Bóg. To dziecię świątyni, któremu dano Boże objawienie. A jeśli pragniemy ujrzeć chwałę wielkiego odrodzenia teologii katolickiej, musimy mieć tę powściągliwość i tę mężność, które pozwolą nam oprzeć się światowości i zachować dawną katolicką surowość.
Święty Edmund naucza nas jeszcze jednej lekcji. Nadzieja przyszłości, nadzieja wiedzy i nadzieja postępu królestwa Bożego tkwią w katolickiej tradycji umartwienia. Wolno wątpić, czy pod tym względem nie odeszliśmy od praktyki tych mężów, którzy wyprowadzili Kościół z niewoli. Kroniki owych dni mówią nam, jak cierpieli i wytrwali. Mówią nam o ciasnych murach, skromnym jadłospisie, wczesnych godzinach; mówią nam o oszczędności, prostocie i umartwieniu. Mężowie czcigodni z lat i zasług dzielili wszystko jednakowo z nowicjuszem ostatnio przybyłym. Panowała tam tradycja milczenia, powściągliwości i surowości. Zimowy poranek zastawał wspólnotę na kolanach w kaplicy. Rekreacja była troskliwie odmierzana; studium i praca wypełniały dzień; a w refektarzu czytano surowe, a przecież pełne żaru rozdziały *Naśladowania Chrystusa*. Dobre te tradycje przetrwały do naszych dni. Ale czy dochowaliśmy im pełnej żywotności? Jedno przynajmniej nie może przeminąć i zaginąć: cokolwiek zasady ulegną zmianie i jakkolwiek zmienią się obyczaje i zwyczaje, musimy mocno trzymać się chrześcijańskiej zasady, że jedynie Krzyż może przywieść nas do zwycięstwa. Jedno pokolenie może odnajdywać Krzyż tam, gdzie inne go nie szuka. Żyjemy w naszych własnych czasach, a szczegóły naszego życia nie są
tymi, które panowały w życiu naszych ojców. Lecz pewne jest, że nasza religia jest religią Świętych; i że żadne kolegium, żaden Kościół, żaden lud, który wyrzeka się Krzyża, nie ma przyszłości. Życie chwalebnego świętego Edmunda nie jest przestarzałe; nigdy mniej. Jeśli dostatki życia i wygody bytowania wzrosły i wzrastają, nie stanowią dla nas żadnej normy, żadnego przykładu. Wolno nam może korzystać z dobrodziejstw świata — ale nie wolno nam pozwolić, by podcięły naszą chrześcijańską trzeźwość. Mamy być wciąż surowi; wyznawać surowość, popierać surowość, rozumieć rację surowości. Mamy być surowi, nie dlatego, że życie proste jest życiem szlachetnym, ani dlatego, że pobłażanie sobie jest niemęskie, ani dlatego, że nie stać nas na luksusy; lecz dlatego, że dary Ducha Świętego nie działają tam, gdzie nie napotykają surowości Krzyża. Co więcej, samo życie pozornej prostoty i ostentacyjnej skromności, które w dzisiejszych czasach jest tak powszechnie widoczne w niekatolickości szkołach i na niekatolickości uniwersytetach — czymże jest ono zbyt często, jeśli nie absolutnym przeciwieństwem ducha Chrystusa Jezusa? Jego pobudką i celem jest właśnie to pobłażanie sobie — tym bardziej niebezpieczne w swej subtelności, im mniej jest rażące — które tajemnica Krzyża miała zniszczyć.
Myśli te nasuwa imię świętego Edmunda z Canterbury. Myśli te czerpią swą stosowność, i powiem — swoją uroczystość, z czcigodnej rocznicy, którą dziś obchodzimy. Za to, że te mury i dachy pokrywające ten skrawek ziemi wzniosły się i pomnożyły, mamy składać Bogu gorące modły dziękczynne. A za to, że przeszła tu tak długa historia ludzkich żywotów, chrześcijańskich dokonań, studium, niewinności i naśladowania Jezusa Chrystusa — za to musimy zejść jeszcze głębiej we własne serca, by znaleźć wyraz naszej wdzięczności Bogu. Albowiem nie tylko to się stało i nie tylko jego dzieje są wpisane w kroniki niebiańskiego Syjonu i w dzieje naszego Kościoła i kraju; lecz oto ten miniony wiek jest naszym własnym dziedzictwem. Ponieważ ten wiek był, jesteśmy tu dziś. Ponieważ te lata nas wzywają, rozpalamy się dążeniami ku wszystkiemu, co święte i szlachetne. Te mury wyznaczają to miejsce; ale otaczamy je czcią, bo każdy z nich głosi o modlitwach, trudach i ofiarach. Duchy odeszłych wypełniają te sale i krużganki. Ten kościół woniej kadzidłem ilu serc, które wznosiły ku Bogu swoje uwielbienie i miłość! Ta przestrzeń i cały ten uświęcony obręb są jak klepisko ulubionego Izraelity, na którym złożono Arkę Pana Zastępów. Ten dom, w którym Nasz Błogosławiony Pan przebywa od owej pierwszej Mszy i pierwszej Wystawienia, jest prawdziwszym Domem Pańskim niż ten, któremu niegdyś złożono obietnicę: *„Obrałem i poświęciłem to miejsce, aby tam było imię Moje na wieki, a oczy Moje i serce Moje były tam po wszystkie dni."* Ojcowie nasi mogliby nam powiedzieć, gdyby ich głos mógł się teraz rozbrzmieć na ziemi, że wybór Boży i uświęcająca moc Boża
zaiste unosiły się nad tym sanktuarium z dziesięciolecia na dziesięciolecie; mogli nam powiedzieć, jak prawdziwie i bezwzględnie to Jego Najświętsze Imię, a żadne inne, było jego właścicielem i Panem; jak Jego oczy nad nim czuwały i jak Jego Najświętsze Serce błogosławiło mu i wznosiło je. Ich tu nie ma, by mówili za siebie: są z Bogiem, jak ufamy; a ich ciała spoczywają w pokoju, jedne na rozległym polu bitwy, gdzie padły w służbie swego Króla, inne blisko nas, w waszych kryptach, strzeżone przez wasze sufragia, jak gdybyście tworzyli wciąż jedną wspólnotę. Gdy lata i dni płyną, my dołączymy do zastępów tych, którzy odeszli. Lecz ktokolwiek przyjdzie i ktokolwiek odejdzie, jest ten sam Bóg — Bóg, który jest dobry i którego miłosierdzie trwa na wieki; i oby był w każdym znaczeniu ten sam dom, bo żaden dom nie może zginąć, który Pan wznosić będzie.
*Kazanie wygłoszone podczas uroczystości stulecia, Ebbsfleet, 14 września 1897 r.*
*„Ojciec mój działa aż dotąd i Ja działam"* (J 5, 17).
NAJDOSTOJNIEJSZY KARDYNALE — to były słowa, które prawie trzynaście stuleci temu Grzegorz Wielki napisał do świętego Augustyna w Anglii. List ów — długi, ojcowski, radosny list — można jeszcze dziś przeczytać, w którym oddaje on „chwałę Bogu na wysokościach" za początek nawrócenia Anglów. „Czyjeż to dzieło — powiedział — jeśli nie Jego, który rzekł: »Ojciec mój działa aż dotąd i Ja działam«?" Stojąc dziś na miejscu lub w pobliżu miejsca, po którym stąpały stopy świętego Augustyna, gdzie jego głos po raz pierwszy się wzniósł, gdzie śpiewał jego zastęp mnichów i gdzie angielski król wyszedł mu naprzeciw, możemy zmierzyć to dzieło z wiedzą większą niż ta, jaką miał święty Grzegorz; i nie ma żadnego słowa Naszego Boskiego Pana stosowniejszego, żadnego zdolniejszego unieść serce do Nieba w takim dniu jak ten, w którym zapowiada On trudy Swych Apostołów i objawia nam, że sukces ich pochodzi od Niego i od Niego jedynie. Zebraliśmy się tu bowiem dziś, by sławić i błogosławić Boga za świętego Augustyna i za chrześcijaństwo Anglii.
Pomiędzy dniem, kiedy misjonarze świętego Grzegorza stanęli tutaj wokół wizerunku Jezusa Chrystusa, a tym dniem, w którym przed obliczem tej samej postaci Naszego Pana i Zbawiciela zebrał się zastęp biskupów, duchowieństwa i wiernych świeckich w dziękczynieniu i pobożności, upłynął długi szereg stuleci — dość długi, by ujrzeć pokolenie za pokoleniem opadające jak liście jesienią, by ujrzeć wzrost i upadek jednej po drugiej stu budowli i instytucji, które wiele trudu kosztowały i zajmowały wielkie miejsce w świecie. Mimo mgieł czasu, które gęstnieją, gdy wzrok nasz sięga coraz dalej w przeszłość, nie jest trudno — wymaga to tylko nieznacznego wysiłku — przenieść się w towarzystwo owych ciemnookiełznanych mężów z Italii i Francji, którzy właśnie wylądowali na tym brzegu. Nie potrafimy może odtworzyć sobie tej sceny — ale to nie ma znaczenia. To ta sama ziemia, na której stali; to to samo niebo, które było nad ich głowami; to te same pobliskie klify, które trwały w milczeniu jak i teraz; to ten sam łuk niespokojnego morskiego wybrzeża między przylądkami, do którego zbliżały się ich małe okręty, z duszą na ramieniu. Lecz to wybrzeże, te wody i te pola Thanetu są teraz bardzo inne, gdy tajemnicze prawa, co nigdy nie śpią, lecz zawsze pełzają nieodparcie, odpędziły morze, opróżniły koryta wodne i obróciły ludzkie siedziby w pustkowia, ciszę i ruinę. Niegdyś floty przewożące legiony i okręty kupców z Galii i Hispanii zwijały żagle, zbliżając się do nabrzeży rzymskiego miasta, wciąż jeszcze majestatycznego
w swej ruinie, niedaleko od miejsca, gdzie stoimy. Teraz ludne miasta tego dziewiętnastego wieku opanowały ten obszar, podczas gdy wielkie parowce przelatują tędy w tę i w tamtą stronę — znak, jak bliskie jest to, co niegdyś było odległe, i jak odmienna jest Anglia od dnia, gdy święty Grzegorz nazywał ją „małym zakątkiem świata".
A jednak, mimo wszelkich zmian — zmian w obliczu ziemi, w ludziach i w ich dziełach — nie ma serca chrześcijańskiego i katolickiego, które by nie mogło przekroczyć tej przepaści trzynastu stuleci i poczuć, że święty Augustyn i jego towarzysze są mu znani jak przyjaciele. *„Kimże są ci, co lecą jak obłoki i jak gołębie do okienek swoich? Bo mnie czekają wyspy i okręty morskie na początku; abym przywiódł synów twoich z daleka; srebro ich i złoto ich z nimi, dla imienia Pana Boga twego i Świętego Izraelskiego, bo on cię wsławił. I synowie cudzoziemców zbudują mury twoje, a królowie ich służyć ci będą."*
Kimże są ci? To właśnie wiemy. To właśnie możemy tak dobrze pojąć i ocenić. Wyspy czekały na Jezusa Chrystusa. Ta ziemia Brytanii, oddzielona od świata swym wąskim morzem, nie była wprawdzie pozbawiona miłosierdzia Bożego. Lecz nowy lud przyszedł, by zająć znaczną jej część, i miała to być już nie Brytania, lecz Anglia. Tak więc „czekała" ona na Ewangelię łaski i zbawienia. Ci mężowie zatem, o których dziś myślimy,
są sługami miłującego Serca Jezusa, których On posłał do ziemi i ludu czekających na Niego. Jak do innych ziem, po całej kuli ziemskiej, tak i tutaj Odkupiciel ziemi wysłał ich w Swym własnym, odpowiednim czasie. Jak klucz gołębi przybyli z daleka, przez morza, przez kontynent, z nieznanych krain, by osiadać na brzegach, gdzie szlachetne serca gotowe są ich słuchać i odpowiedzieć im. Na ich ustach jest imię Jezusa; w ich rękach sztandar odkupienia. Są Apostołami. Są „posłani" przez Tego, który jedynie może posyłać. Przychodzą, by „pozyskać uczniów" spośród pogańskich Anglosasów. Przychodzą ze światłem Ewangelii i niosąc samo słowo Chrystusa — słowo, które choć wyrzeczone ludzkimi ustami, naznaczone jest jednak nieomylnością i płodnością, które sprawiają, że jest Jego, i jedynie Jego. Przychodzą ze srebrem i złotem Kalwarii — ze skarbami Przenajdroższej Krwi. Przychodzą, by wznieść chrześcijański ołtarz i udzielać z fontann Chrystusa — tych chrześcijańskich Sakramentów, które sprawią, że ta pogańska pustynia zakwitnie jak róża. Przychodzą z kodeksem, z radą i z mocą, które ukorzy karki królów, stworzą porządek społeczny i pokryją kraj świątyniami i trofeami panowania Chrystusa.
Te rzeczy przemawiają do nas — do nas, którzy mamy tak mało wspólnego z Włochami czy Anglosasami szóstego stulecia; do nas, którzy wiemy coś o historii trzynastu stuleci — o kolejach dzieła świętego Augustyna — o grzechach, wojnach
i rewolucjach, które następowały jedna po drugiej w tym naszym kraju; ponieważ Jezus Chrystus jest ten sam wczoraj i dziś i na wieki. Dusze trzeba szukać i zbawiać; narody należy nawracać i skłaniać do służenia Bogu żywemu; cień śmierci ma być odpychany coraz dalej; sztandar Jezusa Chrystusa ma być niesiony coraz dalej; a mężowie, którzy to uczynili dla naszego kraju w owych dawnych stuleciach, nie potrzebują szczegółowych opisów, by zostać rozpoznanymi jako bliscy i pokochani w Chrystusie Jezusie przez każdego prawdziwego przyjaciela i zwolennika Jego królestwa, nie tylko teraz, ale nawet gdyby świat trwał dziesięć razy trzynaście stuleci.
A jednak nie może nie być słodkie i pożyteczne w tym roku, w tym dniu, spojrzeć bliżej na tego angielskiego Apostoła, którego słowa brzmiały niegdyś z taką mocą w tym Kent, w tym Thanecie, gdzie się zebraliśmy, a przede wszystkim na tym właśnie miejscu. Nie mamy jego biografii. Nie pozostawił listów, powiedzeń, żadnego zapisu myśli, serca czy życia. A jednak mnie osobiście zdaje się, że mogę uchwycić jego ducha i charakter z tych nielicznych stron Czcigodnego Bedy, które ukazują nam go wyruszającego ku Anglii w wieku lat trzydziestu i pozostawiają go, wraz z jego prostym epitafium, zaszczytnie pochowanego siedem lat później w północnym przedsionku klasztoru w Canterbury, który miał wkrótce przyjąć jego imię. Szerokie i proste spojrzenie na niego jest takie: był Apostołem narodu angielskiego. To, co powiedziano o nim sto czterdzieści lat po jego śmierci przez synod w Cloveshoe, brzmiało tak: że „pierwszy przyniósł narodowi angielskiemu Wiarę, Sakrament Chrztu i znajomość naszej niebiańskiej ojczyzny". Można stwierdzić jako pewną prawdę, że żaden człowiek nie jest nigdy skutecznym Apostołem, jeśli nie jest wielkim Świętym. Bóg Wszechmogący może niekiedy posługiwać się narzędziami niegodnymi i lichymi; lecz nie przy wielkich dziełach Przenajdroższej Krwi. Tam bowiem skutek albo wynik mierzony jest wewnętrznym stanem duszy duchowej: natężeniem miłości, modlitwy i cierpienia. W tych bowiem wspanialszych i znamienitszych posługach, które bardziej przybliżają się do triumfującego i wszechmocnego dzieła miłości i cierpienia samego Najświętszego Serca, byłoby sprzeczne z wszelkim duchowym poczuciem i tradycją Świętych przypuszczać, że wielkie dzieło dla Boga dokonuje się kiedykolwiek, gdy narzędzie nie jest ukształtowane na podobieństwo Najświętszego Serca. Dlatego nie trzeba cudów świętego Augustyna, by przekonać katolika, że był on w najwyborniejszym sensie przyjacielem Boga. Wiemy o tym, bo był wielkim Apostołem. Nieliczne skąpe gleanings, które posiadamy o jego duchowych dziejach, potwierdzają to, w co na tych nieodpartych podstawach nie możemy nie wierzyć. Na autorytecie świętego Grzegorza wiemy, że był głęboko zakorzeniony w Piśmie Świętym, był pobożnym i praktycznym mnichem, mężem, którego cnota została udowodniona ponad wszelką wątpliwość. I jest jeszcze jedna rzecz, którą wiemy od świętego Grzegorza — że był on szczególnie umiłowany i ceniony przez tego oświeconego męża, prowadzonego przez Ducha Świętego, przez samego Grzegorza. Możemy też wyczytać surowe warunki i żarliwość jego apostolstwa: tę długą, przerwaną, niewdzięczną, bolesną podróż; niepokoje przywódcy; heroiczne, ryzykowne lądowanie w Anglii. Po tym nastąpiło siedem lat jego trudów w samej Anglii; ścisłe umartwienie życia w Canterbury, które Czcigodny Beda opisuje jako „naśladowanie życia apostolskiego pierwotnego Kościoła" i życie „nieustannej modlitwy, czuwania i postu"; życie, w którym nie dotykali niczego poza tym, co niezbędne do utrzymania; życie, w którym musiało zrazu być wielkie prawdopodobieństwo cierpień, a nawet męczeństwa, bo Czcigodny Beda powiada, że byli gotowi stawić czoło wszelkiej przeciwności, a nawet samej śmierci, dla prawdy, którą przyszli głosić. Do tego dochodzi jego przepowiadanie — kaznodziejstwo do niecywilizowanych wojowników w języku dla niego obcym; jego podróże, nie tylko po całym Kent, lecz także na kontynent; do Severn, w tej nieudanej misji do biskupów brytyjskich; bardzo prawdopodobnie także na Północ, jak zapisali niektórzy kronikarze. Starożytny Prorok powiedział: *„Kogo Pan obierze, ten będzie święty."* A gdy Pan wybrał Aarona na Swego Arcykapłana, natychmiast jego laska zakwitła i wydała owoc. I Izajasz, prorokując o Naszym Panu i Zbawicielu Jezusie i o Jego przepowiadaniu, prorokował zarazem o wszystkich, których Jezus miałby wybrać i posłać: *„Oto sługa mój... wybrany mój, upodobała sobie w nim dusza moja; dałem Ducha mego na niego, a sąd poganom odniesie."* Wielki Święty, żyjący teraz w świetle oblicza Bożego, w tobie czcimy przelewającą się miłość
Jezusa, który wpierw przekształcił twoją duszę na Swoje podobieństwo, a potem wysłał cię, byś zgromadził naszych przodków do Swej owczarni!
Nie mogę rościć sobie pretensji, przy okazji takiej jak ta, do zatrzymywania was dość długo, by ocenić i rozważyć ten wielki fakt — chrześcijaństwo narodu angielskiego — które w tak prawdziwym sensie wzięło swój początek na tym miejscu. Lecz by rozbudzić pobożne dziękczynienie, które powinno być znamieniem i rysem tej uroczystości, pragnę zwrócić waszą uwagę, że chrześcijaństwo, które przyniósł Augustyn, było pełnym i doskonałym chrześcijaństwem religii katolickiej, która panowała i rozkwitała w tym angielskim kraju od czasu jego lądowania przez tysiąc lat.
Jest tylko jedno chrześcijaństwo — używając tego słowa w jego właściwym sensie. Jest to chrześcijaństwo prawdziwej doktryny Wcielenia, systemu sakramentalnego, Realnej Obecności, Mszy Świętej, urzędu Błogosławionej Dziewicy i tego, co strzeże i zabezpiecza całość — interpretacji myśli Bożej przez pasterzy Kościoła, a przede wszystkim przez Biskupa Rzymu. Nie trzeba nam odmawiać miana chrześcijanina nikomu, kto rości sobie pretensje do tej dostojnej nazwy. Wiemy jednak dobrze, czym jest chrześcijaństwo — pełna wiara i nadzieja, oraz nadprzyrodzona miłość Boga i ludzi, podtrzymywana przez właściwe instytucje Nowego Prawa udzielające łaski. Te rzeczy przyniósł święty Augustyn. Te rzeczy urzeczywistniły się w Anglii. Zmiana dokonała się za sprawą tych czterdziestu mężów i rozlała się jak chmury rozlewają się nad upalną i wyschniętą pustynią, dopóki cały
kraj nie zazielenił się i nie stał żyzny. Najpierw zniszczono bożki pogan i ustawiono imię Boga Żywego tam, gdzie one stały. Czytacie w Czcigodnym Bedzie, jak łagodnie to się dokonało i jak starożytnych świątyń nie burzono, lecz oczyszczano, i jak dawne teutońskie, na wolnym powietrzu praktykowane zabobony i biesiady stopniowo przekształcano i łagodzono. W ten sposób naród angielski stał się ludem bogobojnym: cała jego wrodzona powaga i bojaźń przed mocami niewidzialnymi zostały poświęcone pamięci i czci Tego, który stworzył niebo i ziemię, a umiłowanie przez niego prostej zabawy pomogło uwydatnić uroczystości Naszego Pana i tej Błogosławionej Bogarodzicy oraz tych Świętych, którzy objaśniają i ilustrują Jezusa Chrystusa. Bo misjonarze Anglii przynieśli nie tylko Boga, lecz Jezusa Chrystusa. Przynieśli Betlejem, Nazaret i Kalwarię. Głosili Tego, który przybliżył Boga do wszystkich władz duszy i wszystkich poruszeń serca. Uczyli wszystkich, których chrzcili, jak każdy dzień i każda godzina, i wszelki trud rąk, muszą być uświęcone przez obcowanie z Bogiem, który stał się Człowiekiem; i przez całą Anglię szedł i wnikał w angielski lud duch modlitwy — tej chrześcijańskiej modlitwy, która wypływa z poczucia Wcielenia; modlitwy, która dała wizję Jezusa Chrystusa świętemu Edwardowi Wyznawcy — która dała świętemu Edmundowi widzenie Dzieciątka Jezus na oksfordzkich łąkach — i która (jak czytamy w ludowych modlitewnikach wieków Wiary) uczyła zarówno szlachetnie urodzoną, jak i prostą duszę kończyć modlitwy słowami: „Dobry Jezu, daj mi to", „Jezu, niech tak się stanie" lub „Słodki Jezu, amen". Przynieśli narodowi angielskiemu przekonanie o świętości prawa moralnego, docenianie tego, co niewidzialne i duchowe, oraz wartości nieśmiertelnej duszy. Ten szlachetny duch z biegiem czasu natchnął prawa Anglii. Trzymał w ryzach mocnych i gwałtownych mężów tego ludu i powściągał ich wojny. Zniósł niewolnictwo. Chronił płeć żeńską i pokrył Anglię klasztorami. Wzbudził niektórych z najszlachetniejszych prałatów i pasterzy, jakich zna historia chrześcijańska, by toczyli bój o królestwo Boże przeciw światu. Prowadził Anglosasuów do praktykowania ewangelicznych rad i często do wyżyn świętości, tak że nasza historia pełna jest wpływu Świętych.
Co więcej, jak wyraźnie powiada synod w Cloveshoe, święty Augustyn i jego towarzysze przynieśli narodowi Sakrament Chrztu. Przez chrzest naród angielski stał się jednym w wierze Chrystusa. Mocą tej jedności prawie nieuchronnie musiały znikać znaki podziału między plemionami i drobnymi królestwami. Jak Anglia stała się politycznie jedną, nie mnie mówić. Lecz pewne jest, że jedność wiary i rządów kościelnych uczyniła to łatwym i naturalnym. Przez chrzest naród zaczął ponadto należeć do tego ogólnoświatowego braterstwa narodów, które tworzy wielki Kościół Katolicki. Przez chrzest wielkie ludy i narody świata
stały się jej siostrami w Chrystusie; i różnorodne życie, literatura i najświętsze chwały chrześcijaństwa zaczęły być częścią posiadłości i radości Anglii. Jeszcze raz — przez chrzest weszła w to, co Apostoł nazywa „bogactwem chwały dziedzictwa Chrystusa". Poczęła korzystać z Sakramentów — poczęła pielęgnować Błogosławioną Eucharystię. Czy jest jakaś cecha jakiegokolwiek kraju chrześcijańskiego tak uderzająca jak liczba i doskonałość katedr i kościołów parafialnych tej ziemi? One to były symbolami jej wiary, domostwami jej pobożności, gdzie królestwo Boże było bardziej wyczuwalne niż gdziekolwiek indziej i gdzie fontanny Zbawiciela obficiej biły. Były to mieszkania Pana Zastępów, gdzie jej dzieci znajdowały tę Obecność, która przyćmiła chwałę Świątyni Syjonu i mało zostawiła nam do zazdrości nawet Betlejemowi czy Nazaretowi. I dlatego historia Anglii jest historią budowania kościołów wielkich i małych; historią dopełniania i ubogacania; historią nieustannego wyrażania wiary przez nawę i aisles, prezbiterium i wieżę; historią dostarczania coraz hojniejszego dla pobożności przez ołtarze i kaplice, przez groby Świętych, przez szlachetne metale, przez witraże, przez ciepło barwy, przez piękno sanktuariów i uroczystą świetność dni świątecznych. Wszystko to zapoczątkował święty Augustyn; tych wszystkich owoców tysiąclecia posiał on ziarna. Za długo by trwało wyliczanie wszystkiego, co wyrosło
i zakwitło w epoce, którą zapoczątkował; albo też moglibyśmy zatrzymać się nad ową głęboką czcią Wcielenia, która sprawiła, że ten kraj tak był oddany Bogarodzicy; która skłaniała biskupów, kapłanów i lud, by szukali Jej w każdej tajemnicy Odkupienia, by mnożyli Jej czcigodne imię i Jej wizerunek i kładli u Jej stóp cały Kościół i naród, aby go strzegła i pielęgnowała na wieki. Albo też moglibyśmy przypomnieć jej szkoły, jej doktorów i jej klasztory; jej wielkich prymasów, jej wielu pobożnych królów, jej kanonizowanych Świętych. Lecz ponad wszelkimi szczegółami wyłania się dziś przed nami myśl o wielkim, szlachetnym i potężnym narodzie, który przez tysiąc lat trwał w pełnej i właściwej wierze chrześcijańskiej, czcząc Chrystusa i wierząc w królestwo Chrystusa. W swoich rozległych hrabstwach i tętniących życiem miastach był katolicki. Władca, szlachcic, rycerz, rzemieślnik, oracz, w jego zamkach i osadach, gdziekolwiek rozciągały się jego równiny i pagórki, gdziekolwiek płynęły jego rzeki lub morze je opasywało, gdziekolwiek morskie wiatry wiały nad nim z brzegu do brzegu — wszyscy byli katolikami. Niechaj wady lub plamy będą jakie chcą — a nie trzeba ich dziś wymieniać — ta myśl ucieleśnia prawdę rzeczywistą, trwałą i natchniającą — i za to wychwalamy Naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa.
Czy to zatem było dziełem świętego Augustyna? Sądzę, że nikt nie może pomylić się co do sensu, w jakim było to jego dziełem. Był założycielem. Jego miłość, gorliwość, świętość, trud i cierpienie położyły fundament — fundament głęboki, fundament mocny, fundament trwały.
Nie musimy dociekać i nie możemy wiedzieć, ile zawdzięczamy intensywnym uniesieniom serca, z którymi święty Grzegorz planował i śledził wielkie dzieło; nie musimy obliczać udziału Kolumby, Aidana, Paulinusa, Czada, Teodora, Wilfrida. Z tytułu pierwszeństwa, przywódctwa, wielkiego i trwałego sukcesu, przez to wszystko, czego dokonał za pośrednictwem innych ludzi, Augustyn jest naszym Apostołem; a potężne ukryte siły, które jedynie nawracają serca do Boga, wyrażają się w owej antyfonie, którą dziś śpiewamy, a której Augustyn używał, być może na tym samym miejscu: *„Błagamy Cię, Panie, w Twoim miłosierdziu, odwróć gniew Twój i zapalczywość Twoją od tego miasta i od Twojego świętego domu, bo zgrzeszyliśmy."*
Dziwne, że może istnieć człowiek tak ślepy, by nie widzieć, w czym — pod Bogiem — leżała siła i błogosławieństwo Apostolstwa świętego Augustyna. Chrześcijaństwo niepełne i niewłaściwe jest nie tylko nie-chrześcijaństwem Chrystusa, lecz jest tak samo skazane na rychłe rozkładanie się jak budynek, gdy dach wpuszcza burze. Wysunięto sugestię, przez tych, którzy muszą znajdować teoretyczne uzasadnienie dla fałszywego stanowiska, że święty Augustyn zamierzał założyć Kościół niezależny. Trudno wyobrazić sobie, by myśl o niezależnym Kościele mogła mu się kiedykolwiek nasunąć. Jak każdy umysł wychowany w tradycji katolickiej, musiał on mieć powszechny katolicki instynkt, że niezależność w chrześcijaństwie oznacza rozkład chrześcijaństwa. Nie miałoby znaczenia, skąd przyszedł
ani kto go wysłał. Lecz przyszedł z Rzymu i do Rzymu należał. Mocą świętego Piotra założył Kościół angielski. Ów następca świętego Piotra, który go posłał, był papieżem, który zostawił po sobie w jednoznacznych słowach swoje przekonanie, że „każdy biskup podlega Stolicy Apostolskiej". Ten papież dał mu paliusz, określił granice jego jurysdykcji arcybiskupiej i poddał mu kapłanów Kościoła brytyjskiego. Powiedziano, że święty Grzegorz wyraźnie odrzucił tytuł „Biskupa Powszechnego" i że zatem nigdy nie mógł rościć sobie władzy nad Kościołem narodowym. Lecz mamy w jego własnych słowach, że zrzekł się tego tytułu jedynie w tym sensie, w jakim zrzekał się dla świętego Piotra miana „Apostoła Powszechnego"; i w tym samym miejscu broni „zwierzchnictwa" świętego Piotra nad całym Kościołem Katolickim. Czy może być jakąkolwiek wątpliwość co do myśli świętego Augustyna? Nie więcej, niż może być wątpliwość co do myśli świętego Grzegorza — ani co do myśli owego Kościoła angielskiego, który jemu zawdzięczał swoje początki. To jedność z Rzymem, jedynie pod Bogiem, odpędzała herezję, zapobiegała schizmie i niezgodzie i ratowała jurysdykcję duchową od duszącej i paraliżującej ręki państwa, raz za razem przez te tysiąc lat. A jeśli wątpilibyśmy, co święty Piotr uczynił dla tego narodu, gdy mu był posłuszny, wystarczy rzut oka na ostatnie trzysta pięćdziesiąt lat, od gdy ustało dogmatyczne nauczanie, i na chwilę obecną, gdy
ciało, które nazywa siebie Kościołem angielskim, jest w nieskończonych sporach we własnym łonie we wszelkiej kwestii religii Chrystusa — o Eucharystię, pojednanie grzeszników, Sakrament Chrztu, życie przyszłe i samą Biblię.
A to prowadzi do owej nieuchronnej nuty żałoby, której nie można wykluczyć z uroczystości takich jak ta. Gdyby Bóg tak zrządził, jakąż uroczystość mogłyby były obchodzić ten naród i ten lud w tym roku! Jaki tłum mógłby był zjechać na tę Mszę Pontyfikalną i Te Deum w Ebbsfleet! Musimy opłakiwać, że jesteśmy tylko ułamkiem; że nasi rodacy, w większości, są zimni na naszą pobożność i obcy naszemu zapałowi. Gdybyśmy ujrzeli lud angielski, reprezentowany przez swoich największych i najlepszych, czczący dziś świętego Augustyna przez udział w wielkiej ofierze, którą on sam zwykł był ofiarowywać, nie wiem, który z nas tu obecnych nie byłby zadowolony z zajęcia najskromniejszego miejsca i płakania, gdy godniejsze głosy głosiłyby jego pochwałę!
A jednak mamy prawo do nadziei. Ojciec działa aż dotąd — i Chrystus działa — i święty Augustyn kontynuuje swe dzieło, bo jest naszym Apostołem do końca. *„Wyście trwali przy mnie w pokusach moich; i Ja wam naznaczam... królestwo, abyście jedli i pili przy stole moim."* Będąc w obliczu Bożym, może on pomagać Anglii lepiej teraz niż swymi słowami na tym brzegu, swymi podróżami, swym udziałem w Krzyżu
— bardziej niż wszelkim swym chodzeniem tam i z powrotem po Kent i Brytanii — bardziej niż przez surowe umartwienie i nieustanną modlitwę swego zakonnego życia w Canterbury. Jest naszym prawem i naszym obowiązkiem mieć nadzieję. Są tacy, którzy powiedzieliby, że przywrócić Anglię katolicyzmowi byłoby trudniej niż sprowadzić z powrotem słone wody morskie, które trzynaście stuleci temu sięgały niemal do miejsca, na którym dziś stoimy. Lecz prawa moralne nie są jak fizyczne — nieśmiertelne dusze są zawsze drogie Chrystusowi — a miłosierdzie i współczucie Boże są nieskończone. I może czegoś brakuje z naszej strony. Prawda, że nie ma tu nikogo obecnego, ani zresztą w całym katolickim społeczeństwie w tym kraju, kto by nie modlił się o nawrócenie Anglii. I dziś to modlitwa wznosi się najcieplej i najusilniej, w towarzystwie wznoszenia Serca Chrystusowego w ofierze, od każdego tu obecnego: od świeckich, którzy przybyli tu z całą swą wiarą i wiernością; od duchowieństwa wszelkich stopni, w znacznej mierze reprezentującego trzody ludu, który jest wciąż zjednoczony w czci swego Apostoła; od mnichów, których imię jest tak splecione z historią Anglii; od biskupów, namaszczonych tym samym namaszczeniem, które spłynęło na świętego Augustyna; od Kardynała Metropolity, który w pierwszym rzędzie reprezentuje dziś świętego Augustyna słowem i czynem, jak i stanowiskiem; i, nie najmniej, od owych braci z Kościołów Francji — od tego najdostojniejszego prałata, który przywraca pamięć miłości i oddanej służby Kościoła w Autun naszemu angielskiemu Apostołowi. Pamięć tego dnia pomnoży i umocni ten chór zjednoczonej modlitwy. Lecz urząd apostolatu jest urzędem trudu i wytrwania. To do tych rzeczy wzywa święty Augustyn katolickie duchowieństwo tego kraju i jego trzody: do dobrego i cierpliwego słowa w stosownej chwili, do podejmowania spraw beznadziejnych, do składania nawet życia w pracy przynoszącej żadnej sławy, do lat i lat wytrwałego wstawiennictwa, do prawdziwej i czynnej gorliwości o dusze. O kraino naszego urodzenia — Anglią, którą kochamy — hojna ziemio, co gromadzisz swoich synów sznurami i więzami tak licznymi i tak mocnymi — obym Chrystus mógł ci przywrócić to, co przyniósł Augustyn! Przez wszystkich twoich Świętych, przez wszystkich twoich męczenników, przez owo wonne kadzidło Mszy, które przez wieki cię uświęcało, przez Maryję, Bogarodzicę, przez świętego Piotra, przez twojego pierwszego Apostoła — niechaj Bóg przebaczy nasze grzechy, wysłucha naszych modlitw i łagodną mocą Swą przywiedzie cię do pełnej wiary i katolickiej jedności!
*Kazanie wygłoszone w jego kościele w Bath, 26 grudnia.*
*„A to jest żywot wieczny, aby Cię poznali, jedynego prawdziwego Boga, i któregoś Ty posłał, Jezusa Chrystusa"* (J 17, 3).
TO SĄ SŁOWA Jezusa, zapisane przez świętego Jana Ewangelistę. Nie są banalizmem ani komunałem; lecz światłem, które nigdy nie może przygasnąć, przestrogą, której nigdy nie można tracić z oczu. Żywot wieczny jest poznaniem Boga i Jezusa Chrystusa. Można by powiedzieć, że nikt w tych chrześcijańskich dniach temu nie przeczy. Nie znać Boga — to być poganinem; nie znać Wcielenia — to chybić odkupienia, nie znaleźć drogi do Nieba, które czeka na zbawionych. A jednak, choć temu nie zaprzeczamy, dalecy jesteśmy od pojmowania głębi tego znaczenia. Co rozumie Nasz Pan i Jego wielki Ewangelista przez „poznanie" Boga? Czy można Boga poznać? Czy umysł skończonego stworzenia może kiedykolwiek dojść do poznania Nieskończonego Stwórcy? I z drugiej strony — czy dusza, na której wyciśnięty jest obraz Boży, ma się zadowolić poznaniem Go z daleka, tak jak poznaje się planetę, albo zamarznięte Morze Północne, albo wielkie pustynie, po których łazą lwy i stopa człowieka ledwie stąpała? Co rozumie Prorok z Patmos przez „poznanie" Jezusa Chrystusa? Czy człowiek musiał żyć z Nim, słyszeć Jego głos w ciele, zaznajomić się z Jego tonem? Albo też — czy wystarczy, gdy ustawi Go sobie jedynie w niszy pośród bohaterów wieków i złoży Mu hołd cichego uznania, rezerwując ciepło uczucia dla osób, które zna bliżej i intymniej?
Są dwie wielkie zasady nadrzędne, które wyznaczają granice i określają chrześcijańską i katolicką naukę o poznaniu Boga: po pierwsze, że Bóg jest niepojęty nawet dla serafina najbardziej oddalonego od warunków materialnych; i po drugie, że każde serce obowiązane jest Go studiować, bo w tym studium kryje się niezgłębione światło i zbawienie. Rozległy zakres, niespodzianki, płodność studium Boga i Wcielenia są znane jedynie w nikłej mierze przez wielkie rzesze tych, którzy kryją się pod mianem wierzącego i chrześcijanina. By przybliżyć ludziom to, co pobożnie ośmielę się nazwać charakterem Boga, który nas stworzył, Jan Ewangelista otrzymał polecenie napisania trzech Listów, jednego wielkiego Proroctwa zwanego Apokalipsą lub Objawieniem i Ewangelii, którą nazywamy Czwartą lub Ewangelią świętego Jana.
Nie zamierzam przy tej okazji zwracać się do niewierzącego ani do żadnej grupy niekatolików. Mam mówić do wierzących katolików; do tych nawet, którzy, czyż nie mam ufności, są gorliwi w wierze i przywiązani z pewną dozą ciepłości do sławnego Świętego — Apostoła, Ewangelisty, Proroka i Męczennika — który jest czcigodnym patronem tego kościoła i którego święto nadchodzi jutro, gdy Jezus Chrystus dopiero co narodzi się w Betlejem. Lecz wszyscy
mamy tę niedogodność, choć jesteśmy katolikami, że żyjemy, nieliczni, wśród narodu, który nie jest obdarzony pełną wiarą katolicką. Musi to być nieszczęściem. Mężczyźni i kobiety, którzy nas otaczają, mogą mieć setki dobrych przymiotów; lecz jeśli nasz ideał jest prawdziwy — że Jezus Chrystus pozostawił po sobie szafarstwo nieomylnego nauczania, sakramentalnej posługi, rzeczywistej Obecności eucharystycznej i prawdziwej Ofiary eucharystycznej — to musimy cierpieć od naszego otoczenia, jak cierpi drzewo przesadzone ze słonecznego zbocza śródziemnomorskiego na nasze własne chłodne wschodnie wybrzeże. Chłód zabija tak samo jak sprzeciw. Wiara, która nie spotyka się z żadnym powitaniem, z żadną zachętą — która nie widzi odbicia siebie w innych twarzach — która nie słyszy echa swych wypowiedzi w świecie, w którym żyje — wiara, która jest niekiedy tępo ignorowana, niekiedy lekceważąco wyśmiewana, niekiedy gorzko potępiana — wiara, która musi istnieć w takich warunkach, może dobrze więdnąć, marnieć, a nawet zamierać. To, że żyje i wiedzie życie tak pełne sił, jak czyni, jest ku chwale Boga i ku chwale Bożej łaski.
Mówiąc zatem o roli, jaka przypadła świętemu Janowi Ewangeliście we wpajaniu światu, jaki rodzaj poznania Boga i Chrystusa chrześcijanin może mieć i mieć powinien, zawsze konieczne jest branie pod uwagę tego, co mówią niekatolicy. Jeśli bowiem mamy we własnym gronie jakieś błędy, jakieś braki, są one — w szczególnych okolicznościach — skazane na to, by być błędami i brakami takimi, jakie unoszą się w literaturze dnia i krążą wśród mężów, którzy przepowiadają, piszą i czytają w kraju, w którym żyjemy.
Ewangelia świętego Jana, i jego inne pisma, o ile są w linii jego Ewangelii, nie są ani traktatem o Bogu, ani wykładem ludzkiej natury Chrystusa. Tematem świętego Jana jest Bóg-Człowiek; Osoba, która istniała, myślała, mówiła w dwóch naturach — naturze Boskiej i naturze ludzkiej. O Jezusie Chrystusie bowiem mówimy, i mówimy prawdziwie: „Jest Bogiem, jest Człowiekiem". Mówimy też z całą prawdziwością, gdy opisujemy Jego myśli, słowa, czyny lub cierpienia: „Jest Stwórcą, jest Sędzią, jest Celem ostatecznym"; i „Narodził się, Jego Najświętsze Serce kochało ludzi, szukał grzeszników, był ukoronowany cierniem, umarł na Krzyżu". To ta sama Osoba, we wszystkich tych przypadkach, oznaczona jest słowem „On" lub „Jego". Jasne jest, że w tej wzniosłej tajemnicy — tym Wcieleniu Słowa — nie są tak interesujące dla nas, których On przyszedł zbawić, jedynie ludzkie przymioty Jezusa; to jest ludzkie przymioty z dala od Boskiej osobowości. Przyznajmy, że ludzka natura Naszego Błogosławionego Pana była najdoskonalszą, jaką kiedykolwiek ukształtowano; że każdy narząd i tkanka Jego świętego Ciała była czystsza niż złoto, szlachetniejsza niż diament; że Jego ludzki rozum i wszystkie Jego władze duchowe były, nawet w porządku naturalnym, porównywalne z przymiotami aniołów; że Jego dążenia i współczucia były głębokie jak ocean, mocne jak ogień, święte jak uczucia serafinów. Gdyby był tylko człowiekiem i niczym więcej, byłby pierwszym z bohaterów świata,
największym ze Świętych świata. Lecz oczywiste jest, że cała ta szlachetność musi się cofnąć daleko w cień — prawie zniknąć w przestrzeni — w obliczu przewodniej myśli Wcielenia — że to mój Bóg myślał, mówił, działał, cierpiał, gdy Jezus to czynił: że ta ludzka natura była nie tylko mieszkaniem czy przybytkiem Bóstwa, nie tylko narzędziem Bóstwa, nie tylko objawieniem Bóstwa, lecz także naturą przez Bóstwo przyjętą.
W istocie możemy patrzeć na Wcielenie jak na wielki komentarz do charakteru Boga. Bez Wcielenia człowiek nie poznałby nigdy prawdziwie, czym jest Bóg. Nie mówię, że pewna wiedza, a nawet obszerna i pocieszająca wiedza o Nieskończonym Stwórcy, nie byłaby w takich okolicznościach do zdobycia. Lecz taka wiedza, w porównaniu z jasnością, mocą i pewnością wiedzy, jaką mamy teraz, miałaby bardzo małą wartość dla pociągania ludzkich serc i zbawienia błądzących ludzkich dusz.
Wielkim niebezpieczeństwem dla natury ludzkiej, jaką ją zastajemy, jest niebezpieczeństwo błędnego wyobrażenia sobie Boga Wszechmogącego, a przez to zapominania o Nim. Zdarzały się przypadki, w których o Bogu zapomniano, nie tworząc sobie o Nim fałszywych wyobrażeń; a także przypadki, w których Bóg był błędnie pojmowany, lecz nie zapomniany. Przykład pierwszego znajdujemy w tych, którzy wyuczyli się swej wiary, a przecież odwracają się plecami do swego Stwórcy; przykład drugiego — w tych, którzy przypisują Bogu błędne przymioty w sprawach predestynacji, pomsty,
uczucia czy powszechnej tolerancji, a mimo to po swojemu służą Bogu, którego sobie w ten sposób wykrojyli na obraz bożyszcza. Na ogół jednak zapomnienie jest następstwem błędnego wyobrażenia. Ludzie łatwo dochodzą do przekonania, że nie muszą pamiętać o Tym, Kogo, zdaje się im, trudno sobie wyobrazić.
Natura ludzka, popychana przez czynność nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego, miała trzy okresy lub fazy błędnego wyobrażenia albo pomyłki co do Boga. Jest po pierwsze błąd, który można by nazwać zasadniczo pogańskim — że Bóg jest zbyt oddalony od ludzi i zbyt wywyższony ponad nich, by troszczyć się o nich i o ich sprawy. Pogański ideał Boga był, mówiąc ogólnie, mniej lub bardziej bałwochwalczy i irracjonalny. Lecz gdy, jak niekiedy się zdarzało, formowali sobie jakieś przybliżenie pojęcia Boga czystego, świętego, sprawiedliwego, wszechmocnego i wiecznego, można prawdziwie powiedzieć, że nieodmiennie odwracali się od tej wizji w rozpaczy, jak od kogoś, kto nie może mieć żadnej sympatii dla słabości, ograniczeń i grzeszności mężczyzn i kobiet. Ich bogowie, jak widział Mojżesz, byli zawsze „dalecy" od nich, w tej samej mierze, w jakiej owi bogowie byli bogscy, a nie ludzcy; tylko Izrael jeden wierzył w prawdziwego i żywego Boga, który był „bliski" — Boga, który był „obecny przy wszystkich ich prośbach"; Boga, który, jak mówił Psalmista w Swoim czasie, pozwalał swemu ludowi „przybliżać się" do Siebie.
Drugi błąd jest tym, który można by nazwać błędem heretyckim; błędem tych, którzy przyjęli przymierze chrześcijańskie, a jednak wypaczyli jego najchwalebniejszą rysę. Chrześcijaństwo jest pojednaniem, zbawieniem. Zawsze było znamienną cechą herezji, a szczególnie znamienną cechą wielkiej herezji luterańskiej i kalwińskiej, twierdzenie, że zbawienie oznaczało nie odrodzenie natury ludzkiej, lecz jedynie imputację lub transakcję ze strony Boga. Kościół Chrystusa, mocno trzymając się słowa Bożego i nieugięty w jego wykładzie, głosił niezmiennie, że zbawiani jesteśmy przez to, iż jesteśmy poruszani, oświecani, oczyszczani i uwielbiani przez łaskę już w tym świecie. Nauczał, że Duch Święty przychodzi zamieszkać w ludzkim przybytku; że nadprzyrodzone wpływy otaczają, przenikają i przesiąkają naturalną istotę i naturalne władze, i że istnieje wzniosły system widzialnych instytucji, które są sposobnościami, a nawet środkami Bożej komunii, którą Bóg Nieba mógłby — jak czyni to często — doprowadzić do skutku bez żadnej widzialnej interwencji. Lecz duch heretycki chce utrzymać barierę, nieprzebytą jak adamant, między naturą ludzką a jej Odkupicielem. Twierdzi on wprawdzie, że dusze są zbawiane; łatwo, zbyt łatwo zbawiane; lecz jest to jak ciała tych, którzy utonęli w katastrofie wielkiego okrętu, wydobyte po śmierci z głodnego morza i złożone w posępnych, trupich szeregach na brzegu. Dusze zbawionych są zbawiane w całym swoim grzechu, w całym swoim stanie duchowej śmierci. Nie ma dla nich tajemnicy odrodzenia, żadnego wzniesienia do życia nadprzyrodzonego. Widzialny Kościół jest zbyteczny, posługa sakramentalna
jest drwiną, dobre uczynki są tylko pozorem, nawet sama modlitwa — bo fiducjarna pewność zbawienia nie może być z pewnością nazywana modlitwą — jest pustym tchnieniem. Takie poglądy, przyznam, rzadko spotyka się w jakiejś ludzkiej piersi w całej swej dosłowności i bezsensowności; niewiara jest równie niekonsekwentna, jak i przewrotna. Lecz jad przesącza systemy religijne kraju protestanckiego jak zaraza z kraju bagien i dżungli, która nigdy nie ustaje, nawet gdy pora roku jest najzdrowsza. I bynajmniej nie jest pewne, że nie dotyka ona nawet katolików i nie sprawia, że nie doceniają oni lub tracą z oczu dzieło Bożej łaski w duszy człowieka zdążającego do swego celu w przyszłym świecie.