale zagłada Kościoła i ostateczne poniżenie jego duchowieństwa. Religii wyzwolonej z wszelkich dogmatów i praktyk religijnych niepodobna nawet sobie przedstawić, jak nie można sobie wyobrazić muzyki bez tonów, nut i interwałów, myślenia bez myśli, patryotyzmu bez ojczyzny, drzewa bez kształtów ¹). Niemożliwa też ocalić prawideł moralności, jeśli się je oddzieli od nauki wiary, bo będą one zawsze jak ten kwiat, któremu psotnik poderwał korzonki, to jest: bez oparcia, bez soku życiowego, bez siły. Tak samo rozsypałby się w gruzy gmach wiary katolickiej, gdyby się reformatorom udało zniszczyć nadaną Kościołowi przez Chrystusa hierarchiczną konstytucyę.
Kiedy te słowa już napisałem, dochodzi mię głos Namiestnika Chrystusowego, który krótko i dosadnie naukę niepowołanych reformatorów świeckich i duchownych określa i piętmuje jako streszczenie wszystkich dawniejszych błędów przeciw wierze, jako truciznę, zawierającą jad wszystkich dotychczasowych herezyi ¹).
Z tem, co w nowożytnej cywilizacyi jest prawdą i dobrem, Kościół nie potrzebuje dopiero godzić się i pojednywać, bo nie był on nigdy w rozbracie i wojnie z rzetelnemi zdobyczami naszych czasów. Przeciwnie, jak już wspomnieliśmy, powiększał on stale i wciąż jeszcze pomnaża także własną pracą żelazny kapitał prawdziwego postępu, ten wspólny trwały dorobek ludzkości. Z drugiej jednak strony Kościół nigdy nie uzna za prawdę pozorów prawdy a tem mniej oczywistego fałszu ani też przestanie potępiać pierwiastków rozkładu i śmierci moralnej, bo zaparłby się swej Bożej misyi i swojej istoty, gdyby z błędem i złem wszedł w przymierze choćby na dzień jeden.
Baczność więc, Bracia, przed fałszywymi prorokami! Strzeżonego Pan Bóg strzeże!
Jako zdrady na Chrystusie i własnym narodzie zwalczać nam też wszelką myśl i zakusy, zmierzające do wytworzenia Kościoła narodowego czyli oderwanego od Rzymu; Kościoły bowiem odszczepiencze co najwięcej mogą mieć tylko znaczenie chwilowego przedsionka do jedynie prawdziwego Kościoła Chrystusowego, ale nigdy być ostatecznym i najwyższym celem religijnego rozwoju jakiegoś narodu!
* * *
Innym taranem, którym nieprzyjaciele chcą u nas rozbić Kościół, to szkoła bezwyznaniowa czyli bez religii, a dalej rozwody.
Znowu nikt nie przeczy, że dzisiejsza szkoła w niejednym kierunku potrzebuje ulepszenia. Ale nie naprawimy, jeno pogorszymy ją, jeśli obedrżemy z religii i praktyk katolickich. Zawsze tyle wart owoc, co drzewo. Bezbożna szkoła wychowa tylko półludzi, zbrodniarzy. Żaden tedy katolicki ojciec nie może oświadczyć się za taką szkołą. Nie mniej, ale jeszcze więcej potrzeba nam w szkole religii, udzielanej przedewszystkiem metodą poglądową czyli przykładem życia chrześcijańskiego przez całe grono nauczycielskie, jeśli chcemy, żeby z naszych uczelni wychodzili i znakomici obywatele i wielcy zarazem katolicy.
Słyszeliście, Najdrożsi moi, że w niektórych wypadkach wolno rozejść się nawet katolikom, którzy ślub wzięli w kościele, jeśli mianowicie związkowi ich stoi na zawadzie pokrewieństwo czy powinowactwo lub inna przeszkoda, czyniąca małżeństwo nieważnem. Co więcej, jeśli się okaże, że są to przeszkody takie, od których Kościół nigdy nie daje dyspensy, to tacy rzekomi małżonkowie nawet muszą rozdzielić się na zawsze, i obie strony mogą wstąpić w związek małżeński z innemi osobami. Znana wreszcie rzecz, że Ojciec Św. z ważnych bardzo powodów unieważnia niekiedy związek ślubny małżonków, między którymi nie było jeszcze pożycia małżeńskiego albo z których przynajmniej jeden składa za zgodą drugiego wieczyste i uroczyste śluby zakonne. Prócz tego pozwala także Kościół z ważnych przyczyn na chwilowy lub całkowity rozdział małżonków od stołu i łoża, czyli na to, że mogą mieszkać osobno, choć nie wolno im zawierać nowych związków małżeńskich.
Masonów, socyalistów i niektórych katolików wolnomyślących jednak ta praktyka Kościoła nie zadowala. Domagają się oni, aby parlament uchwalił ustawę, pozwalającą na śluby cywilne, to jest na zawieranie związku małżeńskiego przed starostą, burmistrzem, wójtem, a także na rozwody z różnych przyczyn, których prawo kościelne nie uważa za wystarczające do całkowitego rozerwania ważnego małżeństwa. Wszyscy ci zwolennicy rozwodów, aby tylko Kościół zohydzić, głoszą, że katolickie ustawodawstwo małżeńskie jest za surowe, przestarzałe, zacofane, społeczeństwu szkodliwe.
Co na te zarzuty odpowiedzieć? Czy ci oskarżyciele Kościoła rzeczywiście przemawiają imieniem całej ludzkości? Czy dzisiejsza nauka świecka naprawdę doszła do wyniku, że nierozerwalnność małżeństwa szkodę przynosi społeczeństwu?
Nierozerwalnność małżeństwa w Nowym Zakonie zaprowadził i ogłosił jako artykuł wiary sam Chrystus. To zaś, co Bóg ustanawia, nie może być instytucyą zacofaną i dla ludzkości szkodliwą, jeno najzbawienniejszą i najbardziej postępową. Tem samem Kościół katolicki nie zgodzi się nigdy na rozwody, bo przestałby być prawdziwym Chrystusowym. Posłuchajmy też, co bezstronni niekatolicy o tej sprawie sądzą. „Proces, który zwolennicy rozwodów wytaczają (przeciw Kościołowi katolickiemu), powiada głośny pisarz amerykański, nie jest procesem w imieniu ludzkości; nie ma też na oku szczęścia całego rodzaju ludzkiego, lecz jest ich osobistą sprawą, obroną skłonności, aby mogli czynić, co im się podoba... Zdaje się im, iż ze smutnego i gorzkiego doświadczenia własnego wysnuli naukę dla dobra całej ludzkości... Tymczasem oni swoje własne przemijające pobudki i interesa stawiają przeciwko dobru ogólnemu... Kto pracuje nad polepszeniem stosunków społecznych i nad postępem społeczeństwa, kto dąży do idealniejszej teoryi państwa i narodu, kto walczy o szersze pojęcie prawa moralnego, musi bronić świętości małżeństwa i zasady, że związek ten nie może nigdy być zbyt mocnym." ¹) Mógłbym tu dalej przywieść głosy znakomitych niekatolików filozofów, socyologów, mężów stanu, którzy wykazują, że istnieje zupełna zgodność między prawem naturalnem, doświadczeniem wieków i wiedzą ludzką z jednej strony a objawieniem i prawem Kościoła z drugiej strony; czyli że małżeństwo nierozerwalne jest najodpowiedniejsze dla potrzeb rodziny, najkorzystniejsze dla całości społeczeństwa ludzkiego. Przypomnę tylko jeszcze słowa, wyrzeczone niedawno przez prezydenta Stanów Zjednoczonych. „Jeśli w prawodawstwo małżeńskie nasze nie wprowadzimy ustaw małżeńskich katolickich, to Ameryka zginie." Nie postępem więc byłoby wprowadzenie u nas rozwodów, ale krokiem wstecznym ku barbarzyństwu i rozkładowi społeczeństwa. A ci co się ich domagają w imię dobra ludzkości, to największe szkodniki swojego narodu. Gdy człowiek bowiem ma dwie rodziny, to właściwie nie ma żadnej. Państwo zaś, które nie ma zdrowych rodzin, zginie na uwiąd starczy, jak pogański Rzym i Grecya.
Nie znaczy to, żeby Kościół nie odczuwał niedoli małżonków niedobranych i ich dzieci. Już Tertulian w drugim wieku określił takie związki jako ukryte męczeństwa w czterech ścianach domu. Biedni oni, ci małżonkowie, jak owi galernicy, których los przykuł do wspólnej galery. Nieszczęściu ich jednak nie Kościół winien. Przyczyna jego nie tkwi w nierozerwalnności instytucyi małżeństwa. Najczęściej małżonkowie sami sobie są winni, bo poszli do ślubu na oślep, bez zastanowienia się, w grzechu, marzając tylko o szczęściu własnem, zamiast myśleć o szczęściu wspólnem. Dzieje się nieraz, że w związki małżeńskie wstępują ludzie, którzy od początku niegodni byli związku małżeńskiego. „Człowiek zaś staje się godnym małżeństwa o tyle tylko, o ile umie stłumić czczy kaprys i obrać cel na całe życie."
Jeśli zaś ktoś mimo najuczciwsze zamiary złego dokonał wyboru, to jest to nieszczęście jak wiele innych, które przytrafiają się we wszystkich stanach życia na polu fizycznem i duchowem a znajdują rozwiązanie w tej prostej prawdzie katechizmowej, że życie na ziemi jest tylko próbą, że więc każdy człowiek musi dźwigać jakiś krzyż, jeden taki, drugi inny.
I to jeszcze dodać należy, że choćby parlament, czego nie daj Boże, nawet uchwalił śluby cywilne i rozwody, to i tak dla rozwiedzionych katolików nie będą one miały żadnej wagi, żadnego znaczenia. Bo nie według ustaw świeckich Pan Bóg nas kiedyś będzie sądził, ale według swoich własnych, a które rozwodów w Nowym Testamencie nie dopuszczają.
Nie dość jeszcze, potępiać szkołę bezwyznaniową i rozwody. Trzeba nam do nich nie dopuścić! A ponieważ szkołę bezwyznaniową, śluby cywilne i rozwody tylko parlament mógłby nam uchwalić i zaprowadzić, więc baczyć nam pilnie, abyśmy do Rady państwa wybierali zawsze ludzi tylko takich, którzy będą chcieli i umieli bronić sprawy Kościoła i narodu. Katolicka kobieta irlandzka, Brygida Prunty powiedziała do swego męża, zanim oddał głos przy wyborach, te nieśmiertelne słowa: „Pamiętaj na twoją duszę i na wolność!" I Wy, Bracia moi, kiedyście teraz otrzymali prawo wyboru, którego dawniej wielu z Was nie miało, korzystajcie z tego prawa, wybierajcie, ale rzucając głos, „pamiętajcie zawsze na waszą duszę i na wolność." Zdacie bowiem kiedyś przed Bogiem rachunek z tego, czyście swem głosowaniem sprowadzili szkodę na Kościół, na naród, na rodzinę, na dzieci Wasze, czy też dopomogliście do tryumfu sprawiedliwości!
Ale choćbyśmy zwycięsko odparli zakusy nieprzyjaciół, chcących ze szkoły wyrugnować religię, to jeszcze młodzieży naszej nie wychowamy na silne charaktery chrześcijańskie, jeśli jej równocześnie nie zabezpieczymy przed nieczystą literaturą i sztuką, co jak starożytna czarownica Circe czyha, żeby ją w nierogate bydlęta zamienić. Zagranicą powstały już stowarzyszenia, których członkowie zobowiązują się nic nie kupować w sklepach, księgarniach, trafikach, sprzedających bezecne książki, ohydne karty z widokami i malowidła. Czemuż by i u nas taka straż obywatelska, strzegąca moralności publicznej, nie mogła powstać? Same narzekania na złe czasy nic tu nie pomogą! Nie wyczekujmy też wszystkiego od rządu i policyi! Pomóżmy sobie, a także państwo nam dopomoże!
Tak samo trzeba nam najusilniej i stale bojkotować pisma, wydawane przez rozmaitych bandytów dziennikarskich, poniewierających wiarę katolicką, obdzierających ludzi publicznie z dobrego imienia i jak hieny wietrzących wszędzie padlinę. Nie wydawajcie, Bracia moi serdeczni, odtąd ani halerza na te plugawe szmaty, nie bierzcie ich nigdy więcej do ręki, a uschną zaraz jutro na śmiecisku, z którego wyrosły. Słowa te moje nie są tylko życzliwą radą, ale równocześnie przypomnieniem fundamentalnego przykazania Bożego, które pod grzechem ciężkim nakazuje unikać okazyi grzechu ciężkiego. Zakaz ten stosuje się bowiem na wszelki przypadek a więc i do czytania złych książek i pism, które są prawdziwą najbliższą okazją do znieprawiania duszy i ciała.
Równocześnie popieramy, podtrzymujemy dzienniki, książki, broszury, tygodniki dobre. Nie zasługuje na imię oświeconego katolika, komu obojętne, co sam czyta, i co jego bracia czytają. Z drugiej strony prawdziwym jest apostołem, kto pracą i groszem przyczynia się do rozszerzania dobrych książek, dzienników, broszur, tygodników. Pisarze zaś nasi katoliccy, aby zdołali zwalczyć prasę wroga i pomóc skutecznie do ukształtowania stosunków społecznych i narodowych na zasadach Ewangelii, muszą przedewszystkiem związać się w karny obóz, jednolity kierunkiem i środkami, którymi chcą dojść do wspólnego celu umiłowanego. Musi też ich pióro tak zawsze być niepokalane, żeby na niem, jak na karabelach naszych ojców, mógł widnieć wizerunek Najświętszej Panienki; bo spełnia ono dziś w pewnej mierze to samo prawie co dawny, poświęcony miecz, — na Bożej i narodu służbie, — święte powołanie.
Takie są w chwili obecnej najgłówniejsze obowiązki katolika ¹). Kto waha się je spełnić i dać ostatnią nawet kroplę krwi w obronie Kościoła, nie jest godzien żyć w tak doniosłej epoce jak nasza.
Ale czas skończyć to orędzie. Jest ono słabem odbiciem tego obrazu Kościoła, jaki noszę w duszy. Na usprawiedliwienie moje, że tak nędznie opisałem największe z wszystkich dzieł Bożych, Jezus Chrystus przyjmie w Swem miłosierdziu, jak ufam, tę wielką trudność, iż wśród różnego zajęcia przynajmniej tysiąc razy zasiadać musiałem do pisania, zanim je skończyłem.
Kościół katolicki, jak widzimy, tkwi korzeniami swoimi w objawieniu a także w przyrodzonym rozumie ludzkim. Ma tak samo dziś jak ongi prawo i obowiązek zabierania głosu w sprawach wiary i we wszystkiem, co dotyczy prawdziwego szczęścia ludzkości. Warto go też słuchać. Świat dzisiejszy potrzebuje go nawet w pewnej mierze więcej, niż społeczeństwo epok dawniejszych. Z każdym dniem bowiem rzecz coraz oczywistsza, że demokracyami nowożytnemi nikt bez Chrystusa na dalszą szczęśliwą metę kierować i rządzić nie jest w stanie. Kościół katolicki jedyną jest dźwignią moralną, zdolną cały świat z dzisiejszej jego nędzy wywieść ku niebiosom. Punktem oparcia dla tej dźwigni, którego daremno szukał mędrzec starożytny — jest Najświętsze, Boże Serce Jezusowe.
Ufajmy Kościołowi, kochajmy go, brońmy go wszyscy, świeccy i duchowni, bo broniąc jego, siebie bronimy. Wołajmy też prywatnie w suplikacyach, zanim publicznie i uroczyście we wszystkich kościołach śpiewać będziemy: „Od utraty prawdziwej, katolickiej wiary — ustrzeż nas, Panie!"
Jak przeszłe nasze dzieje, tak i przyszłe nasze nadzieje są tylko katolickie!
Św. Piotr z Werony, ugodzony sztyletem za pracę apostolską nad heretykami, upadając na ziemię, wołał: Credo — Wierzę! Kiedy już mówić nie mógł, umoczył palec we krwi, która płynęła z rany serca, i napisał na piasku jako ostatnie swoje słowo na ziemi: Credo... wierzę!
O Święty Kościele rzymski, ty wspólna ojczyzno wszystkich prawdziwych chrześcijan! Albowiem w Jezusie Chrystusie, który tylko jest z tobą, niemasz ani Scyty, ani barbarzyńca, ani żyda, ani poganina. Wszyscy stali się na łonie twojem jednym ludem, wszyscy współobywatelami Rzymu, bo każdy katolik jest obywatelem rzymskim. Tyś wielkim pniem, zasadzonym ręką samego Chrystusa. Każda gałązka od ciebie odłamana więdnieje, usycha, odpada. Tyś Oblubienicą Chrystusową a równocześnie niepokalana nasza matka duchowna! Kto Bożem jest dziecięciem, jest także twojem dziecięciem. Po tylu wiekach wciąż jeszcze jesteś płodna, wciąż jeszcze rodzisz swemu Panu synów i córki na wszystkich krańcach ziemi!
Także dla mojej ojczyzny, Święty Kościele katolicki, najlepszą zawsze byłeś, jesteś, będziesz ojczyzną! Arko przymierza między dawnemi i młodszemi laty... Tyś żadnym niezłamana ciosem, póki cię twój własny lud nie zniewazy!
Gdybym cię kiedy miał zapomnieć, Jeruzalem moje, Kościele rzymski, i Ciebie, Ojcze Święty, w którym mieszka pełnia kapłaństwa i źródło bije nieomylnej nauki, to niechaj wprzód raczej zapomniana będzie prawica moja! Niechaj język mój uschnie w ściach moich, i serce bić w piersi przestanie, jeślibym na was nie pomniał i nie pokładał was na początku wesela mego! Wy będziecie też ostatniem tchnieniem mej miłości — bo z wami Jezus i Marya.
Credo, credo... Wierzę w jeden, Święty, katolicki, apostolski Kościół!
* * *
MOWY OKOLICZNOŚCIOWE.
Przemówienie rektorskie przy otwarciu nowego roku szkolnego 1900/1 dnia 11 października 1900.
Piękne jest powiedzenie Demokryta, że życie bez dni świątecznych jest podobne do długiej podróży bez miejsca wypoczynku. Powiedzenie to ma pewne uprawnienie także w życiu uniwersytetów, bo jak jednostki, znużone wysiłkiem codziennym potrzebują godzin wytchnienia, tak i korporacye naukowe muszą od czasu do czasu zwalniać bieg swojej pracy, w dorocznych dniach świątecznych uczynić przegląd swych sił, dokonać jakby publicznego rachunku sumienia wobec społeczeństwa, którego sokami się odżywiają i któremu też w pierwszym rzędzie poświęcają owoce swej działalności. W zamian za swą pracę radby nasz uniwersytet usłyszeć z ust społeczeństwa świadectwo, jakie król Batory dał niegdyś uczelni Jagiellońskiej, że mianowicie „pomiędzy częściami królestwa tego i rzeczypospolitej naszej pożyteczną i konieczną częścią jest akademia."
Za taki objaw uznania dla naszego uniwersytetu i dowód interesowania się jego losem i pracami, chce uważać obecność najwyższych Dostojników Świeckich i duchownych na święcie naszem inauguraycynem i w tej myśli składam Ich Ekscelencyom i całej tutaj zgromadzonej szanownej publiczności gorącą i serdeczną podziękę.
Przyjętym zwyczajem rektor spełnia obowiązek dorocznego kronikarza uniwersyteckiego. Jak w dawniejszych latach tak i w roku dopiero co ubiegłym przeplatały się w życiu naszej szkoły zdarzenia smutne z radosnemi. Zaczynam od faktu, który weselem odbił się nie tylko w sercu każdego Polaka, ale o mury chyba wszystkich wyższych uczelni świata. Mam zaś na myśli wielkie miłościwe lato naszej Szkoły Jagiellońskiej, która założona, aby ludy zimnej północy oświeciła i rozgrzała wiarą, wiedzą i cnotą, ziściła w wielkiej części nadzieje swych fundatorów, wydawszy, aby użyć słów Starowolskiego, na wzór owego konia trojańskiego niezliczone zastępy bohaterów duchownych i świeckich, którzy własnem zdrowiem przysparzali zdrowia i chwały swej ojczyźnie. Kiedym patrzył na to, jak podczas tego święta nauki ludziom posiwiałym w pracy i służbie narodu cisnęły się do oczu łzy po tem, co niegdyś było, łzy za tem, coby dziś być mogło, rwało się z głębin duszy na usta zapewnienie: „Jeśli cię zapomnę Matko Żywicielko, jeślibym na cię nie pomniał Ojczyzno droga, niech zapomniana będzie prawica moja!" Aby znaleźć równie świetny dzień w historyi Krakowa jak ten, w którym książęta nauki przybyli od wschodu słońca i zachodu, od południa i północy z hołdem i darami dla Szkoły Jagiellońskiej i geniuszu naszego narodu, trzeba nam się cofnąć chyba aż w r. 1364, kiedy to do stolicy Kazimierza zjechało na kongres aż pięciu królów i dziewięciu książąt z licznymi poczty. My jako wyraz hołdu ofiarowaliśmy to, cośmy dać byli powinni, tj. naszą pracę. A podnieść też muszę z wdzięcznością, że we wspólnym naszym darze obok naszego profesora honorowego wziął udział także mąż dostojny, w którego ręku dziś zarząd kraju spoczywa, czem stwierdził na nowo, że z nauką i z uniwersytetem łączą go ścisłe i nierozerwalne węzły, i dał nam dawnym swym kolegom poniekąd prawo, abyśmy go zawsze mogli uważać za „swego" i liczyć także w przyszłości na jego współdziałanie i pomoc we wszystkich sprawach, tyczących się naszej drogiej Almae matris.
Jubileusz Szkoły Jagiellońskiej przywodzi mi zaraz na myśl 70-letnie urodziny Najjaśniejszego Pana, z okazyi której to uroczystości oba uniwersytety krajowe złożyły u stóp Tronu gorące wyrazy hołdu, wierności i wdzięczności w tem głębokiem przeświadczeniu, że każdy rok, którym Opatrzność przedłuża to drogie życie Ukochanego Monarchy jest dla naszego uniwersytetu i narodu w całej prawdzie darowanem nam miłościwem latem. Wiedząc, że kochamy Go jak ojca, miał też Najjaśniejszy Pan podczas pobytu w Jaśle dla przedstawiciela naszej Akademii słowa łaskawe i pełne życzliwości, tyczące się potrzeb uniwersytetu. A potrzeb tych niestety mamy bardzo wiele. I tak, żeby potrącić o rzeczy tylko najważniejsze, które stałą skargą rozbrzmiewały w ustach rektorów od lat kilku, spodziewaliśmy się, że już w tym roku zacznie się przynajmniej budowa gmachu bibliotecznego, poczem by zaraz można przystąpić do rekonstrukcyi gmachu głównego, który, jak wszystkim od dawna wiadomo, grozi zawaleniem. Rozumiemy, że względy gospodarki państwowej wiele mogą tu znaczyć, ale z drugiej strony jest ta budowa gmachów szkolnych dla rozwoju naszej Akademii sprawą tak żywotną, że o każdej odwłoce w jej zaspokojeniu nie podobna myśleć bez żalu. Ponawiam tedy imieniem uniwersytetu z tego miejsca prośbę do Wysokiego c. k. Rządu, aby przynajmniej najważniejsze nasze potrzeby raczył zaspokoić jak najspieszniej.
Jeszcze jedno święto już ściśle domowe obchodził nasz uniwersytet w swoich murach. Pożegnaliśmy mianowicie uroczyście w tej auli jednego z najznakomitszych członków naszego grona, który zaszczycony zaufaniem Najjaśniejszego Pana objął ważne stanowisko ministra dla Galicyi. Imię dr. Leonarda Piętaka łączy się przez ćwierć przeszło wieku z każdem ważniejszem zwycięstwem i nabytkiem naszego uniwersytetu. Przez 30 lat trzymał on wysoko sztandar nauki, zawsze najlepszy kolega, najsumienniejszy nauczyciel, prawy obywatel, którego hasłem życia sto rectitudine, w ciężkich czasach jasny wzór poczucia obowiązku i niestrudzionej pracy. W chwili rozłąki i dzisiaj krzepi nas przekonanie, że pozostanie on nadal rzecznikiem i orędownikiem spraw tego uniwersytetu, który w czasach swego nauczycielstwa otoczył niezwykłą, jakby dziecko własne, pieczołowitością.
W statystyce strat przychodzi mi dalej zaznaczyć śmierć sumiennego pracownika, zwyczajnego prof. matematyki dr. Fabiana i znakomitego dyagnosty dr. Widmana.
Wprost niebywałe jest zdarzenie, aby w ciągu kilku miesięcy śmierć całą naszą wielką prowincyę kościelną ogołociła z arcypasterzy. O Śp. biskupie przemyskim Łukaszu Soleckim zapisały dzieje naszego uniwersytetu, że wśród trudnych stosunków sterował z wielką zręcznością i niepospolitym rozumem sprawami Akademii przez lat kilka i jako rektor i członek senatu odegrał wybitną rolę, będąc referentem spraw najtrudniejszych. Śp. ks. Arcybiskupowi Sewerynowi Morawskiemu należy się wspomnienie w tem miejscu i z tego powodu, że obecnością swoją na naszych uroczystościach inauguracyjnych stwierdzał fakt, iż Kościół pod swem starym hasłem: „intellectum valde ama", kocha, cieszy się i błogosławi wszelkiemu postępowi nauki.
W miejsce tych strat mamy do zapisania znaczny przybytek sił nauczycielskich. Wydział teologiczny zyskał jednego profesora nadzwyczajnego i jednego docenta pry- watnego. Prócz tego dwóch profesorów nadzwyczajnych zostało zwyczajnymi; w toku jest sprawa habilitacyi dru- giego docenta teologii pasterskiej. Na wydziale prawa przybyło w miejsce Jego Ekscelencyi dr. Pietaka dwóch nadzwyczajnych profesorów prawa rzymskiego. Wydział lekarski otrzymał jednego profesora. Wydział filozoficzny zyskał czterech profesorów nadzwyczajnych i dwóch prywatnych docentów. Honorowy nasz profesor Michał Bobrzyński i profesor Tadeusz Wojciechowski zostali doktorami honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a wykwintny pisarz i ścisły badacz naszej prze- szłości, Władysław Łoziński doktorem honorowym naszej Akademii. Nadto został jeden z profesorów czyn- nym członkiem Akademii Umiejętności w Krakowie, a czterej inni członkami korespondentami.
Co się tyczy uczniów podnieść muszę, że w roku ubiegłym po raz pierwszy ich liczba przekroczyła cyfrę dwóch tysięcy.
Niema zwyczaju mówić przy otwarciu roku o we- wnętrznem życiu uniwersytetu i działalności naukowej profesorów; nie mogę jednak nie wspomnieć choć kilku słowy o instytucyi, która, powołana do życia przez nasz uniwersytet, przeszła w ubiegłym roku ognową próbę żywotności. Przez „Powszechne wykłady uniwersyteckie" chce nasza uczelnia nieść światło prawdziwej wiedzy mię- dzy najszersze warstwy narodu: tych rzesz licznych w sto- licy i na prowincyi będzie teraz obowiązkiem i zadaniem dowieść, że rozumieją znaczenie i potrzebę oświaty, że pragną uczestniczyć duchowo we wszystkiem, co stanowi postęp i rozwój myśli i pracy ludzkiej.
*
Taka jest główna treść rocznych dziejów naszego uniwersytetu. Uroczystość dzisiejsza o tyle jednak jest od- mienna od innych inauguracyi, że nią wkraczamy nie tylko w nowy rok szkolny, ale stajemy też na progu i przełomie nowego wieku. Stąd nasuwa się wdzięczne zadanie skre- ślenia choćby krótkiego obrazu działalności naszych uni- wersytetów w ciągu stulecia. Ale ponieważ zadanie to spełnili już niejednokrotnie moi poprzednicy na urzędzie rektorskim, zwrócę raczej uwagę na szczególne i typowe znamię życia umysłowego, jakie przedewszystkiem uni- wersytety, jako warsztaty i rozsadniki nowej idei wyci- snęły na obliczu ustępującego wieku. Wiem ja, że po- dział na wieki jest wytworem sztucznym, ale jest też rze- czą niewątpliwą, że stulecie jako dłuższy okres pracy ludz- kości przedstawia często osobną stronicę i zamknięty roz- dział historyi ludzkości. Jak każda jednostka, każda ro- dzina, każdy naród ma swe odrębne cechy fizyczne i mo- ralne, tak też i wiek, jako zsumowanie różnych znamion, kolei i czynów jednostek, rodzin i narodów ma swoje od- rębne piętno, swoją osobną fizognomię. Nieraz jest jeden człowiek, który zdaje się przedstawiać swoją epokę i mó- wimy: To wiek Peryklesa, Augusta, Grzegorza VII, Danta. Innym razem rozkwit sztuk i nauk albo całkowity ich upa- dek i negacya, połączona ze zdziczeniem obyczajów jest głównem znamieniem wieku i w tem znaczeniu powiada- my: Cinquecento, wiek renesansu, albo: Jesteśmy w wie- ku IX, X. Wszystko to określenia powszechnie przyjęte, odtwarzające jakby ramy i wypukłości epoki. Jaka jest tedy szczególna fizognomia naszego stulecia?
W okrzyku: Więcej życia, więcej światła, więcej wolności! zapadał się wiek osiemnasty. Hasło to podjął wiek dziewiętnasty i wypisał je jako godło swej karty dziejo- wej, którą mu przyszło zapisać w historyi ludzkości. Po- stęp wszechstronny — to też właściwe jego znamię, ty- powa jego fizognomia. Żaden inny wiek nie może mierzyć się z nim pod tym względem, żaden nie zdolny wykazać tak bogatego plonu i dorobku intelektualnego, takich głę- bokich naukowych odkryć teoretycznych i przystosowa- nia ich do celów praktycznych; słowem, żaden inny nie dokonał tyle co on w tem ciągłem pięciu się i wznoszeniu się społeczeństwa ku górze, które zwiemy cywilizacyą. Brak czasu nie pozwala na szczegółowe rozprowadzenie wszystkich dróg i kierunków, na jakich pomnożył ojco- wiznę duchową, przejętą po wieku osiemnastym; powiem tyl- ko, że rozszczepiając różne działy wiedzy na rozmaite specyalności, powołał do życia takie gałęzie nauk, których nawet zaczątków nie było można dostrzec w epokach poprzednich; inne znowu przebudował, podciągnąwszy pod nie fundamenta krytyki. Jako zdobycz naszego wieku podnoszę obok pogłębienia nauk, równiejszy niż ongi po- dział praw i obowiązków na różnych szczeblach drabiny społecznej, większe poszanowanie jednostki w życiu spo- łecznem, rozszerzenie dorobku cywilizacyi na całe społe- czeństwo tak, iż z jej skarbów wszyscy korzystać mogą, nie tylko warstwy górne, lecz także i dziecko żebraka. Nie taję mi, że jak poprzedni, tak i nasz wiek nie sa- me tylko ma strony dodatnie, lecz i sporą przymieszką złego, że obok wielkich zdobyczy prawdy panoszył się w nim różne kłamstwa. Nie dotykam wszystkich, ale przy- najmniej kilku, które faworyzowano na poważnych nawet katedrach naukowych. I tak należy tu, — nie swoboda ba- dań naukowych, bo to wielka zdobycz cywilizacyi, ale tyle okrzyczana teorya o bezwzględnej wolności myśli, zro- dzona z illuzyi, że aby myśleć dobrze, wystarczy myśleć wolno, a wiodąca aż nadto często do zupełnej anarchii umysłowej. Innym błędem, zachwalonym na wielu ryn- kach naukowych, jest zdanie, że oświata wyłącznie świec- ka zdolna jest zmienić złe instynkta ludzi i umoralnić ich naturę. Takie przecenianie etycznej wartości nauki i ota- czanie jej pewnego rodzaju aureolą czarodziejską, jest, we- dług określenia akademika francuskiego, przesądem, nową formą bałwochwalstwa, bo udowodniono w sposób nie- zbity, że pomiędzy niejedną z umiejętności udzielanych w szkołach, a siłą moralną, nadającą godność życiu, nie ma nic wspólnego, że samo wykształcenie, nie wspierane pier- wiastkiem religijnym, może człowieka zostawić głuchym na głos obowiązku. Jeśli jeden i drugi teoretyk naukowy po odrzuceniu tak zwanych kajdan religii zachowuje jesz- cze naturalną uczciwość, to dzieje się to tylko dlatego, że przez całe życie idą za nim echa nauki i zasad chrześcijańskich, przejętych w dzieciństwie z ust matki i Kościoła.
Illuzją i przesądem jest też mniemanie, że sama nauka świecka zdolna dać człowiekowi pełne szczęście. Ci, co takie głoszą teorye, przymykają oczy na doświadczenie wieków, które stwierdziło, że ludzkość nie wyżyje na sa- mym chlebie: non solo pane homo vivit — a mam tu na myśli tak chleb materyalny jak i duchowy, sporządzony w pracowniach nauki. Goethe, wtajemniczywszy swego wybrańca we wszystkie zagadki wiedzy, bardziej go nam jeszcze przedstawia nieszczęśliwym. Codzień pa- trzymy też na to, że społeczeństwo może umrzeć pośród dobrobytu na wzór owego króla w baśni, który dotknię- ciem swojem wszystko w złoto przemieniał, i że nauka w ręku człowieka jest nie tylko dźwignią życia, ale i ma- szyną zniszczenia. Po zaspokojeniu głodu fizycznego i pra- gnienia nauki człowiek stoi nadal wobec tajemnicy cier- pienia i śmierci i pod naciskiem jednej i drugiej dusza ludz- ka będzie zawsze pukała do bram nieskończoności, będzie zawsze prosiła religii o słowa światła i umocnienia, któ- rych nie dopyта się u wiedzy.
Powtarzam, nie uszły mej uwagi te i inne fałszywe hasła wieku, ale mimo wszystkie ich szkodliwe następstwa, nie zdolne mi one zamaczyć o nim sądu i nie pójdę za przy- kładem owego starca, który zapatrzony tylko w przeszłość, napełniał powietrze lamentami: O tempora, o mores, mniemając, że świat, starzejąc się, ulega też ciągłemu pso- waniu się. Owszem, kocham mój wiek, bo kochając go, kocham mych braci żyjących; stawiam go wysoko, dla jego miłości nauki, dla jego wynalazków i zdobyczy, któ- remi ostatecznie potężnie pracował dla Chrystusa. Byli i są może jeszcze krótkowidzowie, którzy wobec tryumfów nauki lękali i lękają się o losy religii; dla mnie każdy krok, który czynią naprzód nauki jest zwycięstwem prawdy nad błędem, światła nad ciemnością. Wiem, że wielu z pomię- dzy apostołów ewangelii ludzkiej znajduje się w szeregu zdecydowanych nieprzyjaciół Ewangelii Bożej. Lecz cóż z tego? Prawda jest zawsze prawdą i na ustach, które bluźnią, jak złoto jest zawsze złotem i w rękach zbrodnia- rza, który go nadużywa.¹) Imieniem religii wołam tedy: O ludzie wiedzy, nie gorszcie się, że Kościół przedewszyst- kiem woła o świętość, podczas gdy wy wielkim głosem światła przyzywacie. Hasła te bowiem nie wykluczają się społem, ale dopełniają wzajemnie. Idźcie tedy naprzód a naprzód, ciągnąc rydwan nauki; codzień przedzierajcie zasłony tajemnic przyrody; imieniem Kościoła życzę wam nowych tryumfów, pewny, że po przebieżeniu różnemi ścieżkami szerokich pól umiejętności ludzkich, znajdziecie się pewnego dnia złączeni z domniemanymi przeciwnikami u stóp Tego, który powiedział: Jam droga, prawda i żywot.
Podnosząc z takim naciskiem i rzetelną radością na- ukowy postęp naszego wieku, czynię nie tylko zadość mo- jemu sumieniu profesorskiemu, ale jestem też tłomaczem myśli, dążeń i pragnień wielkiego humanisty, filozofa i so- cyologa Leona XIII. Mam prawo i obowiązek wymienić tutaj to wielkie imię, boć niema między nami chyba nikogo, któryby pod cywilizacyą rozumiał tylko postęp i rozpro- mienienie wiedzy na szerokie kręgi społeczeństwa, połą- czone z dobrobytem i zwiększeniem swobód obywa- telskich, a nie równocześnie przyrost charakteru, sumienia i sprawiedliwości na ziemi. Gdy w roku 1455 umierał Pa- pież Mikołaj V, który po wielkiej schizmie zachodniej wziął się do odbudowania Rzymu, tłomaczył się kardynałom z powodów, jakie go skłoniły do podjęcia olbrzymiego dzieła. „Nie dla próżnej chwały, ani aby imię nasze uwie- cznić, — mówił on — zaczęliśmy to całe mnóstwo gma- chów, ale dla podniesienia powagi Stolicy Apostolskiej w oczach całego chrześcijaństwa i aby następcy nasi wię- kszej doznawali czci." Mowę swoją zakończył zaś zakłę- ciem, aby ci następcy chcieli rozpoczęte przezeń dzieło dalej prowadzić — „ut velint prosequi, perfice- re, absolvere."
Jak w czasach, kiedy gorączka budowania owładnęła wszystkie umysły, Papież Mikołaj wołał: „Budujmy, a bu- dujmy wspanialej i lepiej, niż świat cały", bo ten był wów- czas najpotężniejszy środek przodowania światu, tak Leon XIII, fundator kilku uniwersytetów, dziś, gdy zda się, że jedna jest tylko na świecie potęga duchowa, tj.: nauka, przez całe swe życie nie przestaje nawoływać: „Uświęcajmy się, ale i uczmy się! Uczmy się filozofii, ucz- my się nauk przyrodniczych, uczmy się języków klasycz- nych i wymowy, uczmy się wszystkiego, czego się świat cały uczy i wydawajmy owoce naukowe wspanialsze i do- skonalsze, niż cały obóz antychrześcijański, a czyńmy to nie z próżnej chwały, ale dla miłości Boga i dla dobra spo- łeczeństwa, które tylko wszechstronna prawda może wy- swobodzić." Wobec tego, co powiedziałem, nie potrzebuję chyba dodawać, że Głowa Kościoła katolickiego nie ma do piastunów nauki świeckiej innej prośby, jak tę, aby hipotez nie podawali za pewniki, póki wszechstronnie oświecona nie wybija prawda na zegarze postępu, aby wiedza nie przekraczała granic swych dzierżaw, aby nie chciała być wszystkiem na ziemi. Hoc unum religio gestit, ne ignorata damnetur. Opiera zaś tę prośbę i prawo między innemi na przedawnieniu, czyli tem doświadczeniu wieków ubiegłych, którego rezultat w sposób tak prosty i świecący w oczy sformułował nasz mistrz, mówiąc: „Wszystkie filozofie i systemy licho bierze, jeden po dru- gim, a Msza po staremu się odprawia."
*
Kreśliwszy w pobieżnym szkicu fizognomię nasze- go wieku, sięgam okiem w przyszłość i pytam, co będzie duszą i główną treścią wieku następnego? Nie myślę ba- wić się w proroka, ale jako prosty obserwator idei i zarod- ków wzbierających coraz bardziej u schyłku naszego stu- lecia, śledząc bacznie ruchy tych ludów, które, jak Tytany w baśni pną się na Olimp bogów, czyli tych, co dzierżą w ręku władzę i przywileje, odziedziczone czy nabyte, przeczuwam i sądzę, że wiek przyszły będzie także wie- kiem postępu, ale przedewszystkiem w kierunku i na polu socyalnem. Słyszy się ciągle uwagi, że społeczeństwo przelatują błyskawice. Jedni biorą je za zapowiedź burzy, inni utrzymują, że błyska na pogodę.
Do tych ostatnich należę i ja, ale mam jedno ważne zastrzeżenie. — Należę mianowicie do tych, którzy bez- względnie są przekonani, że sama nauka nie znajdzie for- muły na uzdrowienie społeczeństwa, że pojednanie klas zwaśnionych może nastąpić tylko u stóp krzyża, a więc pod warunkiem, że obok przedstawicieli nauki i władzy przyjmie i dopuści się na dyagnostę i lekarza Kościół ka- tolicki. „Chrześcijaństwo, powiedział wspomniany już nasz myśliciel, chrześcijaństwo nie tylko się nie kończy, jak się niektórym filozofującym wiertogłowom zdaje, ale zrobiło dopiero połowę swej drogi." I chyba tylko tym wstrętem naszego wieku do wszystkich środków leczniczych nad- przyrodzonych tłomaczy się fakt, że stosunkowo tak mało przedstawicieli świeckiej nauki podpisało publicznie wy- znanie wiary Melchiora de Vogüé, że mianowicie „ze wszystkich ognisk siły moralnej, jakie znamy, jedynie Ko- ściół posiada dosyć przestrzeni i potęgi do przeprowadzenia odświeżenia ludzkości." Nie twierdzę, że chrześcijaństwo samo wystarcza do rozwiązania problemu socyalnego, ale w każdym razie pewne, że bez niego żadne trwałe rozwią- zanie jest niemożliwe, bo kwestya społeczna to nie tylko sprawa ekonomiczna, ale więcej jeszcze kwestya moralna. Dopóki nie odrodzimy ducha i sumienia jednostek, zmie- nimy tylko oblicze zaburzeń, ale nie usuniemy ich rzeczy- wistości. Społeczeństwo, którego religia nie przyuczy za- dowalać się pewną cząstką dobrobytu doczesnego, nigdy nie będzie zadowolone; które nie będzie umiało miarko- wać swoich pragnień, zawsze będzie nieszczęśliwe. Innemi słowy, aby przyszłość była wielką treuga Dei trzeba, aby narody szerokiem sercem i z wielkiem przekonaniem przypuściły Kościół do trzymania koło wszystkich zdoby- czy cywilizacyi straży bezpieczeństwa z wiary i płynącej z niej sprawiedliwości powszechnej.
Pozwoliłem sobie przed chwilą wyrazić nadzieję, że idzie ku nam wiek lepszy, który streści się może kiedyś w nagłówku suum cuique! Aby tak było, od was prze- dewszystkiem zależy młodzi przyjaciele, którzy wscho- dzicie nowym pokoleniem, którzy jako kapłani, nauczy- ciele, sędziowie, lekarze, w przeważnej części będziecie urabiali myśli, sumienie i zdrowie narodu. Dotychczaso- wem swem przygotowaniem naukowem stwierdziliście, że posiadacie potrzebne ogólne wykształcenie, aby z pożyt- kiem móc pracować na uniwersytecie, wykazaliście, że macie pewne moralne prawo do swobodnego rozstrzygania o wyborze i sposobie urządzenia dalszych swoich studyów. Umiejcie tylko z tego przywileju wolności akademickiej należycie korzystać, aby żaden z was nie potrzebował w przyszłości wybuchnąć skargą: Zmarnowałem młodość, straciłem życie!
Powiedział nowszy poeta: Die Menschheit stirbt an ihren Göttern. W związku z tem powie- dzeniem pozostaje skarga, którą słyszy się dziś coraz czę- ściej, że młodzież nie ma ideałów, że rakiem wżera się w jej dusze niewiara, samolubstwo, żądza używania i hasła tak zatrute, od których, gdyby się przyjęły, sam rdzeń ży- cia narodu musiałby wypróchniec. Gdyby tak było, gdyby bogi, tj.: ideały młodzieży były śmiertelne, dziełem tylko jej rąk i wytworem jej fantazyi, to niema ratunku i spo- łeczeństwo pogrąży się w przepaść. Otóż twoją rzeczą, młodzieży ukochana, czynami rozwiać te obawy narodu i stwierdzić, że ideałami twoimi, którym służysz, którym niesiesz w hołdzie całą swą istotę, stoisz na gruncie wielkich tradycyi narodowych. Sanctus amor Dei et patriae dat animum! To wielkie hasło naszych ojców ma tak- że być dźwignią wszystkich twoich czynów w życiu.
Jak niegdyś ręce wybranych dziewic w państwie rzymskiem podtrzymywały ciągłe święty płomień na oł- tarzu bogini ojczystego ogniska, tak niech wasze serca będą ogniskiem ciągłej, natchnionej troski o najwyższe świętości ojczyzny. „Nie znajdziesz zaś", powiedział Wieszcz, „wyższej i potężniejszej idei nad to zjednoczenie wiekuistej i doczesnej ojczyzny, co z Boga tylko i dla Boga krajowi służyć usiłuje."
Zbliżają się nieraz do was postacie Hydry i Kirke, wabiąc i obiecując, że przeprowadzą przez życie ścieżką równiejszą i usłaną w kwiaty. Pamiętajcie, że obok nich będzie zawsze stała Alma Mater, i poda jako broń nau- kę, jako tarczę cnotę. Jedna i druga broń równie po- trzebna. Bo choćby się nawet jeden i drugi nauką wyrwał na czoło narodu, to tylko dobrem, cnotą i sumieniem ostoi się w złej i dobrej doli. Na tę broń sprowadzał wam dziś błogosławieństwo celebrans w kościele; nad to błogosła- wieństwo i ja nie znam nic lepszego i dlatego pracy pro- fesorów i uczniów życząc: Błogosław Boże! — otwieram nowy rok szkolny.
---
III. Przemówienie przy poświęceniu kamienia węgielnego pod nowy dworzec kolejowy we Lwowie w dniu 8 października 1901 roku.
Wasze Ekscelencye, Dostojne Zgromadzenie!
Mnich XIII wieku napisał te zadziwiające słowa: „Można zbudować takie narzędzia żeglugi, że jeden czło- wiek będzie mógł prowadzić olbrzymie okręty z większą łatwością, niż gdyby je w ruch wprawiały setki wioślarzy. Można też zbudować wozy, które bez koni będą się poru- szały z niepojętą szybkością." Dalej przepowiadał on jeszcze możliwość skonstruowania balonów napowietrznych, małych dźwigni przenoszących ciężary nieskończone i mostów wi- szących i najdziwniejszych machin. Konkluduje wreszcie, że po tem wszystkiem, co umysł jego odczuł i pokombinowal, niemasz dlań już nic trudnego i niemożliwego do uwierze- nia ani w sprawach ludzkich ani w rzeczach Bożych.
Spełniły się te przewidzenia Rogera Bakona, bo mamy już dziś owe wozy, zaprzężone w ogień, biegnące z taką chyżością, że pod ich kołami w mgnieniu oka wielkie znikają przestrzenie, a człowiek może powtarzać za psal- mistą: „Jeśli wezmę skrzydła moje rano, to wieczór znajdę się niemal na krańcu morza."
Wobec tej mnogości wielkich wynalazków i zdoby- czy geniuszu ludzkiego dźwigają się nieprzyjaciele religii, którzy zwracają oczy w stronę Kościoła katolickiego z py- taniem w sercu, jeśli nie na ustach: I cóż ty na to? Czy nie żal ci owych wieków, kiedy tego wszystkiego nie było, czy nie drżysz o swą przyszłość, czy nie lękasz się, że cię zmiażdżą koła postępu, które rozbiegają się we wszystkich polach i kierunkach nauki, przemysłu?
Odpowiedź moja imieniem tego Kościoła jest prosta i jasna: Katolik lęka się naprawdę tylko złego, smuci się tylko nad wzrostem i rozpętaniem tych żywiołów, które ludzkość poniżają i dzielą, a cieszy się każdem dobrem, więc także każdym wynalazkiem, który ludzi uszlachetnia i do siebie zbliża. Kościół poświęca narzędzia pracy i po- stępu, przywołany błogosławi z radością domy, w któ- rych ludzie składają owoce swych odkryć i skąd rozwożą je po świecie.
I nie może Kościół postąpić inaczej, boć on przecież zastępca tego Boga na ziemi, który powiedział do pierw- szych ludzi: „Napełniajcie ziemię a czyńcie ją sobie poddaną", który w swej wspaniałomyślności i hoj- ności, że użyję wyrażenia Św. Jana Chryzostoma, usta- nowił tem człowieka na ziemi, czem Bóg jest na niebie i nieomal mniejsze tylko rzeczy zastrzegłszy i zostawiwszy dla siebie, dokonanie większych zwierzył i złożył w ręce człowieka i dzieła swojego nie wykończywszy, chciał, aby także człowiek stał się przyczyną dobra, którebye dokoła siebie rozsiewał i dał światu przez swój geniusz, sztukę i przemysł jakby drugą formę. Tylko jednego Pan Bóg wy- rzec się nie może. Musi mianowicie zawsze domagać się, aby człowiek stale uznawał, iż jest na ziemi tylko zastępcą i pełnomocnikiem jego Stwórcy, że władza jego jest tylko delegowaną.¹) Jedno też Kościół musi sobie zastrzec, tj. żeby człowiek w pogoni za ulepszeniem i upiększeniem warunków życia cielesnego, nie zaniedbał swej duszy i przynajmniej tyle ją pielęgnował, ile stara się uszlachetnić i upiększyć ogród wszechświata.
Powiedział mędrzec Pański do człowieka: „Bądź raczny w każdej sprawie twojej." (Ekkli. 31, 27). Kolej jest rozwiązaniem tego życzenia Bożego i tego pro- blemu w porządku materyalnym. Dziś przy jej usługach i pomocy możemy dokonać dzieł naszych prędko. Jeśli raczność idzie nadto w parze i w zgodzie z rozumem i ła- dem, to jest ona doskonałością, zbliżającą działanie nasze do działania Pana Boga, który: „rzekł i uczynione są, rozkazał i stworzone są." (Ps. 148, 4.)
Lecz nie tylko w tem leży ważność i wielkość wy- nalazku parowozów, że pozwala nam urzeczywistniać i załatwiać nasze zamysły i dzieła łatwo i prędko, a tem samem dźwignią jest przemysłu i dobrobytu.
W rękach narodów cnotliwych kolej jest wprost naj- dzielniejszem narzędziem cywilizacyi chrześcijańskiej. Roz- wozi bowiem prawdy Ewangelii i zdobycze nauki po ca- łym świecie, zbliża ludzi do siebie i przyspiesza pożądaną ową chwilę, kiedy mieszkańcy ziemi na całym jej obszarze będą przebywali jakby w jednym domu i cała ludzkość, wychowana na prawdach wiary katolickiej, wedle przepo- wiedni Zbawiciela „stanie się jedną owczarnią pod jednym pasterzem" i zespoli się w jedną wielką rodzinę, w której ofiarna miłość wzajemna będzie nieprzepartą potrzebą serca.
Z tych wszystkich powodów chętnie przyjąłem za- proszenie do poświęcenia kamienia węgielnego pod dworzec kolei żelaznej i modliłem się gorąco, aby Pan Bóg dał wielką tę budowę szczęśliwie dokończyć.
Od tego zaś kamienia węgielnego który poświęciłem, unosiła się myśl moja do Jezusa Chrystusa i prosiłem Go, żeby dał trwałość temu domowi i aby był węzłem łączą- cym w miłości braterniej zwierzchników jego z tymi, którzy ich zarządzenia i rozkazy wykonywać będą, a nadto, co najważniejsze, aby On stał się sercem naszego społe- czeństwa i kamieniem węgielnym całego narodu.
*
Widzę już w duchu te łańcuchy wagonów, które z tego domu niezadługo poczną rozbiegać się na wszystkie strony świata i podnoszę mój głos i wołam do nich: „Wozy ogniste i konie ogniste (IV. Król. 2, 11), których też wędzidła są z ognia (Nahum 3, 2), słuchajcie głosu i życzenia mojego! Poświęcam was razem z tym domem. Pamiętajcie spełniać z najsurowszą dokładnością rozkazy tych, którzy was prowadzić będą i którym ojczyzna codzień z pełnem zaufaniem powierzy swoje dzieci. Kiedy ojciec, żona, dziecko, siostra i narze- czona z tęsknotą i niepokojem miłości oczekiwać będą swoich ukochanych, bądźcie zawsze wierne, nie zawiedź- cie nigdy ich nadziei, i zwracajcie im zawsze dziecię, męża, matkę, brata i narzeczonego zdrowych i szczęśliwych.
Niech nigdy wami nie wstrząśnie wybuch pary wodnej! Niech wam danem będzie przebiegać ziemię, wolne od gor- szych jeszcze w skutkach eksplozyi namiętności ludzkich. Roznoście po świecie tylko pokój, radość, dobrobyt, cy- wilizacyę prawdziwą, życie! Niech anioł Boży wam zawsze towarzyszy, niech na zawsze was strzeże!
Przypominacie też ludziom biegiem swoim, żeśmy tu wszyscy na ziemi pielgrzymami, że także nasze życie toczy się tak szybko, jak koła wagonu, że nie wiemy, ile jeszcze w naszem życiu będzie przystanków, że sygnał na ostatnią stacyę może nas zaskoczyć i schwycić w chwili, kiedy będziemy pogrążeni w najgłębszym śnie.
Szczęśliwi, którzy wśród podróży ziemskiej nie tracą nigdy z przed oczu brzegów ojczyzny niebieskiej!
*
A teraz jeszcze serdeczna, gorąca podziękа Wam wszystkim, Dostojni Panowie, którzy razem ze mną chy- lacie dziś w modlitwie czoła przed Bogiem i Panem na- szym. Niech będzie błogosławiony Bóg, który dając nam tysiączne dobrodziejstwa, nie odjął nam daru modlitwy. Szczęśliwe ludy, które ubogacone lub dążące do ubogace- nia się w tłustość ziemi, nie zapominają prosić też o rosę nieba… Szczęśliwy naród, który silny zarazem i religijny, odważny i karny, umie równocześnie rozkazywać przyro- dzie i słuchać Boga, swojego Stworzyciela!
---
IV. Przemówienie przy poświęceniu i otwarciu nowego dworca kolejowego we Lwowie dnia 26 marca 1904 roku.
Wasze Ekscelencye, Dostojne Zgromadzenie!
Kościół katolicki spieszy wszędzie, gdzie tylko modli- twy pożądają. Ma on dla dzieci swoich nie tylko jedno bło- gosławieństwo, jak Izaak patryarcha, ale poświęca świąty- nie, domostwa, szkoły, zagony włościańskie i te ziarnka, co rzucone w ziemię, mają wyrosnąć kłosem bogatym.
Umocniony miłosnem błogosławieństwem Kościoła, geniusz twórczy wieków średnich i następnych zapalał swoje natchnienie u ogniska wiary i stworzył owe nie- śmiertelne dzieła, które podziwiamy i czcimy pod nazwą sztuki religijnej.
Cześć dobremu geniuszowi za Madonny Rafaela i za Aniołów Fra Angelika!
Ale cześć też, — mówię to imieniem Kościoła katoli- ckiego, — cześć też geniuszowi naszych czasów, który na- turze wyrwał jej tajemnice, ujął w karby iskrę elektryczną, uwięził parę wodną i kieruje niemi, iż muszą słuchać re- gulaminu ludzkiego.
Prawie nie dziwić się, że ten geniusz który dokonuje jakby przebudowy świata, urabia ziemię w swych rękach, jak garncarz ugniata naczynie gliniane, — że ten geniusz, mówię, obiegając na skrzydłach swych odkryć codzien- nie kilka razy kulę ziemską i wznosząc się w tryumfie na szczyty gór niebotycznych, dostaje czasami zawrotu tak, iż pokłon sobie przywłaszcza, który Bogu samemu się na- leży. Ale są to tylko chwile zapomnienia. Najczęściej i on prosi o pobłogosławienie swych natchnień i odkryć, rozu- miejąc, że tylko potężniejsza od ręki ludzkiej ręka Boża może dziełom człowieka nadać trwałości i pokierować wy- nalazkami tak, żeby nie były zagubą i roztrojem świata, ale czem je już stary rygorystа III wieku Tertulian mieć chce tj. życia ludzkiego okrasą i wdziękiem — totus vi- tae sapor — i co jeszcze ważniejsze, narzędziem do szybkiego rozpromienienia cywilizacyi chrześcijańskiej na najdalsze zakątki ziemi. W Bogu bowiem nadzieja, że przy pomocy udoskonalonych środków komunikacyi prawda ujawni się z czasem taką, jaką jest ze swej istoty i natury tj. katolicką czyli powszechną i nie będzie się więcej mó- wiło, że prawda jest nad Tybrem, Dunajem, Tamizą, ale będzie ona na całej ziemi i cała ziemia stanie się jakby jednym domem, gdzie wszyscy mieszkańcy dzielą się i cie- szą wspólną ojcowizną prawdziwej kultury, dobra i piękna.
Półtrzecia roku temu poświęciłem kamień węgielny tego domu. Dziś stawiłem się znowu na poświęcenie ukoń- czonego dzieła, bo wiem, że mnie Szanowny Zarząd bu- dowy zaprosił nie dla konwenansu, ale w chrześcijańskiem ocenieniu słów Pisma: „Jeśli Pan nie zbuduje domu, próżno pracowali, którzy go budują." Uprawnia mię do tego wniosku fakt, że mężczyźni wszystkich sfer społecznych, podnoszę to z radosną dumą, zapełniali znowu w ostatnich dniach, jak może nigdzie indziej kościoły i nie wstydzili się kon- fesyonału, a powtóre i ta okoliczność, że na naczelnem miejscu w hali umieszczono obraz patrona kraju, Św. Mi- chała, którego imię w dosłownym przekładzie znaczy Quis ut Deus: — Kto jako Bóg!
Poświęcając ten gmach, pragnę równocześnie pobło- gosławić wszystkim plodom naszej ziemi i owocom pracy jej mieszkańców, które się tutaj codziennie gromadzić bę- dą dla wywozu w świat daleki, a więc, jak to w dekora- cyach hali także widzimy: znojowi rolnika, mozołom technika i przemysłowca, rzemieślnika pracy i niewiast naszych trudom.
Komu zawdzięczamy ten gmach?
W pierwszym rzędzie i najgłówniej Bogu, dawcy wszelkich darów. Przytem nie zapominamy jednak, że wdzięczność głęboka należy się Ukochanemu naszemu Mo- narsze. Ale i Tobie, Ekscelencyo, Panie Ministrze, należy się gorąca od nas podziękа, bo zawsze szczerą życzliwo- ścią otaczałeś to dzieło, w chwilach wielkiego braku pracy przyznałeś kredyty i stale darzyłeś zasłużonem zaufaniem czcigodnego naszego Dyrektora kolei, zostawiając mu zna- czną swobodę działania, co umożliwiło powołanie najlep- szych firm i sił krajowych do budowy i wyposażenia gma- chu. Skoro zaś już przemawiam do Ciebie, Ekscelencyo, niech mi będzie wolno stwierdzić wdzięcznem sercem inny jeszcze dowód Twej życzliwości dla nas, a mianowicie to, że kiedy Cię kilka tygodni temu prosiłem o zniżkę na prze- wóz materyału pod budowę kościoła Św. Elżbiety, obiecałeś najłaskawiej przyznać nam wszelkie możliwe ulgi.
Tobie, Czcigodny Panie Radco Dworu i Dyrektorze, serdeczne składam gratulacye z powodu tego pomnikowego dzieła, o którем potomność powtarzać będzie, że Ty jego magna pars fuisti. Korzystam też z nadarzonej szczęśliwie sposobności, żeby Ci publicznie złożyć pasterską podziękę za życzliwość, jaką otaczasz podwładnych i ich dziatwę, dla której wystarałeś się o kaplicę szkolną, dla której stworzyłeś kolonię wakacyjną w Tuchli i wy- jednałeś subwencye na ochronkę we Lwowie.
Cześć Ci za to!
Nie moja rzecz opisać zalety nowego gmachu. Uczy- nili to inni lepiej niżbym ja potrafił. Złączę tylko głos swój z głosem ogółu, który z rzadką u nas jednomyślnością stwierdza, iż roboty murarskie, stolarskie, tapicerskie, bla- charskie, konstrukcye żelazne, ornamenty artystyczne za- szczyt przynoszą ich wykonawcom. Dowiedliście niemi, Panowie, że w wielu gałęziach przemysłu i sztuki stosowanej śmiało możecie iść o palmę pierwszeństwa z podob- nymi wytworami zagranicy.
Wreszcie jeszcze jedno: Przy daleko nawet mniej- szych budowach pada prawie zawsze ofiarą jakieś życie ludzkie. Tutaj z tysięcy robotników, zajętych lat kilka, ani jeden nie doznał poważniejszego szwanku. Jaka to radość dla serca biskupa, że z okazyi tej budowy żadne dziecko nie zapłakało nad stratą ojca, żadna matka nad śmiercią syna. — Jak tu Ojcu niebieskiemu nie być wdzięcznym!
Kończę, oddając ten dom poświęcony i wszystkich, którzy w nim pracować będą, pod stałą i niezmienną opie- kę Opatrzności i Najświętszej Panny, Królowej naszej i Świętego Michała Archanioła.
Niech Panu Bogu zawsze będzie na chwałę, a społe- czeństwu na pożytek!
---
V. Przemówienie przy poświęceniu nowego gmachu biblioteki uniwersytetu lwowskiego w dniu 22 maja 1905.
Wasze Ekscelencye, Dostojne Zgromadzenie!
Szczególniejszą dla mnie pociechą, ile razy mogę święcić szkółkę albo czytelnię wiejską. Przyrost bowiem uczelni i bibliotek ludowych i rozszerzenie ich na najdal- sze wioski, to najpiękniejsze znamię nowoczesnej kultury i cecha, która szlachetnie wyróżnia ją od cywilizacyi da- wniejszej, podobnie jak fakt, że coraz więcej za dni na- szych przybywa mieszkań hygienicznych także dla naj- uboższych warstw społecznych.
Każda dobra szkoła i czytelnia ułatwia też niepomiernie pracę nauczycielską i wychowawczą Kościoła.
Nie mniej odczuwam i dzielę radość, jaka dzisiaj prze- jęte jest Grono profesorów, Zarząd biblioteki i uczniowie naszej almae matris z powodu, że jej książnica do- czekała się nareszcie godnego pomieszczenia. Napróżno bowiem czekalibysmy, żeby promienie oświaty przedo- stały się do ludu, do ostatniej chaty wiejskiej, gdyby tutaj w górze, w ognisku, na wszechnicy słońce wiedzy nie świeciło jasno. Stąd jako wasz kolega i jako biskup wy- glądałem z utęsknieniem razem z wami tej doniosłej chwili, któraby wam stworzyła korzystniejsze warunki pracy a bibliotece umożliwiła dalszy, najświetniejszy rozwój.
Spełnię dalej miły obowiązek, jeśli Wam, Czcigodni Panowie, serdecznie podziękuję za przyzwanie mię na to swoje święto. Nie wątpiłem zresztą ani na chwilę, że to uczynicie, bo jeśli gdzie, to przy poświęceniu gmachu bi- blioteki uniwersyteckiej biskup katolicki ma naukowo do- brze uzasadnione prawo być obecnym.
Przecież biblioteka Stolicy Świętej była wzorem, wedle którego zakładały się wszystkie najdawniejsze bi- blioteki Europy. A mam tu na oku nie tylko tę, którą w wieku XV. Mikołaj V. założył, a Leon XIII. w naszych czasach otworzył na wielką międzynarodową pracownię studyów historycznych pod hasłem: „Ut vincat veri- tas!" Myśl moja przenosi się w epokę krwawych prze- śladowań. Żyć Kościołowi nie było wolno, a już w sa- mych początkach swego istnienia gromadził rękopisy. Al- bowiem do istoty jego duszy i egzystencyi należy także uprawa nauki i sztuk pięknych.
Wiemy co wchodziło w skład owej pierwszej biblio- teki papieskiej. Mieściły się tam księgi Pisma Św. i ko- deksy liturgiczne, traktaty Ojców, orzeczenia dogmaty- czne, korespondencya Kościoła rzymskiego z innymi ko- ściołami, zapiski, odnoszące się do administracyi wewnę- trznej, akta Męczenników, rejestry ubogich. Niestety, naj- piękniejsze te karty historyi pierwotnego Kościoła prze- padły na zawsze. Zniszczył je Dyoklecyan. Ledwie mała ich część ocalała w odpisach Afryki, Egiptu, Wschodu.
Z nastaniem wolności w wieku IV, Papież Damazy drugą zakłada bibliotekę, buduje dla niej w pobliżu teatru Pompejusza dokoła bazyliki Św. Wawrzyńca wspaniały portyk, organizuje osobną służbę, sporządza katalogi.
Później, kiedy Lateran stał się centrem administracyi kościelnej, także „chartarium ecclesiae roma- nae" przenosi się do nowej rezydencyi papieskiej, aby tam ciągle było pod ręką. Równocześnie Papieże stwo- rzyli przy tej bibliotece jakby warsztat, gdzie kopisci cią- gle przepisywali Księgi Święte i dzieła autorów klasy- cznych, które potem misyonarze roznosili po całej Euro- pie. W rękopisach tych szły do Francyi, Anglii, Niemiec także przepyszne miniatury na rozsadniki sztuki rzymskiej.
Darujcie, Czcigodni Panowie, że tych słów kilka po- święciłem matce wszystkich bibliotek, ale sądziłem, że wy- padało mi wspomnieć o tej instytucyi, z której wszystkie większe książnice świata cywilizowanego się odżywiały i do dni naszych uzupełniają.
A jakie to szczęście, że w naszych czasach istnieje tak wiele bibliotek! Pozwalają one każdemu bez większej trudności pójść aż do źródeł i początków wszelkiej wiedzy ludzkiej. A tego też tylko pragnie Kościół katolicki. Uza- sadnię myśl moją choćby jednym przykładem.
Chlubimy się dziś metodą eksperymentalną. I słusz- nie. Przyczyniła się ona niemało do rozwoju nauk przyro- dniczych. Ale tu właśnie dawne rękopisy i druki nam powiedzą, że błędnie twierdzi się często, jakoby miano- wicie uczeni wieków średnich umieli szukać prawdy tylko przy pomocy syllogizmu i że dopiero lord z Werulamu pierwszy zwrócił uwagę na wartość metody doświadczal- nej. Prawda przedstawia się inaczej. Dawno przed Fran- ciszkiem Baconem posługiwali się eksperymentem mnisi XI. i XII. wieku jak Gerbert, Albert Wielki, a zwłaszcza Robert Bacon, który prawie z krzywdą innych dróg ba- dania wysławia i wynosi metodę indukcyjną, snującą swe wnioski z nagromadzonych i umiejętnie zestawionych zjawisk.
Od mnichów metodę eksperymentalną przejął Gali- leusz. Nie wahałem się wymienić tutaj tego wielkiego imienia. „Splendore veritatis gaudet Eccle- sia" — powiedział Leon XIII do przedstawicieli instytu- cyi naukowych, pracujących w archiwach watykańskich. Nikt nie myśli przeczyć, że Galileuszowi stała się krzyw- da. Ale nie gorszyć się nam tym faktem, nie podnosić go ciągle przeciw Kościołowi. Raczej dziwić się, że w ciągu 19 wieków jedno tylko takie zaszło nieporozumienie. A jak szlachetnie Papieże ekspiowali tę mylkę Kongregacyi rzymskich! Tuż przy kopule Św. Piotra, tuż przy biblio- tece watykańskiej wznieśli obserwatoryum astronomiczne, gdzie O. Secchi i jego następcy, zajęci zdjęciem przypadłej im w podziale pracy części mapy nieba, powtarzali nie- raz z radością słowa, mylnie odnoszone do Galileusza: „E pur si muove — a jednak ziemia się porusza!"
Zostaje mi już tylko złożyć Wam, Szanowni Panowie, życzenie, aby Opatrzność uchroиiła tę drogą nam książni- cę od wszelkiego przypadku. Życzę też z całej duszy Wam i całemu społeczeństwu, abyście w jasnowidzeniu nauko- wem i przy pomocy ksiąg, które tu się mieszczą i mieścić będą, odkrywali coraz to nowe prawdy i rozkładali każdy błąd i fałsz, ale równocześnie uszanowali zawsze i wsze- dzie idee religijne i moralne, bo gdyby tych zabrakło, gotowe nie ostać się także wasze warsztaty naukowe. „Prawda to jest historyczna razem i eksperymentalna, — powiedział niedawno uczony, wcale nie podejrzany o sympatye dla religii katolickiej, — że szkoła i Kościół równie ludzkości są potrzebne."
Sama wiedza nie dźwignie narodu. Mocniej stoi on cnotą. Prawda bez miłości Boga i bliźniego jest tylko bożkiem. Trzeba prawdę głosić słowem i pismem, — ale wię- cej jeszcze, — praktykować ją w życiu! Facere veri- tatem, jak chce apostoł.
Jeszcze raz życzę Profesorom, Przełożonym biblio- teki i uczniom w nowym przybytku pracy — Szczęść Boże!
---
VI. Przemówienie przy poświęceniu kamienia węgielnego pod kościół Św. Elżbiety we Lwowie dnia 15 października 1905 roku.
Dostojni Słuchacze! W minionych wiekach całe wyż- sze, duchowe życie ludów obracało się prawie wyłącznie dokoła świątyń katolickich. Kościoły służyły nie tylko do celów ściśle liturgicznych, lecz były równocześnie nieomal jedynemi uczelniami, jedynemi galeryjami sztuki plastycz- nej i miejscem popisu najwznioślejszej muzyki.
Nic dziwnego, że pradziadom nie dłużyły się nabożeństwa ani milowa droga nie zdawała się im za długa, jeśli wiodła do kościoła.
Dzisiaj inaczej. Kościoły przestały być wyłącznem ogniskiem nauki i sztuki. Myśl ludzka rozprószyła się i rozdziela na mnogie, dawniej nieznane gałęzie wiedzy i badań technicznych. Życie całe więcej niż niegdyś jest skomplikowane, walka o byt trudniejsza, coraz to mniej w nas zdrowia fizycznego. Wszystko to razem sprawia, że podczas gdy dawniej ludzie szukali Kościoła, to dzisiaj Kościół musi ich szukać i przedstawiciele jego muszą czy- nić wszystko, co w ich mocy, aby wiernym udogodnić i ułatwić udział w nabożeństwach.
Mając na oku ten nastrój duchowy naszego pokole- nia i te zmienione warunki bytu a także fakt, że w wielu miejscach ludność kilkakrotnie się zwiększyła, śp. mój po- przednik na stolicy arcybiskupiej razem ze swym ówcze- snym sufraganem a dzisiejszym Kardynałem księciem bi- skupem krakowskim powziął myśl wielką stawiania co- rychlej i jak najliczniej kościołów po wsiach i miastach ar- chidyecezyi. Między innemi serce jego objęło swą pieczą także rozległą i ludną dzielnicę grodecką we Lwowie. Kiedy miłościwie nam panujący Monarcha darował miejsce pod kościół, śp. Arcybiskup Morawski poświęcił je, zatkną ł na niem krzyż i pierwszy hojną złożył ofiarę. Postanowiono już wówczas nadać przyszłej świątyni nazwę Św. Elżbiety raz dlatego, aby wyrazić wdzięczność i najgłębsze współ- czucie dla nawiedzonego najcięższem nieszczęściem Mo- narchy a powtóre, aby nowej parafii, złożonej przeważnie z ludzi uboższych, zapewnić opiekę tej wielkiej służebnicy Bożej, co acz z królewskiego rodu ukochała ubóstwo, całą poświęciła się na jego posługi i zwaną była za życia matką ubogich, sama też zaznawszy goryczy nędzy, przesładowania, tułactwa.
Postanowienie to czcigodnego poprzednika mojego przejąłem jako świętą po nim spuściznę. Sam nie byłbym sprostał dziełu. Chwała niech będzie Panu Bogu, który widocznie błogosławił zamiarowi a cześć sercom szla- chetnym, które pospieszały mię wesprzeć radą, ofiarami, pracą.
Zanim wszystkim współfundatorom kościoła złożę podziękę, chcę, Dostojni słuchacze, choć na chwilę ode- rwać myśl waszą od materyi, od tych murów wyłaniającej się z ziemi świątyni, unieść was w sfery wyższe i roz- toczyć przed oczyma waszemi jeden z tych bezmiernych horyzontów, jakich pełna jest nasza święta wiara.
Znawcy twierdzą, że piękny będzie Dom Boży, który budujemy. Ale wiara katolicka odsłania, ukazuje mi w tym obrzędzie poświęcenia kamienia węgielnego, coś nieskoń- czenie piękniejszego, większego. Najprawdziwszemi i naj- przedniejszemi świątyniami Bożemi, głosi ona, to nie te kościoły z kamienia, ani bazyliki z marmuru, choćby je sztuka liczyła między cuda świata. Są niemi dusze nasze. Myśl tę podnosi apostoł kilkakrotnie, mówiąc z naciskiem, że kościołem Bożym jesteśmy a przynajmniej stać się winniśmy i możemy. Świątynie materyalne na to nie ist- nieją, aby nam ułatwiły, umożliwiły przebudowę dusz na- szych na żywe świątynie Boga żywego. I nigdy Bóg nie spoczął z taką rozkoszą w żadnem tabernaculum ze złota, z jaką gości i mieszka w duszy czystej.
Duszo ty ludzka, jakżeś zacna jesteś i wielka!
Myśl, że dusza przeznaczona na świątynię Boga, jest na wskroś etyczna i płodna w skutki zbawienne. Jeśli bo- wiem dusza jest świątynią, tośmy ją winni otaczać posza- nowaniem, ważyć i cenić sobie wielce jej Bożą godność. Tymczasem ile dziś jest ludzi, co pamięta, co ceni sobie tę swoją Bożą wielkość! Gdzie dziś ludzie — woła znako- mity znawca stosunków społecznych — gdzie dziś ludzie, co dotykają się siebie przynajmniej z taką obawą, oględnością, z jaką dotykają się swoich waz serwskich, co patrzą na swą duszę z takim pietyzmem, z jakim patrzą na dzieła sztuki, rozwieszone po ścianach swoich domów, co starają się o jej piękno moralne przynajmniej z taką troskliwością, z jaką chodzą koło zdrowia i piękna swego ciała! Giniemy z braku poszanowania dla siebie, który wyrósł w obyczaj i prawo społeczne!
Krzywdę czynilibyśmy naszemu narodowi, gdybyśmy doń odnosili jaskrawy ten wyrzut francuskiego myśliciela. Ale i u nas chroma i psuje się niejednoś. Dowodem choćby ten odłam młodzieży, na którą coraz częstsze podnoszą się skargi, że poniewiera, kala, tarza swą godność, swe serce po śmietniskach występku a stargane, zużyte, wyniszczone grzechem życie odrzuca, jak gdyby było rzeczą bezwartościową.
Choć nie dziwię się prawie, że ludzie nieraz tak mało mają szacunku dla siebie, dla swej duszy, serca! Nie może mieć tego uczucia, komu sumienie powiada, że wart niewiele, że zbyt często się skalał, poniżył, upodlił. Stąd wołam w imię dobra jednostek, w imię dobra pospolitego: miejmy w poszanowaniu dusze, serca nasze! Wprzód jednak uczyńmy je czcigodnemi!
Dusza jest świątynią. Serce jakby ołtarzem przenośnym — *altare portatile* — tej świątyni. W świątyni składa się ofiary. Jakie my Bogu złożymy? W świątyniach pogańskich i starozakonnych składano ofiarę z bydląt. Chrześcijanin ma je zastąpić ofiarą z siebie. On wyprowadza przed ołtarz swego serca codzień swój egoizm, zachcianki zmysłowe, ducha buntu, co przed nikim się nie ugnie, słowem wszystko co niskie, samolubne, małe — i te umiłowane bożki swoje zarżyna co dzień bez miłosierdzia mieczem świętej wielkoduszności na ofiarę Bogu, aby w duszy nic już nie zostało, coby oko Boże smuciło, obrażało. Wiem, że te ofiary przychodzą z trudnością, że krwawi się w nich nieraz cała istota człowieka. Wiem, że trzeba prawie nadludzkiej energii i siły woli i bezustannej czujności, aby wyniszczyć w sobie niskie myśli i złe pragnienia. Dlatego też dużo prawdy znajduje w powiedzeniu owego badacza i znawcy serca ludzkiego, który nie wahał się oświadczyć, że choć bardzo ceni męstwo i poświęcenie żołnierza, narażającego swe życie w obronie ojczyzny i chętnieby go obdarzył wawrzynem, to jednak, gdyby miał do rozdania tylko jeden wieniec i był zmuszony wybierać między tym bohaterem a młodzieńcem, zwyciężającym stale ataki wroga wewnętrznego, to jest wybuchy egoizmu, pychy, zmysłowości, — złożyłby wieniec na skroniach tego ostatniego.
Świątynią jest dusza człowieka sprawiedliwego. Z tych zaś świątyń ludzkich, pojedynczych, buduje się jedna olbrzymia świątynia żywa, czyli Kościół Święty katolicki, którego fundamenta są w czyścu, cokół na ziemi a szczyty w niebie. I jak w budowie materialnego kościoła żadna cegła ani kamień nie są rzeczą tak małą, iżby wolno było lekceważyć i jak w ustroju i budowie społeczności ziemskiej każdy choćby najskromniejszy robotnik ważną oddaje przysługę całości: tak również w tej budowie duchowej powszechnego Kościoła katolickiego nikt nie jest bez znaczenia, jeden podpiera, podtrzymuje modlitwą, dobrymi uczynkami swoimi, drugiego, sam znowu od niego duchowej doznając pomocy.
A głównym węgłem, na którym wywodzi się i rośnie ta żywa, ogromna z dusz świątynia, to sam Syn Boży.
„Albowiem fundamentu innego — powiada apostoł — nikt założyć nie może okrom tego, który założon jest, Chrystus Jezus." (1 Kor. 3, 11).
A teraz wracając do przedmiotu, który nas dziś zgromadził, spełnię miłą sercu powinność, gdy raz jeszcze wypowiem najgłębszą wdzięczność dla ukochanego Monarchy za ofiarowanie placu pod kościół; Jego Cesarskiej i Królewskiej Wysokości Najdostojniejszemu Arcyksięciu Franciszkowi Ferdynandowi za przyjęcie protektoratu nad budową, poprzedniemu i dzisiejszemu Namiestnikowi i Marszałkowi kraju za otoczenie dzieła najtroskliwszą opieką i znaczne ofiary osobiste, Radzie stołecznego naszego grodu za dar prawdziwie królewski, wojskowości za udział w uświetnieniu dzisiejszej uroczystości, wszystkim czcigodnym paniom i panom należącym do składu komitetu budowy, twórcy pięknych planów pod kościół, zacnym panom czuwającym z ramienia komitetu bezinteresownie nad przeprowadzeniem budowy, słowem wszystkim szlachetnym ofiarodawcom i dostojnym gościom co z blizka i z daleka przybyli na uroczystość naszą. Niech Wam wszystkim Bóg zapłaci! Osobna podzieka należy się ode mnie przedstawicielom naszej prasy, którzy mię dotychczas w żadnej dobrej nie opuścili sprawie, lecz stale wspierali i torowali drogę moim myślom, czy to chodziło o godne święcenie jubileuszu Papieskiego, czy o uczczenie Najświętszej Panny kongresem i koronacją. Ufam, że także nadal będą orędownikami sprawy budowy kościoła i będą przypominali społeczeństwu, że jest to akt wielkiego rozumu i serca nie żałować grosza dla Boga, w którego ręku spoczywają losy jednostek i narodu.
Dzieło dopiero rozpoczęto. Musimy je doprowadzić do szczęśliwego końca.
Staje mi w tej chwili w myśli lud izraelski, zostający na puszczy bez kropelki wody. Daj nam pić, wołały rzesze spragnione, wołały matki, którym więdły i przymierały niemowlęta, jak kwiat niezroszony od dawna deszczem z nieba. Mojżesz uderzył wtedy trzykroć laską w skałę i wytrysnęły strumienie wody żywej. Nie jestem ja Mojżeszem, abym mógł czynić cuda. Ale też serca wasze nie są skałą. Przeciwnie — chętne one dla każdej dobrej sprawy.
Kto dopomoże?
Czytamy w herbarzu Niesieckiego, że Stanisław Lubomirski, wojewoda krakowski i ruski, zmarły w r. 1649, mawiał: „Miałem się przedtem nieźle, przecież mi zawsze nie stawało. Jakom się ja począł z Bogiem dzielić fortuną moją, kościoły i klasztory fundować, sam nie wiem, jako mi Bóg wszystkiego przymnażał."
Drugi przykład wezmę z życia warstw, których jedynym nieraz kapitałem zdrowe ręce. Przyszło do mnie niedawno kilku włościan z podziękowaniem za kościół, który ma się u nich stawiać i za uwolnienie ich od należnej konkurencyi. — Ale przyczynicieś się robocizną, odezwałem się do nich. Na to jeden z nich: Jesteśmy bardzo biedni, ale robocizny chętnie dostarczymy, bo byśmy się przecież wstydzili pójść do kościoła, gdybyśmy się niczem do jego wybudowania nie przyczynili.
Ile wielkoduszności mieści się w owem powiedzeniu możnego pana, ile szlachetności w tem odezwaniu się biednych włościan!
Ufam, że te ich słowa powtórzą serc i ust tysiące i kto nie dał jeszcze nic na budowę kościoła Św. Elżbiety, złoży swą ofiarę corychlej, a kto już dał, da jeszcze i nie spoczniemy bogatsi i ubożsi, aż kapłani i dzwony nowej świątyni głosić będą z tego miejsca: „Chwała na wysokości Bogu a pokój — pokój tyle dziś pożądany — pokój ludziom dobrej woli!"
Naszym chęciom i zamiarom błogosław wielki i dobry Boże!
---
Z radością przybyłem na uroczystość otwarcia Polskiego muzeum szkolnego, bo oceniam należycie jego doniosłość dla naszego szkolnictwa a także dlatego, ponieważ, jak ufam, jego założyciele chcieli przez zaproszenie duchowieństwa z poświęceniem nowej instytucyi publicznie dać wyraz chrześcijańskiej zasadzie, iż jeśli Pan nie pomaga codzień budować gmachu oświaty, darzemno mozolą się nad wybudowaniem go na zdrowych podstawach ci, którzy go budują.
Zarząd muzeum pragnie gromadzić w niem dawne i współczesne traktaty pedagogiczne polskich autorów, podręczniki, programy nauk, sprawozdania o bursach i stowarzyszeniach młodzieży, środki służące do uzmysłowienia nauki szkolnej i podniesienia fizycznego wychowania uczniów.
Na co to wszystko? Inicyatorom tej instytucyi należałaby się szczera wdzięczność od społeczeństwa już wtenczas, gdyby nawet nic więcej nie byli nią chcieli osiągnąć, jak uchronić od zaguby pomniki, w których streszcza się poniekąd praca wychowawcza naszych pedagogów i odzwierciedla życie szkolne naszej młodzieży.
Ale pragnienie ich sięgało dalej. Wedle organizacyjnego planu muzeum ma być instytucją żywą i wytwarzającą życie. Dowodem pracownia naukowa, która mieścić się ma w tym przybytku na to, aby w niej mężowie nauki, na źródłach przeszłości, uzupełnionych zdobyczami wiedzy i pedagogicznego doświadczenia doby współczesnej, mogli zawsze wypracowywać metodę naukową najaktualniejszą, system edukacyjny najlepszy, zdolny dostarczać narodowi obywateli, przewodników prawdziwie wielkich.
Wiem, że trafię też w myśl twórców tej instytucyi, jeśli dodam, że pragną oni również, aby na zebranych tu pomnikach kształcili się i wyrastali wciąż nauczyciele wychowawcy, którzyby rozumieli, iż obok poglądowego materiału martwego istnieje drugi, dla nauki szkolnej jeszcze ważniejszy — to jest: żywy człowiek. Z każdego bowiem wykładu to zawsze uczeń pojmuje, pamięta, odczuwa najlepiej, co z zawartego w lekcyi piękna, prawdy, dobra, może wprost przenieść na swego katechetę czy nauczyciela świeckiego, na nich sobie uwidocznić, w nich widzi wcielonem, urzeczywistnionem.
Nagromadzone tu pomniki wciąż też do naszych nauczycieli wołać będą, że nie wolno im nigdy kapitulować ani przed zaślepieniem rodziców ani wobec zachcianek i namiętności uczniów ani wreszcie przed opinią publiczną, gdyby ta stanęła kiedy w sprzeczności z zasadami zdrowej pedagogii — i jeśli ci nauczyciele nie chcą, aby historya policzyła ich między wspólników miękkości i znerwowania swojej epoki, między winowajców rozluźnienia dyscypliny i nie umieściła ich kiedyś w tem muzeum w dziale szkodników swojego narodu.
Kończę serdecznem życzeniem, aby przy łasce Bożej nadzieje, jakie Zarząd i społeczeństwo do tej instytucyi przywiązuje, w całości się ziściły!
---
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Drodzy moi Bracia!
Czterdzieści tysięcy was jest kapłanów we Francyi, a Francya ginie, wołał biskup Mermillod do kleru francuskiego.
Jako jeden z głównych powodów upadku ducha i obyczaju chrześcijańskiego znawcy stosunków francuskich podają wielkie błędy i braki w systemie nauczania i wychowania młodzieży także w zakładach, zostających pod kierownictwem duchowieństwa.
W naszej Polsce jest nas duchownych także kilka tysięcy. Faktem też, że młodzież szkolna traci wiarę, że część robotników, których przygotowaliśmy do pierwszej Komunii sami albo nasi poprzednicy, głosi, że się potrafi w życiu obejść bez Pana Boga. Równocześnie część ludu wiejskiego odwróciła się od Kościoła, a nawet wpadła w sidła herezyi.
Najcięższą krzywdę by nam wyrządził, ktoby na nas samych chciał złożyć całą odpowiedzialność za obniżenie się w narodzie ducha wiary i moralności. Rzecz bo znana powszechnie, ile to złych wpływów działa na młodzież poza murami szkolnymi. Także w samej szkole nieraz jedna ateistyczna lekcya z zakresu nauk przyrodniczych burzy i niszczy co z mozołem zbudował dobry katecheta. A gdybyśmy poddali analizie swoje doświadczenie, wyniesione z gimnazyum, to niejeden z nas przyszedłby może do tej samej konkluzyi, co Ludwik Veuillot, że mianowicie studyum klasyków pogańskich zostawiło w jego duszy osad niezdrowy, wniosło w nią obok elementów dodatnich pewien rodzaj zmysłowego naturalizmu.
Nie myślę ja bynajmniej o wyrugowaniu z naszych szkół średnich studyów klasycznych. Muszę jednak zaznaczyć, iż uważam za wielki błąd oddanie od epoki Odrodzenia formacyi duszy chrześcijańskiej przeważnie poetom, filozofom, retorom, którzy nie znali Chrystusa a niejednokrotnie wprost Go zwalczają swoimi poglądami na życie. Jeśli jeszcze do tych klasyków przedchrześcijańskich dołączy się lektura nowszych autorów pogańskich, jeśli przytem profesor więcej kocha łacinę i grekę, niż duszę swego ucznia, to ubolewać trzeba, ale się dziwić nie można, iż nawet praca najlepszego katechety nie przynosi tych owoców, jakich po niej wyglądا wierząca część społeczeństwa.
Wprawdzie mówi się dużo o tem, że religia zajmuje u nas pierwsze miejsce w szkole. W rzeczywistości rola jej podobna do stanowiska tego króla konstytucyjnego, który panuje, ale nie rządzi.
Z drugiej strony przyznać musimy, że wobec dzisiejszej częściowej degeneracyi religijnej i my duchowni nie jesteśmy bez winy. Mówimy sobie też coraz częściej jawnie i głośno: *nostra magna culpa!* Na zebraniach biskupów kwestya ulepszenia planu i metody nauczania jest prawie stale najgłówniejszym przedmiotem narad. Pojawi się też wkrótce osobny list pasterski wszystkich XX. Arcypasterzy kraju do XX. Katechetów jako wyraz naszej troski o religijne wychowanie dziatwy a zarazem życzliwości dla jej duchownych kierowników. Także dzisiejszy zjazd i kurs katechetyczny jest takiem publicznem wyznaniem, że, Bracia Kochani, uznajecie wszyscy potrzebę udoskonalenia sposobu nauczania i że w tym celu chcecie dokonać krytyki na metodzie, na podręcznikach, na sobie samych.
Myśl tedy wielka zwołała Was na tę ucztę duchową z całego kraju a nawet z poza jego granic; — myśl ta sama, która zapełniała duszę Św. Augustyna, kiedy pisał traktat: *De catechizandis rudibus*, która skłoniła wielkiego Gersona do uczenia katechizmu dzieci, a wprzód jeszcze Zbawiciela, nam wszystkim na przykład, — do szczególniejszego zajęcia się dziatwą, aby ją jak najbardziej urobić na podobieństwo Ojca Niebieskiego.
To też witam Was całem sercem! Byłoby to za mało. Dlatego dodaję: Ofiarowałem Mszę Św. na Waszą intencję, żeby ta kilkudniowa Wasza praca przyniosła rychło plon najobfitszy. Tem zaś goręcej o błogosławieństwo Boże dla Was prosiłem, iż dobrze wiem, że jeżeli praca katechetów szwankuje, niema fundamentu pod słowo Boże, głoszone przez kaznodzieję.
Przyjmijcie jeszcze kilka uwag, życzeń.
Pragnieniem mojem gorącem, aby przy nauce szkolnej Pismo Św. Nowego Testamentu znajdowało się stale w ręku katechety i uczniów. Wszak celem najwyższym nauczania, to zaprowadzenie młodzieży do Jezusa takie, żeby Go pokochała i już nigdy w życiu nie opuściła. Szukać nam zaś w szkole Jezusa tam, gdzie Jego usta mówią, serce bije, Bóstwo drga — a więc w Jego Piśmie Św. *Ignoratio Scripturarum, ignoratio Christi est*, powiada Św. Hieronim. W Bogu nadzieja, że nieza-dług, jak słyszałem, pojawi się wydanie Ewangelii i Dziejów Apostolskich z odpowiedniemi objaśnieniami, przeznaczone w pierwszym rzędzie dla uczniów szkół średnich. Trafne wskazówki, jak przy wykładzie w szkole wyzyskać tekst Pisma Św., znajdziecie Księża Katecheci w dziełku Sylviana Verret'a: „*Vers l'Évangile*" (Nawrócić do Ewangelii!), wydanem w Paryżu nakładem księgarni Poussiergue'a.
Drugiem mojem życzeniem, abyście przy wykładzie etyki katolickiej jak najwięcej uwydatniali jej stronę socyalną, tę, że tak powiem, jej fasadę najbardziej Bożą; żebyście uczniów przekonali, iż w całej naszej religii niemasz ani jednego przepisu, przykazania, któreby nie miały na oku przedewszystkiem dobra ogólnego. Tak też wychowujcie uczniów, żeby zawsze tylko z tego ogólno ludzkiego, społecznego punktu widzenia każde zagadnienie w życiu osądzali, starali się rozwiązać.
Oby też żadnego z Was nie spotkał zarzut, który żyjący jeszcze biskup amerykański podniósł przeciw swemu katechecie: „Sto razy mi powiedział, abym co niedzielę był na Mszy Św., a tylko raz, żebym był uczciwym człowiekiem!" Uczeń musi zrozumieć, że Msza Św., Sakramenta, modlitwa są niezbędne, ale tylko jako środki, mające nas uzdolnić do spełnienia tego, co jest istotą religii, tj.: abyśmy nigdy nikomu w życiu nie uczynili nic złego, ale przeciwnie, z miłości ku Bogu, każdemu tyle świadczyli dobrego, ile tylko przy łasce Bożej w naszej jest mocy.
Wiecie też, Bracia moi kochani, że Ojciec Św. Pius X rozporządził, aby wszyscy biskupi w każdej parafii swojej dyecezyi kanonicznie założyli stowarzyszenie „Nauki chrześcijańskiej", któreby proboszczom, szczególnie tam, gdzie liczba kapłanów jest mała, dostarczyło pomocników świeckich do nauczania najważniejszych prawd wiary.
Z parafian starszych prawie niepodobna wyrobić katechistów, bo nieraz i czytać nie umieją. Cała nadzieja nasza i tutaj spoczywa w młodzieży. Z niej wyrosną przyszli ojcowie i matki rodzin. Powiedzcie chłopcom i dziewczętom, że Ojciec Św. powołuje ich na apostołów w nauczaniu katechizmu. Ale równocześnie tak je przygotujcie, aby wprzód same dobrze rozumiały to, czego mają uczyć innych.
Dobrego wykładu nikt nie zaimprowizuje. Nie można też wychowywać instynktem, bo dziecko, to nie *anima vilis*. Przypominają mi się tutaj słowa, które Aleksander Wielki miał wyrzec o mastalerzach swojego ojca: „Niezgrabni! co za wspaniałego konia zgubili, nie umiejąc się wziąć do niego." Dobre i konieczne są więc i kursy katechetyczne. Ale przed kursami i po kursach trzeba nam wszystkim wciąż sięgać do doświadczenia wypróbowanych mistrzów w sztuce wychowania, którzyby nas nauczyli, jak się do młodzieży z pożytkiem dla niej i dla społeczeństwa brać należy. Traktaty pedagogiczne Biskupa Dupanloup i Willmanna powinny dla każdego katechety być *lectio diurna nocturna*.
A teraz jeszcze słowo o tem, co jest najważniejsze.
Nauczycielem i wychowawcą młodzieży powinien być jedynie mąż rzetelnej cnoty, który obok gorącej miłości Boga czuje w sobie iskrę owej miłości, jaką Zbawiciel miał dla dzieci. Tylko taki bowiem człowiek zdolny jest do wielkiego poświęcenia. A dzisiaj są czasy, w których nie powstrzymamy złego, jeśli nie jesteśmy gotowi na największe ofiary, nawet na śmierć z wycieńczenia i wyczerpania sił pracą. Bez tej miłości Boga i dzieci wykład i egzorta nasza będzie zawsze jak to słońce zimowe. Jest w niem światło, ale ciepła brak i życia płodności. Niedokładnie się nawet wyraziłem, mówiąc, że jest światło. Albowiem takie ono blade, że nawet dostatecznie duszy nie oświeci.
Biskup Orleanu myśl tę pięknie dalej rozprowadza. Jeśli widok dziecięcia na ulicy o spojrzeniu naiwnem i czystem, ujawniającem serce szlachetne, nie zainteresuje twej duszy — powiada on, jeśli nie poruszy drgań twego serca i nie wzbudzi zazdrości, że to nie ty możesz je wychowywać, przygotować do pierwszej Komunii, znak to, że dzieci nie kochasz. Zostaw więc innym świętą misyę wychowania.
Kochajmy więc Pana Boga! Kochajcie też dzieci, to i one Was pokochają a Pana Boga w Was pokochają. Kochajcie dzieci bardzo, bo Bóg był dzieckiem.
Niech też Związek katechetów będzie wielkiem bractwem wzajemnej modlitwy za siebie i za dzieci, bo modlitwa pierwszym i ostatnim warunkiem powodzenia w pracy katechety.
Program kursu jest obfity. Żałuję, że na nim nie dopuszczono do głosu także wytrawnych pedagogów świeckich. Rozumiem jednak, że w kilku dniach omówić wszystkiego niepodobna. Ufam też, że po tym kursie rychło nastąpią inne, że przemienią się w instytucyę stałą. Umiejętność wychowania spekulatywna i praktyczna jest umiejętnością całego życia.
Jeszcze raz życzę pracy Waszej: błogosław Boże!
---
Kiedy w zeszłym roku na zgromadzeniach w Królestwie Polskiem radzono nad tem, jaki ma być przyszły typ szkoły narodowej, padły także głosy, domagające się szkoły bezwyznaniowej. Wiem, że wtenczas ludzie nawet liberalni, ale rozumnie swój naród miłujący, potępili te hasła, jako zbrodnie na dzieciach i na ojczyźnie. Szkoda tylko, że tego nie powiedzieli dość głośno. Wyręczył ich dopiero robotnik, który swą mowę, wygłoszoną w Częstochowie, 15 sierpnia 1906, przy poświęceniu sztandaru Związku robotników zakończył w imieniu swych braci słowy: My chcemy Boga w rodzin kole, my chcemy Boga w książce, w szkole, my chcemy Boga w wojsku, w sądzie, w rozkazach królów i w księgach praw... My chcemy Polski nie byle jakiej, ale szczerze katolickiej.
Także u nas w Galicyi, gdybyśmy naprawdę cały lud zawezwali do głosowania i zapytali go, jakiej on żąda szkoły, otrzymalibyśmy prawie jednomyślną odpowiedź, że nie tylko nie godzi się, żeby dzieciom szkolnym ujęto nauki religii, ale przeciwnie żąda jej jeszcze więcej. „Przecież całe życie nasze spoczywa na religii", pisali do mnie kilka dni temu włościanie z powiatu podhajeckiego, dopraszając się dla swojej wsi osobnego kapłana.
Takie było też dotychczas przekonanie tego wysokiego Sejmu. Dowodem choćby te doroczne odwoływania się komisyi szkolnej i posłów pojedynczych do biskupów, aby zabezpieczyć i uregulować naukę religii w szkole. W głosach tych była krytyka nieraz przyostra, a czasem nawet niesprawiedliwa, bo nie dość uwzględniająca wszystkie trudności, jakie duchowieństwo ma do zwalczenia tam, gdzie w jednej parafii musi obsłużyć szkół kilka, kilkanaście, a nawet przeszło dwadzieścia, znacznie odległych od kościoła parafialnego. Wyjątki niespełniające należycie swoich obowiązków są w każdym stanie. — Ale też każdy biskup mógłby przynieść nazwiska kapłanów, których tylko nadmierna praca wpędziła przedwcześnie do grobu. Mimo wszystko jednak te apele, z jakimi wysoka Izba występuje do biskupów, abyśmy religii uczyli i więcej i lepiej, mnie nie smucą. Lęk ogarnąłby mnie dopiero wtedy, gdyby o nauce religii w naszym Sejmie grobowe nastało milczenie. Czynią też biskupi wszystko, co jest w ich mocy, aby jak najrychlej ulepszyć plany, metodę i podręczniki do nauki religii. Wyrazem tej troski o religijne wychowanie dziatwy jest też osobny list pasterski całego episkopatu do księży katechetów, który się niebawem pojawi. Jak szczerze księżom katechetom sprawa nauczania religijnego i podniesienie jego wydatności leży na sercu, dowodem także odbyty niedawno we Lwowie kurs katechetyczny. Wysokiej Radzie szkolnej składam na tem miejscu serdeczną podziękę za ułatwienie księżom katechetom uczestnictwa w tym zjeździe. Jest nadzieja, że kursa te przemienią się w stałe instytucye i ujęte w system, przyczynią się niemało do pogłębienia teoretycznego i praktycznego wykształcenia księży katechetów.
Ale choćbyśmy biskupi i kapłani zaraz jutro podnieśli nauczanie i wychowanie religijne na same szczyty dydaktyczne i pedagogiczne, chocby nas nawet tyle było duchowieństwa, iżbyśmy najregularniej, przynajmniej raz w tygodniu, mogli odwiedzić każdą szkółkę w parafii, to jeszcze nie osiągniemy wszystkich tych owoców naszej pracy, jakich ten wysoki Sejm i kraj nieomal cały od nas się domaga. Dlaczego? — Bo nam trzeba więcej godzin dla religii. Pytacie, panowie, ile ich chcemy? — Nam trzeba wszystkich godzin całego tygodnia od pierwszej do ostatniej i tak przez cały rok.
Więc biskupi chcą, żeby kraj szkołę oddał pod wyłączne rządy księży! Nie — przezacni panowie. Nam nie o rządy osobiste chodzi. Nam wystarczy, jeśli Chrystus i Jego zasady wciąż w szkole i w społeczeństwie będą górą. My zadowolimy się wtenczas choćby ostatniem miejscem, bo wiemy, że społeczeństwo wierzące swoich kapłanów nie skrzywdzi.
Jeśli jednak panowie szczerze chcecie, żeby wiara katolicka zrosła się z istotą dziecka i dostarczyła mu sterniczych zasad tak niezachwianych na całe życie, iżby, gdy szkołę opuści, młodzieńcem już i człowiekiem dojrzałym działało zawsze i wszędzie pod bezpośrednim a ciągłym ich wpływem i nigdy im się nie sprzeniewierzyło, jeśli tego szczerze chcecie, to musicie na religię w każdej klasie w pewnej mierze przeznaczyć wszystkie godziny tygodnia.
Tylko bowiem pod tym warunkiem wywiera religia trwały wpływ zbawienny na duszę dziecka, jeśli ono ją czuje w każdym przedmiocie, czyli kiedy wiedza, której szkoła udziela, tak jest zharmonizowana, że każda jej gałąź wykład katechety dopełnia, podtrzymuje. Znaczy to innemi słowy, że biskupi zadowolimy się przy obecnym braku duchowieństwa nawet dwiema godzinami nauki religii udzielanej przez kapłana, jeśli w pracy koło religijno-moralnego wykształcenia i wychowania dziatwy i rodzice i całe świeckie grono nauczycielskie stale wspierać nas będą.
A nie brak nauczycielowi, nauczycielce do takiej pomocniczej pracy sposobności. — W ich mocy jest każdą czytankę przepromienić miłością Boga i Kościoła katolickiego. Nawet przy nauce rachunków nauczyciel może dopełniać lekcye katechizmową i umacniać w duszy dziecka poczucie sprawiedliwości społecznej, przypominając mu, że nie wolno nigdy mnożyć majątku z krzywdą bliźniego, i że nawet z tego, co się godziwem dodawaniem pomnożyło, trzeba zawsze umieć oddjąć i oddzielić część znaczną dla dobra powszechnego.
Nie waham się nawet powiedzieć, że trwały, dobry rezultat wychowania religijnego prawie nie tyle od nas kapłanów zależy, jak raczej od atmosfery, jaka panuje w domu rodzicielskim i od tych, których instrukcy szkolna tak pięknie nazywa duszą szkoły, tj. od nauczyciela, od nauczycielki.
Aby jednak nauczyciel spełnił należycie szczytną misyę religijno-moralnego współwychowawcy, dwóch potrzeba rzeczy. Najpierw musi sam być głęboko wierzącym katolikiem, powtóre musi czuć się w swym zawodzie szczęśliwym, zadowolonym.
Co do kwestyi pierwszej mogę stwierdzić, że przeważna większość nauczycieli ludowych i nauczycielek z całą życzliwością odnosi się do wiary katolickiej. Są i tacy, konstatuję to z radością, którzy jakby drugi, dobry kapłan we wsi czy w mieście pomagają duszpasterzom w pracy religijnej i społecznej, błogosławieni przez rodziców, kochani przez dziatwę. Za wyjątki niechętne Kościołowi nie myślę czynić odpowiedzialnym całego czcigodnego stanu nauczycielskiego. Ufać też nam, że nauczyciele zawsze odtrącą od siebie wszelkie sojusze ofiarowane im przez ludzi, podnoszących hasła Kościołowi i narodowi wrogie, albowiem wyszłyby one na zgubę społeczeństwa, a także całego stanu nauczycielskiego.
Dowodem zaufania, jakie episkopat żywi do stanu nauczycielskiego, jest i to, że ile razy zachodzi konieczna potrzeba, odwołujemy się do pomocy nauczycieli i powierzamy im misyę zastępczego nauczania religii. Płaca za to nauczanie była dotychczas prawie żadna. Ufam, że na wniosek episkopatu, przyjęty przez komisyę szkolną, także wysoka Izba przynajmniej podwoi to wynagrodzenie z funduszu szkolnego krajowego.
Na pytanie drugie, czy mianowicie nauczyciele czują się szczęśliwi w swym zawodzie i co za tem idzie, czy ich praca przynosi wszystkie owoce, jakie przynosić powinna, odpowiedź ścisła i dokładna w pierwszym rzędzie dać mogą bezpośredni ich przełożeni. Ja wiem tylko, że, aby pracować z całą ochotą, żeby móc okazywać dziatwie stale oblicze pogodne i prawdziwie ojcowskie, do tego potrzeba, prócz miłości swojego zawodu, jeszcze takiego przynajmniej utrzymania, któreby pozwalało zaspokoić nauczycielowi i jego rodzinie skromne a słuszne i sprawiedliwe wymagania. Głód, ciężka codzienna troska o los najbliższych odbiera siły, czas, spokój każdemu, a więc i nauczycielowi.
Nie będę tu szerzej uzasadniał potrzeby podniesienia płac nauczycieli. Jest to kwestya prostej sprawiedliwości. Przyznają to w tej Izbie wszyscy. Jak życzliwe wobec niej zajęli stanowisko biskupi kraju dowodem kilkakrotne ich w tej sprawie przemówienia a także i ta okoliczność, że nie wahali się zwrócić na nią uwagi ludu nawet z ambon w orędziach pasterskich. Możemy tylko ubolewać, że to podniesienie płac nie jest tak znaczne, jak tego całem sercem pragnęliśmy. Krzywdę jednak wyrządziłby temu Sejmowi, ktoby śmiał podać w podejrzenie jego życzliwość dla stanu nauczycielskiego. Jeśli nie spełnia wszystkich jego żądań, to jedynym powodem ciężkie położenie finansowe kraju.
W sprawie nauczycielek księża biskupi od początku byli zdania, że nie należy innej wobec nich stosować miary, raz dlatego, że przyznana nauczycielom płaca wogóle nie wybiega poza minimum egzystencyi, a dalej, ponieważ władza szkolna i głosy posłów niejednokrotnie zaznaczyły, że jak kwalifikacyami, tak i skutecznością swej pracy nie stoją niżej od nauczycieli. Biskupi możemy osobno jeszcze podnieść z własnego doświadczenia, zebranego podczas wizytacyi kanonicznej, że w nauczycielkach kraj posiada szermierki niezmordowane, oddające ludowi prawie wszędzie usługi nieocenione przez swą pełną poświęcenia pracę wychowawczą. Słyszy się nieraz, że one częstsze od nauczycieli biorą urlopy. Ale mi też nie taino, że niejedna z nich zniszczyła zdrowie nieraz i dlatego, że własnym trudem bez wszelkiej pomocy materialnej ze strony kraju, obok pracy codziennej w szkole uzupełnia jeszcze wykształcenie swe zawodowe. Nie mogę się też zgodzić na zdanie, że nauczycielki z nielicznymi wyjątkami są wolne od obowiązków utrzymania rodziny. Zdaje mi się, że raczej wyjątkami są te, których rodzina nie potrzebuje pomocy. A jeśli utrzymanie rodziny najbliższej stanowi tak wielką zasługę, to chyba nie małą jest i to pełne zaparcia siebie samych dzielenie się chlebem z matką, siostrą, które za to są biednej nauczycielce rzuconej na wieś nieraz jedyną podporą i ochroną w walkach życia.
Biskupi wreszcie i z tego powodu oświadczyliśmy się zaraz od początku za płac równością, ponieważ znamy całe zastępy nauczycielek, które poza szkolną pracą swą obowiązkową bezinteresownie poświęcają siły i czas, ucząc w szkołach analfabetów, przysposabiani najbardziej zaniedbane dzieci do Spowiedzi i Komunii Świętej i okrywając je nieraz odzieżą, której setki sztuk co roku własną szyją ręką.
Gdybyśmy więc tym szlachetnym pracownicom dali płacę choćby o dziesięć procent niższą od płac nauczycieli, to mogłoby je prawie słusznie ogarnąć poczucie krzywdy i zniechęcenie.
Kiedy radzimy nad polepszeniem płac nauczycieli, nie wolno nam też zapomnieć o katechetach i duszpasterzach, uczących dziatwę religii. Episkopat całego kraju wyготował w tej kwestyi osobny memoryał, którego tylko z tego powodu na razie nie przedłożyłem wysokiemu Sejmowi, ponieważ już Rada szkolna krajowa podnosi słusznie, że dotychczasowe ich pobory są niewystarczające i że także przez wzgląd na ich studya akademickie należy podwyższyć im płace, dodatki pięcioletnie i na mieszkanie i zapewnić im już przy nominacyi takie korzyści służbowe, iżby się przywiązało ich do szkoły, a nie zniewolało do oglądania się za korzystniejszemi nieraz posadami duszpasterskiemi.
Konieczną dalej rzeczą, żeby kapłani, zastępujący stałego katechetę, jeśli nie są zajęci w duszpasterstwie, otrzymywali pełne pobory, przywiązane do tej posady, którą czasowo zajmują i to także w szkołach ludowych czteroklasowych, bo inaczej nie podobna na te zastępstwa znaleźć kandydatów.
W interesie szkoły należy też obmyśleć stosowniejsze wynagrodzenie dla katechetów za godziny nadobowiązkowe ponad ich tygodniowe maximum godzin dwudziestu czterech.
Sprawa wreszcie prawie donioślejsza jeszcze dla zabezpieczenia systematycznego i potrzebom społeczeństwa odpowiadającego nauczania religii w szkołach ludowych, jest ścisłe skodyfikowanie w tym względzie obowiązków duchowieństwa parafialnego i wynagrodzenia za tę pracę, jeśli ona istotnie jest nadmierna.
Według obecnie obowiązujących postanowień duchowieństwo parafialne ma udzielać nauki religii bezpłatnie nie tylko w szkołach jedno-, dwu-, trzy- i w pierwszych trzech klasach szkół czteroklasowych, istniejących w jego siedzibie, ale także we wszystkich podobnych szkołach, znajdujących się w gminach, należących do tej samej parafii, choćby tych szkół było nawet więcej niż dwadzieścia. Jest to ciężar zbyt wielki, jeśli zważy się jeszcze, że przy złych drogach duszpasterze tracą nieraz na dojazd do jednej szkoły nieomal dzień cały.
Otóż chodzi o to, żeby ustawa oznaczyć pewne maximum godzin, które proboszcz, administrator czy wikaryusz byłby obowiązany udzielać w szkołach ludowych za darmo, podczas gdy za każdą godzinę tygodniowo ponad ten wymiar miałby prawo do wynagrodzenia. Podobne określenie granic rzeczonego obowiązku zawiera już ustawodawstwo szkolne niektórych krajów koronnych. I tak, oznacza np. ustawa krajowa w Dolnej Austryi siedm godzin tygodniowo jako maximum bezpłatnych godzin dla każdego duszpasterza, a za każdą dalszą godzinę przyznaje co najmniej 60 koron remuneracyi.
Macie panowie prawo żądać od kapłanów poświęcenia, ale też zechciejcie ułatwić im opłacenie przynajmniej kosztów leczenia, bo coraz częstsze przykłady stwierdzają, że nawet najsilniejsi w krótkim czasie niszczą zdrowie ciągłymi do szkół wyjazdami w deszczu i mrozie.
Dalej, jeśli duchowieństwo parafialne ma uczęszczać do szkoły ludowej o ile możliwe regularnie, należy mu zapewnić i ułatwić dojazd do szkół w obrębie parafii. Dzisiaj koszta za dojazdy winny być pokrywane przez strony konkurrencyjne. O potrzebie świadczenia i o wysokości wynagrodzenia postanawia Rada szkolna okręgowa, wydając orzeczenie na podstawie przeprowadzonej ze stronami rozprawy konkurrencyjnej. Datki te, przeznaczone na dojazdy, ściąga od stron, a następnie wypłaca duszpasterzowi przewodniczący Rady szkolnej miejscowej. Otóż proceder ten nader skomplikowany a nieraz narażający duchowieństwo na szykany i upokorzenia, należałoby zmienić w ten sposób, żeby ściąganie i wypłacanie odnośnych kwot było wyjęte zupełnie z pod wpływu czynników miejscowych. Mogłyby mianowicie c. k. kasy podatkowe pobierać je od kontrybuentów przy opłacaniu przez nich podatków i bezpośrednio wypłacać do rąk uprawnionego duszpasterza. Przy tem należałoby w ustawie krajowej ściśle określić, przy jakiej odległości budynku szkolnego od plebanii lub wikarówki, a względnie od mieszkania samoistnego katechety ma przysługiwać prawo żądania podwód lub odpowiedniego za nie wynagrodzenia.
Ubolewamy, że wszystkie te kwestye jeszcze na tej sesyi nie przyszły pod obrady Wysokiej Izby. Znane nam trudności. Nie chcielibyśmy też biskupi niczem opóźnić dojścia do skutku już teraz podniesienia płac nauczycieli.
Niektóre jednak z życzeń episkopatu Wysoki Sejm przynajmniej w części już teraz może spełnić, przyjmując np. wniosek komisyi szkolnej, żeby Rada szkolna krajowa katechetom tymczasowym, którzy nie są zajęci w duszpasterstwie, przyznawała wynagrodzenie, równające się płacy katechety stałego, którego miejsce zastępują i to we wszystkich szkołach ludowych, nie wyłączając czteroklasowych.
Co do kwestyi zaś lepszego wynagradzania stałych katechetów, co do przyznawania wynagrodzenia proboszczom i wikaryuszom za naukę religii ponad 6 czy 7 bezpłatnych godzin tygodniowo, co do lepszego uregulowania kosztów za podwody, Wysoka Izba raczy polecić Wydziałowi krajowemu, aby odpowiednie wnioski w myśl przedłożenia Rady szkolnej krajowej i życzeń episkopatu przedłożył Sejmowi już na najbliższej sesyi w jesieni.
Z podniesieniem płac nauczycieli i duchowieństwa zajętego przy szkole spadnie na kraj znaczny ciężar. Ale ufać nam, że jeśli jaki wydatek dobrze się społeczeństwu opłaci, to w pierwszym rzędzie ten, łożony na cele oświaty. Od nauczycieli bowiem, którym damy wszystko, co tylko kraj bez rzeczywistej swej ruiny finansowej dać może, będziemy mogli żądać jeszcze z większym naciskiem, aby w ścisłem przymierzu z Kościołem i rodziną siły swoje całopalnie poświęcali szkole.
Spartanie, kiedy nieprzyjaciel żądał od nich, aby dzieci swe wydali na zakładników, odpowiedzieli: Dzieci wam nie damy, bobyście je popsuli. My do naszych nauczycieli i nauczycielek wołamy: Powierzamy wam to, co mamy najdroższego, to jest: naszą dziatwę, bo wierzymy, że nam zwrócicie ją nie psutą, ale tak uszlachetnioną i przysposobioną, żeby za wytyczne dążenie w życiu brała zawsze cele nie egoistyczne lub klasowe, ale pomyślną przyszłość całego kraju i narodu, a ku osiągnięciu tej lepszej przyszłości żadnej ofiary nie miała za ciężar, ale każdą za chlubę, radość, zaszczyt.
---
*Referat na kursie katechetycznym w Wiedniu, 16 lutego 1908 roku.*
*(Przekład z języka niemieckiego.)*
Przezacni Bracia!
Spokojnie wisi dotąd krzyż na swojem miejscu w naszych szkołach. Nie brak też, dzięki Bogu, w Austryi dzielnych mężów, którzy w parlamencie i w sejmach, w radzie miejskiej i w szkole, na wiecach katolickich i pielgrzymkach, w księgach uczonych i w prasie codziennej wołają pełni zapału: „Mienie i krew damy za naszą wiarę, mienie i krew za nasz Święty Kościół katolicki!"
Z drugiej jednak strony nie da się zaprzeczyć fakt, że część młodzieży naszej wnet po otrzymaniu świadectwa dojrzałości poddaje się komendzie zacietych nieprzyjaciół katolicyzmu, a nieraz nawet popisuje się publicznie zdecydowaną nienawiścią religii, podczas gdy inni ich koledzy mniej zapalnego temperamentu nie porzucają wprawdzie po większej części Kościoła formalnie, ale przecież unikają troskliwie wszelkiego wyznawania swej wiary czynami. Zdają się oni powtarzać słowa poety: „Nie jestem wprawdzie antychrystem, ale stanowczym niechrześcijaninem."¹⁾
Gdzie szukać przyczyn tego straszliwego wzrostu niewiary? Zwykle przytacza się cały rejestr wpływów, niweczących pracę kapłana. Największym szkodnikiem i zabójcą młodych dusz jest niezaprzeczenie duch czasu. Wrogiem raczej niż przyjacielem wiary młodzieńca bywa często jego dom rodzicielski. Grabarzami uczucia jego i przekonania religijnego są także niektórzy nauczyciele, nie ukrywający swego lekceważenia religii katolickiej jakby na przekór religijno-moralnemu celowi szkoły. Za mało też czasu użyczono nauce religii. Dwie godziny na tydzień mogłyby w najlepszym razie wystarczyć na wychowanie chrześcijańskie naszej młodzieży wtedy, gdyby całe grono nauczycielskie zgodnie współdziałało w wielkiem dziele urobienia religijno-moralnego uczniów i gdyby cała nauka tchnęła duchem prawdziwej religijności.
Ale czyż zresztą nikt więcej temu nie jest winien, że wśród ludzi wykształconych, katolików z przekonania jest tak mało, a wielkie charaktery, prawdziwie chrześcijańskie, należą do wyjątków?
„Nie brak jeszcze dyecezyom niemieckim kapłanów, na których mogą one spoglądać ze czcią i miłością." To świadectwo, które Hettinger wystawił swoim współbraciom niemieckim, należy się słusznie także ogółowi katechetów austryackich, bo znana jest rzeczą, że i oni dźwigają brzemię swego urzędu z godnością i z błogosławieństwem.
Nigdy jednak nie zapomnę uwagi, którą wypowiedział w pewnem zgromadzeniu uczonych wobec dwóch kapłanów mąż wybitny, były profesor uniwersytetu: „Zwykle", rzekł on, „obarcza się nas świeckich całą odpowiedzialnością za to, żeśmy w młodszych swoich latach kruszyli kopie w obronie zasad liberalnych. Ale o jednem nie chcą niekiedy pamiętać koła kościelne, a mianowicie o tem, jacy to ludzie byli naszymi katechetami!" Dla wyjaśnienia tych słów trzeba dodać, że katecheta wspomnianego profesora umarł jako formalny apostata i że nad jego grobem pozwolił sobie pastor protestancki wypowiedzieć słowa: „Przez całe życie dążył zmarly do prawdy i znalazł ją wreszcie w kościele ewangelickim!"
Takie zgorszenia zdarzają się rzadko. Ale i drobne uchybienia metodyczne, dydaktyczne, pedagogiczne i wady osobiste mszczą się. Takie zaś braki spostrzegł może niejeden z nas również u swojego byłego katechety. Także więc i my duchowni mamy powody dostateczne uderzyć się w piersi dla ostrożności, gdy wymienia się winowajców odpowiedzialnych za wzrost niewiary w szerokich warstwach społecznych, opierającej się najczęściej na ignorancyi zasadniczych nawet prawd katolickich.
Dokonanie takiego rzetelnego rachunku sumienia z tylu ważnych obowiązków katechety i rozpatrzenie kwestyi tak doniosłej, czy nasza działalność pasterska w szkole dostraja się do zmienionych całkowicie stosunków doby obecnej i pod jakim względem potrzebuje ona reformy, — jest też najgłówniejszem zadaniem tych kursów katechetycznych, które we wszystkich prawie krajach przekształcają się już w stałe instytucye. Powołała je do życia gorąca miłość ku Bogu i to wielkie pożądanie, którego najlepszym wyrazem jest dewiza Piusa X.: „*instaurare omnia in Christo*." Zbierają się bowiem na nich mężowie uczeni świeccy i duchowni, ażeby przy całem uszanowaniu dla pracy naszych poprzedników i ich zasług — w metodę katechetyczną wnieść nowe światło, przyrodzone i nadprzyrodzone i świeże życie i dążyć do osiągnięcia ideału wychowania religijnego.
Uznając szlachetne te cele, zwraca Episkopat katolicki pełną życzliwości uwagę na obrady katechetów i wzywa dla nich gorąco błogosławieństwa Bożego.
Może niektórym z Was, Czcig. Bracia, ciśnie się na usta pytanie, dlaczego właśnie ja z pomiędzy Episkopatu austryackiego otrzymałem zaproszenie do współdziałania w tym kursie katechetycznym? — Otóż nie sprowadziła mię tu żadna jakaś większa moja zasługa, jeno raczej ta okoliczność, że danem mi było spędzić kilka godzin w katakumbach rzymskich z kilku przezacnymi Organizatorami kursu. Może także mój list pasterski, wystosowany do uczniów szkół średnich dyecezyi lwowskiej, zwrócił uwagę na moją osobę.
Mam mówić o „katechecie szkoły średniej jako duszpasterzu uczniów." Stosując się do życzenia Organizatorów kursu, uwzględnię w moim referacie głównie i w pierwszym rzędzie pracę katechety nad uczniami, dopóki uczęszczają do szkoły średniej, potem zaś dotknę choć kilku słowy stosunku katechety do byłych jego uczniów, którzy po ukończeniu szkoły średniej uczęszczają na uniwersytet lub inny jaki wyższy zakład naukowy.
--- ¹⁾ „Ich bin zwar kein Widerchrist, aber ein entschiedener Nichtchrist." (Goethe).
Zadanie moje wcale nie jest łatwe. Bardzo bowiem trudno powiedzieć na ten temat co nowego, a prawie niepodobne uniknąć powtarzania rzeczy dawno już wypowiedzianych. Trudno też mówić krótko o przedmiocie, o którym można i należałoby napisać dzieło.
Mianem „Duszpasterstwa nad abituryentami" określił X. prof. Swoboda na kursie w Lucernie obowiązki i działalność katechety w szkole średniej. Takie pojmowanie rzeczy odpowiada w pewnej mierze duchowi i życzeniu Kościoła katolickiego. Był czas, kiedy ta zasada i świadomość, że katecheta w całem swojem działaniu musi być duszpasterzem młodzieży, zaćmiła się. Dziś kwestya ta znowu nie ulega żadnej wątpliwości. Szkoła jest ewangeliczna winnica katechety, jego owczarnia, jego (w pewnem znaczeniu) parafia.
Mówię: parafia „w pewnem znaczeniu", — bo jakkolwiek szkoła tworzy zamknięty w sobie organizm, to przecież pojedynczy uczniowie przynależą także do tej gminy kościelnej, w której oni a względnie ich rodzice mają swe miejsce zamieszkania. Katecheta szkoły średniej może więc uchodzić tylko za zastępcę proboszcza, chociaż nie porucza mu się formalnie tego zastępstwa. Z drugiej strony jasna jest rzeczą, że proboszczowi nie wolno wtrącać się do strony metodycznej nauki, ponieważ na to są postanowieni osobni inspektorzy biskupi. Przynależność wszystkich katechetów i ich uczniów do właściwego proboszcza odnośnej parafii nie może być nigdy dość ścisła i nie można jej nigdy dość silnie akcentować. Wszakże parafie dyecezyi są istotnemi komórkami organizmu kościelnego; — i chociażby Kościół stracił pod naciskiem prześladowań wszystkie, nawet największe swoje instytucye, to przecież nie ustanie właściwa jego działalność, jeżeli tylko parafie dyecezyi mogą spełniać dalej Boskie swe posłannictwo.
W urząd jego duszpasterski wprowadza katechetę misya kanoniczna, na której też opiera się w znacznej części jego uposażenie nadprzyrodzone, powaga jego i godność.
Ponieważ jednak katecheta w Austryi jest zarazem przez państwo postawiony na równi z profesorami świeckimi jako członek grona nauczycielskiego, dlatego zajmuje on w szkole stanowisko podwójne: jest on w całej pełni profesorem, ale jako sługa Kościoła obowiązanym w sumieniu do spełniania wszystkich obowiązków pasterskich wobec powierzonej mu młodzieży. Stanowisko jego w Kościele daje profesorowi poświęcenie nadprzyrodzone; duszpasterzowi dostarcza urząd jego profesorski środków przyrodnych do utrzymania dyscypliny.
Jeżeli wejdziemy bliżej w szczegóły tego duszpasterstwa, pokaże się, że i to duszpasterstwo ma, jak każde inne, spełniać zadanie trojakie. I tak: ma ono po 1) zapoznawać z prawdą nadprzyrodzoną, po 2) uświęcać uczniów przez szafarstwo łaski, a po 3) kierować nimi i wdrażać ich do stałego porządku życia chrześcijańskiego.
Jakże więc powinny być wykonywane te trzy czynności urzędowe, jak powinno się używać wymienionych środków wychowawczych, żeby katecheta zasługiwał w pełnej mierze na miano prawdziwego pasterza dusz?
Ponieważ w praktyce wszystkie czynności duszpasterskie i wszystkie nadprzyrodzone środki wychowawcze tworzą całość organiczną, w sobie zamkniętą, często się schodzą, łączą i wzajemnie uzupełniają, dlatego i ja nie będę ich ściśle oddzielał w tem omówieniu.
Co jest ideą zasadniczą duszpasterstwa dla uczniów? — Jest to ta sama idea, która przyświeca wszelkiemu innemu duszpasterstwu. W wyrazie niemieckim: „Seelsorge" („staranie" czyli „troska o dusze") oznacza słowo „sorgen" (jak mówi pięknie Krieg w swojej „Wissenschaft der Seelenleitung") wewnętrzne zajęcie się sprawą duszy, serdeczne oddanie się jej, usiłna troska o jej dobro doczesne i wieczne a zarazem działalność zewnętrzna, odpowiadająca owej trosce wewnętrznej i poświęcająca się dla dusz jej powierzonych. A więc zadanie, które ma spełnić i osiągnąć duszpasterstwo kościelne, jest najwyższe ze wszystkich, bo chce ono uczynić człowieka jak najbardziej podobnym do Boga, „aby człowiek Boży był doskonały, ku wszelkiej sprawie dobrej wyćwiczony." (II. Tym. 2, 17). Przez to staje się ono także jak najserdeczniejszą troską o Boga i dla Boga.
Punkt ciężkości działalności pasterskiej katechety leży niewątpliwie w nauczaniu religii. Jeżeli w tem poszczęściło się katechecie, jeżeli mu się udało na godzinie lekcyi i na egzorcie obudzić w duszy ucznia prawdziwy zapał dla prawdy religijnej i poszanowanie środków łaski, to wyrośnie prawie jako owoc konieczny tego posiewu życie uporządkowane chrześcijańskie. „Difficile est, ut male vivat, qui bene credit", mówi św. Augustyn (Sermo 49, 2).
Czego więc powinien uczyć katecheta w szkole średniej i jak powinien uczyć?
Osnowę nauczania w ogólności musi stanowić „verbum sanum irreprehensibile" (Tyt. 2, 8) czyli czysta prawda katolicka. Tylko wówczas jest treść nauczania w najszlachetniejszem znaczeniu „nowoczesna" i odpowiadająca potrzebom czasu. Gdyby katecheta chciał podawać coś jako dogmat, co jest jedynie prywatnem jego zdaniem, przypisywałby Kościołowi poglądy, których błędność może wnet wykazać umiejętność prawdziwa. Z drugiej strony znowu, gdyby chciał w złudnej nadziei pozyskania ludzi niewierzących dla Kościoła, czynić im ustępstwa kosztem dogmatu katolickiego, musiałby kościelny urząd nauczycielski założyć swoje Veto przeciw takiemu postępowaniu, ponieważ prawd wiecznych nie wolno przenigdy nawet duchowi czasu wydać na pastwę: „Jota unum aut unus apex non praeteribit a lege."
A dalej trzeba mieć ciągle na oku zasadę, że wszyscy uczniowie, także mniej uzdolnieni, mają dogmaty fundamentalne nauki wiary i moralności gruntownie pojąć, zrozumieć, przetrawić. Trzeba uczniom mniej podawać materyału naukowego niż to często czyniono dotąd; ale to, co najważniejsze i do życia chrześcijańskiego najpotrzebniejsze, powinni uczniowie należycie sobie przyswoić. Dlatego musi katecheta te rzeczy najważniejsze po sto razy powtarzać, z różnych stanowisk oświetlać i raz po raz przypominać. „Nunquam satis dicitur, quod nunquam satis discitur." Wiedza niedokładna przynosi więcej szkody niż pożytku. A więc najpierw to, co niezbędne, a potem wedle możności to, co pożyteczne! A ponieważ to, co najbardziej potrzebne, zawarte jest w katechizmie, więc katecheta musi wciąż powracać do tekstu katechizmowego także w klasach najwyższych, wprowadzając uczniów coraz głębiej w tegoż zrozumienie.
Wejdźmy teraz w niektóre szczegóły materyału naukowego. „Człowiek może znaleźć Boga sercem, ale nie rozumem" — to zdanie słyszy się dzisiaj czasem nawet w obozie katolickim. Nauczyciel religii musi wykazać całą nicość i nielogiczność tego twierdzenia, musi więc dowody rozumowe na istnienie Boga tak jasno przedłożyć, żeby uczniowie nie dali się w błąd wprowadzić żadnymi frazesami modernistycznymi, ale przeciwnie czuli się zniewoleni powtarzać z całej duszy słowa psalmisty (18): „Niebiosa rozpowiadają chwałę Bożą a dzieła rąk Jego oznajmia utwierdzenie (firmament).
Wykazawszy zaś zdolność rozumu do poznania Boga, może katecheta stwierdzić spokojnie krótkowzroczność i nieudolność tegoż rozumu w dziedzinie religii. Nie bez głębszego wrażenia usłyszą uczniowie sąd, który wypowiedział Michał Anioł w ostatnim swoim poemacie o niecostateczności naszego rozumu. Ten wielki bowiem malarz a zarazem głęboki myśliciel określa wątpienie religijne, dreczące serca także ludzi oświeconych, zanim dostąpią światła nadprzyrodzonego, jako „postać kulawą, która drżąc podskakuje niby szarańcza;" — pytanie „Dlaczego?" wyobraża on sobie jako chude widmo z przepaską, obwieszoną kluczami, którymi usiłuje napróżno w ciemności otworzyć wrota, — wątpliwości znów: „jak"? — i „może"? przesuwają się po omacku między wysokiemi skałami ciasną, krętą ścieżyną.
Słowem: Jeżeli praca Syzyfowa niekończącego się nigdy szukania jasnej odpowiedzi na pytania o nasz stosunek do Boga miała być ludzkości oszczędzona, to Bóg musiał jej przyjść z pomocą i udzielić jej litościwie Objawienia nadprzyrodzonego.
To pouczenie nadprzyrodzone jest też faktem historycznym. Świadkiem, który słyszał na własne uszy głos Boży — a nawet widział Boga samego własnemi oczyma w Chrystusie, — jest Matka duchowa ludzkości, przez Boga uroczyście uwierzytelniony: — Kościół katolicki.
Prawda, że człowiek ma prawo i obowiązek zupełnego upewnienia się o tem, że Objawienie, głoszone przez kościelny Urząd nauczycielski pochodzi rzeczywiście od Boga. Także i uczniowie szkół średnich mają prawo, jak każdy inny katolik, powiedzieć ze św. Tomaszem: „Non crederem, nisi viderem ea esse credenda." (S. Th. II, 2, qu. 1. a. 4 ad 2). Bo mają oni być „zdrowi we wierze", jak uczy św. Paweł (Tyt. 1, 13) i „mocni w wierze", jak chce św. Piotr (I, 5, 9). Nauka religii powinna ich do tego uzdolnić, żeby mogli zdać sprawę ze swojej wiary (I. Piotra 3, 15) najpierw sobie samym, a potem także innym, jeżeli ci ich spytają, czemu na wiarę przyjmują prawdy, których sam rozum zbadać nie zdoła. Gdyby nie pojmowali jasno założeń naukowych i podstaw naturalnych swej wiary, — w takim razie nie byłaby ofiara ich niezawisłości duchowej, — ofiara największa, jaką człowiek może złożyć Bogu, — ofiarą rozumną „rationabile obsequium", i wtenczas mieliby słuszność nieprzyjaciele Kościoła, którzy wiarę nadprzyrodzoną uważają za wytwór ślepego uczucia.
Mistrzem powinien okazywać się duszpasterz uczniów w wyborze faktów nadprzyrodzonych, którymi chce udowodnić wiarogodność Objawienia. Znaczy to, że takie tylko cuda wolno mu przywodzić, w których każdy umysł nieuprzedzony zniewolony jest moralnie widzieć bezpośrednie, nadprzyrodzone działanie Boga dla potwierdzenia prawdy objawionej.
Zarazem trzeba jednak wielokrotnie powtarzać z największym naciskiem, że wiara teologiczna nie jest tylko wynikiem tych naturalnych dowodów rozumowych, ale w pierwszym rzędzie owocem łaski Chrystusowej, która musi duszę ucznia oświecić (jak oświeciła św. Pawła w drodze do Damaszku), wolę jego umocnić i wogóle umożliwić wielki, rozstrzygający krok od przekonania naturalnego do aktu wiary nadprzyrodzonego.
Nieskończenie ważną jest rzeczą i wszelkiemi siłami musi katecheta do tego dążyć, żeby nauka o Kościele Chrystusowym, tem największem ze wszystkich dzieł Bożych, znalazła u młodzieży szkolnej życzliwe, gorące, rozradowane przyjęcie radosne. Uczeń musi zrozumieć najgłębszy powód, dla którego uwielbienie, składane Bogu przez Kościół, ma w oczach Bożych wartość niezmierną, a mianowicie tę prawdę, że w Kościele i z nim pada na kolana przed Ojcem niebieskim Jego Syn jednorodzony, stawszy się jednem ciałem, jedną krwią, jedną duszą z ludzkością, przez Niego odkupioną i w Niego wszczepioną. Przy dowodzeniu, że sam tylko Kościół katolicki posiada Boskie znaki uwierzytelniające, pragnałbym, żeby katecheta czerpał także z „Misyj Katolickich" przykłady, które stwierdzają jedność, świętość, powszechność i pochodzenie apostolskie Kościoła. Taki przykład żywej bezgranicznej miłości i poświęcenia, jakim jest np. Ojciec Damian, który zamyka się na Molokai z trędowatymi, aby wkońcu, jeżeli taka wola Boża, sam stać się trędowatym, — musi zapalić nawet duszę na poły już obumarłą dla wiary, — podobnie jak ów przykład heroicznej miłości bliźniego, który tutaj w Wiedniu dała przed kilku laty katolicka zakonnica, usługująca zadżumionym.
Miłym i drogim musi katecheta uczynić uczniom Kościół katolicki. A takim będzie dla nich Kościół, jeżeli poznają, jak nieskończenie piękna jest jego nauka zarówno w całości, jakoteż we wszystkich swych częściach. Że są w niej, że są w religii objawionej tajemnice, to nie może odstraszać żadnego człowieka rozumnego. Bóg, którego mógłbym pojąć całkowicie, któryby mi nic innego nie umiał powiedzieć, jak tylko to, co sam wiem, nie byłby dla mnie Bogiem. Szlachetna duma napełni serce młodzieńca, kiedy usłyszy, że nawet innowiercy nazywają Kościół katolicki największą szkołą cnoty, przyznając, że jego etyka jest najszlachetniejsza i że gdyby jego zabrakło, nastąpiłoby wnet ogólne obniżenie się i upadek moralności prywatnej i publicznej na całym świecie. Wszakże Kościół katolicki czyni sprawę bliźniego sprawą Bożą. Według jego nauki Chrystus głód cierpi, gdziekolwiek człowiek głód cierpi. Gdzie robotnikowi albo pracodawcy dzieje się krzywda, dzieje się krzywda Chrystusowi. „Hôtel de Dieu" — „gospoda Boga" nazwał on w niektórych krajach swoje szpitale, ponieważ wie, że jak w Eucharystyi pod postacią chleba, tak i pod szatą ubogiego i chorego kryje się ten sam Bóg-Człowiek, chociaż innym sposobem.
Wpajajcie także, Czcigodni Bracia, w uczniów swoich to przekonanie, że sprawiedliwość, równość, wolność i szczere braterstwo są poza chrześcijaństwem czczymi frazesami i że jedynie ten może szczerze bliźniego swego nazywać bratem, kto wierzy we wspólnego Ojca niebieskiego i codziennie szczerze do niego się modli: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie"! Wznioślejszego ideału socyalno-politycznego, jak ten, który stawia Kościół katolicki, nikt nie znajdzie gdzie indziej ani na ziemi ani w niebie!
Chociaż jednak pierwszem i właściwem zadaniem Kościoła jest rozszerzanie prawdy nadprzyrodzonej i uświęcenie ludzi, to przecież uczynił on także od swego początku tyle dla rozpowszechnienia prawdy i kultury przyrodzonej, jak gdyby wyłącznie dla jej pielęgnowania był założony.
Życzyłoby się należało, żeby katecheta wyzyskał w swoich wykładach wyniki badań katakumbowych. Zapoznanie się z nimi wywoła z pewnością wrażenie ogromne. Wszakże dostarczają dowodów niezbitych dla artykułów wiary, zaprzeczanych przez protestantów, o prawdziwej obecności Jezusa Chrystusa w Sakramencie ołtarza, o czci Matki Bożej i Świętych, o prymacie Piotra, o modlitwie za umarłych.
Materyał dowodowy, którego dostarczają apologecie napisy, malowidła i sarkofagi starachrześcijańskie, jest niewątpliwie bardzo bogaty. Błędnem jednak byłoby twierdzenie, że można z pomników grobowych, które znaleziono w katakumbach, złożyć kompendyum całej teologii katolickiej: „Fałszywy entuzyazm i przesada" — powiedział raz do mnie de Rossi — „szkodzi nieraz więcej archeologii chrześcijańskiej niż nieprzyjazne stanowisko wobec niej innowierców. Wszakże nie zgadza się z charakterem grobowym owych przybytków podziemnych oczekiwanie, że znajdzie się w nich wystawę i zbiór wszystkich dogmatów katolickich".
Obraz ogólny Kościoła Chrystusowego, nakreślony z miłością, niech doprowadzi do tego praktycznego wyniku ostatecznego, żeby rokrocznie uczniowie razem z katechetą, z głębi serca składali po ukończeniu odnośnej nauki wyznanie wiary: „O święty Kościele rzymski! My wierzymy, my pojmujemy, że tylko ten jest dziecięciem Bożem, kto twojem jest dziecięciem, że tylko przez ciebie prowadzi droga do Chrystusa! Gdybym cię kiedy miał zapomnieć, Jeruzalem moje, Kościele rzymski i Ciebie, — Ojcze Święty, Źródło nauki nieomylnej, to niech wprzód raczej zapomniana będzie prawica moja! Najdłuższe nawet życie jest zbyt krótkiem, żeby Bogu dość za to dziękować, iż jestem całym Chrześcijaninem, katolickim chrześcijaninem. Ty, święty Kościele rzymski i Ty, Ojcze Święty, będziecie też ostatniem tchnieniem mojej miłości, bo z Wami Jezus, Marya!"
Na kolanach malował Fra Angelico swoje obrazy Chrystusa i Madonny. W duchu upadając na kolana, musi także katecheta odtwarzać obraz Chrystusa i Jego Matki najświętszej. Imiona ich musi zawsze wymawiać z najgłębszem nabożeństwem. A gdyby nie zdołał więcej podziwienia i miłości dla Osoby Boga-Człowieka i Królowej niebios obudzić w swoich uczniach niż pierwszy lepszy profesor literatury jego klasy budzi zapału dla Goethego, — wtedy... wtedy nie chce go Bóg na stanowisku katechety!
Tak miłem i drogiem musi katecheta uczynić młodzieży Pismo Święte, żeby je wysoko ceniła jako prawidło życia, jako nieomylne Słowo Boże, jako „drugie Ciało Chrystusowe" i żeby obrała je za ulubioną swą lekturę, zwłaszcza w niedziele i święta.
Ucząc etyki, musi duszpasterz szkolny doprowadzić młodzież do tego, żeby przywykła widzieć i osądzać wszystko „sub specie aeternitatis": „Volo, Deus, quod vis, quia vis, quomodo vis. Wszystko dla Ciebie, wszystko przez Ciebie, wszystko z Tobą, o Jezu!" — powinni Wasi uczniowie sto razy na dzień powtarzać. Każdego hasłem niech będzie: Chcę być, póki życia starczy, Niemcem, Czechem, Polakiem, Rusinem, Słoweńcem, Włochem, Węgrem „bez trwogi" a zarazem katolikiem „bez pochyby" — sans peur et sans reproche!
Żeby uczniów zapalić dla moralności katolickiej, powinien nauczyciel religii przy wyjaśnieniu każdej zasady etycznej wskazywać także na tejże prawdziwie Boże źródło, a w szczególności na to, jak moralność katolicka we wszystkich przepisach swoich łączy ściśle miłość Boga z troską o dobro powszechne i jako najwyższy ideał stawia każdemu człowiekowi nie tylko zupełne oddanie majątku, ale także poświęcenie ducha i serca dla dobra i w służbie bliźnich i całej ludzkości z bezinteresownej miłości ku Bogu.
Stanowczo musi zwalczać katecheta zgubne zasady socyalistyczne, równie jak wszystkich innych nieprzyjaciół Boga i społeczeństwa. — Nigdy jednak nie wolno mu ludzi sądzić niesprawiedliwie, a jeszcze mniej mówić o osobach z szyderstwem i sarkazmem.
Uczniowie nasi są „ludźmi przyszłości", którzy są powołani oddać najlepsze siły swoje na usługi Kościoła i państwa i pomóc do zorganizowania wszystkich klas społeczeństwa ludzkiego w duchu sprawiedliwości chrześcijańskiej. Jeżeli to wielkie dzieło ma się powieść, muszą ci przyszli mężowie zrozumieć już za młodu, że sprawie nie pomoże się najidealniej nawet brzmiącymi frazesami.
Pobłogosławione owoce wyda tylko ta polityka socyalna, której zwolennicy, kierownicy i współpracownicy przyswają sobie przez gruntowne studya dokładną znajomość kwestyi społecznej, a zarazem zreformują własnego ducha wedle przykazań Chrystusowych.
Wysokie i trudne są wymagania, które stawia Kościół każdemu chrześcijaninowi. Ale zarazem wskazuje on źródła, z których czerpać możemy siłę nadprzyrodzoną do spełnienia naszych zadań niezbędną.
I znowu jest obowiązkiem katechety jako duszpasterza, obudzić w sercach uczniów najgłębszą cześć dla świętych Sakramentów, a zwłaszcza tęsknotę i gorące pożądanie spowiedzi i pragnienie Komunii Świętej, żeby często u Stołu Pańskiego, ale zawsze tylko „dobrze jedli i tylko dobrze pili".
Zarówno na lekcyach jak i w egzortach powinien katecheta zapoznawać swoich młodych parafian z treścią encyklik Ojca Św. i listów pasterskich biskupa dyecezyalnego, żeby nauczyli się zawczasu z serdecznem przywiązaniem łączyć się z Namiestnikiem Chrystusowym i z swymi Arcypasterzami.
Jeżeli mają się spełnić na katechecie słowa św. Pawła: „sit potens exhortari in doctrina sana" (Tyt. 1, 9), musi każda jego egzorta sumiennie być przygotowana. W tym celu trzeba koniecznie zbierać pokłosie lektury. Tu, w egzorcie jest także miejsce najstosowniejsze do wyzyskiwania życiorysów wybitnych katolików świeckich i duchownych, które bardzo często zamykają w sobie część historyi współczesnej kościelnej i narodowej. Egzorta powinna być wygłoszona z pamięci, z połotem i serdecznością: „Litera zabija, mówi Apostoł, a Duch ożywia." (II. Kor. 3, 6). Gdyby jeszcze gdzieś istniał niechwalebny zwyczaj odczytywania egzort, to czas już najwyższy położyć mu koniec.
Praktykę odpytywania treści, czyli głównych myśli egzorty ostatniej mogę tylko pochwalić. To odpytywanie nie powinno jednak być, jak słusznie zauważa Grimmich, właściwem egzaminowaniem. Celem tych pytań ma być tylko większe zainteresowanie uczniów egzortą, a nadto mają im dopomóc, żeby w ten sposób łatwiej zbierali zasady zdrowe na dalsze życie.
Czasy nasze są epoką pełną wątpliwości przeciwko wierze. Pod ich nawałą cierpi szczególnie dusza młodociana. Jeżeli ten cierń już się wbił także w serca Waszych uczniów, to musicie wszelkich użyć sposobów, żeby go wyciągnąć, zanim wywoła zapalenie albo nawet zatrucie krwi!
Dlatego nie powinien pasterz szkolny brać za złe swym owieczkom, jeżeli wyjawiają swe wątpliwości przeciwko religii, ale raczej ośmielać je powinien, żeby mu zwierzały się ze wszystkiemi swojemi trudnościami. Niech to stanie się dla nich jasnem jak słońce, że jeszcze nikt nie został kacerzem ani niewiernym przez gruntowne, z miłością prawdy uprawiane studyum nauki katolickiej. Nie, inne to są przyczyny, dla których wielu hoduje wątpliwości w swych sercach, ucieka od konfesyonału, odwraca się od Kościoła. O starożytnych poganach powiedział Tertulian, że byli oni nie tyle „animal rationabile", jak „animal gloriae". Ta sama pycha i to samo ubóstwienie siebie, — nie zaś mniemana niezgodność Objawienia z rozumem — nie pozwalają naszym ludziom „nowoczesnym" uchylić głowy przed Chrystusem. Inni wątpiący nie mają czasu posłuchać kazania albo przeczytać dobrej apologii chrześcijaństwa, bo całe życie swoje poświęcają badaniu samej tylko prawdy przyrodzonej albo uganiają się bez wytchnienia za zyskiem doczesnym, żeby mieli chleb na dzień, a „circenses" na wieczór. Jeszcze inni „prawdę Bożą w niesprawiedliwości zatrzymywają" (Rzym. 1, 18) i w nieczystości. Aż nadto często zaciera się dzisiaj granica między tem, co słuszne, a co niesłuszne. Nie wiedzą ludzie, gdzie kończy się „interes", a gdzie zaczyna oszustwo. Wogóle mówiąc, wszelkie wątpienie da się sprowadzić do jednej trudności: największa część sceptyków i niedowiarków zgodziłaby się na przyjęcie czterech nawet Osób w Bogu, gdyby im pozwolono pozbyć się dekalogu wraz z wszystkiemi jego konsekwencyami!
Gdyby katecheta zauważył, że niektórym uczniom z jakichkolwiek powodów trudno jest zdobyć się na publiczne ujawnienie w czasie nauki szkolnej ich wątpliwości przeciwko wierze, — w takim razie byłoby może dobrze poradzić, żeby je spisywali na kartkach i przed godziną kładli na stole. Odpowiedź i gruntowne rozwiązanie zagadnienia mogłoby nastąpić także na jednej z lekcyi późniejszych.
Tyle o treści nauki ze stanowiska duszpasterskiego.
Teraz kilka słów o tem, jak trzeba nauczać:
Osnowę nauki religii stanowi prawda objawiona. Dusza jest stworzona dla prawdy, jak prawda dla duszy. Czemuż więc prawda religijna nie każdej duszy jest przystępna? — Przyczyn jest kilka, jak już wykazaliśmy. Wiele zależy także od formy i tonu nauczania. Tu zaznaczam tylko, że nauczyciel i uczeń muszą być ze sobą w ciągłym kontakcie duchowym. Wykładając, powinien katecheta ciągle pobudzać uczniów do myślenia, zapytywać ich, uzupełniać i prostować ich pojęcia, żeby tym sposobem całą klasę zniewolić do współudziału i bacznej uwagi. Przy powtarzaniu trzeba materyał podawać w nowej formie zajmującej i wyświetlać z nowych stanowisk. Mówić co roku to samo w jednakowych, może w nieudolnych wyrażeniach — byłoby karygodnem niedbalstwem duszpasterza. Wykład katechety powinien być w pewnej mierze tak prosty, zrozumiały i gorący, jak nauka misyonarza. „Pectus est, quod disertum facit." Co się więc tyczy tonu, musi on być wołaniem serca, aby pozyskiwać serca: „fin-d'intime de l'âme, pour atteindre l'âme." Najserdeczniejsza miłość prawdy i uczniów musi przebijać się w wykładzie. Uczniowie muszą czuć, że ich nauczyciel „gaudens catechizat", że lekcya jest dla niego sprawą serca.
Nauczanie nie jest jeszcze całem duszpasterstwem katechetycznem. Chrześcijaństwo jest w samej istocie swojej czynnem. Trzeba je w codziennem działaniu przeżywać.
Dlatego jest dalszem zadaniem katechety kierować życiem uczniów, czuwać nad nimi i przyzwyczajać ich, żeby naukę usłyszaną zaraz w czyn zamieniali, żeby życie swoje wewnętrzne i zewnętrzne urządzali według zasad chrześcijańskich.
Wejdźmy i tutaj w niektóre szczegóły. Zaraz z początkiem każdego roku szkolnego powinien katecheta przypomnieć uczniom swoim chrześcijański porządek życia, polegający na tem, żeby codziennie odmawiali modlitwę poranną i wieczorną, żeby przez dobre intencye, kilka razy na dzień odnawiane, ofiarowywali Bogu wszystkie swoje sprawy, żeby codziennie ile możności wstępowali do kościoła przed nauką, codziennie roztrząsali swoje sumienie i nigdy nie udawali się na spoczynek, nie wzbudziwszy w sobie aktu skruchy doskonałej. Nad łóżkiem ucznia powinien wisieć obraz jakiegoś Świętego i kropielniczka, a piersi jego powinien strzec medalik Matki Boskiej lub szkaplerz. Także różaniec nosi dobry uczeń zawsze ze sobą, żeby codziennie przynajmniej jedną dziesiątkę zmówić. Niektórzy z moich katechetów zaprowadzili bez wielkich trudności w szkołach swoich żywy różaniec.
Niejeden z nas mógłby może przytoczyć wypadki, w których spowiednik nieroztropny, niecierpliwy potrafił zniechęcić dobrego zresztą ucznia do spowiedzi. Niechże więc katecheta nie szczędzi żadnych trudów ani ofiar, żeby pozyskać do słuchania spowiedzi swojej gromadki takich tylko kapłanów, o których ma pewność, że przystępują do tej pracy w Bożej winnicy z zupełnem przeświadczeniem o jej ważności.
Szczęśliwym trzeba nazwać katechetę, któremu powiodło się doprowadzić do tego, że przynajmniej znaczna część jego uczniów przystępuje nieraz dobrowolnie do spowiedzi i Komunii Św. Częsta spowiedź i Komunia są najpewniejszemi podporami wychowania. W dzień Komunii i najuboższy nie jest ubogim, ponieważ posiada Boga, który jest „bogaty na wszystkich, którzy Go wzywają" (Rzym. 10, 12). Cudami objawił Chrystus wielokrotnie obecność swoją cielesną w Eucharystyi Św. Żywymi cudami, które poświadczają zawsze i ukazują rzeczywistą obecność Chrystusa w Najśw. Sakramencie Ołtarza, byli i są wszyscy Święci. Takimi żywymi cudami i jedynie prawdziwymi „nadludźmi" mogą stać się także Wasi uczniowie, jeżeli za przykładem Świętych Pańskich, umocnieni częstem spożywaniem Ciała Chrystusowego, służyć będą Bogu i ludziom w sposób heroiczny.
Gdzie to jest możliwe i gdzie dobre kierownictwo jest zapewnione, tam trzeba wprowadzać kongregacye Maryańskie jako skuteczną ochronę przeciw niebezpieczeństwom, które grożą szczególnie młodzieży dorastającej. „Gdybym mógł wierzyć w obecność Chrystusa w Sakramencie ołtarza, nie przestałbym nigdy uwielbiać go na kolanach!" powiedział pewien uczony nie-katolik. Wasi uczniowie wierzą, że Hostya konsekrowana jest żywym Synem Bożym. Doprowadźcie ich więc do tego, żeby Serce eucharystyczne Jezusa było rzeczywiście w każdej chwili królem i ogniskiem ich serca. Starajcie się urządzić godzinę adoracyi w każdym miesiącu dla swojej szkoły. Po każdem wspólnem nabożeństwie w kościele udzielajcie za pozwoleniem swego Arcypasterza błogosławieństwa monstrancyą. Ta praktyka przedłuży nabożeństwo tylko o parę może minut.
Oratoryjum w budynku szkolnym, chociażby najwspanialej było urządzone, uważam za „malum" — choć w wielu miejscach dla braku kościołów — „necessarium". Nie powinniśmy bowiem uczniów odrywać od gminy chrześcijańskiej dorosłych, ale raczej najściślej, o ile to możliwe, z nią zespalać. Jeżeli uczeń nie przebywał często drogi do kościoła, w którym jest nieraz mniej wygodnie i zimniej niż w kaplicy szkolnej, to później trudno się spodziewać, że będzie nią często chodził jako akademik i mężczyzna dojrzały. Wspólne nabożeństwo szkolne powinno być pociągającem. Wielką wagę przywiązuję do wspólnego śpiewu kościelnego, a mianowicie w pierwszym rzędzie do pieśni, które lud śpiewa w czasie swoich nabożeństw, uroczystości, procesyj.
Największą wartość pedagogiczną posiada i największy wpływ wywrzeć może Św. Sakrament Bierzmowania. Jeżeli on niestety nie zawsze spełnia wszystkie nadzieje, które do niego przywiązujemy, to przyczyna naszego przykrego rozczarowania tkwi często w tem, że zapóźno umożliwiliśmy przyjęcie tego Sakramentu uczniom, — a mianowicie dopiero wtenczas, jeżeli już wiara ich osłabła i złe nałogi wzięły górę w ich duszach. Jeżeli katecheta chce obfite zebrać owoce, musi się starać, żeby uczniów jego najpóźniej w klasie IV oświecił i umocnił ten Sakrament światła niebieskiego i mocy Bożej, — chociażby nawet dla osiągnięcia tego celu trzeba było tu i owdzie odbyć podróż z konfirmandami do rezydencyi Arcypasterza dyecezyi. Koszta i trudy nic nie znaczą, jeżeli chodzi o zbawienie dusz nam powierzonych.
Miłość jest przemyślna. Żeby przyczynić się do wykształcenia charakterów chrześcijańskich i do podniesienia uczuć religijnych w sercach młodzieży szkolnej, dobry katecheta wstępuje nieraz na drogi niezwyczajne i wychodzące poza ścisły obowiązek. I tak jeden z katechetów dyecezyi lwowskiej przedsięwziął kilkakrotnie z najstarszymi uczniami swego gimnazyum podczas feryi wielkanocnych podróż do Rzymu, żeby jego wychowankowie dotknęli się własnemi rękami pomników i ruin starożytnego świata, ale przedewszystkiem zobaczyli Św. Piotra w osobie Papieża. Zapewniał on, że pielgrzymki te wywarły widocznie wpływ nader dobroczynny na późniejsze życie młodzieńców. Ja sam miałem szczęście w roku 1905 prowadzić do stóp Namiestnika Chrystusowego 314 uczniów, Polaków, Niemców i kilku Rusinów ze wszystkich szkół średnich Galicyi i Bukowiny i 66 profesorów świeckich i duchownych. W Wielką Sobotę oblegali nasi młodzi pielgrzymi wszystkie konfesyonały u Św. Piotra; w niedzielę wielkanocną przyjęli Komunię Św., najpewniejsze nadrożne na dobre życie. Po Komunii Św. odmówiliśmy wszyscy przy grobie Księcia Apostołów głośne, serdeczne Credo. Po południu tego samego dnia przyjął nas Ojciec Św. w galeryi „Lapidaria". Głęboko zapewne utkwiło w sercach młodych pielgrzymów wrażenie, które uczyniła jasna postać Piusa X, jak On do każdego ucznia przystępował i błogosławił go, głaszcząc go tkliwie po głowie z miłością ojcowską. Drugiego dnia otworzył nam Namiestnik Chrystusowy salę „Regia", żeby jeszcze raz przyjąć uczniów i profesorów w audyencyi uroczystej. Na adres, który odczytałem w imieniu moich pielgrzymów, powitał Pius X naszych uczniów w dłuższej przemowie jako braci po duchu owych młodzieńców francuskich i niemieckich, którzy w wieku XIII śpieszyli tysiącami na wschód, żeby zdobyć dla Kościoła Św. grób Zbawiciela. Tak — i nasza armia studencka miała istotnie zamiary zdobywcze... chciała zdobyć serce Namiestnika Chrystusowego i błogosławieństwo Jego na całe życie.
Zamiast takich pielgrzymek, gdzie one są niemożliwe, albo — co jeszcze lepsze, obok pielgrzymek do Rzymu, których przecież nie musi się ani nie można co roku urządzać, mogłyby odbywać się corocznie pielgrzymki uczniów starszych, a przynajmniej abituryentów do jakiegoś obrazu cudownego, znajdującego się w dyecezyi lub kraju. Do czego bowiem ktoś nawykł za młodu, to czyni też w wieku męskim i w starości. Wspaniałym takim obrazem jest ta coroczna pielgrzymka najlepszych mężów Austryi do cudownej Matki Bożej Łaskawej w Mariazell! Jeżeli my już odczuwamy błogosławiony wpływ tych pielgrzymek w rodzinie, mieście i państwie, — czemuż by one nie miały być dobrodziejstwem dla młodzieży? — Ja mogę tu jeszcze stwierdzić, że mnie co roku uwiadamiają abituryenci pewnego gimnazyum o takiej pielgrzymce tuż przed egzaminem dojrzałości, dodając ślubowanie, że zawsze chcą pozostać wiernymi synami Kościoła katolickiego.
Co się tyczy ćwiczeń duchownych w czasie wielkanocnym, pragnałbym, żeby je całe poświęcano rozważaniu gorzkiej Męki Chrystusowej. Wszakże rozmyślanie o życiu Boga-Człowieka jest najlepszym środkiem do zawstydzenia naszej pychy i samolubstwa i do rozbudzenia czynnej miłości i ofiarności dla Boga i bliźnich naszych, której dziś brakuje najwięcej. Nadto powinniby uczniowie czytać w tym czasie krótko przynajmniej opowiedziane życie Jezusa. O obowiązkach uczniów ma katecheta dość czasu mówić w ciągu całego roku.
Tyle o nauczaniu i o pracy duszpasterskiej w odniesieniu do całych klas i zakładów. Ale oprócz niej jest możliwe i konieczne duszpasterstwo indywidualne, domowe. Wezwanie wielkiego Leona: „Ite ad populum!" znaczy dla katechetów tyle, co „Wejdźcie pomiędzy swoją młodzież szkolną!" I nie tylko wyjątkowo powinno wkraczać to duszpasterstwo indywidualne; trzeba je uprawiać systematycznie. Doradcą, pocieszycielem, stróżem, zbawicielem musi katecheta być dla powierzonych mu uczniów.
Gdzie to tylko możliwe, powinien on przez osobiste odwiedziny w domu poznać stosunki mieszkalne każdego ze swoich uczniów, aby w razie potrzeby wpłynąć na ich poprawę. Sposobność do tego dostarcza np. zasłabnięcie ucznia. Jeżeli katecheta spostrzeże, że lica jednego z uczniów jego pobladły, że twarz jego zwiędła, oko podsiniałe, a chód stał się chwiejny, — wtenczas niech z całą miłością i oględnością zaopiekuje się chorym na duszy i stara się go przekonać, że tylko w częstem przyjmowaniu Komunii Świętej może on znaleźć ratunek przeciwko najniebezpieczniejszemu wrogowi, który życie jego niszczy. Do Św. Filipa Nereusza przychodził taki uczeń chory przez wiele dni do spowiedzi, otrzymywał za każdym razem rozgrzeszenie i codzień pozwolenie na przyjęcie Komunii Św., aż wreszcie całkiem wyzdrowiał. — Serdeczne współczucie niech okaże katecheta uczniowi, kiedy ciężki cios dotknął tejże rodzinę. Na ulicy niech nigdy nie przechodzi bez uwagi koło swoich uczniów, ale niech odpowie uprzejmie na pozdrowienie nawet najmłodszych. Jednem słowem, — nie tylko nieba, ale wszystkiego dobrego musi katecheta życzyć swoim uczniom i do tego zastosować swoje postępowanie: „Chorym musi być z chorymi, słabym ze słabymi, dziecięcym z dziećmi" — nie tracąc jednak przy tem nic ze swojej godności.
Na zakończenie niech mi będzie wolno dodać słów kilka o stosunkach duszpasterskich, które katecheta powinien utrzymywać z uczniami swoimi i wtenczas, kiedy już opuścili gimnazyum lub szkołę realną i uczęszczają na uniwersytet, technikę lub inny zakład wyższy.
Tadeusz Czacki (†1813), założyciel szkoły wyższej w Kamiencu Podolskim, pozyskał sobie tyle miłości i poważania u swoich wychowanków, że ci jako mężowie dojrzali długo jeszcze po śmierci swego wychowawcy mawiali, kiedy szło o wypełnienie jakiegoś obowiązku: „Przyrzekam na kości Czackiego, że spełnię swoją powinność." Podobnie jak tego pedagoga świeckiego łączył węzeł miłości z jego uczniami nawet z poza grobu, tak wywierać będzie i osoba katechety na byłych jego uczniów podczas ich studiów uniwersyteckich wpływ trwały i zbawienny, jeżeli będzie mógł z całą prawdą powiedzieć o sobie: „Quid est quod debui ultra facere vineae meae et non feci ei?" (Isai. 5, 4). Czysty jestem od krwi każdego z was, bo chciałem się stać wszystkiem dla wszystkich, aby was wszystkich pozyskać dla Chrystusa!
Ale jeszcze inne stosunki osobiste powinnyby łączyć katechetę z byłymi jego uczniami. W tym celu powinien katecheta dowiadywać się od uczniów, opuszczających zakład, gdzie będą odbywali studya wyższe i polecać im zaraz dobre związki akademickie. Niech zwróci się do nich z wezwaniem, żeby go także w przyszłości uważali za przyjaciela i ojca swoich dusz. Jeżeli walki duchowe i wątpliwości ich nawiedzają, powinien im udzielać rady ustnie lub pisemnie. List serdeczny od czasu do czasu, widokówka z własnoręcznym podpisem katechety nie zabiorą zbyt wiele czasu, a przecież mogą dużo zrobić dobrego. Książę Apostołów Paweł znalazł wśród tylu trudów i udręczeń dość czasu na to, żeby przesłać pozdrowienia „braciom w Laodycei", „Nymfie i zgromadzeniu w domu jego" (Kol. 4, 15), „Pryszce i Akwili i domowi Onezyfora" (II. Tym. 4, 19). Powinien też katecheta polecać dobre książki, z których pomocą mogą dawniejsi jego uczniowie rozjaśniać swój pogląd na świat i życie. O ile to jest możliwe, niech nie odmawia im także pomocy materyalnej. Wspaniałą byłoby rzeczą, gdyby katecheta znalazł się razem z byłymi uczniami swoimi w Towarzystwie Św. Wincentego a Paulo. Katechecie serdecznie kochanemu nie weźmie uczeń z pewnością za złe zapytania, kiedy ostatni raz był u spowiedzi i czy posłuchał w niedzielę jakiegoś dobrego kazania? — Gdzież jednak ma uczeń słuchać tego kazania? Jest to życzenie powszechne, żeby profesorowie teologii więcej zajmowali się młodzieżą akademicką i osobne kolegia urządzali dla słuchaczy innych wydziałów.
Może który z Was, Drodzy Bracia, pomyśli sobie w tej chwili: „Łatwo to wyliczyć taki rejestr szlachetnych powinności katechety, ale trudno je wykonać!" Trzeba jednak spróbować. „Audaces gratia divina iuvabit."
Na tem kończę swoje wywody o działalności duszpasterskiej katechety szkoły średniej.
Lekkim może wydawać się urząd katechety jedynie temu, kto nie pojmuje go poważnie. Jest to jednak urząd ciężki, pełen trudów i niebezpieczeństw dla kapłana, który tak go chce piastować, jak Pan nasz nakazuje. Katecheta musi być „incantator animarum", jak Tertulian nazywa Chrystusa, jeżeli ma spełnić to, czego od niego żąda Kościół i społeczeństwo. Środkiem tajemnym, który go czyni takim „czarodziejem" niebańskim, jest, jak w każdem innem duszpasterstwie, osobistość w całej pełni dojrzała duchowo i moralnie. Tak, od tej zależy wszystko. Katechetą trzeba być „z łaski Bożej." Wraz z powołaniem kapłańskiem musi on otrzymywać osobne jeszcze powołanie na katechetę. Chce przez to powiedzieć, że głowę jego musi opromienić glorya podwójna: jedna ma tworzyć jego charakter jako posłańca Kościoła, który mu już sam przez się użycza powagi wyższej niż ludzkiej; na drugą mają się złożyć przymioty fizyczne i duchowe, wrodzone i nabyte, intelektualne i moralne, przyrodzone i nadprzyrodzone.
Sprawiedliwym, spokojnym, uprzejmym, pełnym miłości i taktu musi być katecheta w całem swojem postępowaniu. Pogodny powinien być jego umysł. Słoneczniej powinno się robić w umyśle i w sercach uczniów, gdy katecheta wchodzi do klasy.
Wiedza jest potęgą. Katecheta więc powinien wziąć sobie do serca słowa św. Pawła: „A jeśli kto mniema, żeby co umiał, jeszcze nie wie, jako mu umieć potrzeba." (I. Kor. 8, 2). To samo upomnienie daje nam Apostoł swoim przykładem. Chociaż bowiem „zachwycony był do trzeciego nieba", nie porzuca przecież nawet w swoich późniejszych latach nauki: „Przynieś z sobą" (z Troady) — pisze do Tymoteusza — „i księgi, a zwłaszcza pergaminy." (II. Tym. 4, 13). Jeżeli katecheta przestanie się dalej kształcić, może się łatwo na nim spełnić, co czytamy w księdze Syracha o leniwym: że nieprzyjaciele nie ukamienowali go kamieniami, bo tego nie był wart, ale obrzucili go błotem i gnojewołowym drobnych zarzutów przeciwko wierze i przyparli go do muru. (Sic. 22, 2).
Z drugiej strony pewną jest rzeczą, że chociażby katecheta miał dar proroctwa i znał wszystkie tajemnice i posiadał wszelką wiedzę i wszelką wiarę, a miłościby nie miał, to byłby przecież niczem. (I. Kor. 13, 2). „Trudzi on się nadaremnie", jeżeli w sprawie Bożej zapomina o Bogu i ufa własnym tylko siłom. Zapał religijny roznieca się tylko zapałem. Całym więc mężem Bożym musi być katecheta. Jakże jednak i gdzie może on w sobie rozbudzić ten zapał i tę miłość nadprzyrodzoną? — Przez modlitwę i w codziennem rozmyślaniu duchownem. O Św. Tomaszu wiemy, że przeczytał wszystkie książki, które istniały za jego czasów, ale i to, że całą wiedzę swoją czerpał codzienną modlitwą z ran Jezusowych. Dużo powinien katecheta modlić się za siebie i swoją parafię. Brewiarz niech ofiaruje za swoich uczniów. O nich niech myśli w szczególności, mówiąc: „Dominus vobiscum..." — udzielając przy Mszy Św. błogosławieństwa. Rozmyślanie duchowne obdarzać go będzie codziennie nowym światłem nadprzyrodzonym i nową siłą do wytrwania. Będzie on czuł wyraźnie, jak Jezus przechodzący dotykać się go będzie Boską ręką swoją w czasie medytacyi i jak zadrży w sobie cała jego dusza. Gdyby katecheta pewnego dnia nie miał ochoty i nie chciał znaleźć czasu na to, żeby nastroić duszę swoją w rozmyślaniu na dyapazon duszy Chrystusowej, to niech w tym dniu zgłosi się chorym — powiedział niedawno pewien doświadczony były katecheta szkół średnich na kursie katechetycznym we Lwowie. Twarda to może mowa, ale aż nadto uzasadniona i prawdziwa.
A cóż wtedy, kiedy najsumienniejsze i modlitwą kierowane przygotowanie do nauki nie zdołało wszystkich serc studenckich pozyskać dla prawdy? Cóż wtedy, kiedy także mąż Boży pomimo swoich modlitw natrafia na opór, tłumaczący najlepsze jego zamiary?
W komentarzu pewnego autora francuskiego do Św. Mateusza znalazłem następujący przepiękny obraz: Kowal pracuje nad sztabą żelazną. Obok niego stoi jego Anioł-Stróż. Zdawało się, że sztaba już gotowa. Tymczasem spostrzega Anioł-Stróż, że kowal na nowo zaczyna swą pracę. „Źle zrobione dzieło" — rzekł robotnik do siebie — „może kosztować życie ludzkie!" Sztaba bowiem była niezauważalnie zarysowana. Dopiero wtenczas użyczył sobie
poczciwy ten człowiek spoczynku, kiedy przekuł na nowo sztabę i upewnił się, że stała się jeszcze mocniejsza niż inne. Później użyto jej przy budowie mostu. Przez most prze- chodziło wojsko. Most zadrżał pod ciężarem. Sztaba ugięła się, ale nie pękła, dzięki owemu przekuciu. Robotnik nie do- wiedział się za życia nic o tem, że jego sumiennie wykonana robota ocaliła życie tysiącom żołnierzy. Dopiero w chwili jego śmierci opowiedział mu o tem jego Anioł-Stróż.
Kiedy pomimo całego poświęcenia naszego spostrze- gamy w duszach uczniów naszych rysy duchowe i mo- ralne, wady i spaczenia, — zacznijmy na nowo pracować nad niemi i modlić się za nie. Módlmy się jeszcze więcej i jeszcze lepiej, naśladując Jezusa, który w trwodze śmier- telnej o dusze jeszcze goręcej, jeszcze dłużej się modlił: „factus in agonia, prolixius orabat." (Łuk. 22, 43). A gdyby i to gorętsze, usilniejsze błaganie: „Jesu Naza- rene, miserere mei — miserere eorum" — nie pomagało, — wtedy spróbowałby mąż heroicznie święty środka nadzwy- czajnego: „Czy pościłeś już kiedy za swoich parafian? Czy biczowałeś się kiedy za nich?" — zapytał czcigodny pro- boszcz z Ars jednego z konfratrów, żalącego się na trud- ności w pracy duszpasterskiej... Przytoczyłem dlatego te słowa, bo przecież mówimy o ideale katechety.
Wtenczas dopiero, Kochani Bracia moi, kiedyście wy- czerpali wszystkie środki, które Wam poddaje miłość nad- przyrodzona, możecie być w sercu swojem spokojni. W go- dzinie śmierci wyliczą Wam Aniołowie, strzegący Wa- szych uczniów, imiona tych, którzy przeszli szczęśliwie przez wielki most życia, którzy przez Wasze staranie duszpasterskie, Bogu i młodzieży całkiem oddane, ocalili siebie samych i wielu innych.
Zapracowujcie się, jeżeli tego potrzeba, nawet na śmierć dla Waszych uczniów! Wszakże w tych duszach młodych żyje „tamquam membratim divisus" Chrystus sam.
Za to Wasze staranie, którego przedmiotem był Chrystus sam, przyzna On Wam na całą wieczność za- szczytne imię, dobrze zasłużone — „dobrych pa- sterzy".
---
1. List pasterski do Duchowieństwa archidyecezyi w dniu konsekracyi i intronizacyi — 20 stycznia 1901
2. List pasterski do wiernych archidyecezyi w dniu konsekracyi i intronizacyi — 20 stycznia, w dniu N. Imienia Jezus 1901
3. W sprawie nauczania katechizmu. List pasterski do wiernych archidyecezyi — w uroczystość Św. Jana Kantego 1901
4. O Najśw. Sakramencie. List pasterski do wiernych archidyecezyi — w dniu Najświętszego Imienia Jezus. Instrukcya dla Wielebnego Duchowieństwa w sprawie zaprowadzenia w archidyecezyi adoracyi Najświętszego Sakramentu
5. O pielgrzymce do Rzymu. List pasterski do Duchowieństwa i wiernych — w Latanie Zesłania
6. W sprawie strejku rolnego. Odezwa do Duchowieństwa — 30 lipca 1902
7. W sprawie społecznej. List pasterski do Duchowieństwa i wiernych — 20 stycznia, w dniu Najświętszego Imienia Jezus 1903
8. W sprawie szkoły Braci szkolnych. Odezwa arcypasterska do rodziców katolickich we Lwowie — 25 sierpnia 1903
9. O czci Najśw. Maryi Panny. List pasterski do Duchowieństwa i wiernych z okazyi 50 jubileuszu ogłoszenia dogmatu Niepokalanego Poczęcia — w uroczystość Św. Stanisława Kostki 1903
10. O pielgrzymce Maryańskiej do Piusa X. List pasterski do Duchowieństwa i wiernych — w oktawe Św. Stanisława biskupa 1904
11. Królowa Korony Polskiej. List pasterski z okazyi Kongresu Maryańskiego i odnowienia Ślubów Jana Kazimierza — w oktawę Narodzenia Najświętszej Maryi Panny 1904
12. Młodości! Ty nad poziomy wylatuj! List pasterski do uczniów szkół średnich i seminaryów nauczycielskich — 20 stycznia, w dniu Najśw. Imienia Jezus 1905
13. W sprawie pielgrzymki uczniów szkół średnich do Rzymu. Odezwa do Duchowieństwa — 17 marca 1905
14. O pielgrzymce uczniów szkół średnich do Rzymu. Sprawozdanie do Duchowieństwa i wiernych — w wigilię Św. Trójcy 1905
15. W sprawie koronacyi obrazu Matki Bożej Pocieszenia w kościele OO. Jezuitów we Lwowie. Odezwa do Duchowieństwa i wiernych
16. O potrzebie ofiarności. List pasterski do Duchowieństwa i wiernych — 2 lutego 1906. Instrukcya dla PW. Duchowieństwa w sprawie organizacyi Związków katolicko-społecznych
17. Wielki Czwartek. List pasterski i instrukcya dla Duchowieństwa — Wielki Czwartek 1906
18. Z powodu odjazdu Małżonki Arcybiskupa-Sufragana Dr. Józefa Webera. Odezwa do Duchowieństwa i wiernych — 26 maja 1906
19. O Kościele Chrystusowym. List pasterski do Duchowieństwa i wiernych — w Święto Opieki Św. Józefa 1907
1. Przemówienie rektorskie przy otwarciu nowego roku szkolnego 1900/1, dnia 11 października 1900
2. Przemówienie przy poświęceniu kamienia węgielnego pod nowy dworzec kolejowy we Lwowie dnia 5 października 1901
3. Przemówienie przy poświęceniu i otwarciu nowego dworca kolejowego we Lwowie, dnia 26 marca 1904
4. Przemówienie przy poświęceniu nowego gmachu biblioteki uniwersytetu lwowskiego, w dniu 22 maja 1905
5. Przemówienie przy poświęceniu kamienia węgielnego pod kościół Św. Elżbiety we Lwowie — 15 października 1905
6. Przemówienie przy poświęceniu i otwarciu muzeum szkolnego we Lwowie, dnia 3 maja 1907
7. Przemówienie na kursie katechetycznym we Lwowie
8. Mowa w sprawie nauczania religijnego i podwyższenia płac nauczycielskich, wypowiedziana w Sejmie dnia 14 marca 1907
9. Katecheta szkoły Średniej jako Duszpasterz uczniów. — Referat na kursie katechetycznym w Wiedniu 16 lutego 1908 roku. (Przekład z języka niemieckiego)
---
Str. 10 w. ost. zam. napomina — ma być napominal.
ja Ciebie przemienię, ja przemieniję się w Ciebie.