HomiliaDB

John Cuthbert Hedley OSB · Światło życia

Boski dar wiary.

Kazanie wygłoszone przy ponownym otwarciu kościoła św. Anny w Liverpoolu, w Niedzielę Różańcową, 7 października 1888 roku.

Gdy tracę wiarę albo wątpięGdy moja wiara stała się letnia WiaraNaśladowanie Chrystusa
W skrócie. Wiara jest nadprzyrodzoną władzą widzenia darowaną przez Boga, która pociąga wolę do posłuszeństwa prawdzie Chrystusa — jej brak jest grzechem nieposłuszeństwa. Pobożność chrześcijańska zakorzenia się w wierze w Wcielenie i jest trwała wbrew zmienności nastrojów, uczuć i pokus. Szukać Jezusa osobiście, trwać przy sakramentach i pielęgnować więź z Chrystusem — to jest serce chrześcijańskiej pobożności.

„Tak więc wiara jest władzą widzenia, daną przez Boga przez Krew Chrystusa.”

chwalebne. Tylko gdy nowoczesny umysł zatrzymuje się na naturalnym zjawisku — podobnie jak dzikus zatrzymywał się przed wizerunkiem z drzewa lub kamienia — tylko wtedy światłość Boża ulega przyćmieniu i zatracie.

Mamy więc przed sobą, bracia moi, dwa wielkie fakty z dziejów chrześcijaństwa: światłość chrześcijańskiego objawienia i wojnę wypowiedzianą temu objawieniu przez ludzką namiętność, narodowy temperament i ducha naturalizmu. W czasach chrześcijańskich toczy się ten sam spór, który trwał w świecie starożytnym od chwili, gdy dane zostało pierwotne objawienie. Jest to spór, którego należało się spodziewać. Choćby oświecenie z wysoka było jak najjaśniejsze, mgły i opary ziemskie musiały nań wpływać. Lecz w dziejach chrześcijaństwa dowiedziono ponad wszelką wątpliwość, że Boska opatrzność roztacza nad Bożą światłością opiekę, która nigdy nie dopuściła, by światłość ta wygasła. Herezje powstawały i zamierały. Absolutyzm i cezaryzm wyrządziły, co najgorszego wyrządzić mogły. Nacjonalizm usiłował zawęzić granice chrześcijańskiej światłości, a nauka zbyt jednomyślnie odwracała się od niej plecami. A jednak ona świeci nadal, i każdy poszukujący staje przed wyborem jednej z dwóch możliwości: albo przyznać, że spośród wszystkich skarbów, jakie Chrystus i Jego Apostołowie nam pozostawili, zdołał pewnie uchwycić zaledwie kilka strzępów i okruchów, albo też przyjąć zasadę katolicką i poddać się Kościołowi katolickiemu. Zasada katolicka to Boska ochrona dla Boskiej światłości. Odrzucenie tej zasady jest równoznaczne z uznaniem, że światłość ta nigdy nie została dana.

Co do katolików — nas samych — najmniej, co można powiedzieć, to że wszyscy, którzy cieszą się, jak my, wspaniałym systemem prawd religijnych strzeżonych i zachowanych w całym swym blasku przez Kościół ustanowiony przez Boga, powinni starać się wznieść do poziomu tej wzniosłej pozycji. Nie wystarczy modlić się o łaskę godnego wyznawania wiary, nie wystarczy żyć według jej nakazów, ni też praktykować jej i korzystać ze środków łaski, jakie ona oferuje — w ten sposób wypełniają synowie światłości tylko część swego obowiązku. Jest jeszcze jeden obowiązek, ściśle związany z wymienionymi, a jednak sam w sobie odrębny. Jest to obowiązek poznania i znajomości swojej wiary. Nikt nie może „pojąć ze wszystkimi świętymi, jaka jest szerokość i długość, i wzniosłość, i głębokość" Chrystusa, ani „być napełniony ku wszelkiej pełności Bożej", bez wysiłku słuchania, czytania i rozmyślania. To wśród nieuczonych siły przyziemności najłatwiej niszczą i zatruwają światłość Chrystusa; nieuczonych — nie tych bez wykształcenia, lecz tych, którzy żyjąc w sferze kultury i myśli intelektualnej, pomijają w swoich lekturach i studiach najszlachetniejszy ze wszystkich przedmiotów: wielką naukę chrześcijańskiego dziedzictwa. Jakże to się dzieje, w epoce, gdy wszyscy czytają i o każdej sprawie godnej zainteresowania na obliczu ziemi napisano dla naszego pouczenia i przyjemności, że Chrystus i Jego Duch Święty, Kościół i królestwo sakramentalne, Nasza Pani i Święci są tak mało znani, tak bardzo zaniedbywani? Czyż ta święta nauka, ta światłość zbawienia, nie jest właśnie oświeceniem, którego nasze duchy potrzebują? Naturalne światło tego świata — światło słoneczne — jest życiem świata. Budzi ono energię, rozprasza złe wpływy, pobudza kiełki bytu; każda żywa istota unosi się ku światłu, zwracając wąsy i liście ku jego dobroczynnej mocy i oczekując wigoru zdrowia, barw piękna i dojrzałości doskonałości. Tak samo mogłoby być — tak samo być powinno — z nieśmiertelnymi duchami, na które spływa słońce objawienia. Niechaj w to uwierzą. Jeśli katolicyzm ma być żywy, bujny i mocny, katolicy muszą miłować światłość — światłość świętego życia Chrystusa, długi zwój i przywilej Kościołowego skarbu. Niech kapłan naucza, a lud się uczy. Niech mnoży się katolickich książek, a każde ognisko domowe niechaj chętnie z nich korzysta. Wówczas każde dziecię Kościoła będzie mogło wyznać z prawdziwą ufnością: „Pan jest światłością moją i zbawieniem moim."

*Kazanie wygłoszone przy ponownym otwarciu kościoła św. Anny w Liverpoolu, w Niedzielę Różańcową, 7 października 1888 roku.*

*„I uwierzył urzędnik, i cały dom jego" (J 4, 53).*

Słowo „wiara" pada trzykrotnie w Ewangelii tej niedzieli; mowa też o dwóch rodzajach wiary. Najpierw urzędnik, skarcony za to, że nie wierzy, iż Jezus może działać na odległość równie łatwo jak swoją obecnością, pokornie i z czcią przyjmuje upomnienie i z wzruszającą prostotą zgadza się na słowo Pana i idzie do domu. Następnie, gdy widzi, że na jego dziecku dokonał się wielki cud, wierzy w Jezusa w pełnym i właściwym sensie wiary. To jest wiara, która zbawiła świat. To jest wiara, która w każdym wieku musiała walczyć z niewiarą, z przyziemnością i z pychą. To jest wiara, która wraz z tą obfitą łaską, której jest zwiastunem, okryła ziemię „jak okrywające wody morskie." Czy wydaje się, że w tej chwili odpływa — że traci swój uchwyt nad rodzajem ludzkim, który ma ocalić? Tak mówią ludzie. Wielki poeta i pisarz, niedawno zmarły, opisał w żałobnych wierszach — jakby mając na myśli właśnie ten ustęp z Izajasza — jak wody wiary, które niegdyś rozlały się na tak rozległy obszar, cofnęły się teraz, odsłaniając nagą ziemię:

Morze wiary!

Niegdyś było po brzegi pełne i wokół brzegów ziemi

Leżało jak fałdy jasnego pasa zwiniętego ciasno.

Lecz teraz słyszę tylko

Jego melancholijne, długie, oddalające się grzmoty.

Czy tak jest? Ludzie „słyszą" to, czego słuchają. Niewierzący, cynik pełen wątpliwości, zbyt skwapliwie ogłasza, że niewiara i zwątpienie wygrywają bitwę. Cokolwiek byłoby prawdą, jedno jest pewne. Wiara — dla was, dla mnie i dla wszystkich, którzy otwierają oczy na to ziemskie światło w naszym pokoleniu — jest równie żywotna, równie potężna i równie w naszym zasięgu, jak kiedykolwiek była w przeszłości: żywotna, bo bez niej duch jest sparaliżowany — pełza, zamiast latać; potężna, bo wciąż płynie jak niebiańskie źródło z fontann naszego Zbawiciela; i w naszym zasięgu — mimo kultury, samoświadomości, krytycyzmu, nauk przyrodniczych i wszelkich innych cech owego „postępu", który niby to sprawia, że ta epoka tak bardzo różni się od epok minionych.

Pragnę tego poranka, z pomocą Bożą, zwięźle przedstawić jeden aspekt relacji między darem Bożym, jakim jest wiara, a rozumem człowieka, który musi zawsze działać, gdy prawda — czy objawiona, czy inna — ma zostać przyjęta w duszy. Być chrześcijańskim wierzącym znaczy wyznawać pewne prawdy o Bogu, o nieśmiertelności i o naszym błogosławionym Zbawicielu. Nie zamierzam dowodzić istnienia Boga, ani nieśmiertelności duszy, ani Bóstwa Jezusa Chrystusa. Przyjmuję te rzeczy jako pewnik. I twierdzę od razu, że według chrześcijańskiej teorii chrześcijanin posiada lub może posiadać, jeśli zechce, pewien umysłowy czy duchowy dar, znacznie wykraczający poza jego naturalne zdolności; dar ten, nie twierdzę, że dowodzi mu jego religii, lecz nadaje tej religii ów charakter stałości, bezpieczeństwa umysłowego i oddania, bez którego byłaby ona jedynie spekulacją lub filozofią, a nie religią.

Współczesne zwątpienie nieustannie podnosi dwa pytania. Pierwsze: „Jakie prawo mają dzieci i ludzie nieuczeni wierzyć bez uprzedniego zbadania?" Drugie: „Jak uczony badacz, wobec niezliczonych trudności, jakie jego dociekania muszą przynosić na jaw, może mieć kiedykolwiek mocną wiarę?" Ponieważ świat da się naprawdę podzielić na te dwie klasy — nieuczonych, którzy nie mogą lub nie dyskutują, oraz krytyków i naukowców, zawsze gotowych do dyskusji — widać jasno, że jeśli nie zdołamy zadowalająco odpowiedzieć na te pytania, bardzo niewielu może wiarę w ogóle mieć. I właśnie do takiego wniosku, jako rezultatu ścisłego rozumowania, chce doprowadzić swoje pokolenie tak wielu poważnych i gruntownych pisarzy naszych dni. Wiara, powiedzą, jest akceptacją; lecz nie można przyjąć tego, przeciwko czemu przemawia tyle racji; nie można też przyjąć — w żadnym prawdziwie dojrzałym sensie tego słowa — tego, czego samemu się nie przemyślało. A jeśli ktoś odpowie, że wiara jest akceptacją na podstawie autorytetu, nie zaś przez argumentację, odrzekną, że to tylko przesuwa trudność o krok dalej. Żaden autorytet nie może być Boski ani ważny, skoro proponuje do przyjęcia to, co rozum odrzuca lub co jest mu wątpliwe. Krótko mówiąc, pogląd najostrzejszych umysłów epoki głosi, że wiara zależy od tego, co człowiek może wywnioskować swoimi zdolnościami. Jeśli ich nie używał, może mieć przesądy i uprzedzenia — wiarę, jeśli tak chcemy — lecz nie racjonalne przekonanie. Jeśli używał swoich zdolności i nic wywnioskować nie może, wiara mu nie przysługuje, lecz nie jest to jego wina, bo po prostu nie może przyjąć. I dlatego nowoczesne książki na najwyższym poziomie kultury pełne są melancholijnego pesymizmu. Widzimy w nich umysły wykształcone, które zazdroszczą tym, co mogą wierzyć; podziwiają dawne czasy wiary; wnikają w proste poglądy prostych rzesz; mówią z pewnym żałosnym entuzjazmem o czasach jedności i heroizmu; i zatrzymują się z tęskną miłością nad niewinną wiarą małych dzieci. Lecz do całego tego podziwu miesza się samozadowolona, protekcjonalna litość. Tamci entuzjaści nie wiedzieli nic lepszego! Dziecko wierzy i jest szczęśliwe, ale jest to możliwe tylko dlatego, że jest dzieckiem. Świat w swoim dzieciństwie wierzył i był szczęśliwy w swojej wierze. Teraz ludzkość doszła do wieku męskiego; wiara znikła jak złudzenia dzieciństwa; i choć szczęście też odeszło, człowiek jest teraz bardziej dojrzały, rodzaj ludzki jest bardziej rozumny niż był. Tak rozumuje intelekt dnia dzisiejszego. Lecz w tym rozumowaniu nie wszystko sprowadza się do pychy lub litościowej wyższości. Najlepsze umysły nie mogą ukryć pewnego żalu — poczucia braku czegoś. Przyznają, że ludzka natura odczuwa aspiracje, na które zdaje się odpowiadać jedynie wiara. Nie mogą spokojnie usiąść i pozostawić nieznaną przyszłość samej sobie. Trudno im używać wygody czy rozrywki, gdy dręczy je uczucie niewidzialnego świata tuż poza zasięgiem zmysłów. Wokół nich istnieje moralny wszechświat, równie natrętnie domagający się poznania jak ten ziemski — z wyżynami równie zapierającymi dech i oceanami równie głębokimi, i firmamentem równie pięknym i nieskończonym, jak świat, który rozkoszą ich i dumą jest badać. Czy może być — ta myśl powraca i powraca — czy może być, że mój duch posiada naprawdę zdolność i możność przeniknięcia całej tej zaludnionej ciemności, dotarcia w nieskończoność do tego wszechświata duchowych relacji, i że ja, niczym sokół z kapturem, wziąłem ślepe przygniecenie czyjejś ręki za zgaszenie istotnego światła dnia?

Moje twierdzenie brzmi: w naszym zasięgu jest dar, dzięki któremu dziecko i człowiek nieuczony mogą rozumnie trwać przy prawdzie religijnej, a najbardziej aktywny umysłowo pytający może rozumnie zachować spokój i żarliwość mimo wszelkich trudności, jakie jego intelekt może napotykać. Niech nikt nie woła, że to czysty entuzjazm; że albo wyznaje się prawdę na podstawie racjonalnych dowodów, albo nie; jeśli tak — jakikolwiek dodatkowy dar jest zbędny; jeśli nie — jakikolwiek impuls popychający jest dziecinną prostotą lub fanatycznym zapałem.

W odpowiedzi na to przypatrzmy się przez chwilę, jak umysł postępuje przy przyjmowaniu lub odrzucaniu czegokolwiek. Nikt nie zakwestionuje zasady, że gdy jakaś rzecz jest dostatecznie udowodniona i nic, co przeciwko niej przytoczono, jej nie obaliło, można ją rozumnie przyjąć. Jest dostatecznie udowodniona: nie dowodem tak przytłaczającym, by zmuszał umysł do zgody wbrew jego woli, lecz takim, który usuwa rozumną wątpliwość. Motywem może być tradycja, autorytet, zwyczaj, powszechna zgoda, stosowność, celowość lub którykolwiek z tych motywów, na podstawie których ludzie w zwykłych sprawach rozumnie wierzą. Tak czytelnik gazety wierzy wielu wiadomościom; tak uczeń wierzy mistrzowi, dziecko rodzicom; tak ludzie ufają przyjaciołom lub wyciągają wnioski z tego, co widzą, posługując się zwykłym, praktycznym rozumowaniem. Tak człowiek działa w przekonaniu, że jego pożywienie jest zdrowe, że ziemia wyda mu plon, że jego lekarz jest człowiekiem zdolnym. Tak wkłada się pieniądze do banku, przyjmuje towary od kupca, przejeżdża przez most, a nawet chowa swoich bliskich, nie dokonując żadnego naukowego ani wyczerpującego dochodzenia. Rzeczy te, twierdzę, mogą być i często bywają dostatecznie udowodnione dla rozumnej akceptacji. Trudności przeciwko ich przyjęciu, dopóki są jedynie trudnościami i nie obalają faktów, nie muszą skłaniać nawet najbardziej rozumnego umysłu do ich odrzucenia. Takie trudności będą wprawdzie wpływały na postawę umysłu: będą wywoływały wahanie, skłaniały do dociekań, osłabiały poczucie przekonania. Lecz o ile, jak powiedziałem, nie obalają naprawdę dowodów, zawsze pozostają zgodne z akceptacją. Prawda w takim stanie może być rozumnie wyznawana. I gdyby taka prawda, lub twierdzenie, było jedynie kwestią naturalną, naukową czy społeczną, można by je tam pozostawić, by się samo obroniło. Lecz prawdy religijne narażone są na atak, którego niebezpieczeństwo podzielają po części ze wszystkimi innymi prawdami — z wyjątkiem bezwzględnych dowodów — a po części zawdzięczają swojej własnej naturze. Mogą zdarzyć się trzy rzeczy. Mój umysł może na pewien czas stracić z oczu dowód; może nawet przy dowodzie przed sobą być dotkliwie udręczony pewnymi natrętnie wracającymi trudnościami; lub też może zmagać się z moralną niechęcią, wynikającą z namiętności, egoizmu lub temperamentu, która sprawia, że jest niezwykle niechętny przyjęciu tej lub owej konkretnej prawdy. Otóż dar Boży jest w jednym słowie przeznaczony do przezwyciężenia tych trzech niebezpieczeństw. Ma on za cel, po pierwsze, trzymać jasno i spokojnie przed umysłem dostateczny dowód prawdy chrześcijańskiej. Po drugie, odwracać umysł od rozważania trudności; i wreszcie, po trzecie, obdarzać nasze duchy moralnymi dyspozycjami — jak pokora, prostota i ufność w Bogu — które czynią wiarę łatwą. Nie ma w tym nic nierozumnego. Najgłębiej zakorzenione prawdy mogą być narażone na ataki opisanego rodzaju. Niebezpieczeństwo wypływa z natury samego umysłu. Jakkolwiek pewny byłby fizyk co do prawa grawitacji na przykład, są trudności, na które nie może odpowiedzieć. Jakkolwiek pewien byłbym, że Bóg naprawdę istnieje, bywają chwile, gdy chmury się spiętrzają i firmament jest ukryty; bywają czasy, gdy trudności są uciążliwe. Jakkolwiek przekonujące są dowody Bożego posłannictwa Chrystusa, małe dziecko może je pojąć jedynie o tyle, o ile widzi, że może ufać nauczycielowi, który mu o nich mówi. A jednak rozumnie mu ufa. Wtedy przychodzi dar. Ten mały punkt oparcia rozumu — który nigdy nie jest nieobecny — jest prawdziwym i mocnym gruntem, lecz nie jest zbyt pewny wobec gwałtownej nawałnicy. Lecz oto anioł pochyla się z Nieba i podtrzymuje dziecię Boże. Przynosi nadprzyrodzony motyw; przynosi skupienie i koncentrację; daje umysłowi impuls do odrzucenia — co umysł uczynić może — tego, na czym trwać nie wolno; wznosi wzrok umysłu ku obliczu Boga, Któremu można ufać jak żadnemu przyjacielowi; i przelewa przez całą istotę ów przełom, który zwraca wolę ku modlitwie, a serce ku miłości.

Ponieważ zaś takie prawdy jak istnienie Boga, Bóstwo Chrystusa i nauczający Kościół są rzeczywiście kluczowymi prawdami, które serce ludzkie musi mocno wyznawać, rozumne jest przyjąć — jak przyjmuje teoria chrześcijańska — że istnieje szczególny dar Boży, który ma umożliwiać sercu trwanie przy nich. I kiedy sięgamy do Nowego Testamentu, stwierdzamy, że dar wiary odgrywa wielce wybitną rolę w tym, co nazwać mogę filozofią królestwa Bożego. Wiara jest swego rodzaju postulatem, bez którego nie można uczynić ani jednego kroku naprzód. Wiary wymaga się nie tylko dla należytego przyjęcia rzeczy przekazanych na mocy autorytetu — jak objawienie Jezusa Chrystusa i ustrój Jego Kościoła — lecz także dla rzeczy, które nasz rozum może w pewien sposób sam odkryć: istnienia Boga, nieśmiertelności oraz prawa nagrody i kary. Wiara opisana jest przez świętego Pawła jako niezbędna część wyposażenia dzieci Bożych. Zalicza on ją razem z nadzieją i miłością do chrześcijańskich darów czy cnót par excellence, w które odkupienie Chrystusa wyposaża człowieka do prowadzenia jego boju. Nazywa ją zbroją, nazywa ją tarczą. Jest ona korzeniem usprawiedliwienia, zapalnikiem modlitwy, źródłem miłości. Kiedy natchniony pisarz chce opisać duszę Szczepana, mówi, że był pełen Ducha Bożego i wiary; kiedy chce nam ukazać Barnabę, mówi, że był pełen Ducha Świętego i wiary — jakby wiara była samą obecnością Ducha w duchu człowieka. A moc tego uposażenia duszy ludzkiej nie mogłaby być silniej wyrażona niż wtedy, gdy wielki Apostoł mówi, że wiara jest samą substancją dalekich rzeczy, których się spodziewamy; nie cieniem, jak by ktoś mógł myśleć, lecz rzeczywistością; samym dowodem rzeczy niewidocznych, które zatem nie mogą być dowiedziane. Ta wspaniała hiperbola czyni z wiary zdolność duchowego widzenia; a jak wzrok przybliża nam rzeczy dalekie przez ów cudowny żywotny przełom, który czyni nas władcami kręgu wszechświata tak dalece poza naszym własnym bytem, tak wiara obejmuje rzeczy powyżej i rzeczy wokół, rzeczy przyszłe i tajemniczej teraźniejszości, i czyni nas władcami duchowego świata, w obliczu którego świat zmysłów więdnie i kruszy się.

Tak więc wiara jest władzą widzenia, daną przez Boga przez Krew Chrystusa. Lecz najdziwniejsza rzecz pozostaje jeszcze do powiedzenia. Nie jest ona w pełni władzą widzenia — przez co rozumiem władzę działającą w naszej intelektualnej naturze i przez nią; wiąże się ona z ową drugą władzą naszej złożonej ludzkości, która od Upadku jest równie biedna jak nasz intelekt — mam na myśli wolę. W Dziejach Apostolskich mówi się o nawróconych, że „słuchają wiary". W Liście do Rzymian święty Paweł nazywa wiarę „posłuszeństwem", i powtarza tę frazę w Liście do Galatów; a te dwa Listy są par excellence Listami Wiary. Pogląd świętego Pawła głosił, że „każde rozumowanie" ma być „pojmane w posłuszeństwo Chrystusowe". Lecz to znaczy, że ten intelekt człowieka — tak niezależny, tak samowystarczalny, tak pyszny — musi być gotów przyjąć pana; że wiara jest jednym z tych aktów, które należy krzewić — a niewiara tłumić, jak pychę, zmysłowość czy gniew; że swobodna spekulacja jest niezgodna z chrześcijaństwem; że pewna siła, nacisk czegoś zewnętrznego, musi być wywarta na tę władzę, przez którą przyjmujemy prawdę, inaczej prawda nie zostanie przyjęta. To znaczy, że wiara jest obowiązkiem, a niewiara jest grzechem. Nie można uciec od tej konsekwencji. Choć swobodnie przyznamy, że nie można sądzić człowieka, który nie miał możności stanąć w obliczu prawdy — że urodzenie, wychowanie i otoczenie mogą zmniejszyć winę lub usunąć ją całkowicie — to jednak musi pozostać faktem, że w sensie abstrakcyjnym niewiara jest grzechem. Niewiara bowiem jest nieposłuszeństwem, pychą, obojętnością wobec Boga. Prawda Boża jest dostatecznie obecna w świecie; dar jest pod ręką; od człowieka — któremu Bóg nigdy nie odmawia niezbędnej łaski — zależy, czy go przyjmie, czy odrzuci. O wy, ludzie, którzy odrzucacie światło dzienne i trzymacie się kurczowo grot przyziemnej mądrości — mrocznymi zakamarkami cielesnej roztropności — czy możecie dostrzec choćby cień Boga i nie domyślić się, że ma On przesłanie dla waszego nieśmiertelnego ducha? Czyż ta sama ciemność nie jest pełna ruchu i poruszenia? Czyż samo odosobnienie nie jest nienaturalne i wymuszone? Będąc tym, czym jesteście, musicie być czymś więcej, niż jesteście teraz, albo zginąć. Macie przeczucia i zapowiedzi szerszego świata, lecz nigdy nie staną się jasne — macie tęsknoty i ideały, lecz nigdy nie zostaną posiądzone — jeśli nie zwrócicie swego ducha ku Bogu, Który go stworzył, i nie będziecie szukać Bożego oświecenia, które nic nie może od was oddzielić, prócz własnej zatwardziałości lub własnej obojętności waszych serc!

Chrześcijański pogląd głosi zatem, że serce wierzącego jest tak nadprzyrodzoną pomocą wspomagane, że przy sprzyjających warunkach powinno spoczywać w spokojnym i cichym używaniu rozumnej pewności prawd religijnych. Przy sprzyjających warunkach! Te słowa przywołują wizję stanu, który zbyt rzadko urzeczywistniał się na ziemi — stanu wiary w pokoju. Wyobraźmy sobie czas, gdy wiary uczy się niemowlęta łagodnie, niemal przed użyciem rozumu; gdy młodzież dorasta w atmosferze wiary; gdy religia Chrystusa jest częścią mowy i myśli ludzkiej, w Kościele i w rodzinie, w państwie i w domostwie. Czas, gdy nie ma herezji, żadnych słów powątpiewania, żadnych sporów polemicznych. Czas, gdy wielkie rysy objawienia Chrystusa — Jego osoba, Jego słowo, Jego Kościół, Jego obecność eucharystyczna, Jego działanie sakramentalne — są jasne i świetliste przed każdym umysłem, jak dostojne okręty na kotwicy w spokojnym morzu. Wówczas wiara rosłaby jak rośnie światło od świtu do południa letniego dnia. Wówczas Boska miłość wzrastałaby i pogłębiałaby się tak, jak pogłębiają się barwy na ziemi i morzu, gdy słońce jest wysoko. Wówczas Bóg zdawałby się być bardzo bliski człowiekowi, a świat niewidzialny byłby niemal dotykalny, tak iż gdyby odczuto rękę Bożą, budziłoby to niewielkie zdziwienie; gdyby aniołowie nawiedzali ziemię lub gdyby mówiono, że Święci czynili cuda, ludzie skłonni byliby temu wierzyć. Wówczas państwo świeckie byłoby państwem chrześcijańskim, królowie odbieraliby korony w świątyni, mężowie stanu klęczeliby przed ołtarzem, żołnierze czciliby Boga zastępów, a parlamenty skłaniałyby się przed objawioną prawdą. Wówczas ludzie troszczyliby się o ubogich i szukali nędzy, dbając o to, by wszyscy mieli żywność i odzienie i mogli być zdolni do słuchania orędzia zbawienia. Wówczas rodzina byłaby jak święty dom w Nazarecie. Wówczas wielkie kościoły pokryłyby kraj na chwałę i majestat eucharystycznego Króla. Wówczas lampka w świątyni byłaby zapalona wszędzie, gdzie przebywają ludzie, aby żaden nie był pozbawiony tej Obecności. Wówczas nauki przyrodnicze i wszystkie dobre sztuki postępowałyby w miarę czystości serc ludzkich. Byłby wprawdzie grzech — i grzech ciężki, niestety! — lecz nie byłoby najcięższych grzechów. Nie byłoby pychy intelektualnej i obojętności wobec Boga ani buntu przeciwko Duchowi Świętemu; a grzechy namiętności, choć czarne, prowadziłyby z reguły ku bliższemu rzuceniu się w ramiona owego Zbawiciela, Którego niewidzialne królestwo było tak żywo uświadomione. Wówczas śmierć byłaby nieopisanie interesująca, a jednak spokojna i pełna ufnej nadziei, bo światło zmartwychwstania Jezusa oświecałoby otwarty grób; świat za grobem byłby znany i bliski, a dusze cierpiące wspomagane bez przerwy, podczas gdy Święci w swoim szczęściu byliby jak bracia-pomocnicy, czczeni i kochani; Najświętsza Maryja byłaby Królową, której moc byłaby bez granic, a Której współczucie ogarniałoby cały świat. Wówczas Chrystus panowałby i byłby Panem we wszystkich krainach, które odkupił Swoją Przenajdroższą Krwią. Taki obraz nie jest całkowicie wyidealizowany. Były okresy i wspólnoty, gdzie urzeczywistniał się on w rzeczywistości, i w teraźniejszości jak w przeszłości — i w przyszłości też — aż do wielkiego Sądu, zawsze będą mężczyźni i kobiety, i rodziny, i nawet zbiorowości rodzin, które żyją wiarą i posiadają swą religię w nienaruszonem pokoju.

Lecz w tych dniach, i w większości dni, widzimy raczej wiarę w walce niż wiarę w pokoju. Za główne siły napędowe wojny przeciw wierze uważa Apokalipsa — przede wszystkim — moce ciemności, duchy, które mają prawo panować w tym niższym świecie. Jest wielu dobrych i uczciwych ludzi, którzy czuliby się dotknięci i rozgniewani, słysząc, że są narzędziami diabła; lecz czy z własnej winy, czy bez niej, takimi zbyt często bywają. Ktokolwiek stara się przeszkodzić pełnemu nauczaniu wiary, lub zatruwać jej źródło, czyniąc wiarę niemożliwą, lub narzucać trudności wiary, czyni dzieło nieprzyjaciela Bożego. A zmaganie się zaczyna, gdy małemu dziecku przeszkadza się poznać objawienie Boże. Nauczyć dziecko — to znaczy nauczyć człowieka — jest procesem stopniowym i mozolnym. Trzeba przede wszystkim samemu być jasno pouczonym. Żaden zwątpiały nie może nauczać chrześcijaństwa. Następnie trzeba mieć w swej mocy wiele lat z życia dziecka; trzeba mieć w swej mocy dzień dziecka; i tak wplatać religię nawet w nauczanie świeckie, aby rozumiało, że religia rządzi wszystkim innym. Dlatego ci, którzy zabraniają jawnego nauczania religii, lub zamykają usta nauczycielom, lub ograniczają nauczanie religijne do niedziel, lub pozostawiają dziecko nieświadomym rodzicom — wszyscy oni walczą przeciwko wierze. Gdy dziecko dorośnie i zdolne jest do samodzielności, walka jest równie zacięta. Książki sugerują wątpliwości, gazety krytykują wszystko, znajomi wyśmiewają się z wiary człowieka lub sprzeczają się z nim, a ciężar spraw zaprzątnia jego umysł i myśli. Mało jest znaków Boga w otoczeniu chrześcijanina w czasach, w których żyjemy. Świat zdaje się iść jedną drogą, pozostawiając Chrystusowi niesienie Jego Krzyża inną. Niewiele jest zewnętrznych przypomnień o tym, co niewidzialne. Królestwo Boże jest zbyt ściśle ograniczone do Kościoła, i nawet dobrzy i wierzący narażają swą wiarę na niebezpieczeństwo przez obcowanie z niedowiarstwem, przez brak pouczenia i przez obojętność. Ponosimy ciężkie straty w tej walce. Niektórzy z nas żyją przez całe życie w niezbyt bliskim stosunku z Bogiem. Jedni lękają się tego, co nadprzyrodzone. Drudzy wstydzą się swojej religii. Mało kto staje się prawdziwie człowiekiem wewnętrznym, ceniącym modlitwę i zjednoczenie z Bogiem. Są tacy, których małżeństwo lub przyjaźń prowadzi do apostazji. Są tacy, którzy rozbijają się na skałach krytyki biblijnej lub trudności intelektualnych. O wszystkich tych powiedzieć można prawdziwie, że nie znają „daru Bożego". Prawda, że nawet ten, kto go zna, może go odrzucić. Lecz ileż jest takich, którzy, gdyby lepiej rozumieli, jaką mają moc w wierze, nigdy by nie zbłądzili. Człowiek nauki i myśli na przykład, gdy napotyka trudności z wiarą, powinien pamiętać, że postępuje rozumnie, jeśli zdaje się na swoją wiarę nadprzyrodzoną. Łatwo może się upewnić, że jest dość dowodów dla rozumnego przyjęcia. A skoro tak, powinien modlić się, odrzucać, zwracać się do Boga z pokorną ufnością, skupiać się na świętej nauce głoszonej przez Boga. Wówczas może mieć nadzieję, że jego wątpliwości ustaną. Na tym polega moc i cel daru wiary. To, o czym nasz rozum daje nam rozumną pewność, wiara uczy nas ściskać do serca. Wątpliwości, jakie nasuwają myśl i wiedza, wiara pomaga nam odwracać od nich oczy, owszem, czuć ku nim wstręt. Lepiej jest wierzyć za dużo niż za mało, nawet w sprawach nieważnych, bo utrzymywanie ducha wiary jest rzeczą najistotniejszą. Z drugiej strony, utracić jakakolwiek żywotną tajemnicę lub część świętego objawienia Bożego z braku wiary, to zabić z głodu ten nieśmiertelny duch, który Bóg przez te środki chciał karmić i zbawić. Czas walki ma swoje korzyści, jak ma i swoje niedogodności. Lecz jeśli jest kochający i wszechmocny Bóg, jeśli jest Zbawiciel, jeśli jest dar przyjęcia, jaki opisują Piotr, Paweł i Jan, to zwycięstwo musi ostatecznie należeć do wierzącego, jakkolwiek zmiennych byłyby przypływy i odpływy walki. Dlatego zakazano nam rozpaczy w wierze. Ja osobiście wierzę, że wiara jest w tej chwili tak żywotna i tak potężna, jak kiedykolwiek była. Królestwa odeszły i instytucje zostały zagłodzone; lecz miliony wyznają wiarę. Herezja i zwątpienie może mówić głośno i wchodzić na dachy, by mówić; lecz za każdym słowem sprzeciwu pogłębia się żarliwość wierzących; wyznają swą wiarę bardziej świadomie, z większą intencją i z głębszą wytrwałością miłości. Jeśli prasa jest przeciwko nam, możemy sami z prasy korzystać. Jeśli rządy są dla nas surowe, możemy odwoływać się do ludu, który dziś tworzy rządy. Jeśli nie ma innej drogi, pozostaje zawsze droga męczeństwa; a nic tak nie szerzy wiary jak krew męczennika. Miejmy więc ufność. „To jest zwycięstwo, które zwyciężyło świat — wasza wiara." Ufajmy, że mimo pozorów Bóg jakoś zwycięży. Zwyciężymy w boju o oświatę; cokolwiek się stanie, jeśli działamy i postępujemy na drogach wiary, zwyciężymy. Zwyciężymy w walce o przywrócenie zablądzone milionów naszych rodaków. Wysiłki kapłanów i wiernych mogą nie przynosić owoców w tej chwili; lecz tak jak człowiek złożywszy pieniądze w banku, odbiera je z procentem, tak niezawodnie każdy krok uczyniony w wierze przynosi swój owoc w czasie Bożym. Zwyciężymy w boju o Biblię. Bez fanatyzmu, nie zaprzeczając wyjaśnieniom nauki, utrzymamy — miliony będą nadal utrzymywać — że Biblia jest prawdziwym Słowem Bożym. I zwyciężymy w walce o Namiestnika Chrystusa. Odzyskamy jego niezależność. Żaden katolik nie powinien być w tej sprawie oziębły. Nic prócz doczesnej niezależności Papieża, zagwarantowanej przez Europę, nie może zaspokoić ani Ojca Świętego samego, ani pragnień i zamysłów katolików. Gdy tylko katolicy Europy wezmą tę sprawę w swoje ręce, zostanie ona dokonana. Nie będzie żadnej walki, nie będzie rozlewu krwi, nie będzie zamętu. Zostanie dokonana głosami milionów, gdy tylko miliony uczą się nieco wyraźniej lekcji swojej wiary. I tej Niedzieli Różańcowej, bardziej niż kiedykolwiek, któż może powątpiewać lub wahać się w swojej ufności? — tej niedzieli, która upamiętnia tyle triumfów sprawy Chrystusa — tego dnia, który nawet w tym pokoleniu otrzymał nowy blask i świeżą sławę od wydarzeń, które można przypisać jedynie interwencji tego samego Niebieskiego Ojca, Który rozproszył pychę niewiernego w minionych dniach. Dziękujcie Bogu za waszą wiarę. Dziękujcie Mu pod dachem tej szlachetnej i pięknej świątyni — zarazem owocu wiary i bodźca wiary. Kamienie te zostały złożone przez tych, którzy wierzą. Ta świątynia ma zaznaczać wiarę — wyrażać wiarę — jednoczyć ludzi w wierze — wznosić tron dla Jezusa, twórcy i dokończyciela wiary — przybliżać świat nieco bardziej do harmonii z wiarą. Zaśpiewajmy Te Deum — lecz tylko po to, by tę chwilę uczynić zachętą do lepszych wysiłków na rzecz życia wiarą. Niechaj te mury trwają — tak, tak długo jak wiara trwa; bo nadejdzie dzień, gdy one i wiara, którą symbolizują, będą musiały przeminąć. Tego dnia ziemskie przybytki przemijają, a Wiara, po swojej pielgrzymce i walce przez długie wieki, złoży głowę na łonie ziemi, którą uświęciła, a gdy na wschodnim niebie zajaśnieją chorągwie Sędziego, wyda swoje ostatnie tchnienie — by zmartwychwstać przemieniona w owo coś nieśmiertelnego i niewysłowionego, które nazywamy Widzeniem Oblicza Bożego.

*Kazanie wygłoszone w kościele św. Osburgi w Coventry, 1 września.*

*„Wiara twoja cię uzdrowiła" (Łk 17, 19).*

Wiara w tym miejscu oznacza oczywiście to, co my nazwalibyśmy pobożnością. Zauważcie bowiem, że wszyscy dziesięciu trędowatych już poprzednio wyznało swoją wiarę w przebaczenie i moc naszego Pana. Wołali: „Jezu, Mistrzu, ulituj się nad nami"; słuchali Jego nakazów; i jeszcze w drodze, by pokazać się kapłanom, trąd ich opuścił. Jasne jest, że nasz Pan miał dla nich dalsze zamysły dobrodziejstwa. Zamierzał wlać w ich dusze łaskę odradzającą, lub przynajmniej łaskę umacniającą i oświecającą. Lecz jako warunek udzielenia Swojego duchowego miłosierdzia żądał, by powrócili do Niego w duchu tych, którzy zrozumieli, Kim On jest i co dla nich uczynił. Mieli powrócić w uczuciowej wdzięczności i wierności. „To jest Jezus!" — mieli rzec — „to błogosławiony Syn Boży! Patrzcie, co uczynił dla nas! Wróćmy do Niego, podziękujmy Mu, uwielbiajmy Go, chwalmy Go, trzymajmy się Go." Lecz wrócił tylko jeden, i on to otrzymał owo drugie i większe nawiedzenie mocy Odkupiciela, wyrażone tymi słowami: „Wiara twoja cię uzdrowiła."

Mamy tu powszechną naukę na wszystkie czasy. To duch pobożności wprawia w ruch łaskę Odkupiciela. Sama wiara nie wystarczy. Możemy wierzyć — i wierzymy — w Wcielenie, w Kościół, w Prawdziwą Obecność, w Sakramenty. Przez tę wiarę — nie bez miłości — jesteśmy oczyszczeni z grzechu i dopuszczeni do królestwa Bożego, do chrześcijańskiego dziedzictwa, do Kościoła i wspólnoty Świętych. Wszystko to dzieje się, by tak rzec, bez wielkiego ciepła czy wysiłku z naszej strony. Nawet w Sakramencie Pokuty nasze pojednanie jest, można powiedzieć, jednym wysiłkiem, jednym krokiem, który stawia nas wewnątrz królestwa Ducha Świętego. Jesteśmy jak ludzie, którzy przepłynęli bystrą i niebezpieczną rzekę i stoją dysząc ze znużenia na brzegu, bezpieczni i cali, mając przed sobą wspaniały kraj. Lecz muszą się trudzić i pracować, zanim zdołają zebrać jego plony lub dotrzeć do jego złotych miast.

Pobożność jest tą manifestacją wiary, która miłuje i czci Jezusa Chrystusa oraz wszystkie osoby i rzeczy z Nim związane. Jest jednym z siedmiu darów, które Duch Święty — jak prorokował Izajasz — wylał na najdoskonalszą ludzką duszę Jezusa — skąd przelewa się On w obfitości na wszystkich, którzy nie są w grzechu śmiertelnym. W Nim była to miłość i cześć Jego Niebieskiego Ojca. W nas jest tym samym; lecz ponieważ Jezus jest Sam naszym Niebieskim Ojcem, w nas nabiera barwy i kształtu pod wpływem całości okoliczności Wcielenia.

Pobożność jest więc chrześcijańskim użytkowaniem chrześcijańskiego dziedzictwa. Otóż dziedzictwo chrześcijańskie jest owocem i kontynuacją Wcielenia. Przez nasze dziedzictwo chrześcijańskie różnimy się zarówno od pogan, jak i od Żydów; mamy przewagę nie tylko nad tymi, którzy żyli lub żyją jedynie w wierze w Boga poznanego przez naturę, lecz nad ludem wybranym, któremu Bóg objawił Siebie w stu cudownych objawieniach. Nasze dziedzictwo chrześcijańskie nie jest jedynie naszym odkupieniem. Jest owym miłosiernym i ciągłym zrządzeniem Chrystusa, które sprawia lub mogłoby sprawiać, że odkupienie staje się pewne dla każdej poszczególnej duszy. Jest to istnienie pośród nas pełnego poznania Boga, Jego przymiotów i Jego woli; poznania dostępnego każdemu stworzeniu, choćby najbardziej nieprzygotowanemu, nieuczonym lub pozbawionemu środków ziemskich. Jest to kontynuacja sakramentalnego dotknięcia ręki Chrystusa; przez którą widzialne posługiwanie, z całym systemem obrzędów i praktyk, nie tylko napomina i buduje ludzi, lecz osiąga duchowe i nadprzyrodzone skutki w stanie i kondycji naszych dusz. Jest to posiadanie Ofiary Eucharystycznej, w której Krew Kalwarii jest nie tylko wspominana, ale uobecniana, oraz systemu Sakramentów, które dają życie i siłę. Nasze dziedzictwo chrześcijańskie to nieomylny Kościół, odrodzenie, Najświętszy Sakrament, sakramentalne przebaczenie grzechów, namaszczenie olejem w imię Pańskie, kapłaństwo, ołtarz, widzialna świątynia Boża i całe wyrażenie katolickiej tradycji i praktyki, jak wznosi się widzialnie w świecie z pokolenia na pokolenie. Ci, którzy tych rzeczy nie chcą lub je odrzucają, lub którąkolwiek z nich, mogą nazywać siebie chrześcijanami — i nie nam odmawiać tego miana komukolwiek, kto w dobrej wierze — nawet niepełnie — trzyma się Chrystusa; lecz chrześcijanami w jakimkolwiek pełnym i właściwym sensie być nie mogą — chyba że mała jest różnica między chrześcijaninem a współczesnym świętemu Hiobowi, lub między chrześcijaninem a Żydem, który za czasów królów pielgrzymował do Jeruzalem na święta prawa.

To wielkie katolickie czy chrześcijańskie zrządzenie ostatnich wieków nie jest kodeksem praw, ani systemem filozoficznym, ani szkołą myśli. Jest obecnością i działaniem Osoby. Tą Osobą jest Bóg — Bóg Syn, Który stał się człowiekiem. Przez ów niewysłowiony plan czy zamysł miłości i mądrości, jakim jest Wcielenie, Bóg sprawił, że może On wpływać na człowieka i owładać nim z o wiele większą skutecznością, niż gdyby pozostał niejako odosobniony w niebiosach. Teraz gdy Boski Odkupiciel wstąpił do Nieba, jest On wciąż obecny na ziemi przez Swoje nieomylne słowo, Swoje sakramentalne dotknięcie, Swoją eucharystyczną rzeczywistość i Swoich sług; we wszystkich tych formach Jego duch — który jest Nim Samym — działa nie tylko moralnie, ani symbolicznie, ani mistycznie, lecz fizycznie i dosłownie; bo dusza jest równie realna i substancjalna jak ciało. Dlatego zrządzenie chrześcijańskie jest obecnością Chrystusa. A pierwszym obowiązkiem czy skłonnością człowieka, który w nie naprawdę wierzy, jest szukać Chrystusa, uwielbiać Go i dziękować Mu każdego dnia swego życia. A to właśnie jest Pobożność. Pobożność jest więc, jak powiedzieliśmy, chrześcijańskim sposobem korzystania z wielkiego chrześcijańskiego dziedzictwa.

Trzeba bowiem stwierdzić z bólem, że spośród rzesz, które korzystają z wielkiego skarbu, który znalazłszy człowiek w polu, poszedł i sprzedał wszystko, co miał, i kupił owo pole, jest bardzo wielu, którzy korzystają z niego w małym stopniu. Są tacy, którzy chwalą chrześcijaństwo, lecz nie dostrzegają lub nie przyznają jego wyjątkowego miejsca i jego najwyższych roszczeń. Mówią o nim jako o etapie kultury, pomiędzy bardziej lub mniej barbarzyńską przeszłością a bardziej zaawansowaną i doskonałą przyszłością. Ludzie ci nie wierzą w Bóstwo Chrystusa ani w pierwiastek nadprzyrodzony w samym chrześcijaństwie. Traktują je jako wysiłek ludzki, podlegający błędom i niedoskonałościom wszystkiego, co ludzkie. Są też tacy, którzy wiele czynią z tego, co można nazwać etyczną stroną chrześcijaństwa, lecz mało z osobowej. Będą chwalić Kazanie na Górze; będą głosić lub inaczej wpajać łaskawość i łagodność Jezusa; będą rozszerzać się nad chrześcijańską pokorą, prawdomównością i cierpliwością; lecz adorować Jezusa w Jego uniżeniu lub w Jego Męce, błagać Go, dziękować Mu lub prosić o Jego przebaczenie — te rzeczy ledwo należą do ich religii. I są katolicy — bo do katolików głównie się zwracam — którzy w mniejszym lub większym stopniu dotknięci są lub skażeni niedowiarstwem lub połowiczną wiarą, które wyraża się w poglądach podobnych do tych. Mało mają żarliwości dla tych pierwiastków swojej świętej religii, które są par excellence jej pierwiastkami chrześcijańskimi. Mają pewien porządny sposób uznawania Boga; prowadzą przyzwoite życie; widuje się ich w kościele; są dobrzy dla ubogich. Lecz Imię Przenajświętsze, Serce Jezusa, Nasza Pani, Najświętszy Sakrament, Sakrament Pokuty, liturgia Kościoła — dla nich to prawie jarzmo, prawie ciężar; wydają się im poniekąd zbędne; wtrącają się zbyt wyraźnie w peremptoryjny bieg tego świata; mają posmak skrajności i fanatyzmu.

Nie zatrzymywałbym was przy tych poglądach, gdyby nie jedna rzecz. W służbie Bożej i na drodze ku świętości bywa nieraz pewien mały, lecz ważny krok czy zwrot, który jest przeoczany. Przypuśćmy, że Bóg dał mi wiarę i przynależność do Jego Kościoła: prawdą jest, że mój postęp w łasce i w bliżeniu się do Niego być musi dziełem Jego samego. Nie mogę stać się świętym, wyznawcą, męczennikiem ani misjonarzem bez Jego sprawienia. Lecz prawdą jest też, że jeśli nie stąpię właściwą ścieżką, On nigdy tego nie uczyni; jeśli nie ujmę Jego ręki, On nigdy mnie nie poprowadzi. Przyznajmy, że nawet ten krok, to ujęcie ręki, jest dziełem łaski; wystarczy wiedzieć, że taka łaska jest w naszej dyspozycji i że możemy uczynić to, o czym tu mowa, jeśli zechcemy. Twierdzę więc, że żadne znaczące i potężne wylanie łask Odkupiciela nie jest możliwe — czy to na jednostce, czy na rodach, ludach i narodach — bez szczerej i dziecięcej chrześcijańskiej pobożności. Jezus, Który dał nam wiarę i przebaczenie grzechów, ani nie uczyni nas świętymi, ani nie użyczy łaski nawrócenia tym, którzy trwają w ciemności, jeśli nie zbliżymy się do Niego w wdzięczności i miłości. Niewyczerpane bogactwa Przenajdroższej Krwi w znacznej mierze pozostaną nieużyte, jeśli nasze serca nie odnajdą drogi na Kalwarię; jeśli nie wrócimy wielbiąc Boga i składając dziękczynienie, i nie rzucimy się u Jego stóp, On nigdy nie wypowie tych słów mocy i potęgi: „Wiara twoja cię uzdrowiła."

Pobożność jest więc miarą wzrostu i dobrostanu królestwa Bożego na ziemi. Przypatrzmy się jej bliżej.

Pobożność, jak powiedzieliśmy, opiera się na wierze. W szerokim sensie jest ona wiarą — wiarą, która wybucha w uczucie. Pobożność jest bowiem głównie wzrostem i tworem Wcielenia. Nie mówię, że nawet w dawnych czasach niemożliwa była synowska i uczuciowa miłość naszego Niebieskiego Ojca. Widzimy jej wyraz w Psalmach. Przypatrzcie się na przykład owej najgorętszej lirycznej eksplozji ufności i uczucia, jaką jest Psalm 17, w którym Dawid zdaje się być pod wpływem wdzięczności za jakąś szczególną interwencję Boga przeciwko jego wrogom. Zaczyna się: „Miłuję Cię, Panie, mocy moja! Pan jest opoką moją, twierdzą i wybawicielem moim! Bóg mój jest pomocnikiem moim, i w Nim złożę nadzieję moją... Chwaląc wzywać będę Pana, i od nieprzyjaciół moich wybawiony będę... W utrapieniu moim wzywałem Pana, i wołałem do Boga mojego." Taki jest tenor Psalmu — przerywany pośrodku wzniosłym opisem interwencji Boga przez burzę i zagładę. Takie Psalmy w ustach ludu żydowskiego

← wróć do odkrywania