*Kazanie wygłoszone przy poświęceniu organów w kościele Matki Bożej Gwiazdy Morza w Dublinie, w niedzielę 4 września 1859 r.*
Ojciec Święty mówi nam, że dobry Samarytanin, wspomniany w dzisiejszej Ewangelii, jest figurą Jezusa Chrystusa — Odkupiciela, Odnowiciela, Pocieszyciela — a ubogi człowiek zraniony, którego On znalazł przy drodze, oznacza naszą naturę ludzką, którą przyszedł uleczyć, i którą zastał przy drodze ograbioną i wyzutą z jej najcenniejszych darów, leżącą bez sił po upadku i niezdolną powstać, zranioną i krwawiącą od skutków grzechu, umierającą śmiercią, co nie dawała żadnej nadziei przyszłej radości, lecz otwierała jedynie na wieczny smutek. I Pan nasz Jezus Chrystus pochylił się nad tym zranionym człowiekiem i przybliżył się do niego, kiedy przyjął na siebie naszą naturę. Zbadał rany i obwiązał je, zalewając je winem i oliwą, przynosząc tym pociechę i wlewając nowe życie i siłę przez same te rany, z których wyciekała krew życia człowieczego. Dotknął serca; przywrócił duszy moc i ożywienie; oddał życie, przykładając się do ciała — owszem, do tych właśnie jego części, które były najgłębiej zranione. Tak oto rany, które przedtem były przyczyną śmierci, stały się teraz sposobnością do życia; te, z których wypływała krew sercowa, uczynione zostały kanałami, przez które wpływa życiodajne wino i oliwa; i człowiek zbawiony zostaje za sprawą tych samych ran, przez które był zgubiony. Jest w tym wszystkim tajemnica. Nie bez powodu święci Ojcowie tak jednogłośnie odnoszą do naszego błogosławionego Odkupiciela przypowieść o „Dobrym Samarytaninie". Dostrzegli w tej przypowieści wierne odwzorowanie
Bożych poczynań wobec człowieka w wielkim dziele odkupienia. Bo, bracia moi, człowiek odwrócił się od Boga przez zmysły; wolał rozkosze zmysłów i rzeczy zmysłowych od świętego prawa Bożego; a gdy Bóg Wszechmogący ukarał człowieka za jego grzech — pozbawiając go pierwotnej łaski i niewinności — przekleństwo spadło w znacznej mierze właśnie na te zmysły, które zbuntowały się przeciw rozumowi i stały się największą przeszkodą oraz przekleństwem dla człowieka, odwodząc go od służby, a nawet od poznania prawdziwego Boga i wtrącając go w wszelkie otchłanie zbrodni i błędu. Zmysły człowieka uległy zmianie. Oko człowieka przed upadkiem było czyste: „a byli oboje nadzy, Adam i żona jego, i nie wstydzili się". Patrzył na oblicze Boże i rozmawiał z Nim. Ucho człowieka przed upadkiem radowało się, słysząc głos Boga, i z zachwytem wsłuchiwało się w harmonijną muzykę aniołów w gajach Edenu; lecz po upadku rzekł do Pana: „Usłyszałem głos Twój i zlękłem się". I z biegiem czasu, wciąż unosząc się zmysłami, „zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy zniszczalnego człowieka, ptaków, czworonogów i gadów" — a to dlatego, że „Bóg wydał ich na łup przewrotnego umysłu". Zmysły człowieka były tedy wielkimi otwartymi ranami, przez które niszczona była jego dusza i odbierane mu prawdziwe życie. Lecz gdy przyszedł Pan Jezus — dobry Samarytanin — wlał oliwę i wino swojej łaski w duszę człowieka właśnie przez te same zmysły; przyłożył się do ran człowieka; i dlatego właśnie wiara, będąca korzeniem usprawiedliwienia, pochodzi ze słuchania; a łaska sakramentalna, przez którą jedynie możemy być zbawieni, wlana jest w duszę za zewnętrznym pośrednictwem rzeczy zmysłowych. Sama natura człowieka tego wymaga; tak bowiem ścisły jest moralny związek duszy z ciałem w człowieku, że niepodobna dotrzeć do duszy inaczej, jak przez zmysły ciała; jeśli chcesz oddziałać na umysł człowieka i poruszyć jego serce — ku dobru lub ku złu — musisz odwołać się do jego zmysłów cielesnych. Sam Bóg szanuje własne Boskie urządzenie w tej mierze, czyniąc ze zmysłów zwyczajne kanały swych najwyższych łask; a Kościół Boży — jedyny prawdziwy tłumacz Jego woli — którego posłannictwem jest podnosić upadłego człowieka ku Bogu, oczyszczać i zachowywać jego duszę oraz czynić go doskonałym przez miłość, posługuje się wszystkim, co uderza i porywa zmysły, aby przez to dotrzeć do duszy człowieka, poruszyć jego serce
i złożyć Bogu hołd całego stworzenia, zarówno ciała, jak i duszy. To właśnie wyjaśnia nam, dlaczego Kościół katolicki posługuje się tak wielką zewnętrzną wspaniałością w swoich obrzędach. Światła i ozdoby ołtarza, szaty kapłanów, dym kadzidła, rozbrzmiewające dźwięki organów, wyniosła kopuła, wdzięczne łuki, obrazy i posągi — wszystko to Kościół przeznaczył jako środki, by dotrzeć do serc i dusz swych dzieci, pouczając, uszlachetniając, poruszając i urzekając ich zmysły. Posłannictwem Kościoła w tym świecie jest pozyskiwanie człowieka dla Boga; aby tego dokonać, musi brać człowieka takim, jakim jest, i postępować z nim stosownie do jego natury, prowadząc go od rzeczy naturalnych ku nadprzyrodzonym — od rzeczy zmysłowych ku duchowym — od rzeczy stworzonych ku niewidzialnym rzeczom Bożym i ku poznaniu „Jego odwiecznej potęgi i bóstwa". Musi zwrócić ku Bogu wszystkie władze duszy człowieka, wszystkie uczucia jego serca; i dlatego porywa wszystko, co jest piękne na tym świecie, i poddaje to temu wielkiemu celowi. Stąd też sztuki piękne zawsze znajdowały w Kościele katolickim swą najhojniejszą opiekę, jak tam właśnie znajdowały swe najwyższe natchnienie. Malarstwo i rzeźba były wyłącznie jej własnością, dopóki duch herezji szesnastego wieku nie obrócił ich ku grzesznej służbie tego świata — i wówczas upadły, nie znajdując w swych nędznych naśladowaniach pogaństwa niczego, co by mogło im wynagrodzić porzucone piękno chrześcijaństwa. Wszakże malarstwa i rzeźby nie można właściwie nazwać dziećmi Kościoła, choć on je uświęcił, udoskonalił i wywyższył. Kwitły one w dawnych czasach i oglądały je w całej chwale Grecja i Rzym. Lecz jest inna ze sztuk pięknych, którą Bóg zdaje się był uświęcił w szczególny sposób na służbę przybytku i którą można nazwać w szczególności dziecięciem Kościoła — i tą sztuką jest muzyka. Czytamy tedy, że gdy król Dawid wprowadził Arkę Bożą do miasta Syjon, „przemówił do przełożonych lewitów, aby wyznaczyli spośród swoich braci śpiewaków z instrumentami muzycznymi — to jest na psałteriach, harfach i cymbałach, aby radosny głos wznosił się ku górze"; i znowu, gdy Salomon poświęcał świątynię, czytamy, jak „lewici z synami swymi i braćmi grali na cymbałach, psałteriach i harfach, a z nimi stu dwudziestu kapłanów
grało na trąbach; i gdy wszyscy razem grali, i trąbami, i głosem, i cymbałami, i organami, i rozmaitymi instrumentami muzycznymi, i podnosili głos ku górze, słyszany był daleki dźwięk, tak że gdy zaczęli chwalić Pana i mówić: ,Wysławiajcie Pana, bo jest dobry, bo na wieki miłosierdzie Jego', dom Boży napełnił się obłokiem". I tak przez następne wieki słyszany był w wielkiej świątyni jerozolimskiej dźwięk cymbałów i organów, i głos śpiewaków; lecz gdy świątynia i naród zostały jednakowo zniszczone, a smutny Jeremiasz opłakiwał ich zagładę, taki był refren jego pieśni: „Starcy przestali zasiadać w bramach, młodzieńcy — wyśpiewywać swe pieśni; przeto serce nasze jest smutne, przeto oczy nasze pociemniały". A gdy Kościół, wielki cywilizator świata, przystąpił do budowania społeczeństwa i odtwarzania cywilizacji na gruzach czasów i rzeczy, które przeminęły, znalazł wśród szczątków dawnego społeczeństwa arcydzieła malarstwa, rzeźby i architektury, lecz po muzyce tamtych czasów nie pozostało mu nic prócz mglistej i niejasnej tradycji. Ale ponieważ muzyka jest w szczególny sposób nauką duszy, chrześcijaństwo, które otworzyło duszy człowieka jej właściwy przedmiot i tym samym wywyższyło i rozszerzyło duszę, rychło wzbudziło natchnienie muzyczne — i w mrocznych katakumbach rozległy się śpiewy, które zachwycały rozkoszą nawet uszy pogańskie; bo gdy rozbrzmiewały organy, słyszany był anielski głos Cecylii i śpiewano Panu pieśń nową, a chwała Jego była w Kościele świętych. A gdy skończyły się prześladowania i Kościół wyszedł z katakumb, by rozlać się po ziemi, we wszystkich sztukach ukazały się nowe formy piękna, a muzyka chrześcijańska była tak słodka, że — jak sam o sobie opowiada święty Augustyn — przenikała serca i poruszała dusze swych słuchaczy.
Lecz nadchodziła wielka rewolucja. Miliony barbarzyńców runęły z północy Europy i Azji, niszcząc wszystko przed sobą. Zmiotły ostatnie ślady dawnego pogaństwa i dawnej cywilizacji, i tylko jedna potęga zdolna była im się oprzeć, a ostatecznie wchłonąć je w siebie — i tą potęgą był Kościół chrześcijański, który nawrócił ich i ucywilizował. W owych dniach zagłady i klęski sztuki i nauki, podobnie jak literatura starożytna, ocalały dzięki Kościołowi; schroniły się na jego łono i przez tysiąc lat znajdowały przytułek w jego klasztorach. Wówczas to malarz, i architekt, i muzyk, podobnie jak uczony w piśmie i literat, skupiali się w jednej osobie mnicha. Wówczas papież święty Grzegorz, sam będąc mnichem, stworzył owe pełne żalu, a przecież majestatyczne śpiewy, które noszą jego imię; wówczas głośne hosanna toczyło się przez długie nawy, które wzniósłszy bracia-architekci, a pełna fala świętej pieśni wzbierała przez owe cudowne kościoły i klasztory średniowieczne, których porośnięte bluszczem ruiny do dziś budzą nasz podziw i wzruszają nas do łez. I tam znużony krzyżowiec, wyczerpany wojnami na Wschodzie, posilał duszę świętą pieśnią, a o północnej godzinie przychodził pyszny, dziki baron na jutrznię i tam wsłuchiwał się w czułe dźwięki organów, tak wprawnie dotykane ręką benedyktyna, aż w samych głębiach swojej duszy wzruszał się ku pokorze chrześcijańskiego żalu i bohaterstwie chrześcijańskiego przebaczenia. Tak dalece muzyka, w rękach Kościoła, służyła swemu najwyższemu i najświętszemu celowi; lecz gdy w szesnastym wieku heretycki duch epoki wkroczył w obszar Kościoła, ta szlachetna nauka też uległa zepsuciu i skierowana została ku innym, niższym celom. Doznała, prawda, wielu wielkich rozwinięć, ale wszystkie były dla tego świata, a nie dla Boga. Cymbał i harfa nie służyły już tylko do rozpalania w duszach ludzkich wzniosłych i świętych uczuć; słodycz głosu ludzkiego nie śpiewała już wyłącznie o Bogu; muzyka ziemi przestała być echem harmonii nieba; a tylko rozkosz zmysłów, i rozpalanie ludzkich namiętności oraz złych pożądań, i celebrowanie ziemskiej wielkości, i często odgrywanie grzechu i hańby stało się celem i przeznaczeniem tej szlachetnej i zrodzonej w niebie sztuki. Cała potęga muzyki pozostała, ale stała się światową, i przeto przeniknięta jest przekleństwem, którym świat był przeklęty. Jest ona dzisiaj jednym z najpotężniejszych narzędzi w rękach szatana, prowadzącym dusze do rozproszenia i marności tego złego świata. Lecz pośród tego wszystkiego złego istnieje jeden instrument muzyczny, który dochował wierności swemu wzniosłemu powołaniu i nie poddał się frywolnościom — i jest nim właśnie ten, który jest królem instrumentów muzycznych nowych czasów — organ. Spośród wszystkich innych instrumentów organ był (jeśli wolno mi użyć tego wyrażenia) urodzony w Kościele i dla celów kościelnych; i ze względu na swą samą istotę i powagę swojego piękna świat nie zdołał wyrwać go ze świątyni. Nie raczy użyczać się do lekkich, światowych celów; jego głosu nie słychać w pozłacanym teatrze ani w błyszczącym salonie; lecz jego potężne, natchnione dźwięki mieszają się teraz, jak dawniej, z modlitwą i ofiarą i wznoszą się ku niebu wraz z dymem kadzidła i uniesieniami miłości religijnej. A ponieważ muzyka bardziej niż jakakolwiek inna rzecz zmysłowa porusza serce i podnosi i wznosi duszę, organ jest koniecznym i nieodzownym dopełnieniem Kościoła katolickiego. Wielki bowiem cel katolickiego nabożeństwa polega na wchłonięciu całego człowieka — ciała i duszy, umysłu i uczuć — i wprowadzeniu go w obecność Boga. Jezus Chrystus jest prawdziwie i cieleśnie obecny, i dlatego rzucamy się na kolana nie tylko naszymi umysłami, lecz i ciałami przed Nim. Wielki zatem organ, tak różnorodny, a przecież tak harmonijny, jest symbolem mistycznego ciała Chrystusa, to jest wiernych. Organ zbudowany jest z mnóstwa różnych nut, piszczałek i rejestrów — z których każda różni się od drugiej, a jednak wszystkie zlewają się w jedną słodką i uroczystą harmonię; i tak katolickie zgromadzenie złożone jest z mnóstwa chrześcijan, różniących się między sobą myślami, upodobaniami, stanem życia; poglądami i dążeniami doczesnymi; wiekiem i obyczajem; a jednak z tych wszystkich rozmaitych składników wyrasta jeden uroczysty akt czci, gdy zlewają się razem w jedności wiary i w jednomyślnym głosie chwały. Wchodzą do kościoła, przynosząc ze sobą swoje światowe troski i rozproszenia: młodzi — pełni myśli o marności, która ich otacza i która wydaje im się tak prawdziwa i miła; starzy — ugięci pod swymi niemocy i pochłonięci sobą; bogaci — z myślami może o ambicji albo o tym, jak zdobyć jeszcze więcej; ubodzy — z niezadowolonymi sercami i niecierpliwymi rozmyślaniami o codziennych potrzebach; i tak klękają przed ołtarzem. I oto rozbrzmiewa muzyka, a miękkie, wysokie dźwięki organów unoszą się w powietrzu niby oddech aniołów i wkradają się potężnie, a prawie niezauważalnie w rozproszone uszy i serca otoczenia, zbierając ich błąkające się myśli; i muzyka narasta, i wzmagając się w swej sile, napełnia święty dom, aż samo powietrze drżyc zaczyna, i serca ludzkie biją szybciej, i głowy się schylają, i łzy płyną, i serca i dusze są wzruszone; i troski, i rozproszenia, i niedola, i myśl o sobie pójdą w zapomnienie; i wspaniały organ dobrze wykonał swoje dzieło — bo teraz wszyscy pochłonięci są w obecności żywego Boga. Nie przesadziłem tu opisując potęgę muzyki instrumentalnej jako środka poruszającego duszę i wprowadzającego ją w obecność Boga. Bo, najmilsi bracia, istnieje dziwne i potężne połączenie między duszą ludzką a muzyką. Ponieważ dusza jest duchem, a muzyka ze wszystkich piękności i rozkoszy zmysłowych najbardziej zbliża się do warunków czystego ducha, można powiedzieć, że jest językiem duszy; dusza ją najszybciej i najlepiej rozumie; uspokaja duszę niespokojną — łagodząc jej pokój i pomnażając jej radość. Tak oto stwierdzamy, że gdy Saul, król Izraela, nękany był przez złego ducha, „Dawid wziął harfę i grał ręką swoją, i Saul był orzeźwiony i czuł się lepiej, bo zły duch odstąpił od niego". Święta Hildegarda, której proroctwa i widzenia zatwierdzone zostały przez Kościół, mówiąc o duszy ludzkiej, powiada: „dusza jest harmonią". I zapewne dusza człowieka, jaką wyszła pierwotnie z rąk Bożych, podobna jest do pięknego instrumentu muzycznego, na który Bóg sam tchnął, aby tu wracał do Niego nieustannym hymnem chwały, dopóki głos jej nie zjednoczy się w niebie z głosem aniołów; bo Pismo Święte i święci Ojcowie lubią opisywać królestwo niebieskie jako mieszkanie wiecznej harmonii i pieśni radości: gdzie dusze dziewic „śpiewają nową pieśń Barankowi"; gdzie dusze sprawiedliwych udoskonalone wiecznie śpiewają: „Święty, święty, święty, Pan Bóg Zastępów"; i skąd z tronu Bożego płyną upajające dźwięki, a samo powietrze jest muzyką. „Widziałam" — powiada święta Hildegarda w widzeniu, które nazywa „Symfonią Najświętszej Maryi Panny" — „widziałam powietrze nader czyste, w którym słyszałam urzekającą harmonię dźwięków muzycznych; harmonie radości z wyżyn, zgodne brzmienia różnych głosów, koncerty dusz, które wytrwale i mocno trwają w miłości prawdy". Gdy święta Maria Magdalena usunęła się na pustynię, słyszała codziennie przez lat czterdzieści głosy anielskie wylewające bogactwo swej harmonii w hymnach ku czci Bożej. A gdy najchwalebniejsza dusza Królowej Niebios opuściła tę ziemię, Apostołowie czuwający przy Jej grobie słyszeli przez trzy dni i trzy noce głos zastępów anielskich, a gdy muzyka umilkła, otworzyli grób, ale dziewiczego ciała tam nie było — spoczywało już na najwyższym tronie w niebie po Bogu, dokąd Niepokalana była niesiona pośród triumfalnych pieśni dziewięciu chórów anielskich. „I gwiazdy poranne chwaliły Pana razem, i wszystkie duchy Boże wydały okrzyk radości". Ze Pisma Świętego wynika, że aniołowie wyrażają swą radość w śpiewie. „A gdy otworzył księgę, cztery stworzenia i dwudziestu czterech starców upadło przed Barankiem, i zaśpiewali pieśń nową; i widziałem, i słyszałem głos wielu aniołów wokoło tronu". I znowu, gdy przy narodzeniu Chrystusa anioł zwiastował radosną nowinę, słyszana była rzesza zastępów anielskich i śpiewali: „Chwała na wysokości Bogu". Muzyka jest tedy wyrazem radości anielskiej. Lecz jeśli pośród aniołów w niebie rozbrzmiewa melodia radości nad jednym grzesznikiem czyniącym pokutę i wchodzącym do królestwa Bożego, jakiż to musiał być śpiew, gdy weszła tam Ucieczka Grzeszników — gdy Ta, przez którą wszyscy grzesznicy są zbawieni, weszła doń. Jeśli za najmalejsze z maluczkich Chrystusowych śpiewane są hymny chwały i niebo rozbrzmiewa chwałą, jakiż to musiał być śpiew, gdy Królowa Aniołów — pierwsza, najwyższa, najczystsza, najświętsza ze wszystkich stworzeń — wzięta została z ciałem i duszą do wiecznej szczęśliwości i niebo po raz pierwszy ujrzało chwałę Tej, która miała być jego Królową na wieki. Maryja opuściła tę ziemię dla Boga; Maryja odeszła w towarzystwie aniołów, którzy napełniali powietrze muzyką; a gdy przechodziła, anioł każdej jasnej gwiazdy na sklepieniu niebieskim i aniołowie słońca i księżyca oddawali Jej hołd, radowali się i oddawali chwałę Bogu i powiększali nurt niebiańskiej pieśni — „i gwiazdy poranne chwaliły Pana razem, i wszystkie duchy Boże wydały okrzyk radości" — aż sklepienia niebios rozbrzmiewały na nowo ich okrzykami, gdy Matka Jezusa spotkała swego Syna, by już nigdy, nigdy znowu się z Nim nie rozłączyć. Apostołowie chwycili zaledwie słabe echo niebiańskiej muzyki, a przecież ich dusze zalane były rozkoszą. O Maryjo, perło promienista, czyste światło nieba jest w Tobie rozlane. Przychodzimy dziś do Twego własnego domu, by złożyć Ci hołd naszej chwały i instrument, który nigdy nie zabrzmi inaczej, jak tylko dla Twego Syna i dla Ciebie. Błogosław nam, o Królowo najczystsza i najjaśniejsza, i błogosław ten nasz dar. Niechaj jego muzyka będzie dla nas głosem aniołów, którzy nieśli Cię do nieba; niechaj nieustannie wznosi nasze myśli ku Tobie, o Gwiazdo naszej pielgrzymki, i ku chwałom Twego Przedwiecznego Syna, któremu cześć, chwała i sława na wieki wieków.