HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

2. Mowa pogrzebowa ku czci O'Connella

Gdy potrzebuję nadzieiGdy chcę podziękować i uwielbić Kościół a świat i państwoApostolat i misje
W skrócie. Mowa pogrzebowa wygłoszona przy złożeniu szczątków Daniela O'Connella w Glasnevin. Burke ukazuje O'Connella jako człowieka wiary, który odrzucił świecką karierę, by służyć Kościołowi i Irlandii, i przez pokojową walkę o Emancypację Katolicką (1829) wyzwolił siedem milionów katolickich dusz. Kazanie wiąże jego wielkość ze świadomością, że działa dla Królestwa Bożego, a nie dla własnej chwały.

„Był Irlandczykiem z Irlandczyków i katolikiem z katolików.”

*Z okazji złożenia szczątków Wyzwoliciela Irlandii w miejscu ich wiecznego spoczynku w Glasnevin, pod Okrągłą Wieżą i mauzoleum wzniesionym przez wdzięczną ojczyznę dla swego najlepszego i najszlachetniejszego syna, mowę tę wygłoszono pod prowizorycznym baldachimem wobec zgromadzenia pięćdziesięciu tysięcy osób.*

*„Mądrość przeprowadziła sprawiedliwego przez drogi proste i pokazała mu królestwo Boże, uczyniła go chwalebnym w jego pracach i uwieńczyła dzieła jego rąk. Chroniła go od nieprzyjaciół i strzegła od tych, którzy czyhali nań w zasadzce, i dała mu walkę zaciętą, aby zwyciężył i wiedział, że wszelka pobożność jest potężna. Ona nie opuściła go, gdy był sprzedany, ale wybawiła go od grzechu i zstąpiła z nim do rowu, i nie opuściła go w więzach, aż mu przyniosła berło królewskie i władzę nad tymi, którzy go uciskali, i okazała tych, co go oczerniają, kłamcami, i dała mu chwałę wieczną."* — Mdr 10

SŁOWA te, zaczerpnięte z natchnionego pisarza, opowiadają nam chwalebne dzieje wielkiego męża przeszłości — ojca i założyciela wielkiego ludu. Wskazują też prawdziwe źródło jego wielkości i tajemnicę jego powodzenia. Był on człowiekiem sprawiedliwym, a duch mądrości spoczywał na nim. Duch ten prowadził go przez drogi proste — to znaczy drogi prawdy i sprawiedliwości, bezpośrednie ścieżki rozumu i posłuszeństwa — a kresem tych dróg, celem nieustannie wytyczonym jego oczom, było „królestwo Boże": niepodległość, chwała, duchowa wolność dzieci jego rodu. Cel to wzniosły i święty, zamiar wielki i szlachetny, który mądrość stawiała mu przed oczy jako powołanie jego życia i koronę jego dni. A ponieważ cel, dla którego człowiek pracuje, rozstrzyga o wszystkim — ku hańbie lub ku chwale — ten, kto pracował dla tak wielkiego celu, jakim jest „królestwo Boże", był „chwalebny w swoich pracach", a źródłem owej chwały była zarazem tajemnica jego powodzenia, gdyż „uwieńczył dzieła swych rąk". Lecz pośród tych „chwalebnych trudów" natchniony pisarz oznajmia, że ścieżka sprawiedliwego jeżyła się od nieprzyjaciół; duch mądrości, który go wiódł, „strzegł go od nieprzyjaciół" — uzdalniał go do stawienia czoła ich gwałtom i zasadzkom, jawnej nienawiści i ukrytemu podstępowi, do przezwyciężania ich i krzyżowania ich zamysłów. Walka była długa; była to „walka zaciętą", dana mu jedynie po to, by zwyciężył i okazał się godnym wieńca. Zakosztował goryczy; zdawało się, że nieprzyjacie biorą górę; lecz w więzach duch mądrości, prawdy i sprawiedliwości nie opuścił go, „aż mu przyniosła berło królewskie" — miłość i cześć braci i ludu — „i władzę nad tymi, co go uciskali" — władzę zasady i sprawiedliwości — i tak przemienił jego smutek w radość, „i dała mu chwałę wieczną": chwałę na ziemi, w dziejach i podaniach jego ludu, gdzie imię jego otoczone było czcią i błogosławieństwem, a pamięć uświęcona ich miłością, oraz chwałę wyższą, „chwałę wieczną" w „królestwie Bożym", dla którego pracował tak chwalebnie, tak skutecznie i tak długo. Cały ten zaszczyt, triumf i chwała wieczna przypadły w udziale wielkiemu Izraelicie za sprawą ducha mądrości — tego samego ducha, o którym napisano gdzie indziej, że „może wszystko… że wszystko odnawia… i przez narody przekazuje się duszom świętym, i czyni przyjaciółmi Bożymi i prorokami" — „przyjaciółmi Bożymi", to znaczy obrońcami Jego Kościoła i Jego wiary, i „prorokami", to jest wodzami Jego ludu.

Losy narodów spoczywają w rękach Bożych, a gdy nadchodzi godzina Jego miłosierdzia i naród ma odzyskać pierwsze ze swych praw — wolne wyznawanie wiary i religii — Bóg, który nigdy nie zawodzi własnych zamysłów, zawsze w tej godzinie wzbudza dla swego ludu takiego wodza, jakiego opisuje mój tekst: mądrego, wielkodusznego, szukającego królestwa Bożego, chwalebnego w swoich pracach, silnego w starciu z nieprzyjaciółmi, triumfującego w rozwiązaniu i owieńczonego chwałą. I Irlandia nie została zapomniana w Bożych planach. Stulecia cierpliwego wytrwania przyniosły w końcu świt lepszego dnia. Nadeszła godzina Boża, a wraz z nią przyszedł na świat największy syn Irlandii — Daniel O'Connell. Dziś otaczamy jego grób, by złożyć mu ostatni hołd miłości, by wypowiedzieć słowa chwały, wstawiennictwa i modlitwy. Od dwudziestu dwóch lat śpi wśród nas w milczeniu. Pokolenie jego odchodzi, a blask historii pada już na jego grób i wymawia jego imię chłodnym, beznamiętnym głosem. W naszej epoce kilka lat równa się stuleciu minionych czasów. Wielkie przemiany i zdumiewające zdarzenia następują po sobie w tak szybkim tempie, że największe imiona są niemal zapomniane, zanim ci, którzy je nosili, zdążą zniknąć ze sceny, a sam świat zdumiewa się, jak krótkotrwała okazuje się sława, która obiecywała być nieśmiertelną. Ten, kto wpisał swe imię nawet do złotej księgi dziejów świata, przekonuje się, że zapisał je jedynie na wodzie. Jedynie Kościół jest prawdziwą świątynią nieśmiertelności, przybytkiem sławy, który nie przemija; i tylko ten człowiek, którego imię i pamięć przechowane są w jego sanktuariach, otrzymuje na tej ziemi odbicie chwały, która jest wieczna w niebie. Lecz zanim Kościół ukoronuje któreś ze swych dzieci, starannie bada jego prawo do nieśmiertelności swej wdzięczności i chwały — pyta: co uczynił dla Boga i dla człowieka? Na to wielkie pytanie przybyłem tu dziś odpowiedzieć w imieniu tego, którego język, niegdyś tak wymowny, spoczywa teraz uśpiony w milczeniu grobu, a nad którego grobem wdzięczna ojczyzna wzniosła pomnik swej pradawnej wiary i zapis swojej dawnej chwały. Dochodzę dlań prawa do zasłużonego naszą wdzięcznością i miłością, gdyż był człowiekiem wiary, którego mądrość prowadziła „drogami prostymi", który kochał i szukał „królestwa Bożego", który był wielce „chwalebny w swoich pracach" i który uwieńczył swoje „wielkie dzieła" — wyzwoliciel swego rodu, ojciec swego ludu, zwycięzca w „nieskalanym zmaganiu" zasady, prawdy i sprawiedliwości. Żaden człowiek naszych czasów nie zaprzeczy, że Irlandia była krainą dotkniętą wielką niedolą; rzadko jednak jej czarna godzina była mroczniejsza, a jej udręka większa niż pod koniec ubiegłego stulecia. Zdawało się, że serce narodu pękło i wszelka nadzieja zgasła. Katolicy irlandzcy z trudem mogli liczyć na samo prawo do życia i powinni byli być wdzięczni nawet za dar egzystencji; tymczasem wyznawanie wiary katolickiej stanowiło całkowitą zaporę i nieprzekraczalną przeszkodę na drodze do wszelkiego awansu w zakresie doczesnych korzyści, honorów, godności, a nawet zamożności. Kajdany sumienia ciążyły niemniej dotkliwie nad umysłem i każda nagroda, do której mogła aspirować godziwa ambicja, była poza zasięgiem tych, którzy odmawiali wyrzeczenia się religii swych ojców i zapomnienia o swojej ojczyźnie. Pośród ofiar tego religijnego i umysłowego zniewolenia wyróżniał się jeden młodzieniec, szczególnie zapowiadający się wśród rówieśników. Urodzony w rodzinie, którą w innych krajach nazwano by szlachetną, obdarzony potężnym i wszechstronnym umysłem, fenomenalną pamięcią, najurodzajniejszą wyobraźnią, co sypała swymi obrazami strumieniem najwspanialszej wymowy, duchem szlachetnym, sercem najczulszym, bogatym w rozległą wiedzę i geniusz najwyższego lotu, jaśniejący wszelkim pięknem męskiej urody, siły i wigoru, o potężnej budowie ciała — niczego, zdawało się, mu nie brakowało:

*„Gdzie każdy bóg zdał się przyłożyć pieczęć,* *By światu poświadczyć: oto człowiek"* —

a jednak wszystko to zdawało się przepadać, bo urodził się katolikiem i Irlandczykiem. Przed nim rozciągały się teraz dwie drogi życia, szerokie i wyraźne, i musiał między nimi wybrać: droga wiodąca do wszystkiego, co świat ceni — bogactwa, władzy, wyróżnienia, tytułu, chwały i sławy; droga geniuszu, szlachetnego współzawodnictwa rozumów, obcowania z tym, co najwyszukańsze i uszlachetniające — droga wiodąca ku izbom rady narodu, ku wszystkim urzędom i zaszczytom, ku świątyniom, gdzie przechowywano historyczne imiona i chwalebne wspomnienia, ku udziałowi we wszystkich błogosławieństwach przywilejów i wolności. Głos geniuszu, pobudki młodzieńczej ambicji, świadomość ogromnej potęgi intelektu, który kładł w zasięg jego ręki najwyższe nagrody, do których mogła się piąć „ostatnia słabość szlachetnych umysłów" — wszystko to pchało go, by wkroczyć na jasną, złotą ścieżkę. Lecz przed nim otwierała się jeszcze inna droga. Żaden promień słońca nie rozjaśniał tej drogi; była mokra od łez, zaciemniona przez nieszczęście — wskazywała ją młodemu wędrowcy życia oznaka krzyża, a kto na nią wstępował, ten był wzywany, by porzucić wszelką nadzieję, gdyż wiodła przez dolinę poniżenia w samo serce upadłego rodu i ujarzmionego, strapionego ludu. Dochodzę O'Connellowi chwały z tego, że wybrał tę ostatnią drogę, i z tego roszczenia nikt nie może się wywikłać, gdyż jest ono argumentem apostoła na korzyść wielkiego prawodawcy starożytności: „Wiarą Mojżesz, gdy dorósł, odmówił, by go zwano synem córki faraona, wolał być poniżanym razem z ludem Bożym niż zakosztować przemijającej rozkoszy grzechu, uznając, że zniewaga Chrystusa jest większym bogactwem od skarbów Egiptu." Na tę drogę wprowadził go miłość do religii i do ojczyzny.

Mocno wierzył w religię, w której się urodził. Miał tę wiarę, która jest wspólna wszystkim katolikom — wiarę będącą nie tylko mocnym mniemaniem czy nawet przekonaniem, lecz absolutną i najzupełniejszą pewnością, że Kościół katolicki jest jedynym i prawdziwym wysłannikiem i świadkiem Boga na ziemi; że przynależność do jego wspólnoty i posiadanie jego wiary stanowi pierwszy i największy ze wszystkich darów i przywilejów, wobec którego wszystko inne zapada się w zupełne nic. Wierzył i wiedział, że nie wystarczy mu „wierzyć sercem ku sprawiedliwości", lecz musi „ustami wyznawać ku zbawieniu", a siła jego wiary nie pozostawiała mu innego wyjścia, jak tylko głośno ogłaszać swą religię i rzucić swój los razem z losem swego ludu. Owa religia była jedynym dziedzictwem tego ludu. Trwał on przy niej i zachowywał ją z miłością i wiernością w pełni nadprzyrodzoną, która wprawiała świat w zdumienie. Naukę Kościoła katolickiego lud irlandzki przyjął ochoczo, gdy po raz pierwszy była mu głoszona. Przyjął ją chętnie i od razu z ust swego apostoła, a Irlandia była wielkim wyjątkiem spośród wszystkich narodów, u których ziarnem chrześcijaństwa zawsze bywała krew męczennika. Wiarę tak im przekazaną zilustrował swą świętością przez tysiąc lat, tak że katolicka Irlandia była przez całe tysiąclecie chwałą chrześcijaństwa i odebrała wśród narodów szczególny tytuł „Wyspy Świętych".

Nasza historia narodowa zaczyna się od naszej wiary i jest tak nierozerwalnie związana z naszą świętą religią, że jeśli te dwie rzeczy rozdzielić, imię naszej ojczyzny znika z dziejów świata. Za to Irlandia chrześcijańska i katolicka — to znaczy Irlandia święta, Irlandia ewangelizująca, Irlandia nauczająca narody Europy, Irlandia podnosząca w każdym kraju Krzyż i koronę, Irlandia cierpiąca za wiarę tak, jak żaden naród nie cierpiał — ma swoje imię wypisane złotymi literami na najchlubniejszej karcie historii. Irlandia i jej religia były ze sobą tak przedziwnie zespolone, że w dniach pomyślności i pokoju jaśniały razem; w dniach smutku i hańby wzajemnie się podtrzymywały. Kiedy dawna religia wypędzona została z jej sanktuariów, znajdowała jeszcze świątynię w każdej chacie w kraju, ołtarz i przystań w sercu każdego Irlandczyka. Kiedy wojna podboju przerodziła się w wojnę zagłady, wiara — i tylko wiara — stała się dla irlandzkiego rodu zasadą ich żywotności i bytu narodowego, jedynym pierwiastkiem wolności i nadziei. Swemu Kościołowi — cierpiącemu i prześladowanemu — pozostali wierni jak w dniach jego chwały. Religia katolicka stała się najsilniejszą namiętnością ich życia, a w miłości do swej wielkiej, cierpiącej Matki mówili do niej:

*„Przez smutek i trwogę uśmiech twój wiódł mą drogę,* *Aż nadzieja jakoby z każdego kolca kiełkowała dokoła;* *Im ciemniejszy nasz los, tym jaśniej płonęła miłość czysta,* *Aż wstyd w chwałę się zmienił, a lęk w gorliwość zarzysta;* *Tak, będąc niewolnikiem, w twych ramionach duch mój czuł się wolny,* *I błogosławiłem nawet smutki, co mnie uczyniły ci milszym."*

To wszystko O'Connell czuł i wiedział. Był Irlandczykiem z Irlandczyków i katolikiem z katolików. Jego miłość do religii i ojczyzny była jak oddech nozdrzy jego i krew w jego żyłach; kiedy zaś przyniósł na służbę jednej i drugiej siłę swej wiary i potęgę swego geniuszu, instynktem prawdziwego Irlandczyka pierwsza jego myśl skierowała się ku temu, by podnieść naród, zrzucając kajdany z Kościoła narodowego. I tu znowu, bracia moi, przed nim otworzyły się dwie drogi. Jedna była drogą, którą w dawnych czasach kroczyli liczni mężowie — czyści i szlachetni, szlachetni i patriotyczni — droga niebezpieczeństwa i krwi, a historia jego kraju mówiła mu, że zawsze kończyła się klęską i jeszcze większym złem. Smutne wypadki, których był świadkiem i które rozgrywały się wokół niego, ostrzegały go przed tą drogą, bo widział, że usiłowanie, by po niej kroczyć, zmiotło ostatni ślad irlandzkiego parlamentu i irlandzkiej niepodległości. Ale otwarta była dlań jeszcze inna ścieżka, którą mądrość wskazywała jako „drogę prostą". Przed nim leżało inne pole bitwy, na którym mógł „walczyć dobry bój" i upomnieć się o wszystkie prawa swej religii i swego kraju. Arsenał uzbrojenia podał mu natchniony apostoł słowami: „Bracia, nasz bój nie jest przeciw krwi i ciału, ale przeciw zwierzchnościom i władzom… Dlatego przyobleczcie się w zbroję Bożą… Macie biodra opasane prawdą, a nałożoną na siebie zbroję sprawiedliwości, i nogi obuté w gotowość głoszenia Ewangelii pokoju, a do tego wszystkiego tarcz wiary… Weźcie też miecz duchowy, którym jest słowo." O'Connell wiedział doskonale, że takie oręże w takich rękach jak jego były nieodparte — że opasany prawdą i sprawiedliwością swej sprawy okryty był zbroją Wiekuistego Boga; że ze słowami pokoju i porządku na ustach, z mocną tarczą wiary przed sobą i mieczem wymownego słowa w dłoni, z wojennym okrzykiem posłuszeństwa, zasady i prawa żadna ziemska potęga nie zdoła mu się oprzeć.

*„Choć często niweczona, jest zawsze zwyciężona"* —

gdyż jest to bitwa Boga, a Najwyższemu nic się nie oprze. Tedy podniósł on sztandar nowej wojny i rozwinął chorągiew, na której było napisane: wolność zdobyta mocą prawdy, głosem sprawiedliwości, twierdzeniem prawa i wszechpotęgą prawa. Wolność religijna i doskonała równość wobec prawa było jego pierwszym żądaniem. Nowy apostoł wolności przemierzył Irlandię wzdłuż i wszerz. Jego wymowne słowa ożywiły nadzieje i pobudziły energie narodu; lud i jego duchowieństwo skupili się wokół niego jak jeden mąż; stali się potęgą groźną dla swych nieprzyjaciół przez moc sprawiedliwości i rozumu, i okazali się godni wolności przez swój szacunek dla prawa. Nigdy Irlandia nie była bardziej rozentuzjazmowana, a nigdy też nie była spokojniejsza. Lud był zdecydowany odzyskać wolność religijną. Irlandczycy od roku 1822 do 1829 walczyli na swoim nowym polu bitwy z taką samą żelazną determinacją jak niegdyś na wyłomach Limerick czy na stokach Fontenoy. Stał na ich czele wódz równie dzielny jak Sarsfield i równie śmiały jak Czerwony Hugh. Poprowadził ich przeciw najpotężniejszej twierdzy świata, i jak mury starożytnego miasta posypały się w proch na dźwięk trąby Izraela, tak na dźwięk jego potężnego głosu, który przemawiał w imieniu zjednoczonego narodu, „przeszły drżenie odrzwia bram", i otworzyły się wrota, które trzy wieki uprzedzenia i pychy zamknęły i zabarykadowały przeciw naszemu ludowi. Wyszedł pierwszy dekret naszego wyzwolenia: 13 kwietnia 1829 roku ogłoszono Emancypację Katolicką, a siedem milionów katolickich Irlandczyków wkroczyło do parlamentu narodowego w osobie O'Connella. Było to pierwsze i największe zwycięstwo pokojowej zasady, jakiego stał się świadkiem nasz wiek, najwspanialszy triumf sprawiedliwości i prawdy, najchwalebniejsze zwycięstwo geniuszu jednego człowieka i pierwszy wielki akt hołdu, jaki rządcy Irlandii złożyli religii ludu, a lud irlandzki — wielkiej zasadzie pokojowego ucisku.

Pierwszy i największy triumf O'Connella był owocem jego silnej wiary i gorliwego zapału dla religii i jego Kościoła. Kościół był dla niego — jak jest dla nas — „królestwem Bożym", a w trudach dlań poniesionych „był chwalebny" i odebrał od wdzięcznego ludu najwspanialszy tytuł, jaki kiedykolwiek dano człowiekowi. Irlandia nazwała go „Wyzwolicielem". Był „chwalebny w swoich pracach", jeśli zważymy cel, który sobie wyznaczył. Nie był to cel samolubny ani nawet czysto ludzki. Poświęcił siebie, swój czas, swoje talenty, swoje energie, swoją potęgę — chwale Boga, wyzwoleniu Kościoła Bożego, emancypacji swego ludu. Taki był chwalebny cel; nie mniej chwalebne były środki. Jawna, otwarta, mężna obrona własnych praw; wzniosłe, uroczyste odwołanie się do wiecznych zasad; szlachetne i nieustanne głoszenie uprawnień opartych na sprawiedliwości i konstytucji; pokojowy, lecz najskuteczniejszy nacisk ludu zjednoczonego jego geniuszem, rozgrzanego jego wymową, prowadzonego jego rozległą wiedzą i mądrością — oto chwalebne środki, którymi wypełnił swoje wielkie dzieło, a dzieło to było osiągnięciem, które zjednało mu nie tylko tytuł Wyzwoliciela Irlandii, lecz nawet ekumeniczny tytuł Wyzwoliciela Kościoła Chrystusowego. „Choćby tylko Irlandia" — mówi wielki Lacordaire — „odniosła z Emancypacji korzyść, to gdzież jest człowiek w Kościele, który by jednym zamachem wyzwolił siedem milionów dusz? Sprawdź swą pamięć, przeszukaj historię od owego pierwszego i sławnego edyktu, który przyznał chrześcijanom wolność sumienia, i sprawdź, czy znajdzie się wiele takich aktów porównywalnych pod względem zasięgu swych skutków z aktem Emancypacji Katolickiej. Siedem milionów dusz jest teraz wolnych, by służyć Bogu i kochać Go aż do końca czasów; a ilekroć lud ten, posuwając się naprzód w swym istnieniu i wolności, przypomni sobie oblicze człowieka, który zbadał tajemnicę jego dróg, zawsze znajdzie wypisane imię O'Connella zarówno na ostatnich kartach swej służebności, jak i na pierwszych kartach swego odrodzenia." Jego chwalebne zwycięstwo przyniosło zaszczyt nawet tym, których pokonał. Zaszczycił ich, odwołując się do ich poczucia sprawiedliwości i prawa; a w akcie Emancypacji Katolickiej Anglia uznała potęgę ludu, który nie prosił o łaskę, lecz upominał się o wolność duszy — błogosławieństwo zrodzone wraz z Chrystusem, będące dziedzictwem narodów, które przyjęły Krzyż. Emancypacja Katolicka była tylko zwiastunem i początkiem zwycięstw. Ten, który był wyzwolicielem i najszczerzejszym synem Kościoła, był także pierwszym spośród irlandzkich mężów stanu i patriotów. Nasz lud dobrze pamięta — jak wiernie zapisze jego przyszły historyk — liczne trudy ponoszone w jego sprawie, liczne zwycięstwa odniesione w jego obronie, wielkie życie poświęcone mu przez O'Connella. Gdy jednak leży dziś u stóp ołtarza, a Kościół uświęca jego grób modlitwą i ofiarą, to zwłaszcza jako katolicki Emancypator swojego ludu składamy wieniec na jego grobie. Jako dziecko Kościoła go czcimy i ze łzami smutku przywołujemy wspomnienie starczego mężczyzny — czczonego i ukochanego — którego cała chwała podziwu świata i miłości narodu nigdy nie wyniosła duszy ponad świętą atmosferę chrześcijańskiej pokory i prostoty. Posłuszeństwo prawom Kościoła, żywy zapał dla jego czci i godności jego kultu; duch pokuty, który uszlachetniał czyniąc zadość, który doskonalił karcąc, wszystko, co było naturalne w tym człowieku; stałe i częste korzystanie ze świętych sakramentów Kościoła, które rzucały blask łaski wokół jego czcigodnej głowy — oto ostatnie wielkie nauki, które przekazał swemu ludowi, i tak słońce jego życia zachodziło w chwale chrześcijańskiej świętości.

Dla Irlandii żył, dla Irlandii umarł. Lud, któremu tak wiernie służył, który kochał miłością ustępującą jedynie miłości do Boga, był dziesiątkowany przez klęskę najstraszliwszą, jakiej kiedykolwiek był świadkiem świat; narody ziemi drżały, a ludzie bladli na widok spustoszenia Irlandii. Opowieść o jej głodzie, nędzy i śmierci rozeszła się po wszystkich krajach. Lud jej uciekał przerażony z ziemi, która zapomniała o swej dawnej obfitości, albo umierał, gdy pobielałe wargi wydawały ostatni słaby krzyk o chleb. To wszystko widział stary ojciec swej ojczyzny. Ani jego geniusz, ani jego wymowa, ani jego miłość nie mogły już teraz ocalić jego ludu; złamał się duch, który niósł go triumfalnie przez wszelkie niebezpieczeństwa i trudy; pękło serce — to dzielne i szlachetne serce, które nie znało nigdy trwogi, a którego największą namiętnością była miłość do Irlandii. Udręczony duch i złamane serce wielkiego Irlandczyka zaprowadziły go na najświętsze miejsce ziemi i chwiejnym krokiem skierował się ku Rzymowi. Mąż, którego groźny głos za życia wstrząsał najwyższymi trybunałami ziemi w bezwzględnym żądaniu sprawiedliwości dla Irlandii, szukał teraz grobu apostołów, aby z owego progu nieba zanieść Bogu błaganie o miłosierdzie dla swej ojczyzny i swego ludu i ofiarować swoje życie za swój kraj rodzinny. Jak ów Prorok Król, pragnął stanąć między ludem a aniołem, który go poraził, i ofiarować siebie na ofiarę całopalną za kraj, który kochał. Lecz na brzegach Morza Śródziemnego znużony wędrowiec położył się, aby umrzeć. W tej ostatniej chwili głęboka znajomość historii swego kraju mogła dać mu ów proroczy wgląd w przyszłość, który bywa niekiedy udzielany wielkim umysłom. Był wiódł potężny naród ku wrotom „prostej drogi" i skierował jej pierwsze, niepewne kroki na ścieżkę pojednania i sprawiedliwości dla Irlandii. Czas, który zawsze wypełnia zamysły Boże, poniósł ten naród naprzód po chwalebnej drodze. Pewniejszym krokiem, z duszą nieustraszną, z wysokim postanowieniem sprawiedliwości, pokoju i zgody, dzieło zapoczątkowane przez Wyzwoliciela Irlandii postępuje naprzód w naszych dniach. Kuje się nowe łańcuchy dla naszego kraju — lecz są to łańcuchy złote, które mają spajać wszystkie pierwiastki niezgody w imperium, tak by wszyscy ludzie mieszkali razem jak bracia w tej ziemi. Jeśli nie możemy mieć błogosławieństwa jedności religijnej, „by być jednego ducha", to posiądziemy „następne najdroższe błogosławieństwo, jakie niebo dać może" — pokój wypływający z doskonałej wolności i równości religijnej. Wszystko to zawdzięczamy człowiekowi, którego pamięć dziś przywoływamy, zasadom, których nas nauczył, które opromienially jego życie i które w triumfie Emancypacji Katolickiej wskazały narodowi irlandzkiemu prawdziwy sekret jego siły, prawdziwą drogę postępu i pewną drogę ku zwycięstwu. Nie dane mu było zbierać w pełni plonu ziarna, które ręką zasiał. Emancypacja Katolicka była tylko pierwszą ratą wolności. Gmach wolności religijnej miał zostać uwieńczony, gdy mądry architekt, który założył jego fundamenty i wyniósł jego mury, spoczywał już w grobie. Żywmy nadzieję, że jego umierające oczy zostały pocieszone i ciężar jego ostatniej godziny ulżony przez widok doskonałej wspaniałości jego dzieła — że na podobieństwo Proroka Prawodawcy ujrzał „całą tę ziemię" — że zobaczył ją oczyma, choć nie „przeszedł do niej" — i że dane mu było „pozdrowić z daleka" blask dnia, którego nigdy nie miał zaznać.

Sen jego życia spełnia się dziś. Całe życie wzdychał do tego, by móc wyciągnąć do swych protestanckich współziomków rękę doskonałej przyjaźni — a doskonała przyjaźń istnieje tylko tam, gdzie jest doskonała równość — i zawrzeć z nimi przymierze prawdziwego pokoju opartego na sprawiedliwości. Czas, który pogrąża w zupełnym zapomnieniu tak wiele imion i tak wiele wspomnień, wywyższy go w jego dziele. Już zaświtał i dojrzewa ku swojemu pełnemu południu dzień, kiedy Irlandczycy każdego wyznania będą pamiętać O'Connella i czcić go jako wspólnego przyjaciela i największego dobroczyńcę swego kraju. Któż z tych, których nasz wiek nazwał wielkimi, mógłby tyle lat po swojej śmierci przyciągnąć wokół swego grobu tyle kochających serc? My dziś jesteśmy przedstawicielami nie tylko narodu, ale rodu. *„Quaenam regio in terris nostri non plena laboris?"* — Gdzież jest kraina, która nie widziała oblicza naszego ludu i nie słyszała jego głosu? I gdziekolwiek na końcach ziemi znalazłby się dziś Irlandczyk — jego duch i jego myśl są tu z nami. Miliony Ameryki są przy nas — irlandzki żołnierz katolicki na równinach Indii jest obecny wśród nas czarem miłości — irlandzki marynarz, stojący przy sterze w tej chwili na dalekich, milczących morzach, gdzie teraz noc i świecą gwiazdy Południa, łączy swoją modlitwę z naszą i przywołuje chwalebny wizerunek i czcigodne imię O'Connella.

*„Odszedł ten, co zdał się wielki —* *Odszedł; lecz nikt mu nie odbierze* *Siły, którą sobie stworzył,* *Będąc tu, i my wierzymy,* *Że daleko przeszedł w stanie,* *I że nosi koronę prawdziwszą* *Niż wszelki wieniec ludzkich rąk."*

Odszedł, lecz jego sława będzie żyć na wieki na ziemi jako kochającego Boga i swój lud. Przeciwników politycznych i religijnych miał wielu, i jak

*„Która stała mężnie na wszystkie wiatry, co dęły,"*

tak ten Herkules sprawiedliwości i wolności trwał przeciw nim niezłomnie. Czas, który wszystkiego dotyka łagodzącą dłonią, zmiękcza wspomnienia dawnych zmagań; i ci, którzy niegdyś uważali go za nieprzyjaciela, pamiętają teraz jedynie chwałę walki i potężny geniusz tego, który wystąpił jako człowiek reprezentatywny swego rodu i obrońca swego ludu. Uznają jego wielkość i podają nam rękę, by pleść wieniec jego chwały. Lecz inne, wyższe i świętsze uczucia żywią dziś wobec niego katoliccy Irlandczycy na całym świecie. Rozpoznają w prochu, który przyszliśmy uczcić, potężne ramię, które ich promowało, wymowny język, który głosił ich prawa i upominał się o ich wolność, mocną dłoń, która — jak ręka dawnego Machabeusza — najpierw zerwała z nich kajdany, a potem wzniosła ich święte ołtarze. Oni, mieszając błagania modlitwy z wdzięcznością wstawiennictwa i ze łzami, przywołują — o, z jakże wielką miłością! — pamięć tego, który był Józefem dla Izraela — ich wieżą warowną, ich puklerzem i tarczą — który rozlał wokół ich domów, ich ołtarzy i ich grobów święte światło wolności religijnej i chwałę nieskrępowanego kultu. „Jego chwała jest w Kościele" — i to jest najtrwalszą rękojmią nieśmiertelności jego chwały. „Głos ludu" może być „dowodem i odbiciem wszelkiej ludzkiej sławy", lecz głos nieśmiertelnego Kościoła jest echem „chwały wiecznej", i gdy ci, którzy otaczają jego grób, przeminą, wszystkie przyszłe pokolenia Irlandczyków aż do końca czasów będą przypominane o jego imieniu i jego chwale.

← wróć do odkrywania