Komunię świętą można było udzielić niektórym wiernym, którzy ulegli prześladowaniu, lecz dawno temu szczerze się nawrócili. Nowe prześladowanie wyraźnie się zbliżało, a wielki Biskup Kartaginy woła: „Nie możemy posyłać ich nieuzbrojonych i bez tarczy w niebezpieczeństwa bitwy; muszą być umocnieni Ciałem i Krwią Chrystusa. Tym właśnie jest cel i przeznaczenie Eucharystii — strzec w bezpieczeństwie tych, którzy z niej czerpią, i musimy osłonić pokarmem, którym jest Chrystus, tych, których chcemy zabezpieczyć przed nieprzyjacielem. Nie możemy wzywać ich do przelania krwi w męczeństwie, jeśli przed walką odmawiamy im Krwi Chrystusa." Oto głos katolickiej tradycji i katolickiego przekonania. To Kościół głosił od początku i głosi teraz, i będzie głosił aż do końca. Kto godnie przyjmuje Komunię świętą, napełniony jest życiem i mocą, które nie są jego własne. Słowa świętej Katarzyny Genueńskiej brzmią jak echo świętego Pawła, gdy mówi ona o skutkach Komunii: „Nie mam już duszy ani serca — moja dusza i moje serce są duszą i sercem mojej Boskiej miłości." Podobnie brzmią słowa z życia świętej Gertrudy, której Pan nasz powiedział: „Oto Moje Serce! — daję ci je, aby uzupełniło to, czego ci brakuje." Podobnie słowa świętej Katarzyny Sieneńskiej, która modliła się, aby Bóg stworzył w niej nowe serce, i której Pan nasz rzekł: „Córko Moja, mam twoje serce, a daję ci Moje, abyś na wieki żyła we Mnie." Tak działo się, gdy Błogosławiona Małgorzata Maria symbolicznie odzyskała swoje serce gorejące i płonące po zanurzeniu w Sercu Jezusa. Czyż mógłby istnieć prawdziwszy i dokładniejszy obraz tego, co dokonuje się przez Komunię świętą? Czym jest serce? Jest wolą, pragnieniem, postanowieniem, uczuciem, miłością. I, według teologii, właśnie te władze ulegają przemianie; natura porzuca swoje naturalne popędy, a nowe i nadprzyrodzone popędy zajmują ich miejsce. Lecz owa nowa energia i działanie są wiernym odbiciem i jakby odtworzeniem działania Serca samego Pana naszego — miłości do Jego Ojca, poświęcenia, pokory, ducha cierpienia i żarliwości o dusze, którymi owo Przenajświętsze Serce było wiecznie pochłonięte. Jakże więc słuszne jest powiedzenie, że w Komunii świętej serce sługi Bożego zamieniane jest na Serce Chrystusa — samo życie człowieka cielesnego za życie Syna Bożego — „żyję, już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus."
Tak, nawet gdy wciąż kroczymy po tej ziemi — nawet gdy wciąż otaczają nas ziemskie niebezpieczeństwa, krępują ziemskie więzy, przygniatają ziemskie małostki — możemy żyć życiem Chrystusa, poruszać się Jego duchem, oddychać Jego oddechem. To właśnie, o ile słabe ludzkie słowa zdolne są to wyrazić, ustanowił On jako cel Sakramentu Eucharystii. Niebezpieczeństwa wciąż istnieją; pokusy wciąż uciskają i nęcą; wróg wciąż czyha na naszą zgubę. Lecz żyjemy; jesteśmy krzepcy; posiadamy ten dar, który Sobór Trydencki nazywa „odtrutką" i „środkiem ochronnym." Poruszamy się wśród pokus — nie zupełnie bezpieczni, lecz jeśli tylko jesteśmy pokorni, z niewielką przyczyną do lęku. Albowiem, po pierwsze, Komunia święta przynosi ze sobą szczególne oświecenie, wzmacniające wiarę, skłaniające serce ku temu, co duchowe, i otaczające nas atmosferą nadprzyrodzoności, która budzi odrazę do grzechu i lęk przed skalaniem. Czytamy o Jonatanie, gdy on i lud osłabli owego trudnego dnia w lesie, a nieprzyjaciel był blisko: gdy „przyłożył rękę do ust" i skosztował dzikiego miodu, „rozjaśniły się jego oczy." I gdy uczniowie w Emaus łamali Chleb święty i spożywali, otworzyły się ich oczy. Następnie, Komunia Chrystusa w Eucharystii ma osobliwą moc odpierania demona i zmuszania go do ucieczki. „Gdy demony — mówi święty Jan Chryzostom — widzą w nas Krew Pańską, lękają się i uciekają — a aniołowie cisną się wokół nas." Nie sądźcie, że słowa te są bez znaczenia. Diabły nie mogą nakłonić nas do grzechu; lecz — o ile cała katolicka tradycja się nie myli — mogą tak oddziaływać na nerwy i wrażliwość żywej istoty, by wieść nas w pokusę; aniołowie zaś, z drugiej strony, spełniają swój urząd, utrzymując nas w pokoju i łagodnie nakłaniając do dobrego. O święta Stołu, którego Dawid przeczuł przygotowaną na pustyni dla owiec Dobrego Pasterza, przeciwko tym, którzy chcieliby je nękać i krzywdzić! I wreszcie, nawet jeśli ataki z zewnątrz nie ustają, Obecność Ciała Chrystusa umocniła twierdzę wewnątrz. Natura pozostaje nadal ludzką naturą, z jej namiętnościami, wrodzonymi skłonnościami i nabytymi złymi przyzwyczajeniami. Ojcowie święci nazywają te rzeczy „podżegaczem grzechu," „chorobami duszy." Czytaliście, jak gdy Arka Pańska weszła do Morza Czerwonego, „wody ulękły się i zastygły." Święty Cyryl mówi, że Najświętszy Sakrament uśmierza pożądliwość. Nie ulega wątpliwości, że cała chrześcijańska starożytność jest zgodna w opisywaniu pewnego potężnego działania, jakie Eucharystia swoim wrodzonym przywilejem wywiera na zwierzęcą naturę człowieka. Ludzie są pyszni, złośliwi, skłonni do gniewu, leniwi, chciwi, zmysłowi; są pobudliwi, drażliwi, chorobliwi, żywo reagujący na przyjemność, niestali, próżni i lekkomyślni. Ani znawca duszy, ani lekarz ciała nie jest w stanie powiedzieć z całą dokładnością, jak wiele w usposobieniu i skłonnościach człowieka zależy od tkanek cielesnych, nerwów i organów, a jak wiele od świadomej woli; jak dalece człowiek rodzi się dobrym lub złym; jak dalece sam siebie takim czyni; jak dalece może naprawić wyrządzoną szkodę; jak dalece może oczyścić się i udoskonalić przez wytrwały wysiłek. Pewne jest jednak, że zbawienie zależy od zdolności powściągania i panowania nad tą niższą naturą; i równie pewne jest, że oprócz — i ponad — zwyczajną łaskę dającą woli taką władzę nad sobą, Ciało Chrystusa zostało nam dane na wzór pokarmu, aby swoją własną mocą i jak najskuteczniej dokonało tego, czego lata dyscypliny i trudu ledwo by zdołały dokonać: aby osłabiło złe namiętności, usunęło złe nawyki, zmniejszyło wrodzone nam popędy wiodące do grzechu; aby przepuściło przez zmysły, wyobraźnię, fantazję i wszystkie obszary zwierzęcej natury oczyszczający i leczący eter prosto z Jego własnego Przenajświętszego Ciała.
A teraz, bracia moi, jeśli wierzymy w to wszystko — a wierzyć musimy — pozostaje jeszcze trudność — nierozwiązana zagadka — dlaczego, mimo tego niewymownego Sakramentu przemiany, jest jednak w świecie tak mało podobieństwa do Jezusa Chrystusa. W świecie, mówię; lecz mam na myśli w Kościele, w ludzie wykupionym, w duchowym Izraelu Bożym. Mam na myśli nawet tych, którzy mocno w niego ufają, którzy go czczą, którzy zeń czerpią. Próba wyjaśnienia tego wiodłaby nas w głąb dziwnych pytań i odkrywała ciekawe tajniki naszej upadłej natury. Lecz gdy bolejem nad własnymi słabościami, zakończmy dzisiaj dziękczynieniem. Bo cokolwiek może być oziębłość ludzka i nędze przywiązania do świata, to przecież w skutkach i owocach Najświętszego Sakramentu jest szerokie pole wdzięczności, cały wszechświat dla triumfu. Któż zliczy liczbę ciężkich grzechów mu zapobieżonych, dobrych pragnień wypielęgnowanych aż do rozkwitu i owocu, dobrych ofiar złożonych, dobrych śmierci sprawowanych przez Jezusa w Sakramencie życia? Któż zliczy męczenników, wyznawców, dziewice, święte i bohaterskie serca wszelkiego stanu i każdego wieku, którzy wyrazili i uobecnili — na oczach świata, który nie może udawać, że tego nie dostrzega — życie i nadprzyrodzone działanie Pana wszelkiej łaski! Jeśli możemy dostrzec samo podobieństwo Chrystusa wyciśnięte na świętych mężach i niewiastach, narzędziem tego jest sacramentalna Komunia. Tak wiedzieli wszyscy Święci; tak wszyscy głosili. A przez cały ten czas myślałem o owej chwalebnej Dziewicy-Matce, której serce czcimy tu dzisiaj; i o tej — Świętej, fundatorce, patronce — której szczególne święto jest dzisiaj obchodzone w tym kościele sług Maryi. Dobrze wiecie, co zostało dane na łożu śmierci świętej Julianie Falconieri przez Pana i Mistrza, który nigdy nie daje się wyprzedzić w miłości i oddaniu. Jej choroba uniemożliwiała przyjęcie Komunii świętej. Lecz Życie życia jej duszy zostało przyniesione w swoim sakramentalnym stanie blisko jej konającego łoża; w sposób, który On sam znał, przyjęła Go; a po śmierci wizerunek Świętej Hostii znaleziono odciśnięty na jej piersi. Był to tylko symbol, ów cudowny odcisk, choć chwalimy za niego Boga. Lecz trafnie symbolizował on ów prawdziwy obraz, ową duchową przemianę, którą Bóg — w największym ze swych Sakramentów — dokonywał w niej od chwili jej pierwszej Komunii; którą czynił coraz prawdziwszą i żywszą w miarę jak lata jej służby biegły naprzód, i którą udoskonalił w chwili, gdy śmierć miała uwolnić jej duszę — wyzwolić ją, by na wieki cieszyła się w pełni tego, co na ziemi posiadała przez wiarę i miłość. Niechaj Najświętsze Serce będzie chwalone wiecznie za ten największy ze wszystkich swoich darów dla Świętych! I niechaj my, grzesznicy, co jesteśmy, zaufamy Mu, ufamy Mu cieplej i pełniej dzień po dniu, aby — jeśli On nam łaskę da — nasze życie rosło w pewnej mierze, by być prawdziwie Jego życiem, a nie naszym własnym.
*Wygłoszone w Kościele św. Dominika w Newcastle-on-Tyne, 1 maja 1898 roku.*
*„Jeszcze chwila, a nie ujrzycie Mnie, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie"* (J 16, 16).
Owo „chwilę" to przestrzeń śmiertelnego życia, podczas której ludzie nie widzą Jezusa, lecz oczekują wschodu dnia wieczności, gdy ujrzą Go — jeśli On łaski użyczy — twarzą w twarz, na wieki wieków. Pan nasz nazywa czas trwania ludzkiego życia „chwilą." Nam, którzy przez nie przechodzimy, może się ono niekiedy zdawać długie. Pokolenia świata, jego dzieje z tysiącami lat, urozmaicona opowieść, powolne przemiany, wzrost i dokonania — wszystko to może wydawać się ludzkiemu umysłowi poważne i dostojne. Lecz gdy dany będzie duchowi ludzkiemu ogląd czasu z perspektywy wieczności, wówczas czas zacznie się kurczyć i blaknąć; wtedy poczniemy rozumieć wraz z Psalmistą i świętym Piotrem, że „jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień."
Lecz choć życie nasze tu na dole jest krótkie, a czas ze swoją dumą i zgiełkiem jest nieznaczny, to życie i czas mają dla nas samych głębokie znaczenie. To od chwili obecnej zależy w sposób absolutny przyszłość o najwyższej wadze. Choć czas naszego sprawdzania jest krótki, możemy go nie zdać. Choć droga może być krótka, jest możliwe zgubić się na niej.
Czy może być prawdą, że podczas przestrzeni naszej ziemskiej pielgrzymki musimy się godzić na to, by nigdy nie ujrzeć Pana naszego? Czy jesteśmy w znacznie gorszej sytuacji od tych, którym On udzielił widoku siebie w ciele — podczas swego życia na ziemi — podczas owych dni łaski i wzajemnych stosunków, od chrztu Janowego aż do Wniebowstąpienia, które On też nazywa „chwilą"?
On z pewnością mówi nam, że Go nie ujrzymy. Musi odejść do Ojca. Jego ziemska misja zostanie wypełniona. Betlejem, Nazaret, Kalwaria wkrótce staną się imionami wyrytymi na zawsze w ludzkich dziejach. Trzydzieści trzy lata dobiegły końca i Syn Człowieczy musi się wycofać z ziemi, którą uświęcił swoją Obecnością i swoją Przenajdroższą Krwią. Zdawałoby się, że oczy, które miały oglądać Go wziętego do obłoków na Górze Oliwnej, patrzyły nań wówczas po raz ostatni, i że światłość świata miała odtąd nie świecić już więcej.
Lecz czyż tak niedostatecznie „poznaliśmy Chrystusa", że nie możemy zrozumieć, iż impulsy Jego miłosierdzia nie poddają się nawet temu, co zdaje się być planami Jego nieskończonej mądrości? Czy nie wiemy dobrze, że historia Bożego postępowania z Jego dziećmi jest historią przełamywania barier, niwelowania odległości i zginania praw przed Jego suwerenną wolą? Czy możliwe, by ktokolwiek, kto wie o owej zdumiewającej ingerencji zwanej Wcieleniem, nie był pewien, że nawet jeśli Jezus wstępuje do Nieba, zdoła On nadal pozostać na ziemi?
Wcielenie zostało dane światu niejako po to, by sfałszować — lub powiedzmy raczej: by wypełnić — wiele z tego, co Bóg mówił o sobie w Starym Testamencie. Rozumiecie, co mam na myśli. Bóg nie może w żaden sposób zetknąć się z cieniem kłamstwa. A co mówił o sobie? Żydom był On Tym, którego żaden człowiek nie mógłby ujrzeć i pozostać przy życiu; Tego głos można było może usłyszeć, lecz Jego postać była zawsze niewidzialna; którego Niebo niebios nie mogło ogarnąć; który spoglądał z dalekich niebios i czytał najskrytsze myśli sprawiedliwych i niesprawiedliwych; który dawał rozkazy aniołom i poruszał fundamenty świata. Prawda, że nam, którzy teraz patrzymy wstecz przez proroctwa i Psalmy, są mimo tych deklaracji wyraźne wskazania tego, co miało przyjść. Już dawno, w przekazach Wyjścia i Kapłańskiej, obiecał On rozbić swój namiot w Izraelu i mieszkać pośród nich. Lecz z tych wyrocznych słów, wobec uroczystego i przenikającego proklamowania niezgłębionego majestatu Bożego, powtarzanego w każdym rozdziale Pisma — któż mógłby przewidzieć Betlejem? Któż mógłby ujrzeć wprzód Jezusa, Syna Maryi? Któż mógłby oczekiwać przelania Przenajdroższej Krwi? Bóg, jak się zdaje, nie mógł się powstrzymać. To właśnie powiedzieli Ojcowie i Święci. „Człowiek nie miłuje Mnie, bo Mnie nie widzi. Chcę uczynić się widzialnym dla niego, rozmawiać z nim i tak sprawić, by Mnie miłował." Oto słowa, które święty Alfons wkłada w usta Pana Boga Niebieskiego. Jest w proroctwie Izajasza ustęp, w którym Bóg Wszechmogący okazuje swoją Boską troskę o lud swój, który Chaldejczycy i Babilończycy uciskali: „A teraz, cóż Ja tu mam — mówi Pan — bo zabrany jest lud Mój za nic" — uprowadzony w niewolę bez zapłaty. „Cóż tu mam!" Gdzie, bracia moi? Komentatorzy mówią nam, że Bóg Izraela mówi o pustym mieście i opuszczonej świątyni. „Lud Mój opuścił Moją świątynię — zdaje się mówić — i serce Moje jest smutne; dlatego zejdę;" „za darmo zostaliście sprzedani i za darmo zostaniecie wykupieni." Lecz Święci odnieśli ten najludzki i błagalny krzyk Wiecznego Stwórcy nie do Jeruzalem, ale do samego Nieba. „Cóż tu mam" — nawet w Niebie, skoro lud Mój jest w niewoli? „Pozna przeto lud Mój imię Moje w owym dniu; bo Ja sam, który mówiłem, oto jestem tu."
To jest Boska filozofia Wcielenia. Czy mamy się spodziewać, że owe tęsknoty Boże, te naglące impulsy ojcostwa, te władcze poruszenia serca Stwórcy — bo musimy tu użyć języka ludzkiego — ustaną, zanikną, znikną, dopóki są dusze ludzkie, boleśnie mozolące się na drodze między ziemią a wiecznością? Nie może tak być. On powiedział: „Jeszcze chwila, a nie ujrzycie Mnie." Lecz jakimś sposobem spodziewamy się Go zobaczyć, nawet zanim przyjdzie w obłokach sądu. Ludzie mają wiele władz, którymi mogą poznać i posiąść; mogą widzieć, słyszeć i rozumieć za pomocą więcej niż jednego zestawu zdolności. Ale czy będzie to oko zmysłu, oko wyobraźni umysłowej, oko czystego ducha, czy oko wiary — oczekujemy, obiecujemy sobie, że mimo wyraźnych słów naszego miłosiernego Odkupiciela, jest On zbyt miłosierny, zbyt kochający, by nie pozwolić się ujrzeć — i to ujrzeć w sposób bardzo realny — przez tych, których zostawił za sobą.
Prawda jest — a wy łatwo ją odgadniecie — że w dziedzictwie chrześcijanina istnieje wiele szafarstw, przez które Jezus Chrystus, siedzący po prawicy Boga, jest widzialny i odczuwalny dla ludzi na ziemi. Chcę się zatrzymać tylko przy jednym z nich.
Wszystko, co sakramentalne — używając słowa „sakrament" w pełnym katolickim sensie — jest przybliżeniem Chrystusa do przyjmującego; albowiem wraz z zewnętrznym obrzędem płynie przelanie łaski nadprzyrodzonej, która, jak nie trzeba mówić, może pochodzić tylko od Chrystusa i jedynie od Chrystusa. Lecz jest jeden Sakrament — królowa wszystkich Sakramentów — który tak prawdziwie przynosi Chrystusa, który tak blisko Go zastępuje, który tak po Bożemu chwyta tyle władz ludzkich, który tak wypełnia przestrzenie świata człowieka, tak odczuwalny jest przez ludzkie zmysły i tak napełnia echami powietrze tego niższego królestwa, że wyróżnia się wśród rzeczy zostawionych nam przez Chrystusa w spadku jako doskonała kontynuacja Jego zmysłowej obecności. Domyślacie się, że mam na myśli Eucharystię.
Niepodobna w jednym kazaniu zatrzymać się nad każdym rysem ustanowienia Najświętszego Sakramentu. Pragnę jednak wskazać bardzo krótko i jasno, jak ów przedziwny i miłosny dar umożliwia ludziom w ich pielgrzymce ujrzeć tego Boskiego Mistrza, który powiedział: „chwila, a nie ujrzycie Mnie."
Gdy Bóg zstępuje między ludzi, czy to w najwyższym uniżeniu Wcielenia, czy pod jakimkolwiek innym zasłoniętym obliczem, ludzie nigdy nie mogą Go rozpoznać, o ile On sam nie da im światła czy oświecenia, które by im to umożliwiło. Może On posyłać swoich poprzedników; może czynić cuda; może mówić, jak nigdy człowiek nie mówił; może nawet powstać z martwych; lecz ludzie nigdy nie przyjmą Go samych przez te rzeczy. Nie twierdzę, że cuda, wypełnione proroctwa, słowa i czyny oraz wielki cud zmartwychwstania nie mogą przekonać rozumu. Lecz jeśli człowiek ma oddawać cześć ukrytemu Bogu w ziemskim przedstawieniu, muszą na jego serce działać inne siły. Boski nieznajomy, który pragnie być rozpoznanym, musi sprawić, by serca pałały; musi „otworzyć umysł, by rozumiał"; musi udzielić, jak to wyraża święty Paweł, „ducha objawienia", oświecenia „oczu serca"; musi namaścić ułomne zmysły śmiertelnych ludzi owym suwerennym maścią na oczy, o której mówi święty Jan w Apokalipsie. Czytacie, że Jezus Chrystus to właśnie czynił. Czytacie, że On powiedział: „Nikt nie przychodzi do Mnie, jeśli Ojciec Mój go nie pociągnie." Czytacie, że Apostołowie szli za Nim na Jego słowo, że grzesznicy padali przed Nim na twarz, że nierządnice nawracały się u Jego stóp, że poganie przychodzili do Jego sług po chrzest, że Żydzi i prześladowcy poddawali się Jego Imieniu. Słyszycie świętego Jana wyjaśniającego nawrócenie świata słowami: „Bóg dał nam rozum."
Lecz cóż odnajdujemy wśród skarbów, które zostawił Chrystus? Odnajdujemy tajemnicę — szafarstwo — zwane Rzeczywistą Obecnością Eucharystyczną, które posiada właśnie tę moc przyciągania i oświecania, jaką Pan nasz posiadał na ziemi.
Można powiedzieć, nie narażając się na zarzut przesady, że nie ma nic na ziemi, co by ogólnie biorąc tak potężnie przyciągało serce ludzi do Boga, jak wielka tajemnica Eucharystii. Eucharystia jest w świecie jak wielkie światło wzniesione w górze. Świat może się z nią zmagać i bluźnić jej, lecz nie może jej lekceważyć. Nawet w bardzo wczesnych dniach chrześcijaństwa, gdy wielkie tajemnice musiały być sprawowane za zamkniętymi drzwiami — gdy ich sekret był strzeżony pobożnie jak skarby — świat miał pewną wiedzę, że chrześcijanie wyznają, iż ich Bóg jest im bardzo bliski w praktykowanych przez nich obrzędach. Trzy oskarżenia, które wysuwano przeciw zgromadzeniom Kościoła w pierwszych wiekach, to: ateizm, zabijanie i spożywanie dzieci, i przestępstwo nieczystości. Dwa z tych zarzutów można pominąć. Lecz gdy poganie nalegali, że chrześcijanie uśmiercają dzieci i jedzą ich ciało, jasne jest, że pewna wiedza, pewna niewątpliwa wskazówka dotycząca tajemnicy Eucharystycznej przedostała się poza zamknięte komnaty i z mrocznych katakumb. A pogański świat — panowie, którzy mieli chrześcijańskich niewolników, mężowie, którzy mieli chrześcijańskie żony, ludzie świata, którzy słyszeli, co mówią ludzie, filozofowie, którzy pisali przeciw Chrystusowi — wszyscy oni stopniowo poczynali rozpoznawać i odczuwać, że coś świętego, dostojnego i potężnego dzieje się u ich samych drzwi. Zauważali, jak chrześcijanin przyciągany był jakby magnetyczną siłą na swoje zgromadzenie, jak szedł tam bez przerywania postu, jak wracał, oddychając pogodą i mocą. Spostrzegali, jak chrześcijański apologeta, odpierając z oburzeniem niecne oskarżenia, przyznawał przecież, że istnieje święta uczta, i nigdy nie mówił, że jest to zwykły chleb lub wino albo inny ludzki pokarm; własnymi słowami Orygenesa, największego z nich: „Nasze Ewangelie są znane na całym świecie, lecz my mamy tajemnicę; naprawdę jemy chleb, który staje się świętym Ciałem; naprawdę jemy ciało Baranka, który był zabity." Odkąd świat stał się chrześcijański, Eucharystia jest równie przemożnie widoczna jak same Ewangelie. Najwcześniejszy kościół, o którym mamy szczegółowe informacje, w czwartym wieku, posiadał sanktuarium i ołtarz ofiarny. Najwcześniejsze księgi Kościoła to liturgie zawierające ofiarowanie, konsekrację i komunię. Spór, który zapoczątkował średniowiecze, dał Kościołowi słowo „transsubstancjacja" i nadał wierze impuls, który przez cztery wieki wznosił najwspanialsze sanktuaria, jakie świat kiedykolwiek widział — wielkie kościoły chrześcijańskiej Europy, wszystkie zamyślone, ukształtowane i zbudowane dla intronizacji Eucharystii. Gdy jansenizm, zaraza, która groziła stać się tak niszczycielska jak protestantyzm, został odparty i zdeptany, stało się to przez manifestację eucharystycznej pobożności, która wciąż wzrasta w blasku i sprawiła, że żaden myślący człowiek nie może nie znać zasad Kościoła katolickiego odnośnie do rzeczywistości i kultu Najświętszego Sakramentu.
Wszyscy, którzy albo osobiście doświadczyli nawracania dusz, albo śledzili historię przeszłości i czytali cudze doświadczenia, przyznają, że właśnie ta widzialna obecność Eucharystii w świecie przyciąga serca bardziej niż wszelkie inne dary Jezusa Chrystusa. Głoszenie Eucharystii sprawia, że ci, do których głosimy, czują, iż Krew z Kalwarii wciąż płynie naprawdę dla grzesznych i słabych. Myśl o Eucharystii sprawia, że serce poszukującego prawdy woła: „Oh! Gdybym tylko wiedział na pewno, że istnieje Sakrament, i to taki Sakrament!" Obecność w tabernakulum tak często, jak dobrze wiemy, odsyła niekatolickich gości naszych kościołów do domu z piersiami pełnymi wzruszenia i oczyma pełnymi łez. To ona jak fala świętego wpływu uderza wiernego katolika, gdy wchodzi do świątyni Bożej. To ona skłania jego głowę, gdy opada na kolana, i utrzymuje go skupionego przed sanktuarium. To Rzeczywista Obecność Pana naszego Jezusa Chrystusa nadaje tajemniczej czynności Mszy tak mocne uchwycenie władz duszy — że przychodzimy do kościoła na Mszę, czekamy na jej zakończenie, słuchamy Mszy ile możemy, i czujemy się szczęśliwi, gdy Msza uświęci dzień i roztacza swój aromat nad naszym życiem spieszącym ku wieczności. Nie ma Sakramentu, który nie budzi i nie przywołuje do działania tej osobliwej mocy przyciągania i oświecenia należącej do Rzeczywistej Obecności. Komunia, która zewnętrznie zdaje się tylko przyjęciem chleba, staje się przez tę Obecność nie tylko przyjęciem Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa, ale zalewem potężnej łaski, który sprawia, że sama najgłębsza twierdza rozumnej woli drży w uświadomieniu sobie niewidzialnego Bóstwa. Penitent rozważający swe grzechy w smutnej medytacji czuje czystość tej Obecności, która go przynagla i zmusza, by je znienawidził i zwrócił się raz na zawsze do Pana i Boga tak bliskiego. Ktokolwiek szuka kapłana Chrystusowego i pocieszeń świętego Kościoła, w zdrowiu lub w chorobie, wśród trudów życia lub w ciemniejącym zmierzchu nadchodzącej śmierci, czuje się, jak tęsknie wypatruje jeszcze dalszego posługiwania, mocniejszego daru — i jest instynkt w dziecku wiary, który nie pozwala mu być szczęśliwym ani spokojnym bez Najświętszego Sakramentu. Sam stan kapłański, choć od najwcześniejszych lat wie, że należy do eucharystycznej obecności i jest świadomy co godzinę, że to właśnie Obecność nadaje kształt jego bytowi i życie jego duchowemu trudu, dobrze rozumie jednocześnie, że wszystkie jego wysiłki dla dobra dusz muszą być kierowane, wprost lub pośrednio, ku przybliżeniu ludu do ukrytego Boga. Sanktuarium jest jego domem, ołtarz jego dziedzictwem — a gdy opuszcza miejsce najświętsze, by stanąć na ambonie i mówić do ludu, niezależnie od tematu wypowiadanych tam słów, jest jeden przedmiot, który jak tekst, nagłówek rozdziału czy refren muzyczny pojawia się wciąż na nowo — wyraźny, pilny, natarczywy — a jest nim tajemnica miłości, Najświętszy Sakrament. Tak przenika przyciąganie tej Obecności Kościół, a nawet świat. Nie dla wszystkich staje się ona odczuwalna. Zawsze, jak za dni trzydziestu trzech lat, istnieje zewnętrzny tłum, który — z powodów częściowo widocznych, częściowo łatwych do odgadnięcia, częściowo zakrytych naszemu spojrzeniu — dopuszczony jest do życia w tym samym świecie co Jezus i do lekceważenia Go; do słyszenia Go a jednak nie słyszenia, do widzenia Go a jednak nie widzenia. Lecz jakże silna, jak szeroka, jak miłosierna jest Jego oświecająca łaska! Cóż by było z tego, gdyby ustanowił Najświętszy Sakrament, zapisał jego dowody w każdym języku ognistymi literami, postawił drogocenne tabernakulum w każdej krainie — gdyby nie dał mu też tej mocy, którą tylko On może wywierać, przekonywania, pobudzania, pociągania serc mężczyzn i kobiet? Czy mówię „dał mu"? Powinienem raczej powiedzieć — bo to On sam — że raczył okazać, wywierać, uruchomić ową łaskę Boskiego „pociągania", która należy do Niego i tylko do Niego!
Mamy zatem w świecie, mimo słów Jezusa, że przez pewien czas „nie ujrzymy Go", zmysłową Obecność Jego samego, która posiada ciągłą, cudowną i niewyczerpalną moc chwytania serca i wiary ludzi. Jezus Chrystus w Najświętszym Sakramencie oferuje się spojrzeniu i zmysłowemu doświadczeniu ludzi; i gdziekolwiek zostanie znaleziony przez oko, jest gotowy sprawić, by rozum Go przyjął, a wola poddała się Mu.
A teraz zobaczmy, co znaczy ów zwrot „gdziekolwiek zostanie znaleziony." Czytacie w Ewangelii świętego Jana, jak Andrzej powiedział do Szymona Piotra: „Znaleźliśmy Mesjasza," i jak „przyprowadził go do Jezusa." Znaleźli tedy owego Pana i Zbawcę, zapewne w szałasie z gałęzi na brzegu rzeki, gdzie Jan chrzcił. Nigdzie indziej nie było Go na świecie! Przed tym czasem byli pasterze, którzy znaleźli Go w grocie betlejemskiej; był tam, i tylko tam! Przez około trzydzieści lat swego ziemskiego życia był On zakryty w tabernakulum świętego Domu Nazaretańskiego — tam, i tylko tam! Potem można Go było znaleźć w Jerozolimie, w Galilei, w Świątyni, nad jeziorem, na górze, na zakurzonych drogach Palestyny — i ci, którzy Go szukali, musieli wyczekiwać, czekać i iść za Nim. Jeszcze później wisiał na Krzyżu i choć umierał za cały świat, a cały świat poczuł wstrząs i moc tej chwili, to Jego Obecność była odczuwalna tylko dla tych, którzy stali wokół, i była osłonięta ciemnością nawet przed nimi! Ogromny świat z jego tłumami nie mógł ani Go widzieć, ani słyszeć Jego głosu. Ani królowie, ani ludy nie wiedzieli, że jest obecny na świecie; a gdyby wiedzieli i chcieli Go znaleźć, jakiego trudu, jakich podróży, jakich długich zwłok wymagałoby stanąć przed Rzeczywistą Obecnością Boga Wcielonego!
Bracia moi, zamysłem Chrystusa było dać światu Obecność siebie, która przełamuje wszystkie prawa przestrzeni, czasu i ilości; Obecność, która trwa przez nieustanny pochód czasu i jest odnajdywana w jednej i tej samej chwili na wszystkich kontynentach i wyspach tej kuli ziemskiej, wszędzie tam, gdzie są mężczyźni i kobiety. Czy ktokolwiek wątpi, że Bóg mógł tego dokonać? Czy wydaje się sprzecznością, absolutną niemożliwością, by Ciało Chrystusa — które jest Ciałem materialnym, będąc Ciałem ludzkim — było tak pomnożone, tak uduchowione, a jednak pozostało prawdziwym Ciałem narodzonym z Maryi zawsze Dziewicy, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym? Zasadnicza budowa materii i prawa materii są nam bardzo niedoskonale znane. Lecz nie ma tu żadnej sprzeczności ani niedorzeczności — że rzecz materialna jest odróżnialna od tych właściwości, przez które oddziałuje na nasze zmysły; że rzecz materialna, która pozostawiona sama sobie wypełniałaby przestrzeń, dotykałaby przyległych powierzchni i rozciągała się w rozpoznawalnych wymiarach, może być przez Boską moc tak wyizolowana, tak odcięta od wszechświata, tak skupiona na sobie samej, że wychodzi poza rachuby, których elementami są przestrzeń i czas, wielkość, kształt, zmysłowe rozciągłość. Możemy nie być w stanie powiedzieć z góry, samym tylko światłem rozumu, że to jest możliwe; lecz gdy istnieje udowodniona katolicka nauka, przyjęty i udowodniony dogmat, który takiej hipotezy wymaga, nie mamy żadnych trudności z jej przyjęciem — albowiem nie ma tu żadnej wewnętrznej sprzeczności, by wykluczyć ją z obszaru myśli. Tak więc, jak w Ewangelii świętego Jana Ciało Chrystusa po zmartwychwstaniu, nie przestając być prawdziwym Ciałem materialnym, przechodzi przez zamknięte drzwi, tak w Eucharystii ono święte Ciało jest bez ilości, bez kształtu, bez oddziaływania na ethery świata i powierzchnie rzeczy — posiadając jednak wszelką istotną i wrodzoną zdolność wywoływania takiego oddziaływania, gdyby nie ręka, która kierowała wodami Morza Czerwonego i przemieniła wodę w wino, zakazała tego — dla dobra swojego ludu, by mogli Go posiadać.
Chleb i wino zatem odchodzą, pozostawiając za sobą owe właściwości, które oddziałują na nasze zmysły; Ciało Chrystusa (wraz z Jego duszą i Jego Bóstwem) je zastępuje i jest w pewnym sensie podobne do ducha — bez bezpośredniego odniesienia do naszych zmysłów. Jest to wielki cud i musi zawsze pozostać czcigodną tajemnicą. Lecz dlaczego Bóg dokonał tego cudu? Dlaczego stawia tę tajemnicę na czele swych zbawczych ustanowień? Po to, by ludzie nie tracili z oczu swego Odkupiciela, nawet teraz gdy wstąpił do niebios. Jedynie w ten sposób i przez taki wysiłek mocy stało się możliwe, by Chrystus, Słowo, które stało się Ciałem, był obecny w świecie — widzialnie, dotykalnie, bezspornie — w każdym wieku i w niezliczonych miejscach. „Trzydzieści trzy lata" nie mogłyby trwać przez wszystkie czasy bez cudownych interwencji, które nie byłyby zgodne z Bożymi szafarstwami. Nawet gdyby Jezus pozostał nieprzerwanie tak, jak widywały Go Maryja czy Jan, byłby tylko w jednym miejscu tej ziemi. A gdybyśmy mieli przywilej oglądać Jego adorowane oblicze tak, jak oni na nie patrzyli, któż może powiedzieć, że świat byłby czymś lepszy dzięki temu, niż owi Żydzi i poganie, którzy mijali Go lub nawet skazali Go na śmierć?
Lecz teraz każdy kościół jest Betlejem, każdy kościół jest Nazaretem, każdy ołtarz jest Kalwarią. Żadna długa i bolesna podróż nie jest potrzebna, by stanąć w Jego Obecności. Jest On blisko najuboższego i najsłabszego. Każdy dzień jest dniem, w którym jest gotowy przyjąć swój lud. Tłumy mogą przychodzić, a osobiste obcowanie człowieka nie jest zakłócone, bo każdy ma Jezusa wyłącznie dla siebie. Jeśli tłumów nie ma, jeśli nawet pojedynczy goście są rzadcy, pozostaje On cierpliwie w ciszy, w samotności, gotowy, gdy wiara i miłość pobudzą Jego lud, by Go odwiedził. I nie jest to jedynie Obecność, którą to zdumiewające eucharystyczne szafarstwo uczyniło możliwą. Jest to Ofiara — nie ofiara taka, jak ofiary zwykłe, z zabijaniem, potokami krwi i wznoszeniem dymiących płomieni ku niebu; nie ofiara ogromnego trudu i wielkich przygotowań; owszem, więcej — nie ofiara przerażająca, straszliwa, miażdżąca serce w samym o niej myśleniu, jak była na Kalwarii Jego jedna wielka Ofiara — lecz ofiara słodka i łagodna, łatwa i piękna, odnawiająca Kalwarię dzień po dniu bez tych strasznych okoliczności, których nie można by powtórzyć; ofiara przyjazna i pocieszająca, w której wśród białego płótna, świateł i kwiatów wznoszony jest Baranek, który pragnie zawsze mieszkać wśród synów ludzkich. I nie tylko ofiara, ale i Komunia; albowiem przez szafarstwo Rzeczywistej Obecności Eucharystycznej stało się możliwe użycie Ciała Chrystusa jako zewnętrznego znaku Sakramentu; jako pokarmu, który jest prawdziwie samym Jezusem i którego właściwością — gdy godnie przyjmowany — jest chwytanie najgłębszej i najmocniejszej woli spośród wszystkich licznych woli człowieka i upodobnianie jej do woli jego Zbawcy.
I nie mówcie mi, bracia moi, że to wszystko zakłada wiarę i nie może być zwane „widzeniem"; że Chrystus jest ukryty tak jak Bóg jest ukryty, i że eucharystyczne zasłony są o wiele bardziej nieprzeniknione niż człowieczeństwo Jezusa z Nazaretu. Niech będzie ode mnie daleko zaprzeczanie, że Błogosławiona Eucharystia wymaga ćwiczenia wiary, lub wyjaśnianie na opak obłoków, które kryją tabernakulum. To właśnie owe obłoki czynią możliwym to wzniosłe szafarstwo; to właśnie wiara daje Rzeczywistej Obecności Jej przenikającą moc. Lecz czy jest tylko wiara? Czy jest tylko tajemnica? Czy jest tylko oniemiała chłodność nieznanego? Do tego właśnie zmierzałem — i na tym muszę skończyć. To, co twierdzę i czemu wy nie możecie się sprzeciwić, jest to, że Obecność Eucharystyczna jest obecnością widzialną i zmysłową. Możecie widzieć Najświętszy Sakrament; możecie go dotknąć; wiecie, gdzie jest. Jest pewna chwila — chwila pobożnego podniesienia serc ludzkich i pochylenia ich głów — gdy jest tam, gdzie przedtem Go nie było. Ma swój dom; ma swoje mieszkanie. Ma posługę żywych ludzi, by przynieść Go na ziemię, dotknąć Go, rozdzielić Go. Tak samo prawdziwie, choć nie w zupełnie tym samym sensie, jak można spotkać przyjaciela lub opisać żywych ludzi, notować ich ruchy czy szukać ich cielesnej obecności, można znaleźć, gdzie Jezus jest, powiedzieć, kiedy przyszedł i jakie jest Jego otoczenie, i kiedy lub jak odchodzi. Cała historia Kościoła katolickiego jest tego ilustracją. W katakumbach odnajdujecie Obecność i posługę. W samym kształcie naszych kościołów widzicie miejsce, jakie należy się Najświętszemu Sakramentowi. W uniesieniu wielkich kopuł bazylik widzicie baldachim nad głową Chrystusa. W wykwintnych ołtarzach gotyckich katedr widzicie ozdobienie Jego tronu. W zapisanych liturgiach — tradycyjnych na długo przed ich zapisaniem — widzicie oprawę eucharystycznego aktu w konsekracji, modlitwie, komunii. W skarbach, które wiara i miłość złożyły w ofierze dla czci Najświętszego Sakramentu, macie wyrażone przekonanie o zlokalizowanej Obecności; przekonanie, że tam, gdzie jest złota wieżyczka, gdzie jest drogocenne tabernakulum, gdzie jest marmurowy ołtarz, gdzie szlachetne łuki świątyni wzbijają się ku Niebu — tam jest obecne — nie tak jak Bóg jest obecny wszędzie, lecz w owym nowym i realnym sensie, który jest częścią chrześcijańskiego dziedzictwa — tam jest obecne samo Słowo, które stało się Ciałem.
Oto szafarstwo, do którego Bóg użył całej swojej wszechmocy — i które my, dla których jest dane, musimy używać z całą mocą naszych dusz i ciał w pełni. Cechą tej tajemnicy miłości jest to, że pozostawiona jest w rękach ludzi. Gdy Jezus był na ziemi przez owe trzydzieści trzy lata, nie był bierny i milczący, jak jest w Eucharystii. Nawet w swej samotności i długim posłuszeństwie zdawał się być panem siebie, jak zawsze jest. Jedynie gdy Maryja nosiła Go w ramionach — jedynie gdy kochające ręce składały Jego martwe Ciało w grobie — zdawał się nie mieć woli ani własnej inicjatywy. Lecz w tej trwającej Obecności Eucharystycznej — jeśli ludzie nie wzywają Go, nie przychodzi; jeśli ludzie Go nie podnoszą, nie wznosi się; jeśli ludzie Go nie przyjmują, pozostaje nieznajomym u drzwi; jeśli ludzie Go nie odwiedzają, przebywa w cichej samotności. Niezliczone myśli o naszych obowiązkach rodzą się, gdy o tym rozmyślamy. I jest jedna szczególna myśl, która może pocieszyć wszystkie serca ofiarne, pragnące pomagać w budowaniu kościołów. Gdy dziś rano sprawowaliśmy uroczystości Mszy w nowym Kościele świętego Wawrzyńca, myślałem o tym, co znaczą te mury; co ściąganie ludzi do Jezusa, wznoszenie serca do Jezusa, zbliżanie się do Niego, żal za grzechy dla Jego miłości, obfitość łask z Jego bliskości — co to wszystko musi sprawić kościół. Szczęśliwy i trzykroć szczęśliwy ten, kto ma w tym udział. Któż może wątpić, że Najświętszy Sakrament jest wielkim źródłem na ziemi wiary, nawrócenia, żalu, poprawy, świętości? Niechaj Bóg pomnoży kościoły i napełni je czcicielami, by ogrom Jego miłosierdzia nie był dany światu na próżno!
*Wygłoszone w Katedrze Świętego Jerzego w Southwark, na jubileuszu poświęcenia, 3 lipca 1898 roku.*
*„Królestwo Moje nie jest z tego świata"* (J 18, 36).
To są słowa Tego, który rzekł przez swojego Proroka w Psalmie: „Ja jestem ustanowiony przez Pana Królem na Syjonie, Jego górze świętej." I oba te twierdzenia są prawdziwe; i każde z nich kryje żywą prawdę, która jest jedną z wielkich prawd, na których religia jest zbudowana. Królestwo Chrystusa nie jest z tego świata; nie jest królestwem narodowości, terytorium, armii ani flot, podatków, handlu, budownictwa, zarabiania pieniędzy. Królewskość Chrystusa nie zagrażała cesarzowi; nie rościła pretensji do żadnego tronu na Wschodzie ani na Zachodzie; nie wzywała żadnego narodu do broni; nie rozwijała żadnego sztandaru wolności, zemsty ani podboju. Ogromna, złożona i nieodparta organizacja, z którą Jego Imię miało być kojarzone, nie miała ingerować — lub ingerować tylko pośrednio — ani w żołnierza, ministra, sędziego, kupca, sługę, ojca rodziny, ani w żaden urząd czy zawód powołany do prowadzenia ludzkiego życia na tej ziemi. Swego Królestwa nie odziedziczył po żadnym królu dawnych czasów ani nie przyjął go żadnym głosowaniem ludu. Jego tron nie był zdobyty we krwi; Jego berło nie miało podlegać zmienności czasu, anarchii ani rewolucji. Nigdy nie miał On prowadzić armii ani dyktować kodeksów sprawiedliwości. Świat, z jego potrzebami, ambicjami, namiętnościami i grzechami, miał organizować się sam, aż do końca, jak czynił to od początku.
A jednak Syjon, nad którym miał On panować — święta góra, gdzie miał stać Jego tron — nie tylko miał być w świecie, ale miał być widoczny, dotykalny, bezsporny wśród wszelkich zjawisk świata i przez cały bieg dziejów świata. Miał być przede wszystkim Królestwem nad sercami, królestwem wiary i nadziei, ogromnym zjednoczeniem dusz w miłości i adoracji samego siebie. Lecz ponieważ ludzie nie są bezcielesnymi duchami, miało to być też królestwem wspólnego kultu, nauczania, słuchania i sakramentalnego szafarstwa. Jak Chrystus panuje w dziedzinie ludzkiego rozumu, we wszystkich prowincjach wolnej woli, w każdym dziale zmysłu duchowego i moralnego, tak musi On panować też nad wszelką działalnością ludzką i wszelkimi stosunkami międzyludzkimi. W dwojakim duchu miał On przekraczać granice panowania ziemskiego i prawa ziemskiego: po pierwsze, Jego rządy miały sprawdzać i tłumić grzech i zło, a następnie miały wyzywać i domagać się swobodnego działania, przyjęcia, czci i supremacji wszędzie. Miały się często znajdować w konflikcie, wydawać się często pokonane — lecz ogólnie biorąc tryumfować. Jego historia miała wypełniać owo proroctwo Izajasza: „Oto Władca Pan Zastępów skruszy naczynie gliniane z grozą, a wysocy wzrostem zostaną ścięci, a wywyższeni zostaną upokorzeni. I gąszcze lasu zostaną ścięte żelazem, a Liban ze swymi wyniosłymi drzewami upadnie."
Nie mam zamiaru dziś podejmować żadnej próby udowodnienia widzialności Kościoła ani opisywania jego widzialnego i dotykalnego działania w świecie. Lecz ta rocznica może nam dobrze przypomnieć — zgromadzonym jak jesteśmy w domu, którego mury przez pięćdziesiąt lat były świątynią Ofiary Eucharystycznej i rozbrzmiewały adoracją, chwałą i dziękczynieniem — że królestwo Chrystusa na ziemi nie jest tylko szkołą wiary, ani szafarzem środków łaski, ani nauczycielem dobrego postępowania; lecz nade wszystko wielkim stowarzyszeniem lub królestwem, do którego cały rodzaj ludzki może i powinien być wciągany w ten hołd umysłu, woli, serca i uczucia złożony Bogu Wszechmogącemu, który jest wielkim celem, dla którego człowiek został stworzony. Patrząc na świat takim, jakim jest, nic nie jest tak źle spełniane jak bezpośredni kult Boga. Prawda, że nic nie jest tak łatwo, tak powszechnie uznawane za obowiązek. Lecz u większości świata panuje uczucie, że jest to obowiązek, który najlepiej spełniać pośrednio, dorywczo; że czci Boga ten, kto żyje przyzwoicie, kto pracuje, kto pomaga bliźniemu, kto niejasno przestrzega niedzieli. Katolicy są lepiej nauczeni. Lecz bardzo niewielu, nawet