*Wygłoszone w kościele Matki Bożej Łaskawej w Hoboken, w stanie New Jersey, w czwartek 25 kwietnia 1872 r., na rzecz Szpitala Świętej Marii prowadzonego przez Siostry Ubogich.*
Moi drodzy Przyjaciele: wszyscy czytamy Pismo Święte; ale spośród rzeszy tych, którzy je czytają, jakże niewielu zadaje sobie trud głębokiego rozmyślania nad tym, co czytają! Każde jedno zdanie Pisma Świętego kryje w sobie, w niewielu słowach, cząstkę nieskończonej mądrości Boga Wszechmogącego. Toteż każde jedno zdanie tych natchnionych pism powinno dostarczyć chrześcijańskiemu umysłowi wystarczającego materiału do rozmyślania przez wiele, wiele długich dni. Otóż my, kapłani katoliccy, zobowiązani jesteśmy każdego dnia naszego życia, w codziennym oficjum, do odmawiania znacznej części Bożego i natchnionego Słowa Bożego w postaci modlitwy. Nigdy nie popełniono większego błędu niż ten, który popełniają ci, co sądzą, iż katolicy nie czytają Pisma Świętego. Wszystkie modlitwy, które my, kapłani, odmawiać musimy — siedem razy dziennie przystępując do Boga Wszechmogącego — wszystkie są zawarte w słowach Pisma Świętego; i nie tylko zobowiązani jesteśmy odmawiać je jako modlitwy, lecz również obowiązani jesteśmy czynić z nich przedmiot naszej codziennej i nieustannej myśli. Pragnę przeto, przystępując do tego wielkiego tematu Przymiotów chrześcijańskiej Miłości, postawić przed wami tekst Pisma Świętego, który wielu z was czytało zapewne wielokrotnie — a mianowicie: werset pierwszy Psalmu Czterdziestego, w którym Psalmista mówi: „Błogosławiony, który rozumie potrzebę ubogiego i nędzarza."
Otóż, jeśli zastanowicie się, moi drodzy przyjaciele, przekonacie się, że na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne nazywać „błogosławionym" człowieka, który rozumie potrzebę ubogiego i nędzarza; zdaje się, iż nie ma w nich żadnej tajemnicy; napotykamy ich na każdym rogu; sami wysuwają nam przed oczy swoje potrzeby i niedostatki; narzucają nam widok swej nędzy; i nawet najbardziej wybredni, nawet ci, którym widok ten jest najmniej na rękę, zmuszeni są patrzeć na ich cierpienia i słuchać głosu ich skargi i boleści. Cóż zatem jest tajemnicą w ubogich i nędzarzach? Cóż może być w nich tajemniczego? A jednak w nędzarzach, ubogich i strapionych kryje się tak głęboka tajemnica, że Bóg Wszechmogący oświadczył, iż niewielu ludzi ją pojmuje; i „błogosławiony jest ten, kto zdolny jest zgłębić jej głębię." Cóż to za tajemnica? Cóż to za przedmiot — ten, z którym przychodzę do was? Głęboki i tajemniczy temat; taki, który odsłania nam o wiele więcej mądrości zamysłów Bożych, niż mogłoby się z pozoru wydawać. Jaka jest tajemnica ukryta w nędzarzach i ubogich, tajemnica, za której zrozumienie ogłoszono nas „błogosławionymi", i w której — jak przystało prawdziwym mężom — mamy działać zgodnie z owym zrozumieniem? Pozwólcie, że najpierw wyrażę wam gratulacje: że choćbyście tej tajemnicy nie rozumieli, wasza obecność tu tego wieczoru zaświadcza, iż pragniecie według niej postępować; że macie w sobie instynkty chrześcijańskiego miłosierdzia; że ubodzy, nędzarze i strapieni Boga muszą tylko przez czyste ręce tych oblubienice naszego Pana wyciągnąć do was swoje roszczenia, a wy jesteście gotowi — w tej litości i tej czułości serca, która jest dziedzictwem dzieci Chrystusowych — wypełnić ich ręce, by wasze błogosławieństwa dotarły do ubogich i nędzarzy.
A jednak, choć tak skwapliwi w odpowiedzi na wezwanie miłosierdzia, sądzę, że zainteresuje was lub pouczy, jeśli zaproszę wasze myśli ku rozważeniu tej tajemnicy. Na czym ona polega? Aby ją pojąć, zastanówmy się. Apostoł, święty Paweł, pisząc do swoich niedawno nawróconych chrześcijan, ustanawia dla nich tę wielką zasadę: że dla człowieka chrześcijańskiego istnieją trzy cnoty, które stanowią samo życie i istotę jego chrześcijaństwa; i są to — nie cnoty roztropności, ani sprawiedliwości, ani wzniosłości ducha, ani szlachetności, ani męstwa — nie; lecz są to nadprzyrodzone cnoty Wiary, Nadziei i Miłości. „Trwają zatem w was, bracia" — powiada — „wiara, nadzieja i miłość — te trzy; z nich zaś największa jest miłość." Życie chrześcijanina musi być przeto życiem wierzącego — „człowieka Wiary." Musi to być życie pełne nadziei — życie antycypujące — życie, które wybiega poza zwykły horyzont chwili obecnej ku daleko rozciągającej się wieczności leżącej poza nim — życie nadziei; ale nade wszystko musi to być życie miłości Bożej. Oto trzy elementy charakteru chrześcijańskiego. Dziś modą jest wypaczanie tych trzech cnót. Człowiek wiary nie jest już prostym wierzącym. Wiara oznacza pochylenie rozumu przed rzeczami, których nie możemy pojąć, gdyż są tajemnicami Bożymi. Lecz idea religii w dzisiejszych czasach polega na rozumowaniu, a nie na wierzeniu. Apostoł, gdyby pisał do ludzi tego dziewiętnastego wieku, musiałby powiedzieć: „Bracia, pozostają wam argument i rozum" — ale nie wiara; bo wiara oznacza, w rozumieniu tegoż Apostoła, upokorzenie — i to pełne upokorzenie — rozumu przed tajemnicą, która przez wieki ukryta była z Chrystusem w Bogu. „Wiara" — powiada święty Paweł — „jest dowodem rzeczy niewidzialnych." Kościół katolicki nazywany jest dziś niszczycielem rozumu — zmorem ciążącym na umyśle ludzkim. Dlaczego? Dlatego, że prosi człowieka, by wierzył. Zauważcie — wy, ludzie rozumu, którzy mnie słuchacie — dlatego, że prosi człowieka, by wierzył; dlatego, że mówi mu: „Synu mój, nie mogę ci tego wyjaśnić; to jest tajemnica Boża"; a nie ma wiary tam, gdzie nie ma tajemnicy. Gdzie jest jasna wizja, wyraźne przekonanie rozumu wynikające z argumentacji i rozumowania — tam nie ma ofiary z rozumu — tam nie ma wiary.
Nadzieja zmieniła dziś swoje oblicze zupełnie. Ludzie pokładają swoje nadzieje we wszystkim, tylko nie w Chrystusie. Zaledwie kilka dni temu rozmawiałem z pewnym niezwykle inteligentnym człowiekiem. Był unitarianinem — człowiekiem głębokiej erudycji i rozległych badań. Kiedy rozmawialiśmy o przyszłości, rzekł do mnie: „Och, Ojcze, moją przyszłością jest uszlachetnienie rodzaju ludzkiego; wielkość »człowieka, który nadejdzie«; doskonały rozwój, przez wszelkie zdobycze nauki, przez wszelką wzniosłą cechę, która może go uszlachetnić, człowieka, który ma się ukształtować z cywilizacji, postępu i osiągnięć naukowych tego dziewiętnastego wieku." Takie były jego słowa; a ja odpowiedziałem mu i rzekłem: „Mój drogi panie, moją nadzieją jest ujrzeć Chrystusa, Syna Bożego, jaśniejącego we wszystkich moich bliźnich tutaj, by mógł On jaśnieć w nich na wieki wieków. Nie mam żadnej innej nadziei."
Miłosierdzie dzisiejszych czasów zmieniło swoje oblicze. Stało się ono zwykłą cnotą ludzką. Jest współczujące, przyznaję; lecz nie tym współczuciem, jakiego Pan nasz wymaga od swego ludu. Jest życzliwe, jestem gotów przyznać. Żyjemy w epoce dobrodziejstwa. Skłaniam głowę przed tą ludzką cnotą i cieszę się, że ją widzę. Byłem dumny ze swoich bliźnich, widząc gotowość i hojność, z jaką śpieszyli na przykład na pomoc wielkiemu spalonemu miastu nad brzegami północnego jeziora. Jestem dumny, gdy przybyłem tutaj i słyszę, że Nowy Jork, Jersey City i Hoboken nazywane są „miastami miłosierdzia." To najwspanialszy tytuł, jaki mogły sobie przysłużyć. Lecz gdy zaczynam analizować to miłosierdzie — gdy zaczynam przyglądać mu się przez mikroskop, który Syn Boży włożył mi w ręce, to jest: przez światło wiary Bożej — dostrzegam, że wszystkie Boskie rysy znikają, a pozostaje jedynie cnota ludzka; cnota, która ulżywa ubogim, lecz nie uznaje cnoty, jaka w nich spoczywa; która łagodzi ich cierpienia, dotykając ich ręką dobroci lub życzliwości, ale nie czcigodną, kochającą ręką wiary i ofiary.
Z drugiej strony, głośno protestując przeciwko temu duchowi naszej epoki, który dopuszcza zło i psuje dobro; który wpuszcza grzech, a potem usiłuje pozbawić sakramentalnego charakteru tę odrobinę cnoty, jaka pozostaje — protestując przeciwko temu wszystkiemu, stoi wielki Kościół katolicki i mówi: „Dzieci ludzkie, dzieci Boże, Wiara, Nadzieja, Miłość muszą być waszym życiem; lecz wasza Wiara i wasza Nadzieja muszą być fundamentem waszej Miłości; bo największa z tych cnót jest Miłość."
I dlaczego? Czym jest Wiara? Wiara jest aktem ludzkiego rozumu zwracającego się ku górze po światło, które przychodzi z wysoka — z łona Bożego, z wiecznej mądrości Bożej. Uznając Boga w tym świetle, Wiara chwyta jego blask i raduje się w swym poznaniu. Nadzieja jest aktem woli dążącej ku Bogu, lgnie do Jego obietnic i stara się, przez wypełnianie warunków, osiągnąć chwałę będącą treścią tej obietnicy. Miłość jedyna zdolna jest pochwycić Boga. Boga, którego Wiara dostrzega w przebłysku — Boga, ku któremu Nadzieja się wyciąga — Miłość chwyta i czyni swoim. I dlatego „największa z nich jest miłość." Kiedy zasłona opadnie z oblicza Bożego i kiedy ujrzymy Go w niebie takim, jakim jest On i jakim widzi nas, nie będzie już więcej wiary; zostanie pochłonięta przez wizję. Kiedy to, ku czemu dziś wyciągamy się i czego się spodziewamy, zostanie nam dane, nie będzie już więcej nadziei. Zaginie pochłonięta przez posiadanie. Lecz miłość, która dziś pochwytuje Boga, trwać będzie przez całą wieczność. Miłość jedyna pozostanie — samo życie wybranych Bożych. I dlatego „największa z nich jest miłość."
Czy jest pośród was tego wieczoru ktoś, kto nie jest katolikiem? Jeśli jest, możecie sobie wyobrażać, że skoro przychodzę do was w szacie dominikańskiego zakonnika z trzynastego stulecia — z siedmiuset latami nie tylko tradycji świętości, lecz wręcz historycznej odpowiedzialności na barkach, z racji habitu, który noszę — możecie sobie wyobrażać, że przychodzę do was może z sercem obcym i duchem rozgoryczonym wobec tych, którzy stoją poza obrębem mojej świętej, wielkiej, kochającej matki, Kościoła Bożego — za który, daj Boże, niech kiedyś dane mi będzie umrzeć. Lecz nie! Jeśli jest tutaj tej nocy ktoś, kto nie jest katolikiem, mówię mu, że miłuję w nim każdą cnotę, jaką posiada. Mówię mu: „Mam nadzieję za ciebie, że zbliżysz się do światła, uznasz je i wejdziesz do wspaniałych sal oświetlonych przez Baranka Bożego — do Jeruzalem Bożego na ziemi, które nie potrzebuje słońca ani księżyca, »bo Baranek jest jej pochodnią«." I zaprawdę miłuję go. Lecz pytam was, moi przyjaciele: czy macie wiarę? Czy macie tę prostą wiarę — pochylenie rozumu przed przyjęciem tajemnicy — uznanie jej prawdziwości — podczas gdy nie możecie jej wytłumaczyć swoim rozumem? Czy macie wiarę, umiłowani? — tę wiarę, która upokarza człowieka — tę wiarę, która czyni człowieka intelektualnie jak małe dziecko, siadające u przejmujących stóp Zbawiciela, który przemawia do tego dziecka przez swój Kościół? Jeśli tej wiary nie macie, lecz błąkając się, szukacie tu jakiegoś argumentu, tam innego, próbując wznieść na ludzkim fundamencie nadprzyrodzoną budowlę wiary Bożej — pytam was zatem, jak możecie mieć nadzieję? widząc, że Bóg Wszechmogący staje przed wami i mówi: „Bez Wiary nie można Mi się spodobać; bez Wiary nie można do Mnie przystąpić; bez Wiary zginiecie; bo powiedziałem — a słowo moje nie może zawieść — kto nie wierzy, będzie potępiony." A jeśli nie macie Wiary i Nadziei — fundamentu — jak możecie mieć nadbudowę Miłości Bożej? Jak możemy kochać Boga, jeśli nie znamy Go proporcjonalnie do naszego poznania? „O Boże" — zawołał wielki święty Augustyn — „daj mi poznać Ciebie, i poznać Cię dobrze, abym mógł Cię miłować i miłować Cię dobrze!"
Skoro zatem te trzy cnoty należą do charakteru chrześcijańskiego, zobaczmy, w jakiej mierze tajemnica kryjąca się w nędzarzach i ubogich wchodzi w te rozważania o Wierze, Nadziei i Miłości. Pewne jest, że miłość, której każe nam mieć Bóg Wszechmogący — to znaczy miłość, jaką nakazuje nam mieć do siebie samego — złączona jest z innym przykazaniem miłości, jaką człowiek chrześcijański musi mieć ku swojemu bliźniemu. Pewne jest też, że im uboższy, im bardziej upadły, im bardziej bezradny jest ów bliźni, tym silniejsze staje się jego prawo do naszej miłości. Po trzecie: równie pewne jest z Pisma Świętego, że miłość nie może być zwykłym sentymentem życzliwości, zwykłym uczuciem współczucia, lecz musi być silną, mocną dłonią wyciągniętą ku temu, by nieść korzyść, pocieszać i dźwigać strapionych, bezsilnych i ubogich. „Albowiem" — mówi święty Jan — „nie miłujmy słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą." I dodaje: „Kto ma dobra tego świata, a widzi brata w potrzebie i zamknie przed nim swe serce; jak może w nim przebywać miłość Boża?" Toteż wasze miłosierdzie musi być miłosierdziem praktycznym i gorliwym. Skoro takie jest przykazanie Boże względem nędzarzy i ubogich, zobaczmy, w jakiej mierze wiara i nadzieja stają się podglebiem owej miłości, która winna nas ku nim poruszać. Cóż mówi nam wiara o tych ubogich? Jeśli postępujemy za przykładem świata, który buduje wielkie więzienia, opłaca lekarzy, opłaca tych, których uznaje za godnych opłacenia, by opiekowali się biednymi, chorymi i strapionym — jeśli słuchamy świata, budującego przytułki dla ubogich, gdzie więzi ich jak gdyby ubóstwo było zbrodnią — rozdzielając męża od żony i matkę od jej dzieci — nie dostrzegamy tu żadnego śladu wiary Bożej. I dlaczego? Dlatego, że wiara Boża musi zawsze szanować swój przedmiot. Wiara jest cnotą, przez którą chwytamy blask Boga. Czy chwytamy ten blask w Jego ubogich? Jeśli tak, domagają się oni naszej czci, czułości i miłości. Otóż twierdzę, że ubodzy Boży, udręczeni, złamani na sercu, chorzy i strapieni — reprezentują naszego Pana Jezusa Chrystusa na tej ziemi. Chrystus Pan oświadczył, że pozostanie na ziemi i nigdy jej nie opuści. „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni" — rzekł — „aż do skończenia świata." Otóż Chrystus spełnił tę obietnicę na trzy sposoby. Po pierwsze spełnił ją, pozostając ze swoim Kościołem — trwałym duchem prawdy i świętości — by umożliwić temu Kościołowi bycie aż do końca czasów nieomylnym posłańcem Bożej prawdy; to znaczy światłem świata — nieustającym i pracowitym uświęcicielem rodzaju ludzkiego. „Wy jesteście światłem świata" — mówi Chrystus; „wy jesteście solą ziemi. Macie nie tylko rozświetlać, lecz macie zachowywać i oczyszczać. Abyście to mogli czynić, będę z wami przez wszystkie dni." Dlatego jest On obecny w Kościele. Po drugie, jest On obecny w czcigodnym sakramencie ołtarza i w tabernakula Kościoła — prawdziwie i rzeczywiście — tak prawdziwie i rzeczywiście, jak jest po prawicy swojego Ojca. Dlatego powiedział: „Pozostanę." I wskazał, jak miał pozostać, biorąc chleb i wino i przeistaczając je w swoje ciało i krew, mówiąc nad chlebem: „To jest Ciało moje" i nad winem: „To jest Krew moja." Lecz w obydwu tych sposobach Chrystus Pan pozostaje niewidzialnie na ziemi. Nikt Go nie widzi. Wiemy, że jest On obecny w Kościele; i dlatego, gdy Kościół Boży przemawia, kłaniamy się i mówimy: „Wierzę", bo wierzę i wiem, że głos do mnie mówiący jest echem głosu mojego Boga, Boga Prawdy. Kiedy Chrystus Pan wystawiony jest na tym ołtarzu, podniesiony w rękach kapłana — podniesiony w świętym błogosławieństwie, kłaniamy się i adorujemy obecnego Boga, mówiąc: „Nie widzę Cię, Panie, lecz wiem, że za tą eucharystyczną zasłoną jesteś obecny, bo Tyś rzekł: Oto jestem! To jest Ciało moje! To jest Krew moja!"
Lecz w trzeci sposób Chrystus Pan pozostaje na ziemi — widzialnie, a nie niewidzialnie. I w ów trzeci sposób pozostaje On w osobach ubogich, chorych i strapionych. Utożsamia się z nimi. Nie tylko przez trzydzieści trzy lata swego ziemskiego życia, gdy był ubogi z ubogimi, gdy był smutny i strapiony ze strapionym, gdy dźwigał na własnych barkach ciężar ich ubóstwa i ciężar naszych grzechów — nie tylko Jego miejsce było wśród ubogich — On, który mówił: „ptaki powietrzne mają swoje gniazda, zwierzęta polne i lisy mają swe nory — lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę skłonić!" — nie tylko był On ubogi od dnia, gdy narodził się w stajni, aż do dnia, gdy umierając nagi na Krzyżu z czystej miłości, znalazł miejsce w cudzym grobie — lecz raczył też utożsamić się ze swymi ubogimi aż do końca czasów, jak gdyby mówił: „Czy pragniecie Mnie znaleźć? Czy pragniecie dotknąć Mnie swymi rękoma? Czy pragniecie powiedzieć Mi słowa pociechy i miłości? O, człowiecze chrześcijański, idź, szukaj ubogich i nagich, chorych, głodnych i wygłodniałych! Szukaj strapionych i złamanych na sercu, a w nich znajdziesz Mnie; bo Zaprawdę, powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych, Mnieście uczynili!" W ten sposób Chrystus Pan utożsamia się z ubogimi i z Kościołem. Pozostaje On na świecie, w swoim Kościele, nakazując, byśmy jej byli posłuszni — bo On jest Bogiem. W swojej sakramentalnej obecności możemy Go adorować: On jest Bogiem. W swoich ubogich — w strapionych, nagich, głodnych, wygłodniałych, których możemy podnieść i podźwignąć — On jest wciąż Bogiem! Najpiękniejszy przykład tego, jak święci potrafili urzeczywistniać to w życiu, znajdujemy zapisany w żywocie jednego z pięknych świętych naszego Zakonu Dominikańskiego — człowieka, który nosił ten habit. Był to zakonnik hiszpański. Nazywał się Alvarez z Kordoby. Znany był pośród braci z cudownej gorliwości i radości, z jaką zawsze szukał ubogich i strapionych, by im nieść pomoc i pocieszenie. Otóż zdarzyło się pewnego dnia, że ten Boży człowiek, pochłonięty Bogiem i modlitwą, wyszedł ze swego klasztoru, by głosić ludowi, i gdy szedł drogą publiczną, ujrzał leżącego bezradnie przy drodze człowieka pokrytego odrażającą trądem — owrzodzonego od głowy do stóp — strasznego do patrzenia; i człowiek ten zwrócił ku niemu swoje mdłe oczy i słabym głosem zaapelował do niego o litość i pomoc. Słońce w pełni swego południowego żaru biło okrutnie na głowę owego strapionego człowieka. Nie był on w stanie się poruszyć. Każdy, kto go widział, uciekał od niego. Gdy tylko święty go ujrzał, podszedł do niego, uklęknął przy jego boku i ucałował rany trędowatego człowieka. Następnie zdjął zewnętrzną część naszego habitu — ten czarny płaszcz — rozłożył go na ziemi i delikatnie wziął biednego człowieka, owinął go w płaszcz, podniósł go w ramionach i powrócił do klasztoru. Wszedł do klasztoru. Przyniósł trędowatego do swojej celi i położył go na swoim małym klasztornym łożu. I położywszy go tam, poszedł szukać dla niego jakiegoś posiłku i środków mogących mu przynieść ulgę. Wrócił z jedzeniem i napojem w rękach, odłożył je na bok, podszedł do łóżka i znalazł tam chorego człowieka. Rozwinął płaszcz, który był wokół niego owinięty. O! Co to za widok przed nim? Na głowie człowieka spoczywa korona cierniowa; na rękach i stopach widnieje ślad gwoździ, a z przebitego boku płynie świeża krew! Jest martwy; lecz noszą go znaki Pańskie; i wtedy święty zrozumiał, że człowiekiem, którego podniósł z pobocza drogi, był Chrystus — jego Bóg i jego Zbawiciel! I tak to oczami wiary rozpoznajemy Chrystusa w Jego ubogich. Co z tego wynika? Wynika, moi przyjaciele, że człowiek, który w ten sposób widzi swojego Boga w ubogich, który patrzy na nich oczami wiary, który rozpoznaje w nich coś sakramentalnego — dotknięcie czego uświęci tego, kto się ku nim zbliży — że ów człowiek zbliży się do nich z czułością i z czcią — że będzie zważał na ich uczucia — że będzie szukał pociechy dla serca, ożywiając zarazem ciało, i kładąc przed chorym lub ubogim pokarm i napój, nie odsunie od swego serca źródła jego pociechy. Nie oddzieli go od żony swego łona ani od dzieci jego miłości. Nie przyniesie mu ulgi głosem obcym współczuciu; pochylając się niejako, by ulżyć ubogim. Nie; lecz przyniesie mu ulgę w prawdzie swej duszy, jako uznając w tym człowieku kogoś, kto utożsamiony jest, w Boskości miłości i czułości, z jego Panem i Mistrzem. To objaśnia wam fakt, że gdy wyniosła, wysoko wykształcona, najszlachetniejsza i najlepsza spośród dzieci Kościoła katolickiego — młoda dama, przed którą błyszczą wszystkie perspektywy świata — z fortuną i jej rozkoszami wokół niej — z pięknością natury i łaski jaśniejącą z jej czystego oblicza — gdy młoda dama, rozmiłowana w niebie i rzeczach niebieskich i czująca odrazę do świata, przychodzi do stóp przybytku i tam klęcząc, szuka miejsca w świętych miejscach Kościoła i pokornego udziału w jego posłudze, Kościół bierze ją — jedną z tych — jedną ze swych najświętszych, najlepszych, najczystszych; i uznaje, że oddał najwyższy zaszczyt najlepszym ze swych dzieci, gdy przyodziewa ją w święty habit zakonny i mówi jej, by szła i zajęła swoje miejsce w szpitalu, lub w domu ubogich, lub w infirmerii, lub w sierocińcu, i usiadła służąc ubogim; nie jako udzielająca im ulgi, lecz jako pokornie im służąca; nie jako mająca dla nich litość, lecz jako zbliżająca się do nich z niemal nieskończoną czcią, jakby zbliżała się do samego Chrystusa. Tak oto widzimy, jak katolicka cnota miłosierdzia bierze swój początek z nieba. Wszelka czułość serca, wszelka życzliwość, wszelkie współczucie może tam być; jak nie ma wątpliwości, że jest w tych sercach, w tych poświęconych Bogu, które, by móc miłować Chrystusa i Jego ubogich tym czulej, tym mocniej, ślubowały Zbawicielowi przy Jego ołtarzu, że żadna miłość nie wejdzie w ich łona, żadne wzruszenia uczuć nie rozedrgają ich serc — z wyjątkiem miłości do Niego; do Niego, gdziekolwiek Go znalazły; a znalazły Go w Jego ubogich i Jego chorych. Wszystkie najczulsze poruszenia ludzkiej życzliwości, ludzkiego współczucia, ludzkiej łagodności mogą tam być; wszystko to, co czyni dobrą protestancką damę — dobrą ateistyczną damę, jeśli kto woli — tak współczującą ubogim; a jednak, podczas gdy człowiek światowy i ci spoza Kościoła schylają się do aktu wyświadczania łaski w swym miłosierdziu, te oblubienice Syna Bożego spoglądają w górę ku ubogim i w posłuszeństwie pragną im służyć; bo ich współczucie, ich życzliwość, ich Bosko czułe serca powodowane są przez wiarę Bożą, która rozpoznaje Syna Bożego w osobach ubogich i nędzarzy, strapionych i udręczonych.
Taka jest katolicka idea miłosierdzia w jego związkach. Co z tego wynika? Wynika, że gdy ja, lub ktoś podobny do mnie, który — tak samo jak te święte kobiety — oddał swoje życie, duszę i ciało na służbę Synowi Bożemu i Jego Kościołowi, gdy stajemy przed naszymi katolickimi braćmi, by mówić do nich o tej wielkiej kwestii miłosierdzia katolickiego, nie przybywamy jako nauczający, modlący się, błagający, żebrzący. O, nie! Lecz przybywamy mocnym głosem władzy, nakazując wam: „Jeśli chcecie ujrzeć jasność Ojca, pamiętajcie o ubogich i pod groźbą kary otoczcie ich wszelkimi posługami miłosierdzia i litości."
A w jaki sposób nadzieja wchodzi w te rozważania? Ach, moi przyjaciele, w ogóle na co liczycie? Jakie są wasze nadzieje — pytam człowieka chrześcijańskiego, życzliwego brata? Nie zależy mi, jakiego jesteś wyznania: Bracie, powiedz mi swoją nadzieję; bo nadzieja z samej swojej natury wybiega w przyszłość; nadzieja jest urzeczywistnianiem przez antycypację tego, co pewnego dnia nadejdzie i stanie się naszą własnością. Jakie są wasze nadzieje? Każdy człowiek ma swoje nadzieje. Żaden człowiek nie żyje bez nich. Każdy człowiek ma nadzieję osiągnąć jakieś stanowisko na tym świecie lub uzyskać pewne szczęście. Jeden człowiek ma nadzieję zdobyć pieniądze i stać się bogatym. Inny dąży do pewnych godności, ma nadzieję na nie i pracuje wytrwale, aż je osiągnie. Jeszcze inny skupia swoje nadzieje na pewnych namiętnościach i zanurza się w antycypacjach zmysłowych rozkoszy. Lecz nie zależy mi, jakie są wasze nadzieje; o to was pytam: czy wasze nadzieje ograniczone są do tego świata, czy też wychodzą poza grób? Czy wszelka nadzieja ma się skończyć, gdy nadejdzie ta smutna godzina, która zastanie każdego i wszystkich z was leżących bezradnie na łożu śmierci, a straszny anioł niosący wezwanie Boga zawoła: „Wyjdź, duszo, i pójdź ze mną przed sąd Chrystusowy!"? Czy wszelka nadzieja ma wtedy zginąć? Nie! Nie! Lecz nadzieja chrześcijanina wtedy dopiero zaczyna być spełniana. Nie; to życie jest niczym w porównaniu z tą nieskończoną wiecznością, która czeka nas za grobem; i tam są wszystkie nasze nadzieje; a nadzieją człowieka chrześcijańskiego jest to, że gdy nadejdzie ta godzina, która zastanie jego duszę drżącą przed zbliżającym się wyrokiem, czekającą na wyrok — że wyrokiem owym nie będzie: „Idźcie precz ode mnie, przeklęci", lecz że będzie nim: „Chodź, przyjacielu mój, błogosławiony mój, chodź i raduj się szczęściem i radością, które zostały dla ciebie przygotowane!" — to jest nasza nadzieja. Przeklęty jest człowiek, który jej nie ma. Nieszczęsny jest nędznik, który jej nie ma! Czym byłoby to życie — choćby było życiem dziesięciu tysięcy lat, przepełnionym wszelką rozkoszą — wszelką uciechą — nieskalanym najlżejszym złem choroby czy smutku, gdybyśmy wiedzieli, że po upływie tych dziesięciu tysięcy lat wieczność poza nimi, wieczność, która nie ma końca, miałaby być dla nas wiecznością smutku i rozpaczy! Bylibyśmy ze wszystkich ludzi najbardziej nieszczęśliwi; „bo" — mówi Apostoł — „jeśli tylko w tym życiu mamy nadzieję w Chrystusie, jesteśmy z wszystkich ludzi najbardziej godni politowania." „Lecz Chrystus zmartwychwstał; nasza nadzieja;" i wyczekujemy dnia, gdy „pochwyceni będziemy w obłokach naprzeciw Chrystusowi w powietrze i tak zawsze będziemy z Panem"; przenoszeni z chwały w chwałę, aż ujrzymy Jego oblicze odsłonięte i bez zasłony, i będziemy szczęśliwi na wieki w oglądaniu Boga. Oto nasza nadzieja; wasza i moja. Lecz pamiętajcie, że choć Bóg Wszechmogący to obiecał i choć nasza nadzieja zbudowana jest na wierności, z jaką dotrzymuje On słowa, to jednak żaden człowiek nie może oczekiwać nagrody ani budować swej nadziei na solidnym fundamencie, jeśli nie wchodzi w zamysły Boże i nie spełnia warunków, które Bóg przywiązał do swoich obietnic chwały. Jakie są te warunki? Pomyślcie, jak wielką rolę odgrywają w nich ubodzy i strapieni! „Chodźcie" — powie Odkupiciel i Sędzia — „Chodźcie do Mnie, błogosławieni Ojca mego! Nie po raz pierwszy Mnie widzicie. Byłem głodny, a nakarmiliście Mnie! Byłem spragniony, a daliście Mi napój! Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie! Byłem chory, a odwiedziliście Mnie i pocieszyliście Mnie!" I wtedy sprawiedliwi zawołają: „Panie! Kiedyż widzieliśmy Cię, o potężny i straszny Synu Boży! Kiedyż widzieliśmy Cię nagiego, głodnego lub chorego?" A On, odpowiadając, zawoła ubogich — ubogich, którym dziś służymy; ubogich, których dziś pocieszamy i których zwieszone głowy podnosimy — zawoła ich i powie: „Czy znacie tych?" I oni zawołają: „O tak; to są ubodzy, których widzieliśmy głodnych i nakarmiliśmy ich; których widzieliśmy nagich i przyodzieliśmy ich; których widzieliśmy chorych i pocieszyliśmy i odwiedziliśmy ich. To są ubodzy, których tak dobrze znaliśmy i do posługi którym użyliśmy Twoich oblubienice, o Chryste, by im służyły i je pocieszały!" Wtedy On odpowie i powie: „Przysięgam wam, że jak jestem Bogiem, ile razy uczyniliście to jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili!" Lecz jeśli, z drugiej strony, staniemy przed Nim, chlubiąc się mocą naszej wiary; wielomówni w naszych wyznaniach chrześcijaństwa; wspaniali w przyjmowaniu najwyższych zasad; prawidłowi w wielu wiodących cechach charakteru chrześcijańskiego — lecz z rękami pustymi z uczynków miłosierdzia; jeśli będziemy zmuszeni powiedzieć z prawdą: „Panie, domagam się nieba; lecz nigdy nie przyodziałem nagiego; nigdy nie nakarmiłem głodnego; nigdy nie podźwignąłem zwieszonej głowy chorego i strapionego" — Chrystus Pan odpowie i powie: „Idźcie precz ode Mnie! Nie znam was; nie rozpoznaję was. Byłem głodny, a nie chcieliście karmić Mnie w moim głodzie; byłem nagi, a nie chcieliście mnie odziewać w mej nagości; byłem spragniony i chory, a nie chcieliście mi ulżyć ani pocieszyć mnie w mej chorobie." I potępieni odpowiedzą: „Panie, nigdy nie widzieliśmy Cię głodnym, nagim ani chorym." I wtedy po raz jeszcze zawoła ubogich i powie: „Oto ci; tym odmówiliście waszego miłosierdzia, waszej litości, waszej miłości; i przysięgam wam, że jak jestem Bogiem, w dniu, gdy odmówiliście im pociechy, pomocy i ulgi, odmówiliście tego Mnie. Dlatego nie ma dla was nieba." Złotym kluczem, otwierającym bramę nieba, jest klucz miłosierdzia; dlatego powie On: „Ile razy jesteście miłosierni dla ubogich, jesteście miłosierni dla Mnie. Powiedziałem: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią."
Któż zatem spośród was, wierząc w te rzeczy, nie widzi od razu, że nie ma prawdziwej wiary, która by nie rozpoznawała Chrystusa w Jego ubogich i nie niosła im pomocy z czcią; kto nie widzi, że jego nadzieja zbudowana jest na więzach, jakie zawiązane są między nim a ubogimi Bożymi? Tak oto z tej wiary i z tej nadziei tryska miłosierdzie, którym musimy im nieść ulgę. Zauważcie teraz, jak pięknie wszystko to jest zorganizowane w Kościele katolickim. W Piśmie Świętym — w Pieśni nad Pieśniami Salomona — znajduje się osobliwe wyrażenie, gdzie oblubienica Króla — to jest Kościół Boży — mówi między innymi: „Pan mój i Król mój zorganizował we mnie miłość." *Ordinavit in me caritatem.* Tak więc nie jest to przelotny błysk entuzjazmu — nie jest to chwilowe uczucie życzliwości, poruszone widokiem ich nędzy, które oddziaływuje na Kościół katolicki; lecz są to te obietnice i te zasady wiary chrześcijańskiej, rozpoznające kim i czym są ubodzy, oraz nasza nadzieja chrześcijańska, budująca wszystkie warunki swojej przyszłej chwały na tym fundamencie. Dlatego właśnie w Kościele katolickim jedynie znaleźć można wielkie, zorganizowane miłosierdzie świata. Nigdzie poza jego obrębem nie znajdziecie zorganizowanego miłosierdzia. Można znaleźć piękny i wspaniały wybuch litości tu i ówdzie, jak gdy bogaty człowiek umiera i zostawia może pół miliona dolarów na założenie szpitala. Lecz jest to wyjątek, moi drodzy przyjaciele; jak gdy jakaś wielka dama, wspaniałomyślna sercem i umysłem — jak na przykład Florence Nightingale — poświęca się ubogim; wchodzi do szpitali i infirmerii dla rannych. To wyjątkowy przypadek, odpowiadam. Jeśli wyjdziecie poza granicę owego pięknego i wspaniałego współczucia, które płynie w tak wielu sercach, i uczynicie jeden krok dalej w zimną atmosferę politycznej lub państwowej dobroczynności, nie ma tam żadnego śladu miłosierdzia; staje się ono ekonomią polityczną. Państwo uważa, że bardziej opłacalne jest zbieranie ubogich z ulic i zaułków, zabieranie ich z łóżek chorobowych, przenoszenie do domów dla ubogich i szpitali, i tam — przytłaczanie ich nędzną litością, która protektoruje, czyniąc ze swoich darów przekleństwo, a nie błogosławieństwo, łamiąc serce, podczas gdy ulżywa ciału. Takie jest „miłosierdzie Państwa." Pamiętam, jak niegdyś w mieście Dublin otrzymałem wezwanie do chorego. Miałem odwiedzić biedną kobietę. Poszedłem i znalazłem w bocznej uliczce miasta, pokoik na poddaszu. Wdrapałem się na górę. Zastałem tam, bez przesady, cztery gołe ściany i kobietę siedemdziesiąt pięć lat mającą, okrytą kilkoma sponiewieranymi łachmanami i leżącą na gołej podłodze; nie miała nawet odrobiny słomy pod głową. Poprosiłem o kubek, by dać jej trochę wody. Nie było takiej rzeczy; i nie było nikogo, kto by jej podał. Musiałem wyjść i żebrać u sąsiadów, aż dostałem kubek zimnej wody. Przyłożyłem go do jej konających ust. Musiałem uklęknąć na tej gołej podłodze, by wysłuchać spowiedzi tej konającej kobiety. Śmierć kładła na niej swą rękę. Jaka była jej historia? Była matką sześciorga dzieci; dama, wychowana po damsku; dama, która zaczęła swą życiową drogę w dostatku i wygodzie. Sześcioro dzieci dorosło. Jedne się pobrały; inne wyemigrowały; inne pomarły. Lecz słaba i stara matka pozostała sama i najwidoczniej zapomniana. A teraz dosłownie umierała nie tylko na gorączkę, która ją trawiła, lecz z głodu! Gdy klęczałem tam na podłodze i unosiłem w dłoniach jej starą, siwą głowę, rzekłem do niej: „Pozwólcie mi, na miłość Bożą, zabrać was do przytułkowego szpitala; będziecie mieć przynajmniej łóżko do leżenia!" Odwróciła się i spojrzała na mnie. Dwie wielkie łzy spłynęły z jej konających oczu, gdy rzekła: „O, że dożyłam tego, by słuchać, jak katolicki ksiądz mówi mi o przytułku!" Poczułem, że niemal złamałem to stare serce. Na kolanach prosiłem ją o przebaczenie. „Nie" — powiedziała — „pozwólcie mi umrzeć w spokoju!" I tam, gdy klęczałem przy jej boku, jej utrapiony i skruszony duch odszedł do Boga; lecz piętno „miłosierdzia Państwa" jej nie dotknęło.
Teraz, przechodząc z tej zimnej i złowrogiej atmosfery ekonomii politycznej przez czystsze i łagodniejsze powietrze życzliwości, miłosierdzia i czułości — których tyle jest nawet poza Kościołem — wchodzimy w progi Kościoła katolickiego. Tam, pośród różnorodnych piękności — pośród „poświęconych postaci urody", którymi Chrystus przyozdobił swój Kościół — znajdujemy złotą szatę zorganizowanego miłosierdzia. Znajdujemy tam, że do jego służby i jego sprawy oddani są najwznioślejsi, najlepsi i najczystsi. Znajdujemy tam, że zadbano o każdą postać nędzy, którą ręka Boża, złość ludzka lub własne błędy mogą sprowadzić na ubogich. Dziecko nieszczęścia błąka się po ulicach miasta, marnując swoje młode serce, zatruwając samo powietrze, którym oddycha — żywy grzech! Widok jej jest grzechem — myśl o niej jest śmiercią — dotknięcie jej ręki jest niepokalowaną skalą! Żaden człowiek nie może spojrzeć na jej twarz i żyć! W chwili Bożego współczucia, zaciemnione i grzeszne serce poruszone jest, by odwrócić się do Boga. Ze łzami pokutnicy na jej młodej i grzesznej twarzy, zwraca się ku bramom Kościoła; i tam, u samego progu przybytku Bożego, znajduje sam ideał czystości — najwyższe, najwspanialsze, najszlachetniejsze spośród dzieci Kościoła. Kobieta, która nigdy nie znała skalania złą myślą — kobieta, której dziewicze łono nie zostało nigdy zaciemnione cieniem myśli grzesznej — kobieta oddychająca czystością, niewinnością, łaską — przyjmuje kobietę, której oddech jest zarazą piekielną! Krańce się spotykają. Maryja Dziewica bierze za rękę Marię Magdalenę; i w zorganizowanym miłosierdziu Kościoła Bożego pokutnica wchodzi, by być zbawioną i uświęconą.
Biedny człowiek, stargany i złamany ubóstwem, wystawiony w codziennej pracy na wiatry i deszcze niebieskie, z opadającym zdrowiem i zwieszoną głową, kładzie się, by umrzeć. Tam, przy jego łóżku, stoi żona, a wokół niej gromadka małych dzieci. Zależni są od jego codziennej pracy na chleb powszedni. Teraz ta ręka, która pracowała dla nich tak długo i tak miłująco, jest przykuta i sparaliżowana przy jego boku. Teraz jego konające oczy zasmuca widok ich nędzy. Uszy ma wypełnione krzykiem maluchów domagających się chleba. Rozpacz ich losu przybywa zatruć jego konające chwile. Spogląda z tego łoża śmierci na ponury świat. Widzi żonę swego łona oddaną do celi nędzarza, by czekać nędzarskiego grobu; a dla tych niewinnych twarzy, które go otaczają, nie widzi żadnej przyszłości prócz przyszłości ciemnoty i przestępstwa; kary bez nadziei poprawy i utraty ich dusz w wielkiej masie przestępstw i niegodziwości świata. Lecz gdy tak smutnie dumał, pogrążony w smutnych i rozpaczniczych myślach, jaka to postać przekracza próg i rzuca swój cień na podłogę izby? Kto to wchodzi cicho, skromnie, milcząco, zasłonięty i zakryty jak istota nieba, nie ziemi? Podnosi oczy i dostrzega łagodne i spokojne oblicze Siostry Miłosierdzia, z którego jaśnieje czystość przemieszana z Bożą miłością. Teraz promień słońca Bożego wpada w ciemność jego rozpacznycznej duszy. Teraz słyszy głos niemal tak łagodny, niemal tak czuły, niemal tak potężny jak głos Tego, który szepnął w ucho Wdowy z Naim: „O niewiasto, nie płacz więcej!" I ona mówi mu, by się nie lękał: że jej kobieca ręka zapewni ochronę jego dzieciom — i wychowanie, łaskę, cnotę, niebo i Boga. Pamiętam, jak wezwany byłem do odwiedzenia pewnego człowieka, takiego jak starałem się wam opisać. Siedmioro małych dzieci było w domu. Była tam kobieta — matka tych dzieci, żona tego, który tam umierał. Dwa lata wcześniej człowiek ten spadł z rusztowania i był tak rozbity, że doznał paraliżu; i przez dwa lata leżał na tym łóżku, głodując i konając zarazem. Kiedy wezwano mnie do odwiedzenia go, przemówiłem do niego o miłosierdziu Bożym. Spojrzał na mnie ponurym i rozpacznições okiem. „To pierwszy raz" — rzekł — „że przyszedłeś do mego łoża." Rzekłem: „Przyjacielu, to pierwszy raz, gdy wiedziałem, że jesteś chory. Gdybym wiedział, byłbym przyszedł wcześniej." „Nikt" — taką była jego odpowiedź — „nikt nie troszczy się o mnie. A wy przychodzicie teraz mówić mi o miłosierdziu Bożym! Leżę na tym łożu od ponad dwóch lat. Przez te dwa lata widziałem, jak ta kobieta i jej dzieci głodują. I mówicie mi, że jest ponad mną Bóg miłosierdzia!" Zrozumiałem od razu, że mam do czynienia z przypadkiem, z którym sam sobie nie poradzę. Natychmiast opuściłem dom i udałem się wprost do pobliskiego klasztoru Sióstr Miłosierdzia. Tam poprosiłem Przełożoną, na miłość Bożą, by wysłała jedną lub dwie zakonnice do tego domu. Poszły. Nazajutrz go odwiedziłem. O, jaką zmianę zastałem! Już nie dull oko rozpaczy. Spojrzał śmiało i radośnie z łoża boleści, już nie szemrząc przeciw miłosierdziu Bożemu, lecz z głębią wdzięczności serca pełnego uznania. „O" — powiedział — „jestem tak szczęśliwy, Ojcze, że wezwałem was — nie tyle dla tego, co sami możecie dla mnie zrobić; ale że przysłaliście mi dwa anioły Boże z nieba! Przyszły do mego domu; i po raz pierwszy od dwóch długich lat nauczyłem się mieć nadzieję; żałować za brak poddania; i powrócić z miłością do Boga, którego ośmieliłem się wątpić!" Następnie złożył spowiedź i przygotowałem go na śmierć. Był cierpliwy i poddany; i w swoich ostatnich chwilach, gdy głos mu zanikał — gdy głos stawał się głosem odchodzącego ducha — jego ostatnie słowa były: „Przysłaliście do mnie anioły Boże, a one powiedziały mi, że gdy będę w grobie, będą matkami dla moich dzieci!" O, piękny i wspaniały Kościele, który tak dobrze wie, jak pocieszać strapionych, opatrywać rany łamiącego się serca, podnosić zmęczoną i zwieszoną głowę. Każda postać ludzkiej nędzy, każda postać udręki — czy zesłana przez Boga jako przestroga lub próba, czy wynikająca z własnych nadużyć i głupoty ludzkiej i jako kara za ich grzechy — każda postać ludzkiej nędzy i ucisku, skoro tylko zostanie dostrzeżona, jest łagodzona i uśmierzana przez najłagodniejsze, najczulsze, najsłodsze działanie — dotknięcie Boga przez Jego poświęcone Mu dusze. I zdaje się cierpiącemu, jakoby słowo obietnicy mającej dopiero nadejść spełniało się już w czasie — słowo, które mówi: „Sam Pan otrze wszelką łzę z oczu swoich wybranych, i nie będzie już więcej płaczu, ani smutku, ani żadnego bólu, bo pierwsze rzeczy przeminęły."
I tak oto, moi przyjaciele, widzimy, jak pięknie zorganizowane jest miłosierdzie w Kościele katolickim. Ani jeden grosz waszego miłosierdzia nie zostaje zmarnowany. Każdy halerz, który złożycie, wydany będzie mądrze, rozważnie i rozciągnięty do najdalszych granic swojej użyteczności w służbie ubogich i strapionych Bożych. I by ubodzy nie czuli się upokorzeni, kiedy otrzymują pomoc, by nie doznawali bólu w swoich uczuciach, kiedy są pocieszani doczesną jałmużną, która im jest hojnie udzielana, Kościół Boży, z mądrością ponadludzką, wyznacza na swoje sługi ubogich tych, którzy dla miłości Chrystusa sami stali się ubodzy jak oni. Patrzcie na te zakonnice! Są córkami świętego Franciszka. Siedemset lat temu, niemal, w mieście Asyż, w Umbrii, we Włoszech, pojawił się człowiek tak przepełniony słodką miłością do Chrystusa — tak przeniknięty duchem Syna Bożego, który stał się człowiekiem — że w uniesieniu jego modlitwy dane mu zostały *stygmaty* — znaki gwoździ na rękach i stopach, cierni na czole, ran na boku Odkupiciela — dane zostały Franciszkowi z Asyżu. Ludzie patrzyli na niego i cofali się w widoku tym, oddając chwałę Bogu, że dostrzegłi przebłysk Jezusa Chrystusa na ziemi. Był jedynym świętym, o którym czytamy, że bez otwierania ust, jedynie przychodząc i przechodząc ulicami miasta, wzruszał do łez czułości i Bożej miłości wszystkich oczy, które go oglądały; i „głosił Chrystusa i Jego ukrzyżowanie" jedynie przez ukazywanie się ludziom. Oto córki tego świętego, dziedziczące jego ducha; a on jest w Kościele samym wzorcem świętego Bożej i religijnej ubóstwo. Nie chciał mieć sandała na stopie. Nie chciał mieć drugiej szaty. Nie chciał mieć w swojej torbie zapasów nawet na jutro; lecz czekał, jak prorok starożytny, że przyjdą do niego od Boga, z rąk jego dobrodziejów — wzorzec świętego ubóstwa; i dlatego spośród wszystkich innych najbardziej oddany w sobie i w swoich dzieciach ubogim Boga. Gdy powstał projekt zniszczenia zakonów religijnych we Włoszech i uchwalenia ustawy, która by nie pozwalała mnie, dominikanowi, ani tym zakonnicom, franciszkankom, mieszkać w kraju — jak gdyby szkodziło to komukolwiek; jak gdyby nie czyniliśmy wszystkiego, co w naszej mocy, by ratować i służyć wszystkim ludziom — Cesare Cantu, sławny historyk, wstał na zgromadzeniu i rzekł: „Panowie! Zanim uchwali się to prawo, znoszące wszystkich zakonnych mężczyzn i kobiety w tym kraju, zastanówcie się przez chwilę. Jeśli którykolwiek z was z jakiegoś kaprysu fortuny zbiednieje; jeśli którykolwiek z was w tej oświeconej epoce zmuszony będzie prosić o chleb powszedni; czy nie byłoby wam wstyd? Czy nie czulibyście się poniżeni, gdybyście musieli pójść do swego bliźniego i prosić go o jałmużnę? Ja, gdyby Bóg dotknął mnie ubóstwem, czułbym to jako poniżenie. Lecz nie czułbym poniżenia, gdybym poszedł do dominikanina lub franciszkanina i poprosił go, brata żebraka, by podzielił się ze mną chlebem."
Wypada, by głos mówiący do was tego wieczoru — choć pochodzi od kogoś noszącego habit świętego Dominika — mówił do was językiem świętego Franciszka z Asyżu, który był serdecznym przyjacielem wielkiego Dominika Guzmana. Zjednoczeni w życiu i w miłości, jak byli Ojcowie, ich dzieci zjednoczone są w tej duchowej miłości, która jest dziedzictwem poświęconych Bogu na ziemi. I dlatego jest mi przywilejem i chwałą mówić do was tego wieczoru w imieniu moich sióstr franciszkanek. A jednak nie w ich imieniu mówię, lecz w imieniu ubogich; ani w imieniu ubogich, lecz w imieniu Chrystusa, który utożsamia się z ubogimi; ani w Jego imieniu, lecz w waszym własnym; widząc, że wszystkie wasze nadzieje na chwałę nieba powiązane są z ubogimi, o których mówię. Waszą chwałą i chwałą tego szczególnego miłosierdzia jest to, że był to pierwszy szpital założony w tym Stanie; że w czasie gdy ludzie, skupiając swoje energie na gromadzeniu bogactw, pochłonięci swoimi interesami, usiłując piętrzyć nagromadzenia i zbierać dostatki i wielkie posiadłości, nigdy nie myśleli o swoich ubogich; lub jeśli ubodzy natrętnie się narzucali, spychali ich ze swej drogi i mówili im, by się oddalili; wówczas przyszedł Kościół Chrystusowy pośród was. Nie szukał pieniędzy, ani ziemi, ani posiadłości. Przyniósł te ubogie zakonnice, ślubujące ubóstwo, gardząc wszystkimi rzeczami tego świata i zostawiając je za sobą; zbudował swój szpital dla chorych; przywiódł swe dzieci świętego Franciszka z Asyżu, by im służyły, w miłosierdziu, w wierze i nadziei; i w łagodności Bożej miłości tej nocy franciszkanki mówią wam: „Błogosławiony, który rozumie potrzebę ubogiego i nędzarza!"
Mam nadzieję, że rzuciłem trochę światła do umysłu choćby jednego spośród was tego wieczoru i pozwoliłem mu zobaczyć, jak błogosławiony jest człowiek, który zna swoją powinność wobec ubogich i nędzarzy. Mam nadzieję, że ci, którym moje słowa nie dają światła, znajdą przynajmniej zachętę do wytrwania. Wytrwajcie, katolicy z Hoboken i Jersey City, w utrzymywaniu tych Sióstr, w napełnianiu ich rąk waszymi dobrodziejstwami, w umożliwianiu im trwania na ich cichej, lecz chwalebnej drodze miłosierdzia i łaski. Wiem, że zachęcając was w ten sposób, wspieram najlepsze interesy waszych dusz; i że grosz, który dzisiaj dacie, który mógłby być dany na rozrywkę lub grzech — wróci do was pewnego dnia w postaci korony — korony chwały, która zostanie złożona na waszych głowach na zawsze i na wieki, przed Tronem Bożym, z rąk ubogich Chrystusowych. Po raz jeszcze mówię wam: czy usłyszycie głos z Tronu: „Cokolwiek czynicie ubogim, Mnie to czynicie!"? O, niechaj Bóg ześle swego anioła miłosierdzia! Niechaj duch Jego miłosierdzia oddycha pośród nas! Niechaj miłosierdzie, które kieruje waszą łaską — miłosierdzie tryskające z oświeconej i czystej wiary i z prawdziwej i trwałej nadziei — przyniesie wam waszą nagrodę; tak iżby w dniu, gdy Wiara zaginie z czasem — gdy Nadzieja zaginie, bądź w radości, bądź w smutku — bądź w posiadaniu nieba, bądź w rozpaczy piekła — abyście w ów dzień, gdy po raz pierwszy ujrzycie odsłoniętą chwałę Zbawiciela, mogli zawołać: „O Chryste, ze wszystkich piękności Bożych prawdą jest: »największa jest Miłość.«"