HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

34. Miłość chrześcijańska

Wykład wygłoszony w katedrze w Newark, N. J., w poniedziałkowy wieczór 3 czerwca 1872 r., na rzecz Szpitala prowadzonego przez Siostry Ubogich.

Gdy chcę podziękować i uwielbićGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego Miłość bliźniego i miłosierdziePowszechne powołanie do świętości
W skrócie. Wykład na rzecz szpitala Sióstr Ubogich o czterech przymiotach miłości Chrystusa: stałości (trzydzieści trzy lata nieprzerwanej służby, nigdy nie odmówił), tkliwości i współczucia (płakał nad Łazarzem, matce z Naim powiedział „nie płacz"), skuteczności i czynności (nie tylko słowo, ale czyn), i powszechności (każda postać nędzy znajdowała odpowiedź). Burke pokazuje, jak te same przymioty realizują siostry zakonne. Kończy apelem do świeckich o finansowe wsparcie zakonnic jako uczestnictwo w ich dziele miłosierdzia.

„miłość w Kościele Bożym, podobnie jak miłość w Jezusie Chrystusie, jest skuteczna. Jest to miłość ciężko pracująca, niestrudzenie znojąca.”

*Wykład wygłoszony w katedrze w Newark, N. J., w poniedziałkowy wieczór 3 czerwca 1872 r., na rzecz Szpitala prowadzonego przez Siostry Ubogich.*

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

DRODZY PRZYJACIELE! Wśród licznych dowodów, które Kościół katolicki przedstawia światu na potwierdzenie swej prawdziwości i swego Boskiego posłannictwa, jeden z najmocniejszych — choć pośredni, to przecież jeden z najmocniejszych — jest duch miłosierdzia i miłości, zorganizowany w jego wnętrzu. Przepowiedziało to już niegdyś Oblubienicy Pismo, że Pan Bóg zorganizował w niej miłość (*Ordinavit in me caritatem*). Zapowiedział to wyraźnie Chrystus Pan nasz, a zapowiedział dobitnie, że przymiot miłości — miłosierdzia — ma być znakiem rozpoznawczym Jego wybranych. Przystało zatem, aby Kościół, będący Oblubienicą Jezusa Chrystusa, miał zorganizowaną w sobie miłość i miłosierdzie, i aby jaśniały na jego dłoniach jako ów znak wybraństwa Tej, która miała być Matką wszystkich wybranych Bożych. Dlatego też we wszystkich czasach miłość, przyjmując kształt miłosierdzia, była żywa i prawdziwa w Kościele katolickim; i ta miłość, co z niego promienieje, staje przed nami, gdy go kontemplujemy, ze wszystkimi przymiotami Boskiego piękna, jakie odnajdujemy w miłości samego Jezusa Chrystusa. Wiecie, że przybyłem do was tego wieczoru, aby mówić wam o przymiotach miłości chrześcijańskiej. Nie tyle o konieczności miłości pragnę mówić, ile o jej przymiotach. Nie potrzebuję przekonywać was o konieczności bycia miłosiernym i dobroczynnym. Wasza obecność tutaj tego wieczoru dostatecznie świadczy mi o tym, że rozpoznajecie konieczność miłości. Lecz abyście wiedzieli, czym jest owa Boska miłość, która jest w Kościele i która przybiera kształt miłosierdzia, postaram się opisać wam niektóre z jej przymiotów; i zacznę, wzywając was językiem Pisma Świętego, do rozważenia i uznania, jaką to miłość Ojciec niebieski nam okazał, i przez jaką mieliśmy być nazwani — i być — synami Bożymi. Tym kształtem Ojcowskiej miłości jest Chrystus Jezus, Pan nasz; bo jak mówi sam Chrystus: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał." Oto dar Ojca! Jeśli chcecie wiedzieć, jakie są prawdziwe przymioty i jakie piękności miłości, musicie rozważyć miłość taką, jaka istnieje w samym naszym Boskim Panu. Wówczas ujrzycie, jakie są przymioty miłości chrześcijańskiej. Dlatego też Ewangelista rzekł: „Patrzcie, jaką miłość okazał nam Ojciec, że zostaliśmy nazwani i jesteśmy dziećmi Bożymi."

Otóż, przede wszystkim, najmilsi przyjaciele, pewną jest rzeczą, że chociaż wiara jest bezwzględnie konieczna do zbawienia i chociaż zbawieni jesteśmy nadzieją, to jednak ani wiara, ani nadzieja nie wprowadzą nas do wiecznego szczęścia i radości w życiu przyszłym, jeśli nie posiadamy miłości, która objawia się miłosierdziem względem ubogich. „Po tym" — mówi Pan nasz Boski — „poznają wszyscy, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłować"; i „jeśli ktoś mówi, że miłuje Boga, a bliźniego swego nie miłuje, prawdy w nim nie ma." Lecz gdzie indziej ten sam Ewangelista powiada nam, że „kto ma dostatki tego świata, a ujrzy brata swego w potrzebie i zamknie przed nim swe serce, jakże może trwać w nim miłość Boża?" Znakiem tedy, po którym poznamy, czy istotna miłość jest w nas, jest objawienie się tej Boskiej zasady w uczynkach miłosierdzia. Prorok rzekł: „Zaręczam cię z sobą na zawsze w wierze, w sprawiedliwości, w prawie, w miłosierdziu i w litości." Tyle o konieczności miłości. Nikt nie może być zbawiony bez niej. Nikt nie może twierdzić, że jest synem Bożym, jeśli nie nosi na sobie znamienia miłosierdzia. Nikt nie przejdzie do nieba, jeśli nie otworzy przed sobą złotych bram tego nieba kluczem miłosierdzia. Będzie to rozstrzygająca próba, przez którą okażecie się godnymi chwały wiecznej — że znamię miłosierdzia jest na waszym czole, a uczynki miłości w waszych rękach.

Jakąż miłość odnajdujemy w Panu naszym Jezusie Chrystusie? Jakie są przymioty Jego miłości? Odpowiadam: głównie cztery. Przede wszystkim miłość w Chrystusie była stałą i trwałą miłością; po wtóre, była współczującą i czułą — miłością najtkliwszą; po trzecie, była czynną i skuteczną — miłością pracującą; po czwarte, była powszechną, ogarniającą wszystkich i dotykającą wszystkich tą samą miłosierną dłonią — miłością katolicką. Rozważmy te cztery przymioty w Chrystusie, zanim przejdziemy do kontemplowania ich w miłości zorganizowanej w Jego świętym Kościele. Naprzód, przyjaciele, miłość naszego Boskiego Pana była stała. Miłość sprowadziła Go z nieba; miłosierdzie zatrzymało Go na ziemi przez trzydzieści trzy lata; miłosierdzie przybiło Go do krzyża. Zstąpił z nieba, aby odkupić upadłe plemię człowiecze. Poświęcił się całkowicie dziełu odkupienia. Żadna inna myśl nie wchodziła nigdy w umysł naszego Pana; żaden inny motyw nie skłaniał Go do działania — prócz tej jednej myśli, tego jednego motywu miłosierdzia. Było to Jego codziennym czynem. Gdy mówił, było to miłosierdzie światła danego człowiekowi; gdy uzdrawiał chorych, było to wciąż to samo miłosierdzie, które niosło Jego wszechmocne dotknięcie. Przez trzydzieści trzy lata pozostawał na ziemi. Czy było to konieczne dla zbawienia człowieka? Nie! Lecz konieczne było, aby Chrystus miał czas, by wylewać nieskończone miłosierdzie w swoich codziennych czynach wobec ludu. Przychodzili do Niego o każdej porze. Gdy spożywał posiłek, wpadali do Niego, tak jak Maria Magdalena wpadła do Jego stóp, gdy zasiadał przy stole. Przychodzili do Niego w porze, gdy miał spocząć, tak jak Nikodem przyszedł „o północy." Napierali na Niego tak, że — jak mówi święty Marek — nie dawali Mu nawet czasu, by spożyć chleb, by zjeść posiłki. I czy kiedykolwiek odmówił im siebie? Czy kiedykolwiek odwrócił się od nich i rzekł: „Nie czas i nie miejsce, byście szukali Mnie"? Czy kiedykolwiek okazał choćby najmniejszą niestałość lub chwiejność w swoim miłosierdziu? Nie! Kimkolwiek był ten, kto przychodził do Niego, i w jakimkolwiek czasie lub miejscu, i w jakichkolwiek okolicznościach, On był zawsze sobą. Ta miłość, to miłosierdzie, z którym ich spotykał, było sprawą Jego życia, aż lud zaczął liczyć z absolutną pewnością na trwałą stałość Jego miłości i przychodził do Niego ze swymi chorymi, i ślepymi, i powalonymi chorobą, i umarłymi, z zupełną pewnością, że Jego miłość i miłosierdzie wyjdą Mu naprzeciw; bo w istocie było to samo życie Boga — ta miłość, która nie była dla Niego dziełem wyjątkowym lub okazjonalnym, nie tylko rozrywką godziny — była sprawą Jego życia, była samym Jego życiem. Przynosił do dzieła miłosierdzia nieskończoną stałość Boga.

Nie tylko wszakże miłość Chrystusa była stała; lecz była zarazem najtkliwszą i najwspółczulszą miłością. Umiłowani bracia, tu właśnie dostrzegamy przebłysk wnętrza serca naszego Pana. Tu kontemplujemy cnotę miłości, miłosierdzia w Nim. Tu widzimy nieskończone współczucie i czułość Jego najmiłującego serca. Każdy akt swego miłosierdzia otaczał nieodmiennie wszystkimi najsłodszymi przymiotami tkliwości i miłości. Kiedy na przykład na górze miał przy sobie pięć tysięcy ludzi i zamierzył ich nakarmić — zanim rozmnożył chleb, zwrócił się do swych uczniów i rzekł: „Żal Mi tego ludu, nie chcę ich odsyłać głodnych, aby nie zasłabli w drodze; albowiem oto trzy dni już są ze Mną." Nie dość mu było ich nakarmić — poprzedza ów czyn miłosierdzia wyrazem współczucia, dając niejako upust silnemu uczuciu kochającego serca. Znowu, gdy zbliżał się do miasta Naim, wyszedł Mu naprzeciw konduk pogrzebowy; młody mężczyzna — jedyny syn wdowy — który odszedł od niej na starość; i oto ona, z rozczochranymi włosami, z oczami zalanym łzami, z głośnym krzykiem rozpaczy, płakała, że wydarty jej został podpora życia i nadzieja oraz radość jej starości, gdy odprowadzała jedyne dziecię na grób. Lecz w chwili, gdy głos jej dosięgnął ucha Zbawiciela — w chwili, gdy ją ujrzał, ogarnęło Go litości. Drżały w Nim źródła Jego wielkiego, chwalebnego, miłującego serca; i podchodzi do niewiasty, kładzie rękę na jej ramieniu i mówi do niej głosem przeszywającej miłości: „Nie płacz." Osusza matczyne łzy, a potem zwracając się do leżącego na marach, mówi: „Młodzieńcze, tobie mówię: wstań." A Ewangelista opowiada nam, że gdy młodzieniec powstał, Pan wziął go w ramiona i oddał go matce — złożył go na jej łonie, a potem stał patrząc, i napajał swoje wielkie współczucie i tkliwość swej miłości szczęściem tego spotkania. Takie było serce Jezusa Chrystusa.

Przy innej sposobności przybywa do Betanii. Łazarz od czterech dni leżał w grobie, gdy przyszedł Mistrz. Weszli do domu i powiedzieli Marii Magdalenie, że przyszedł Mistrz, a ona wybiegła i rzuciła się ze złamanym sercem do Jego stóp, wołając: „Panie, gdybyś tu był, brat mój nie byłby umarł!" Gdy spojrzał w dół i ujrzał tę niewiastę płaczącą — z piersi jej wyrywały się łkania w boleści żalu — i Jezus zapłakał. Łzy spłynęły z Jego oczu i padły na głowę Marii ze źródła owej Boskiej miłości i współczucia. Nie ma nic bardziej wzruszającego w całym Piśmie Świętym niż te słowa: „I Jezus zapłakał." Nawet Żydzi, którzy stali wokół, zdumieli się na widok takiego współczucia. Nie byli przyzwyczajeni do podobnej tkliwości i mówili jeden do drugiego: „Patrz, jak bardzo go miłował." Takie było serce Jezusa Chrystusa. Zwykł był leczyć zranione uczucia cierpiących, jak i przynosić im ulgę; wnikał we wszystkie ich potrzeby i im służył — a służył z tak wielką miłością, że sposób, w jaki przynosił ulgę, był niemal większy niż sama ulga. Po trzecie, miłość naszego Pana była wspaniałą, rzeczywistą, czynną i skuteczną miłością. Nie miłował jedynie słowem i językiem; miłował czynem i prawdą. Nie poprzestaje na mówieniu: „Żal Mi tego ludu"; lecz sięga ręką do kosza, bierze chleb i łamie go, i rozmnaża, i rozdaje im, aż każdy jest nasycony. Nie poprzestaje na powiedzeniu owdowiałej matce: „Nie płacz"; lecz daje jej powód, by przestała płakać, bo wskrzesza jej syna z martwych i kładzie go na jej łonie. Nie poprzestaje na płakaniu nad Magdaleną i mówieniu do niej: „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem"; lecz chwilę potem widzimy Go przy grobie Łazarza, a ciszę grobu przebija głos: „Łazarzu, wyjdź!" — i Łazarz wyszedł ze swego grobu; i oddał go siostrom. Jego miłosierdzie nigdy się nie zniechęcało; miłosierdzie, które stawiało czoła każdej postaci nędzy, bo było nie tylko stałe i łagodne, i współczujące, skuteczne i czynne, ale było też katolickie i powszechne. Każda postać nędzy, która stawała przed Nim, znajdowała w Nim odpowiedź. Raz widzimy Go otwierającego oczy ślepym; znowu widzimy Go dźwigającego bezradnych i chromych; znowu oczyszczającego trędowatego lub wskrzeszającego umarłych; kiedy indziej zawstydzającego pychę faryzeuszy przykładem swej pokory; kiedy indziej — i to dzieło najwspanialsze ze wszystkich — gdy przyjął grzesznicę z wszystkimi jej grzechami, a słowami: „Odpuszczone są tobie grzechy twoje", posłał ją naprzód czystą jak anioł przed tronem Bożym.

Oto cztery główne przymioty miłości, która istniała w sercu Jezusa Chrystusa. Gdy Chrystus Pan nasz założył swój Kościół, wyraźnie ogłasza nam, że wzniósł go w całej mocy, w całym pięknie, w całej świętości i prawdzie. Wyraźnie ogłasza nam, że cokolwiek posiadał, dał Kościołowi; że czymkolwiek był On, takim miał być i Kościół. Napisano o tym Kościele: „Stałaś się piękna wielce z powodu piękności mojej, którą na cię nałożyłem" — rzecze Pan. Widzimy, jak Chrystus to wypełnia, gdy mówi do swych uczniów: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi; idźcie więc, a Ja mówię wam: jak Mnie posłał Ojciec, tak i Ja was posyłam; jak Ja jestem prawdziwą światłością, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na ten świat, tak i wy jesteście posłani, aby tę światłość szerzyć; i bramy piekielne nie przemogą nigdy tego Kościoła; jak Ja jestem Wszechmogącym Boga, mającym władzę odpuszczania grzechów, tak mówię wam: którym odpuścicie grzechy, będą im odpuszczone."

Lecz wśród wielu darów, jakich udzielił swemu Kościołowi, dał mu tę miłość i miłosierdzie, które — jak widzieliśmy — były tak doskonałe w sercu naszego Pana. Dlatego też, jak mówi nam święty Paweł, Chrystus umiłował swój Kościół i wydał za niego swe życie, aby go sobie stawić doskonałym, pięknym, chwalebnym, nie mającym skazy, zmarszczki, plamy ani niczego tym podobnego, lecz wszystkim doskonałym w swym nadprzyrodzonym pięknie; i tak zdolnym być Oblubienicą Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Wśród tych piękności było piękno miłości, podobnej do Jego własnej — bo napisano: „Zaręczam cię z sobą na zawsze w wierze, w sprawiedliwości, w prawie, w miłosierdziu i w litości." Jakże zatem miłosierdzie i miłość mogłyby nie być znamieniem owego Kościoła, który miał być Oblubienicą Chrystusa? Gdy więc sięgamy do jego historii, musimy na jej kartach odnaleźć ów przymiot miłości podobny do Jego własnej. Czy odnajdujemy go? Och, drodzy przyjaciele, miłosierdzie i miłość były nieznane światu, dopóki Jezus Chrystus nie założył swego Kościoła — miłosierdzie i miłość były nieznane światu. Świat miał dobroczynność; dzieje historii świata opowiadają nam o wielu aktach wspaniałej dobroczynności, tu i ówdzie dokonywanych przez dawnych pogan; słyszymy o wielu przykładach, w których okazywali oni łagodność serca i litość, i wielu, w których byli hojni i ofiarni w swych wysiłkach, by nieść pomoc bliźnim. Pamiętajcie, że to wszystko są piękne i szlachetne ozdoby naturalnego charakteru człowieka. Ale nie są nadprzyrodzone; nie są Boskie, ani nie są owym miłosierdziem, którego Jezus Chrystus będzie wymagał od duszy wchodzącej do królestwa Jego chwały. Dlaczego? Bo, umiłowani, miłość, o której mówi Jezus Chrystus Pan nasz, jest miłością, która musi wypływać z wiary i być ożywiana nadzieją; która musi wypływać z wiary, bo jak mówi Apostoł: „Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość — te trzy: ale z nich największa jest miłość." Jeśli nie ma tam wiary, wskazującej drogę całej naszej miłości, może to być łagodność, może to być dobroć serca, może to być cokolwiek zechcecie; lecz nie jest to miłość chrześcijańska. Czego uczy nas wiara, by kierować naszą miłością? Wiara mówi nam, że jesteśmy zobowiązani służyć Jezusowi Chrystusowi, Panu naszemu — oddawać Mu cześć, niezależnie od przebrania lub postaci, w jakiej Go spotkamy. Wiara uczy nas, że błogosławieni są ci, którzy Mu służą, bo oni będą obsługiwani przez Niego.

Gdzież więc Go szukać, by nasze usługi do Niego dotarły? W niebie żąda On naszego uwielbienia; lecz nie możemy służyć Mu tam naszym miłosierdziem. W Przenajświętszej Eucharystii żąda czystości duszy, gorliwego przystąpienia, adoracji; lecz nie możemy Mu tam służyć naszym miłosierdziem. Jest jedna postać — jedna jedyna — w której Chrystus Pan nasz stawia się tak, że staje się przedmiotem miłosierdzia, i jest nią ta, gdy przebrany jest w kształt ubogiego i potrzebującego; i wtedy mówię wam: „Błogosławiony, kto jest troskliwy o ubogiego i nędzarza", bo o ile uczyniliście to jednemu z tych maluczkich, Mnie uczyniliście. W dniu sądu powie On do dusz sprawiedliwych: „Byłem głodny, a łamaliście chleb swój i dawaliście Mi jeść; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a podnosiliście moją głowę i nawiedzaliście Mnie." A gdy sprawiedliwi rzekną: „Gdzież, o Panie, widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Cię, ubogim i wspomagaliśmy Cię?", wtedy Pan powie do duszy sprawiedliwego: „Czy rozpoznajesz tych?" „O tak, Panie! Znam ich. Widziałem ich na ziemi umierających z głodu, chorych, w ich nędzy." Wówczas On powie: „Przysięgam wam, że cokolwiek uczyniliście tym, Mnie uczyniliście."

Oto czego uczy nas wiara. Wiara ustanawia tę zasadę — że służąc ubogim, służymy Jezusowi Chrystusowi — że posługując ubogim, pracujemy nad własnym zbawieniem, bo zbawienie nasze zależy od naszej służby Jezusowi Chrystusowi. Co zaś nadzieja mówi nam o tym dziele miłosierdzia? Nadzieja mówi nam, że każda obietnica, jaką Bóg Wszechmogący złożył człowiekowi co do przyszłej chwały i szczęśliwości, związana jest z warunkiem miłosierdzia. Na cóż macie nadzieję? Na przebaczenie grzechów — najwyższe miłosierdzie Boże. Bóg mówi nam w Piśmie Świętym: „Odkupuj grzechy swoje jałmużną, a nieprawości miłosierdziem względem ubogich." Czy spoglądacie ku wiecznej światłości i chwale? Izajasz mówi: „Łam głodnemu chleb twój, a ubogich i bezdomnych wprowadź do domu. Gdy ujrzysz nagiego, okryj go, a od ciała swego się nie kryj. Wtedy twe światło wschodzi w ciemnościach, a twoja sprawiedliwość poprzedzać cię będzie, a Pan napełni duszę twoją blaskiem i da ci odpoczynek nieustanny." Cóż dziwnego zatem, że gdy właśnie ten punkt, do którego zmierza każdy chrześcijanin — mianowicie chwila sądu — staje przed oczami naszymi; gdy każdy chrześcijanin pyta siebie w duchu: „Czy przejdę przez tę złotą bramę do wewnętrznej chwały Bożej, czy zostanę wyrzucony w płomienie piekła na wieki?" — anioł miłosierdzia pojawia się, by rozstrzygnąć tę wielką kwestię i na zawsze otworzyć albo zamknąć. O, straszliwa chwila! O, przerażające pytanie! Lecz w chwili, gdy los nasz zawiśnie w owej wadze, która stoi przed nami wszystkimi; przed którą nikt nie ucieknie; w owej strasznej próbie, przez którą każdy z nas przejść musi, Pan nasz powie: „Pokażcie Mi wasze miłosierdzie. Chcecie wejść do mojej chwały: pokażcie Mi, jak ją kupiliście uczynkami miłosierdzia względem ubogich. Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; pragnąłem, a nie daliście Mi pić; byłem chory, a nie chcieliście Mnie nawiedzić ani pocieszyć; ilekroć bowiem odmówiliście tego ubogim, Mnie odmówiliście. Idźcie precz, przeklęci, w ogień wieczny." O, jakże świętym jest wypełnianie owej miłości i miłosierdzia, gdy patrzymy na nie oczami wiary i nadziei; i jeśli nie jest tak oglądane oczami wiary i nadziei, może być ludzką cnotą, lecz nie jest Boską cnotą miłości.

Otóż tę wzniosłą i Boską cnotę odnajdujemy już w pierwszych dniach Kościoła. Tylko on mógł stworzyć tę miłość, o której mówię. I dlaczego? Bo tylko on ma poznanie Jezusa Chrystusa — tylko on może Go rozpoznać — tylko on ma posłannictwo głoszenia Jego słowa i ewangelizowania Jego imienia wśród narodów — tylko on posiada skarb nad wszelkie skarby wyższy: Jego własną Boską obecność w swoim łonie. Dlatego tylko on może stworzyć cnotę uznającą prawa Tego, którego dostrzega w ubogich, i zabiegającą, by Mu przez nich służyć. Od pierwszych dni istnienia Kościoła widzimy to miłosierdzie jaśniejące na nim. W pierwszych trzech wiekach istnienia Kościoła, gdy być katolikiem oznaczało być skazanym na śmierć; gdy chrześcijanie musieli kryć się w katakumbach i jaskiniach ziemi — bo pokazać się znaczyło zgodzić się na natychmiastową zagładę — nawet wówczas kronika Kościoła mówi nam, że ilekroć jakiś wielki Rzymianin przyjmował wiarę, lub ilekroć jakaś wielka rodzina Rzymu przyjmowała światło, pierwszą rzeczą, którą czynili — pierwszym popędem ich nowej religii — było zwołanie licytacji i pozbycie się wszystkiego, co posiadali; a gdy pieniądze leżały przed nimi w wielkich stosach złota i srebra, wzywali ubogich i wszystko im rozdzielali. Gdy święty Wawrzyniec siedział w lochu oczekując śmierci, powiedziano namiestnikowi Rzymu, że jest diakonem Kościoła chrześcijańskiego i że przechowuje wszystkie niezmierzone skarby, o których szeptano, że je ukryli. W owych czasach kłamano o kapłanach Kościoła tak samo, jak słyszymy kłamstwa teraz, gdy mówią, że my, kapłani, zawsze usiłujemy wyciągać pieniądze od ludu. Gdy namiestnik to usłyszał, wezwał swego więźnia i rzekł do niego: „Powiedz mi: czy prawda, że ten Kościół chrześcijański, do którego należysz, posiada tak wielkie skarby?" „Najzupełniejsza prawda." „W takim razie" — rzekł — „daruję ci życie pod jednym warunkiem: że przyniesiesz mi wszystkie skarby owego Kościoła i mi je oddasz." Święty Wawrzyniec wyszedł i zebrał wszystkich ślepych, i chromych, i nędzarzy, i ubogich, i chorych, i przyprowadził ich wszystkich, setkami, przed bramę pałacu, tak że gdy namiestnik wyszedł, łakomy, by napawać wzrok zapasami złota, srebra i drogich kamieni, które sobie wyobrażał, ujrzał tylko ten tłum. A gdy zapytał świętego Wawrzyńca, gdzie są owe skarby, diakon odpowiedział: „Oto! Ci, o Pretorze, są skarbami i jedynymi skarbami Kościoła Jezusa Chrystusa." W nim jedynym odnajdujemy miłość zorganizowaną w trwałej postaci.

Widzieliście, że miłosierdzie było życiem Chrystusa — nie czymś okazjonalnym dla Niego, lecz obowiązkiem i sprawą każdego dnia Jego życia — jedyną rzeczą, dla której żył. Gdzież poza Kościołem katolickim znajdziecie żywoty poświęcone — od młodości aż do starości poświęcone — jednemu dziełu miłosierdzia? Poza Kościołem katolickim znajdziecie wiele dobroczynności, dobroci serca, życzliwości, wiele współczucia i łagodności względem ubogich. Lecz jest ta różnica: nikt, poza Kościołem katolickim, nie ma tego miłosierdzia i tej miłości wyznaczonych jako sprawa i cel jej życia, jedyny cel jej istnienia, znak i pieczęć jej zjednoczenia z Jezusem Chrystusem. Protestancka dama, która pragnie odwiedzić chorych, bierze kosz na ramię, wkłada do niego butelkę wina i cokolwiek uzna za potrzebne, i wyrusza w drogę. Czyni rzecz dobrą, świętą; pamiętajcie jednak, że uczyni to dziś — ale jutro? Jutro może padać deszcz i delikatna dama zostanie w domu. Uczyni to dziś — jest w dobrym humorze — w nastroju pobożności; lecz jutro może mieć ból głowy i nie mieć na to ochoty; albo może wczorajsi, których odwiedziła, zdawali się jej niewdzięczni; albo może byli brudni — i tak zrezygnowała; albo może ma obowiązki domowe lub wizyty do złożenia, i oczywiście nie można od niej oczekiwać, by poświęcała cały swój czas ubogim. Lecz przestąpcie próg Kościoła katolickiego. Z chwilą gdy go przekroczycie, pierwszą postacią, którą ujrzycie, jest Siostra Miłosierdzia, lub Siostra Miłości, lub Siostra Ubogich. Pytacie, kim są, a on odpowiada: „To damy — wiele z nich dam z urodzenia — damy o umyśle najwykształceńszym — o inteligencji najwyższej kultury i wykształcenia — damy, jak widać po ich sposobie bycia, po chodzie — damy, przed którymi roztaczały się wszelkie przyjemności i radości życia; lecz w piętnastym lub szesnastym roku życia poświęciły się Kościołowi. Przyniosły temu Kościołowi swą czystość, cnotę, szlachetność umysłu, wyrafinowanie obyczajów, przyniosły wszystko Kościołowi i rzekły: Chcę to wszystko poświęcić służbie Bożej." Kościół Boży odpowiada: „Czy jesteś gotowa poświęcić całe swoje życie, bo nie przyjmę na dzień czy rok?" I one odpowiedziały: „Tak." Wówczas Kościół rzecze: „Idź do klasztoru, ścij posty i módl się; upewnij mnie co do swej heroicznej cnoty; a gdy przekonam się, że jesteś jedną z wybranych Bożych — ze świętych — wtedy i tylko wtedy możesz iść do szpitala, sierocińca lub przytułku, by tam osiąść do końca dni swoich u stóp ubogich." Do Sióstr Miłości i Sióstr Miłosierdzia mówi: „Przyjmij chorych, pielęgnuj ich, spełniaj dla nich wszystkie posługi, nawet najniższe, bądź ich służebnicą, bądź ich niewolnicą, ich pielęgniarką, każdego dnia do końca twojego życia; lecz nie udzielę ci misji zaszczytnej, dopóki wpierw nie poświęcisz się Bogu." I w tym poświęceniu Kościół przestrzega je: „Pamiętaj: bez względu na to, jak straszna choroba, bez względu na to, jak odpychająca postać ułomności, bez względu na to, jak pewna zaraza i śmierć, którą sprowadzasz na siebie, musisz mi przysiąc u stóp mego ołtarza, że żadna postać choroby, niebezpieczeństwa ani zarazy — żadna ofiara własnych uczuć lub upodobań — nie powstrzyma cię ani na chwilę od twojego stanowiska pracy." Oto jest miłość taka, jaka jest w Kościele. Możemy na niej polegać, możemy się na niej oprzeć, tak jak opierano się na Boskim miłosierdziu i miłości Jezusa Chrystusa, bo jest stała. Rozważcie tysiące dojrzewające do pełni swego wieku pod tymi ślubami, w tych posługach. Rozważcie tysiące konsekrowanych w Kościele, dojrzewających ku tej starości, która przynosi cześć i srebrne włosy. Dla nich wszystkich nie ma innej myśli jak miłosierdzie. Wszystkie ich nadzieje co do życia i wieczności są złączone z chorymi i ubogimi. Co więcej, miłość objawiająca się w Kościele jest podobna do miłości naszego Boskiego Pana w swej tkliwości i łagodności. Jakże Kościół mógłby nie być łagodny, tkliwy, kochający i współczujący w swym miłosierdziu, skoro widzi, jaki jest jego motyw? Rozpoznaje w ubogich Pana i dlatego, służąc im, służy jak gdyby samemu Jezusowi Chrystusowi.

Drodzy przyjaciele, gdy świat udziela pomocy ubogim, czyni to ręką skąpą i władczą. Gdy polityczny ekonomista lub mąż stanu postanawia wybudować przytułek dla ubogich, czyni go jak najbardziej podobnym do więzienia. Biedak jest tu wpychany i zmuszany do odczuwania, że jest nędzarzem. Zmuszają go niemal do zapomnienia własnego imienia, bo zastępuje je numer; tylko po tym jest znany. Otrzymuje swoje utrzymanie, a na mocy prawa ubogich w Anglii i Irlandii — takie samo odzienie co skazańcy, ten sam wzór. Jeśli jest żonaty, zostaje oddzielony od żony; jeśli jest ojcem, zostaje oddzielony od dzieci — tak, nawet matka zostaje rozdzielona z dziećmi, które jej się odbiera i umieszcza w skrzydle dziecięcym, ponumerowane i otagowane jak bydło. I tak, choć życie jest prolongowane, mają pauprowy łach, by je okryć, i pauprowy kęs, by życie w nich podtrzymać; lecz uczucia ich są zdeptane, i zmuszani są do odczuwania, że są zależni od dobroczynności świata, który niecierpliwie czeka, kiedy wszystko się skończy. O, to cierpienie, to poczucie najzupełniejszego poniżenia, które ogarniać musi mężczyznę lub kobietę zmuszonych uciekać się do tej pomocy, wiedzących, że ci, którzy im służą, z niecierpliwością czekają chwili, gdy parafia pozbędzie się nędzarza, gdy pauprowa trumna go otoczy i zostanie zaniesiony do pauprowego grobu! Żadnej nadziei, żadnej pociechy, żadnej tkliwości, żadnego współczucia; serce jest łamane, podczas gdy życie jest przedłużane. Dobrze pamiętam wiele takich przypadków pośród naszego ludu odnoszących się do tego systemu. Pamiętam, że pewnego razu wezwano mnie w Dublinie do umierającej kobiety. Wspinałem się po schodach na nędzne poddasze i znalazłem ją leżącą na gołej podłodze, bez choćby odrobiny słomy pod głową i bez przykrycia, prócz łachów, które zwykła nosić i w których chodziła. Kobieta miała przeszło siedemdziesiąt lat, a w młodości była dobrze wychowana, z szanowanych rodziców i żyła w dostatku — prawie zamożności. Dzieci jej odpadły lub wyemigrowały jedno po drugim, aż w końcu ta stara kobieta została sama; i znalazłem ją leżącą tam, z gorączką w żyłach, umierającą z wyczerpania i głodu. Nie była w stanie do mnie przemówić, gdy wszedłem, i musiałem kłaść się na podłodze, by przyjąć jej spowiedź. Tak zupełna była jej nędza, że zaręczam — musiałem wyjść i szukać u sąsiadów filiżanki wody, by zwilżyć jej wargi. Widząc ją w tak wielkim cierpieniu i nie mogąc jej ulżyć, ośmieliłem się zaproponować: „Nie ma nikogo, kto by się wami opiekował, a wy umieracie; czy nie byłoby lepiej, gdybym zabrał was do szpitala przytułkowego?" Spojrzała na mnie — i nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. „Wysłałam po kapłana, a on — wielki Boże — nie ma mi nic innego do zaoferowania jak to! Nie, ojcze, cofnij to słowo!" Musiałem je cofnąć i przeprosić ją za jego użycie. „Nie; mogę tu umrzeć z głodu, nie będąc poniżoną."

Wejdźcie teraz do Kościoła katolickiego. Wybiera on najlepsze, najtkliwsze, najczystsze, najświętsze ze swych dzieci i daje im misję służenia ubogim. Najłagodniejsza dłoń; serce przepełnione tkliwością dziewiczej miłości ku Jezusowi Chrystusowi; serce, które nigdy nie skurczyło się pod wpływem choćby jednego dobrowolnego odruchu miłości własnej; te, które ze wszystkich są najbardziej zdolne do współczucia, gdy przynoszą ulgę; do gojenia ran serca, gdy podnoszą osłabioną głowę. Gdybyśmy jutro my lub ktokolwiek z nas byl dotknięty i cierpiał, z czyich ust pragnęlibyśmy słyszeć słowa pociechy i nadziei, jeśli nie z ust konsekrowanych Jezusowi Chrystusowi? Gdzież znaleźlibyśmy rękę bardziej zdolną do ocierania łez z naszych twarzy niż rękę złączoną z Jezusem Chrystusem duchowymi zaślubinami? Gdybyśmy chcieli oprzeć się na współczuciu i miłości bliźniego, gdzież znaleźlibyśmy serce bardziej zdolne zaspokoić tę potrzebę niż serce puste z wszelkiej miłości prócz jednej miłości Jezusa Chrystusa? O, drodzy przyjaciele, wystarczy wejść do jakiegokolwiek Domu Miłosierdzia lub Miłości, do jakiegokolwiek szpitala, lub do Sióstr Ubogich, by znaleźć to prawdziwe miłosierdzie chrześcijańskie. Nigdy nie zapomnę, jak kilka lat temu, gdy byłem na misji w Manchesterze, wyszedłem, by obejrzeć publiczne budynki, i znalazłem wśród nich dom Małych Sióstr Ubogich. Przyjmowały starszych ludzi dotkniętych nieuleczalnymi chorobami; tych, którzy byli powaleni i niezdolni do pracy, a nawet do żebrania dla siebie. Te — porzucone przez wszystkich — te Małe Siostry Ubogich wyciągały z ich nędznych lepianek i sprowadzały do swego domu i szpitala; i tam je utrzymywały, otaczając je w miarę możliwości wszystkimi wygodami domowego ogniska i czyniąc je możliwie szczęśliwymi. Następnie wychodziły rano przez zatłoczone ulice tego wielkiego miasta i wyżebrywały kęs chleba dla siebie i starszych; i łamały swój chleb, i dzieliły się nim z ubogimi. Jedna z tych zakonnic — Angielka — która była wielką damą świata — którą znałem jako taką: wspaniała w swej urodzie i uzdolnieniach, znakomitego rodu, otoczona uwielbieniem towarzystwa, w którym żyła i nad którym panowała jak królowa — lecz w dniu, gdy stała się katoliczką, oddała się Bogu i stała się Małą Siostrą Ubogich; i znalazłem ją tu, usługującą wokół nich i pielęgnującą ich. Był wśród nich jeden stary człowiek, Irlandczyk, liczący ponad osiemdziesiąt lat; głowa jego z siwymi włosami pochylona starością, umysł wracający do wspomnień młodości i tych, których ukochał, od dawna odeszłych. Przemówiłem do niego, a on rzekł do mnie: „Ach, bracie, gdy byłem młody i miałem własną rodzinę, miałem niegdyś córkę — moją dziewczynę! Pan ją wziął i umarła w młodości. Pochowałem ją w grobie. Umierałem i głodowałem, gdy ona" (wskazał na młodą siostrę) „— moja dziewczyna — wyszła z grobu. Wzięła mnie w ramiona i przyprowadziła tu." Mała Siostra usłyszała go i zwróciła się do mnie: „Co on mówi? Zawsze powtarza te słowa." I musiałem jej wyjaśnić: „Mówi, że jesteś jego ukochaną, jego radością, światłością jego oczu, jego własną dziewczyną, która powróciła z grobu."

Widzicie zatem, że to Kościół katolicki otacza swoje miłosierdzie ową nieskończoną tkliwością, która może istnieć jedynie w sercu poświęconym Bogu. Łagodnością, zrodzoną z prawdziwej szlachetności, ze wszystkimi świętymi, czystymi i uszlachetniającymi wpływami otacza swoich chorych.

Nadto miłość w Kościele Bożym, podobnie jak miłość w Jezusie Chrystusie, jest skuteczna. Jest to miłość ciężko pracująca, niestrudzenie znojąca. Trwa od prawie dwóch tysięcy lat, a jeszcze nie przerosła sama siebie, ani nie jest zmęczona. Miłość podobna do Tego, który rzekł: „Ojciec mój działa aż dotąd i Ja działam." Kościół trudzi się miłością, która nie zna starości; i będzie taki sam aż do ostatniego dnia, jakim był kiedykolwiek przez minione dwa tysiące lat. Świat skarży się na jego natarczywość. Te Siostry przychodzą do was każdego dnia; przywożąc chorych i zwracając się do was o dostarczenie środków na ich utrzymanie i leczenie. Możecie powiedzieć: „Zawsze nas niepokoją; zawsze nam dokuczają; zawsze przychodzą do nas w godzinach pracy, po pieniądze." Owszem, tak jest; i tak będą przychodziły. Lecz zważcie, że to, co dla was jest tylko jednorazową wizytą, dla nich jest sprawą całego życia. Zważcie, jeśli wam uciążliwo sięgnąć do kieszeni lub kasy i dać dolara raz czy dwa razy w roku — o ileż bardziej uciążliwe jest dla tych biednych istot, które muszą wychodzić każdego dnia swego życia; bo aż do ostatniego dnia istnienia świata energia Kościoła — ręka Kościoła, którą one są — będzie tak żarliwa i silna, i energiczna, jak była w dniach Kościoła, gdy ręka Boga była na nim świeża; bo ona pochodzi od Boga.

Wreszcie dzieło miłosierdzia przy Bogu jest powszechne, i tak samo jest w Kościele. Każda postać ludzkiej nędzy, każda postać ludzkiego cierpienia znajduje swój środek zaradczy przygotowany w Kościele katolickim i w nim jedynym. Ojciec i matka umierają, a biedne sierota dziecko pozostaje samo — najbezradniejsze z wszystkich stworzeń Bożych. Sierota wydaje okrzyk swej nędzy, a z głosu dziecięcia jeszcze nie zdolnego mówić, Bóg Wszechmogący słyszy skargę; jak rzekł dawny prorok: „Ojciec i matka mnie opuścili, lecz Ty, o Panie, jesteś Ojcem sierot." Nie ma organizacji gotowej je przyjąć. Nie ma systemu zorganizowanej miłości, który zajmie miejsce ojca i matki. Świat nie czyni żadnego wkładu na ich utrzymanie. Lecz Siostra Miłosierdzia lub Siostra Miłości przychodzi i bierze to małe niemowlę na swoje dziewicze łono, do swego domu, najbardziej podobna do Dziewicy Matki, gdy niosła Dzieciątko z Betlejem. Cóż będzie losem tego dziecka: nie mając matki ani ojca, lub mając ojca pijanego i rozpustnego, który je zaniedba, i biedną, zaabsorbowaną matkę, która nie jest w stanie nim się zająć ani go opanować, wybiega na ulicę, i tak pośród widoków i odgłosów wszelkiego plugastwa dochodzi do czasu, gdy serce jego odpowie na pierwsze wezwanie namiętności, a ani umysł, ani serce nie otrzymały pouczenia, które by mu pozwoliło kierować namiętnościami i opanować je. Kto uratuje tę młodą duszę przed skalaniem przykładu świata? to młode serce przed zagładą grzechu? Przychodzi Brat Chrześcijański; przychodzi konsekrowana zakonnica. Jest on zabrany z tych trujących ulic, gdzie samo powietrze przesycone jest zepsuciem, i wprowadzony do domu Bożego; tam jego młode oko uczy się spoglądać na piękno Jezusa i Maryi, a jego język oswaja się z językiem wiary, aż wychowany — chrześcijański mężczyzna — jest zdolny zająć swoje miejsce w społeczeństwie, stać się błogosławieństwem dla narodu i chwałą, i dumą Kościoła Bożego. Młoda dziewczyna, która otrzymała zgubny dar urody; młoda dziewica, doskonały obraz wszystkiego, co powinno być najczystsze, niepokalane i niewinne; młoda dziewica, roztaczająca wokół siebie woń i aromat swojej cnoty, przed sądem Bożym — winowajca przeciw niej bardziej niż ona winna — zepchnięta, wmuszona na drogi zagłady przez nikczemne, bezlitosne, przeklęte działanie jakiegoś demona, który ją spotyka, oddaje się grzechowi; i oto, ponieważ była najlepszą z ziemskich dzieci, staje się najgorszą; ponieważ była najczystszą, staje się najbardziej potępioną; mimowolne spojrzenie na nią jest grzechem; dobrowolna myśl o niej migocząca przez umysł jest grzechem; powietrze, które oddycha, zamienia w grzech; dotknięcie jej ręki jest skalaniem; zbliżenie się do niej jest zagładą i przekleństwem Bożym. Lecz dotknięta łaską Bożą, nawraca się, jak Magdalena nawróciła się do Jezusa Chrystusa, i przychodząc do konfesjonału Kościoła katolickiego, podnosi ku górze swe zrozpaczone ręce i głos, i woła: „Czy może być miłosierdzie dla tak potępionej? Czy może być czystość dla tak splamionej, jak ja?" Wszystko, co świat może dla niej uczynić, to to, co czynili faryzeusze, gdy zbierali swe szaty i mówili: „Odstąp ode mnie; nie dotykaj mnie, bom czysty" — i dobrze by było dla świata, gdyby miał tyle łaski, by to powiedzieć. Nie, nie ma dla niej ratunku — żadna dłoń nie może jej dotknąć bez skalania, prócz jednej, a tą dłonią jest dłoń Kościoła. Był tylko jeden na całym świecie, do którego Magdalena mogła przyjść, nie kalaąc go; a był nim Jezus Chrystus. Faryzeusze mieli rację; nic nie mogli dla niej zrobić. Lecz w chwili, gdy przyszła do Niego — w chwili, gdy dotknęła Jego nieskalanego ciała — w chwili, gdy pierwsza łza spłynęła na stopę Jezusa Chrystusa — w chwili, gdy usta jej go dotknęły — w tej chwili Michał Archanioł przed tronem Bożym nie był czystszy niż ta niewiasta. Jedna moc jedyna może zaradzić tej dotkniętej i opuszczonej; jedna dłoń jedyna może podnieść jej zmęczoną głowę; jedna dłoń jedyna może przyjąć jej łzy, a tą jedną dłonią jest dłoń Maryi Dziewicy — jedyna, która może dotknąć Magdaleny i przez to dotknięcie oczyścić. Gdy Magdalena wstała, posłał ją do swej Błogosławionej Matki Dziewicy, a Ona, przyjęta przez Boga, ucieleśnienie wszelkiej czystości, przyjęła na swe święte łono i objęła pokutnicę. Tak jest w Kościele. Nieważne, jaka postać nędzy, nieważne, jaka postać nieszczęścia lub grzechu, znajdzie ona swój środek zaradczy gotowy w uświęcającej mocy, którą Bóg udzielił swemu Kościołowi.

Oto cztery wielkie przymioty miłości chrześcijańskiej. Jedno jeszcze słowo i skończę. Tę miłość, która jest stała, która jest współczująca, która jest skuteczna, która jest powszechna — tę miłość musicie wszyscy uczynić swoją; a jeśli jej nie uczynicie swoją, nie mogę wam dać żadnej obietnicy nieba. Nie mogę dawać żadnej nadziei na wieczne miłosierdzie Boże, jeśli nie uczynicie tego miłosierdzia i tej miłości swoją własną. Nie możecie uczynić ich swoją własnością sami z siebie. Nie możecie poświęcić się stale ubogim. Co więcej, nie jesteście godni wstępować bezpośrednio i osobiście w posługę miłosierdzia Kościoła; nie jesteście dość święci, nie jesteście dość wielcy. Tam (wskazując na Siostry, które były obecne) — tam są kapłanki miłosierdzia Kościoła Bożego. Napełniajcie ich ręce z litością i przyjmujcie je zawsze tak, jak Abraham przyjął trzech aniołów Bożych u bramy swego przybytku; przyjmujcie je jako anioły Boże, bo są aniołami waszych dusz, które zapewnią wam przymioty miłosierdzia. Napełniajcie ich ręce, zaklinam was, abyście zasłużyli przed Bogiem; abyście zasłużyli na stałość i powszechność ich miłosierdzia. Wówczas, gdy przyjdzie dzień waszego sądu, zadziwieni będziecie — jak mówi nam Pismo Święte — nagłością waszego niespodziewanego zbawienia; zadziwieni będziecie, gdy odkryjecie, że przez całe swe życie przyodziewaliście, wspomagaliście, żywiliście, nawiedzaliście Jezusa Chrystusa; i każdy pojedynczy czyn, który te zakonnice spełniały przez was i w waszej miłości, i w waszym miłosierdziu, zostanie zapisany jako wieniec chwały spoczywający na waszych czołach na wieki.

← wróć do odkrywania