*Pierwsze kazanie z cyklu na Miesiąc Maryi, wygłoszone w kościele św. Wincentego Ferreriusza w Nowym Jorku, w środowy wieczór, 1 maja 1872 r.*
Rozpoczynamy tej nocy nabożeństwa ku czci Najświętszej Dziewicy, do których Kościół zapraca wszystkie swe dzieci w miesiącu maju. Wierni we wszystkich porach roku wzywają miłosierdzia Bożego za przyczyną Błogosławionej Dziewicy Matki. Lecz w szczególny sposób w tym słodkim miesiącu — na progu pięknego roku — nasza Święta Matka Kościół kieruje ku Matce Bożej nasze pobożne myśli i modlitwy, i przedstawia nam prawa i tytuły, jakie Najświętsza Dziewica posiada do naszej czci i miłości. Wiedzeni tym katolickim instynktem i duchem zgromadziliśmy się tu tej nocy, najmilsi bracia, a miłym moim obowiązkiem jest starać się odsłonić przed waszymi oczyma wielkie zamysły Boże, które w Maryi dojrzały i zostały spełnione. Na wstępie chcę wam przypomnieć — jak czyniłem to już niejedenkroć — że w każdym dziele Bożym odnajdujemy odblask owej harmonii i ładu, które stanowią nieskończone piękno samego Boga. Im bardziej jakieś dzieło Jego zbliża się do Niego doskonałością, użytecznością i koniecznością, tym wyraźniej odzwierciedla piękno i harmonię Boga, który je stworzył. Otóż, umiłowani, najwznioślejszym dziełem, jakie Bóg kiedykolwiek uczynił — jakie zdołał pomyśleć i wykonać swoją wszechmocą — była święta ludzkość, to jest ludzka natura Jezusa Chrystusa; a po Nim, co do wzniosłości, świętości i konieczności, stoi ustanowienie, czyli stworzenie, Świętego Kościoła Katolickiego Bożego. Gdy zatem przychodzimy — jako pobożne dzieci Kościoła — badać jego nauki, rozważać jego przykazania i zgłębiać jego nabożeństwa, stwierdzamy niezwłocznie, że oto wstąpiliśmy w krainę doskonałej harmonii i ładu. Wszystko w nauczaniu Kościoła harmonizuje z dziełami ludzkiego rozumu; wszystko w prawie moralnym Kościoła harmonizuje z potrzebami duszy człowieka. Wszystko w liturgii i nabożeństwach Kościoła harmonizuje z wyobraźnią i zmysłami człowieka — o tyle, o ile wyobraźnia i zmysły pomagają mu w zjednoczeniu z Bogiem. I tak wszystko w pobożności Kościoła harmonizuje z przyrodą wokół nas i w nas samych, i z tym odbiciem przyrody w jej najwyższej i najpiękniejszej postaci, którym jest duch i geniusz Najświętszej Dziewicy Maryi. Wspominam sobie, jak pewnego razu rozmawiałem z wielce znamienitym poetą — człowiekiem sławy powszechnej i szanowanego imienia, imienia, które jest słowem domowym wszędzie tam, gdzie mówi się po angielsku — i powiedział mi on: „Ojcze, nie jestem katolikiem; a jednak nie mam żadnej głębszej przyjemności ani większej rozkoszy, niż być świadkiem obrzędów katolickich, zgłębiać katolicką pobożność, badać katolickie nauki — ani też nie odnajduję" — rzekł — „w całej przyrodzie ani we wszystkim, co rozum ludzki może przede mną otworzyć, bogatszego pokarmu dla myśli poetyckiej i porywającej niż ten, który podsuwa mi Kościół katolicki." Otóż nie bez pięknej przyczyny — pięknej i harmonijnej przyczyny — Kościół potrafi zdać sprawę z każdej joty i każdej kreski swojej liturgii i swoich nabożeństw.
Widzimy teraz, że Kościół w ten oto pierwszy dzień maja powołuje ku sobie wszystkie pobożne i uduchowione swe dzieci i oznajmia im, że miesiąc ten jest poświęcony w sposób szczególny Najświętszej Dziewicy Maryi. Cóż to za miesiąc, umiłowani moi? To miesiąc w roku, kiedy wiosna wypuszcza całe swoje życie i wszystkie oznaki tych ukrytych mocy, które drzemiały w naszym świecie. Wszyscyście widzieli oblicze przyrody w czasie Bożego Narodzenia, w czasie Wielkiego Postu, a i w tym roku — nawet w Wielkanoc — i patrząc wokół siebie, zdawało się, jakoby ziemia nigdy już nie miała wydać zielonego źdźbła trawy. Patrzyliście na drzewa — żaden liść nie dawał świadectwa życia. Wszystko było martwe, wszystko jałowe, wszystko uschłe. A człowiekowi, który otworzył oczy dopiero wczoraj, bez doświadczenia minionych lat i minionych lat, zdawałoby się, że owa zimna, jałowa i lodem ścięta ziemia nie może już nigdy więcej rozkwitnąć życiem, zielenią, pięknem i obietnicą wiosny. Lecz chmury zlały deszcz niebiański, a słońce zajaśniało wiosennym ciepłem i nagle cała przyroda zadrżała życiem. Oto pola zbożowe kiełkują i mówią nam, że za kilka miesięcy zapełnią się obfitością żniwa. Oto łąka, uschła, wypalona, zwiędła, żółta i naga, przyodziewa się zielonym płaszczem, który obleka wzgórza i doliny pięknem przyrody i orzeźwia oko człowieka i każdej trzody polnej, która się na niej pasie. Oto drzewa, zdające się być doszczętnie uschłe, pozbawione soku, liści i ruchu — prócz tego, że kołysały się smętnie na każdym zimowym wichrze, który przelatywał nad nimi — przyodziane są jasnymi młodymi pąkami wiosny, tak delikatnymi i czarowna dla oka i serca człowieka, które w małym dzisiejszym listku obiecują rozległy baldachim i głęboki cień gęstego letniego listowia, jakie ma na nich opaść. Oto ptaki powietrzne, milczące przez miesiące zimowe, poczynają swą pieśń. Skowronek wznosi się na skrzydłach w górny przestwór i wzlatując, rozlewa swą pieśń w eterze, aż napełnia całe powietrze drżeniem swej rozkosznej harmonii. Oto każdy pąk się rozwiera, każdy liść się otula, każda gałązka rośliny i drzewa wysyła swą wiosenną pieśń i radosnym okrzykiem wita lato, a cała przyroda drży życiem. Jakże piękna jest harmonia naszej pobożności i naszego kultu — jakże subtelna, jakże naturalna, jakże piękna myśl naszej Świętej Matki, Kościoła, w wyborze tego miesiąca — miesiąca obietnicy — miesiąca wiosny — miesiąca radości — pogodnego nieba i łagodnej pogody — miesiąca otwierającego lato, radosną porę roku — i poświęceniu go Tej, która w porządku łaski prawdziwie przedstawia wiosnę odkupienia człowieka; otwiera lato blasku Bożego słońca, będąc pierwszym znakiem najczystszego życia, jakie ta ziemia zdołała wydać przed obliczem Boga i ludzi! Och, jakże długa i jakże smutna była ta zima! Zima gniewu Bożego — zima czterech tysięcy lat, podczas których blask Bożej łaskawości był zasłonięty przed tym światem gęstymi chmurami grzechu człowieka i gniewu Bożego! Jakże smutna była owa zima, która zdawała się nigdy nie móc przejść w łaskawą wiosnę Bożej łaski, w Jego święte miłosierdzie i moc na nowo! Żaden promień Boskiej prawdy nie oświecał jej ciemności. Żaden uśmiech Boskiej łaskawości nie rozweselał oblicza duchowego świata przez owe cztery tysiące lat. Zdawało się, że ziemia umarła i przeklęta, niezdolna zrodzić choćby jednego kwiatka nadziei ani wypuścić choćby jednego listka tak pięknego, by mógł być zerwany miłującą dłonią Bożą. Lecz gdy nadchodził czas letni — gdy gęste chmury poczęły się rozstępować — chmury gniewu, chmury grzechu — chmura przekleństwa pękła i rozdarła się, ustępując czystszej chmurze miłosierdzia i łaski, która pochyliła się z nieba, przesycona deszczem i rosą Bożego odkupienia — wówczas ziemia ożyła w blasku słońca i pierwszy kwiat nadziei, pierwsza piękna rzecz, jaką ta ziemia wydała przez cztery tysiące lat, na przełomie zimy, przed latem, w obietniczy wiosny, była niepokalana lilia, najpiękniejszy kwiat, który rozkwitł na korzeniu Jessego, i w swym rozkwicie wypuścił czyste płatki; tak woń ich była słodka, że przenikała niebiosa i wzbudzała pragnienie Boga Najwyższego, aby się nią rozkoszował! — według słów proroka: *„Wypuść kwiaty jak lilia i wydaj wdzięczną woń, i rozwiń liście ku łasce"* (por. Syr 39). Tak jasny w swym rozkwitaniu był ów duchowy kwiat — pierwszy kwiat ziemi — że nawet oko Boże, spoglądając nań, nie mogło dostrzec żadnej skazy ni plamki na bieli jego rozwijających się płatków. *„Cała piękna jesteś, umiłowana moja"* — zawołał — *„i nie masz w tobie zmazy"* (por. Pnp 4,7). A owym kwiatem — ową wiosenną rośliną — ową świętą rośliną — która miała podnieść swe łagodne czoło, rozwinąć białe płatki i ukazać pręciki najczystszego złota — była Maryja, przeznaczona od wieczności na Matkę Jezusa Chrystusa. Była ona wiosną ziemi, pełną obietnicy, pełną piękna, pełną radości; była wiosną ziemi, która miała być zwiastunką nadchodzącego lata i pełnego, bezchmurnego blasku własnego promienia Bożego słońca nad nią. I jak mały listek, który wschodzi dzisiaj na polu zbożowym, kryje w swym maluteńkim łonie obietnicę pełnego kłosa pszenicznego — kłaniającego bogatą, jesienną głową, który jest chlebem życia dla wszystkich ludzi — tak przybycie Maryi od początku było zwiastunem i obietnicą Jego pojawienia się na ziemi — było ogłoszeniem, że owa mała roślina ma rosnąć i trwać, aż uwieńczona zostanie czystością Bożą i wyda chleb żywota, mannę niebiańską, chleb anielski — Jezusa Chrystusa, Odkupiciela świata, Słowo, które stało się Ciałem.
Jakże dobrze zatem, umiłowani bracia, jakże dobrze ten piękny wiosenny miesiąc maj, to otwarcie lata roku, zaświadcza w porządku przyrody o tym, czym Maryja była w porządku łaski. I tak jak Bóg Wszechmogący przystraja ten miesiąc w porządku natury wszelkim pięknem, napełnia pola wonią, obleka zbocza wzgórz rozmaitym strojem piękności, jaki przyroda wypuszcza — tak delikatny, tak śliczny w swej wczesnej obietnicy — tak też Bóg Wszechmogący przyodział wiosnę — duchową wiosnę odkupienia człowieka, którą była Maryja — wszelką postacią duchowego piękna i okrył ją najwspanialszymi szatami Boskiego wdzięku, do przyjęcia których stworzenie jest zdolne, tak iż każdy dar, jaki Bóg miał w swej dłoni, a który ludzkie stworzenie mogło przyjąć — Maryja przyjęła. Albowiem w niej miało się wypełnić słowo mojego tekstu. Było to niezwykłe słowo, umiłowani; zdumiewające i przejmujące słowo, które wyszło z natchnionych ust Psalmisty, gdy mówił o wybrańcach swoich: *„Jam rzekł: Wy jesteście bogami i wszyscy synami Najwyższego!"* Słowo to nie spełniło się nigdy, dopóki Syn Najwyższego nie stał się synem niewiasty. Taki był sens słów św. Augustyna, gdy mówił: „Bóg zstąpił z nieba, aby wynieść człowieka z ziemi do nieba i uczynić go poniekąd bogiem." W ten sposób człowiek, w Dziecięciu Maryi złączony z Bogiem, stał się synem Najwyższego. W ten sposób, mocą zjednoczenia ludzkości z bóstwem, które dokonało się w Maryi, wszyscy otrzymaliśmy przez łaskę przybrania zdolność stawania się dziećmi Bożymi. „Tym zaś, którzy Go przyjęli" — mówi św. Jan — „dał moc stawania się dziećmi Bożymi." A oto była istotna misja i wewnętrzna idea chrześcijaństwa: uczynić ludzi synami Bożymi; uczynić was i mnie synami Bożymi przez wlanie w nas ducha Jezusa Chrystusa i wyprowadzenie, w naszym życiu i naszych czynach, w naszych myślach i w głębi naszych dusz, a też i w zewnętrznym człowieku, łask i chwalebnych darów, które Jezus Chrystus zniósł naszemu człowieczeństwu w łonie Maryi. Myśl ta nigdy nie zaginęła w Kościele katolickim. Moi przyjaciele i bracia, żyjecie teraz pośród ludzi obcych wierze. Słyszycie co dzień najdziksze teorie głoszone w filozofii i nauce; lecz w niczym teorie i wymysły ludzkiego umysłu nie są tak dziwne, jak wówczas, gdy przybierają postać spekulacji religijnej lub wątpliwości religijnej. Pogląd powszechny wśród wszystkich ludzi spoza Kościoła katolickiego jest dziś taki, że człowiek posiada w sobie, z natury, bez działania Boga, bez działania Chrystusa, zarodki doskonałości własnego życia; że przez własne wysiłki, własne studia i to, co się zwie duchem postępu, człowiek może dojść do doskonałości swojego bytu bez Boga i stać się wszystkim, czym Bóg zamierzył go uczynić. Pogląd ten jest wrogi i niszczycielski wobec samej pierwszej zasady żywotnej chrześcijaństwa. Żywotna zaś zasada chrześcijaństwa jest ta: Syn Boży zstąpił z nieba i stał się człowiekiem, i prawdziwym dziecięciem, prawdziwym synem niewiasty, po to, by ludzkość — w Nim i przez Niego — mogła przyodziać się w Jego cnoty i upodobnić się do Boga. A w owym upodobnieniu do Boga leży wszelka doskonałość naszego bytu; i celem chrześcijaństwa jest sprowadzenie na człowieka wszelkich wystarczających środków działania, aby uczynić go podobnym Bogu; uczynić go na kształt Syna Bożego. *„Jam rzekł: Wy jesteście bogami, wszyscy synami Najwyższego!"*
Bóg jest Bogiem prawdy. Człowiek musi być człowiekiem prawdy, aby być podobny Bogu. Bóg posiada prawdę. Nie szuka jej. Ma ją. Nie szuka po omacku, nie sofistykuje, nie myśli, nie dowodzi, żeby dojść do prawdy. Prawda jest samym Bogiem. I tak samo człowiek, żeby być dzieckiem Bożym, musi mieć prawdę, a nie jej szukać. Bóg jest świętością i czystością w samym sobie. Człowiek musi być święty i czysty, by stać się Synem Bożym. Musi być wolny od grzechu, by być podobny Bogu Ojcu. Musi mieć władzę nad swymi namiętnościami, by je powściągać, by być czystym w myśli, słowie i uczynku, w duszy i w ciele, zanim zdoła upodobnić się do Syna Bożego. I tylko ta religia, która ma prawdę i jej udziela; która ma łaskę i jej udziela; która dotyka grzechu i go niszczy; która pozwala duszy zwyciężać ciało; która wystawia w swych świątyniach wzory owej czystości będącej najwyższym odbiciem nieskończonej czystości Jezusa Chrystusa — tylko ta religia może być prawdziwą religią Bożą. Każda inna religia jest kłamstwem. Lecz świat nie jest w stanie w to uwierzyć. Ludzie idą na kompromis ze swymi namiętnościami. Ludzie posuwają się do pewnej granicy w zaspokajaniu swych złych skłonności. Ludzie odmawiają przyjęcia prawdy, bo prawda ich upokarza. Stąd maksyma protestancka: „Czytajcie Biblię, czytajcie Biblię, a nie słuchajcie żadnego księdza! Owi katolicy to lud zniewolony przez księży. Co ksiądz powie w kościele, to dla katolika prawo." Odmawiają tej pokory. Nie chcą przyjąć prawdy. Muszą sami ją znaleźć; a człowiek, który jej szuka, samym faktem szukania dowodzi, że nie jest synem Bożym. Mówię to dlatego, drodzy przyjaciele, że pragnę was ustrzec przed dzikim, bezrozumnym duchem, który błąka się dziś po świecie; pragnę was ustrzec w wierności Kościołowi Bożemu — waszej Matce — w wierności jej nauczaniu, w wierności jej sakramentom; to słowo, które wkłada na usta moje i mi podobnych — ta łaska sakramentalna, którą wkłada w ręce kapłana dla was — oto są pierwiastki waszego zbawienia; oto są środki, przez które każdy z was może stać się dzieckiem Bożym; i nie ma doskonałości, żadnego planu doskonałości, żadnego sekretu powodzenia, żadnego programu postępu poza tym, który nie byłby dziełem nieprzyjaciela, złudą, drwiną i sidłem. A to wszystko otrzymujemy przez Maryję, gdyż Maryja była narzędziem wybranym przez Boga, by dać Mu ową ludzką naturę, w której człowiek stał się jakby Synem Bożym. Przyjście Maryi na ziemię było zatem wiosną łaski. Pojawienie się Maryi w tym świecie było jak gwiazda poranna, gdy po ciemnościach i burzy nocy marynarz stojący na dziobie okrętu rozgląda się, by odnaleźć wschodni kraniec horyzontu, i nagle widzi, jak z wschodnich fal wynurza się srebrna gwiazda, piękna swą czystą pięknością, drżąca, jakby była istotą żywą. I wie, że tam jest wschód, bo to gwiazda poranna. Wie, że właśnie w tamtym miejscu, za chwilę, wzejdzie słońce w całym swym blasku, i wie, że to słońce nadchodzi, bo zwiastun głoszący jego wschód już wstał. Gwiazda poranna głosi samotnym wędrowcom na głębinie, na wschodnim horyzoncie, nadejście dnia. Tak i nam — na dzikich i wzburzonych falach grzechu, błędu, gniewu i przekleństwa Bożego — naszemu biednemu człowieczeństwu, rozbitemu w ogrodzie Eden; naszemu biednemu człowieczeństwu, pozbawionych nawet wraku, jakim byłby dla nas sakrament pokuty; naszemu biednemu człowieczeństwu, szukającemu w ofiarach i oblacjach świata miłości Boga Odkupiciela, jutrzenki, której światło miało rozjaśnić ciemności świata — oto nagle wschodzi gwiazda poranna, blada, drżąca, srebrna piękność Maryi! Wówczas stało się wiadome, że niebawem, za kilka lat, świat ujrzy swego Odkupiciela, a ludzkość zostanie zbawiona w pełni czasu Maryi. Dlatego to wchodzi ona tak głęboko w plan i zamysł odkupienia, dlatego Bóg Wszechmogący zechciał, iż tak jak imię Jezusa Chrystusa miało być oznajmione wszystkim ludziom, miało być przez wszystkich uwielbione, miało być ogłoszone jako jedyne imię pod niebem, przez które człowiek ma być zbawiony — tak samo, obok Bożego postanowienia ogłoszenia chwały Jego Boskiego Syna, przyszło z tego samego Ducha proroctwo o Maryi, że wszędzie, gdzie imię Jezusa Chrystusa jest słyszane i czczone — tam i aż po krańce ziemi wszystkie pokolenia będą ją zwać błogosławioną. *„Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny"* — mówi — *„przeto oto odtąd błogosławioną zwać mię będą wszystkie narody"* (por. Łk 1,48–49).
A teraz, moi przyjaciele, sięgając do źródeł naszego chrześcijaństwa, powracając do najwcześniejszych tradycji Kościoła Bożego, badając światłem ludzkiej dociekliwości jego ducha, objawionego w najwcześniejszych wiekach jego istnienia, w najdawniejszych dokumentach, jakie nam przedstawia — czy każdy człowiek nie stwierdza, że wszędzie, gdzie krzewiona była prawdziwa religia Chrystusowa, gdzie żył geniusz i instynkt wiary adorującej Jezusa Chrystusa — tam towarzyszył mu bratni instynkt i geniusz, który kochał, czcił, wielbił i szanował Niewiastę, która była Jego Matką? Gdyby nawet brakowało wszelkiego innego dowodu, jest jeden dowód — dowód szczególnie wymowny — a mianowicie ten: że kiedy Najświętsza Dziewica Maryja żyła jeszcze na ziemi, w ciągu dwunastu lat, które upłynęły przed Jej wniebowzięciem, w Kościele katolickim powstał zakon religijny poświęcony czci, miłości i chwale Najświętszej Dziewicy — zakon religijny sięgający swymi początkami wczesnych czasów prorockich — zakon religijny założony przez synów proroków pod dawnym przymierzem żydowskim, który nawrócił się na chrześcijaństwo i od razu się zjednoczył, i przybrał miano „Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel". Ledwo nasza Pani została wzięta do nieba, ci mężowie rozeszli się po Palestynie i po Wschodzie, a treścią ich nauczania i ich nabożeństwa była chwała Matki Bożej — Niewiasty, która wydała na świat Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa. Ledwo zaczęto głosić Ewangelię, nabożeństwo do Najświętszej Dziewicy Maryi rozeszło się z szybkością myśli, uczucia i miłości po wszystkich odległych stronach; a gdy pięćset lat później znalazł się człowiek, który zaprzeczył, iż Maryja jest Matką Bożą, czytamy, że gdy Kościół zebrał się na soborze powszechnym w Efezie, lud napłynął ze wszystkich okolicznych krajów i wielkie miasto Efez było przepełnione wzburzonymi ludźmi, którzy wszyscy oczekiwali wyniku narad i wszyscy się modlili; a gdy wreszcie Sobór Świętego Kościoła Bożego ogłosił swój dekret, głosząc, że Maryja jest prawdziwą Matką Bożą, czytamy o radości, jaka wezbrała w sercach ludu, o okrzyku zachwytu, który wyrwał się z ich ust, o „Zdrowaś!" jakie wznieśli ku Tobie, Matko w niebie, rozbrzmiewając po całym powszechnym Kościele — i nigdy spośród wielu orzeczeń jej soborów przez osiemnaście wieków nigdy Święty Kościół Katolicki nie sprawił dzieciom swoim większej radości niż wtedy, gdy w piątym wieku ogłosił, że Maryja jest Matką Bożą, a w wieku dziewiętnastym — że Maryja poczęta była bez grzechu. Lecz ponieważ wchodzimy w tegoroczne nabożeństwa majowe, pragnę, umiłowani, zwrócić waszą uwagę właśnie na to nabożeństwo do Matki Maryi jako na zdumiewający przykład szybkości, z jaką cześć Matki Bożej rozlała się po Kościele katolickim.
Na początku obecnego stulecia nabożeństwo Miesiąca Maryi wyrosło w Kościele katolickim, a okoliczności jego powstania są nader cudowne. Mniej więcej siedemdziesiąt lat temu małe dziecko — biedne małe dziecko — ledwo doszedłszy do używania rozumu, w piękny wieczór majowy uklękło i zaczęło dziecięcym głosikiem bełkotać Litanię do Najświętszej Dziewicy przed wizerunkiem Dzieciątka na rękach Madonny przy jednej z uliczek Rzymu. Jedno małe dziecko w Rzymie, poruszone impulsem, którego nie można wyjaśnić — z pozoru dziecięcą fantazją — uklękło na publicznej ulicy i poczęło odmawiać litanię, którą słyszało śpiewane w kościele. Następnego wieczoru znów było tam o tej samej porze i znów poczęło śpiewać swoją litanijkę. Inny mały chłopczyk, przechodząc tamtędy, zatrzymał się i zaczął śpiewać odpowiedzi. Następnego wieczoru troje lub czworo innych dzieci przyszło — jakby dla zabawy — i uklękło przed tym samym wizerunkiem Najświętszej Dziewicy, i śpiewało swoją litanię. Po pewnym czasie — po kilku wieczorach — pobożne kobiety, matki owych dzieci, uradowane widząc wczesną pobożność swoich synów i córek, przyłączyły się do nich i uklękły, i zmieszały swe głosy w litanii; a kapłan z sąsiedniego kościoła powiedział: „Chodźcie do kościoła, a ja zapalę kilka świec na ołtarzu Najświętszej Dziewicy i wszyscy razem zaśpiewamy litanię." I tak poszli do kościoła; zapalili świece, uklękli i tam zaśpiewali litanię. Przemówił do nich kilkoma słowami o Najświętszej Dziewicy — o Jej cierpliwości, o Jej miłości ku Boskiemu Synowi i o synowskiej czci, jaką otaczał Ją Jej Syn. Od tej godziny nabożeństwo Miesiąca Maryi rozlało się po całym katolickim świecie; tak że w ciągu kilku lat, gdzie tylko był kościół katolicki, ołtarz katolicki, kapłan katolicki lub katolik, by słuchać i odpowiadać na litanię — tam miesiąc maj stał się miesiącem Maryi, miesiącem nabożeństwa do Najświętszej Dziewicy. Czyż to nie jest cudowne? Czyż to nie jest zadziwiające wprost? Jak naturalnie ta myśl trafiła do umysłu katolickiego! Z jaką miłością była podtrzymywana! Z jaką miłością — z jakim instynktem — rozszerzała się sama! Jak spójna była z gruntem przesyconym Boską łaską poprzez rozum oświecony Boską wiedzą i Boską wiarą! Czy nie przypomina wam owego cudownego ustępu z Księgi Królewskiej, gdzie prorok Eliasz wstąpił na szczyt góry, gdy przez trzy lata nie padało deszczu na ziemię i ziemia była uschła; i wstąpił na samotny wierzchołek góry, by wzdychać do Boga o deszcz dla ziemi? Gdy modlił się w pieczarze skalnej, kazał słudze swemu stanąć na szczycie góry, obejrzeć się dokoła i oznajmić mu, gdy zobaczy chmurę. Sługa wyglądał i powracał siedem razy — *„a za siódmym razem oto małe obłoczek jak stopa ludzka wychodził z morza... a tak, gdy się to i owo obrócił, oto niebiosa zaciemniły się obłokami i wiatrem, i spadł deszcz wielki"* (por. 1 Krl 18,44–45).
Imię „Maryja" znaczy morze — Gwiazda Morza. Przed kilku laty ukazała się chmurka nabożeństwa, nie większa niż stopa małego dziecka, w Rzymie; a gdy ludzie rozglądali się tu i tam, rozlała się po całym horyzoncie Kościoła Bożego i po całym świecie, i zalewając deszczem łaski i wstawiennictwa, przynosi żywioł czystości, łaski, godności i wszelkiego daru Bożego każdej duszy katolickiej na świecie. Och! gdy myślę o kobietach, które spotkałem w tej drogiej starej krainie wiary! O kobietach dręczonych z tej lub owej przyczyny! Jedne z chorobą w domu; inne — być może — z synem rozwiązłym; inne z mężem pijakiem; inne z lękiem przed jakimś wielkim nieszczęściem lub nędzą, która im zagraża; inne z trwogą o złe wieści od tych, których kochają. Jakże często widziałem je przychodzące do mnie w miesiącu maju, na samym jego początku, z rozjaśnioną twarzą, dziękujące Bogu i mówiące: miesiąc nadszedł! Wiem, że Ona w niebie będzie się za mnie modlić i że modlitwy moje będą wysłuchane! I widziałem je tak często przychodzące przed końcem miesiąca, by powiedzieć mi z błyskiem radości w oczach, że Matka wysłuchała ich modlitwy i że prośby ich zostały spełnione; wówczas przypominała mi się owa tajemnicza chmura, która rozerwała się na niebie i wylała zbawczy deszcz. Jedna staje mi przed oczyma — jedna, którą znałem i kochałem — święta zakonnica, która przez ponad pięćdziesiąt lat służyła Bogu w anielskiej czystości i heroicznym poświęceniu. Przez siedem miesięcy przykuta była do łoża bólu i cierpienia, które przeradzało się w agonię. A przez te siedem miesięcy modlitwą jej do Boga było, by pośród cierpienia pomnażał jeszcze jej cierpienia — by nie dał jej odejść z tego świata, dopóki pewien człowiek, którego gorąco kochała, a który wiódł złe i bezmyślne życie, nie nawróci się do Boga. Tygodnie zamieniały się w miesiące, a miesiąc gonił miesiąc, i niejednokrotnie siadałem przy łóżku mej świętej przyjaciółki. Miesiąc gonił miesiąc przez siedem długich, ponurych miesięcy, a ona spędzała ten czas na Krzyżu, prawdziwie z Jezusem Chrystusem. Lecz gdy nadszedł pierwszy dzień maja — miesiąc Maryi — przyszedłem i uklękłem przy jej łóżku, by ją pokrzepić modlitwą i współczuciem. Powiedziała mi: „Czuję, że nadszedł miesiąc, który przyniesie mi radość i ulgę. To miesiąc Maryi, a miesiąc, w którym modlitwa staje się najsilniejsza w niebie, bo to miesiąc, w którym Matka będzie w szczególny sposób słuchać naszych próśb." Zanim miesiąc dobiegł końca, ten, za kogo się modliła, nawrócił się do Boga z całą gorliwością prawdziwego nawrócenia; a gdy miesiąc chylił się ku końcowi, ofiara bólu i cierpienia została przyjęta, i ta, która zaczęła miesiąc w smutku, zakończyła go radościami Jezusa Chrystusa i Jego Dziewiczej Matki. Tak jest na całym świecie. Jego ukryte łaski wylewane są na prośbę modlitwy Maryi. I jak była ona wiosną łaski na ziemi, tak jest i teraz w niebie przez swą modlitwę za nas wiosną świętej łaski — zjednując nam łaskę nawrócenia, łaskę modlitwy, łaskę wstrzemięźliwości, łaskę i moc panowania nad sobą — słowem, jakakolwiek łaska, o którą prosimy — ta, kiełkując w naszych duszach, przyniesie dziś kwiat i liść obietnicy, jutro owoc dojrzałości, a na wieki nagrodę łaski, którą jest wiekuista korona chwały Bożej.