*Wygłoszone w kościele św. Pawła w Brooklynie, dnia 22 marca 1872 r.*
Przyjaciele moi, obrałem sobie za temat dzisiejszego przemówienia do was następujące zagadnienie: „Chrześcijanin — człowiek naszych czasów". Być może jesteście skłonni mniemać, że mam przez to na myśli, iż chrześcijanin jest w rzeczy samej właściwym człowiekiem tej doby. Że jest owym mężem, któremu nasza epoka chętnie oddaje cześć; że jest człowiekiem, który — właśnie dlatego, że uznany za chrześcijanina — cieszy się zaufaniem bliźnich i wszelkimi zaszczytami, jakie społeczeństwo może mu ofiarować. Nie łudźcie się, przyjaciele moi, że to jest moje znaczenie. Nie twierdzę, że chrześcijanin jest człowiekiem dnia dzisiejszego. Chciałbym móc tak powiedzieć. Lecz to, co mam na myśli, jest następujące: że chrześcijanin, i on jeden tylko, być nim musi; że nasza epoka bez niego żyć nie może; i że zmierzamy szybko ku takiemu momentowi, w którym sam świat, kierując się instynktem samozachowawczym, będzie zmuszony wołać o chrześcijanina. Lecz dziś nie on zajmuje miejsca wysokie, albowiem duch epoki nie jest chrześcijański. Zauważcie przy tym, że nie ma na świecie człowieka, który by kochał swój wiek bardziej niż ja. I choć jestem kapłanem, a zarazem mnichem, stając przed wami w tym czcigodnym, starym habicie; stając przed mężami dziewiętnastego stulecia jak gdybym był skamieliną wydobytą z gleby trzynastego wieku — mimo to staję przed wami jako miłośnik epoki, w której żyjemy; miłośnik jej wolności, jej praw i jej materialnego postępu. A jednak twierdzę stanowczo, że duch tego naszego dziewiętnastego stulecia nie jest katolicki. Pozwólcie, że to dowiodę. W tej właśnie chwili Kościół katolicki, przez usta swych biskupów, prowadzi walną i śmiertelną walkę — w Anglii, w Irlandii, w Belgii, we Francji, w Niemczech, tak, i w tym kraju — z duchem epoki; i o co? Ludzie sprawujący władzę usiłują pochwycić małe dziecię, zawładnąć jego wychowaniem i uczyć go wszystkiego z wyjątkiem religii. Lecz przychodzą biskupi i mówią: „To jest kwestia życia i śmierci, a dziecię musi być chrześcijaninem. Jeżeli nie będzie uczone o Bogu, tysiąc razy lepiej, żeby nigdy żadnej nauki nie zaznało; bo wiedza bez Boga jest przekleństwem, a nie błogosławieństwem." Otóż, gdyby nasza epoka była chrześcijańska, czy usiłowałaby w ten sposób wypędzić Boga ze szkół, wymazać imię Boże z serca maluczkich, za których Jezus Chrystus, Syn Boży, krew swoją przelał? Kolejny dowód, że duch naszej epoki jest antychrześcijański — bo cokolwiek sprzeciwia się Chrystusowi, jest antychrześcijańskie. Mówiąc o najświętszym węźle małżeńskim, który leży u podstaw wszelkiego społeczeństwa, u samego źródła całej przyszłości świata — Chrystus powiedział: „Co Bóg złączył, niechaj człowiek nie rozdziela." Lecz prawodawstwo — duch tej naszej epoki — wkracza i powiada: „Nie uznam tego związku za dzieło Boże i zastrzegam sobie prawo do ich rozłączenia." Usiłowano zastąpić cywilnym ślubem ów święty sakrament, który Jezus Chrystus uświęcił swoją obecnością i potwierdził pierwszym cudem — sakrament będący obrazem zjednoczenia Chrystusa z Jego Kościołem. „Nie pozwolę, żeby Bóg ich łączył" — mówi Państwo. „Niechaj idą do sędziego pokoju albo do urzędnika stanu cywilnego." Niech Bóg nie ma z tym nic wspólnego. Niech żadna uświęcająca moc nad nimi nie spoczywa; niechaj zostaną pozostawieni swym pożądliwościom i pełnemu używaniu niecnych namiętności, niepohamowanych przez Boga. Tak Państwo rządzi w sprawach małżeńskich i powiada: „Zerwę ten węzeł." I ustanowiło antychrześcijańskie prawo „rozwodu". „Kogo Bóg łączy" — powiada Pan świata, którego słowo nigdy nie przeminie, choć niebo i ziemia przeminą — „niechaj człowiek nie rozdziela." Jedynie Bóg może to uczynić; człowiek, który ośmieli się to uczynić, trzęsie samymi fundamentami społeczeństwa i wyrywa zwornik ze sklepienia. Lecz przychodzi Państwo i mówi: „Ja to uczynię." Taki jest porządek prawodawstwa — taki jest duch naszej epoki. Nie twierdzę, że w innych wiekach nie było grzechów i nałogów; lecz od najwcześniejszego dzieciństwa uczono mnie spoglądać wstecz przez sześćset lat ku owej chwalebnej trzynastej epoce, jako ku pełni i rozkwitowi świętości kwitnącej na ziemi. A jednak uczono mnie też nie zamykać oczu na ówczesne wady; i mimo to duch tamtej epoki był bardziej chrześcijański niż duch tej. Duch, który miał wiarę dość mocną, by orzec, że cokolwiek by dotknęła ręka nieczysta, świętość sakramentu małżeństwa pozostanie nienaruszona — gdy wszyscy uznawali jego żywego Twórcę za Syna Bożego. Wiara ta była dość potężna, by poruszyć wszystkie stany jak jedną osobę, jak będące jedną wiarą i jednym wzniosłym celem. I to nie jest duch naszej epoki. Kogo słyszmy wymienianych jako wynalazców i budowniczych naszych telegrafów i kolei żelaznych, i wszystkich wielkich dzieł tegoczesnych? Bardzo rzadko słychać, żeby katolicy odgrywali w tych wielkich sprawach jakąkolwiek rolę poza rolą widzów; że nie mieli z nimi nic wspólnego i że jedynie korzystali z owoców cudzej pracy. A jednak, czy nie wiemy dobrze, że niemal każde wielkie odkrycie dokonane na tej ziemi zostało dokonane przez jakiegoś katolika; i że niektóre z największych dokonały się w celach starych mnichów w ich klasztorach? A ponieważ duch epoki tworzy człowieka epoki, nie mogę was, przyjaciele moi, winszować, że człowiekiem dnia dzisiejszego jest chrześcijanin. Otóż jestem tu dziś wieczór po to, by dowieść wam i przemówić do waszej inteligencji dwóch wielkich faktów — zapamiętajcie je zawsze: Po pierwsze — człowiek, którego świat uformował bez Boga, jest takim ciężarem i przekleństwem, że sam świat nie może go znieść, sam świat nie może go ścierpieć; bo jeśli zostawia swój ślad w historii, jest to ślad przekleństwa i zła. Po drugie — jedynym wpływem, który może oczyścić i ocalić świat, jest duch owej chwalebnej religii, która jedyna reprezentuje chrześcijaństwo. Niech nikt nie nazywa mnie fanatykiem, gdy powiem, że Kościół katolicki jeden jest wielkim przedstawicielem chrześcijaństwa. Nie przeczę, że dobro istnieje poza nim, ani że są dobrzy i uczciwi ludzie, którzy do tego Kościoła nie należą. Ilekroć spotykam człowieka uczciwego i prawego, nigdy nie zatrzymuję się, by pytać, czy jest katolikiem, czy protestantem; zawsze gotów jestem oddać mu cześć jako najwspanialszemu dziełu Bożemu. Lecz to twierdzę — że wszystko to w rzeczy samej zawarte jest w Kościele katolickim. I dalej głoszę, że jedynie Kościół katolicki ma moc zachować w człowieku świadomość, że stworzył go Bóg. A teraz, po tych wstępnych uwagach, przyjrzyjmy się człowiekowi epoki i zobaczmy, czym on jest.
Wielu z was żywi ambicję stania się ludźmi epoki. To rzecz przyjemna — być wskazywanym i wspominanym jako człowiek epoki. „Oto człowiek, który wycisnął swoje piętno." Oto człowiek, o którym wszyscy mówią dobrze; człowiek światły, człowiek sukcesu, człowiek zdolny ustalać prawo, wyrażając swą opinię — zdolny sterować rynkami; człowiek, którego imię jaśnieje wszędzie. Wszyscy go podziwiacie. Lecz przyjrzyjmy mu się dokładnie — bo stworzony jest jedynie na pokaz, jest li tylko pozorem człowieka. Rozłóżmy go na części i zobaczmy, co kryje się w tym człowieku epoki — czy zadowoli Boga czy człowieka — czy sprosta wymogom społeczeństwa czy nie. Człowieka, jak mniemam, wszyscy przyznacie, stworzył Bóg Wszechmogący dla pewnych określonych, szczegółowych celów i obowiązków. Z pewnością Bóg mądrości, miłości nieskończonej — Bóg nieskończonej wiedzy i wolności — nigdy nie użyczył rozumnemu człowiekowi władzy i wiedzy podobnej swej własnej, nie mając ku temu jakiegoś wzniosłego, wspaniałego, doskonałego i godnego Boga celu. Jakiś cel musiał Go kierować. Pewne obowiązki musiały wiązać się z chwalubnymi przywilejami, które są wytknięte w duszy człowieka jako obraz Boży. Stąd też, przyjaciele moi, są obowiązki człowieka wobec rodziny, obowiązki kręgu domowego, obowiązki wobec społeczeństwa, wobec tych, którzy wchodzą w krąg jego wpływu, w krąg jego przyjaźni, wobec tych, z którymi łączą go stosunki handlowe lub inne, obowiązki wobec ojczyzny i rodzinnego kraju, obowiązki polityczne; i wreszcie, ponad nimi wszystkimi, przenikający je wszystkie, górujący nad wszystkim, co jest w nim — wielki obowiązek wobec Boga Wszechmogącego, który go stworzył. Cóż zatem są obowiązki człowieka w kręgu domowym? Z pewnością pierwszą cnotą człowieka w tym kręgu jest cnota wierności, będąca odblaskiem czystości Jezusa Chrystusa w duszy mężczyzny; cnoty wierności, stałości i niechwiejnej lojalności wobec ślubów złożonych przed obliczem najwyższego nieba, i wobec wszelkich konsekwencji, jakie śluby te za sobą pociągają. Bóg stworzył człowieka z serdeczną skłonnością do miłości i do znalezienia godnego jej przedmiotu; i obdarzanie tym przedmiotem miłością swego serca jest zwykłą naturą człowieka. Nieliczni są odsunięci na bok — wśród nich kapłan, i mnich, i zakonnica, którym Bóg mówi: „Ja sam będę twoją miłością;" i nie znają żadnej miłości prócz miłości Pana Jezusa Chrystusa. Mają wszak to samo pragnienie miłości, tę samą tęsknotę i tę samą potrzebę. Lecz do nich Pan mówi: „Ja sam będę twoją miłością, twoim działem, twoim dziedzictwem." Ci, powiadam, są ogarnięci miłością Pana Jezusa Chrystusa. Nie pora tu ani okazja, bym zatrzymywał się nad nieskończoną radością i prawdziwym szczęściem dni tych, którzy przylgnęli sercem do wielkiego serca Jezusa Chrystusa; lecz dla zwykłego ogółu ludzkości miłość jest koniecznością; i Wszechmogący stworzył to pragnienie miłości w sercach wszystkich ludzi; i stało się ono uświęcone i stało się obrazem zjednoczenia Chrystusa z Jego Kościołem — obrazem łaski, którą Chrystus na nią wylał. Ta miłość i to zjednoczenie muszą leżeć u samego źródła społeczeństwa, muszą uświęcać sam ten zdrój, z którego wypływa cała nasza ludzka natura; bo to z zjednoczenia dwojga kochających serc rodzi się nasz ród i ludzkość trwa na ziemi. Cóż za łaska ją uświęca? Odpowiadam: łaska wierności. Rozumiejcie mnie dobrze; nie ma nic bardziej kapryśnego, nic bardziej zmiennego, niż to serce człowieka; nic dzikszego w swych czynach, w swych skłonnościach, niż to zdradzieckie serce człowieka. Nie znam większego ryzyka, jakie podjąć może człowiek, niż to, które podejmuje młoda kobieta, gdy bierze dłoń młodego mężczyzny i słyszy z jego ust przysięgę, że żadna inna miłość prócz jej nigdy nie wejdzie do jego serca. Zdradliwe, kapryśne jest to serce człowieka; skłonne do zmiany, skłonne do złych wpływów, dające się zapalić każdą chwilową pięknością. Lecz z tego zjednoczenia wyrastają obowiązki ojca i matki wobec potomstwa. Ich dzieci mają być wychowywane; i w miarę jak dorastają i rozkwitają w pełnię swego rozumu, jedynym celem chrześcijańskiego ojca i chrześcijańskiej matki jest wydobyć z tych dzieci ukryte w nich chrześcijaństwo. Chrystus wchodzi w tę młodą duszę przez chrzest; lecz trwa w uśpieniu w tej duszy, działając jedynie na ślepe, zwierzęce instynkty niemowlęctwa; i gdy dziecię budzi się do rozumu, śpiący w nim Chrystus musi być przebudzony i rozwinięty, aż to dziecię dojdzie do pełni swego umysłowego wieku, i człowiek Boży zostanie w pełni rozwinięty w dziecięciu ziemi. Wychowanie nie jest niczym, jeśli nie wydobywa Chrystusa w człowieku. To jest prawdziwy cel i przedmiot wszelkiego wychowania. Jakże zatem człowiek epoki spełnia ten cel? Jak spełnia te obowiązki wobec żony i dzieci, które nazywamy obowiązkami domowymi? Ten „rozgarnięty" człowiek epoki — jak je spełnia? Być może on, w swych skromniejszych dniach, zanim wiedział, na jakie meridian wzejdzie słońce jego fortuny, pojął za żonę piękną i skromną kobietę. Fortuna się do niego uśmiechnęła. Kobieta pozostała zadowolona tylko z pierwszej i prostej miłości, i z wierności mężczyźnie swego wyboru, i z obowiązków, które ta miłość ze sobą niesie. Lecz co z człowiekiem epoki? Czy mam znieważać uszy chrześcijanina, prowadząc człowieka epoki przez wszystkie mroczne ścieżki jego niegodziwości? Czy mam wam opisać spojrzenie jego lubieżnego oka, niepamiętającego ślubów złożonych tej, która czeka w domu? Czy mam wam mówić o człowieku epoki, gonącym za każdą chwilową pięknością, miłośniku urody bez zasad, bez Boga, bez cnoty i bez myśli o sercach łamiących się w domu? Czy mam wam mówić o człowieku epoki, który usiłuje ukryć posrebrzającą dłoń starości, gdy przesuwa się po nim, starając się zatrzymać cień utraconej młodości — i dlaczego? Bo wszystkie najgorsze przywary młodej krwi są w nim, nieodłączne od człowieka epoki. Niekiedy, w jakimś przerażającym przykładzie, ukazuje się nam w całej swej straszliwej szpetności. Świat jest zadziwiony — świat przestraszony na chwilę; lecz przychodzą do nas mężowie, którzy rozumieją to wszystko lepiej niż wy czy ja, i mówią: „O, tak to się dzieje; taki jest porządek dnia." Nie ma śladu czystości, nie ma śladu wierności. Umysł i wyobraźnia skażone; samo ciało gniją ce, splugawione nadmiarem grzechów nie do wymówienia. A jeśli rodzą się dzieci niewiernemu i bezbożnemu cudzołożnikowi, nadchodzi czas, gdy Państwo przejmuje to, czego ani Bóg, ani człowiek nie zamierzał mu oddać — mianowicie urząd wychowawcy; gdy Państwo przychodzi i mówi: „Wezmę dzieci; będę je uczyć wszystkiego oprócz Boga; wychowam ich na ludzi rozgarniętych, lecz bezbożnych, bez znajomości Boga." Wtedy człowiek epoki odwraca się ku Państwu i mówi: „Zdejmij nam ten ciężar z rąk; te dzieci są zawadą; nie chcemy ich wychowywać; mówisz, że to zrobisz." Lecz Kościół wkracza jak prawdziwa matka — jak matka z dni Salomona; i z przejmującym tonem mówi do ojca: „Daj mi dziecię, bo do mnie powiedział Chrystus: »Idźcie i nauczajcie; idźcie i wychowujcie.«" Lecz ojciec odwraca się. Nie chce powierzyć swego dziecięcia temu wychowawcy, który wychowa to dziecię jako wyrzut pod jego adresem w starości za jego niecność, przez swą własną cnotę i dobroć. Duch naszej epoki nie tylko to toleruje, lecz wręcz wspomaga to wszystko. Ten człowiek może powiedzieć żonie, że nie jest niepodzielną panią swojego domu. Może wkroczyć z pismem „rozwodowym" w dłoni i wyrzucić żonę za próg. Tak; gdy jej uroda i zalety nie dorównują wybrednym gustom tego człowieka epoki, może wezwać Państwo, by wydało dekret „rozwodowy" i odsunęło od władzy matkę jego dzieci, królową jego serca.
Przejdźmy teraz od kręgu domowego do kręgu towarzyskiego. Otacza go przyjaźń i posiada wpływy towarzyskie. Spoczywa na nim obowiązek złożenia choćby jednego kamienia w budowlę tego społeczeństwa, którego Wszechmogący uczynił go członkiem, i z czego zażąda rachunku w godzinie śmierci. Każdy człowiek jest żywym członkiem społeczeństwa. Winien temu społeczeństwu obowiązek. Cóż to za obowiązek? Jest to obowiązek prawdomówności wobec przyjaciół, dobrego przykładu dla otoczenia, szacunku i czci dla każdego, z kim się stykamy, zwłaszcza dla młodych. Nawet poganie uznawali to w maksymie: *Maxima debetur puero reverentia.* Człowiek epoki otwiera usta, by wymiocować słowa bluźnierstwa lub obrzydliwej nieprzystojności, a przed nim stoi może młody chłopiec, wkraczający w wiek męski, który pilnie uczy się z ust tego biegłego żartownisia lekcji niegodziwości i nieczystości, która zgubi jego duszę. Słuchajcie go i chodźcie za nim do wyższego i ogólniejszego towarzystwa. Jakże skończonym jest hipokrytą, gdy wchodzi do własnego domu, odświętnie ubrany, z uśmiechem na twarzy, i z czułymi słowy na cudzołożnych ustach zwraca się do swojej żony, do córki, do przyjaciółek! Jakże skończonym jest hipokrytą! Ach, któż by się domyślił, że zna wszelką tajemnicę niegodziwości i plugastwa aż do najgłębszych jego odmętów! Ach, któż by się domyślił, że ta uśmiechnięta twarz nauczyła się uśmiechu pogardy dla wszystkiego, co trąci cnotą, czystością i Bogiem! Któż by się domyślił, że człowiek, który bierze dziewiczą dłoń młodej dziewczyny w swą własną i prowadzi ją z taką ufnością i taką radością do ołtarza — któż by się domyślił, że dłoń tego człowieka jest już skalana dotknięciem wszystkich ohydnych rzeczy, jakie demon nieczystości mógłby mu podsunąć! Weźcie go w relacjach z przyjaciółmi. Czy jest godnym zaufania przyjacielem? Czy jest człowiekiem, na którym można polegać? Czy nie wciśnie wstydliwej publikacji w ręce swego młodego przyjaciela, by pouczyć go w grzechu? Czy nie będzie podawał z rąk do rąk obscenicznych ksiąg z miłą miną, jakby to była dobra rzecz, choć wie, że trucizna piekielna czai się między ich kartami? Czy jest człowiekiem, na którym można polegać? Czy jest godnym zaufania? Idźcie i zapytajcie jego przyjaciół, czy mu ufają, a odwrócą się i roześmieją się wam w twarz, i powiedzą, że jest „śliski jak węgorz".
Taki jest człowiek epoki — ten nasz sławny bohater — w wymiarze towarzyskim. Postąpmy krok dalej. Weźmy go w relacjach z ojczyzną, z jej prawodawstwem, z jej rządem. Weźmy go w tym, co zwą politycznymi stosunkami życia. Cóż mam o nim powiedzieć? Mogę to ująć w jednym słowie. Pytam was, przyjaciele, w tych naszych czasach: gdyby ktoś zwrócił się do was z prośbą o dobre słowo za nim jak za przyjacielem; gdyby ktoś zapytał was o charakter tego człowieka, a wy powiedzielibyście: „Cóż, jest to uczciwy człowiek; człowiek nienagannego charakteru w interesach; człowiek ustalonej dobrej sławy w społeczeństwie; dobry ojciec, dobry mąż — lecz, wiecie — jest politykiem" — pytam was, czy nie ma w tym przyznaniu czegoś upokarzającego — „on jest politykiem"? Czy to nie prawie tak, jakbyście powiedzieli coś niechlubnego, coś złego? A przecież nie powinno być w tym nic niechlubnego. Przeciwnie, każdy człowiek powinien być politykiem — zwłaszcza w tym wspaniałym nowym kraju, który daje każdemu człowiekowi prawa obywatelskie i mówi mu: „Przyjacielu, nie ustanowię prawa, które by cię wiązało i rządziło tobą, bez twej zgody i przyzwolenia" — ten sam fakt sprawia, że każdy człowiek jest wśród nas politykiem. Lecz jeśli tak, czy nie uznaje zarazem tej wzniosłej cnoty, która leży u podstawy każdego wolnego rządu — która sprawia, że każdy człowiek jest współuczestnikiem jego błogosławieństw, bo wzbogaca je swoją prawością — która sprawia, że polityka jest nie wstydem i hańbą, lecz czymś godnym czci i cenionym jako cel bezinteresownego patriotyzmu? Cóż to takiego? To miłość — lecz nie miłość samolubna — swego kraju; miłość nie szukająca władzy nad jego rządami ani udziału w nich dla własnych korzyści — nie po to, by się wzbogacić — nie po to, by mieć udział w tym lub tamtym — lecz by służyć krajowi dla jego dobra i pozostawić chlubne i nieskalane imię w annałach historii tego kraju. Czy takim jest człowiek epoki? Nie odpowiem na to pytanie. Jestem między wami cudzoziemcem i byłoby z mojej strony wielką zuchwałością wdawać się w rozprawę o polityce amerykańskiej. Lecz to wiem, że jeśli politycy tego kraju są tak źli, lub choćby w połowie tak źli, jak własne ich gazety ich przedstawiają, to żaden człowiek nie ma się czym chwalić, będąc uważany za polityka. Niedawno temu w Francji aresztowano pewnego człowieka, który popełnił kilka przestępstw i chociaż przyznał się do winy w różnych punktach aktu oskarżenia, dodał jako okoliczność łagodzącą: „Lecz dzięki Bogu nie jestem jezuitą." Człowiek ów czytywał francuskie bezbożne gazety i uważał kapłana za coś gorszego od siebie. Zły jakim był, uznał za należne swemu charakterowi oświadczyć, że nie jest jezuitą. „W najgłębszej otchłani jest jeszcze głębsza" — i ten przestępca wyobrażał sobie, że nie dosięgnął jeszcze najgłębszej i najgorszej otchłani zbrodni, dopóki mógł powiedzieć, że nie jest jezuitą. Gdyby człowieka postawiono w tym kraju przed sądem za jakąkolwiek wyobrażalną zbrodnię, mógłby powołać się jako na okoliczność łagodzącą: „To prawda, że to uczyniłem; ale nie jestem politykiem!" Dzięki Bogu jest wiele chlubnych wyjątków. Gdyby nie było wielu chlubnych wyjątków, co by się stało ze społeczeństwem? Samo społeczeństwo stanęłoby w miejscu. Lecz są ludzie uczciwi i niezależni, a żadne moje słowo nie powinno być poczytane za rzucające cień na kogokolwiek lub na jakąkolwiek klasę ludzi. Zaiste, nikogo nie znam — mówię jedynie jako cudzoziemiec przybywający między was, opierając się tylko na relacjach, jakich dostarczają wasze codzienne pisma.
Otóż pytam was, jeżeli człowiek epoki jest taki — (a nie sądzę, abym obraz przesadził; co więcej — jestem przekonany, że w słowach, których użyłem, rozpoznaliście prawdę — może nawet nie całą prawdę — o „człowieku epoki" w jego stosunkach towarzyskich, politycznych i domowych) — pytam was — nie jako katolicki kapłan bynajmniej, lecz jako człowiek — jako człowiek nie całkiem pozbawiony rozumu — jako ktoś przemawiający do swoich bliźnich jako ludzi rozumnych — czy tak może trwać dalej? Czy tak powinno trwać? Czy jesteście gotowi w społeczeństwie przyjąć tego człowieka za prawdziwego człowieka epoki? Czy jesteście gotowi mnożyć go jako wzorcowego człowieka? Czy jesteście gotowi powiedzieć: „Jesteśmy zadowoleni; spełnia nasze wymagania"? Czy też, z drugiej strony, musicie powiedzieć: „To do niczego; jeśli to jest człowiek epoki, to koniec ze społeczeństwem; jeśli to jest człowiek epoki, to do niczego; musimy szukać innego rodzaju — innego gatunku człowieka, z innymi zasadami postępowania, bo inaczej społeczeństwo utknie w martwym punkcie." Do tych dwóch twierdzeń pragnę skierować waszą uwagę. Cofnijcie się o trzysta lat. Gdy Marcin Luter zapoczątkował protestantyzm, jedną z zasad, na których oparł swój błąd, było oddzielenie Kościoła od wszelkiego wpływu na ludzkie sprawy. Protestantyzm powiedział: „Niech naucza religii, ale niech nie wtrąca się w tę czy tamtą kwestię." Kościół Boży, najmilsi bracia, nie tylko posiada i jest pełnym depozytem prawdy, nie tylko ją głosi, nie tylko wylewa swoje sakramentalne łaski — lecz Kościół — Kościół katolicki — wplątuje się w tysiące kwestii dnia dzisiejszego — nie jako je kierujący, nie jako dyktujący lub utożsamiający się z tą czy tamtą polityką, lecz jako po prostu wkraczający, by w każdej dziedzinie życia głosić pewne zasady i normy postępowania. Pozwólcie, że tu zwrócę uwagę na fałszywą zasadę, że poza czterema ścianami swych świątyń nie ma nic wspólnego z codzienną pracą człowieka. Zasada ta była wprowadzana w życie we Francji w latach 1792–1793, gdy nie tylko oddzielono Kościół od wszelkiego uzasadnionego wpływu w społeczeństwie, lecz tymczasowo całkowicie go obalono. I oto ulubione zdanie tej naszej doby brzmi: „Och, niech kapoliccy kapłani głoszą aż do zachrypnięcia; niech strzelają aż zblieleją na twarzy; lecz nie chcemy tu katolickości, tam katolickości, księdza wszędzie! Nie poddamy się temu, jak Irlandczycy, wciąganiu księdza w każdy stosunek towarzyski; zasięgania jego rady we wszystkim; działania pod jego kierunkiem we wszystkim. Nie zgadzamy się być ludem rządzonym przez księży. Nie zgadzamy się, żeby ksiądz był w ogóle przy nas poza jego kościołem. Jeśli tam zostaje, dobrze; niech ci, którzy go potrzebują, idą do niego, lecz poza murami kościoła niech każdy człowiek robi co mu się podoba." Od ostatniego stulecia wszystkie katolickie narody Europy — w istocie cały świat — mniej więcej stosowały tę zasadę. Zobaczmy, jakie są owoce tego wszystkiego. Czy świat, społeczeństwo, rządy, prawodawstwa, na tym zyskały? Kościołowi mówią: „Stój z boku; nie śmiej wchodzić do Senatu ani Parlamentu. Będziemy stanowić prawa bez ciebie. Nie każ mi o Bogu; dam sobie radę bez ciebie." Świat próbował swoich sił i wydał owego pięknego człowieka, którego wam opisałem — człowieka epoki — człowieka wykształconego — dżentelmena — człowieka w rękawiczkach koźlęcych — człowieka tak starannie ubranego — człowieka z klejnotową zegarową dewizką ze złotą łańcuszkiem — człowieka z pełnymi lakiem włosami i starannie przystrzyżonymi wąsami. Nie ufajcie jego słowu — jest kłamcą! Nie ufajcie mu. O ojcowie rodzin, dzieci, nie miejcie z nim nic do czynienia! To zły człowiek. Trzymajcie się od niego z dala. Zamknijcie przed nim drzwi waszych gmachów rządowych — waszej Izby Reprezentantów. To jest człowiek, którego Kościół nie uznaje za swoje dzieło; którego świat i społeczeństwo mają się obawiać. Jeśli to jest najlepsze, co świat stworzył, to z pewnością powinien być dumny ze swojego potomstwa! Społeczeństwo żyje i może żyć tylko dzięki czystości, która przenika i uświęca krąg domowy; dzięki prawdomówności i prawości, które strzegą wszelkich stosunków społecznych i je uświęcają; i dzięki czystej i bezinteresownej miłości ojczyzny, na której jedynej oparty jest prawdziwy patriotyzm. Ustąp, człowieku epoki! Nie jesteś zdatny do tych rzeczy. Ustąp. O pozorze! O podróbko człowieka, ustąp! Nie jesteś godzien zaśmiecać tej ziemi. Gdzież jest prawdomówność twego rozumu, ty szyderco ze wszelkiej religii? Gdzież czystość twego serca, ty niewiemny mężu? Gdzież uczciwość twego życia, ty złodziejski polityku? Ustąp! Jeśli nic lepszego od ciebie nie mamy, musimy iść ku zagładzie. Wystąp naprzód, chrześcijaninie, i zobaczmy, co z ciebie uczynić można! Czy masz zasady, chrześcijaninie? Występuje naprzód i mówi: „Moja pierwsza zasada jest taka: że Bóg Wszechmogący uczynił mnie odpowiedzialnym za każdą dobrowolną myśl, słowo i czyn mojego życia. Wierzę w tę odpowiedzialność przed Bogiem. Wierzę, że te myśli, słowa i czyny będą moją szczęśliwością lub potępieniem na wieki." Oto pierwsze zasady chrześcijanina. Dajcie mi człowieka, który wiąże wieczność ze swoimi myślami, słowami i czynami dnia dzisiejszego. Zaręczam, że będzie bardzo ostrożny w myśleniu, w mowie i w działaniu. Będę ufał temu człowiekowi, bo nie miłuje uczciwości dla dobra człowieka, lecz z miłości do własnej duszy; nie z miłości do świata, lecz z miłości do Boga. Wystąp naprzód, chrześcijaninie, i powiedz nam, jakie są twe zasady w stosunkach domowych, które jako ojciec i mąż na siebie przyjąłeś. Występuje naprzód i mówi: „Wierzę, i wierzę w to pod rygorem swego wiecznego zbawienia, że muszę być równie wierny w myśli i w czynie kobiecie, którą uczyniłem swą żoną, jak wy, kapłanie, jesteście wierny ołtarzowi Jezusa Chrystusa. Wierzę, że dopóki Anioł Śmierci nie stanie między mną a tą kobietą, ona jest królową mego serca, matką i panią w moim domu; i że żadna moc, prócz ręki Bożej, nie może nas rozłączyć ani zerwać węzła, który nas łączy." Brawo, wierny chrześcijaninie! Brawo! Opowiedz nam o swych stosunkach z dziećmi. Chrześcijanin odpowiada i mówi: „Wierzę i wiem, że jeśli jedno z tych dzieci powstanie na sądzie przeciwko mnie i wykrzyczy moje zaniedbanie, złe wychowanie i zły przykład, to samo wystarczy, by mnie przytłoczyć i wtrącić na wieki do piekła." Brawo, chrześcijański ojcze! Tyś jest do tej pory człowiekiem epoki. Przy tobie ognisko domowe i krąg rodzinny pozostaną święte. Gdy twój cień, po dziennym trudzie, pada przez próg twego skromnego domostwa, jest to cień człowieka miłującego w swej duszy Boga wszelkiej wierności i wszelkiej świętości. Jakie są twe stosunki z przyjaciółmi, chrześcijaninie? Odpowiada: „Kocham mego przyjaciela w Jezusie Chrystusie. Wierzę, że gdy mówię o swym przyjacielu lub o bliźnim, każde słowo, które wypowiem, wychodzi ku wieczności, tam by być zapisane dla mnie lub przeciwko mnie jako prawdziwe lub fałszywe. Wierzę, że gdy przyjaciel lub sąsiad i bliźni mój jest w niedostatku lub w nieszczęściu i wysyła wołanie o pociechę lub pomoc, jestem zobowiązany pocieszyć go lub mu ulżyć, jak gdybym widział samego Pana mego leżącego bezradnie przed sobą." „Kto jest twoim wrogiem, człowieku wiary?" Odpowiada: „Wrogów nie mam." „Czy nie uważasz za wroga tego, kto ci krzywdę wyrządza?" „Nie; widzę go w moim własnym grzechu i w krwawiących rękach i otwartym boku Jezusa Chrystusa, mojego Boga; a cokolwiek widzę tam, muszę kochać pomimo wszelkiej niesprawiedliwości." „Jakie są twoje stosunki polityczne?" Odpowiada i mówi: „Jeśli ktoś mówi o innym, że tuczył się na korupcji, nikt nie może tego powiedzieć o mnie. Wkroczyłem na arenę służby mojemu krajowi i wyszedłem z niej z nieskalaną dłonią. Cokolwiek czyniłem, czyniłem z miłości do mojego kraju, bo mój kraj ma do mnie roszczenia najpotężniejsze i najwyższe po roszczeniach Boga."
Serce i rozum — oto co w nim jest. O, jak wzniosły jest charakter zbudowany w ten sposób na wierze i miłości! O, jak wspaniały jest ten człowiek, tak wierny w domu, tak prawdomówny na zewnątrz, tak nienaganny w senacie i na forum! Gdzie go znaleźć? Odpowiadam: jedynie Kościół katolicki może go wydać. To zuchwałe twierdzenie. Nie przeczę, że może istnieć poza Kościołem katolickim; lecz jeśli istnieje, jest wyjątkiem; a wyjątek potwierdza regułę. Nie zaprzeczam wiele z tego, co powiedziałem, jeśli nie wszystkiego, owemu chwalubnemu imieniu, które na zawsze żyć będzie jako wzór patriotyzmu, honoru, cnoty i prawdy — temu wielkiemu, majestatycznemu, nieśmiertelnemu imieniu Jerzego Waszyngtona, ojca swego kraju! Lecz podobnie jak człowiek może znaleźć rzadki i piękny kwiat nawet na polu lub przy drodze, i zdumiewa się i powiada: „Jak tu trafił? Jak tu wyrósł?" — gdy wchodzi do ogrodu, do uprawionego miejsca, znajduje go tam jako rzecz oczywistą, bo gleba była dlań przygotowana i zasiane ziarno. Nie ma niespodzianki ani zdumienia, gdy się znajdzie człowieka, o którym mówię — chrześcijanina — w Kościele katolickim. Jeśli chcecie go znaleźć jako rzecz oczywistą — jeśli chcecie znaleźć czynniki, które go kształtują — jeśli chcecie znaleźć glebę, w której musi rosnąć, jeśli w ogóle rośnie — musicie bez wątpienia szukać w Kościele katolickim. Nigdzie poza Kościołem katolickim węzeł małżeński nie jest nierozerwalny. W Kościele katolickim nawet największy łotr, najbardziej zdeprawowany człowiek, jaki kiedykolwiek żył, najniewierniejsza kobieta, jaka kiedykolwiek przeklinała świat — jeśli są niewierni we wszystkim — muszą pozostać złączeni nierozerwalnymi węzłami, których Kościół nie pozwoli nikomu zerwać. Po drugie, jedyną rękojmią za wszystko, o czym mówiłem jako wzbogacającym człowieka w jego stosunkach towarzyskich i politycznych, jest sumienie. Jeśli człowiek nie ma sumienia, nie może posiadać prawdy; traci zdolność rozróżniania prawdy od fałszu. Jeśli człowiek nie ma sumienia, traci wszelką wiedzę i wszelkie poczucie grzechu. Jeśli człowiek nie ma sumienia, traci stopniowo nawet tę czysto abstrakcyjną wiarę, że jest w nim jakieś dobro. Sumienie jest najcenniejszym darem Bożym; lecz, jak każda inna władza w duszy człowieka — jeśli nie jest ćwiczone, zamiera. Sumienie człowieka musi stać się żywym trybunałem w jego wnętrzu, a on sam musi stawać przed tym trybunałem z własną duszą i własnym życiem. Człowiek może klękać, może modlić się do Boga, może słuchać głosu kaznodziei z uwagą i powagą; lecz jedynie w Kościele katolickim jest jeden sakrament — i to sakrament najczęstszy i najkonieczniejszy po chrzcie — a jest nim sakrament pokuty; przystąpienie do spowiedzi — obowiązek nałożony pod karą grzechu śmiertelnego i istotnie niezbędny każdemu katolikowi w określonych czasach; obowiązek, od którego żaden katolik nie może się uchylić bez okrycia się grzechem. Jest to zarazem rękojmia istnienia sumienia w człowieku i hamująca moc, która jest prawdziwą i kluczową próbą życia człowieka. Katolik może grzeszyć, jak inni ludzie; może być fałszywy w każdym stosunku życia; może być fałszywy w kręgu domowym; może być fałszywy towarzysko; może być fałszywy politycznie; lecz jednego możecie być pewni — albo nie przystępuje do spowiedzi wcale, albo jeśli idzie do spowiedzi i przystępuje do świętego ołtarza — to koniec z jego fałszem, koniec z jego grzechem; i cały świat wokół niego, w kręgu towarzyskim, domowym, politycznym, otrzymuje absolutną rękojmię, absolutny dowód, że człowiek ten musi być wszystkim, co opisałem jako cechy chrześcijanina — człowiekiem, któremu każdy, w każdym stosunku życia, może ufać i na nim polegać. Oto sprawdzian. Nie mówcie mi o katolikach, którzy nie dają nam tego sprawdzianu. Gdy katolik nie przystępuje do sakramentów, nie ufałbym mu bardziej niż jakiemukolwiek innemu człowiekowi. Mówię wam, nie mówcie mi o katolikach, którzy nie przystępują do sakramentów. Nie mam im nic do powiedzenia, jeno modlić się za nich, głosić im kazania i zaklinać ich, by przyszli do tego świętego sakramentu, gdzie znajdą łaskę pozwalającą im żyć według zasad, które porzucili. Lecz dajcie mi praktykującego katolika, człowieka rozumnego! Dajcie mi człowieka wiary. Dajcie mi człowieka ludzkiej potęgi i rozumu, i wyższej mocy, boskiej zasady i boskiej miłości! Z tym człowiekiem, jak z dźwignią Archimedesa, poruszę świat.
Pozwólcie, że na zakończenie powiem wam o takim człowieku. Pozwólcie, że mówię wam o kimś, czyja postać, gdy ujrzałem ją we wczesnej młodości, wyrasta teraz przed moim wzrokiem; tak wypełnia w wyobraźni hale mojej pamięci, że widzę go teraz tak, jak widziałem go przed laty — majestatyczny w postawie, oko błyszczące intelektualną mocą, potężna dłoń uniesiona, wymachująca, drżąca ze szlachetnego oburzenia, głos grzmiący jak głos boga w nawałnicy — przeciwko wszelkiej niesprawiedliwości i wszelkiej hańbie. Mówię o największym synu Irlandii, o nieśmiertelnym Danielu O'Connellu. Przyszedł. Znalazł naród najbardziej wierny, najszlachetniejszy na obliczu ziemi; znalazł lud nie ubogi w żadne ludzkie zdolności umysłowe ani ludzką odwagę; czysty w swych stosunkach domowych, niezawodny wobec siebie nawzajem i prawdomówny — a nade wszystko lud, który przez stulecia i stulecia żył, i umierał, i cierpiał, by utrzymać Wiarę i Krzyż. Przyszedł i zastał ów lud po powstaniu dziewięćdziesiątego ósmego roku — powalony w krwią zbroczonego prochu i zakuty w kajdany. Głos Irlandii milczał. Serce narodu było złamane. Wszelkie prawa, obywatelskie i inne, zostały mu odjęte. Nakazano mu, jako jedyną warunki tolerowania jego istnienia, leżeć w zakrwawionych kajdanach niewoli i być wdzięcznym ręce, która oszczędziła mu tylko życie. Przyniósł temu powalcemu ludowi chrześcijańskiego ducha i chrześcijańską duszę. Przyniósł swą potężną wiarę w Boga i w Boży Kościół. Przyniósł swą wielką ludzką wiarę w moc sprawiedliwości i w wszechmoc prawa. Rozbudził lud z letargu. Rozesłał przez kraj wołanie o sprawiedliwość i udowodnił swą szczerość wobec Irlandii i jej sprawy, wyrzekając się dochodów sześćdziesięciu tysięcy funtów rocznie, by wejść w jej służbę. Sam ukazał ludowi prawdziwe źródło ich siły. Grzmiąc dziś w obronie sprawiedliwości w salach angielskiego parlamentu, nazajutrz rano widywano go w konfesjonale i klęczącego przy ołtarzu, by przyjąć swego Boga — opierając się jedną ręką na wiecznej sprawie Bożej sprawiedliwości, drugą zaś na Panu Jezusie Chrystusie. Podtrzymywany przez te i przez moc własnego geniuszu, wycisnął swe piętno na swojej epoce; wycisnął swe piętno na swym kraju! Był on prawdziwie „człowiekiem swej doby!" — chrześcijaninem, przed którym świat był pełen czci — wiernym jako mąż i ojciec; wiernym jako przyjaciel; rozkoszą wszystkich, którzy go znali! Wiernym w swych bezinteresownych pracach! Z honorowym, uczciwym duchem poświęcenia się sprawie swego kraju! Podniósł tę powaloną postać; zerwał kajdany z tych dziewiczych ramion i złożył na jej głowie koronę wolnego kultu i wolnej nauki. Uczynił Irlandię w wielkim stopniu tym, czym zawsze modlił się i pragnął, by była — „Królową Wysp Zachodnich i najcenniejszym klejnotem, jaki Atlantyk niesie na powierzchni swych zielonych wód." O gdyby kilku więcej jak on! O, żeby nasz ród wydał kilku więcej jak on! Nasz O'Connell był irlandzki z Irlandczyków i katolicki z katolików. My jesteśmy Irlandczykami i jesteśmy katolikami. Czemu nie mamy więcej mężów takich jak on? Czy brakuje nam hartu? Czy brakuje nam rozumu? Czy brakuje nam zdolności do wspólnego wyrazu w interesach społeczeństwa? Nie! Lecz pobożny Irlandczyk naszej doby nie chce być wykształcony, a wykształcony Irlandczyk doby dzisiejszej nie chce być pobożny. A tymczasem jedno z drugim idzie w parze. Połączcie najwyższe wykształcenie z najgłębszą i najczulszą praktyczną miłością Boga i waszej religii — a widzę przed sobą, na wielu młodych twarzach, na które patrzę, znamię naszego irlandzkiego geniuszu; widzę przed sobą wielu, którzy mogą być ojcami i prawodawcami Republiki, przywódcami naszego rodu i bohaterami naszej wspólnej ojczyzny i naszej wspólnej religii.