HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

25. Zmartwychwstanie

Gdy nie wiem, co jest po śmierciGdy potrzebuję nadziei OdkupienieŻycie nadprzyrodzone
W skrócie. Kazanie wielkanocne opisujące Zmartwychwstanie — straż przy grobie, Magdalena, cud poranka niedzielnego. Burke wywodzi dwa powody wielkanocnej radości: radość z chwały Chrystusa (miłość przyjaciela do przyjaciela) i radość z własnej nadziei zmartwychwstania (ciało złożone w słabości powstanie w chwale duchowej). Wskazuje dwa warunki uczestnictwa w chwale: czystość duszy (lub droga pokuty) i post/umartwienie ciała jako przygotowanie do przyszłej chwały. Kończy gratulacjami dla słuchaczy za wielkopostną praktykę sakramentalną.

„Chrystus, powstawszy z martwych, już więcej nie umiera. Śmierć nad Nim więcej nie panuje.”

*A gdy minął szabat, Maria Magdalena i Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść i namaścić Jezusa. I bardzo rano, pierwszego dnia tygodnia, przyszły do grobu, gdy słońce już wzeszło. A mówiły między sobą: Kto nam odwali kamień od wejścia do grobu? I spojrzawszy, zobaczyły, że kamień jest odwalony; był bowiem bardzo wielki. Weszły do grobu i ujrzały młodzieńca siedzącego po prawej stronie, odzianego w białą szatę, i zdumiały się. On zaś rzekł do nich: Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, który był ukrzyżowany. Wstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi, że idzie przed wami do Galilei; tam Go ujrzycie, jak wam powiedział.*

— Mk 16, 1–7

NAJMILSI BRACIA: W historii Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa, którą rozważaliśmy przez ostatnie dni, dowiadujemy się, że po tym, jak nasz Zbawiciel oddał ducha na krzyżu, Józef z Arymatei udał się do Piłata i zażądał wydania ciała Pańskiego. Piłat zdziwił się, słysząc, że nasz Boski Pan już umarł. A przecież gdyby był sięgnął pamięcią i przypomniał sobie, jak życie niemal zostało wychłostane ze Zbawiciela przez ręce żołnierzy, nie wydałoby mu się tak zdumiewające, że trzy godziny konania zamknęły to życie. Posłał zapytać, czy już umarł, i nakazał, żeby w razie śmierci Józef z Arymatei i Nikodem zabrali Jego ciało. Przyszli, pogrążeni w smutku, i ponownie weszli na Górę Kalwarii; i żeby rozwiać wszelką wątpliwość co do śmierci Mistrza, żołnierz przebił włócznią serce naszego Pana Jezusa Chrystusa. Wtedy zdjęto ciało z krzyża. Wyciągnęli gwoździe łagodnie i czule; podawali je sobie, a te znalazły się w rękach Matki Dziewicy. Pobożnie zdjęli ciało z wysokiej szubienicy i złożyli okoronowaną cierniem głowę na łono Dziewicy, która czekała, by Je przyjąć. Własnymi rękami usunęła ciernie z Jego skroni; a fontanna łez, która wyschła była z powodu ogromu jej bólu, teraz płynie znowu i deszczem dziewiczych łez spada na pokrwawioną i zeszpeconą twarz jej Dziecięcia. Potem zanieśli Go do pobliskiego ogrodu i tam złożyli w grobie. Był to grób cudzego człowieka, a On, Pan, nie miał do niego żadnego prawa. Ale umarł tak ubogi, że nawet w śmierci nie miał miejsca, gdzie mógłby złożyć głowę, dopóki miłosierdzie nie otwarło mu cudzego grobu. Tam Go złożyli; pokryty krwią i ranami, zniekształcony i obolały, złożyli Go, jak niegdyś patriarchę, z kamieniem za poduszkę; i na tym kamieniu spoczęła zraniona i błogosławiona głowa Pańska. Zamknięto grób. Maria, Matka, zebrała ciernie, gwoździe, narzędzia, którymi tak okrutnie okaleczono i zabito jej Dziecię; i przycisnąwszy je do serca, wspierając się na swym nowo odnalezionym synu, Janie, wróciła do smutnego domu w Jerozolimie; wszyscy zaś, oddawszy pokłon, rozeszli się w milczeniu, bo nadchodził wieczór przynoszący szabat.

Jedna tylko pozostała. Złamana sercem Magdalena położyła się przed grobem i oparła głowę o kamień, który toczono przed wejście grobu Mistrza. Tam, wiedziała, On leżał; a instynkt jej miłości i jej bólu był tak silny, że nie mogła odejść od grobu swego Pana, lecz trwała tam, płacząc i samotna. Gdy płakała, wieczór gęstniał w noc; i samotnie, złamana sercem miłośnica Jezusa Chrystusa spostrzegła, że musi wstać i odejść. Wstała. Całowała i całowała ten wielki kamień zamykający jej Boskiego Zbawiciela; i odwrócona ku miastu usłyszała ciężki, miarowy chód żołnierzy, którzy przyszli z nocą strzec grobu. Okrążyli grób. Brutalnie i gwałtownie odpędzili tę kobietę — zdumieni jej łzami i świadectwem złamanego serca. I wtedy, złożywszy broń i włócznie, rozkwaterowali się do nocnej warty, uprzedzeni, by nie spać, uprzedzeni, by pilnować, żeby żadna żywa dusza nie zbliżyła się do tego grobu aż do brzasku.

Pobudzeni własnym przesądnym strachem i niepokojem — bo był to doprawdy dziwny przydział dla tych wojowników: stać na straży nad umarłym człowiekiem — poruszeni osobliwością swego położenia, ożywieni trwogą, nie spali, lecz czuwając przez noc czujnie, gorliwie i bacznym okiem, strzegli po prawej i po lewej stronie; niemal nie wiedząc, kto może nadejść; żywiąc lęk bezimienny; myśląc, że może to być zjawa, duch, jakiś zły nocny byt, który się na nich rzuci; i wciąż gotowi porwać za broń i stanąć w obronie.

Noc opadła, głęboka i ciężka, nad grobem Jezusa Chrystusa. Przez całą tę noc i przez następny dzień pełnili wartę. Maria, Matka, była w Jerozolimie. Klęcząc przed narzędziami Męki, spędziła całą tę noc i cały następny dzień szabatu, płacząc nad tymi cierniami i nad tymi gwoździami; rozważając je, oglądając, i z krwi na nich obecnej wyczytując, jak głęboko zostały wbite w skroń oraz w dłonie i stopy Jezusa, jej boskiego dziecięcia; a serce jej rozrywało się w niej, bo każde spojrzenie na te straszliwe narzędzia Męki przywoływało wszystkie grozy, jakich była świadkiem owego piątkowego poranku na Górze Kalwarii. Kobiety czuwały przy niej i otaczały ją opieką; a żal matki był tak straszliwy, że nawet Magdalena zamilkła i uspokoiła się, i nie śmiała wtargnąć jednym słowem pociechy w ból Dziewicy.

Szabat przeminął. Czarna chmura, która zaległa nad Kalwarią i nad Jerozolimą, podniosła się ociężale i posępnie. Ludzie chodzili z lękiem i drżeniem. Słońce zdawało się ledwo wzejść owego szabatowego poranka. Umarli, którzy wyszli ze swoich grobów w chwili, gdy Jezus wydał ostatnie wołanie na krzyżu, błąkali się w gęstniejącej nocy po cichych ulicach Jerozolimy. Ludzie ujrzeli przerażającą wizję tych kościotrupów, które powstały z grobów. Ogień zemsty i furii zdawał się tlić w pustych oczodołach ich czaszek. Pokazywały białe zęby, zgrzytając, jakby wyrażając odrazę przed zbrodnią, której lud się dopuścił. Błąkały się tu i tam. Cała Jerozolima była wypełniona strachem i przerażeniem. Nikt nie odważył się mówić głośniej niż szeptem i wszystko było ciche przez ten długi dzień szabatu, który nie przyniósł żadnej radości, bo lud ściągnął na swoje głowy krew Zbawiciela.

Dzień i wieczór szabatu minęły; i znowu noc zaległa ziemię. Warta jest zmieniana. Nowi żołnierze stają przy drzwiach. I znowu ich ostrzegają, że to jest ważna noc, w której muszą czuwać ze zdwojoną czujnością, bo ta noc przypieczętuje los Odkupiciela. On powiedział: „Wstanę po trzech dniach"; i jeśli poranne słońce pierwszego dnia tygodnia — niedzieli — wzejdzie nad nienaruszonym grobem tego umarłego człowieka, to wszystko, co głosił, było kłamstwem, a wszystkie cuda, które czynił, były zwodzeniem ludu. Przeto stróże zostali potrojenie ostrzeżeni, by trzymać wartę. Wtedy, pełni strachu i bliżej nieokreślonego niepokoju, okrążyli grób, postanowiwszy, że dopóki ręka ich dzierżyć będzie włócznię, żaden człowiek nie zbliży się do tego grobu.

Magdalena wciąż kręciła się w pobliżu, zafascynowana świadomością, że jej Odkupiciel i Pan jest tam, w tym grobie, do którego nie wolno jej było się zbliżyć. A stróże czuwali cierpliwie, wytrwale, nie zmrużywszy oczu; noc opadła i całe miasto było ciche i pogrążone w mroku. Godzina za godziną. Powoli i w milczeniu czas płynął. Noc gęstniała ku najgłębszej swej ciemności. Zbliżała się północ. Nadchodziła chwila, gdy dopełniał się trzeci dzień w grobie. Nadchodziła chwila, gdy kończył się ów szabat — ów szabat, o którym napisano, że „Pan odpoczął dnia siódmego od wszystkich swoich dzieł". Ten szabat Jezus Chrystus spędził w owym ponurym, cichym grobie. Rany i krew były na Nim. Słabość śmierci skuła Go. Owe bezwładne członki nie mogą się poruszyć. Bezwidne oczy nie mogą się otworzyć, by zobaczyć światło dnia. Śmierć zdawała się naprawdę triumfować nad Wiecznym Panem Życia, a piekło triumfować w zagładzie swej ofiary.

Zbliżała się północ. Stróże słyszą szum nadchodzącej burzy. Widzą, jak drzewa w owym ogrodzie kłaniają się i kołyszą tam i z powrotem, jakby wstrząsane gwałtownym drżeniem. Widzą, jak się uginają, jakby burza przeszła nad nimi. Patrzą. Cóż to za wschodnie światło, które rumieni horyzont? Cóż to za światło, które pada na nich — jasne, jasne jak słońce niebieskie, jasne jak dziesięć tysięcy słońc? I gdy to światło na nich błyska i oślepieni zamykają oczy, słyszą wir głosów: „*Gloria in Excelsis! Alleluja* dla zmartwychwstałego Zbawiciela!" Cóż to takiego widzą? Wielki kamień toczy się z powrotem od wejścia do grobu wprost między nich! Ratujcie się, o ludzie! Ratujcie się, bo was zmiażdży! Ludzie są przerażeni i oszołomieni. Czy to moc nieba? Czy to siła piekielna? A oto z grobu wybucha uwielbiony i zmartwychwstały Zbawiciel! Oczy ich olśnione są widokiem Człowieka, który leżał w owym zimnym, cichym, ciemnym grobie. Rozległ się głos: „Powstań, bo przyszedłem po ciebie!" I chwalebna dusza Zbawiciela, wstępując w tej chwili w Jego ciało, wybucha triumfalnie z grobu! Śmierć i piekło uciekają przed Jego obliczem. Uciekajcie, bo jest tu potęga, której nie możecie opanować! Uciekajcie, demony, które radowały się ze swego triumfu, bo śmierć i piekło są pokonane. Powstań, chwalebne słońce, z grobu! O, co widzę? Gdzie, o Zbawicielu, znak konania? Gdzie zeszpecenie krwi? Gdzie na Tobie ślad ręki kata? Znikł — znikł! Już nie kala Twoich skroni zakrwawiony cierń! Już nie wisi święte ciało Twoje, rozszarpane z kości! Nie! Lecz teraz triumfujący, uwielbiony, niezniszczalny, nieulegający cierpieniu — odzyskał wielość i chwałę, którą odłożył od siebie w dniu swego Wcielenia; i powstaje z grobu jako zwycięzca śmierci i piekła, jako Bóg i Odkupiciel świata!

Oto, bracia moi, jak smutek przemienia się w radość! Wybuchając w blasku swego Bóstwa, poszedł swoją drogą — drogą swojej wieczności. Góry, wzgórza Judei, Jerozolimy — skłoniły się przed Nim. Góry poruszyły się i zachwiały na swych podstawach wobec stwierdzenia Twego panowania, o Boże! Poszedł swoją drogą i pozostawił za sobą pusty grób oraz całun, w który owinięto Jego zeszpecone ciało. Pusty grób! Lecz wszystkie anioły w niebie patrzyły na to w tej chwili. W tej chwili, gdy oblicze uwielbionego Zbawiciela wyłoniło się z grobu, wszystkie anioły niebieskie wzniosły hymny radości i chwały. Serce Ojca w niebie rozradowało się. Wstając ze swego wiecznego tronu, wydał okrzyk radości nad chwałą swego Syna. Wszystkie anioły w niebie radowały się; i triumfując, zstąpiły na ziemię i wpatrywały się w święte miejsce, gdzie leżał ich Pan i Bóg.

Przyszedł ranek i ciemne chmury rozwiały się. Same oblicza Oliwetu zdawały się świecić uroczystą radością, a cedry Libanu zdawały się podnosić głowy z nowym instynktem życia — niemal miłości i radości. Sama Kalwaria zdawała się radować. Wstał ranek, a słońce radośnie wyszło ze swego domu na wschodzie i pierwsze jego promienie padły na pusty grób. I oto Magdalena z innymi pobożnymi wyznawczyniami naszego Pana przyszły z olejkami i wonnymi ziołami, aby Go namaścić. Przyszły; i pytając się nawzajem — jak widzieliśmy — pytając siebie: Jak mogłaby Maria, mając tylko kobiecą siłę, jak mogłaby Maria odtoczyć ten kamień? Lecz patrz; jest odtoczony. A w głębi widzą anioła Bożego. Jego światłość wypełnia grób. Nie ma tam ciemności, żadnego znaku smutku, żadnego znaku śmierci. Odziany w przejrzystą biel — tak jak szaty naszego Pana jaśniały na Taborze — tak i on jaśniał, strzegąc łoża śmierci swego Pana i Mistrza. Wtedy, zwracając się do kobiety, pyta: „Niewiasto, kogo szukasz?" — „Jezusa z Nazaretu, który był ukrzyżowany." — „Czemu szukasz żywego między umarłymi? Nie ma Go tu! Zmartwychwstał!" I wówczas napełniła ich serca wielka radość; bo Mistrz zmartwychwstał; tymczasem żołnierze, przestraszeni i z poczuciem klęski, poszli do Jerozolimy, głośno ogłaszając to zjawisko faryzeuszom i ludowi, i że Ten, którego byli postawieni strzec, jest Panem światła i życia oraz Synem Bożym.

Oczy przygniecione trudem śmierci są teraz wzniesione, jaśniejące w chwale Jego zmartwychwstania. Dłonie bezsilnie przybite do krzyża, teraz znowu dzierżą wszechmoc Boga. Serce złamane i uciśnione wchodzi teraz w potężny ocean wieków swego Bóstwa — niezakłócone, nieskrępowane, nieobciążone żadnym bólem. „Chrystus, powstawszy z martwych, już więcej nie umiera. Śmierć nad Nim więcej nie panuje." Umarł raz i umarł za grzech. „Przeto — mówi święty Augustyn — umierając na Kalwarii, okazał, że jest człowiekiem; powstając z grobu, dowiódł, że jest Bogiem."

Jeśli tedy, najmilsi bracia, przez minione czterdzieści dni Kościół wzywał nas do postu i umartwienia, wzywał nas do karania ciał naszych i uniżania dusz naszych — *humiliabam in jejunio animam meam* — „W moim poście uniżam duszę moją" — jeśli Kościół przez minione tygodnie wzywał nas do aflikcji i ronienia łez u stóp ukrzyżowanego Jezusa — jeśli uczyniliśmy to — nade wszystko zaś jeśli oczyściliśmy dusze nasze, by wpuścić Jego światło i Jego chwałę, i Jego łaskę do serc naszych — to dziś mamy prawo do radości, a orędzie, które wam przynoszę, jest orędziem radości wielkiej ponad wszelką miarę. Chrystus zmartwychwstał! Ukrzyżowany powstał z grobu! Słabość oblekła się w moc. Hańba oblekła się w chwałę. Śmierć pochłonięta jest przez zwycięstwo, a potęgi piekła rozbite i skonfundowane na wieki. Czy nie jest to orędzie wielkiej radości i tryumfu? I prawdziwie mogę powiedzieć wam słowami świętego Pawła: *Gaudete in Domino, iterum dico gaudete* — „Radujcie się tedy w Panu! Powiadam wam znowu: radujcie się!"

Dwa mamy powody do naszej wielkanocnej radości i wesela. Dwa mamy powody do naszego wielkiego świętowania. Przede wszystkim — radość przyjaciela na widok chwały swego przyjaciela; radość ucznia na widok chwały swego Mistrza: radość skupiona w Jezusie Chrystusie — radowanie się w Nim i z Nim, dla Niego samego. Czy nie dla Niego samego smuciliśmy się? Czy nie z powodu Jego bólu i cierpienia roniliśmy łzy i zniżaliśmy się przed Nim? Tak więc i dla Niego samego radujmy się. Radujemy się, widząc naszego Boga odzyskującego chwałę swego Bóstwa, i tak udzielającego tej chwały swemu świętemu człowieczeństwu, że blask wiecznego światła Bożego promieniuje z każdego członka, każdego zmysłu i każdej kończyny świętego ciała Jezusa Chrystusa, naszego Pana. Było to jak czyste światło. Z przejrzystością nieba przybrało całą swą wspaniałość. Cała chwała była w Nim w Wszechmocnej obfitości i rozlewała się z Niego tak, że był prawdziwie nie tylko światłem łaski dla świata, lecz światłem chwały. Dla tego musi się radować każdy prawdziwy wierzący w Jezusa Chrystusa.

Lecz drugi powód naszej radości jest dla nas samych; bo chociaż smucimy się dla Niego i bolujemy dla Niego — dla Niego samego — na Kalwarii, to równocześnie bolujemy i dla siebie. I jest to dla nas najdotkliwszy i najgorętszy ból, że dzieło Kalwarii było dziełem nas samych, naszymi grzechami; że gdybyśmy nie byli tym, czym byliśmy, On nigdy nie byłby tym, czym był owego piątkowego poranka. Że dla nas odsłonił niewinne łono, by przyjąć wszystkie boleści i wszystkie udręki swojej Męki; że dla nas wystawił dziewicze ciało na owo straszliwe biczowanie i okrutne ukrzyżowanie; że za nasze grzechy wisiał na krzyżu; że włożono na Niego ciężar nieprawości nas wszystkich; i „był umęczony dla naszych nieprawości i sponiewierany za nasze grzechy". To nasze własne boleści i nasze własne grzechy sprawiają, że sam rdzeń smutku tkwi w Ukrzyżowaniu. Słusznie zatem — On, który dozwolił, byśmy byli przyczyną Jego bólu — życzy sobie i dla nas, dla nas samych, abyśmy uczestniczyli w Jego radości. Dlaczego? Bo zmartwychwstanie Jezusa z martwych było nie tylko dowodem Jego Bóstwa, potwierdzeniem Jego prawdy, przekonaniem o Jego cudach, fundamentem Jego religii — lecz było ponadto figurą i wzorem chwalebnego zmartwychwstania, które czeka każdego człowieka, który umiera w miłości, bojaźni i łasce Jezusa Chrystusa. Każdemu człowiekowi, który zachowuje duszę swoją czystą, i każdemu, który przywraca duszy swej czystość pokuty — każdemu takiemu człowiekowi obiecana jest chwała zmartwychwstania na podobieństwo zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa. Bo jak Chrystus powstał z martwych, tak i my powstaniemy; i jak On oblókł się w chwałę, tak my przejdziemy od chwały w chwałę — ujrzeć Chrystusa w przestworzach — być Mu podobnymi w chwale; i tak będziemy z Panem na wieki. I ta chwała, która przychodzi dziś do naszego Pana, przychodzi nie tylko do Jego wzniosłej duszy powracającej otoczonej świętymi, których uwolnił z ich więzienia, lecz przychodzi też do Jego ciała — zacierając i wymazując każdą plamę, każde skalanie, każdą ranę — i udzielając temu ciału przymiotów ducha; bo „to, co złożone w hańbie, powstało w chwale" — co złożone w słabości, powstało w mocy — co złożone w podległości smutkowi, jeśli nie rozkładowi, powstało ciałem duchowym i niezniszczalnym. Tak też i my powstaniemy — bo zwiastuję wam rzecz cudowną: gdy aniołowie zabrzmią trąbą i wezwą umarłych na sąd, ci, którzy są w Chrystusie, powstaną pierwsi; i jak dusza Odkupiciela wróciła do grobu i wstąpiła w Jego ciało, czyniąc owo ciało jaśniejącym w duchowej chwale — tak i nasze dusze powrócą z wyżyn niebieskiej kontemplacji, by odnaleźć te ciała na nowo, by je na nowo zamieszkać i uczynić jaśniejącymi chwałą Bożą — jeśli tylko zechcemy żyć i umierać w łasce i upodobaniu Jezusa Chrystusa.

Oczy, które teraz nie mogą patrzeć na słońce na niebie bez oślepienia, te same oczy będą mogły wpatrywać się w oblicze Boga i nie być oślepione Jego majestatem. Uszy, które teraz nużą się muzyką ziemi, zostaną tak nastrojone na muzykę nieba, że uniesienie słyszenia trwać będzie w całej ekstazie rozkoszy, dopóki Bóg będzie Bogiem. Serce, teraz tak zawężone, że ledwo zdolne wznieść się do godności najwznioślejszej formy ludzkiej miłości, będzie wówczas tak oczyszczone i wywyższone, że wypełni się najpiękniejszymi postaciami miłości Bożej — oczyszczone, uświęcone, ożywiające każde naturalne uczucie, każde przywiązanie, aż ciało, wzrastając w istotę duszy, wszystko stanie się duchowe i, rzec by można, boskie. Jednym słowem: to grubiańskie, skażone, materialne ciało nasze zostanie tak uduchowione, tak uwielbione, tak udoskonalone, że stanie się zdolne do najwykwintniejszej rozkoszy każdego zmysłu duchowego; a przecież będą to rozkosze oczyszczające duszę, w których każda myśl i każda moc duszy i ciała zatoną w Bogu.

Lecz zważcie, najmilsi bracia: zmartwychwstanie naszego Pana jest zadatkiem i obietnicą, którą każda dusza ma urzeczywistnić; ale dwie rzeczy są konieczne, by dojść do tej chwały. Dwa warunki są postawione, by osiągnąć to cudowne spełnienie całej miłości Odkupienia Jezusa Chrystusa. A te dwie rzeczy to: przede wszystkim musimy zachować czystą duszę i czyste sumienie. Zwróćcie uwagę, jak Jezus Chrystus przyszedł do swej chwały. Przyjął ludzkie serce, przyjął ludzką duszę, przyjął ludzkie sumienie — bo był prawdziwym człowiekiem. Lecz każdy pierwiastek swego człowieczeństwa wziął ze źródła tak czystego, tak przejrzystego, tak świętego, że ani w niebie, ani na ziemi nic nigdy nie widziano i nigdy nie będzie widziane aż do końca wieczności, co dałoby się porównać z Synem błogosławionej Dziewicy. Przez całe swoje życie trzydziestu trzech lat nic w nim nie mogło mieć nawet cienia grzechu — nic, co mogłoby mieć najlżejszy rys grzechu na sobie, nigdy nie było dopuszczone, by zbliżyć się do błogosławionej i najniepokalańszej duszy i serca Jezusa Chrystusa. Kiedy wreszcie dozwolił, by pozór grzechu, który nie był Jego własnym, zbliżył się do Niego i dotknął Go blisko — tak Go to przeraziło, tak oburzyło, że krew — jak wiemy — trysnęła z każdego poru Jego ciała. Zdawało się, jakby Jego ciało nie mogło znieść tego widoku; Jego własnością była łaska czystości. O, najmilsi bracia, żebyśmy mogli osiągnąć tę samą czystość, na ile dozwala nam natura, żebyśmy tylko poznali piękno tej czystości, promieniującej z Niego jako jej twórcy i stwórcy! Chrystus, Pan nasz, wytyczył w swoim Kościele drogę czystości — drogę niewinności. Lecz dla wszystkich tych, którzy upadają, czy potykają się, czy choćby na chwilę zbaczają, zbudował inną królewską drogę do zbawienia — mianowicie drogę pokuty. Jedną z tych dróg musimy kroczyć; czy kroczymy drogą czystości, czy drogą pokuty, musimy cierpieć z Chrystusem, jeśli chcemy być z Nim oczyszczeni.

Lecz zważcie! Cały czysty i święty, jakim był — sam będąc nieskończoną czystością i świętością — żadna namiętność nie zakłócała Go — żaden zły przykład nie wywierał na Niego wpływu — żadne ukryte wzruszenie przyjemności, nawet czysto ludzkiej, nie przychodziło, by choćby w najdalszym stopniu zakłócić doskonałe zjednoczenie z Jego Bóstwem — a mimo to przy tym wszystkim umartwiał to święte ciało; pościł; uniżał się; modlił się; i skończyło się na tym, że wydał to ciało na biczowanie i ukrzyżowanie! Przelał swoją krew. Cóż za przykład! Ciało Jezusa Chrystusa nie było przeszkodą dla Jego świętości. Tylko Mu pomagało; bo było narzędziem Jego boskiej woli w zbawieniu człowieka. Nasze ciała natomiast co dzień nam przeszkadzają i stają między nami a Bogiem. Każda namiętność, która w nas mieszka, od czasu do czasu wznosi się, by oddzielić nas od Boga. Każdy apetyt domagający się zaspokojenia chciałby zniszczyć duszę na zawsze dla chwilowej przyjemności. Każdy zmysł, który przynosi myśl i wyobrażenie duchowi, przynosi zarazem w swym orszaku nieodległy, niebezpieczny, jadowity obraz złego przykładu grzechu. To, co dla Chrystusa było dziełem przyjemności, dla nas jest dziełem mozołu. Mozołem jest wyprzeć się siebie w czymś — przyłożyć znak krzyża, przez pokutę i umartwienie, do tego ciała — wejść nieco w cierpienia naszego Pana — w Jego post, w Jego modlitwę, w Jego umartwienie — ażeby ciała nasze były ukarcone; bo tylko ukarcone ciała mogą zawierać czyste i niegrzeszne dusze. Ci, którzy są czyści, muszą trochę karcić swoje ciała, muszą się wypierać siebie samych, by zachować swą czystość. Ci, którzy są pokutnikami, muszą to czynić, by uśmierzyć sprawiedliwość Bożą na owym ciele, które w pewnym czasie odwiodło ich od Boga przez grzech i tym samym zmierzało do zatracenia duszy.

I dlatego właśnie Kościół katolicki nakazuje nam pościć; dlatego mówi nam, że nie możemy zbyt obficie oddawać się rozrywkom teatralnym; rozrywkom wesołych i hucznych zebrań. Mówi nam, że musimy od czasu do czasu być głodni, a jednak nie tykać pokarmu — że musimy być spragnieni, a jednak odmawiać sobie na pewien czas napoju. I to nie tylko po to, by ciała te były na czas jakiś ukarcone, lecz przemienione ku zdatności do chwały nieba. I tutaj chciałbym zaznaczyć, że podczas gdy każda inna religia, każda fałszywa religia, odsuwa smutek i żałość, odrzuca nakaz postu i mówi, że ludzie mogą dogadzać swym ciałom, karmić je i pielęgnować — Kościół katolicki, jedyny, od samego pierwszego dnia swego istnienia, dobył miecza ducha — miecza umartwienia — i oświadcza przez swoich mnichów, przez swoich pustelników, przez swoje dziewice, przez swoje kapłaństwo, że ciało musi być podbite, musi być upokorzone, musi być ukarcone, ażeby dusza mogła wznieść się do Boga przez czystość i łaskę w obecnym życiu, a przez nie — do duchowej chwały zmartwychwstania w życiu przyszłym.

Mówię, że jest trzecia pobudka naszej radości tego poranka — i jest nią to: Czy mogę, najmilsi, w tym dniu, który nazwać by można dniem zamykającym nasz Wielki Post — czy mogę pogratulować tym, których widzę przed sobą? Wytrwała obecność wielu spośród was przez ostatnie czterdzieści wielkopostnych wieczorów uczyniła mi wasze twarze znajomymi. Na tych katolickich obliczach widziałem raz po raz wyraz — to smutku, to zachwytu — lecz czy smutku, czy radości, zawsze był to wyraz współczucia z Jezusem Chrystusem. Jestem tego świadkiem i z tego wam gratuluję.

Jeśli prawdą jest, że człowiek chrześcijański jest naprawdę człowiekiem, w którym żyje Chrystus — według słów Apostoła: „Już nie ja żyję, ale Chrystus żyje we mnie" — to według tych słów jesteście utraceni dla siebie samych; jesteście umarli; a życie wasze ukryte jest z Chrystusem w Bogu. Jeśli tedy człowiek chrześcijański jest człowiekiem, w którym żyje Chrystus, słusznie mogę wam gratulować każdego wzruszenia radości i smutku, które przeszło przez wasze serca i odbiło się na waszych twarzach przez te czterdzieści błogosławionych dni, które przeżyliście; bo wzruszenia te były darem Chrystusa i dowodem życia Chrystusa w was oraz waszej zażyłości z obrazem Chrystusa.

Czy mogę wam pogratulować dobrej spowiedzi i gorliwej komunii? Czy mogę w sercu i duchu skłonić się przed każdym spośród was, jako przed człowiekiem, który nosi w swoim łonie Jezusa Chrystusa; jako przed człowiekiem, którego serce nie jest pustym grobem jak ten w ogrodzie pod Jerozolimą; nie zajętym jedynie przez anioła, lecz którego serce jest przybytkiem, w którym mieszka dziś rano zmartwychwstały i uwielbiony Zbawiciel? Czy mogę wam z tego gratulować? Mam nadzieję, że tak! Mam nadzieję, że słowa wypowiedziane tutaj nie były wypowiedziane na próżno. Napełniłoby mnie lękiem, gdybym pomyślał, że jest tu ktoś spośród słuchaczy, którzy wypełniali ten kościół przez ostatni Wielki Post, a czyje serce zatwardziałe wzbraniało się przystąpić do wielkanocnej spowiedzi i komunii; i przystąpić do niej jako do początku serii coraz częstszych — a jeśli możliwe, comiesięcznych — spowiedzi i komunii. Napełniłoby mnie lękiem, gdybym pomyślał, że jest tu taki jeden; bo wówczas przyszłoby na mnie przekonanie, że to moja własna niegodność — moja własna nieudolność — moja własna słabość sprawiły, że Słowo padło bezowocnie z moich warg i uczyniły ze mnie być może odrzuconego, gdy głosiłem Słowo. Lecz nie! Nie tak! Wolę raczej zakładać, że Bóg dokonał dzieła swego — że Boski Gospodarz, który złożył ziarno swego Słowa w takie ręce jak moje — niegodne ponad wszelką miarę — sprawił, że to Słowo wzeszło i że najpiękniejsze kwiaty łaski i świętości koronują je już dziś w waszych sercach.

Za to tedy gratuluję wam jako za trzecią wielką pobudkę waszej radości: że nie tylko Zbawiciel uwielbiony jest w Jerozolimie, lecz uwielbiony jest w waszych sercach. Nie tylko zwyciężył śmierć w Ogrodzie Getsemani, lecz zwyciężył śmierć w waszych duszach. Nie tylko wypędził diabła i wszystkie potęgi piekła przed sobą, gdy wybuchnął z grobu, lecz wypędził go z waszych serc, do których wszedł tego poranka. O bracia, trzymajcie Go! Trzymajcie Go jako najlepszego i jedynego przyjaciela! Trzymajcie Go jak zadatek owej przyszłej chwały, która ma nadejść, a o której mówi Apostoł: „Oko nie widziało ani ucho nie słyszało, ani w serce ludzkie nie wstąpiło — co zgotował Pan Bóg nieba tym, którzy nie przestają Go miłować!"

← wróć do odkrywania