Chwałą kanonizowanych Świętych jest to, że pojęli „żywot wieczny". A jeden ze Świętych — ten, którego dziś obchodzimy święto — święty Grzegorz, Papież i Wyznawca, zwany Wielkim, święty Grzegorz, który nosi imię Apostoła Anglii, bo posłał świętego Augustyna z jego mnichami na nasze brzegi — ten właśnie powiedział o Niebie słowa tak prawdziwe i tak piękne, że muszę wam przytoczyć pewien urywek z jego pism, aby nimi zakończyć niniejsze rozważania.
Głosił on raz kazanie w bazylice świętego Piotra w Rzymie o Ewangelii Dobrego Pasterza; było to w drugą Niedzielę po Wielkanocy, zwaną Niedzielą Dobrego Pasterza. Przytacza On słowa Pana naszego: „Będzie wchodził i wychodził, i znajdzie paszę" — nieco wcześniej w tekście — i mówi: „Wchodzi przez wiarę; wychodzi przez widzenie Boga, przechodząc od wiary do widzenia, od wierzenia do poznania intuicyjnego... a pastwiskiem jego jest wieczna radość wiecznie zielonego Raju Bożego; objawione oblicze Boga; nasycenie wieczną rozkoszą; chóry aniołów; towarzystwo niebieskich obywateli; słodka uroczystość pielgrzymów powracających z mozolnej pielgrzymki; prorocy dalekowzroczni; sędziowie Apostołowie świata; niezliczone zastępy męczenników; wytrwali wyznawcy; mężowie wierni i prawdziwi, których świat nie zdołał zepsuć; święte niewiasty, które pokonały zarazem świat i własną słabość; dzieci, młode wiekiem, lecz bogate zasługami. O bracia moi" — woła — „szukajmy tych pastwisk i tęsknijmy za radościami owej uroczystości Błogosławionych! Jeśli obchodzimy jakieś ziemskie święto — jeśli na przykład poświęcenie kościoła ma być uroczyście obchodzone — nie ma pośród nas nikogo, kto by nie pragnął być obecnym, kto by nie żałował, gdyby nie mógł wziąć udziału w powszechnej radości. A oto obywatele Nieba obchodzą wielkie święto, my zaś nie odczuwamy żadnego zapału, by wejść w ich szczęśliwe grono." Słowa te mogłyby być do nas skierowane w dniu dzisiejszym. Sama radość tego zgromadzenia powinna nam przypominać Jeruzalem, które jest w górze, a które jest matką naszą. Poświęcamy ołtarz — a ołtarzem jest Chrystus. Ołtarz jest światłem i radością tego kościoła, jak i całego Kościoła na ziemi. Przy nim skupiają się na swoich miejscach: pasterz, słudzy, trzoda. Jest tam Baranek. Są tam zdroje Zbawiciela. Jest tam zadatek życia wiecznego. Ponieśliście ofiary dla tego ołtarza; cieszycie się widząc go na jego miejscu, ku czci Bożej i ku czci świętej Eucharystii; i przez wiele długich lat — miejmy nadzieję — wasi pasterze będą przy nim stać, a wy i wasze dzieci będziecie klęczeć wokół, podczas gdy błogosławieństwa niebios powyżej i ziemi poniżej spłyną cicho i będą promieniować niewidzialnie, lecz dobroczynnie. To jest słuszne; ale jest jeszcze coś więcej. Powiem wam to słowami wielkiego Doktora dzisiejszego święta. Tak oto kontynuuje: „Rozbudźcie serca wasze; rozniecajcie wiarę waszą; i tęsknijcie z gorącymi pragnieniami za Niebem, które jest powyżej. Tęsknić za Niebem to podążać ku Niebu. Niech was nie wstrzymuje żadna trudność; niech pragnienie wyrówna najnierówniejszą drogę. Nie zwracajcie się ku miłym miejscom tego przemijającego świata. Nie przywiązujcie serc waszych do rzeczy, które kiedyś musicie zostawić za sobą. Jesteście owcami niebieskiego Pasterza, a Jego pastwiska są w górze; i ku waszej niebiańskiej Ojczyźnie musicie wznosić serca wasze."
*Kazanie wygłoszone w kościele Najświętszej Maryi Panny w Birkenhead z okazji pierwszej Mszy Pontyfikalnej Najprzewielebniejszego Franciszka Mostyna, biskupa, doktora teologii, 8 września 1895 roku.*
*„Bóg nawiedził lud swój" (Łk 7, 16).*
Nie sposób nie postrzegać ceremonii, której widownią był wczoraj ten kościół, a po której dziś staje się on świadkiem innego obrzędu, jako znaku jednej z owych szczególnych interwencji Boga naszego Ojca, które Nowy Testament nazywa „nawiedzeniami". Nie będzie więc rzeczą nieodpowiednią mówić o tej okoliczności; owszem, wedle skromnej zdolności człowieka, jest to wręcz obowiązek; albowiem nic nie niesie z sobą więcej klęski dla człowieka i dla narodów niż nierozpoznanie czasu nawiedzenia.
Trwamy — Kościół Katolicki w Anglii trwa — w głoszeniu, że jesteśmy jedynym prawdziwym Kościołem, poza którym, o ile nie ma usprawiedliwienia w wybaczalnym braku wiedzy, nie ma zbawienia. W tym świetle ofiarujemy się narodom angielskiemu i waleskiemu. To ów pogląd skłania Biskupa Rzymskiego do pisania Encyklik wzywających, do organizowania modlitw i mianowania biskupów. To on sprawia, że ciało katolickie w tym kraju — biskupi, kapłani i świeccy — pracuje z taką troską; i właśnie to głębokie przekonanie sprawia, że zdają się oni niekiedy niemiłosierni w swych sądach i natarczywi w swym postępowaniu.
Nie można bowiem zaprzeczyć, że ta postawa Kościoła Katolickiego implikuje surowy osąd chrześcijaństwa narodów angielskiego i walijskiego. Implikuje, że Kościół uważa ich chrześcijaństwo za ułomne i niedostateczne.
Słów tych nie używa się w żadnym duchu złośliwości ani z zamiarem obrażenia lub drażnienia. Odmawiać człowiekowi miana chrześcijanina, gdy on z czcią się go domaga, jest dalekie od życzenia jakiegokolwiek katolika. Owszem, szanujemy ducha i pobożność, które skłaniają go do przywiązywania się do nazwy tak dostojnej i potężnej. Nie należy jednak brać za złe, że staramy się wykazać, jak dalece wiara i praktyka wspólnot religijnych pozostających poza Kościołem odbiega od chrześcijaństwa pełnego i historycznego. Kwestionowanie chrześcijaństwa ras, których przywiązanie do Chrystusa wyraża się w tylu praktykach i w kościołach oraz kaplicach pokrywających kraj, wydaje się, bez wątpienia, na pierwszy rzut oka bezpodstawne, a nawet obelżywe. Jednym z powodów, dla których tak się wydaje, jest fakt, że chrześcijaństwo niemal całkowicie utożsamiono dziś z dobrocią i praktykowaniem cnót związanych z miłością braterską. Kwestionowanie czyjejś chrześcijańskości jawi się jak oskarżanie go o nieuczciwość, niemiłosierdzie i bezduszność. Innym powodem jest to, że chrześcijaństwo w tym kraju zastąpiło określone przekonania mglistym zaufaniem do Chrystusa; a kiedy mówi się, że ktoś nie jest w pełni chrześcijaninem, pozornie twierdzi się, że jest on nieszczery, gdy wypowiada święte Imię Jezusa, gdy odmawia modlitwy za swym pasterzem lub śpiewa hymny w swoim kościele lub kaplicy. Nie o to jednak w istocie nam chodzi. Nie ma zamiaru zaprzeczać ani umniejszać miłości bliźniego, czynnej filantropii ani dobroci serca względem innych ludzi, które są tak widoczne wszędzie w tym kraju i wśród wszystkich stanów. Te dobre dary były następstwem głoszenia Ewangelii; są one bez wątpienia owocami chrześcijaństwa. Ale w chrześcijaństwie jest o wiele więcej; i bez pełnego chrześcijaństwa nawet owe piękne i wdzięczne cnoty grożą staniem się czystym pozorem, pozbawionym prawdziwej zasługi w obliczu Boga. Nie trzeba też kwestionować tego, że nie-katolik może być pociągany do Jezusa, może Go szczerze adorować — choć w rzeczywistości nie jest to powszechne — może chwalić Jego Imię i wzywać Go. Nawet przyznawszy to wszystko, można zasadnie utrzymywać — jak utrzymują katolicy — że istnieją pewne określone objawione prawdy o naszym Panu błogosławionym, które dzierżą jedynie katolicy; że ponadto istnieją objawione prawdy o odpuszczeniu grzechów, pomocy sakramentalnej, postępowaniu duchowym i wielu innych sprawach, których jedynie Kościół Katolicki naucza; że jest się nie tylko zobowiązanym do przyjęcia tych rzeczy jako chrześcijańskiego dziedzictwa danego nam przez miłującego Boga, lecz że wyrzeczenie się ich lub obchodzenie się bez nich z otwartymi oczami jest wyrzeczeniem się świateł nowego przymierza i odrzuceniem pomocy, bez których słaba ludzka natura musi pozostawać w bezpośrednim niebezpieczeństwie zguby.
Istnieją dwie wielkie cechy chrześcijaństwa biblijnego i historycznego, które są praktycznie nieobecne w angielskim i walijskim protestantyzmie. Pierwszą jest zasada autorytetu w dziedzinie doktryny i rządzenia. Trudno pojąć, jak ktokolwiek, kto choćby powierzchownie zaznajomił się z Nowym Testamentem, mógłby nie dostrzec, że religia Chrystusowa, tak jak rozumiał ją On sam i Jego bezpośredni uczniowie, miała być systemem doktryny głoszonej autorytatywnie przez żywy głos. Zapowiadało to proroctwo Izajasza. Wyróżniającą cechą, wedle owego wielkiego opisiciela tego, co nazywa on „dniami ostatecznymi", miała być „droga i ścieżka, zwana świętą drogą... droga prosta, tak że (nawet) głupi nie zbłądzą na niej". „Wszyscy synowie" w owych dniach mieli być „nauczeni przez Pana", a wielki miał być ich „pokój". Nowe przymierze, opisane samą tą nazwą, miało polegać na tym, że słowa Boże nie miały „odejść z ust ludzi od teraz i na zawsze". I w owych samych „dniach ostatecznych" miała być niejako wielka warownia, wzniesiona na szczycie góry, widoczna z daleka i szeroko, do której miał się gromadzić powszechny ród ludzki, by otrzymywać słowo i prawo Pańskie. Tymczasem droga, aby była jasna i prosta dla każdego pokolenia, zakłada nigdy nie ustającego przewodnika; jeśli owocem nauczania miał być „pokój", musiały być zawsze pod ręką środki do rozstrzygania sporów; a ów wielki widzialny dom Pański nie mógł być symbolicznym wyrazem niczego innego jak tylko służby nauczycielskiej. Dlatego Pan nasz powiedział — nawiązując do tych właśnie proroctw — „Idźcie i czyńcie uczniami wszystkie narody... a oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia". Dlatego też mówił o wilkach w owczych skórach — przez co nie mógł rozumieć nic innego jak nauczycieli fałszu — a zatem zawsze musiała istnieć możliwość odróżnienia fałszywych od prawdziwych. Dlatego spoglądał w przyszłość ku nigdy nie ustającemu Kościołowi — Kościołowi zbudowanemu na opoce; a ponieważ nie był to kościół z kamienia lub cegły, lecz oznaczał nieustannie trwającą chrześcijańską doktrynę, oznaczał nieprzerwany zasób chrześcijańskich nauczycieli — nauczycieli wiecznie podtrzymywanych przez Chrystusa. Samo bowiem zgromadzenie lub zebranie ludzi nie jest Kościołem; staje się Kościołem dopiero wówczas, gdy jest zjednoczone w wierze i w kulcie; a takie zjednoczenie nie jest możliwe przez dłuższy czas, a tym mniej przez wszystkie wieki, bez ciągłego i autorytatywnego nauczania. Stąd ideałem naszego błogosławionego Odkupiciela — a wszystkie Jego ideały muszą się ziścić — było wieczyste, bosko podtrzymane, autorytatywne nauczanie. Ideał świętego Pawła był ten sam. Postrzegał on starszych, czyli biskupów, których spotkał w Efezie podczas owego pamiętnego pożegnania, jako mężów mających Boskie posłannictwo, by „rządzić Kościołem Bożym". Ostrzegał ich przed „wilkami drapieżnymi" — nie prześladowcami, proszę zauważyć — lecz takimi, „którzy wejdą między was, nie oszczędzając trzody" — i dodawał: „Z was samych powstaną mężowie głoszący rzeczy przewrotne, aby pociągnąć uczniów za sobą." Dlaczego fałszywi nauczyciele zwani są „wilkami drapieżnymi" i dlaczego biskupi ostrzegani są, by mieli na oku tych, którzy chcą pociągać za sobą uczniów — jeśli nie dlatego, że fałszywe nauczanie jest najwyższą klęską i że istnieje możliwość odróżnienia fałszywego od prawdziwego? Co znowu ma na myśli święty Paweł mówiąc o „wzorze zdrowych słów", do którego zachęca Tymoteusza, by się trzymał? Możemy to rozumieć tylko jako „prawowierne nauczanie dogmatyczne". Co ma na myśli, gdy mówi, że Hymenajos i Filetos „zbłądzili od wiary" i „wiarę wielu wywrócili"? Dlaczego mówi do Tytusa, biskupa mianowanego na wyspie Kreta: „Człowieka heretyka po pierwszym i drugim upomnieniu unikaj, wiedząc, że... jest on przewrotny i grzeszy"? Z tych i podobnych miejsc wynika, że wyznawanie błędnej wiary było grzechem; że można było wiedzieć, co jest słuszne, a co niesłuszne; i że pasterstwo Kościoła miało obowiązek orzekać, co jest słuszne, i tępić, na ile mogło, to, co jest niesłuszne. Takie jest biblijne spojrzenie na autorytet Kościoła w nauczaniu.
Drugą cechą, której brak dostrzegamy w protestantyzmie, jest system sakramentalny. Wydaje się jasne w obliczu Nowego Testamentu, że posługiwanie nowego, czyli chrześcijańskiego, porządku miało obejmować moc udzielania duchowej łaski przez zewnętrzne czynności. Taka moc jest bez wątpienia nadprzyrodzona i wyjątkowo przedziwna. Lecz jeśli ludzka ręka, która dotknęła oczu niewidomego w pobliżu Jerycha, była ręką Wiecznego Boga, to nie jest żadną przesadą wierzyć, że ręka chrześcijańskiego szafarza, używana w określonych warunkach, z woli Chrystusa, może przekazywać łaskę samego Chrystusa. Oto idea sakramentalna. Że duchowe odrodzenie przychodzi przez Chrzest, nie może być zasadnie kwestionowane przez tych, którzy wierzą w Nowy Testament. Że przez nałożenie rąk udzielana jest pewna duchowa łaska, wynika jasno z kilku miejsc Pisma. Że grzechy odpuszczane są przez kapłańskie rozgrzeszenie i że umierający umacniani są przez namaszczenie olejem i modlitwę — sprzeciwić się temu może jedynie uprzedzenie. Że Eucharystia Ciała i Krwi Chrystusa pod postaciami chleba i wina jest realną Obecnością, jest sakramentem w swym działaniu i stanowi — w samym jej dokonywaniu — zarazem uwiecznienie, jak i pamiątkę Ofiary Krzyża, poświadcza szósty rozdział Ewangelii świętego Jana i najbardziej uderzające wyrażenia świętego Pawła w 1 Kor 11. Ważnego wpływu poglądu sakramentalnego na kult, na religijność osobistą, na obrzęd i na widzialność Kościoła chrześcijańskiego nie trzeba tu wskazywać.
O tyle, o ile sięga historia, świadczy ona w zupełnie jednoznaczny sposób, że owe dwie zasady — autorytatywne nauczanie i szafowanie Sakramentami — są właśnie fundamentami, na których spoczywa chrześcijaństwo. Zdaję sobie sprawę, że mówi nam się, iż w pewnych dokumentach najdawniejszego pochodzenia nie ma wzmianki ani o Papieżu, ani o Mszy, ani nawet o Sakramencie. Może to być całkowicie prawdą. Lecz ów brak, o tyle, o ile istnieje, można łatwo wytłumaczyć; a brak nazw, które są nam znajome, to coś zupełnie innego niż brak samych rzeczy. Oto niezaprzeczalne fakty, łatwe do sprawdzenia, stwierdzane przez każdego pisarza nie-katolickiego. W niespełna pół wieku po śmierci ostatniego z Apostołów istnieją dowody, że zasadą w sporach religijnych było odwoływanie się do biskupa. W tym samym okresie istnieją dowody liturgii eucharystycznej, powszechnej i zasadniczej praktyki Chrztu oraz ekskomuniki nieposłusznych. Sto mniej więcej lat później, gdy źródła chrześcijańskie stają się obfitsze, widzimy rozbudowane liturgie eucharystyczne w Rzymie, Mediolanie, Konstantynopolu, Egipcie i na Wschodzie; znajdujemy wszystkich wielkich pisarzy kościelnych odwołujących się do autorytetu jako rozstrzygającego w sprawach chrześcijańskiej wiary; znajdujemy kler obdarzany najbardziej zdumiewającymi uprawnieniami; widzimy wyraźną metodę piętnowania heretyków i postępowania z nimi; a co do samych heretyków — widzimy, jak powstają i znikają, jak nie mają wpływu na ogół wierzących i jak zgadzają się jedynie w sprzeciwianiu się powszechnemu Kościołowi. Następnie, w miarę jak idą wieki ze swymi wojnami i zamieszkami, z upadkiem Cesarstwa, powstaniem nowych narodów i stopniowym rozwojem chrześcijaństwa, widzimy Kościół, jeden w wierze i praktyce, posłuszny władzy biskupiej, wspaniały w liturgii eucharystycznej, gorliwy w praktykach sakramentalnych, wyrażający wszystkie swe przekonania i dążenia w najwspanialszej architekturze i najcudowniejszym malarstwie, jakie świat kiedykolwiek widział, zajmujący spokojnie cały obszar ziemskiego chrześcijaństwa. Czy Kościół ten jest, czy też nie jest, prawomocnym następcą i przedstawicielem chrześcijaństwa apostolskiego? Jeśli nie jest — gdzież było chrześcijaństwo? Czy przestało istnieć, gdy ostatni z Apostołów opuścił ziemię? Czy uległo beznadziejnemu skażeniu gdzieś około piątego wieku po Chrystusie? Coś w tym rodzaju zostało powiedziane i bronione przez niektórych protestantów. Ale ta hipoteza o panowaniu przez tysiąc lat chrześcijaństwa skażonego w istotnych sprawach wiary jest zbyt bluźniercza, by mógł jej bronić ktokolwiek, kto wie, co mówi. Że ten Kościół Chrystusowy, nabyty Jego Krwią, przeciw któremu piekło nigdy nie miało przemóc, i który miał być prawdziwym filarem i opoką prawdy, nie tylko miałby wygasnąć z widzialnego istnienia, lecz zostać zastąpiony przez agresywny, pozorny i prosperujący system kłamstw, trwający dziesięć wieków i przez cały ten czas wzbudzający chętne i dziecięce posłuszeństwo rzesz ubogich, za których Chrystus umarł — to jest zbyt niedorzeczne, by można z tym polemizować. Ale nawet gdybyśmy to pominęli, odważnie twierdzę, że w Nowym Testamencie znajdują się punkty nauki i praktyki — zawiązki, jeśli kto woli — lecz zupełnie jasne i niezaprzeczalne, które wymagają, byśmy uznali katolicyzm za jedyne adekwatne chrześcijaństwo. Na przykład: Pan nasz obiecał nieustanną pomoc najbardziej skuteczną rodzaju głosicielom swego królestwa; gdzie ta idea urzeczywistnia się jako zasada Kościoła, jeśli nie w katolicyzmie? Żadna wspólnota protestancka nie śmie jej głosić, bo zasada prywatnego sądu ją w praktyce niszczy; mieć prawo do własnego zdania i mieć to zdanie z grubsza słuszne — to może się zdarzyć tu i ówdzie u jakiegoś uczonego profesora, lecz nie może się sprawdzić wśród dziesiątek tysięcy różnorodnych ludzi przez dwa razy po dziesięć wieków. Albo rozważmy naukę świętego Pawła — że ktoś, kto przyjmuje Eucharystię w stanie niegodnym — w stanie grzechu — jada i pija swe własne potępienie; jest rzeczą niezaprzeczalną, że żadna wspólnota protestancka nie odważa się tego nauczać. Albo wreszcie weźmy zasadę kapłańskiego odpuszczania grzechów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone"; podczas gdy katolicyzm we wszystkich swych epokach widoczny jest jako usiłujący i starający się wypełnić tę obietnicę Zbawiciela naszego w rozwinięciu wielkiego Sakramentu Pokuty, sama idea zniknęła z formularzy, napomnień, obrzędów i praktyki niemal każdej istniejącej wspólnoty protestanckiej.
Na tych szerokich faktach — które nie wymagają żadnego naginania, by je wyraźnie ukazać — Kościół Katolicki opiera swój osąd, że chrześcijaństwo narodu protestanckiego jest ułomne i niedostateczne. Istnieją też inne błędne poglądy i błędy ponad to, co zostało wskazane. Jest tu wielki błąd protestancki w kwestii łaski i sprawiedliwości; pogląd mianowicie, że przez odrodzenie grzeszność duszy nie jest usunięta, lecz jedynie zakryta, a sprawiedliwość Chrystusa jedynie przypisana; wynikający stąd pogląd, że cokolwiek się czyni, w łasce czy poza łaską, jest jednakowo złe i skażone. Praktyczną konsekwencją tych błędów jest przekonanie, że dobre uczynki są bezużyteczne przed Bogiem i że pokuta nie polega na odwróceniu się od grzechu, lecz jedynie na jakimś mglistym zaufaniu do Chrystusa. Poglądy takie, szeroko i głęboko wyznawane przez ową olbrzymią klasę protestantów, mieszczącą się między Wysokim Anglikanizmem z jednej strony a agnostycyzmem z drugiej, muszą — nie jest to zbyt wiele powiedziane — zaowocować moralnością wyraźnie odmienną od moralności katolickiej. Muszą skutkować obojętnością na złe myśli i pożądania, które są czysto wewnętrzne; uczynieniem pokory serca, umartwienia i czystości „martwymi cnotami", jak wielu protestantów je nazywa; zredukowaniem chrześcijaństwa wyłącznie do dobroci względem innych lub do popierania materialnego dobrostanu człowieka; zniesieniem wszystkich wyznań wiary i przekonań, oprócz owego mglistego zaufania do Chrystusa, o którym mowa była wcześniej; zupełną ciemnością co do życia przyszłego; i ogólną skłonnością do jak najlepszego urządzania sobie obecnego życia ziemskiego, pozostawiając przyszłość samej sobie.
Kiedy ta zmiana się zaczęła? Kiedy prąd zaczął iść w tym kierunku? W epoce tego, co nazywa się Reformacją. A raczej, o ile chodzi o Walię, nie wcześniej niż pełne sto lat po tym, jak Ofiara Mszy świętej została prawnie zniesiona w tym kraju. Opowiada się, że gdy katolicki Markiz Worcester, walcząc za swego Króla przeciw rewolucjonistom Wspólnoty, przemierzał Carmarthenshire i Cardiganshire, przybył do ongiś sławnego Opactwa Strata Florida, miejsca pochówku książąt Południowej Walii. Kościół i krużganek leżały w gruzach przez całe stulecie nieszczęść i klęsk, podczas gdy krew katolickich kapłanów i świeckich była hojnie przelewana w Anglii. Opowiada się jednak, że pewna kobieta mająca sto lat została przedstawiona Generałowi — kobieta, która pamiętała mnichów w czasach katolickich i żyła ponad sześćdziesiąt lat w „wielkim żalu za utratą publicznej służby przy ołtarzu". Obiecał zabrać ją do zamku Raglan, gdzie znajdzie kapłana i będzie mogła codziennie słuchać Mszy świętej. Lecz umarła — z samej radości, jak powiadają — przed następnym rankiem. To, co stało się w Cardiganshire, stało się w całej Walii Północnej i Południowej. Katolicyzm konał w powolnej agonii. Najpierw stopniowo zniknął kler. Religia w Walii, przed tak zwaną Reformacją, była w znacznej mierze uzależniona od domów zakonnych. Rzadko zaludnione obszary górskie i leśne mogły być obsługiwane duchowo najlepiej przez mężczyzn pracujących z centralnych ośrodków. W czasie kasaty istniało coś w rodzaju pięćdziesięciu klasztorów w Walii i Monmouthshire, nie licząc znacznie większej liczby konwentów braci zakonnych. Gdy zostały one zniesione, dziksza część kraju pozostała niemal bez nauczycieli religii. Niewielu proboszczów, odosobnionych i pozbawionych oparcia, było bezsilnych. Gdy i ci wymarli, lud, pozostawiony sam sobie, zachowywał zewnętrzne formy i praktyki katolicyzmu, aż do wielkiego ruchu metodystycznego sprzed stu pięćdziesięciu lat. Ich kościoły były kościołami katolickimi, jak inne kościoły całego chrześcijaństwa. Ich obrzędy były katolickie; wielka Ofiara eucharystyczna gromadziła ich przy ołtarzach nie mniej wspaniałych niż ołtarze najprzedniejszych świątyń Anglii. Kraj okryty był imionami Świętych jak błękitne niebo zastępami gwiazd. Katolickie Sakramenty były ich życiem duchowym, tajemnice żywota naszego błogosławionego Pana i opowieść o Jego błogosławionej Matce zajmowały ich myśli i kierowały ich modlitwami. Ich bardowie i poeci klasztorni tworzyli hymny i ody w języku walijskim tchniące najprawdziwszą i najgłębszą pobożnością, nacechowaną typem, który mogli wyobrazić sobie jedynie ludzie ściśle złączeni z Wcieleniem, jak na przykład wiersz Gruffydda ab Yr Ynad Coch, napisany mniej więcej w czasie, gdy Edward I i jego Królowa odbywali pielgrzymkę do grobu świętego Dawida:
Krew jest świeża Jak w dniu, w którym Go ukrzyżowano; I ręce Jego były rozpostarte, Gdy dokonał się czyn. I krew płynęła strumieniami Po Jego piersi; I rany Jego Są niezagojone. I korona cierniowa, I martwe Jego ciało, I głowa Jego otoczona Cierniowym kręgiem. I ślad na Jego boku Po biczowaniu, Które odebrało Mu życie I zadało Mu ból. A wszystko to, by wykupić syna człowieczego Od ognia wiecznego; Przez nieprzyjaciela, W którego rękach był.
Z tej dawnej religii Walii — katolickiej, hierarchicznej, sakramentalnej, modlitewnej — istnieje jeszcze kilka pomników, które same z siebie świadczyłyby o tym, czym niegdyś była. Nie mówię tu o dawnych praktykach katolickich, zdających się nawiązywać do świętej Eucharystii, do nabożeństwa do Świętych, do używania wody święconej itp.; mówię przede wszystkim o dawnej literaturze walijskiej i dawnych walijskich kościołach. Takie dzieło jak *Gemma Ecclesiastica* Geraldusa Cambrensisa, napisane — choć przez surowego krytyka — przez gorliwego Walijczyka, ukazuje nam Najświętszy Sakrament Ołtarza otoczony owym nowym entuzjazmem i nabożeństwem, które rozlały się po całej Europie w XIII wieku i osiągnęły szczyt w święcie Bożego Ciała. Pisma bardów z wieków średnich, im bardziej są znane i studiowane, tym bardziej zdumiewają uczonych swym żarliwym uczuciem religijnym i dowodem, że religia przenikała całe życie ludu walijskiego. Co do kościołów — wystarczy opuścić kolej w dowolnym miejscu i przejść przez pobieloną wioseczkę, lub podążać malowniczą doliną, lub wspiąć się na grzbiet szarej góry, by natknąć się na jakiś mały, ciemny kościółek, który mógł stać już wtedy, gdy arcybiskup Baldwin odbywał swój słynny objazd, a może nawet w epoce świętego Teilo, świętego Iltuda czy samego świętego Dawida. Żadnego z nich nie można pomylić z anglikanską świątynią ani z kaplicą dysydentów. Zawsze tam jest znak ołtarza eucharystycznego — prezbiterium; zazwyczaj niewielkie, lecz zawsze wyraźne, ze swym łukiem, niższą kalenicom dachu i zwężającymi się ścianami — cechy zachowane od czasów, gdy wielka tajemnica była mniej lub bardziej odgrodzona od wzroku ludu. Często też jest zakrystia i kaplica Matki Bożej. W tych właśnie kościołach — w małych, lecz pięknych katedrach, w kościołach klasztornych i parafialnych, których przybywało z każdym mijającym stuleciem — Walia podtrzymywała chrześcijański kult i chrześcijańską pobożność, będąc w jedności z chrześcijaństwem całego świata.
Czy to tylko marzenie — myśleć, że te brakujące elementy chrześcijaństwa mogą być przywrócone ludowi Walii? I czy my, którzy modlimy się i pracujemy dla tego celu, jesteśmy jedynie zaślepionymi marzycielami, karmiącymi wyobraźnię echami przeszłości? Nie sądzimy tak. Przede wszystkim bowiem chrześcijaństwo Chrystusowe nie może nigdy zagasnąć ani nieodwołalnie odpłynąć od jakiegoś ludu czy narodu. Lecz chrześcijaństwo Chrystusowe jest chrześcijaństwem określonego nauczania religijnego, ofiary eucharystycznej i posługi sakramentalnej; a ponieważ musi przeważać jako całość i musi zawsze obejmować znacznie większą część obszaru, który świat uznaje za chrześcijański, jest więc nie tylko możliwe, lecz prawdopodobne, że nadejdzie dzień, gdy brzegi, które teraz są suche i nie dosięgają ich fale, znowu poczują niosące łaskę wody prawdziwej i pełnej Wiary. Jeśli ma to być długo odkładane i nie ma się zdarzyć za naszych czasów, nasza praca i nasze modlitwy i tak dalekie będą od bezowocności czy próżności. Trud dla Chrystusa i w Chrystusie nigdy nie idzie na marne. Tak pewne jak to, że serca się modlą — tak pewne jak to, że krzyż jest do niesienia — tak pewne jak to, że słowo jest głoszone i apostolski urząd sprawowany — tak pewne i niezawodne jest, że żadne westchnienie, żadna sylaba, żaden krok walki i ofiary nie padają na ziemię w obliczu naszego Ojca Niebieskiego. „Przeliczyłeś wszystkie kroki moje". Plan Boży jest szeroki i przestronny, realizuje się w szerokich obrotach, które wyglądają jak bezruch, lecz są rzeczywiste, rozpoznawalne i nieodparte. Przychodzi czas, gdy praca sług Bożych przynosi swój owoc; i im bardziej ten owoc wydawał się beznadziejny, im bardziej był ukryty przed ludzkim domysłem, tym silniej woła o naszą wiarę w moce niewidzialne — tym pełniejszy i chwalebniejszy jest, gdy uderza godzina Boża. Nie tryumfujący książę, który wjeżdża w chwale na Kapitol, jest tym, któremu należy się zwycięstwo, lecz żołnierze, co złożyli kości swe na polach bitew, i wodzowie, których ledwo pamiętane groby wykopano tam, gdzie pola były najbardziej zakrwawione, a losy wojny najmniej pewne.
Mało, zaiste mało może uczynić biskup, kapłan czy świecki, gdy trzeba zdobywać dusze — dopóki Bóg nie nawiedzi swego ludu. Nadaremna praca, nadaremna wymowa, nadaremna wiedza i bogactwo, jeśli Pan nie zsyła wzrostu. Raczej tajemnica jest w pokorze. Kimże jestem — może mówić pasterz — że mam nadzieję dosięgnąć tych umysłów, poruszyć te serca, pozyskać te żywe tysiące, tak długo wyobcowane, tak głęboko nieufne, tak zajęte swymi własnymi myślami, obyczajami i uprzedzeniami? To może powiedzieć każdy człowiek z głębokim przekonaniem, gdy stojące przed nim dzieło jest religijnym nawróceniem.
Lecz są w tych dniach, jak i dawniej, czasy „nawiedzenia" Bożego. Ten świeżo konsekrowany najwyższy Pasterz, którego czoło nosi po raz pierwszy mitrę Boskiego prerogatywu, ma swe posłannictwo od wielkiego Kościoła Katolickiego i jego Suwerennego Biskupa. Podejmuje swój pastorał w chwili, gdy ludzie pełni są religijnych poszukiwań; gdy kazania kaznodziejów wysychają jak letni potok — długie przestrzenie piasku i żwiru, a bardzo mało tej strugi, która płynęła z prawicy Świątyni; gdy wspólnoty nie-katolickie stają się coraz bardziej bezradne, próbując odrzucać zasadę autorytetu, a jednocześnie utrzymać dach nad własną głową; gdy stare gołe ściany i czarne togi znikają wobec przypływu wód, który, jeśli nie zostanie odparty, przyniesie z pewnością sam Ołtarz Ofiary, jak drugą Arkę, na próg kościołów i domów modlitwy; i gdy tysiące dobrych ludzi w całym kraju poruszonych zostało do modlitwy o owo błogosławione „zjednoczenie", o które Chrystus prosił dla swych uczniów. Miejmy nadzieję; wznieśmy serca w górę. I by nasza nadzieja nie była zawstydzona, błagajmy dla świeżo konsekrowanego Biskupa, podczas tej jego pierwszej Mszy Pontyfikalnej i często później, gdy będziemy myśleć o jego pracy w Walii, o owe błogosławieństwo, siłę, wytrwałość i owe „usta i mądrość", które Bóg daje swoim wybranym Apostołom. Niechaj moc świętego Krzyża, w dniu którego był konsekrowany, pokona nieprzyjaciela i przyniesie zwycięstwo; i niechaj wstawiennictwo Maryi, której błogosławione imię obchodzone jest dziś, będzie zawsze z nim. „Niech Pan strzeże wyjścia jego i wejścia jego, od teraz i aż na wieki!"
*Kazanie wygłoszone w kościele Matki Bożej i świętego Józefa w Kingsland w Niedzielę w Oktawie Niepokalanego Poczęcia, 1894 roku.*
*„Powiedzcie Janowi, co słyszycie i widzicie: ślepi przejrzą, kulawi chodzą, głusi słyszą" (Mt 11, 5).*
Oto cuda, którymi Pan nasz udowodnił swoje posłannictwo. Były one konieczne, by lud żydowski mógł w Niego uwierzyć. Nie miały ustać wraz z Jego Wniebowstąpieniem. Znaki, a nawet — jak sam przepowiedział — znaki zdające się być większe niż te, które On sam uczynił, miały być ukazane światu dla nawrócenia świata przez Jego Apostołów i pierwszych głosicieli Ewangelii. W prawdzie jednak nie ciała ludzkie przyszedł Pan nasz leczyć, lecz dusze. Jego tkliwe miłosierdzie zawsze było gotowe łagodzić smutek i cierpienie, i nauczył swych wyznawców być Jego duchem. Lecz proroctwa i Jego własne słowa wskazują na o wiele szersze pole cudownej współczującej mocy, niż to, które oferowali ślepi i kulawi, gromadzący się wokół Jego przejścia przez Judeę i Galileę. Przypomnę trzydziesty piąty rozdział Izajasza. Mówi on o dniu przyjścia Pańskiego. Przepowiada, jak pustynia ma się radować i rozkwitać jak lilia; mówi o kwiecie, piękności i chwale; o sile dla słabych i odwadze dla małodusznych; oczy ślepych miały się otworzyć i uszy głuchych odblokować; chromy miał skakać jak jeleń i język niemego miał być wolny; miały być fertyczne potoki i „święte drogi" oraz bezpieczeństwo przed wszelkim dzikim zwierzem w całej ziemi odkupionych.
Jest to proroctwo, które miało się ziścić i które się ziściło. Sam Zbawiciel nasz ogłosił jego spełnienie, gdy rzekł: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzyście spracowani i obciążeni, a Ja was ochłodzę". Przyszedł, by ulżyć, by zdjąć z pleców ludzkich ciężary ludzkości. Przyszedł, by otworzyć nasze oczy i uleczyć nasze ułomności. Nie wyobrażajcie sobie, że ponieważ zajmujemy się tutaj porządkiem duchowym, nie mamy do czynienia z rzeczywistością. Duchowe jest równie rzeczywiste jak materialne. Umysł i wola są tak samo rzeczywiste jak wasza ręka, wasze oczy, wasze nerwy czy mięśnie. Owszem, gdyby nie umysł i duch, jakaż byłaby ludzka rzeczywistość? Przedziwne organy ciała ludzkiego byłyby jedynie martwą tkanką, zwykłą materią. Nie byłoby bólu ani przyjemności — bo nie byłoby żywotności. Nie byłoby ludzkich ciężarów — bo nie byłoby ludzkiej wrażliwości, która by je odczuwała. Ułomności ciała są ułomnościami duchowej duszy. A jeśli duch ma ciężary i słabości własne — tak jak jego duchowe przymioty są jego własne — to muszą być one jeszcze bardziej rzeczywiste, bardziej istotne, głębiej dotykające istoty i substancji rzeczy, niż cokolwiek może znosić lub wycierpieć przez ciało; tak jak niejedni monarchowie, którzy odczuwają troski najuboższych ze swych poddanych, muszą dźwigać, ponad wszystko inne, troski, obawy, słabości i boleść własnego serca.
Uleczyć ducha człowieka, odkupić go, odnowić, postawić go znowu na jego miejscu w tym stworzeniu, z pięknością i godnością, które są jego udziałem z woli Bożej — oto urząd, wieczyste powołanie Tego, który jak niegdyś przechodził przez Palestynę, tak teraz przechodzi w tę i ową stronę przez wszystkie wieki, aż nadejdzie spełnienie.
Czy zatem świat tknięty jest chorobą? Czy ludzka natura jest chora i słabnąca? Wielu umysłom wydaje się to nieuzasadnione. Powiedzą wam, że twierdzenie, iż stworzenia powołane przez Boga z nieskończoną mądrością i nieskończoną miłością mają być w jakikolwiek sposób niedoskonałe w przystosowaniu do swego celu lub niedostateczne co do wiedzy i siły, jakich zdaje się wymagać ich natura, jest obelgą dla Stwórcy. Lecz nie mówiąc nic o Objawieniu — czyż fakty nie przemawiają przeciw nim? Można dowodzić, że wszechmocny Stwórca musiał stworzyć wszystko doskonałe. Istnieje sens, w którym musi to być prawdą. Lecz zło istnieje, ignorancja istnieje — pomimo wszelkiej argumentacji abstrakcyjnej. I nie tylko istnieje zło i ignorancja, lecz jeśli nie są zwalczane, wyraźnie naruszają zasady ludzkiej natury. To łatwo udowodnić. Cel ludzkiej natury postawcie tak nisko, jak chcecie. Nie mówcie, że jest nim Niebo czy Bóg — ale powiedzcie, że jest nim społeczeństwo, pokój, kultura. Czyż nie jest prawdą — i to prawdą o oczywistej jasności — że tylko przez walkę moralną i ciężki wysiłek może człowiek powstrzymać swą ignorancję i swe namiętności od uniemożliwienia tych rzeczy? Gdy pytamy o przeznaczenie i możliwości ludzkiej natury, mamy prawo pytać najszlachetniejszych, jakich nasz ród wydał — jego filozofów i myślicieli, jego mężów miłosierdzia, jego mężów wiary, jego mężów modlitwy. Jakie były drogi życiowe Świętych i mędrców ziemi? Trud pod górę; nieustanna walka; bitwa z przytłaczającą przewagą. I bój toczył się nie tylko ze złem zewnętrznym, lecz ze złem w ich własnych piersiach. Gdyby ród ludzki był jedynie innym plemieniem dzikich zwierząt, taki rodzaj zmagań nigdy by nie zaistniał. Zwierzęta walczą; lecz żadne zwierzę nie walczy, by stać się lepszym, ani by uczynić lepszym inne zwierzę. Zwierzęta popychane są tam i z powrotem przez swe popędy; i człowiek też; lecz to tylko człowiek zaczyna brzydzić się swymi popędami i postanawia je powściągnąć i ujarzmić. Czyż nie oznacza to jednak, że człowiek jest zepsuty, skrzywdzony, uszkodzony, okaleczony w jakiś sposób? Jego wyższe władze powinny rządzić niższymi i kierować całą jego istotą, i ją kontrolować. Nie czynią tego. Pod pewnymi ważnymi względami nie mogą. Oto fakty. Nie można ich zbić argumentem. Lecz można szukać ich wyjaśnienia. Wyjaśnienie leży w „grzechu pierworodnym" rodu ludzkiego.
Nie trzeba się starać zgłębiać do dna tajemnicy tego Grzechu Pierworodnego, który dotyczy nas wszystkich. Nie trzeba szukać opisu jego dokładnej natury ani wyjaśnienia, jak to, że Adam zgrzeszył, sprawiło, że wszyscy w nim upadliśmy. Wystarczy powiedzieć, że ród ludzki przez ów prastary grzech odwrócił się od Boga i został ogołocony z uświęcającej łaski Bożej. W chwili, gdy jakikolwiek członek tego rodu z miłosierdzia Bożego jest ochrzczony lub zwraca się do Boga, pragnąc pełnić Jego wolę — w tej chwili wraca łaska i staje się on znowu dziecięciem Nieba. Tak więc, choć poszczególne istoty ludzkie, które nie popełniły grzechu osobistego, mogą być w pewnych przypadkach wyłączone ze szczęśliwości, do której nie mają żadnego prawa sprawiedliwości, jedynie w tym sensie można powiedzieć, że są karane. I tak też można prawdziwie powiedzieć, że żaden człowiek nie jest karany w życiu przyszłym inaczej niż za swój grzech osobisty. Lecz w tym życiu są konsekwencje — twarde i surowe konsekwencje — owego grzechu pierworodnego, które wyglądają jak kara i które są rzeczywiście karą. Czy z konieczności zawsze zachowują charakter kary, to kwestia, na którą mam nadzieję niedługo odpowiedzieć.
Pierwszą konsekwencją Grzechu Pierworodnego jest ciemność. Nie jest prawdą mówić, że ludzie rodzą się dzisiaj bez żadnego mentalnego czy moralnego światła. Historia i doświadczenie świadczą, że nawet najniższy dzikus, jeśli ma ku temu sposobność, może rozpoznać, skąd pochodzi, kim i czym jest i do czego powinien dążyć. Ludzka ciemność czy ślepota wydaje się raczej niemożnością trzymania się prawdy, niż niezdolnością do dostrzegania pewnych jej promieni. Pod tym względem dzikus i człowiek cywilizowany nie są tak bardzo od siebie oddaleni, dopóki pozostają w naturalnym świetle. Człowiek, gdy się zastanawia, łatwo rozpoznaje w sobie pewną świadomość umysłową i aktywność duchową, którą nazywa Duszą. Lecz rozpoznaje ją zbyt często tak, jak ktoś rozpoznaje przyjaciela w hałaśliwym tłumie. Ledwo dostrzega swą duszę, a już traci ją z oczu. Ona przywita go, woła nań, wzywa go; lecz głos ten ginie w zgiełku, pośpiechu i zamieszaniu setek różnych sił i popędów, wszystkich bardziej naglących i bardziej namacalnych niż subtelna istota jego najgłębszego jestestwa. I w napięciu zaspokajania niższych potrzeb i pragnień — wymogów chwili — rzeczy, które można poczuć i zobaczyć — świadomość jego duchowej natury leży zapomniana w jego sercu, jak perła upuszczona przez tego, kto tańczy na uczcie. Leży zapomniana — tak, i zbyt często leży stratowana nie do poznania przez lekkomyślne oddawanie się uciechom, przez bezmyślne próżnowanie. Odnosi się to do wykształconego obywatela epoki takiej jak nasza równie mocno jak do starożytnego czy współczesnego poganina. Ludzie w dzisiejszych dniach i krajach mogą mieć znacznie więcej wyobrażeń o swej duchowej naturze niż było to możliwe barbarzyńcom. Lecz ciemność jest bardzo podobna w jednych i w drugich. Ciemność Grzechu Pierworodnego nie polega bowiem dokładnie na braku wiedzy. Człowiek z pewnością wiedziałby znacznie więcej, gdyby nie upadł w Adamie. Lecz możliwość poznania jest wciąż zupełnie wystarczająca. Ciemność tkwi w naszych własnych oczach. Tkwi w niemożności utrzymania się przy prawdach, których nie możemy się pozbyć. Coś jest nie tak z oczami ducha. Jest tam mgła, tańcząca i ulotna atmosfera, ciężkość, bolesne pieczenie — jedno z tych lub wszystkie razem — które trzymają naszą wiedzę poza nami. To jest osobliwość natury rozumnej. Może wiedzieć, a jednak nie pojmować. Może wypracowywać myśli, nawet myśli rozbudowane, jak tkacz tka swoje płótno, a potem składa je w spichlerzach i o wszystkim zapomina. Wiedza, że mam duszę i że powinienem dążyć do dobra i stronić od zła, może być u człowieka wykształconego jak elektryczne światło oświetlające miasto, u ubogiego dzikusa jak wątła świeczka oświetlająca lepianki; lecz człowiek może zbłądzić w blasku ulic równie łatwo, jak może się potknąć i upaść w nędznej chacie. Jeśli jego ułomność nie pozwala mu korzystać ze światła, które posiada, jego ciemność jest ciemnością gdziekolwiek jest. Żadna edukacja, która jest jedynie naturalna, nie może sprawić, że człowiek będzie trwać w swej duchowej świadomości w zmaganiach życia. Edukacja zbyt często zaniedbuje stronę duchową. Lecz nawet jeśli uczysz człowieka, że jest rozumny, odpowiedzialny, nieśmiertelny i że jego Ojcem jest Bóg, nawet wtedy uczysz go bardzo mało — o ile nie możesz zarazem nauczyć go utrzymywania tej drogocennej wiedzy jasną, żywą, czynną, skuteczną, tuż przed nim; o ile nie możesz odpierać rozproszenia uwagi, które ją odsuną na bok; o ile nie możesz uciszyć interesów, które odwrócą od niej serce; i o ile nie możesz wlać w ludzki umysł owej szczególnej mocy chwytania, która — jak ręka tonącego — musi trzymać się duchowej prawdy albo odpłynąć i dusić się w burzliwej rzece ludzkiego błędu i ludzkiej namiętności.
Tak więc mój rozum i zapewne moje wykształcenie dają mi światło; lecz siła mego osłabionego i zranionego rozumu nie jest zdolna uczynić z niego skutecznie światła mego bytu. Dusza moja, moje dobre pragnienia, moje wyższe przekonania i mój Bóg — ukazują się i nikną — być może, że znowu się ukazują, by znowu zniknąć — i moje życie jest jak statek bez steru, zabawka wiatrów i fal. Kto mnie uzdrowi? Jest tylko jeden uzdrowiciel — a jest nim mój Zbawiciel.
Rozważmy w skrócie inne rany ludzkiej natury. Są one wszystkie w pewnym sensie konsekwencjami tej niemożności utrzymania się przy naturalnym świetle duszy. Z tej bowiem ciemności umysłu wywodzi się złość woli; owa śmiertelna skłonność do szukania siebie samego przede wszystkim i zawsze, która leży u podstaw grzechu osobistego. Z ciemności też pochodzi owe lenistwo i tchórzostwo, które lęka się najmniejszej trudności i jest zastraszone przez wszystko, co wydaje się uciążliwe lub kłopotliwe. Są chwile, gdy świadomość duchowości, nieśmiertelności i Boga sprawia, że serce człowieka gardzi całym światem i pragnie podeptać wszystkie jego pokusy nogami. Lecz nie ma takich chwil wiele w życiu człowieka, który pozostaje zdany na swoją naturę. Dlaczego? Bo — jak mówi święty Augustyn — przebłyski prawdy i rzeczywistości szybko gasną; chmury i mgły znowu zalegają wzgórza i dolinę, i biedne serce