wśród tych, którzy się nad tym zastanawiają, wydają się być naprawdę przejęci tym, co posiadają w swym Kościele — czym jest szafowanie łaskami przez ich Zbawiciela i czym jest ich własne dziedzictwo — że to właśnie jest wyraźnie zamierzone, by uczyniło adorację łatwą, by uczyniło adorację nieustanną, by dosięgało wszystkich źródeł czci i miłości, by dotykało wszystkich strun pobożności, by rozsiewało słodką atmosferę pobożności przez całe życie, które tak łatwo pozostaje zimne wobec Boga i nieoczyszczone przez bliskość Boga.
Pozwólcie, że przypomnę wam uderzający fragment Proroka, który zdaje się zapowiadać Kościół chrześcijański. Nakazuje on ludowi Bożemu uświadomić sobie, czym jest dla niego owe święte miasto Dawida, które Bóg tak umiłował i chronił: *„Wejrzyj na Syjon, miasto uroczystości naszych; oczy twoje ujrzą Jeruzalem, mieszkanie bogate, przybytek, który nie będzie przeniesiony; kołki jego nie będą wyrwane na wieki, ani żadne z powrozów jego nie będzie zerwane: bo tam jedynie Pan jest majestatyczny; miejsce rzek, strumieni bardzo szerokich i przestronnych; nie przepłynie przezeń okręt wiosłami, ani wielka galera nie przejdzie przez nie."* Słów tych nie można nigdy w pełni i ostatecznie odnieść do ziemskiej Jeruzalem. Nie było bowiem obfitych strumieni, nie było żyznej rzeki w pobliżu skały Syjonu ani w dolinach wzgórz, które ją osłaniały. Lecz są prawdziwe o owym prorokowanym mieście, świątyni, mieszkaniu, przybytku czy namiocie, który miał być zbudowany na najwyższym miejscu tego świata ludzkiego rodzaju, którego fundamenty miały trwać wiecznie; którego sznury i kołki, wbite mocą Ducha Świętego, miały być trwalsze niż żywa skała. Są prawdziwe o owym domu Pańskim, z którego miał wypłynąć strumień wody, użyźniający duchową duszę i radujący dziecię Boże. Są prawdziwe o owej siedzibie, w której jedynie Pan jest majestatyczny; w której miał mieszkać nie tylko w cudownej szekinie, wypełniającej swym blaskiem miejsce Najświętsze, lecz o wiele cudowniej — pod sakramentalnymi zasłonami swojej miłości.
Gdy Bóg stworzył stworzenie takie jak człowiek, by Go adorowało i Mu służyło, przewidział — jak i ludzki rozum mógłby przewidzieć — że główną przeszkodą adoracji jest nieobecność samego Boga. Prawda, że Bóg nigdy nie może być nieobecny naprawdę. Lecz być niewidzialnym i milczącym znaczyło tyle, co być faktycznie nieobecnym. A przecież nie mógł ukazać się takim, jakim jest! Dlatego historia Bożych obcowań z ludźmi jest historią wynajdowania przez Niego sposobów mówienia do nich i bycia przez nich widzianym. W ekonomii chrześcijańskiej — ekonomii, do której prowadziła cała dawna historia i która trwać ma aż do sądu ostatecznego — miał być obecny w sposób, jaki znamy i którego nie potrzebuję opisywać: w tajemnicy eucharystycznej. Ta tajemnica, zaistniawszy w Kościele, zaistniawszy w świecie, musiała zdominować Kościół i dominować w świecie. Naturalnie byłaby streszczeniem wiary, podtrzymując świeżość i żywotność Objawienia Boga, Trójcy, Wcielenia i łaski. Z konieczności równie wielkiej stworzyłaby kapłaństwo, obdarzone władzą nad jej sprawowaniem i nad ową rzeszą wiernych, która z niej czerpie swoją główną jedność. Stałaby się z mocy swego przywileju głównym źródłem łaski uświęcającej i życia duchowego. *„Kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie."* Tym wszystkim byłaby. Lecz czy nie byłaby nadto centrum Bożej adoracji? Czy adoracja nie skupiłaby się wokół niej? Czy hołd nie znalazłby w niej swojej mocy i trwałości? Gdzie Władca, tam musi być Dwór. Zawsze i wszędzie człowiek jest zobowiązany oddawać cześć swemu Stwórcy. Lecz jeśli On przyszedł do Betlejem i Nazaretu, to w Betlejem i w Nazarecie ci, którzy Go znali, znajdowali najżywsze natchnienie dla swoich aktów hołdu. A jeśli rozciągnął swą moc, by obdarzyć nas obecnością eucharystyczną, to tam, gdzie owa Obecność jest dostępna, ludzie — jeśli mają łaskę, by ją poznać — będą gromadzić się tłumnie i odczuwać bliskość Boga; tam rozpoznają okazję do kultu publicznego, wspólnego i uroczystego; tam posłużą się wszystkimi swymi władzami, wszystkimi środkami, całą swą sztuką, by odpowiedzieć zewnętrznie na obecność tak wielkiego Króla, a tym samym lepiej i pełniej wypełnić ów obowiązek wewnętrznego wzniesienia serca, który nakazuje im zarówno ich natura, jak i wiara.
Jeśli oprócz prawdziwej i uderzającej Obecności, jaką daje tajemnica eucharystyczna, zostało nadto postanowione przez Tego, który odchodząc, zostawił nam tak wiele, obrzędem najbardziej uderzającym, najbardziej pełnym znaczenia, najbardziej wewnętrznie związanym z Bogiem Wszechświata spośród tych, które kiedykolwiek były lub mogłyby być na ziemi — mam na myśli obrzęd Ofiary — jest tym głębszy i mocniejszy powód, by twierdzić, że Najświętszy Sakrament musi być wezwaniem świata do adoracji.
Adoracja jest bardzo prostym aktem ludzkiej duchowej natury. Nie wymaga od człowieka studiowania jej nauki w żadnej szkole. Gdy rozum i serce znajdą się w obecności swego Boga i rozpoznają Go takim, jakim jest, zapala się w stworzeniu spontanicznie cześć i podziw, i wychodzi ze stworzenia spontanicznie, jak płomień ognia wybucha, akt pokornej adoracji. Rzekłem spontanicznie; bowiem adoracja jest naturalna i łatwa, a nawet z trudem hamowana, gdy serce jest nieskalane i gdy to serce zna swego Boga. Lecz adoracja nie jest obowiązkiem chwili, która przemija i nie wraca. Jest ona zajęciem całego życia. Musi zmagać się z ciemnością, ze znużeniem, z obojętnością i z pokusami zmysłów i próżności. Adoracja zatem, w swoim pełnym znaczeniu, zależy od wysiłku ludzkiej woli, wspomaganej łaską Bożą. Serce musi być siłą trzymane przy swoim dziele, jak okręt jest mocno utrzymywany na kursie przez mięsień sternika. W miarę jak godziny i dni mijają, musi być pobudzane do chwytania okazji z energią i ochotą; do używania rozmaitych swych władz w aktach i wzniesieniach, które są suggerowane i zabarwiane różnymi rozważaniami i pobudkami, lecz które wszystkie w ostateczności spoczywają na jego relacji do Boga; do przemieniania czasów i pór życia, radości i trosk życia, pracy i odpoczynku życia, a także samych nastrojów i zmiennych usposobień własnego bytu w materię chwały Bożej, i do dotknięcia ich wszystkich pochłaniającym ogniem ofiary. Adoracja jest bardzo prosta; lecz ma tyle nastrojów, ile ma ich czysta, niezamącona woda bezkresnego morza. Duchowa aktywność jest wszechświatem królestw i prowincji, zbyt mało zbadanym nawet przez najgorliwszych. Jak wieloraka jest dusza ludzka i jak niewyczerpana jest pełność Boga! Człowiek staje twarzą w twarz z majestatem i potęgą Bożą, i duch jego wylewa się w owym wyznaniu, owej radości i owym dziękczynieniu, które jest objęte nieprzeniknioną głębią słowa „pokora"; pokora, która jest prawdą, więcej niż poniżeniem, i ufnością dziecięcą, więcej niż zniszczeniem. *„O Panie Adonai, wielki jesteś Ty i chwalebny w swej mocy! … Niechaj Ci służą wszystkie stworzenia, bo Tyś rzekł i zostały stworzone; Tyś posłał Ducha swego i zostały uczynione!"* Czuje wielką chmurę najwyższego władztwa Bożego zawieszającą się nad wszystkim, co istnieje, i nad nim samym — i odpowiedź jego ducha kształtuje się jak głos tego, który wołał ongiś: *„O Panie, Ojcze i Władco życia mego, nie opuszczaj mnie!"* Widzi swój pierwotny początek; widzi swój cel ostateczny — i jest natchniony, by wzgardzić wszystkim, co nęci, by złożyć w ofierze wszystkie pożądania, by uporządkować wszelkie działanie, by poświęcić całą przestrzeń między narodzinami a rozpadem Jemu samemu i tylko Jemu, *„Który jedynie ma nieśmiertelność."* Pojmuje niewytłumaczalną miłość, szczodre wylanie, niewymowne ojcostwo, niepokonaną przyjaźń jedynego prawdziwego Boga Niebios; i woła wraz z pieśniarzem Izraela: *„Błogosław, duszo moja, Panu i nie zapominaj nigdy wszystkiego, co ci uczynił; … Który odkupuje od zguby życie twoje, Który uwieńcza cię miłosierdziem i litością."*
Adoracja w takich aktach jak te powinna wznosić się jak woń kadzidła z całej ziemi Bożego stworzenia. Lecz teraz zauważcie, co Bóg zapewnił w Kościele swojego Syna, Kościele założonym i podtrzymywanym przez Jego Ducha. Mamy Obecność, która przez swoją realność wycisza ducha w pobożny lęk i usposobie go do skupienia i czci; Obecność, która jest sama w sobie świątynią, do której nic profańskiego nie może wtargnąć. Mamy Obecność, która z konieczności trzyma Boga przed naszymi oczyma — Boga ze wszystkimi Jego tajemnicami, Boga ze wszystkimi Jego objawieniami, Boga z całą Jego przyjaźnią dla ludzi. Mamy tego Jezusa, którego Serce w dniach Jego ziemskiego życia zbawiło świat właśnie owymi aktami adoracji, uwydatnionymi przez cierpienie, których naśladowanie i odtwarzanie jest naszym zbawieniem przez całe życie. Mamy zatem w Najświętszym Sakramencie dwa dobra, których znalezienie w jednej Osobie byłoby niemożliwe, gdyby nie było Wcielenia — Boga jako przedmiotu naszej adoracji, Boga jako jej wzoru, modelu i sprawcy. Mamy Tego, Któremu się kłaniamy; mamy Tego, Który adorował za nas i złożył za nas pełne zadośćuczynienie, i który naszym własnym ubogim aktom nadał wszelką zasługę, jaką mają. Tę najpotężniej natchniającą Obecność posiadamy. Lecz mamy daleko więcej nawet ponad to. Gdyby nawet nie było niczego więcej poza tą wzniosłą Obecnością, ludzka adoracja byłaby przez nią tym łatwiejsza i tym bogatsza. Co więcej, jeśli dobrze zauważycie, adoracja — i to publiczna adoracja — jest możliwa nawet bez obecności eucharystycznej. Przywykliśmy uważać funkcje religijne za ubogie i suche bez Najświętszego Sakramentu. Niekatolicka świątynia lub kaplica wydaje nam się zimna, a nawet odpychająca, bo Go tam nie ma. A jednak, gdyby nadmiar miłości Chrystusa nie zechciał tego tak urządzić, nie byłaby możliwa żadna obecność poza niewidzialnym Bogiem i wspomnieniem Wcielenia. I adoracja mogłaby się odbywać, i odbywałaby się dobrze, czy to pod wyniosłym sklepieniem katedry, czy w pobielonych ścianach najpospolitszej kaplicy. Chrześcijanin, nawet bez Eucharystii, ma pobudki najsilniejsze i ułatwienia najobfitsze, by adorować swego Boga. Niejeden sługa Jezusa Chrystusa był przez długi czas pozbawiony tej Obecności, a jednak był bardzo blisko swego Pana; i chciałbym dodać, że niemało z naszych oddzielonych braci, bez tabernakulum i ołtarza, lecz nie zgrzeszywszy przeciwko światłu, dzięki łasce Bożej zanosi modlitwy miłe Bogu. Nie — nie chodzi o to, że człowiek nie może adorować bez Najświętszego Sakramentu; lecz o to, że Najświętszy Sakrament uczynił adorację nieporównanie intensywniejszą i bardziej zasługującą. Cechą wszelkich niskich typów chrześcijaństwa, jakie spotykamy w błędnowierstwie i w praktycznym błędnowierstwie obojętnych katolików, jest zadowalanie się daleko mniej niż tym, co Bóg był gotów im dać. Wcielenie przyniosło wzniosły i doskonały typ służby duchowej. Nie tylko życie nadprzyrodzone, lecz i zażyła jedność z Duchem Świętym; nie tylko cnoty, lecz dary; nie tylko łaska, lecz żywa, władcza i obfita łaska — to wszystko ma być znamionami religii Pana naszego. I weryfikuje się to w chrześcijańskiej adoracji. Jest ona zamierzona i — dzięki Bogu — jest naprawdę w Kościele Bożym nie samą tylko adoracją, nie tylko cnotliwą adoracją, przyjętą adoracją czy chrześcijańską adoracją; lecz adoracją o pewnym nadziemskim charakterze, takim, który przemienia adorującego i przygotowuje wielkie trony — wzniosłe trony — dla jeszcze wyższej adoracji w wieczności.
Cóż to jest, co w Kościele Chrystusowym czyni chrześcijańską adorację tym, czym jest — tak doskonałą, tak wzniosłą, tak Boską? Czy muszę mówić, że jest to Ofiara eucharystyczna?
W pewnym sensie wydaje się niemożliwe, by ludzie adorowali — nawet powszechnie i wspólnie — bez obrzędu ofiary. Serce może zawsze i wszędzie, z pomocą łaski, wznosić się do swego Boga. Lecz mówimy o hołdzie powszechnym, publicznym, narodowym, hołdzie w jego najszerszej formie i najwyższej intensywności — takim hołdzie, jaki powstaje z zebranego tłumu, gdzie każde serce spośród wszystkich obecnych widzi swoje akty uwydatniane przez wspólnotę wielu. Czym może być zgromadzenie religijne bez ofiary? Prawda, przyznaliśmy już możliwość prawdziwej adoracji nawet bez ofiary czy Eucharystii. Lecz mówiąc teraz porównawczo i mając na uwadze, czym są ludzie i czym jest ludzka natura, adoracja w swojej najwyższej formie zdaje się wymagać ofiary. Co może się dziać na zebraniu, gdzie nie ma kapłana ani ołtarza? Po pierwsze, może być głoszenie i nauczanie; lecz to nie jest adoracja. Następnie może być modlitwa przywódcy czy kapłana. Nie chciałbym umniejszać takiej modlitwy; ma ona jednak tę wadę, że nie wzywa mojej własnej duszy do wysiłku. Gdy mój duszpasterz modli się głośno i publicznie, mogę być zbudowany, pouczony, a nawet rozgrzany do pobożności; lecz z reguły moja własna adoracja musi się zacząć, gdy jego modlitwa się skończy. Publiczna modlitwa kapłana rzadko może być modlitwą wspólną, a tym samym rzadko wspólną adoracją. Dalej, może być wspólne odmawianie lub śpiew. I to może być dobre i miłe Bogu. Lecz gdyby na tym tylko poprzestano, zawsze czegoś brakowałoby; brakowałoby silnego, wyraźnego, jednolitego i prostego impulsu, który może wynikać jedynie ze wspólnego celu lub aktu wyraźnie określonego. Wspólna modlitwa lub śpiew jest jak parada wojska w obecności swojego króla; lecz czy nie ma różnicy, gdy owo wojsko atakuje z bezwzględną powagą, by ocalić swego króla od pojmania? I praktycznie rzecz biorąc, czegóż szukamy w zgromadzeniach religijnych, z których usunięto Mszę? Czy nie stwierdzamy, że ludzie przychodzą na nie, by wysłuchać przemówień, zamiast wznosić serca; by słuchać adoracji, zamiast jej dokonywać; by być biernymi, zamiast duchowo aktywnymi; by czuć się spokojnymi i dobrymi wśród wyrazistych okoliczności, zamiast wylewać ciepłe uczucia ku swemu Stwórcy?
Lecz Kościół Chrystusowy ma Mszę. To znaczy, że w naszych zebraniach religijnych mamy pośród siebie najbardziej realny, wyraźny i dalekosiężny akt ofiary. Jest tak, jakby ludzie zebrali się ponownie po Potopie na zboczu góry i patrzyli, jak wznosi się ołtarz, ofiarowuje się na nim ofiara i wznosi ogień, w uznaniu najwyższego majestatu i mocy Bożej. Nie ma potrzeby, by przywódca modlił się głośno, nie ma potrzeby kantyczki czy psalmu; każde serce w tym tłumie bierze udział w akcie poruszającym i znaczącym. Nasza ofiara jest Ofiarą Krzyża — nie powtarzaną, lecz kontynuowaną, aby jej owoc mógł być szerzej udzielany. W pewnej chwili, ze uroczystym przygotowaniem i wśród doniosłych okoliczności, wbijają się mistyczne gwoździe i krew mistycznie płynie znowu, i Serce Jezusa ofiarowuje się w mistycznej immolacji. Wówczas, jak przepowiedział Prorok: *„Przyjdą i będą sławić na górze Syjon; i zbiegną się do dóbr Pana."* Dlatego się gromadzimy; to rozpala nasze serca; to wydobywa uczucia każdego serca; to jednoczy nas we wspólnej adoracji. Nie chodzi jedynie o to, że wzniosła Obecność sprawia, że uświadamiamy sobie naszego Boga i przemienia dom z kamienia w dom Boży i bramę Niebios. Nie chodzi też o to, byśmy tylko stali wokół, przyglądając się i dziwiąc miłosierdziu Najświętszego Serca. Nie — oto bowiem czas adoracji. Wiemy, że obowiązkiem naszego życia jest adoracja — nasz cel, nasza zasługa, nasze szczęście. Lecz cóż to za akt się dokonuje? Jest to akt adoracji, który spośród wszystkich aktów był najwyższy, nadobfity, wszechcierpiący, nieskończenie godny. Dlaczego się dokonuje? Po to, by moje akty, by wasze akty zostały wciągnięte weń, jak wiry oceaniczne wciągają okręty w swoje głębiny; i aby nasze akty i Jego wielki akt były — o ile to można powiedzieć — nieodróżnialne w jednym wielkim holocauście przed tronem Wiecznego. Czy to nie jest adoracja, do której ludzkość dążyła — do której nawet od początku w mroczny sposób się modliła? Adoracja, która wznosi się ze zgromadzenia ludzi, czasem wielkiego, czasem małego, i w której bierze udział każde poszczególne serce w tym zgromadzeniu — zarówno to, które klęczy u stopni ołtarza, jak i to, które zawisa na skraju tłumu w odległym mroku ogromnej katedry; adoracja, która jest zebrana w jedność, wzniesiona do Boskiego napięcia, przemieniona w chwałę Jednorodzonego Syna. W tej chwili głos nauczyciela, modlącego się kapłana, śpiewaka kantyczek lepiej jest uciszyć. Mogą one nam pomóc oczyścić serce i przygotować je; mogą się łączyć, by uczynić święty czas czasem radości lub smutku, czasem skupienia, rozumienia, koncentracji; lecz najwyższe chwile owej nieporównywalnej transakcji są raczej chwilami ciszy — gdy każde serce jest jak jedno serce, wszystkie wzruszone do wielkiego unisono z Boskim Sercem, gdy owo Serce wypowiada swój władczy i przemożny głos — jedyny święty, jedyny Pan, jedyny najwyższy Król!
Mamy zatem w Ofierze eucharystycznej środek i okazję adoracji Boga takiej natury, by skłonić każde serce z osobna do największego wysiłku, a jednocześnie zjednoczyć odkupiony lud, królewski lud i ród chrześcijański, w zewnętrznej i łącznej demonstracji, w której każda ludzka władza może wziąć udział, każdy ludzki zasób może być uruchomiony, i całe zewnętrzne życie wspólnoty może być ukształtowane i zabarwione, jak gdyby naród miał w swym pośrodku swojego króla. Radować się z Jego Obecności, otaczać Go czcią, uznawać wzniosłą Ofiarę eucharystyczną za główny akt religii i największy akt całego ludzkiego życia, i tłoczyć się do jej sprawowania, podporządkowując jej wszystkie czasy i pory — to jest naturalne dla ludu wierzącego. I czyż świat, w którym Msza zajmowałaby należne jej miejsce, nie byłby światem, w którym Chrystus byłby naprawdę Królem na świętej górze Syjonu? Czy nie urzeczywistniałoby to Królestwa Bożego na ziemi? Czy posłuszeństwo nie byłoby pełniejsze, miłość wierniejsza, służba bardziej dostojna, gdy wszystkie serca zwykłym trybem łączyłyby się w publicznym akcie ofiary — gdy ten uroczysty obrzęd uświęcałby każdy dzień od jego początku — gdy ludzie, głęboko poruszeni uczuciem religijnym lub narodowym, czyniliby ze Mszy uroczystej wyraz swego tryumfu, dziękczynienia, przywiązania lub wstawiennictwa; gdy tajemnica eucharystyczna byłaby pierwsza w ocenie, pierwsza w miłości, pierwsza w czci, panią ludzkiego czasu, zarządczynią ziemskich pór; której musiałby ustąpić wszelki interes, u której stóp musiałaby leżeć cała pełnia ziemi?
Ideały — powiecie — Obrazy, których nie można urzeczywistnić! Nie wiem, bracia moi. W niektórych miejscach i w niektórych wiekach to jak najbardziej prawdziwe i solidne pojęcie tego, czym powinna być dla ludzi eucharystyczna obecność i Ofiara, zostało w pewnej mierze wcielone w rzeczywistość. W katolickich wiekach Europy Najświętszy Sakrament był złożony w najwspanialszych pałacach, jakie kiedykolwiek wzniósł ludzki geniusz, i posiadał ołtarze, których bogactwa materialne trudno przecenić. W tak wielkim kościele jak katedry w Canterbury, Londynie i Yorku uroczysta Msza pontyfikalna wielkiego święta była wydarzeniem, w którym szlachta, rycerze, sędziowie i dostojnicy miejscy, wraz z tłumami ludu, łączyli się z biskupem, kapitułą, duchowieństwem i chórzystami, by uczynić ją najdostojniejszą, najbardziej triumfalną, najbardziej dźwięczną, najwspanialszą ze wszystkich, jakie owa epoka mogła wydać. I czyż uroczysta Msza papieska w Bazylice Świętego Piotra — mówiąc o tym ludzkimi proporcjami — nie była stosownym i godnym wcieleniem żywotnego chrześcijańskiego przekonania, że Chrystus w Sakramencie swojej miłości ma być Królem całego tego świata? Chrześcijaństwo nie wszędzie jeszcze pozwoliło nowoczesnemu duchowi apostazji stłumić wzruszające, pocieszające, zbawienne przejawy religijnej pompy. Lecz to, co bardziej nas dotyczy, jest następujące: przez wiek dobiegający kresu katolickie duchowieństwo i lud, będąc świadkami obalenia niemal wszystkiej chrześcijańskiej władzy cywilnej, która niegdyś czciła religię środkami państwowymi, sami, mimo ograniczonych środków, świeckości, niedowiarstwa i gwałtownego oporu, uparcie pracowali nad utrzymaniem Najświętszego Sakramentu na należnym mu tronie. Można to zobaczyć na całym kontynencie europejskim, a zwłaszcza w trzech faktach — we wzrastającej częstości Komunii Świętej; w nadzwyczajnej pobożności podczas Mszy, która się rozwijała — mam na myśli zwłaszcza Mszę cichą, wczesną, komunijną, Mszę dla tłumów — oraz w budowaniu kościołów. Ta ostatnia cecha jest dla nas dziś najbardziej interesująca i jest rzeczywiście najbardziej wyraźna w historii Wielkiej Brytanii i Irlandii w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Kościół Świętego Jerzego, zbudowany pół wieku temu, może dobrze uchodzić za typ kościoła, który nasi ojcowie wznosili w biedzie i w swej nieznanej pozycji. Budowali odważnie; budowali wspaniale; budowali — jeśli wolno mi użyć tego wyrazu — brawurowo. W całym tym kraju, od Londynu po Newcastle, tak, i po Glasgow i Dundee, spotykamy pomniki sprzed pięćdziesięciu lat; pomniki wielkie architektonicznie, solidne w konstrukcji, obszerne, ba — zbyt obszerne dla swej trzody, i ciężące kosztami na barkach niejednego pokolenia. Co natchnęło tych, którzy je wznosili?
Co skłoniło tych ciężko pracujących kapłanów do wkładania grosza swych parafian w ceglane mury, do kłopotania bogatych ludzi o hojne dary, do współpracy z architektami czerpiącymi swoje natchnienie z Westminsteru, Winchesteru i Lincoln? To było uczucie katolika, dla którego jego kościół jest domem jego Boga; to była gorliwość duszpasterza, który pragnął sprawić, by jego trzoda uwierzyła w widzialne królestwo Jezusa Chrystusa; to był ów dumny duch katolicki, który uznaje wielkie katolickie dziedzictwo Eucharystii — owa niepowstrzymana katolicka ufność, która wierzy, że wspólnota gorliwie czcząca Mszę będzie niechybnie wzrastać zarówno w liczbie, jak i w każdej łasce duchowej. Mówi się, że byli nieroztropni i zaciągali długi. Przyjmuję, że jest to po części prawdą. Lecz choćbyście nalegali na wszelkie wady, pozostanie jeszcze dość prawdziwego natchnienia — świętej roztropności i oświeconej gorliwości — by zasługiwały na wszelką cześć, jaką możemy im oddać. Kapłani budujący kościoły i spłacający długi tych niedawnych pokoleń są prawdziwymi potomkami męczenników wcześniejszej epoki. Musieli znosić trud, biedę, naganę, pogardę i niepokój, który zazwyczaj wyczerpywał ich na duchu i ciele, i skracał im życie o lata. Lecz gdy wznieśli kościół, wznieśli coś więcej niż kamienne mury; utwierdzili wiarę, poszerzyli ducha katolickiego i pomogli swemu Odkupicielowi — bo w tej sprawie Chrystus jest w rękach człowieka — dotrzeć do niezliczonych serc dzieci i nieznajomych i przyciągnąć je z biegiem lat. Kościół taki jak ten spełnia ową obietnicę Bożą, gdy powiedział o dawnej Świątyni: *„Oczy moje i serce moje będą tam."* Ze wszystkich tych, którzy przekroczyli jego próg, przemierzyli jego nawy, klęczeli podczas nabożeństw, oko Boże nie przeoczyło i nie zapomniało ani jednego. Dla wszystkich tych, którzy nawiedzili go, by słuchać Mszy, przyjąć Sakramenty, modlić się, słuchać Słowa Bożego — tak, nawet dla tych, którzy stanęli pod jego sklepieniem z pełnym szacunku zaciekawieniem, niejasno pragnąc czegoś, sami nie wiedzą czego — Jego Najświętsze Serce udzielało swych miłosierdzi, darów i powołań — nieprzerwaną, codzienną, bogatą historię Bożych obcowań. Pewnego dnia, ponad dwadzieścia pięć lat temu, zdarzyło mi się zapytać pewnego dobrego i zdolnego młodego człowieka, co skłoniło go po raz pierwszy do myślenia o zostaniu katolikiem. Powiedział mi, że było to odwiedzenie kościoła Świętego Jerzego. Wszedł podczas wieczornego nabożeństwa i w chwili, gdy Najświętszy Sakrament został wystawiony na ołtarzu, fala czułego wzruszenia zdawała się przepływać przez jego ducha, jak gdyby poczuł obecność Pana. Przez cały czas tej Benedykcji i gdy wyszedł na ulicę i szedł do domu, nie był w stanie powstrzymać łez; i poczuł, że odtąd nie może żyć bez dowiedzenia się, czym jest katolicyzm. Jak nieustanny, jak słodki, jak potężny był Boski wpływ, który przez wszystkie te lata promieniował z tej świątyni i ołtarza Baranka, który został zabity! Jak cicho, a jak silnie wzrastało, rozszerzało się i zwyciężało królestwo Księcia Pokoju z tego miejsca najświętszego! Niech będzie pochwalony Bóg za wszystkie błogosławieństwa i nawiedzenia pięćdziesięciu lat; i niech On zawsze pamięta w swym miłosierdziu i ojcostwie o tych, którzy zaplanowali i wznieśli kościół Świętego Jerzego, i pomogli go wznosić; i o tych, którzy z wielkim trudem i staraniem, w świętym posługiwaniu i z miłującą troską, prowadzili go aż do dnia dzisiejszego — dnia, miejmy nadzieję, gdy świta nad nim nowa era, ku większej chwale Boga i dobru niezliczonych dusz, i zaczyna się drugie pięćdziesięciolecie, które Bóg pobłogosławi jeszcze lepszymi darami i większymi miłosierdziej niż te, za które Mu dziś z pokorą dziękujemy.
*Wygłoszone w kościele Świętego Zbawiciela w Dublinie w niedzielę, 14 maja 1899 r.*
*„Miłość zakrywa mnóstwo grzechów"* (1 P 4, 8).
MIŁOŚĆ jest jednym z tych wielkich słów mowy ludzkiej, które jak „Wolność" i „Równość" bywa używane i wysławiane, a zarazem nadużywane. Ludzie nigdy nie przestaną go używać, bo oznacza ono to, bez czego ludzkie współżycie nie może się obejść, jeśli ludzkość nie ma pogrążyć się w upodleniu właściwym zwierzętom. Nie może nigdy przestać być chwalone i wynoszone — chyba że rozum straci swe panowanie, a nawet instynkt ulegnie wypaczeniu i skażeniu. A jednak właśnie dlatego, że jest to słowo tak znamienite, tak święte, tak nieusuwalne, umysły płytkie będą je wypaczać, przebiegli będą się nim posługiwać jako narzędziem, obłudnicy będą je wyzyskiwać, grzech i zło świata będą napierać na jego prawdę i próbować skalać jego czystość.
Miłość wypływa z natury ludzkiej jak woda ze studni w żwirze. Podobnie jak dobra i czysta woda wyrywa się na powierzchnię, przenikając przez piaszczystą glebę, niecierpliwa ograniczenia, ciemności, z których się narodziła, ożywiając wokół siebie trawę i rośliny i przynosząc radość żywym istotom, które ją odkryją — tak miłość jest elementarną siłą, której nie sposób zamknąć w piersi, w której ma swoje bytowanie.
Cóż tworzy miłość? Cóż się miesza, jakie siły łączą się, by ją ukształtować? Jakie procesy rozumu, jakie słodkie i subtelne instynkty, jaka chemia duszy i uczuć dają w wyniku tę dobroczynną miłość, której przedmiotem są mężczyźni, kobiety i małe dzieci naszego rodzaju? Czytacie w jednym z Listów świętego Pawła rozległy opis miłości — rodzaj ody czy hymnu prozą, w którym zatrzymuje się on nad jej pięknością i ceną. *„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest; miłość nie zazdrości, nie działa obcesowo, nie unosi się pychą, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie myśli nic złego; nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się weseli z prawdy; wszystko przetrzymuje; wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko znosi."* Tu mamy żywioły miłości; pierwotne ludzkie impulsy, które w swoim działaniu jaśnieją światu jako miłość. Gdy je zestawicie, stwierdzicie, że ta retoryczna amplifikacja jednego z największych retorów porządkuje się pod trzema nagłówkami — pokora, hojność, współczucie: oto źródła miłości. Nie prowadzę tu poszukiwań w dziedzinie nadprzyrodzoności. Mówię tylko o naturze ludzkiej. Jeśli znajdziemy naturę obdarzoną najpierw pięknym darem zapominania o sobie samym; następnie impulsem do dawania, wyrzekania się, oddawania; i wreszcie tajemnicą wnikania w inne serca i odczuwania tego, co czują inni — tam mamy miłość jako wyposażenie natury; dar, który zdaje się być ozdobą i koroną natury; dar dotąd nie dotknięty ogniem, który jest w pełnym sensie Boski, a jednak daleki od tych pospolitszych i nikczemniejszych instynktów, przeciwko którym nawet rozum naturalny każe nam walczyć.
Nie ma więc nic dziwnego, że moraliści wszelkiej odmiany pogaństwa i wszelkiej szkoły naturalizmu pozostawili w spuściźnie pochwały miłości. Miłość bowiem jest zasadą żywotną moralnego świata; jest solą wielkiego morza ludzkości. O ile świat bez łaski może uniknąć skażenia i zamętu, miłość jest tym, co go ocala i zachowuje. Miłość neutralizuje i omija surowe i nieubłagane siły nieprzyjaznej natury. Miłość walczy z głodem i bólem. Miłość jest okiem dla ślepych i nogą dla chromych. Miłość wyrównuje nierówną dolę ludzi — ową nierówność, która jest dziełem ich zróżnicowanych sił, zdolności i szczęścia. Lecz nade wszystko miłość rozlewa cenny blask słońca nawet tam, gdzie nie może rozprószyć smutku i cierpienia, wypełniając serca wdzięcznością, radością i bezcennym poczuciem, że jest się kochanym i o siebie ktoś dba. Prawdziwa miłość tworzy prawdziwe braterstwo. Braterstwo bowiem nie jest wynikiem samego tylko uznania równości. Człowiek może być moim równym, nie będąc moim bratem. Może mieć to samo pochodzenie, tę samą naturę, te same prawa, ten sam cel. Mogę to wszystko uznać; a przecież, jeśli chodzi o braterstwo, może być mi nie bliższy niż jeden kamień Stonehenge jest drugiemu. Tylko wtedy, gdy czuję z nim, wyrzekam się siebie i oddaję mu — tylko wtedy jest on moim bratem.
Lecz miłość w sensie chrześcijańskim oznacza daleko więcej niż to wszystko. Miłość była zbyt ścisłym elementem ludzkiej natury — zbyt istotnym, zbyt cennym — by nie mieć udziału w owym obfitym wylaniu Bożego poświęcenia, które przyszło na świat przez błogosławione przyjście Jezusa Chrystusa. Pokora, hojność, współczucie — jakże mogłyby znaleźć swą prawdziwą doskonałość, nie wznosząc się ku owemu Stwórcy — ku temu Nieskończonemu — który daleko bardziej niż jakiekolwiek stworzenia czy interesy tu na dole jest celem sił mojej duszy, przedmiotem rozszerzenia się mojej duszy. Nie będę rozważał, jak dalece ludzka miłość mogłaby się przemienić w Boską miłość, gdyby nie było Wcielenia ani Objawienia. Jest pewne, że ponieważ Jezus Chrystus objawił Boga i udzielił człowiekowi owej łaski nadprzyrodzonej, która unosi go w sferę nadprzyrodzoną zarówno w bycie, jak i w działaniu, przeto przez Chrystusa rodzima miłość człowieka nauczyła się szukać najpierw Boga, a wszystkich innych rzeczy po Bogu.
Może być ktoś, kto sądzi, że miłość Boga i miłość bliźniego to dwie odrębne i niezależne cnoty. Lecz jest to błąd. Jest miłość braterska, która nie uwzględnia Boga. Prawda — i nie chcę twierdzić, że nie jest autentyczna, o ile sięga. Jest jednak miłością chudą, ślepą i słabą. Jest jak źdźbło wschodzącego zboża, które gorący wschodni wiatr zmarnował i pożółcił — które nigdy nie będzie zielone i nigdy nie wzrośnie. Czuje dla istot ludzkich; lecz nie wie, czym jest istota ludzka. Nie zna jej przeznaczenia; nie wie, w czym polega jej prawdziwe szczęście; widzi tylko kruchego, zagadkowego, zmagającego się śmiertelnika, zabawkę losu, łup nieuchronnej śmierci. Wśród pogan byli miłośnicy swych bliźnich; lecz w pogańskiej ciemności jakże daremne były ich wysiłki, jak nikłe sukcesy, jak częste zwątpienie! I tak w chwili obecnej istnieją na świecie — wśród nas — ludzie, którzy ignorują duchowe i wieczne i czynią wspaniałe rzeczy dla dobrobytu fizycznego ludu. Ich miłość jest prawdziwa — lecz nie jest tym, czym mogłaby być. Nie mówię, że trzeba zatrzymać się i dokonać aktu wiary, zanim nakarmi się głodującego człowieka. Żeby był nakarmiony, jest nieskończenie lepsze niż żeby nakarmiony nie był. Lecz wiara w Boga przyniosłaby po pierwsze cenną zasługę życzliwym ludziom zadawalającym się tym, co doczesne i ta wąska ziemia; następnie natchnęłaby rozleglejsze idee, cele bardziej dobroczynne, dzieło trwalsze, uczynki miłosierdzia, które nie tylko przynoszą ulgę śmiertelnemu człowiekowi, lecz pomagają mu zapewnić sobie nieśmiertelność szczęścia. A nade wszystko wiara przemieniłaby filantropię w prawdziwą i autentyczną cnotę chrześcijańską. W cnocie motyw jest wszystkim. Nie znaczy to, że przez dążenie do tego, co uważam za dobry wynik, można zmienić wadę w cnotę. Lecz ludzkie czyny biorą swoje znaczenie i swą godność pochwały z szczerego zamiaru. Tak też ludzka dobroć, ludzka miłość, jest prawdziwą cnotą chrześcijańską tylko wtedy, gdy kocha ludzi dla miłości Boga. Bo Bogu należna jest cała nasza oddaność; i według słusznego rozumu inne rzeczy można kochać tylko ze względu na Niego i w Nim. To dlatego, że w moim bliźnim widzę wolę mego Stwórcy, dobroć mego Stwórcy, wielkie zamiary mego Stwórcy dotyczące wieczności — kocham go i mu pomagam. Mój zwykły impuls może być ciepły lub zimny; moja zwykła natura może być hojna lub odwrotnie: człowiek nie jest sądzony za impulsy ani za naturę, choć może być przez nie wspomagany lub utrudniany. Jest sądzony przez swoje rozumne cele i wysiłki; przez swoją aktywną wolną wolę, której łaska dopomaga. Stąd też prawdziwy chrześcijanin szuka Boga w swoim bliźnim. Nie szuka zaspokojenia swojej naturalnej życzliwości. Nie szuka wdzięczności tych, którym pomaga. Nie szuka, przede wszystkim ani na pierwszym miejscu, naprawy tego świata, zmniejszenia biedy, przedłużenia życia. Żadna z tych rzeczy nie jest dobra w sensie absolutnym; mogą być dobre lub mogą być przeciwieństwem dobra. To Bóg i to, co poznał z Boga, jest probierzem, kamieniem próbnym, przez który wie, co jest dobre dla jego bliźniego, a co szkodliwe. Wie, że gdy człowiek jest w ciężkiej potrzebie materialnej — gdy głoduje, jest bezdomny, nagi — nie należy stawiać żadnych pytań; ten człowiek musi być okryty i nakarmiony. Lecz w stu kwestiach, które wyłaniają się przy rozdzielaniu miłości, tylko chrześcijanin ma regułę, którą się kierować. Musi kierować się interesami Boga, inaczej jego filantropia będzie fałszywa i pogańska. Musi przedkładać wieczne nad doczesne, duszę nad ciało, dobro wyższe nad mniejsze. Tym bardziej jeśli jest w takiej pozycji lub miejscu, że może wpływać na wielkie ruchy lub przewodzić ludziom i narodom, musi myśleć raczej o tym, co podnosi ludzi, niż o tym, co zaspokaja zmysły w chwili i momencie.
Lecz jeśli chrześcijańską prawdziwą regułą jest przedkładanie Boga nad wszelkie niższe rzeczy w miłości, to jego przywilejem jest i to, że ma też moc Bożą, na której może się oprzeć. Nie jest zobowiązany mierzyć sukcesu swoich dobrych wysiłków ich natychmiastowym lub widzialnym powodzeniem. Ludzie mogą być trudni do wspomagania, bieda może być przytłaczająca, degradacja może być głęboka, grzech i głupstwo każdego pokolenia, jak się rodzi, może zdawać się raczej rosnąć niż maleć. Lecz Bóg nie musi czekać na działanie prawa fizycznego. Bóg ma krótszą drogę do serc i dusz niż ligi dobroczyńców, plany milionerów czy gorliwa praca filantropów. Wysiłek jednego człowieka — człowieka prawdziwej oddaności, człowieka modlitwy, człowieka świętości — często przemienia pustynne miejsca tego świata w piękno i urodzajność, bo stawia Boga na pierwszym miejscu, a Bóg działa z nim. A jeśli bieda i cierpienie trwają nadal, zdają się dawać opór pobożności świętego tak jak dają odpór nauce ekonomisty, chrześcijanin nigdy nie utraci nadziei ani nie osłabnie; bo wie, że wszystko to nie jest absolutnie i nieodwracalnie złe: przeciwnie, mają w sobie obietnicę i nadzieję; były głównymi elementami w samym życiu Jezusa; zostaną odkupione wielką ceną w wieczności, jaka nadejdzie, a odważne, lecz pozornie daremne i bezowocne zmagania dobrych ludzi za swoich bliźnich tylko powiększą radość i chwałę owego dnia, w którym sam Pan Bóg obejmie urząd karmienia głodnych i wycierania łez strapionych.
Prawdziwa miłość chrześcijańska jest zatem przede wszystkim miłością Boga ponad wszystkim, a dopiero na drugim miejscu miłością bliźniego. Tak naucza rozum. Tak potwierdza Boże Objawienie. Tak musimy odczytywać owe szlachetne ustępy Nowego Testamentu, w których są zawarte idee świętego Piotra, świętego Pawła i świętego Jana.
Czy ktoś kwestionuje to? Czy ktoś wnosi, że mówiąc tak, chrześcijański kaznodzieja gasi ogień miłości bratniej, wyczerpuje studnie dobroci, czyni ludzką miłość zwykłą transakcją między Bogiem a tymi, którzy chcą zbawić swoje dusze? Ach! gdyby tylko tacy oponenci rozumieli, co znaczą owe ostatnie słowa; rozumieli, jak żadna dusza nie może mieć żadnej transakcji z Bogiem miłości, jeśli nie przynosi wszystkich swoich dobrych i świętych impulsów, by zostały przez Niego pobłogosławione i uświęcone! Zgasić! Wyczerpać! Łaska Boża nie gasi niczego poza tym, co szkodliwe; nie wyczerpuje niczego poza tym, co złe. Boska wiara wzywa mnie do zbawienia swej duszy — to prawda; pokazuje mi, że wielkim przykazaniem jest miłować Boga z całego serca; lecz pokazuje mi też, jak dla dziecka ziemi nie ma bezpieczniejszej drogi do szczęścia niebieskiego, ani bardziej skutecznego środka miłowania Boga w całej prawdzie i szczerości, niż miłowanie bliźniego jak siebie samego.
I to, uważam, jest znaczeniem owych słów świętego Piotra: *„Miłość zakrywa mnóstwo grzechów."*
Nie może być rozsądnej wątpliwości, że w tym miejscu Apostoł mówi o miłości bliźniego. Mówi: *„Przede wszystkim miejcie wśród siebie stałą wzajemną miłość."* A ustęp Księgi Przysłów, do którego z pewnością się odnosi, brzmi: *„Nienawiść wzbudza spory; miłość zakrywa wszystkie grzechy."*
Lecz jak miłość zakrywa grzechy miłującego? Jak grzechy mogą być „zakryte"?
Mógłbym odpowiedzieć, nie będąc w żaden sposób niepoważnym, że grzechy ludzi nigdy nie są „zakryte", to jest nigdy jedynie „zakryte" lub ukryte przed wzrokiem Wielkiego Sędziego; albo są jawne i odkryte Jego oku, albo też są całkowicie zmyte.
Nie da się zaprzeczyć, że słowo „zakryć" jest często używane w Biblii o grzechach przebaczonych; na przykład w Księdze Psalmów mówi się: *„Odpuściłeś winę ludu swego; zakryłeś wszystkie ich grzechy."* To sugeruje nam prawdziwe znaczenie słowa „zakryć". Naprawdę oznacza ono „sprawić, by zniknęły". Jest straszne miejsce u Ezechiela, w którym Pan grozi, że wina Jeruzalem będzie jak krew na gładkiej skale … krew, która nie może wsiąknąć w miłosierną ziemię i być „zakryta". W tym miejscu słowo oznacza „całkowicie zniknąć".
Święty Piotr chce zatem powiedzieć, że miłość sprawia, iż grzech znika, jak krew wylana na piasek jest miłosiernie pochłaniana i zanika. Lecz w jaki sposób?
Jest i może być tylko jeden sposób wymazania grzechu osobistego. Jest nim nawrócenie serca do Boga, z miłością, skruchą i postanowieniem poprawy. Jest to właśnie ten proces, owo poruszenie naszego duchowego bytu, które z Jego łaski i z pomocą Sakramentów zmywa grzech. Lecz zauważcie, że jest w mowie powszechnym zwyczajem wskazywanie na główny instrument tak, jakby był on samym procesem lub aktem. I tak, gdy pola są spieczone, rolnik modli się o południowo-zachodni wiatr. Czy wiatr pokrzepi jego twarde i spragnione skiby? Czy wiatr napełni źródła i cieki wodne? Nie. Lecz przyniesie na swych skrzydłach życiodajny deszcz. I dlatego niech Bóg sprawi, by zawiał!
Nie ma środka — spośród wszystkich aktów, zajęć i działań ludzkich, poza władzą sakramentalną — który miałby tak silny, tak pełny i tak bezpośredni wpływ na odpuszczenie grzechu jak miłość bliźniego. Miłość jest wielkim zgładicielem grzechu. Miłość bowiem przynosi te łaski i usposobienia, które ze wszystkich najbardziej skłaniają do prawdziwej skruchy, prawdziwego nawrócenia, wytrwałej miłości i wolności od sądu, który ma nadejść.
Rozważcie, jak miłość braterska sprawia owo zwrócenie serca do Boga, które nazywamy „nawróceniem". Nie mówię o żadnym jednym rodzaju czy gatunku nawrócenia. Jest nawrócenie z grzechu śmiertelnego, nawrócenie z grzechu powszedniego, nawrócenie z oziębłości, nawrócenie ze światowości. Element owych rozmaitych rodzajów nawrócenia, o którym tu mówię, jest jeden i ten sam. Jest nim pewne zwrócenie serca i duszy do Boga. Jest to pewne przebudzenie wobec swego Stwórcy, uświadomienie sobie swego Celu Ostatecznego, ponowne ustanowienie naszego duchowego punktu widzenia, zmierzające do tego, by Bóg był tym, czym być powinien — pierwszym we wszystkich naszych myślach i działaniach, jedynym celem i miłością tych serc, które On stworzył. Twierdzę, że nic nie sprzyja tak ustanowieniu i zachowaniu tego stanu duszy jak dobroć wobec innych. Człowiek nie może być naprawdę życzliwy bez wychodzenia poza siebie samego; a żaden człowiek, jeśli jest wierzący, nie może wychodzić poza siebie bez odkrycia, że Bóg jest mu bardzo bliski. Serce ludzkie nie może zmiękczyć się wobec nędzy lub biedy bez stawania się wrażliwym na Boski wpływ; bo nie ma siły, która topnieje ludzką zatwardziałość i skłania człowieka do rzucenia się do stóp swego Stwórcy, jak litość, współczucie, miłosierdzie. Ponieważ serce moje wzrusza się do bliźniego, odczuwam potrzebę Tego, który wzruszy się do mnie. Ponieważ wylewam się nad cudzymi smutkami, uświadamiam sobie, jak moje własne smutki potrzebują przyjaciela. Ponieważ przestaję zamykać się w egoizmie, nie mogę się zatrzymać, dopóki nie oddam się jedynemu Ojcu. Ponieważ poruszam się, by nieść pomoc innym, czuję, jak moja ukryta miłość Boga zaczyna rozżarzać się. Ponieważ podejmuję walkę ze złem, z trudnością, z utrapieniem, nabiera mnie odwagi myśl, że stoję po stronie Pana Zastępów, i dusza moja wznosi się, by tym mocniej przylgnąć do Niego. *„Człowiek miłosierny dobrze czyni własnej duszy,"* mówi Duch Święty. Jest to spełnienie owej obietnicy Boga w Ezechielu: *„Otworzę groby wasze i wyprowadzę was z grobów waszych, ludu mój … i poznać, żem jest Pan."* Czyż nie widzieliśmy tego? Czyż nie znamy tego? Człowiek, ochrzczony jako chrześcijanin, popadł w niedowiarstwo; Bóg daje mu