łaskę zainteresowania się biednymi — i oto straszliwe rzeczywistości życia i śmierci budzą jego sumienie, a wiara w Boga powraca. Człowiek jest umarły w grzechu śmiertelnym, zobojętniały na sumienie, niedbały o sąd. Litość toruje sobie drogę do jego serca — litość nad sierotą lub cierpiącym — i zdarza się, że jego skamieniałe serce roztapia się, a wielkie prawdy wieczności rozbrzmiewają tak, jak nigdy dotąd. Światowi i obojętni dostępują łaski, by być wzruszeni niedostatkiem, nędzą i utrapieniem naszych wielkich miast; i owa łaska nie ustępuje, dopóki nie zmoże ich, nie każe im odczuć duchowej jałowości i upadku ich własnego życia i nie przywiedzie ich do zwrócenia się ku Jezusowi. Albowiem w owym zmiękczeniu serca wobec ubogich i potrzebujących jest przygotowanie ducha do wszelkich rzeczy wzniosłych i niebiańskich, tak iż Duch Święty, zstępując jak gołębica dawnych czasów, znajduje grunt, na którym może zatrzymać swe stopy, i przebywa tam, by zgładzić wszelki grzech i uczynić takie serca swoją własnością.
Ale jeśli miłosierdzie przygotowuje drogę dla Ducha, to jeszcze bardziej uderzająco prawdziwym jest, że utrzymuje ono duszę silną i mocną w łasce tegoż Ducha. Czym jest miłosierdzie, czyli miłość bliźniego, poza tym, że jest popędem lub uczuciem? Jest to wymagające zajęcie i praca. A czym jest ta praca, o ile mnie samego dotyczy? Jest dawaniem z siebie — wyrzekaniem się — ofiarowaniem. I oznacza prawdziwe oderwanie serca od rzeczy, które najbardziej krępują serce i skłaniają je do odwracania się od Boga — to znaczy od bogactw, dóbr doczesnych i rozkoszy tego podksiężycowego świata. Człowiek, by wypełniać miłość bliźniego, musi dawać; musi brać od siebie i przekazywać drugiemu; czy jest sam zamożny, czy też jego środki są skromne, czy daje wiele czy mało — z pewnością odczuje to dawanie. Czy jest jakaś skłonność natury, która, ogólnie biorąc, jest bardziej powszechna u ludzi niż przywiązanie do tego, co się posiada? Czy jest jaka część czułej powierzchni natury, która bardziej łatwo drażni się, szybciej reaguje, głębiej odczuwa zniewagę niż uczucie posiadania? Nie ma nic zdrowszego niż umartwienie i zabicie tego wrodzonego chciwstwa, tej żądzy posiadania i trzymania, z którą człowiek przychodzi na świat. Jest to dzieło całego życia — i warto poświęcić mu cały czas i cały wysiłek. Serce prawdziwie oderwane jest bowiem sercem absolutnie przygotowanym do miłowania Boga całkowicie i zupełnie. Cóż widzimy w żywotach Świętych? Widzimy ludzi, którzy ogołacają się ze wszystkiego, co mają — którzy uciekają — którzy żyją z dala od pieniędzy i rozkoszy — którzy z zapamiętaniem świętości odrzucają każdą plamę ziemskiego żużla, który mógłby zbrukać serce całkowicie poświęcone Bogu. Jest to z pewnością nauka. Dlaczego nie mogę kochać Boga czyściej, bezpieczniej, bez przerwy? Czyż nie dlatego, że jestem spętany i duszony przez rzeczy, które posiadam? Może to być mało, co mam, mało, czego mogę się w ogóle wyrzec. Ale dusi mnie i knebluje, ponieważ nigdy nie wyzwoliłem się z przywiązania do tego. Niechże pomyślę o moim bliźnim! Niechże szukam skrytki ubóstwa! Niechże poszukuję głodujących i cierpiących! Niechże pamiętam o sierociech i dziecku bez domu! Niechże dam coś, uczynię coś, poniosę coś dla tych, których nieszczęście przygniotło ciężko i ciemno — i Boże jest przyrzeczenie, że postawię siebie na drodze ku temu, by stać się istotą wolną i jednomyślną.
To jest podstawa ewangelicznej nauki, że życzliwość wobec bliźniego jest próbą i miarą naszej miłości ku Bogu. Pamiętacie ów nieśmiertelny urywek św. Jana: *„Ktokolwiek by widział brata swego w potrzebie i zamknął przed nim swe wnętrzności, jakże w nim przebywa miłość Boża?"* Przeciwieństwo może się wydawać możliwe. Prawda, że człowiek nigdy nie powie wprost: „Kocham Boga, ale bliźnich nie kłopocę się". Nawet najbardziej elementarne chrześcijaństwo nie pozwoli mu tego powiedzieć. Ale zdarza się — nie rzadko, lecz ciągle i wszędzie — że mężczyźni i kobiety zaniedbują potrzeby bliźniego, a jednak zdaje się im, że kochają Boga. Innymi słowy, są przyzwoici, pobożni, chodzący do kościoła, przystępujący do sakramentów ludzie w setkach i tysiącach, którzy ani nie znają ubogich, ani nie troszczą się o ubogich. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż tak zwana „pobożność" tych, którzy zaniedbują w ten sposób wolę i przykazanie Boże. Ich pobożność jest czystym uczuciem; ich spokój duszy jest pustym i złym pokojem; czczą Boga tylko wargami. Poddajcie ich próbie. Sprawdźcie ich w prostym i łatwym przypadku miłości bliźniego. Ludzie tacy odwracają się chłodno. A może, z Bożą pomocą, wchodzą w siebie — rozpoznają fałsz swego życia — i postanawiają czynić więcej dla ubogich. Ale gdyby owa próba potrzeby bliźniego nie była im dana, mogliby przejść aż do sądu w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, że kochają Boga, gdy w rzeczywistości ich miłość była jedynie letargiem kończącym się śmiercią.
Ale nie tylko miłość bliźniego jest probierzem miłości Boga — jest ona także wzmaganiem tej miłości. Tak jesteśmy stworzeni. Uczucie, choćby było wiarą, nadzieją lub miłością, więdnie, jeśli zamknięte jest w sercu. Musisz je wyrazić, inaczej — prędzej czy później — umiera. Wyrazić je słowami, westchnieniami czy łzami — jest to pożyteczne i wzniecą je na nowo. Ale wyrazić je czynem — pobudzić umysł i wolę, wyobraźnię i władze cielesne w wysiłku i trudzie zewnętrznego jego wykonania — to karmić je paliwem jak karmi się ogień, żywić je, dawać mu wzrost, moc i wytrwałość. Tak więc człowiek praktykujący miłość bliźniego wzmaga swoją miłość ku Bogu. Wysiłek, ofiara, samozaparcie są jak podmuch północnego wiatru, który roznieca ognisko na szczycie góry. Wielki Apostoł, kiedy rozmyśla o potrzebach swoich braci, woła, że serce jego jest „rozszerzone". Jest to słowo Psalmisty: *„Rozszerzyłeś serce moje."* To właśnie czyni chrześcijańska miłość bliźniego. W ten sposób czytamy, że w czasach prześladowań gorliwi słudzy Boży trafiali do mrocznych więzień i zdawało się im, że widzą samego Chrystusa w owych pobitych i torturowanych wyznawcach, leżących tam. Historia misji daje nam podobne obrazy; kapłan, mnich, biskup, którzy nauczyli się kochać Boga w swoich skrytych modlitwach, odkryli, że zdawało się im, iż widzą Go i czują, gdy stali twarzą w twarz z poganami oczekującymi zbawienia. Święty Hugo z Lincolnu całował stopy trędowatego, jak pocałowałby stopy Chrystusa na Krzyżu. Święty Ludwik Bertrand obejmował biednego umierającego niewolnika, jakby to był jego Pan i Mistrz. Święty Karol zbierał sieroty po wielkich zarazach mediolańskich, jak gdyby każde z nich było Dzieciątkiem Jezus. Święty Wincenty przez pół wieku sprawował swą cudowną posługę, niosąc ulgę, pocieszając, dając schronienie, zbawiając, jak gdyby Boski Pasterz dał mu własne swe serce. I nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by chrześcijanin w duchu chrześcijańskim dał ubogim, pocieszył cierpiących lub służył dzieciom biednych, bez tego, by jego miłość ku Bogu stawała się cieplejsza, bardziej rzeczywista i mocniejsza.
Czy to właśnie oznacza ów pocieszający zapewnienie, że *„Miłość pokrywa mnóstwo grzechów"*? Tak to interpretuję. Miłość, prawdziwa braterska miłość, sprawia, że wszelki grzech znika. Grzech i miłość nie mogą istnieć razem. Spróbujcie. Owszem, próbowaliście i doświadczyliście tego. Dusza człowieka była w złym, niezdrowym stanie — jak jakiś stary dom, który był zamknięty od lat; dość solidny i suchy, ale stęchły, niezdrowy, cuchnący. Właściciel wraca, drzwi i okna zostają otwarte; i wówczas powietrze i błogosławione słońce zalewają go — i dom ten jest znów czysty i nadający się do zamieszkania. Człowiek otwiera swoje drzwi i okna przez dobroć i miłość bliźniego. Bracia moi, otwórzcie swoje. Wpuście łaskę Bożą i światło. Nie wiecie, co ma wam do dania, jeśli tylko otworzycie serca, by czynić dobro szczodrze tym stworzeniom, które Bóg miłuje. I pójdę dalej.
Żaden katolik nie może sądzić, że jeśli jest miłosierny, jego grzechy mogą być zakryte, choćby się nie nawrócił. Żaden katolik tak myśleć nie może. Kochać bliźniego, nie żałując za obrazę Boga, i spodziewać się, że na sądzie będzie miłosierdzie i przebaczenie — to jedynie kpić z Boga. A jednak w każdym sercu tkwi głębokie przekonanie, że nad tym, kto jest miłosierny, Bóg ma litość. I jest to przekonanie prawdziwe — zbawienne. Dla takiego człowieka jest miłosierdzie i zawsze miłosierdzie. Miłosierdzie podąża za nim i czuwa nad nim jak anioł stróż. Miłosierdzie woła go, szeptem nawrócenia do serca. Miłosierdzie strzeże go w pokusie, trzyma blisko Kościoła i ołtarza, daje mu siłę do wytrwania. Miłosierdzie rozlewa nad jego życiem jakąś żyzność, jakąś obfitość, która przelewa się nawet na jego sprawy doczesne — mnoży jego dobra w miarę, jak daje, odpędza cierpienie, bo służy tym, którzy cierpią, błogosławi jego dzieci, bo lituje się nad sierotą. Miłosierdzie jest przy jego łożu śmierci, odpędzając wroga, rozjaśniając mrok godziny przeznaczenia, napełniając powietrze niebieskim wpływem. I miłosierdzie oczekuje go na sądzie — bo jeśli jest dług do spłacenia, który nadprzyrodzone ognie mają wyegzekwować, miłość bliźniego spłaci wszystko; i Chrystus powie: *„Wejdźcie w radość, która jest dla was zgotowana, bo gdy służyliście moim maluczkim, Mnie to uczyniliście."*
Wiecie, czego — kogo — dziś prosię. Sierociniec Dziewcząt przy ulicy North William, pod troskliwą opieką córek świętego Wincentego, Sióstr Miłosierdzia, jest jednym z tych dzieł katolickiej miłości bliźniego, które każą nam dziękować Bogu za naszą wiarę i ducha katolickiego. Sto osiemdziesiąt sierot, zebranych przez Siostry, jest ochronionych, nauczanych poznania swego Niebieskiego Ojca, kształconych i przygotowywanych do życia. Dzieło to jest pięknym i wymagającym kawałkiem chrześcijańskiego apostolstwa. To miasto, w którym jest tak wiele rzeczy, z których katolik może być słusznie dumny, rzadko kiedy ukazuje widok bardziej błogosławiony i pocieszający niż ta wspólnota Sióstr i ich rodzina. Ale nikt z tu obecnych — nikt, kto czuje, jak serce mu goreje do tego dzieła Bożego — nie powinien poprzestawać na jałowym uczuciu. Dzieło to zależy od jałmużny. Dzieło to zależy w znacznej mierze od wyników właśnie tego dnia. Proszę was, byście każdy z was złożył ofiarę dla miłości — dla sieroty — dla ubogich. Proszę was o hojność. Niech Bóg oświeci wszystkich tu obecnych i zmiękcza każde serce, aby choć trochę dobrego zostało uczynione, kilka łez otartych, trochę niebieskiego słońca wniesionego do nędznych żywotów, w imię Niebieskiego Ojca nas wszystkich. Amen.
*Wygłoszone w kościele Świętego Augustyna w Preston, w niedzielę 5 września 1898 r.*
*„Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam" (J 20, 21)*
Przemawiając dziś w kościele poświęconym świętemu Augustynowi Anglii, w tym roku, który rozpoczyna czternasty wiek jego dzieła i jego chwały, pragnę wam wskazać, byście wznieśli swe serca ponad spory, ponad nieuchronną przykrość, jaka wynika z waśni i sprzeciwu, ponad szczegóły dat, miejsc i świadectw — i byście zatrzymali się nad tajemnicą i duchowym znaczeniem jego Apostolstwa.
Trzynaście wieków temu miłosierdzie Boże spłynęło jak deszcz ze słodkich niebios na tę wyspę, którą zwiemy Brytanią, i na ten lud, który zwiemy angielskim. Przez wiele lat, nawet po dniach Betlejem, Kalwarii i Pięćdziesiątnicy, niebiosa były spiżowe nad tą ziemią. Ogrodzona morzami, jej łagodne lata i łaskawe zimy następowały po sobie; a zachodnie wichry rok po roku przynosiły jak w batalionach chmury i mgły, które ją żywią, owijają i utrzymują zieloną i żyzną. Ale rosy Chrystusowego Krzyża nie znała. Nasze kroniki mówią nieśmiało o świętym Józefie z Arymatei, a nawet o świętym Pawle. Opowiadają, z większą pewnością, o Lucjuszu i Eleuteriuszu; i pewne jest, że przynajmniej na Zachodzie kwitło szlachetne chrześcijaństwo na całe stulecie przed świętym Grzegorzem; tymczasem nawet w czasach rzymskich, dwa stulecia wcześniej, istniały tu kościoły, wyznawcy i męczennicy. Ale mówiąc ogólnie, w szóstym wieku był tu lud pogański i ziemia bałwochwalcza. W owych dniach przyszło miłosierdzie. Przyszło jak jesienne burze — obfite, władcze, niosące życie i płodność. Nie miała już wrócić suchość ani nieurodzaj.
Historia chrześcijańska, która rozpoczęła się w ostatnich latach szóstego wieku, miała trwać bez przerwy przez tysiąc lat — historia, która napełnia nas wdzięcznością, gdy spoglądamy wstecz na jej długi bieg; historia, która, choć zeszpecona i przerwana w czasach odstępstwa od wiary i jedności, w pewnym sensie nie jest jeszcze urwana, lecz należy do nas — nawet do nas, którzy spotykamy się tu dziś, by wspominać i czcić świętego Augustyna.
Myśląc o nim, możemy myśleć i o tych innych mężach, którzy byli z nim duchem lub ciałem. Nie można w tym roku nie pamiętać o Grzegorzu Wielkim. Nie można nie przywołać Wawrzyńca, Melitusa, Justa i Paulina. Co więcej, powiedziałbym, że nie powinniśmy, wyliczając naszych Apostołów, pomijać imion Kolumby i Aidana. *„Co to są, Panie mój?"* — rzekł Prorok do Anioła, gdy w nocy ukazała mu się wizja jeźdźców zgromadzonych pośród mirtu w dolinie — *„Co to są?"* A odpowiedź brzmiała: *„To są ci, których Pan posłał, aby chodzili po ziemi."*
Nigdy w pełni nie pojmiemy tej tajemnicy „posyłania" ludzi do ludzi przez Boga, który ludzi stworzył. Jest w niej tak wiele elementów, które wzywają nas do uwielbienia, do chwały, do miłości, do odpowiedzi ofiarą z siebie. Bóg nie musiał stwarzać; a gdyby nie stworzył istot obdarzonych rozumem, nie byłoby powodu do owej wylewającej się na zewnątrz energii, podobnej do potężnego ognia, przez którą Go przede wszystkim poznajemy. A jednak w samym Bóstwie, czysto duchowym i czysto prostym, jakim jest, objawione jest, że zachodzi pochód Ducha Świętego. Oznacza to między innymi Bóstwo jako źródło, jako zdrój, jako fontannę. Nie zatrzymuję się na osobowości Boga Ducha Świętego; jedynie Ją adoruję. Ale podczas gdy oznacza to więcej, niż wszystkie serafiny i cherubiny mogą kiedykolwiek poznać, oznacza to również — że Nieskończony zawiera w sobie, jak w ich wrodzonym źródle i sferze, wszystkie warunki i elementy, które znamy pod nazwami energii, siły, mocy i działania. Stąd pochodzi stworzenie. Ze stworzeniem, wciąż z tej otchłani, płynęło światło, moc, przewodnictwo i ojcowska troska o nieśmiertelne dusze, które stworzenie powołało do istnienia. Stąd pochodzi Wcielenie — dzieło wieńczące tajemnicze Boże „posłanie" — w którym Ten, który był posłany, był prawdziwym i odpowiednim Mesjaszem, w którego posłaniu zawierać się miały wszystkie inne posłania. Człowiek mógł oczekiwać, że Bóg o nim nie zapomni; że go nie puści; że go nie pozostawi bez poselstwa. Ale właśnie to „posłanie" Syna Wcielonego wyobraził sobie i wykonał nasz Ojciec Niebieski — to i nie inne. To właśnie starożytni Prorocy i królowie usiłowali nazwać. Nazywali to „rozerwaniem niebios", bo nie było to zwykłe orędzie z góry, lecz wskazywało na słodką przemoc, na kochającą samowładność, na jaką Bóg pozwala sobie, gdy chce okazać swoją miłość ku ludziom. Zdawało się im, że to jest topnienie samych gór, zapalanie się samych rzek. Wydawało się im, że jest to zapisane w pierwszej linii pierwszego rozdziału wielkiej księgi Bożych spraw z Jego stworzeniami: *„Oto przychodzę."* Dla Wcielenia szukali (nie znajdując go, bo wymyślił je sam Bóg) nowej nazwy dla Bożego miasta na ziemi. To wielkie przyjście Tego, którego posłał Bóg, miało być jak gdyby przybycie kogoś, kto biegnie i skacze przez góry i wyżyny ziemi — ponad cały ludzki przepych, potęgę i dokonania. Miał być Lwem Judy, a jednak Barankiem — *„Poślijcie Baranka"* była ich prośba, Baranka, który *„rządzić miał ziemią."* W ich wizjach ukazywał się jako nadciągająca burza, która miała obalić las i biczować morza we wściekłość; a zarazem jako Ten, który miał przynieść to, czego walcząca i wzburzona ziemia zdawała się nigdy nie być w stanie osiągnąć — który miał przynieść spoczynek i spokój, i nazywać się miał Księciem Pokoju.
W tym starotestamentowym opisie Tego, który miał być „posłany", mamy obraz wszystkich Apostołów, jakich świat poznał. Albowiem jak Ojciec posłał Jezusa Chrystusa, tak Jezus posłał pozostałych. W ich dziejach miała być podobna moc, podobny dowód nigdy nie wygasającej troski, podobne cechy osobiste. Najpierw wielcy Apostołowie (jak ich nazywa święty Paweł); potem ci, których oni kształcili, i którzy zanieśli wiarę do Azji, do miast greckiej cywilizacji, do Galii i Hispanii Romańskiej; potem ci, których klasztory piątego, szóstego i siódmego wieku wysłały do Irlandii, Anglii, Niemiec i krajów Północy; następnie, później, apostolscy mężowie, którzy przepłynęli na okrętach zachodnich pionierów do Ameryki Północnej i Południowej — Apostołowie Indian, Chińczyków, Murzynów; wszyscy ci, którzy nawet po nasze dni posuwają sztandar Krzyża na rubieżach cywilizacji, zużywając swoje siły, a często oddając życie na Dalekim Wschodzie, na dziesiątkach tysięcy wysp mórz indyjskich, w bagnach i Saharach kontynentu afrykańskiego. Wszyscy oni, jeśli są prawdziwymi Apostołami — a kto może wątpić o tym wobec ich czynów — są posłani przez Chrystusa; i są do Niego podobni; a raczej można powiedzieć, że niosą Go do narodów i reprezentują Go, i to głównie w trojakim sensie:
**I.** Po pierwsze, podobnie jak Jezus Chrystus, są prawdziwymi i potężnymi twórcami dziejów świata. Odkąd przyszedł Chrystus, to nie filozofie wschodnie, ani kultura grecka, ani prawo rzymskie, ani moc Franków czy Teutonów kieruje losami człowieka — lecz chrześcijaństwo. Wszystkie te elementy miały swoje znaczenie i swój wpływ; wszystkie one nawet dziś mają swoich wyznawców i swoich wielbicieli, gotowych jedną lub drugą z nich wynosić pod niebiosa i głosić jako suweranne lekarstwo na potrzeby świata. Ale to Apostołowie dokonali najwięcej. To Apostołowie przemienili barbarzyńców w istoty cywilizowane, to oni zbliżyli do siebie narody, tworzyli królestwa, przeobrażali oblicze ziemi, zdobywali literaturę i kształtowali instytucje nowoczesnego świata. Tak było w przeszłości. Tak jest w teraźniejszości. Co do przyszłości — jest to kwestia, co do której przepowiadanie jest bezpieczne. Jeśli Chrystus ma być *„z"* swoimi Apostołami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata, nie może być wątpliwości co do przyszłości. I nie dajmy się zwieść znakom i wróżbom pokolenia, które zdaje się być zajęte zacieraniem dzieła dawnych Apostołów i zrzucaniem z siebie jarzma Jezusa Chrystusa. Bóg zawsze będzie miał swoich Apostołów. Jeśli spojrzymy nieco wstecz, tam gdzie kurz faktycznego życia nieco już opadł, możemy zobaczyć, nawet w naszych własnych czasach, jak Krzyż nie tylko posuwał się naprzód w Afryce czy Chinach, lecz utrzymał się w Europie. I bądźmy co do tego pewni — że ważną częścią chrześcijańskiego obowiązku każdego człowieka jest rozpoznawanie Apostołów epoki; rozpoznawanie zarówno ludzi, jak i zasad. Zasadami są nieśmiertelne prawdy Wiary — zasady łaski, moralności, nieśmiertelności, sakramentalnego szafarstwa i jedności Kościoła; ludźmi są ci, którzy są obdarzeni prawdziwym i autentycznym posłannictwem i którzy ukazują w swoim życiu Ewangelię i Krzyż. Nie jest trudno ominąć tych ludzi i ich zasady. Prawda, że sam Kościół jest dość widzialny. To jest naszą wielką osłoną. Ale nawet trwając w wierze i praktyce Kościoła, istnieje wiele poważnych i ważkich kwestii — kwestii dotyczących tego, co zwane jest polityką, literaturą, ubóstwem i pracą — w których człowiek może zejść na bezdroża, jeśli nie zdoła rozpoznać Apostołów epoki. A nie rozpoznawać ich, to rzucać swój ciężar przeciwko działaniu
**2.** Dalej, Apostołowie świata przypominają Jezusa Chrystusa w tym — że dzierżą moc Krzyża. Wprowadzają w ten niższy świat ów wpływ, owe podmuchy i prądy z wyższej sfery, które zostały zdobyte dla świata przez Kalwarię. Przynoszą panowanie Bożej łaski. Niosą Arkę Bożą, przed którą drżą złe duchy i walą się mury warownych miejsc. Przynoszą najpotężniejsze słowo Boże, które jest stwórcze, ożywiające, uzdrawiające, nieuchronne. Przynoszą wieczystą Ofiarę i ustawiają ołtarze, wokół których aniołowie i ludzie łączą się w uwielbieniu. Rozsiewają, gdzie przechodzą, namaszczenie i wonność sakramentalnego daru, cenniejszego niż wszystkie złoto królów. Wiodą ludzi do Boga przez Betlejem, Nazaret i Krzyż. Przekonują świat o grzechu — ten pośpieszny, bezmyślny świat, który chciałby postępować tak, jakby wszystko przyjemne było zarazem prawe i sprawiedliwe. Umacniają, upiększają i uświęcają wszelkie dobro, które przetrwało prarodzicielski upadek — sankcjonując z bardziej uroczystą sankcją owe węzły i stosunki rodziny i państwa, od których zależy cywilizowane życie. Przynoszą odpowiedź na nieustanne pytania człowieka i rozszerzają granice czasu i przestrzeni, aż wzrok śmiertelników może dostrzec, mgliście lecz solidnie, krainy i trwania nieśmiertelności. Apostołowie są zawsze obcymi na ziemi, do jakiegokolwiek stulecia przybędą. Są posłami Mocy, która musi być zawsze obca — Panem i Bogiem jak jest, i kochającym Ojcem — bo Jego dzieło jest zawsze zmieniać i zbawiać świat. Dlatego ci, których On posyła, zdają się tak często lekceważyć, deptać, pogardzać wpływami, które ludzie uważają za tak potężne i niezbędne — i woleć być ubodzy, pokorni i wzgardzeni, niż mieć pieniądze do dyspozycji lub zasiadać w radach możnych. I po tym poznają ich ludzie, gdy przyjdą.
**3.** I wreszcie Apostołowie, których posyła Bóg, są zwiastunami wiecznie żywej, wiecznie płonącej, wiecznie tryskającej miłości Bożej i troski Bożej o ludzi. Jak Jezus Chrystus, przez swoje przyjście, swoje życie i swoją śmierć, uczynił teraz niemożliwym, by świat zapomniał o Bogu lub wątpił o Jego miłości, tak chwalebny chór Apostołów, prowadzony przez świętego Piotra i Jedenastu, przekazuje z wieku na wiek głośny i nieustający kantyk dobrej nowiny, który nie pozostawia żadnego pokolenia bez wiedzy. *„Dzień dniowi podaje wieść, a noc nocy głosi wiedzę. Nie ma mów ani języków, gdzie by nie słyszano głosu ich. Na całą ziemię rozchodzi się dźwięk ich, a na krańce okręgu ziemi słowa ich."* Jakże pouczające i napełniające czcią jest we wszystkich wiekach śledzenie Boskiej Miłości, wybierającej i wysyłającej swoich Apostołów! Wyłania ich, jak by się zdawało ludziom, na chybił trafił, przez przypadek; ale jest to zgodne z jednym z tych przedziwnych praw, które, jak te rządzące gwiazdami, są zakryte przed wzrokiem człowieka. Przychodzą z miast i pustyni, z wojska i z klauzury, z rynku i ze szkół, z pałaców i z najuboższych chat. Mogą być silni lub wątłego zdrowia, wykształceni lub prości, rybacy lub celnicy, wierzący lub prześladowcy, król z armiami lub bosonogi mnich. Boska Troska wzywa ich, i słyszysz ich, jeśli zgłębiasz ich żywoty, odpowiadających — wyraźnie lub nie — tak jak ich Wódz odpowiedział: *„Oto jestem!"* Ale gdy są powołani, zostają przemienieni. Od dzieciństwa może, lub od dnia swego powołania, zaczynają żarzyć się, jak ogień żarzy się pochwyconymi przez tchnienie wiatru, owym dziwnym, jedynym w swoim rodzaju, Boskim zapałem, który zwie się gorliwością o dusze. W ich modlitwie doznanie, a nawet wizja, nieśmiertelnych dusz wołających i ginących nęka całe ich jestestwo; jak ich wielki wzór, Paweł z Tarsu, widzą w nocy Macedończyka stojącego i błagającego, i mówiącego: *„Przepraw się i pomóż nam."* Ich domy, ich ojczyzna, ich ojciec i matka i bracia i siostry nie mają nad ich sercami takiego władztwa, jak myśl o plemionach i narodach siedzących jeszcze w cieniu śmierci. Boska Troska, kształtując ich do swego Apostolatu, odbiera im miłość do ziemi i lęk przed bólem i cierpieniem. Wyruszają bez torby ani kija; znoszą długie podróże; wsiadają na wzburzone oceany; lądują wśród pogan i dzikich; żyją bez dachu nad głową, w głodzie i pragnieniu; są gotowi na każdy rodzaj śmierci; i często umierają, i umierają, niekiedy w torturach, niekiedy, jak święty Franciszek Ksawery, sami i opuszczeni, z dala od samych Sakramentów, powierzając swoje wyniszczone ciała Opatrzności Bożej. Ale tymczasem dusze, dla których tak pracuje niezapominająca Boża troska, są odnajdywane, zbierane, zbawianie; światło Chrystusa wstaje jak brzask dnia, wody odrodzenia szerzą się, ołtarz jest stawiany, kościół i szkoła znaczą odzyskane krainy, i nowe pokolenia rodzą się na poświęconej i chrześcijańskiej ziemi. Bóg ukazał moc swego ramienia. Owi pokorni, gorliwi mężowie rozkazali ziemi, morzu i niebu — i usłuchały; uśmierzyli dzikiego zwierza, wyzwali morderczy jad; mówili różnymi językami, uzdrawiali choroby ludzkie i wskrzeszali samych umarłych do życia. Tak oto miłość Boża obdarzyła tych, których posłał, by zjednywali dusze dla Krwi Jezusowej. Wewnętrznie i zewnętrznie są przemienieni — przemienieni przez moc, która nie umie powściągnąć rozrzutności swego objawienia, ilekroć chodzi o zbawienie dusz ludzkich.
Apostołowie Anglii, jak wielcy Apostołowie i Apostołowie każdego innego kraju, ukazali w swoim życiu i w swoich osobach te znamiona Bożego posłania. Ale co do Anglii, i co do owej epoki sprzed trzynastu wieków, gdy dokonało się jej wielkie i główne nawrócenie, jej Apostołów było wielu, a wpływy wprawione w ruch przez miłość naszego Niebieskiego Ojca, choć w pewnym sensie dają się ująć w jednym człowieku, który przemawiał do Etelberta pod dębem na brzegu Thanetu, są różnorodne i godne rozważenia.
Pierwsze i największe imię wśród Apostołów Anglii jest imieniem świętego Grzegorza Wielkiego. Grzegorz nigdy Anglii nie widział. Uwięziony przez swój najwyższy urząd pośród ogromnych ruin miasta Rzymu, mógł jedynie śnić w swoim świętym rozważaniu o ludzie, którego piękne dzieci poruszyły jego serce na rzymskim rynku niewolników. Ale nigdy nie tracił z oczu zamysłu, który wówczas opanował jego ducha. Wysyłając swoje listy pasterskie do biskupów Galii, nie mógł powstrzymać się od mówienia o narodzie po tamtej stronie, w owym „małym zakątku", jak go nazywał, ziemi. Myśląc, że nadeszła wreszcie godzina, wyróżnia świętego Augustyna i jego współbrata zakonnego — *„ze swego własnego klasztoru"*, jak powiada. Podążając za nimi duchem, zagrzewając ich do marszu, gdy się wahali, pobudzając królów, królowe i biskupów, by pomogli im w drodze — siedzi sam niespokojny, wzruszony do głębi swego jestestwa, w swojej Stolicy Apostolskiej, przepełniony duchem Apostoła. Albowiem każdy Papież jest Apostołem. Bardziej niż inni pasterze jest Najwyższy Pasterz posłany — i nie ma punktu na widnokręgu, którego by wzrok Papieża nie obejmował, by zobaczyć, jaki lud czy jakiej narodowości potrzebuje zwiastunów Jezusa Chrystusa. Ale Grzegorz Rzymski byłby pojechał do Brytanii sam, gdyby tylko mógł. *„Jestem pozbawiony udziału w waszych trudach — gdybym jednak mógł, byłbym przy was."* Nie mogąc wyruszyć, pełnił swoje zadanie w domu. Nie tylko dał słowo i „posłannictwo" — nie tylko wyczerpał się w czynnej i skutecznej pomocy. W jego słowach brzmi prawdziwy duch apostolski — że dzieło jest dziełem Bożym; że wszystkie Jego narzędzia są słabe i nędzne; że pośród znaków i sukcesów powinna być bojaźń i pokora; i że modlitwy wznoszone w mieście Rzym są skuteczniejsze dla nawrócenia Anglii niż trudy ludzi, którzy szukali jej brzegów. I z najbardziej dosłowną prawdą można powiedzieć, jak powiedział nasz własny Czcigodny Beda, że Grzegorz był Apostołem rasy angielskiej. Do niego przyszło posłannictwo z góry; to on w długich godzinach swego rozważania, w gorących aktach swojej modlitwy, pod ciężkim brzemieniem swej pracy, pośród udręki swoich licznych trosk i ostrego cierpienia swego umęczonego ciała, wznosił do Boga, od którego pochodzi wszelkie nawrócenie, modlitwę i tęsknotę, która zwabiła takie miłosierdzie na Kent — takie miłosierdzie na narody angielskie.
Pozostawiając poselstwo świętego Grzegorza, które drogą przez morza i lądy, od króla do króla, z jednego frankońsko-rzymskiego miasta do drugiego, z klasztoru do klasztoru, posuwało się, aż ujrzało Thanet — odwróćmy się na chwilę ku dwóm wyspom na dalekim Północy, które mają być dla angielskiego ludu równie doniosłe jak sam Thanet. Na Zachodzie leży Iona; przytulona blisko do wybrzeża Northumbrii na Wschodzie — Lindisfarne. Iona była duchową matką Lindisfarne; a z Lindisfarne wyszło światło Ewangelii, które spotkało sztandary mnichów rzymskich nad brzegami Ouse w Yorkshire. Między dwiema apostolskimi drużynami były pewne różnice. Obie przyniosły Chrystusa; obie przyniosły przemieniającą moc chrześcijaństwa; obie były jednakowo przepełnione gorliwością, obdarzone cudownymi mocami i nagrodzone sukcesem. Ale irlandzki mnich ledwie posiadał ową wielką wiarę w rzeczy mające nastąpić, owe wyczucie nadchodzenia wielkiej ery chrześcijańskiej, które cechowało Rzymian. Kolumba był wielkim założycielem i misjonarzem; Aidan był biskupem, który nakładał słodkie jarzmo Chrystusa na wodzów i narody. Lecz ich współpracownicy ledwie ośmielali się wychodzić poza zasięg wzroku swoich wyspiarskich klasztorów, jak gdyby w każdej chwili mogli musieć wsiadać do łodzi i porzucać swoje trudy na stałym lądzie. Ale Rzymianin, wzmocniony później przez Anglów, których sam wychował, nie tylko głosił, lecz osiadał. Wznosił swoją kaplicę z plecionki, budował schronisko na ruinach opuszczonych miast, oczyszczał pogańskie świątynie, zajmował miejsca, o których wiemy, że były dobre — bo służą jeszcze naszym najokazalszym miastom — i dawał ludowi zobaczyć, że ma być ich nauczycielem, pasterzem i przyjacielem. Stąd w Northumbrii fala napływająca z Południa była zbyt silna dla wód z Północy; i stopniowo Apostolat kentyjski pochłaniał trudy mnichów celtyckich. A jednak wszędzie w Northumbrii — pod kamieniami Świętej Wyspy i Bamborough, Hexham, Jarrow i Whitby — leżą ślady i pozostałości irlandzkich i szkockich robotników ewangelicznych, którzy zalali ją w swej gorliwości i przygotowali żniwo dla świętego Paulina, świętego Oswalda, świętego Czada i świętego Teodora.
Święty Augustyn sam jest postacią bardzo ludzką, a jednak nie pozbawioną nimbu tajemnicy. Nie trudno wyobrazić sobie mnicha z klasztoru rzymskiego — przywódcę grupy, która z bólem przebywała drogę z Rzymu do morza, z Ostii na Lerins, z Lerins do Marsylii, Arles, Aix, w górę Rodanu, a potem w dół Loarą, aż zatrzymali się, może w Rouen, by poczynić ostatnie przygotowania do przeprawy przez kanał. Co o nim wiemy, to że był wybrany — i to dwukrotnie wybrany — przez samego Grzegorza, i że jego życie, aż do osiągnięcia wieku średniego, było zakryte przed światem. O nim święty Grzegorz mówi, że był *„dobrze obeznany z regułą zakonną, przejęty znajomością Pisma Świętego i obdarzony, łaską Bożą, wszelkimi dobrymi uczynkami"*: to znaczy, wyrażając to słowami lepiej przez nas rozumianymi, był ascetą, teologiem i człowiekiem świętym. Wielki Papież zdaje się żywić ku niemu szczególną przyjaźń, bo w więcej niż jednym z listów polecających, w których święty Grzegorz prosił królów i prałatów o pomoc w jego drodze, mówi o *„osobliwym uczuciu"* żywionym przez niego ku Augustynowi. Mówi też o jego duchu gorliwości o dusze. Znamy — i umiemy na pamięć — epizody pierwszego lądowania: banda czterdziestu, krzyż i sztandar, rozmowa pod dębem, osiedlenie się w Canterbury, cuda i nawrócenia, które nastąpiły. To Gocelinus, mnich z klasztoru Świętego Augustyna w Canterbury w wieku trzynastym, mówi nam, że Apostoł Anglii miał szlachetne oblicze i dostojną postać i górował głową i ramionami nad wszystkimi swymi towarzyszami. Ale Augustyn nie pozostawił nam biografii swego ducha i duszy, jak uczynił to Grzegorz. Z jego strony nie mamy świetlistych listów, nie ma obszernych komentarzy zawierających dygresje, przedmowy i wybuchy, które brzmią jak wyznania bardziej sławnego świętego Augustyna. Jego ducha zakonnego możemy jedynie odgadywać; ale skoro święty Grzegorz go wychował, czy możemy wątpić, że *quies* świętego Grzegorza — duch ukrytego życia świętego Grzegorza — był dla niego wśród znajomych pojęć jego ducha? Czy możemy wątpić, że gdy Grzegorz w godzinie powodzenia Augustyna przypomniał mu, jak powinien pamiętać o własnej nicości i *„sądzić siebie roztropnie wewnątrz"*, uczeń przywoływał dni, gdy pouczenia o wewnętrznym skupieniu, wypełniające stronice *Regula Pastoralis*, były wychowaniem jego duszy w Rzymie? Nie mamy zapisu jego kazań — owych przedziwnych mów, które poruszyły serce Etelberta i jego Anglów i przyprowadziły tysiące do świętego Chrztu. Kroniki trzynastego wieku przytaczają słowa wypowiedziane w Ebbsfleet. Mogą, i najpewniej rzeczywiście odzwierciedlają ducha owego wołania, i jest jedno zdanie, które zdaje się płynąć z serca apostolskiego: *„Bądźcie pewni, najmiłościwszy Królu, że do tego celu i tego przedsięwzięcia zostaliśmy przynagleni koniecznością wielkiej miłości."* Tak, owa tajemnicza i heroiczna postać podróżowała, głosiła i pracowała przez te siedem lat swego Apostolatu z ogniem miłości i gorliwości płonącym w jej piersi, oddana swemu posłannictwu, narzędzie Bożego miłosierdzia, człowiek i Święty, w którego ręce Bóg złożył losy ludu. Jego modlitwa, jego surowość, jego słowo i jego przykład — oto co pod Bogiem nawróciło naszych ojców, i tego nigdy zapomnieć nie możemy.
Nigdy nie zapominajmy o nim — ani o wielkim Papieżu świętym Grzegorzu, ani o Kolumbie i Aidanie, ani o Wawrzyńcu i Melitusie, Juście i Paulinie. Ich dzieło zdaje się być dokonane trzynaście wieków temu, gdy ich modlitwą i trudem słodka Ewangelia Jezusa Chrystusa przyniosła życie i wolność tej wyspie. Ale w rzeczywistości nie jest ono dokonane po ten właśnie dzień, w którym żyjemy. Apostołowie nie umierają. Anglia czeka na kolejne nawrócenie. W stosownym czasie, jak Bóg zechce, powstaną Apostołowie, a gorliwość nieśmiertelnej Stolicy Rzymskiej ich wyśle; i czy nie czujemy, że Apostołów nigdy nie brakowało, i że Apostołowie pracują, z niespokojnym błogosławieństwem owej Stolicy Rzymskiej, nawet w tej właśnie chwili. Ale kiedy może być dane wielkie wzrastanie — kiedy może być zebrany wielki plon — tego nie wiemy. Wiemy tylko, że jeśli święty Augustyn był kiedyś naszym Apostołem, jest nim nadal. Jego wstawiennictwo może więcej niż jego słowa i cierpienia na ziemi. Ziemia, do której posłał go Grzegorz — a raczej do której posłał go Jezus — musi być dla jego serca równie droga i bliska jak dawniej. Jego ciało, które spoczywało przez tysiąc lat pod jego wspaniałym grobowcem w opactwie Świętego Augustyna w Canterbury — jego ciało, które spało tam tak długo, w ziemi, którą uświęcił, otoczone grobami swoich towarzyszy — jest teraz utracone dla jego ojczyzny i jego ludu, aż do zmartwychwstania. Ale jego duch żyje i jest potężny, mocą potęgi książąt Bożych. Niech jego wielbiciele, tu i wszędzie, nie zapominają. Jeśli miłują swój kraj — jeśli bliskie im są interesy Jezusa — niech nigdy nie zapominają o świętym Augustynie, lecz dzień za dniem, uroczystość po uroczystości, niech go morzą modlitwami, by wstawiał się za Anglię i dokonał z nieba w tym stuleciu dzieła, które spełnił na ziemi trzynaście wieków temu.
*Wygłoszone w Oscott, z okazji inauguracji Centralnego Seminarium, 8 września*
Arka Przymierza była symbolem obecności Bożej; niemal pojazdem Boga: dla Hebrajczyków oznaczała bliskość Boga, łaskę Bożą i Bożą opiekę. Przenajświętsza Matka Boża jest nazywana Arką Przymierza. Szczególna trafność i stosowność tego wśród jej innych wzniosłych tytułów może nie uderzyła nas dotąd. A przecież to ona, ponad wszystkimi rzeczami, które Bóg stworzył — pomijając poza tym porównaniem Święte Człowieczeństwo — to ona, w tym porządku Nowego Testamentu i łaski Jezusa Chrystusa, przybliża nam Boga i jednoczy nasze szukające, zmagające się i upadające dusze ze Stwórcą, który je stworzył dla siebie.
Musimy pamiętać, że przybliżyliśmy się do Boga przez Wcielenie. Bóg nie jest już tylko w dalekich niebiosach; nie kryje się już za chmurami; nie jest już niewidzialny, milczący, niewyobrażalny. W najwyższej duchowości swego Bóstwa jest jeszcze, prawda, nieogarniony i niepojęty. Musimy jeszcze udowadniać Jego istnienie przez myśl abstrakcyjną, po omacku szukać Jego przymiotów jak szuka się dróg i stopni w ciemności, pracowicie tworzyć wyobrażenia umysłowe Jego dobroci, sprawiedliwości i prawdy — a potem potępiać je jedno po drugim jako beznadziejnie nieadekwatne. Ale skoro w tych ostatecznych czasach swej miłości ku człowiekowi przybrał do swojej Boskiej Osoby naturę człowieka, jest teraz w zasięgu tych ruchliwych i potężnych ludzkich władz, które zajmują się kształtami i postaciami świata niższego, które przyjmują ciepło uczucia i odpowiadają na nie, przyjmują radości i łzy ludzkości, oraz wonność dawno minionych historii. *„Tyś piękniejszy nad synów ludzkich, rozlała się wdzięczność na wargach twoich, przeto Bóg pobłogosławił ci na wieki. Przepasz miecz swój na biodrze twoim, o Najmożniejszy. Pięknością swoją i wdziękiem wyrusz, postępuj szczęśliwie i króluj. Dla prawdy i cichości i sprawiedliwości; a prawica twoja poprowadzi cię przedziwnie."* Ten obraz Boga Wcielonego, któremu odpowiadają inne w Starym Testamencie, jak na przykład w jedenastym rozdziale Izajasza, przedstawia w skrótowej formie, słowami o dalekim zasięgu, to, co serce i wyobraźnia odnajduje we Wcieleniu — piękność, mądrą i łaskawą mowę, triumfującą moc, mądrość, dobroć, Boskie nauczanie i wspaniały sukces Tego, którego nauczyliśmy się nazywać znaczącym imieniem Jezusa. A te rysy są niczym innym jak obliczem samego Boga, takim, jakim Go znajdziemy w Betlejem, w Nazarecie, w Jerozolimie, w Galilei i na wzgórzu Kalwarii.
Nie ma prawie potrzeby wskazywać, że Jezus nie byłby Jezusem, którego znamy, gdyby nie było przy Nim Maryi, Jego Matki. Mógłby zbawić nas na wiele sposobów; ale droga, którą On wybrał, w sposób istotny obejmuje Przenajświętszą Dziewicę. Albowiem prawdziwie powiedzieć można, że samo Wcielenie, i ta szczególna cecha przyjścia naszego Pana, która przybliża Boga do człowieka, najwyraźniej widać i jest najsilniej ukazana w tajemnicach Jego narodzin, Jego dzieciństwa i Jego ukrytego życia. To, że jest On człowiekiem — że jest łagodny i pokorny — że wybiera ubóstwo i posłuszeństwo, że unicestwiał siebie, by dowieść swej miłości do każdego z nas i wartości każdej pojedynczej duszy — rzeczy te objawiłyby Boga i przywiodłyby nas do Boga, choćby nigdy nie wypowiedział ani jednej nauki, ani nie dokonał cudu, ani nie stał się posłusznym aż do śmierci krzyżowej. Jego życie publiczne jest też częścią Jego łaskawego miłosierdzia; Kalwaria, prócz płacenia ceny naszego odkupienia, wiedzie duszę chrześcijańską ku tajemnicom, których nie znajdzie na żadnej innej stronnicy Bożych spraw ze stworzeniem. Ale Emmanuel — Bóg z nami — staje przed nami w swej piękności, słodyczy i mocy, jeszcze przed tym, zanim zaczną się tajemnice ostatnich trzech lat. Ale cóż znajdziemy? On jest człowiekiem, z głębią i prawdziwością, która nas ujmuje. Zostaje uczynione zwiastowanie córce Judy; jest tajemnica dziewiczego poczęcia; są kłopoty małżonka i małżonki; jest podróż Maryi i Józefa; jest narodzenie w Betlejem; jest stajnia i żłób; jest ucieczka do Egiptu; jest nawiedzenie świątyni, zagubienie i odnalezienie; a następnie osiemnaście lat poddaństwa i ukrytej pracy w Nazarecie. Jeśli to właśnie nazywasz Jezusem — ta seria niewymownych i słodkich obrazów — kto jest istotnym ich elementem we wszystkich? Kto to przez swą obecność w tajemnicy Jego przyjścia głosi Jego łaskawą ludzkość? Kto to, którego nieobecność lub nieistnienie uczyniłoby tę wzruszającą i pociągającą historię niemożliwą?
I w tym właśnie celu stworzył ją. Jak niebiosa głoszą Jego wielkość, a ziemia Jego moc, tak Przenajświętsza Maryja — stworzenie wspanialsze niż niebiosa, wszechświat piękniejszy niż ziemia i morza — głosi aniołom i ludziom, milcząco, przez samo swoje istnienie, głębię i prawdziwość Bożej litości i miłosierdzia dla stworzeń, które przeznaczył dla siebie. Pamiętacie świętego Pawła: *„Niewidzialne bowiem Jego przymioty od stworzenia świata jasno są poznawane przez rzeczy uczynione."* Z równą siłą i prawdziwością możemy powiedzieć, że *„widzialne"* Jego przymioty — wielki plan czy zamysł — porządek Słowa, które stało się ciałem — są uczynione jasnymi i przekonującymi, i niepodważalnymi przez Tę, która stała się Jego Matką. Rozum i serce mężczyzn i kobiet nigdy nie może pobłądzić ani żywić wątpliwości, jeśli trwają przy solidnym fakcie Dziewicy-Matki. I wróg wszelkiego dobra, czy pragnął zaciemnić Bóstwo Jezusa, czy Jego człowieczeństwo, zawsze usiłował odepchnąć Jego Matkę z jej miejsca; podczas gdy