HomiliaDB

John Cuthbert Hedley OSB · Światło życia

Światłość świata

Wygłoszone w kościele Świętych Męczenników Angielskich w Preston, w niedzielę 9 października 1898 roku.

Gdy tracę wiarę albo wątpięGdy wiara wydaje się nierozumna WiaraNatura i jedność Kościoła
W skrócie. Hedley głosi chrześcijaństwo jako Boską Światłość obecną w dziejach od zarania — przez pogaństwo, judaizm, aż po pełnię Objawienia w Chrystusie. Sekularyzm i naturalizm zagrażają tej Światłości, lecz Kościół katolicki jako nieomylny depozytariusz wiary chroni ją niezmiennie. Chrześcijaństwo to nie tylko moralność, lecz przed wszystkim system wiary, Wcielenia, sakramentów i żywej eucharystycznej Obecności.

„Chrześcijaństwo jest przede wszystkim i nade wszystko światłością.”

*Wygłoszone w kościele Świętych Męczenników Angielskich w Preston, w niedzielę 9 października 1898 roku.*

*„Pan jest światłością moją i zbawieniem moim"* (Ps 26,1).

W obecnych czasach nawet ci, którzy mało czytają i mało się zastanawiają, nie mogą nie dostrzec pewnej tendencji: oto myśl o Bogu staje się coraz mniej wyraźna — jakby nawet samo Jego Najwyższe Imię miało pozostać w mroku. Nie powiem, że ludzie zapominają o Bogu lub zaniedbują Go. Takie zapomnienie i takie zaniedbanie istniało zawsze w świecie. Lecz teraz nasi najgłębiej myślący — nasi najznamienitsi umysłowie — zajęci są wysiłkiem, by Boga czynić coraz bardziej odległym; by gęstszy nakładać zasłonę na blask Jego niebieskiego tronu; by zwiększać ciemność, jaka nieuchronnie spowija głęboką przepaść dzielącą Stwórcę od stworzenia; by stłumiać echo Głosu, który choć zawsze odległy, wierzymy, że przeznaczony jest do tego, by być słyszanym i poznanym w całym wszechświecie. Innymi słowy, trwa czynne i zdecydowane staranie, by przekonać mężczyzn i kobiety, których Bóg stworzył, że nie mogą Go poznać; że poza mglistym pojęciem Jego istnienia nie ma nic w Jego świętym Imieniu, czego rozum mógłby się uchwycić; że uświęcone i skarbione słowa, do których nawykliśmy, są jedynie pustym powietrzem, a nie racjonalnymi pojęciami; że nazywać Go Stwórcą, Ojcem, Przyjacielem, Sędzią, Celem Ostatecznym — to wręcz zaprzeczać temu najgłębszemu, temu najbardziej fundamentalnemu poglądowi umysłu, który widzi w Nim Nieskończoność i Absolut.

Temu fałszywemu i zgubniejszemu nauczaniu nie zamierzam obecnie starać się odpierać. Powiem tylko tyle — że nazwy, które ludzka mowa stosuje do Nieskończonego, muszą być koniecznie niewystarczające, lecz nie muszą być przez to fałszywe. Nie mogę wytworzyć w sobie pełnego ani doskonałego wyobrażenia tego, co oznacza dobroć Boga, Jego prawda, Jego sprawiedliwość czy Jego świętość. Wiem jednak, po pierwsze, że te przymioty w Nim nie mogą stać w sprzeczności z tym, co ludzki rozum uznaje za dobroć, prawdę, sprawiedliwość czy świętość; po wtóre, że owe przymioty w Bóstwie są zupełnie wolne od wszelkich niedostatków; a po trzecie, że żadne ludzkie rozważanie ani dociekanie przez całą wieczność nie może wyczerpać ich bogactwa ani chwały. *„Kiedy człowiek skończy, wtedy dopiero zacznie; a gdy przestanie, znajdzie się w niemałym kłopocie."*

Lecz mówię dziś o Bogu jako światłości, i chciałbym zapytać każdego rozumnego człowieka: czy sam fakt Stworzenia nie wydaje się pociągać za sobą oświecenia? Czy Bóg mógłby stworzyć człowieka i pozostawić go w ciemności? Co do jego ciała, rzeczą oczywistą jest, że Bóg wyposażył go we wszelkie zmysły potrzebne do poruszania się po świecie materialnym i korzystania z tego świata. Czy Bóg mógłby stworzyć świat taki jak ten i umieścić w nim człowieka, a przecież nie obdarzyć go zdolnościami do jego poznania? Cóż by to był za Stwórca? Byłby albo słaby i bezsilny, albo złośliwy i nieprzyjazny. Lecz Nieskończony nie może być niczym z tych rzeczy. Tymczasem zasadniczą, istotną częścią człowieka jest jego duchowa dusza z jej duchowymi władzami. Władze te mogą, bez wątpienia, zwracać się ku światu materialnemu. Lecz mogą zdziałać o wiele więcej. Są zdolne do ujęć, lotów, wyciągnięć ku czemuś, ku ogarnięć, które z łatwością przekraczają horyzont tego, co widzialne i materialne. Bez wątpienia wskazują na świat szerszy — na szlachetniejszą działalność — podobnie jak wielki okręt leżący w jednym z naszych portów ze zwinniętymi żaglami i zimnymi maszynami mówi odwiedzającemu o niezmierzonych falujących oceanach, gdzie wszystkie te żagle zostaną rozwinięte, a całe potężne urządzenie zapracuje w gorącym i nieustannym trudzie. Tak duch człowieka wskazuje na wielkie królestwo ducha. I z innych źródeł dobrze wiemy, że takie królestwo istnieje. Albowiem Bóg jest duchowym wszechświatem. Bóg ze swoją niezmierzalnością, swoją świętą wolą, swoimi niebiosami, swoimi sługami, swoją wiecznością — jest wszechświatem bez miary, wszechświatem niezbadanym, jedynym wszechświatem, w którym dusza może podróżować i nie znaleźć granic ani rozczarowania! Czy możliwe, by nie było żadnej łączności między tym światem rzeczy duchowych a duchem człowieka? Czy Bóg mógł stworzyć duszę, a przecież pozostawić ją ślepą, głuchą i nieczułą na dostojne głosy, siły i zdarzenia świata, w porównaniu z którym wszystkie planety i systemy są jak garstka prochu? Czy Jego ramię jest tak krótkie? Czy Jego wola tak słaba? Czy Jego mądrość tak zawodna? Czy Jego miłość tak oziębła? *„Albowiem my jesteśmy ludem Jego i owcami pastwiska Jego"*. *„Wiedzcie, że Pan jest Bogiem; On nas stworzył, a nie myśmy siebie"*.

Czegóż zatem należy się spodziewać po Bogu i Ojcu nieskończenie miłującym i nieskończenie potężnym? Należy spodziewać się oświecenia. Należy spodziewać się światłości, która pozwoli każdemu człowiekowi poznać Boga, rozpoznać nieśmiertelne przeznaczenie i widzieć swą drogę przez ten zawiły świat.

Lecz ta religijna światłość nie byłaby światłością przygniatającą, przemożną. Pamiętać musimy, że mówimy o światłości intelektualnej, nie fizycznej. Teraz oko zmysłu, dopóki jest zdrowe, nie może mylić się co do światłości, gdy ona istnieje; światłość działa na nie jak pobudzający środek. Ale oko intelektualne jest inne. Potoki światłości mogą je ogarniać ze wszystkich stron, a jednak oko umysłu może być nieporuszone; może nie zważać; może być zwrócone w złym kierunku; może być posłuszne woli i odmawiać widzenia; może być tak pochłonięte lub zajęte mnóstwem zaprzątających, nęcących, miłych, poniżających wyobrażeń, że może być praktycznie ślepe na religijną światłość. Człowiek bowiem nie składa się tylko z rozumu czy inteligencji. Ma namiętności, pychę, pożądania. Istnieją mgły i ciemności. Prawda może jaśnieć, lecz człowiek może albo nigdy jej nie ujrzeć, albo ją zignorować, albo ją wypaczyć, albo podle woleć zająć się czymś innym. Nasz Bóg i Ojciec tak nas uczynił — a przynajmniej od czasu Upadku takich się w sobie odnajdujemy. Bez wątpienia leżało zawsze w Jego mocy, by przytłoczyć nasz umysł światłością i wymusić nasze przyzwolenie. Lecz gdyby tak uczynił i gdyby to był nasz naturalny stan, nie byłoby ani odpowiedzialności, ani zasługi; ani walki, ani korony; ani miejsca na łaskę naszego Zbawiciela. Jednym słowem, nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy, a cały porządek Stworzenia byłby inny.

Nader ważne jest, by mocno nalegać na to rozumienie ludzkiej natury, albowiem przygotowuje nas ono na dwie rzeczy: po pierwsze, na uznanie, że Bóg zawsze dawał swym stworzeniom dostateczną światłość religijną; a po drugie, że ta światłość była wystawiona i zawsze będzie wystawiona na warunki przysłaniające, wynikające z tego, czym jest ludzka natura i czym jest świat. Niełatwo znaleźć jedno słowo, które wyrażałoby to, co we wszystkich epokach starało się przysłonić religijną światłość. Lecz jeśli koniecznie musimy je mieć, wolałbym słowo *światowość* albo *sekularyzm*. Jest to dobre słowo biblijne. Świat, w Piśmie Świętym, oznacza ogół wpływów skłaniających człowieka, by patrzył na tę ziemię, a nie na życie wieczne. Pływak skacze w morze i rusza, by dopłynąć do przyjemnego miejsca, gdzie czeka go odpoczynek. Wszystko jest gładkie, spokojne i uśmiechnięte. Lecz zanim zdąży wykonać dwadzieścia uderzeń, silny prąd podwodny chwyta go. Czy go pokona, czy zaniesie go w morze i zadławi? To jest pytanie naszego ludzkiego życia. W całej historii świata było to pytanie dotyczące prawdy religijnej. Bóg dał swym dzieciom światłość. Czy świat ją zabije? *„I wypuścił wąż z paszczy swojej za niewiastą wodę jako rzekę, aby ją porwał"*.

Stało się niemal aksjomatem wśród nowożytnych uczonych, że pojęcie Boga nie jest wczesną, pierwotną, powszechną ideą wśród ludzi, lecz rozwijało się powoli i wzrastało, mniej lub bardziej doskonale, zależnie od okoliczności. Powiedzą wam, że odkryto kilka dzikich plemion niemających żadnego pojęcia o Bogu. Tam zaś, gdzie są jacyś bogowie, mówi się nam, że nie są oni pozostałością pierwotnego objawienia, lecz wyrosły z trwogi przed zmarłymi przodkami; duchy przeszły w bóstwa, niższe bóstwa w wyższe. Wbrew wielkim nazwiskom przywoływanym na poparcie tego poglądu — takim jak Spencer, Huxley, Lubbock i Tylor — mam szczęście stwierdzić, że najnowsze badania w dziedzinie antropologii z pewnością dowodzą jego fałszywości. Prawda, że powierzchownemu obserwatorowi, podróżnikowi czy czytelnikowi opisy religii większości dzikich ludów wydają się sprowadzać do ordynarnego fetyszyzmu, kultu świętych zwierząt (totemów), krwawych obrzędów i braku moralności. Lecz wykazano już, że uprzedniejsza w czasie od tej dzikiej mitologii, leżąca u jej podłoża — jak wapień leży pod złożami węgla — jest pierwotna wiara w istotę najwyższą. Jest to sprawa, którą można wyjaśnić jedynie poprzez długie i staranne szczegółowe badania — poprzez ważenie dowodów z pierwszej ręki. Lecz mówię o książkach wydanych w ostatnich sześciu miesiącach i dla was, tak samo jak dla mnie, będzie ciekawe dowiedzieć się, że kompetentni badacze wierzą obecnie, iż przesądy, bałwochwalstwo, fantastyczne obrzędy i poniżające obyczaje nawet najniżej stojących dzikich ludów (to znaczy ich mitologia) pokrywają głębokie i najdawniejsze przekonanie o jednym Bogu. Nie twierdzi się, że posiadają tak wyraźne i spójne pojęcie jedynego i nieskończonego Boga, jakie spotyka się w teologii katolickiej; lecz demonstralnie w ich tradycjach tkwi wiara w Istotę, która jest Stwórcą, potężnym, łaskawym, nagradzającym i karzącym — sankcjonującym prawdę, bezinteresowność, wierność, czystość i inne cnoty.

I tak rdzenni mieszkańcy Australii, nisko stojący w cywilizacji, mają wyraźną tradycję Istoty stwarzającej, wszechwidzącej, nieprzemijającej, całkowicie odmiennej od duchów, do których skierowane są niektóre ich obrzędy. Fidżyjczycy, lud nader osobliwy, mają istotę najwyższą, wieczną, Stwórcę ludzi. Zulusowie, lud wojowników praktycznych, pamiętają jeszcze — choć kult jego jest prawie nieistniejący — Pana w Niebie, Stwórcę ludzi. Melanezyjczycy mają pierwotną nieśmiertelną Istotę. Buszmeni, bezdomni i wędrowni, modlą się do Ojca Bożego, który istniał przed słońcem, Stwórcy wszystkich rzeczy. Andamanczycy, których przez długi czas, jak wiadomo, nasi wyżsi myśliciele wskazywali jako zupełnie pozbawionych pojęcia o Bogu, okazali się mieć tradycję Boga przypominającego „ogień", lecz niewidzialnego; Boga nienarodzonego, nigdy nie mającego umrzeć, Stwórcę, znawcę serc, miłosiernego i sędziego ludzi. Indianie Gujany Brytyjskiej okazują się wyznawać Stwórcę, Ojca, Przedwiecznego. Ludy murzyńskie Centralnej Afryki Wschodniej, wbrew temu, co powiedziano, mają w swoich tradycjach wieczną, nieśmiertelną Istotę, która była przed wszystkimi ludźmi. Mieszkańcy Wybrzeża Złotego i bezdrożnych lasów i bagien Afryki Zachodniej — tacy jak ludy Aszanti i Fanti — choć wrogie sobie i oddzielone, wyznają powszechnie rozprzestrzenione pojęcie bóstwa najwyższego. Nawet Dinkowie z górnego Nilu mówią wam o wszechmocnej Istocie zamieszkałej w Niebie, widzącej wszystko, i Stwórcy. Zbędne jest mówić o Indianach Ameryki Północnej, którzy tak łatwo rozpoznali swego Wielkiego Ducha w Bogu chrześcijan; ani o religii południowoamerykańskiej, peruwiańskiej, której zawiły i odpychający rytuał nie mógł ukryć odwiecznej wiary w istotę najwyższą, którą wiele interesów połączyło się, by zepchnąć prawie zupełnie poza horyzont. Niech ta wyliczanka będzie wybaczona. Obiegłem cały glob, a opowieść jest wszędzie ta sama. Wiara monoteistyczna jest pierwotna; mnożenie bogów, fetyszów i duchów wraz z wynikającym z tego rytuałem jest późniejsze. Wygląda na to, że Bóg dał religię, a jakaś złowroga ręka starała się zadławić religię przez mitologię.

Czyż nie jest to właśnie to, co stwierdza święty Paweł? Mówi nam, że niewidzialne rzeczy Boga, Jego moc i Jego boskość, były wyraźnie widziane na początku; lecz że potem ludzie stali się *„próżni w myślach swoich, i zaćmiło się bezrozumne serce ich"* — i *„odmienili chwałę nieśmiertelnego Boga w podobieństwo obrazu człowieka śmiertelnego"*. Opisany tu jest proces, który działał przez wszystkie wieki istnienia świata i sprowadził „degenerację" czy też zaciemnienie pierwotnej idei Boga. Nie chodziło jedynie o to, że na wpół ucywilizowane pierwotne plemiona porzuciły swą cywilizację, popadły w stan dzikości i w ten sposób utraciły znajomość Boga. Raczej traciły ją w miarę postępu w cywilizacji, czy też w pewnej jej odmianie. Cóż się stało? Biorę ten opis z wymienionych przeze mnie książek — i jest on następujący. W każdym plemieniu czy wspólnocie, od początku, działałyby cztery wpływy nieustannie. Po pierwsze, przestawaliby wędrowywać i stawali się osiadłymi; skłaniałoby ich to do szukania sposobu, by uczynić Boga Bogiem lokalnym, sprzyjającym im i wrogim ich nieprzyjaciołom. Następnie rodziłoby się pojęcie państwa; a wodzowie i władcy szukaliby środków do umocnienia tej idei przez strach i autorytet; stąd kult zmarłych przodków, których trzeba przebłagać obrzędami, ofiarami, a nawet krwią. Lecz po trzecie — zwłaszcza ze strony możniejszych, chytrzejszych i bogatszych w danej społeczności — następowałby nieustanny nacisk samowoli i dogadzania sobie, skłaniający do szukania bogów, którzy pochwalaliby ich przyjemności. I wreszcie postępowałby rozwój sztuk, który sam z siebie, jak pokazuje historia, zmierza do wyrażenia idei Bożej w formach materialnych, a tym samym — jeśli nie ma jakiegoś hamulca i przeciwwagi — do jej skażenia i zdegradowania. Otóż ten czworaki wpływ — lokalizacja, racja stanu, dogadzanie sobie i impuls artystyczny — składa się na to, co przed chwilą nazwaliśmy „światowością, czyli sekularyzmem". Jest to kierunek, w którym ludzka natura, pobudzana przez duchy zła, będzie działać. A pisarze, do których się odwołuję, wykazują za pomocą długiego i szczegółowego porównania faktów, jak w ludach na różnych stopniach cywilizacji — od australijskiego czarnego do wykształconego Greka starożytności — na całym świecie i we wszystkich epokach ów czworaki duch działał na pierwotną ideę Boga: stawiając obok niej wszelkiego rodzaju fantastyczne legendy i ordynarne obrzędy, przyciągając na siebie całą uwagę różnych społeczności i w ten sposób wypierając i niemal wymazując czystą i pradawną religijną światłość. A przecież światłość trwała — i była znajomość Boga. Czy te pogańskie ludy były w zasięgu zbawienia? Ależ nie — skoro barbarzyństwo i pogaństwo wciąż pokrywają większą część powierzchni ziemi — co mamy powiedzieć w tej chwili o tłumach siedzących w ciemności i w cieniu śmierci? Po pierwsze, musimy powiedzieć, że jest to wiarą katolicką, iż Bóg Wszechmogący daje wszystkim ludziom dostateczną łaskę do zbawienia; następnie, że żaden człowiek nie jest ani nie może być potępiony jedynie za niezawinioną niewiedzę; po trzecie, pamiętać musimy, że odpowiedzialność jest proporcjonalna do możliwości. Tak jest z dziećmi, z osobami słabego umysłu i z dzikusami. Różnica między inteligencją tych klas a najlepiej wykształconymi umysłami zaawansowanej cywilizacji jest bardzo trudna do wyobrażenia. Pojęcia dzikusa o Bogu i moralności mogą być mgliste, ograniczone, a nawet niekonsekwentne. Lecz pewne jest, że pojęcia te tam są, przynajmniej w zarodku. Skoro tak, czyż nie jest zupełnie pewne, że wśród wszystkich dzikich i pogańskich ludów są tłumy pokornych, posłusznych serc, bynajmniej nie pozbawionych chwilowego wznoszenia się ku Ojcu i Sędziemu, ludzi rzadko przekraczających zasadniczą moralność? Wierzę, że są to ludzie „dwóch talentów", i nie chciałbym myśleć, że nie weszli oni do radości swego Pana. Bo jeśli coś jest pewniejsze niż cokolwiek innego, to to, że nie prości są odrzucani, lecz ci, którzy dobrowolnie trwają w złości. I jeśli możemy być pewni — jak mi się zdaje, że możemy, zarówno z Pisma Świętego, jak i z nauki o antropologii — że idea Boga jako Stwórcy i nagradzającego jest zawarta w tradycjach każdego ludu na świecie, wynika z tego jako konieczny wniosek — jest to zaledwie założenie, do którego dochodzi się prawie bez dowodzenia — że biedne, cierpiące, proste, cierpliwe tłumy w każdej epoce musiały zwracać się do Niego, może i mgliście i przerywanie, ale z dostatecznym pojęciem, by znaleźć się w zasięgu Jego nieskończonego miłosierdzia i współczucia.

Istnieje jednak, jak wiecie, jeden lud wśród ludów starożytnych, w których kronikach możemy studiować konflikt między światowością a światłością w warunkach całkiem odmiennych. Lud Abrahama, gdyby pozostał przy samym świetle natury, mógłby nigdy nie wznieść się wyżej niż beduini pustyni czy łupieżcze i bojowe ludy arabskie Azji Zachodniej. W ich dziejach, podobnie jak w dziejach tylu innych szczepów i narodowości, badacz mógłby nie znaleźć nic lepszego niż na wpół zatarte ślady pierwotnego objawienia, przyćmione przesądem i złem. Zamiast tego mamy objawienie Jahwe, umocnione przez surową szkołę dwóch tysięcy lat. Słyszymy głos Boga przemawiającego do Abrahama, Jakuba, Mojżesza, do Proroków — pouczającego, napominającego, karcącego — aż imię i przymioty Boga Nieba zostają nie tylko głęboko wypisane na świadomości narodu hebrajskiego, lecz przechowane w historii, rytuale, literaturze i poezji, które są teraz drogocennym dziedzictwem całego świata. A jednak, czyż nie widzimy w historii Starego Testamentu tej samej światowości działającej przeciw światłości Bożej? Czy jest coś bardziej uderzającego niż dzieje tego konfliktu, w którym Bóg, jak się zdaje, musi wytężyć całą swą siłę — by wzbudzać sędziów, królów i proroków; by kontrolować bitwy, ingerować w prawa natury, rządzić niejako własnoręcznie, by ocalić ponad mętną powodzią święty kaganek światłości? Najpierw ów lud chciałby zlokalizować Boga bogów; chciałby patrzeć na Niego jako jedynie na Boga swego własnego szczepu. Ile razy grzmiało nad Izraelem, że jest On *„Jedynym, i nie ma innego"*; że *„Pan Jahwe jest jednym Bogiem"*; że *„wszystkie rodziny narodów będą Go chwalić"*; i że bogowie pogan są złymi duchami? Potem, raz po raz, kiedy Izrael rósł w stabilizację, w potęgę i bogactwo, duch ziemskiej racji stanu zwracał się przeciwko religii Jahwe — powracając to do bałwochwalstwa Egiptu lub Fenicji, to znów usiłując w inny sposób rzucić los swój z tym, co wydawało się sukcesem ludów świata. Lecz Bóg rzekł przez Mojżesza i Proroków: *„Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną"*; i ohydy, ciemne obrzędy, czary, cześć oddawana złym duchom, które mądrość światowa i żądza władzy wszędzie indziej nieodmiennie przyzywały ku swym celom, były wygnane z Izraela przez widzialne ingerencje Boże. Znowu, wśród ludu wybranego, jak wszędzie tam, gdzie jest ludzka natura, światłość musiała walczyć z pożądliwością ciała i oczu oraz z sztukami rosnącej cywilizacji. Czytacie, jak zasiedli w samym cieniu Synaju, by jeść i pić, i powstali, by się bawić — oddawać się grzesznym orgiom. Czytacie, jak nie słuchali Boga i zatrzymywali rzeczy *„obłożone klątwą"*; jak rzucali się w rozwiązły kult Baala i Asztarty; jak popadali we wzajemną schizmę; jak Izajasz oskarża ich o zastępowanie kultem prawdziwej religii; jak Bóg skarży się przez Jeremiasza, że nawet *„ci, którzy dzierżyli Zakon, nie poznali Mnie, i pasterze odstąpili ode Mnie"*; i jak u Ezechiela nazywa ich *„ludem przekornym"*. W każdym innym narodzie ów duch swawoli prowadziłby do ateizmu, materializmu i rozpusty Grecji i Rzymu, rządzących klas Wschodu czy Chin; lud żydowski zostałby wchłonięty w wielkie morze rzymskiego pogaństwa lub orientalnej stagnacji. Lecz Duch Święty Boży nigdy nie przestawał przemawiać do nich przez Proroków. Prawda nigdy długo nie była przysłonięta; od Mojżesza do Dawida, od Dawida do Izajasza, od Izajasza do Malachiasza, od Malachiasza do Machabeuszy — Boże objawienie było chronione i jaśniało coraz mocniej w każdym pokoleniu, aż tenże Duch Święty, w pełni czasu, gotów był przemówić przez samego Jezusa.

Tak więc zarówno w świecie pogańskim, jak i pod Prawem widzimy, jak Boska światłość była podtrzymywana przy życiu. Pogaństwo słusznie nazywa się ciemnością, a Poganie mówi się, że siedzą *„w cieniu śmierci"*. Nawet judaizm jest jedynie cieniem czegoś lepszego. Lecz wyrażenia te są porównawcze. Mówiąc bezwzględnie, światłość Boża zawsze była w świecie. A jednak z przyjściem Odkupiciela miało nastąpić wzmocnienie objawienia, które słusznie można opisać jako wschód słońca po ciemnościach nocy. Czytacie o tej nadchodzącej światłości w dalekich proroctwach Dawida i Izajasza. Słyszycie, jak zostaje ona pozdrowiona przy swym świtaniu przez Mędrca i Świętego, który trzyma Jezusa w ramionach i wita Go jako *„światłość na objawienie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela"*. Ta światłość, mocniejsza i jaśniejsza, z nowymi zabezpieczeniami i nową posługą, miała teraz oświecić cały świat, odpychając ciemność i nigdy nie pokonana ani zaćmiona przez żadną z sił tego świata ani przez władców tego świata — złe duchy. Prawda, że siły owe miały istnieć nadal. Miały walczyć aż do samego końca. Historia konfliktu chrześcijaństwa — światłości Pięćdziesiątnicy — ze światowością; historia fałszywego nauczania i jego źródeł ujawnia te same przyczyny działające jak te, które zagrażały objawieniu Mojżeszowemu i o mało nie zgasiły objawienia ery pierwotnej.

Chrześcijaństwo jest przede wszystkim i nade wszystko światłością. Jest też, bez wątpienia, postępowaniem; lecz postępowanie nie może być na pierwszym miejscu, z tej bardzo prostej przyczyny, że człowiek musi najpierw znaleźć drogę, by móc nią iść. A jeśli ktoś upiera się, że odkrycie, jakie postępowanie jest właściwe, jest przecież czymś zupełnie innym niż przyjęcie pewnych dogmatów o Bogu i Wcieleniu — odpowiedziałbym natychmiast, że jeśli jest Bóg, to prawa postępowania człowieka o pierwszorzędnym znaczeniu muszą być te, które dotyczą jego stosunku do Boga i jego posłuszeństwa wobec planu lub porządku, przez który Bóg oznajmił swój zamiar zbawienia go. Mówiąc tedy o chrześcijaństwie, nie mam na myśli chrześcijaństwa tych, którzy wyznają, że pewna bardzo arbitralna i ciasna moralność jest całym chrześcijaństwem, o jakim możemy być pewni. Mam na myśli chrześcijaństwo świętego Pawła, świętego Piotra i świętego Jana. Mam na myśli Boga w Jego jedności i Trójcy; Jezusa Chrystusa w Jego Boskiej i ludzkiej naturze; działanie Ducha Świętego w duszy człowieka; Boski głos Kościoła i ten sakramentalny system, który jest żywym dotykiem żywego Jezusa, a który kulminuje w rzeczywistej eucharystycznej Obecności.

Że jest to chrześcijaństwo Nowego Testamentu, nie może zaprzeczać nikt, kto choćby pobieżnie spojrzy na to, co w nim znajdujemy. Tam mamy Boga jako Stwórcę, rządcę, sędziego, nagradzającego i mściciela. Tam mamy Syna Bożego, Odkupiciela, którego należy miłować i któremu w Bogu należy oddawać cześć. Tam mamy Ducha Świętego, pochodzącego od Ojca i Syna. Tam mamy wyraźny zarys pasterskiego, czyli nauczającego Kościoła, ustanowionego przez Chrystusa, obdarzonego obiecaną przez Chrystusa nieustanną pomocą aż do końca czasu, określającego i rządzącego przez swych biskupów w sprawach wiary i obyczajów, i biorącego środki, by się perpetuować przez wyświęcenie. Tam mamy system sakramentalny — pewne zewnętrzne czynności, takie jak chrzest i spożywanie Eucharystii, namaszczenie olejem i nakładanie rąk, wywierające duchowe i wewnętrzne skutki.

Mamy tu zatem objawienie tak wielkie i dalekosiężne, jak gdyby Bóg znowu zstąpił w chmurach i ogniu na Synaj. Było to objawienie, które nie tylko potwierdziło całe prawo naturalne, jak Bóg uczynił już w Dziesięciu Przykazaniach, i wyraźnie zarysowało przekonania, które stopniowo rozwijały się w ramach porządku żydowskiego, ale wzbogaciło świat Jezusem Chrystusem na wieki; Jezusem Chrystusem w Jego życiu i Jego Krzyżu, Jezusem Chrystusem w Jego wieczystym głosie słyszanym w Kościele, Jezusem Chrystusem w nieustannym dotyku Jego ręki przez Sakramenty. Tu jest światłość — światłość rzucona na to, co mogę nazwać charakterem Boga, odsłaniająca Jego miłość, Jego miłosierdzie, Jego sprawiedliwość, Jego odwet; światłość rzucona na duszę człowieka, jej cel, jej grzech i jej przebaczenie, jej stan na ziemi i w świecie przyszłym; światłość rzucona na kult; światłość rzucona na dobro i zło; światłość rzucona na wewnętrzne życie i doskonałość człowieka; światłość rzucona na niezliczone pytania społeczne i polityczne.

Nie trzeba żadnego głębokiego filozoficznego wglądu ani gruntownej refleksji, by zrozumieć, że kiedy światłość intelektualna i duchowa jest dana rodzajowi ludzkiemu i dana przez ludzkie narzędzia i przekazywana — jak przekazywano pochodnie — z jednej ludzkiej ręki do drugiej, albo Bóg musi szczególnie interweniować, by ją chronić, albo będzie ona narażona na takie niebezpieczeństwo zaciemnienia, pomniejszenia i zmiany, jakie ludzkie mózgi i ludzkie ręce mogą spowodować. Przede wszystkim zapisy takiego duchowego oświecenia mogłyby zostać utracone lub sfałszowane przez to, że nie zostaną zapisane; albo, jeśli zapisane, skopiowane błędnie; albo, jeśli w rękopisach i księgach, mogłyby zostać zniszczone. Następnie pamiętać musimy, że istnieje bardzo niewiele ludzkich stwierdzeń, co do których dokładnego sensu nie można spierać się. W historii starożytnej nawet zwykłe fakty bywają w późniejszych czasach dalekie od jasności. Ileż bardziej dotyczy to prawd duchowych, systemów religijnych, maksym moralnych! Weźmy na przykład jedno lub dwa dobrze znane zdania tego rodzaju, na jakie natykamy się w Nowym Testamencie. Pierwsze to wielka formuła Wcielenia: *„Słowo stało się Ciałem"*. Drugie to wielkie sakramentalne polecenie: *„To jest Ciało Moje: bierzcie i jedzcie: To czyńcie na moją pamiątkę"*. Trzecie to wielkie zdanie o usprawiedliwieniu: że *„jeśli nie uwierzymy, będziemy potępieni"*. Co miał na myśli Chrystus? Co miał na myśli święty Jan lub święty Paweł wypowiadając takie słowa? Czym jest Słowo? Czym było Ciało? Czym jest Eucharystia? Czym jest wiara usprawiedliwiająca? Wyrażenia te obejmują ogromne kontrowersje. Czy były rozumiane w pokoleniu, w którym zostały wypowiedziane? Czy były rozumiane w czwartym wieku? w szesnastym? Czy są rozumiane w dziewiętnastym? Pewne jest, że ludzie nigdy nie pozostawiali ich w spokoju. Przez całe chrześcijańskie wieki były dyskutowane, analizowane, rozwijane. Setki, ba, tysiące bystrych umysłów rozkładało je na części, porównywało, próbowało składać na nowo. Każde stulecie, ze swymi nowymi ideami, zmienionymi punktami widzenia, świeżo otwierającymi się horyzontami, stawiało własne domysły, pisało własne glosy na ich temat. Czy możliwe, by nie zostały zmienione i przetworzone do tego stopnia, że sami ich twórcy ledwo by je rozpoznali? Same gołe i formalne słowa nadal można znaleźć w naszych Bibliach; lecz czy nie są skamieniałościami? — jak kształty martwych i minionych potworów, które odnajdujemy w twardej skale, pokryte głęboko osadami wieków i kamienne jak sama skała? Powiadam, że jeśli tak nie jest — a katolicy utrzymują, że tak nie jest — musi tak być dlatego, że Bóg interweniował tym, co możemy słusznie nazwać cudowną interwencją.

Albowiem pogląd katolicki — jak nie trzeba wam przypominać — jest taki, że Wiary przekazanej Świętym nie można ani zmieniać, ani skamieniać. Nie może być skażona do błędu ani obumarła do martwych formuł. Owe wielkie wypowiedzi, o których właśnie mówiłem, nie mogą ani utracić sensu, jaki miały w ustach Chrystusa lub Jego Apostołów, ani stać się jednym tylko milczącym drukiem bez żadnego przesłania dla każdego kolejnego pokolenia. Innymi słowy, musi istnieć zarazem ochrona od błędu i rozwój prawdy. Cóż byłoby warte objawienie bez tych rzeczy?

Obecna epoka toleruje to, co rada sobie nazywać błędem spekulatywnym. Nasi wielcy myśliciele powiedzą wam, że osiągnięcie prawdy religijnej jest niemożliwe; i ogólnie biorąc, że lepiej tak jest, bo badanie jest o wiele zdrowsze niż posiadanie wiedzy. Lecz jeśli tak, chrześcijaństwo jest z pewnością niemożliwe. Albowiem chrześcijaństwo, nawet dla tych, którym dogmat jest najmniej bliski, opiera się przecież na pewnych faktach i orzeczeniach. Lecz nawet chrześcijanie w tym kraju są zarażeni ową skłonnością do przyjmowania wątpliwości jako stanu umysłu godnego szacunku i pogodzenia się z tym, co prawdopodobnie może być zupełnie błędne. Co do tego, możemy jedynie powiedzieć: jeśli nie można uzyskać rozsądnej pewności co do sensu prawd i faktów religijnych ogłoszonych w czterech Ewangeliach i w Listach, wtedy można twierdzić, że Słowo Boże i objawienie są daremne; wtedy mamy Wcielenie, Zmartwychwstanie, Zstąpienie Ducha Świętego, ukształtowanie Kościoła i pisma świętego Pawła — dane nam wszystkie, w istocie, bez żadnego celu; bo jaka jest różnica dla mnie między objawieniem głównie wątpliwym w swym sensie a objawieniem, które nie istnieje? A jeśli powiecie mi — czego jednak nasi wielcy myśliciele nie przyznaliby — że mam swój rozum i swoją inteligencję, i że inni ludzie też mają rozum i inteligencję; i że przez studia i dociekania, bez żadnej nadprzyrodzonej pomocy, można wydobyć nie tak mało sensu z Nowego Testamentu, wskazałbym przede wszystkim na tysiące i miliony, które nie mają ani czasu, ani zdolności do takich studiów; i przypomniałbym oponentom, że objawienie było przeznaczone również dla nich; i powiedziałbym po drugie, nie zaprzeczając, że inteligentne studia mogą wiele zdziałać, że tam, gdzie idzie o objawienie — o światłość daną przez Ojca Niebieskiego, by Jego stworzenie mogło Go poznać i być do Niego prowadzone — jeśli nie mogę być praktycznie pewny każdego jego punktu, nie rozumiem, po co miałby je dawać w ogóle. Nie oznacza to, że każda istota ludzka powinna lub mogłaby znać każdy szczegół Bożego przesłania do świata; lecz że nie może być żadna jego część, co do której — danej okazji, danego pytania duszy, danej potrzeby ducha ludzkiego — nie można by dojść do satysfakcjonującej i bezpiecznej pewności. Lecz powszechny umysł protestancki toleruje wątpliwość; i możemy widzieć skutki. Uchylają się od wyznań wiary chrześcijaństwa; nie wiedzą, czy modlić się do Chrystusa; są w ciemności co do Sakramentów; mają bardzo mgliste pojęcie o przebaczeniu i usprawiedliwieniu; i mają bardzo niespokojne pojęcia co do świata przyszłego. Dla mnie wydaje się, że jeśli nie możemy być pewni w tych i podobnych żywotnych kwestiach, objawienie Boże jest bezskuteczne. Kiedy marynarz prowadząc swój okręt przez cieśniny i rafy rozkłada swoją mapę i nie znajduje na niej ani zaznaczonych kanałów, ani podanych głębokości — czyż nie miałby prawa powiedzieć, że ręka, która dała mu ową mapę, nie miała zamiaru mu pomagać, lecz raczej pozostawić go na pastwę losu?

Z drugiej strony, żadne objawienie nie mogłoby istnieć bez jakiegoś stopniowego rozwoju. Kościół katolicki nauczał zawsze, że prawdy religijne, wyrażone od początku, zawierają o wiele więcej niż zwykły umysł może od razu pojąć. Te prawdy ukryte — *implicite* — są wydobywane i czynione jawnymi — *explicite* — w miarę upływu czasu. Powodem jest to, że umysł człowieka, jak powiedziałem przed chwilą, nie może pozostawić prawdy w spokoju. Każdy umysł ma pytania do postawienia; a każde pytanie, jeśli jest rozsądnym pytaniem, domaga się odpowiedzi i powinno ją otrzymać. A gdy właściwa odpowiedź zostaje udzielona, ta sama odpowiedź sama staje się okazją do dalszych pytań; i w ten sposób wznosi się Boska budowla nauczania katolickiego. Wszyscy znacie dziś tę stronę objawienia — jego wzrost. Podam dwa bardzo proste przykłady. Częścią chrześcijańskiego objawienia jest to, że Bóg Syn stał się człowiekiem. Niedługo po śmierci świętego Jana ktoś zaczął pytać, czy Bóg Syn, czyli Słowo, był Bogiem w tym samym sensie co Bóg Ojciec. Każdy, kto choć trochę zna spekulacje pogańskich filozofów o Słowie Bożym i owe Boskie wypowiedzi zawarte w Księdze Mądrości, może zrozumieć, jak pytanie to samo by się narzucało. Kościół był wstrząśnięty, gdy pytanie to zostało postawione, bo bardzo krótka refleksja wykazała, że jest ono żywotne; odpowiedzieć „nie" znaczyło zaprzeczyć Trójcy i znieść Wcielenie. Dlatego Kościół przemówił (na Soborze Nicejskim) i orzekł, że gdy Słowo zostało nazwane Bogiem, oznaczało to Boga w pełnym i właściwym sensie, jako *„współistotnego"* Ojcu. To jest rozwój. Oto inny przykład. Chrystus rzekł do Swych Apostołów: *„Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone"*. W różnych czasach wyłoniły się dwa pytania. Po pierwsze, czy ta władza została udzielona tylko Apostołom, czy też w ogóle posłudze chrześcijańskiej? A poza tym, czy władza ta mogła być wykonywana wobec grzesznika, który nie wyznał swych grzechów? Znacie odpowiedzi na te pytania. I powiadam, że jeśli nie można by było na nie odpowiedzieć — w ten czy inny sposób — objawiona myśl Boga co do tego szczególnego punktu musiałaby pozostać martwa, bezwładna, nieoperatywna. Albowiem, by być skutecznym w ratowaniu dusz, objawienie Boże musi być zawsze żywym objawieniem, odpowiadającym na pytania każdego pokolenia i wymagania każdego stulecia. Żadna możliwa Biblia nie mogłaby zawierać odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania; a gdyby taka Biblia była możliwa, samych pytań nie byłoby jeszcze wtedy, kiedy była pisana; albowiem każdy okres dziejów świata ma nowe pytania do postawienia i nowe okoliczności do stawienia czoła. Kiedy pytam: *„Co mam czynić, by być zbawionym?"* — nie możesz odesłać mnie do martwego druku, do starożytnych formuł pokrytych komentarzami dziewiętnastu wieków. Musisz odesłać mnie do żywego autorytetu, który może interpretować te formuły, ocalić je od śmiecia na nie zrzucanego i umieścić ich Boską prawdę w żywym kontakcie z włóknami mojego duchowego jestestwa.

Spoglądając wstecz na historię chrześcijańską, można dostrzec, że opieka Boga nad Jego objawieniem jest ogółem rzeczy biorąc ewidentna i niezaprzeczalna. Kościół katolicki, który utrzymuje jako swą fundamentalną zasadę wieczystą władzę i nieomylność ciała nauczycielskiego powierzonego przez Chrystusa, jest nie tylko najbardziej znamienitym faktem w historii chrześcijańskiej, lecz jest faktem, który pomniejsza wszystkie herezje do znikomości. Arianizm był w swoim czasie szeroko rozpowszechniony; lecz od początku wykazywał ową skłonność do zmienności, która zapowiada bliski upadek, i rychło umarł i został pogrzebany. Protestantyzm — zasada Biblii czytanej przez prywatny osąd — był bardzo czynny w niektórych miejscach i w pewnych czasach; lecz jego nierozumny kult Biblii zawsze ciążył ku zdyskredytowaniu samego chrześcijaństwa, skłaniając ludzi albo do odrzucenia tajemnic Biblii, albo — jak teraz — do kwestionowania wedle upodobania natchnienia czegokolwiek, co Biblia zawiera. Stąd teraz, obok socynianizmu i unitarianizmu, które zawsze tworzyły obrzeża protestantyzmu, jest szeroko rozprzestrzeniony rak racjonalistycznej krytyki. Tak że dobry stary solidny protestantyzm, który nigdy nie był silny w logice czy argumentacji, przeżywa jedynie w tych klasach, których odziedziczone uprzedzenie nie jest zakłócone przez coś takiego jak refleksja, a utrzymywany jest przy życiu głównie przez ataki na papizm. Albowiem cokolwiek zbliżonego do refleksji jest dla protestantyzmu zgubne; bo choć jego wielkie hasło — *„Tylko Biblia"* — brzmi zdumiewająco zadowalająco, w chwili gdy próbujesz je zastosować do jakiejkolwiek księgi, rozdziału czy wiersza Biblii, zaczyna się zamęt.

A przecież „herezje", jak je nazywają po świętym Pawle katolicy, były dostatecznie widoczne i długotrwałe, by stanowić cechę historii chrześcijańskiej; warto tedy zobaczyć, jak zostały wywołane przez przyczyny w istocie te same, co te, które przysłoniły i o mało nie wymazały pierwotnego objawienia Boga. Wyliczyłem cztery z tych przyczyn — lokalizację, rację stanu, dogadzanie sobie i postęp sztuk. Składają się one na to, co nazywamy światowością, czyli naciskiem świata przeciw Bogu i świętej światłości. Rzecz oczywista, że musimy spodziewać się, iż wpływy te dadzą znać o sobie w czasach chrześcijańskich tak samo jak w dniach przed Jego przyjściem. Ludzka natura pozostaje tym, czym jest.

Biorąc te nagłówki w nieco odmiennym porządku, chciałbym was poprosić, byście zauważyli, jak często ludzka tęsknota za swobodą i dogadzaniem sobie dawała początek herezjom. Nie chcę wam dowodzić, że Ariusz, Nestoriusz, Berengariusz czy Luter był człowiekiem żyjącym źle, który wszczynał dogmatyczne błędy, by usprawiedliwić siebie w puszczaniu cugli namiętnościom. Poglądowi temu przyznać można wiele słuszności. Lecz obrać wolę szerszy grunt. Istnieją trzy główne okresy heretyckie — po pierwsze, herezje dotyczące głównie naszego Pana w pierwszych wiekach; następnie herezje średniowieczne; i wreszcie herezje protestanckie. W pierwszym z tych okresów, którego historia wypełnia nasze podręczniki twierdzeniami i odpowiedziami, terminami i propozycjami, soborami, edyktami i prześladowaniami — jaki był wpływ światowości, który głównie dawał znać o sobie jako wróg Bożego oświecenia? Był nim absolutyzm Cesarstwa Rzymskiego. Władcy tego Cesarstwa byli, co prawda, chrześcijanami. Lecz w jedno pokolenie, ani nawet w jedno stulecie, nie mogli strząsnąć z siebie owej żądzy cezaryzmu — owego szału nieodpowiedzialnej władzy — który cechował wielkie pogańskie cesarstwo świata. Mieli teraz pośród siebie Kościół powszechny, nie już w katakumbach, lecz widzialny w swojej młodości i sile. Czy Kościół miał rządzić duchowym światem, czy Cesarstwo? Konflikt musiał nadejść. Herezja ariańska była po temu okazją tak dobra jak każda inna. Herezja ta nigdy tak naprawdę nie rozprzestrzeniła się wśród ludu, ani wśród księży parafialnych, ani wśród mnichów. Mężowie hierarchii kościelnej ją podjęli — lecz to wrodzone pogaństwo Cezarów dało jej życie i siłę. Przynajmniej po czasy świętego Grzegorza Wielkiego herezja i schizma oznaczały wysiłek Cesarstwa, by zniewolić Kościół i skazić Boską światłość. Tu był duch swawoli w swym najbardziej złowrogim przejawie. Lecz został pokonany w tym konflikcie.

Nie byłoby żadnej trudności, gdyby ktoś kwestionował to stwierdzenie, ze wskazaniem, jak ten sam duch swawoli i dogadzania sobie dał początek herezjom średniowiecza — z ich niemoralnymi doktrynami i obrzydliwymi praktykami. A gdy dochodzimy do Lutra, Kalwina i Cranmera, jest powszechnie wiadome, że ich tak zwana „Reforma" nie tylko wyrosła z moralnej słabości, lecz ustanowiła moralną słabość jako zasadę — mam na myśli zasadę usprawiedliwienia jedynie przez wiarę; zasadę, która logicznie prowadzi do wniosku, że grzech jest bez znaczenia i że nawrócenie jest niemożliwe. Jest to zasada, co do której połowa protestantyzmu zawsze była zbyt uczciwa, by postępować zgodnie z nią — lecz mimo to zachęcała ona i zachęca miliony do moralnej słabości.

Innym składnikiem światowego wpływu była racja stanu — do której mogę przyłączyć pragnienie zlokalizowania światłości objawienia. Bracia moi, pomyślcie o Anglii, Prusach, Holandii, Rosji — i od razu stanie wam się jasne, jak silny był wysiłek, w pewnych okresach historii chrześcijańskiej, tworzenia lokalnych i narodowych religii. Sprytni politycy, którzy przeprowadzili to, co dziś oglądamy w tym kraju na przykład, działali wedle zasady dwuczęściowej; chcieli niezależności i chcieli stabilności swoich instytucji. Toteż starannie okrawali i przycinali objawienie Boże, by dopasować je do swych lokalnych i narodowych poglądów. Utrzymywali swój Kościół — lecz, jak powiedział kiedyś kardynał Newman, *„przywiązali go, ostrzygli mu pazury i trzymali nisko"*. Po pierwsze, uczynili niemożliwym dla Kościoła wydawanie definicji lub orzekanie. Następnie faktycznie znieśli system sakramentalny, i w ten sposób zredukowali Boski porządek kapłaństwa do samej nazwy. Co więcej, znosząc Świętą Ofiarę i zastępując ten powszechny akt kultu chłodnym, choć przyzwoitym, obrzędem własnym, z publicznego kultu uczynili rodzaj funkcji narodowej, podobnej do ich parlamentu czy sądów. I nierzadko słyszy się w naszych czasach, jak ludzie mówią o „angielskiej religii". W angielskiej religii ma być rzekomo męskość, uczciwość, prawdziwość i niezależność. Ewangeliczne cnoty posłuszeństwa, pokory i czystości nie są w tej religii eksponowane. Uważa się ją za wroga klerykalizmowi, obrzędom i uczuciowości wszelkiego rodzaju. A jeśli chcesz napiętnować jakąś doktrynę lub praktykę najgorszym piętnem, wystarczy powiedzieć, że jest nieangielska. Taki duch musiał pewnego dnia stanąć do walki ze światłością. Niechaj ktoś rozważy wpływ Reformacji w Anglii na wyznania wiary chrześcijańskiej — i jak mało wykształconych Anglików odmawia jakiekolwiek wyznanie wiary — a będzie mógł zmierzyć śmiercionośność zlokalizowania i unarodowienia objawienia Bożego.

Jedynym pozostałym świeckim elementem, który musimy zauważyć, jest ten, który nazwałem postępem sztuk. U dzikusa postęp ten prowadził do bałwochwalstwa — i możemy obserwować podobny impuls stale manifestujący się wśród Hebrajczyków. Lecz w nowożytnych czasach postępująca cywilizacja i postęp nauki nie zaowocowały bałwochwalstwem, lecz tym, co można nazwać naturalizmem. Jest to herezja odmawiająca uznania świata duchowego — łaski, życia wiecznego, Wcielenia czy samego Boga. Nazywam to herezją, choć wygląda bardziej jak zwykłe pogaństwo. Lecz nie jest pogaństwem. Jest to w istocie wypaczenie chrześcijańskiego objawienia. Czepia się jakiegoś istnienia najwyższego — Boga mglisto zarysowanego, odległego, nieopisywalnego, którego trzeba z przyzwoitością uznawać i salutować, ale nie trzeba się doń modlić i który w istocie nie ma już żadnej funkcji, kiedy świat zaczął się toczyć, poza zaokrąglaniem wyrażeń sentymentalnych i może opatrywaniem wszelkiego rodzaju ludzi po śmierci. To jest Bóg uczonego, „wyższego" powieściopisarza i dziennikarza. Wszyscy ubiegają się o miano chrześcijan — bo są części Nowego Testamentu, które naprawdę aprobują i polecają; takie jak, powiedzą wam, Kazanie na Górze. Ten rodzaj ducha, podobnie jak inne, musiał podnieść się przeciwko światłości. Podobnie jak pierwotny dzikus kuszony był do czynienia idola, tak nowożytny badacz przyrody prowadzony jest ku naturze. Gdyby poganie utrzymali jasno światłość Bożą, nie byłoby nic złego w mnożeniu wizerunków; choć, jak w istocie rzeczy, w tych wczesnych czasach musiało to zawsze być niebezpieczne. To, że umysł cywilizowany i naukowy dostrzega Boga w każdym prawie natury i każdym fakcie przyrodniczym, jest nie tylko usprawiedliwione, ale

← wróć do odkrywania