*Mowa wygłoszona przed Konwencją Nowojorsko-Nowojerskiegio Katolickiego Związku Całkowitej Wstrzemięźliwości, w kościele św. Jana w Paterson, w czwartek 25 kwietnia 1872 r.*
Moi Przyjaciele: niejednokrotnie miałem już zaszczyt przemawiać do zgromadzeń współwyznawców i rodaków od czasu mego przybycia do Stanów Zjednoczonych. Mówiłem im o różnych sprawach — wszystkich ważnych — nigdy jednak nie powierzono mi sprawy ważniejszej niż chrześcijańska i katolicka cnota wstrzemięźliwości. Nie mogę zapomnieć, że większość z was, jeśli nie wszyscy, należy do mego własnego szczepu i mojej własnej krwi. Jest to szczep, którego nikt z nas nie musi się wstydzić. Może naszą najjaśniejszą chwałą, zaraz po chwale naszej wiary katolickiej, jest ta kropla irlandzkiej krwi, która płynie w naszych żyłach. I nieraz zadawałem sobie pytanie: co to jest, co potępia ten szczep — szczep, który Bóg obdarzył tak wielkim rozumem i geniuszem, na który wylał tak wiele ze swych najwyższych i najświętszych darów, uwieńczając wszystko owym darem narodowej wiary, ową wspaniałą wytrwałością, która wbrew wszystkim mocom ziemi i piekła trwała przy żywym Chrystusie i Jego Kościele — co skazuje ten szczep na to, że w tylu krajach jest sługą sług, rąbaczem drzewa i czerpaczem wody? *Quae regio in terris nostri non plena laboris?* — Gdzież jest naród, gdzie jest kraj na obliczu ziemi, który nie był świadkiem naszego wygnania i naszych łez? Jak to się dzieje, że gdy ten czy ów człowiek wybija się na czoło i dostatki, my tak często — choć Bogu dzięki, nie zawsze — stwierdzamy, że Irlandczyk, jakimś fatalnym zrządzeniem losu, skazany jest na ubóstwo i walkę o każdy kawałek chleba? Może być ku temu wiele przyczyn. Może to nasza szczodrobliwość — przyznam, że jest to wielce ważna przyczyna. Może też coś w rodzaju — jeśli wolno mi użyć takiego wyrażenia w tym przybytku — pewnej beztroski i lekkomyślności, ducha: „przyjdzie dzień, minie dzień — niech Bóg da niedzielę", który nie bierze sobie zbytnio do serca gromadzenia dolarów na tym świecie. Lecz pośród przyczyn naszego poniżenia jest na pewno jedna, i tą jest zgubny nałóg niepowściągliwości. Zaznaczam jednak, moi przyjaciele, że nie twierdzę, jakobyśmy pili więcej niż nasi sąsiedzi. Mieszkałem wśród Anglików i Szkotów i wierzę, że jako szczep — jako naród — Szkoci piją więcej niż Irlandczycy. Wielekroć patrzyłem, jak Szkot przy tym siedzi, a mógłby trzech Irlandczyków upić do nieprzytomności. Ale jakoś tak jest, że ludzie innych narodów mają zwyczaj trzymać się piwa lub porteru, co gdzieś tam wpada do żołądka i wywołuje nudności; tymczasem Irlandczyk sięga od razu po bimber albo whiskey, a to wchodzi mu do głowy i odbiera zmysły.
Otóż, moi przyjaciele, chcę przemówić do was jako do wspaniałej i wielce czcigodnej rzeszy katolików — w większości Irlandczyków — zjednoczonych jak jeden mąż w jednym celu; a tym celem jest obrona honoru naszego człowieczeństwa, naszej religii i naszej narodowości przez wzgląd na chwalebną cnotę panowania nad sobą, czyli wstrzemięźliwości. Winszuję wam jako stowarzyszeniu, jako ogniwom szeroko rozpostartego związku czy towarzystwa, bo w naszych czasach wszystko dokonuje się przez zrzeszanie. W każdej dziedzinie, na każdym kroku życia handlowego i społecznego mamy to, co w tym kraju zwą „kółkami" — kołami, związkami, towarzystwami. Zakładasz kolej — musisz mieć „kółko". Otwierasz kanał — prowadzisz go przez „kółko". Rzucasz myśl polityczną — dajesz ją do wiadomości ludu przez „kółko". Wybierasz kogoś na urząd publiczny — trzeba to zrobić przez „kółko". Świat, w którym żyjemy, to dziś świat stowarzyszeń i — niestety — większość tych stowarzyszeń jest w rękach diabła. Bóg musi mieć swoje; Kościół musi mieć swoje; a ludzie muszą się ratować w naszej dobie tak samo, jak wielu się gubi — przez zrzeszenie. Dlatego też konieczne jest, dla utwierdzenia się w dobrych postanowieniach i rozszerzania wokół siebie światła dobrego przykładu, aby w towarzystwie takim jak to człowiek oddziaływał na bliźniego przez wspólnotę. Jeśli więc chcecie wiedzieć, ku jakiemu chwalebnemu celowi jesteście zrzeszeni w tym wielkim ruchu wstrzemięźliwości, jeśli chcecie poznać wspaniałe zadanie, które macie przed sobą, wystarczy, że wraz ze mną zastanowicie się nad skutkami i naturą niepowściągliwości, przeciw której wypowiedzieliście wojnę. Pozwólcie, że odmaluję wam, jak najlepiej potrafię, czym jest niepowściągliwość — czym jest pijaństwo; a wtedy położę trwały fundament pod apel, który do was kieruję: nie tylko abyście osobiście wytrwali w tej chwalebnej sprawie wstrzemięźliwości, lecz abyście każdy z was, niczym głosiciel tej świętej Ewangelii, starał się pozyskać jak najwięcej spośród przyjaciół i znajomych, i tych, na których macie wpływ, aby stali się członkami tego jakże zbawiennego i czcigodnego związku. Nikt nie jest w stanie cenić cnoty, dopóki nie pozna głębokiego upodlenia, do jakiego prowadzi jej przeciwne zło.
Otóż człowiek pozostaje w trojakim stosunku: do Boga, który go stworzył i odkupił na Krzyżu; do bliźniego; i do samego siebie — stosunku świętego i nieodłącznego. Rozważcie, jak nałóg niepowściągliwości oddziałuje na ten potrójny stosunek człowieka. Przede wszystkim, moi przyjaciele, czym jest nasz stosunek do Boga? Odpowiadam: jeśli patrzyć na Boga Wszechmogącego jako na naszego Stworzyciela, jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo; jeśli patrzeć na Niego jako na naszego Odkupiciela, jesteśmy Jego braćmi w ludzkiej naturze, którą przyoblekł dla naszego zbawienia. Rozważcie wasz stosunek do Boga jako Stworzyciela. Tworząc wszystkie inne stworzenia na ziemi, Bóg Wszechmogący rzekł po prostu: *„Fiat"* — Niech się stanie — i rzecz zaistniała. „Niech się stanie światłość" — rzekł Bóg Wszechmogący, tchnąc ponad ciemnością; i natychmiast, w mgnieniu oka, chwalebne słońce rozlało swoje światło; księżyc podjął swój blask, który miał zachowywać przez wszystkie wieki; i każda gwiazda ukazała się, jak błyszczące klejnoty zawieszone na nowo stworzonym sklepieniu niebieskim. Bóg rzekł: „Niech się stanie życie", i natychmiast morze zaroiło się życiem; ptak wzbił żywe skrzydła i rozciął powietrze; ziemia zaroiła się od tych ukrytych zasad życia, które tryskają wiosną i okrywają wzgórza i doliny zielonością, pieszczącą ludzkie oko. Lecz gdy przyszło do stworzenia człowieka, Bóg Wszechmogący nie powiedział już: „Niech będzie"; lecz rzekł — jakby radząc sam z sobą — „Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo Nasze". A potem „na Swój własny obraz go stworzył, ulepiwszy ciało jego z mułu ziemi" — ciało, które jest niczym; i tchnąwszy z Swych boskich ust tchnienie życia, które w duszy człowieka nosi obraz Boży, będąc zdolne do poznania, do miłości, w tej wspaniałej wolności woli, z którą Bóg stworzył człowieka. Oto obraz Boży odbity w człowieku. Bóg jest poznaniem; Bóg jest miłością — najczystszą, najwyższą, najświętszą i najłaskawszą miłością — miłością wieczną i nieskończoną. Bóg jest wolnością. Człowiek posiada władzę poznania w swym rozumie; władzę najwyższej i najczystszej miłości w swym sercu, w swych uczuciach; wolność w działaniu. W tych trzech własnościach jesteśmy obrazem Bożym.
Otóż, moi przyjaciele, godne uwagi jest to, że diabeł może kusić człowieka na tysiąc sposobów. Może go skłonić do przekroczenia prawa Bożego na tysiąc sposobów; lecz nie może mu odebrać Bożego obrazu, który prawo Boże wycisnęło na nim w rozumie, miłości i wolności. Demon pychy może nas napaść; lecz człowiek najdumniejszy zachowuje owe trzy wielkie zdolności, w których tkwi jego człowieczeństwo; bo człowiek jest obrazem Bożym. Obraz Boży jest w nim: rozum, miłość i wolność są kwintesencją jego wspaniałej natury ludzkiej, którą diabeł musi szanować. Tak jak niegdyś Pan dał diabłu moc uderzenia swego sługi Hioba, dręczenia go, pokrycia go wrzodami, zniszczenia jego domu i jego dzieci, lecz nakazał mu szanować jego życie — nie tykać jego życia — tak zdaje się Bóg Wszechmogący mówić samym demonom piekła: „Możecie wieść człowieka przez pokusy do jakichkolwiek grzechów; ale musicie szanować jego człowieczeństwo; musi pozostać człowiekiem". Dla wszystkich — z jednym wyjątkiem! Jest jeden demon jedyny — jeden straszliwy demon jedyny, który zdolny jest nie tylko obrabować nas z tej Bożej łaski, przez którą jesteśmy dziećmi Bożymi, lecz pozbawić nas wszelkiej istotnej cechy człowieczeństwa, odbierając nam rozum, którym poznajemy, uczucie, którym kochamy, i wolność, przez którą działamy jak istoty ludzkie, jakimi jesteśmy. Kimże jest ten demon? Kto jest wrogiem nie tylko Boga, lecz samej natury ludzkiej? Kto jest owym potężnym, który jeden posiada tę właściwość, ten piekielny przywilej: nie tylko ograbić duszę z łaski, lecz odebrać całej istocie — od chwili gdy nad nią zapanuje — wszelki ślad i wszelką rysę człowieczeństwa? Jest nim straszliwy Demon Niepowściągliwości. On jedyny może podnieść swe zwyrodniałe czoło i znieważyć Boga Wszechmogącego nie tylko jako dawcę łaski, lecz jako samego Twórcę natury. Każdy inny demon, który wiedzie człowieka do grzechu, może się chlubić ruiną duszy; może drwić i znieważać Boga Wszechmogącego przez chwilę i pastwić się w swoim triumfie; znieważać Go jako dawcę łaski, którą dusza utraciła. Demon pijaństwa jedyny może rzec do Boga Wszechmogącego: „Tyś jedynie, o Panie, źródłem — początkiem — Stwórcą natury i łaski. Cóż tu zostało z łaski? Wyzywam ciebie, wyzywam cały świat, by wskazał choćby ślad człowieczeństwa!" Oto pijak. Oto obraz Boży, jaki wychodzi z szynku, gdzie służył najlichszemu, najpodlejszemu i najbardziej poniżającemu zmysłowi — zmysłowi smaku. Złożył on swą duszę na ołtarzu najbardziej marnego ze wszystkich diabłów — diabła obżarstwa. Na tym ołtarzu zostawił swój rozum, swoje uczucia i swą wolność. Oto on, gdy zataczając się, ogłupiały i spodlony, wychodzi z tej gospody! Gdzież jego człowieczeństwo? Gdzie obraz Boży? Nie jest zdolny powziąć myśli. Nie jest zdolny wyrazić żadnej idei swym bełkoczącym językiem, który sączy słabo, jak dziecko, jakieś nieudolne, potworliwe bluźnierstwo pod adresem nieba! Gdzież jego uczucia? Nie jest zdolny do miłości; żadne szlachetne uczucie nie zdoła przez niego przejść; żadna wysoka i święta miłość nie poruszy tego poniżonego, przepełnionego serca. Jedyne, co może do niego dotrzeć, to straszliwy demon nieczystości, który budzi w nim najordynarniejsze i najgrubsze pożądliwości zwierzęcej żądzy. Wreszcie, gdzie jego wolność? Dlaczego, nie jest on zdolny chodzić, nie jest zdolny stać, nie jest zdolny kierować samym sobą! Gdyby podeszło dziecko i go trąciło, wywróciłoby go na ziemię. Nie ma już wolności — nie ma woli. Jeśli więc obraz Pana w człowieku jest rozumem — w sercu i woli — powiadam: ten człowiek nie jest człowiekiem. Jest on żywą hańbą dla naszego człowieczeństwa. Jest głębszym i bardziej gorzkim poniżeniem dla nas nawet niż absurdalna teoria Darwina, angielskiego filozofa, który powiada, że pochodzimy od małp. Wolałbym uważać małpę za swego przodka, niż oglądać go leżącego w rynsztoku — pijanego. Coś podobnego widziałem. Widziałem człowieka na ulicy, leżącego tam pijanego — bydlęco pijanego; i widziałem, jak podchodziły doń psy — wąchały go — merdały ogonami i odchodziły. One mogły chodzić, a on nie mógł.
I to jest obraz Boży? O, Ojcze niebieski! Niech mi Bóg broni bluźnić Tobie, mówiąc, że takie bydlę jest Twoim obrazem! Nie; nie jest już on obrazem Bożym, bo utracił swój rozum. Cóż mówi Duch Święty: „Człowiek, gdy był w chwale, nie rozumiał; przyrównany jest do bydląt nierozsądnych i stał się podobny im" — nie jest już obrazem Bożym, bo rozum jego zaginął — jest jedynie bydlęciem.
A jeśli taką zniewagą zdolny jest ten demon niepowściągliwości obrażać Boga Stworzyciela, cóż powiemy o zniewadze wyrządzonej Bogu jako Odkupicielowi? Nie zadowoliwszy się tym, że jest naszym Stworzycielem, naszym najwyższym Panem i Władcą — że obdarzył nas najwyższym zaszczytem bycia w pewnej mierze podobnymi do Niego — Bóg Wszechmogący w wielkości swojej miłości zstąpił z nieba i stał się człowiekiem; za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Stał się naszym bratem, naszym towarzyszem w ludzkiej naturze. Wziął na siebie naszą ludzkość w całej jej pełni, prócz osoby ludzkiej. Przyjął ludzką duszę, ludzkie ciało, ludzkie serce, ludzkie uczucia, ludzkie więzy — bo był prawdziwie Synem swojej Matki Dziewicy. I tak stał się, jak mówi święty Paweł, „pierworodnym pośród wielu braci". Ten, który wczoraj był jedynie robakiem, zwykłym stworzeniem Bożym, zwykłym sługą Bożym i niczym więcej — dziś, w świętym człowieczeństwie naszego Pana, wchodzi w braterstwo z Chrystusem, Synem Boga Wiecznego. Jako taki może On uczestniczyć w naszych smutkach i radościach; możemy dawać Mu ludzki ból i ludzką radość. Jeśli jesteśmy tym wszystkim, czym prawdziwi mężowie być powinni — czym powinni być mężowie chrześcijańscy — chwała i sława przypada Chrystusowi, twórcy i dokonawcy naszej wiary, który w swym świętym człowieczeństwie kupił dla nas łaskę kosztem swej najdroższej krwi. Jeśli natomiast poniżamy siebie, strącamy siebie, kładziemy się do nóg demonom i pozwalamy im po nas deptać — wówczas, moi drodzy przyjaciele, hańba spada nie tylko na nas, lecz przez nas na naturę i człowieczeństwo, które Chrystus nasz Pan nosi, zasiadając po prawicy Ojca swego. Nasza hańba spada na Niego, bo był człowiekiem; i tak nasza chwała, nasza świętość, odbija się od Niego, bo jedynie z Jego najświętszego człowieczeństwa do nas spłynąć może. Dlatego dodaję, że grzech pijaństwa ma szczególną i swoistą potworność w człowieku chrześcijańskim; bo czym my jesteśmy, tym Chrystus, Syn Boży, się stał. Jesteśmy ludźmi; On stał się człowiekiem. Jeśli poniżamy siebie do poziomu bydląt polnych, a nawet poniżej nich, wówczas poniżamy i strącamy to święte człowieczeństwo, które Chrystus wziął na siebie w swoim Wcieleniu. Syn Boży tak je szanował — tak szanował ludzką naturę — że zabrał ją z sobą do nieba i posadził po prawicy Bożej. Pijak tak mało szanuje tę samą naturę, że wlecze ją w dół i kładzie ją poniżej samych bydląt polnych. Dlatego właśnie ten grzech wyrządza, ponad inne, szczególną i swoistą zniewagę naszemu Panu i Odkupicielowi. Co więcej: Syn Boży stał się człowiekiem, aby zstąpić z nieba z miłosierdziem i łaską, które były potrzebne do naszego zbawienia. Miłosierdzie Boże, moi przyjaciele, jest Jego najwyższym przymiotem, przewyższającym wszystkie Jego dzieła. Największą rozkoszą Boga jest okazywanie tego miłosierdzia. „Jest Mu ono przyrodzone" — mówi wielki święty Tomasz z Akwinu — i dlatego jest pierwszym z Jego dzieł, bo jest pierwszym natchnieniem natury Bożej. Miłosierdzie Boże skłoniło Go do stania się człowiekiem. Otóż największą krzywdą, jaką człowiek może wyrządzić Chrystusowi naszemu Odkupicielowi, jest skrępowanie Mu rąk i zmuszenie Go do odmowy okazania miłosierdzia. To jest największa krzywda, jaką możemy wyrządzić Bogu: powiedzieć Bogu Wszechmogącemu, że nie wolno Mu — ba, że nie może — być miłosiernym. Jest tylko jeden grzech i jeden grzesznik jedyny, który tego dokonać potrafi. Owym jednym grzechem jest pijaństwo; owym jedynym grzesznikiem jest pijak — jedyny człowiek, który posiada wszechmoc grzechu, piekielną moc skrępowania rąk Bożych i zmuszenia Boga do odmowy miłosierdzia. Nie muszę wam tego dowodzić. Sami to wiecie. Jakikolwiek grzech popełnia człowiek — jeśli w samym akcie jego popełniania Bóg Wszechmogący go porazi — jeden moment wystarczy, by wzbudzić akt żalu, uronić jedną łzę bólu i zbawić duszę. Morderca, nawet gdy kona z rękami zarumienionymi krwią ofiary, może jednym okrzykiem błagać o miłosierdzie i w tym okrzyku być zbawiony. Zbójca, powalony w samym środku swych niegodziwości, może wołać o miłosierdzie dla swej duszy. Człowiek nieczysty, nawet gdy tonie w swej nieczystości, jeśli poczuje zimną rękę śmierci i zawoła: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!" — może być w tym okrzyku zbawiony. Pijak jedyny — jeden spośród wszystkich grzeszników — leży tam umierając w swoim pijaństwie. Gdyby wszyscy kapłani i wszyscy biskupi Kościoła Bożego się tam zebrali, nie mogliby dać temu człowiekowi odpuszczenia ani rozgrzeszenia z jego grzechów, bo jest on tego niezdolny — bo nie jest człowiekiem! Sakramenty są dla ludzi — choćby i bardzo grzesznych — byle byli ludźmi. Równie dobrze można by rozgrzeszyć czworonożne bydlę, co podnieść kapłańską dłoń, bracia moi, nad pijakiem! Pamiętam, że kiedyś wezwano mnie do umierającego. Umierał na majaczenie alkoholowe i był pijany. Wszedłem. Majaczył o piekle, diabłach i płomieniach; żadnego Boga! żadnego miłosierdzia! Stałem tam. Żona była tam, łamiąc sobie serce. Dzieci stały tam i płakały. Rzekłem: „Dlaczego posłaliście po mnie dla tego człowieka? Co mogę dla niego uczynić? Jest pijany! Umiera; ale jest pijany! Gdyby tu był sam Papież Rzymski, cóż by mógł dla niego uczynić, dopóki nie wytrzeźwieje?" Jedyny grzech, który wyklucza człowieka poza zasięg Bożego miłosierdzia! Jakkolwiek długie jest ramię Boże, nie jest dość długie, by dosięgnąć miłosierną dłonią grzesznika będącego w stanie pijaństwa. I to jest największa krzywda, powtarzam, jaką człowiek może wyrządzić Bogu — powiedzieć Mu: „Panie, możesz być sprawiedliwy. Wiem, że nie chcesz stosować swojej sprawiedliwości; ale możesz. Możesz być wszechmocny; możesz posiadać wszelki przymiot. Jest jednak jeden, którego nie wolno Ci mieć ani stosować względem mnie. Pozbawiłem Cię go. A jest nim ten przymiot, który kochasz najbardziej ze wszystkich — przymiot miłosierdzia." Tak więc Ojciec niebieski widzi — Chrystus widzi — w pijakach swoich najgorszych i najbardziej straszliwych wrogów. Jeśli więc mówię wam, jako mężom chrześcijańskim i katolickim: jeśli miłujecie Boga, który was stworzył — jeśli miłujecie Boga, który was odkupił — jeśli szanujecie święty obraz Boży, który jest w was — i jeśli szanujecie miłosierdzie Boże, które jedynie was zbawić może — o, moi przyjaciele, proszę was o to wszystko nie po to, byście byli ludźmi trzeźwymi — (bo Bogu dzięki, już nimi jesteście) — lecz abyście byli gorliwi, przepełnieni żarliwością, by każdego człowieka, a zwłaszcza każdego katolika, uczynić trzeźwym i wstrzemięźliwym jak wy, wszelkim wpływem i wszelką mocą, jaką możecie na niego wywierać. Mówię, że w tej sprawie każdy katolik powinien być jak kapłan. Gdy idzie o spowiedź czy komunię — gdy idzie o jakąkolwiek inną cnotę chrześcijańską — do nas kapłanów należy ją głosić; do nas należy wpajać ją wam; lecz gdy idzie o cnotę konieczną dla naszego wspólnego człowieczeństwa; gdy idzie o odrzucenie grzechu, który odbiera człowiekowi samą jego ludzką naturę i człowieczeństwo — każdy z was jest w równej mierze kapłanem tego człowieczeństwa co ja, lub ktokolwiek, kto stoi w tym przybytku. Jesteśmy kapłanami Ewangelii; wy, moi przyjaciele, tak samo jak my, jesteście kapłanami człowieczeństwa.
Rozważcie teraz stosunek człowieka do bliźniego. Jesteśmy zobowiązani miłować bliźniego — każdego człowieka — nieważne, kim jest ani czym może być — czy to Turkiem, czy Mormonem, czy niewiernym — musimy go miłować; jesteśmy do tego zobowiązani. Na przykład jesteśmy zobowiązani żałować wszelkiego zła, które go spotyka; bo jesteśmy zobowiązani do pewnej miary miłości ku wszystkim ludziom. Otóż w tej miłości, która wiąże nas z bliźnim, istnieje stopień wyższy i niższy. Człowiek winien miłować chrześcijańską miłością wszystkich ludzi. Są jednak pewne osoby, które mają szczególne prawo do jego miłości — do których jest zobowiązany nie tylko miłością, lecz szacunkiem, czcią i troską. I kimże są owe osoby? Ojciec i matka, którzy nas zrodzili; i żona, która dała nam swe młode serce i swą młodą urodę; dzieci, które Bóg Wszechmogący nam dał. Te, moi przyjaciele — te dary Boże dane wam — rodzina, żona, dzieci — mają pierwszeństwo przed wszystkimi, i to na nich skupia się najpierw owa miłość, którą jako chrześcijanie jesteście jednak zobowiązani rozlewać na wszystkich ludzi. Ktokolwiek zawodzi w braterskiej miłości, nie jest dłużej dzieckiem Bożym; „bo jeśli ktoś mówi, że miłuje Boga, a nie miłuje bliźniego, jest kłamcą i nie ma w nim prawdy". Ktokolwiek nienawidzi bliźniego albo wyrządza mu krzywdę z rozmysłem, nie jest dzieckiem Bożym.
Pośród tych, których jesteśmy zobowiązani miłować, są — jak powiedziałem — żona i dzieci. I właśnie w tym punkcie pijak, człowiek niepowściągliwy, okazuje się twardszym sercem niż dzikie zwierzę. Kobieta, która w swojej młodości, skromności, czystości i urodzie włożyła swą panieńską dłoń w jego dłoń przed ołtarzem Bożym i ślubowała mu swe młode serce i swą młodą miłość; kobieta, która miała do niego dość ufności, by oddać mu się na zawsze i na wieki; kobieta, która — jeśli wolno tak powiedzieć — miała tę ufną naiwność, by związać z nim wszystkie marzenia, jakie kiedykolwiek żywiła o szczęściu, spokoju i radości w tym świecie; kobieta, która rzekła do niego: „Po Bogu i po Nim — Ciebie wpuszczę do swego serca, będę Cię miłować i tylko Ciebie"; i która potem przed ołtarzem Bożym przyjęła pieczęć sakramentalnej łaski na tę czystą miłość — to właśnie tej kobiecie, jej dzieciom i jego dzieciom, pijak przynosi najstraszliwsze ze wszystkich nieszczęść: ubóstwo, zwiędłą urodę, przedwczesną starość, nędzę, złamane serce, bezsenność, obdarte i najdotkliwsze ubóstwo — tej kobiecie, której poprzysiągł miłość, cześć i wierność, że otuli ją hołdem swego prawdziwego i mężnego przywiązania! O, moi przyjaciele, każdy inny grzech, który człowiek może popełnić, może sprowadzić nań skargę jakiejś zgorszonej duszy; lecz dusza pijaka musi słyszeć oskarżycielski głos namiętnego krzyku nędzy wyjechanego ze złamanego serca, i przekleństwo u stóp ołtarza, gdzie wymawiano sakramentalne błogosławieństwo, gdy młode serce żony zostało oddane! Spotkałem kogoś takiego. Posłuchajcie. Byłem kilka lat temu na misji w jednym z miast fabrycznych w Anglii. Głosiłem tam kazania każdego wieczoru; i pewnej nocy, po kazaniu o tym właśnie temacie pijaństwa, przyszedł do mnie pewien człowiek. Wszedł — okazały człowiek; silny, zdrowy, inteligentnie wyglądający mężczyzna. Lecz oczy miał niemal zapadłe w głowie. Czoło poorane przedwczesnymi zmarszczkami. Włosy siwe, choć człowiek był widocznie stosunkowo młody. Ubrany nędznie; ledwie buty na nogach, choć była mokra noc. Przyszedł do mnie podniecony po kazaniu. Opowiedział mi swoją historię. „Nie wiem" — rzekł — „czy jest dla mnie jakaś nadzieja; lecz słuchając kazania, muszę z wami porozmawiać. Jeśli nie powiem komuś, serce mi tej nocy pęknie." Jaka była jego historia? Przed kilku laty dorobił się w handlu dwudziestu tysięcy funtów, czyli stu tysięcy dolarów. Ożenił się z Irlandką — jedną z jego własnego szczepu i wyznania, młodą, piękną i wykształconą. Miał dwóch synów i córkę. Opowiedział mi, że przez pewien czas wszystko szło dobrze. „Wreszcie — rzekł — miałem nieszczęście zacząć pić; zaniedbałem interesy, a potem interesy zaniedbały mnie. Kobieta widziała, że zbliża się bieda, i zaczęła się frasobić, i straciła zdrowie. Kiedy zupełnie zbiednieliśmy, zachorowała i umarła. Byłem pijany — powiedział — tego dnia, kiedy umierała. Siedziałem przy jej łóżku. Byłem pijany, gdy ona umierała." — „A synowie — co się z nimi stało?" — „No cóż — powiedział — byli jeszcze dziećmi. Najstarszy z nich ma niespełna osiemnaście lat; i obaj zostali zesłani za rabunek." — „A córka?" — „No cóż — rzekł — posłałem córkę do szkoły, gdzie dała jej staranne wykształcenie. Wróciła do mnie w wieku szesnastu lat jako piękna młoda kobieta. Była moją jedyną pociechą; lecz przez cały ten czas byłem pijany." — „No a co się z nią stało?" Spojrzał na mnie. „Pytacie mnie o tę dziewczynę?" powiedział, „co się z nią stało?" I jakby człowiek nagle porażony śmiercią, padł mi do nóg. „Boże nieba! Boże nieba! Ona dziś chodzi po ulicach — jest prostytutką!" W tej samej chwili, gdy wymówił to słowo, wybiegł. Pobiegłem za nim. „O, nie! O, nie!" — krzyczał — „Nie ma dla mnie miłosierdzia w niebie. Zostawiłem dziecko na ulicy!" Odszedł, przeklinając Boga, by spotkać pijacką śmierć. Wyprawił złamaną sercem matkę do grobu; wysłał dwóch synów na potępienie; zgotował jedynej córce żywienne piekło; i umarł bluźniąc.
Rozważcie wreszcie zło, jakie człowiek wyrządza sam sobie. Najpierw utrata zdrowia. Znacie śmierć pijaka. Słyszeliście, czym ona jest. Wielokrotnie na swoich misjach — przez dwadzieścia pięć lat jako kapłan siłą rzeczy stykałem się ze wszelkiego rodzaju przypadkami — wielokrotnie musiałem towarzyszyć umierającym z powodu picia; i zapewniam was, że nigdy jeszcze nie byłem przy człowieku umierającym na majaczenie alkoholowe, żebym przez dwa tygodnie potem nie drżał jak w febrze na wspomnienie tego, czego byłem świadkiem. Pewien kapłan towarzyszył kiedyś pewniemu człowiekowi. Miał on jeszcze tyle przytomności, by podnieść się na łóżku i zapytać: „Jesteś kapłanem?" Kapłan rzekł: „Tak, jestem." „O — powiedział — cieszę się. Powiedz mi; chcę wiedzieć jedną rzecz. Chcę wiedzieć, czy masz przy sobie Najświętszy Sakrament?" — „Mam." W tej chwili chory wyskoczył z łóżka na podłogę, wyjąc jak szaleniec: „O! zabierz tego Boga! Zabierz tego Boga! Ten człowiek ma przy sobie Boga. Nie ma Boga dla mnie!" Umarł nim kapłan zdążył wyjść z pokoju, wołając do końca: „Nie ma Boga dla mnie!"
Pijak traci zdrowie, traci reputację, traci przyjaciół, traci żonę i rodzinę, traci szczęście domowe, traci wszystko; a ponadto sprowadza na siebie niewolę, której żadna ziemska moc, i ledwie — powiedzmy to z należną czcią — jakakolwiek moc niebieska, zdaje się być w stanie zniszczyć; oto krzywda, jaką człowiek wyrządza sobie przez ten straszliwy grzech — najgorszy ze wszystkich, jak łatwo możecie sobie wyobrazić. Jakże wspaniała jest wasza misja! Wznieśliście sztandar wbrew temu demonowi, który niszczy cały świat. Ogłosiliście, że wasze imiona mają być zapisane jako pomnik przeciw nałogowi pijaństwa. Przez to ogłosiliście chwałę Boga w Jego obrazie — w człowieku. Chwała waszego człowieczeństwa przywrócona jest przez anioła trzeźwości i wstrzemięźliwości; chwała Chrystusa uratowana z hańby, jaką kładzie na Niego pijak ponad wszystkimi innymi grzesznikami; chwała chrześcijańskiej kobiety odzyskana i czczona, gdy co roku dojrzała łaska dodaje nowego uroku gasnącej urodzie, która przemija wraz z młodością; chwała rodziny, w której prawdziwy chrześcijański syn jest odbiciem cnót swego prawdziwego i chrześcijańskiego ojca. Wreszcie chwała waszych własnych dusz i pewność świętego życia i dobrej śmierci. Wszystko to jest zawarte w wyznaniu, które składacie, stając się Apostołami i milczącymi, lecz wymownymi głosicielami tej świętej cnoty — Wstrzemięźliwości. Dlatego też gratuluję wam w imieniu Boga, który was stworzył. Gratuluję wam ze względu na szacunek, jaki żywicie dla obrazu tego Boga — w imieniu Boga, który was odkupił. Ja, Jego najniegodniejszy, lecz namaszczony sługa, muszę wam winszować szacunku, jaki okazujecie człowieczeństwu, które sam Pan wziął na siebie. W imieniu waszej rodziny i przyjaciół, i społeczeństwa, którego jesteście tak znamienitą cząstką, gratuluję wam szczęścia i domowego spokoju, jakie ta cnota zapewni wam i waszym bliskim. W imieniu drogiej, wiernej i ukochanej starej Irlandii — jako kapłan irlandzki — gratuluję wam mężnego wysiłku, by podźwignąć nasz lud i nasz szczep z nałogu, który tkwi u korzeni wszystkich naszych narodowych nieszczęść i niedoli. W imieniu waszego biskupa — świętego, kochającego, pracowitego i gorliwego — którego radością i koroną jesteście — gratuluję wam pociechy i radości, jaką mu sprawicie, pomagając mu nieść brzemię duchowej troski o wasze dusze i o Kościół. Jako kapłan — dla każdej najwyższej i najświętszej sprawy, dla każdego najczystszego źródła, z którego może płynąć ludzka radość — gratuluję wam, moi drodzy przyjaciele, i proszę was, byście wytrwali w tym chwalebnym wysiłku w sprawie wstrzemięźliwości — pierwszej i największej cnoty moralnej — najwspanialszej cnoty, która zamieszcza w sobie i strzeże całości naszego człowieczeństwa, i przygotowuje je do przyjęcia wysokich, Bożych darów łaski tu na ziemi i chwały w życiu przyszłym, w wiecznym Królestwie Bożym.
Wreszcie, tak głębokie jest moje zainteresowanie tym tematem, że będę szczęśliwy mogąc przy każdej sposobności, gdy moje usługi mogą być dla was pożyteczne lub pocieszające, oddawać wam je w świętej sprawie wstrzemięźliwości.
---
Wrażenie, jakie wywarło wspaniałe przemówienie ojca Burke'a na ogromne zgromadzenie, jest nie do opisania.
W miarę jak mówił, zgromadzeni jednym ruchem powstali ze swych miejsc i cisnęli się przez nawy, jakby każdy pragnął zbliżyć się do mówcy, utrwalając sobie jego rysy w pamięci. Biskup Bayley słuchał z najwyższą uwagą każdego słowa, jakie wymawiał zacny kapłan, i zdawał się wielce ubudowany; a po zakończeniu przemówienia serdecznie pogratulował ojcu Burke'owi, podobnie jak obecni wielebni duszpasterze. Przy okazji wieczornego wykładu biskup wyraził pogląd, że gdyby słowa ojca Burke'a na ten temat mogły trafić do oczu i uszu każdego mężczyzny, każdej kobiety i każdego dziecka w całym kraju, byłoby to niemal wystarczające, by wypędzić demona niepowściągliwości z każdego katolickiego domu w tym kraju. Jest to doprawdy niezwykły i hojny komplement pod adresem wysiłku wielkiego kaznodziei.
Przystąpiono następnie do właściwych obrad Konwencji; biskup otworzył je modlitwą.
Pan O'Brien, przewodniczący, wołając Konwencję do porządku, oświadczył, że złożono następującą rezolucję do przyjęcia:
*Postanowiono, by delegaci i obecni tu obywatele usilnie prosili ojca Burke'a, by kiedy odejdzie spośród nas, zabrał ze sobą do starego kraju najserdeczniejsze podziękowanie naszych serc za posługę i zaszczyt, jakie wyświadczył katolikom stanu New Jersey swoją wspaniałą mową przed Związkiem Całkowitej Wstrzemięźliwości dnia dzisiejszego; i abyśmy — w imieniu naszych współwyznawców z sąsiednich hrabstw — usilnie prosili go o spotkanie z naszym ludem na zbiorowym i masowym Zjeździe, w jakimś centralnym i wygodnym miejscu, tak by umożliwić mu skorzystanie z mądrości i geniuszu, z jakim potraktował kwestię wstrzemięźliwości.*
Przewodniczący uzupełnił rezolucję pełnymi wdzięczności słowami na temat hojnego postępowania znakomitego gościa oraz biskupa i duchowieństwa; następnie poprosił zgromadzenie o wyrażenie swego zdania w sprawie rezolucji — i wówczas rozległo się po całym kościele jedno wielkie i dźwięczne „tak", dostatecznie głośne, by — jak się zdawało — przenieść zawarte w nim podziękowanie aż na rodzinne wzgórza ojca Burke'a, w ojczystym kraju za morzem.