**św. John Henry Newman** (1801–1890)
*Discourses Addressed to Mixed Congregations* (Londyn 1849)
Źródło: newmanreader.org
Pierwszy zbiór kazań katolickich wygłoszonych przez Newmana po jego konwersji z anglikanizmu (1845), kierowanych do „mieszanych" zgromadzeń — katolików, protestantów i niewierzących — w nowo otwartym Oratorium w Birmingham. Ten chunk zawiera dyskursy I–III.
---
Gdy grupa ludzi przybywa do nieznanej sobie okolicy, jak to czynimy my, bracia moi, obcy pośród obcych, i gdy się tam osiedla, i wznosi ołtarz, i otwiera szkołę, i zaprasza, a nawet usilnie wzywa wszystkich, by do nich przychodzili, rzeczą naturalną jest, że ci, którzy ich widzą i bywają skłonieni, by o nich myśleć, zadają pytanie: Co ich tu sprowadza? Kto im każe przybywać? Czego pragną? Co głoszą? Jaki mają mandat? Co obiecują? — Macie prawo, bracia moi, zadać to pytanie.
Wielu jednak nie zatrzyma się, by je postawić, sądząc, że bez trudu potrafią sami sobie na nie odpowiedzieć. Wielu jest takich, którzy odpowiedzieliby na nie prędko i z pewnością siebie, zgodnie ze swym zwykłym oglądem rzeczy, na podstawie własnych zasad — zasad świata. Poglądy, zasady i cele świata są bardzo wyraźne, są wszędzie uznawane i nieustannie wedle nich się postępuje. Dostarczają one wyjaśnienia postępowania jednostek, kimkolwiek by były, gotowego pod ręką i tak pewnego co do prawdziwości w przeciętnym biegu spraw, że staje się prawdopodobne i wiarygodne w każdym poszczególnym przypadku. Gdy chcemy wytłumaczyć skutki, które widzimy, odnosimy je rzecz jasna do przyczyn, które znamy. Wymyślać sobie przyczyny, o których nic nie wiemy, znaczy w ogóle ich nie tłumaczyć. Świat zatem w sposób naturalny i konieczny sądzi o innych wedle samego siebie. Ci, którzy żyją życiem świata i działają z pobudek świata, i żyją, i działają z tymi, którzy czynią podobnie, jako rzecz oczywistą przypisują czyny innych — choćby najbardziej różniły się od ich własnych — tej czy innej z pobudek, które ważą u nich samych; jakąś bowiem pobudkę przypisać muszą, a nie potrafią wyobrazić sobie żadnej prócz tych, których sami doświadczyli.
Wiemy, jak się świat toczy, zwłaszcza w tym kraju; jest to świat pracowity, energiczny, niestrudzony. Podejmuje cele z zapałem i przeprowadza je z rozmachem. Spójrzcie w świat, jak wiernie odmalowuje się jego bieg dzień po dniu w owych pismach, które służą jego sprawie, a od razu ujrzycie cele, które go pobudzają, oraz poglądy, które nim rządzą. Przeczytacie o wielkich i wytrwałych wysiłkach, podejmowanych dla jakiegoś doczesnego celu, dobrego czy złego, ale wciąż doczesnego. Jest to jakiś doczesny cel, nawet jeśli nie jest samolubny — najczęściej bowiem jest nim imię, wpływ, władza, bogactwo, stanowisko; czasem jest nim ulżenie nieszczęściom ludzkiego życia czy społeczeństwa, niewiedzy, chorobie, ubóstwu lub występkowi — wciąż jednak jest to jakiś doczesny cel, będący zasadą pobudzającą i ożywiającą owe wysiłki. A tak przyjemne jest podniecenie, które owe doczesne cele wzbudzają, że często samo bywa sobie nagrodą; do tego stopnia, że ludzie, zapominając o celu, dla którego się trudzą, znajdują zadowolenie w samym trudzie i bywają dostatecznie wynagrodzeni za swój wysiłek samym wysiłkiem — walką o powodzenie, rywalizacją stronnictw, próbą swej zręczności, wymaganiami stawianymi ich zasobom, zmiennościami i ryzykami, wciąż nowymi nagłymi potrzebami i rozmaitymi żądaniami zmagania, które prowadzą, choć to zmaganie nigdy nie dobiega końca.
Taka jest droga świata; i dlatego, powiadam, nic dziwnego, że gdy widzi on, jak gdziekolwiek jacyś ludzie zaczynają działać z energią i usiłują skupić innych wokół siebie, i z pozoru postępują podobnie jak on sam, choć w innym kierunku i z wyznaniem religijnym, bez wahania przypisuje im pobudki, które wpływają — lub które wpływałyby — na jego własne dzieci. Często czyni to tytułem nagany, lecz czasem nie nagana to, ale tylko stwierdzenie oczywistego faktu, który uważa za niezaprzeczalny: bierze za pewnik, że są ambitni, niespokojni, żądni wyróżnienia czy złaknieni władzy. Nie zna lepszego wyjaśnienia; i przykro mu, i czuje się dotknięty, gdy z biegiem czasu w postępowaniu tych, których osądza, dostrzega tę czy ową rzecz niezgodną z założeniem, na podstawie którego od początku tak pochopnie ustalił ich pozycję i przewidział ich drogę. Objął ich ogólnym spojrzeniem, przejrzał ich, jak mniemał, na wskroś i z jakiegoś jednego ich czynu, który doszedł do jego wiadomości, bez wahania przypisał im jakąś poszczególną pobudkę jako stałą zasadę nimi powodującą; lecz wkrótce stwierdza, że zmuszony jest zmienić grunt, przyjąć jakąś nową hipotezę i na nowo wytłumaczyć sobie ich charakter i ich postępowanie. O bracia moi drodzy, świat nie może nie czynić tak, ponieważ nas nie zna; zawsze będzie zniecierpliwiony, że nie jesteśmy ze świata, ponieważ on sam jest światem; z konieczności jest ślepy na tę jedną mocną pobudkę, która ma na nas wpływ, i znużony w końcu przeszukiwaniem swych katalogów i notatników w poszukiwaniu opisu, który by nam odpowiadał, siada zniechęcony po wielu domysłach i odrzuca nas jako niewytłumaczalnych albo nienawidzi nas, jak gdybyśmy byli tajemniczy i przebiegli.
Bracia moi, mamy ukryte zamysły — ukryte, to znaczy przed ludźmi tego świata; ukryte przed politykami, ukryte przed niewolnikami mamony, ukryte przed wszystkimi ludźmi ambitnymi, chciwymi, samolubnymi i lubieżnymi. Sama bowiem religia, jak jej Boski Twórca i Nauczyciel, jest, jak rzekłem, rzeczą przed nimi zakrytą; a nie znając jej, nie mogą się nią posłużyć jako kluczem do wytłumaczenia postępowania tych, na których ona wpływa. Nie znają idei i pobudek, które religia stawia przed umysłem, który uczyniła swoim. Nie wnikają w nie ani ich nie pojmują, nawet gdy się im je wyłoży; i nie wierzą, by człowiek mógł się nimi kierować, nawet gdy je wyznaje. Nie potrafią postawić się w położeniu człowieka, który w tym, co czyni, po prostu usiłuje podobać się Bogu. Tak ciasny mają umysł, taka jest małość ich intelektualnej budowy, że gdy katolik wyznaje tę czy inną naukę Kościoła — grzech, sąd, niebo i piekło, krew Chrystusa, moc świętych, wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy czy rzeczywistą obecność w Eucharystii — i mówi, że to są przedmioty, które natchnieniem są jego myślom i kierują jego czynami przez cały dzień, nie potrafią pojąć, że mówi serio; sądzą bowiem, dalibóg, że te właśnie punkty winny być dla niego trudnościami, a co najwyżej są niczym więcej niż próbami jego wiary, i że przechodzi nad nimi do porządku, zadając gwałt swemu rozumowi, i myśli o nich tak mało, jak tylko zdoła; i nie śni im się nawet, że prawdy takie jak te mają władzę nad jego sercem i wywierają wpływ na jego życie. Nic więc dziwnego, że ludzie zmysłowi, światowo nastawieni i niewierzący są podejrzliwi wobec kogoś, kogo nie potrafią pojąć, i tak są zawiło i okrężnie usposobieni w swoich domniemaniach, gdy nie mogą się przemóc, by przyjąć wyjaśnienie, które leży przed nimi wprost. Tak było od początku; Żydzi woleli przypisywać postępowanie Pana naszego i Jego poprzednika jakiejkolwiek pobudce prócz pragnienia spełnienia woli Bożej. Dla Żydów byli oni, jak On mówi, „podobni do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają swym rówieśnikom: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie zawodzili." A potem przechodzi do wyjaśnienia: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie."
Niech świat idzie swoją drogą, niech mówi o nas, co zechce, bracia moi; ale to nie przeszkadza nam mówić, co myślimy i co odwieczny Bóg myśli i mówi o świecie. Mamy równie dobre prawo wydawać własny sąd o świecie, jak świat ma prawo wydawać sąd o nas; i zamierzamy z tego prawa korzystać; bo choć dobrze wiemy, że osądza nas mylnie, mamy świadectwo Boże, że osądzamy go prawdziwie. Skoro więc tak skwapliwie przypisuje naszą gorliwość tej czy innej z własnych pobudek, posłuchajcie mnie, gdy wam ukażę — a nietrudno to uczynić — że to właśnie nasz lęk przed owymi pobudkami i nienawiść do nich, oraz nasze współczucie dla dusz przez nie opętanych, sprawiają, że jesteśmy tak ruchliwi i tak natrętni, że skłania nas to do osiedlenia się w okolicy tak pozbawionej zewnętrznych zalet, lecz tak przeżartej błędem religijnym i tak ludnej w dusze.
O bracia moi, jak mało świat, pochłonięty, jak jest, sprawami czasu i zmysłów, jak mało troszczy się o dusze, o stan dusz wobec Boga, o ich przeszłe dzieje i o ich przyszły los. Świat wyrabia sobie poglądy na rzeczy sam, na swój własny sposób, i w nich żyje. Nigdy nie zatrzymuje się, by rozważyć, czy są one zdrowe i prawdziwe; ani nie przychodzi mu na myśl, by szukać jakiejś zewnętrznej miary czy źródła wiadomości, dzięki któremu można by ich prawdziwość stwierdzić. Zadowala się tym, że bierze rzeczy za pewnik wedle ich pierwszego pozoru; nie zatrzymuje się, by pomyśleć o Bogu; żyje dniem dzisiejszym i (w przewrotnym sensie) „nie troszczy się o jutro." To, co widzi, smakuje, dotyka, wystarcza mu; to jest granica jego poznania i jego dążeń; tylko to, co skuteczne, co dobrze działa, jest godne szacunku; sprawność jest miarą obowiązku, a moc regułą prawa, powodzenie zaś probierzem prawdy. Wierzy w to, czego doświadcza, nie wierzy w to, czego nie potrafi udowodnić. A w następstwie tego naucza, że niewiele człowiek ma do roboty, by być zbawionym; że albo nie popełnił żadnych wielkich grzechów, albo zostaną mu one, rzecz jasna, wybaczone; że może bezpiecznie zaufać miłosierdziu Bożemu co do swych widoków w wieczności; i że powinien odrzucić wszelkie wyrzuty sumienia, wszelkie błagania czy pokutę, wszelkie umartwienie i samodyscyplinę jako uwłaczające owemu miłosierdziu lub mu ubliżające. Tego naucza świat przez swoje liczne sekty i filozofie o naszym położeniu w tym życiu — tego i temu podobnych rzeczy; lecz cóż, z drugiej strony, naucza o nim Kościół katolicki?
Naucza on, że człowiek został pierwotnie uczyniony na obraz Boży, był przybranym synem Bożym, dziedzicem wiecznej chwały, a jako przedsmak wieczności był tu, na ziemi, uczestnikiem wielkich darów i wielorakich łask; i naucza, że teraz jest istotą upadłą. Jest pod przekleństwem grzechu pierworodnego; jest pozbawiony łaski Bożej; jest dzieckiem gniewu; nie może dosięgnąć nieba i grozi mu pogrążenie się w piekle. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest skazany na zatracenie jakimś koniecznym prawem; nie może zginąć bez własnej rzeczywistej woli i czynu, a Bóg daje mu, nawet w jego naturalnym stanie, mnóstwo natchnień i pomocy, by go wieść ku wierze i posłuszeństwu. Nie ma nikogo zrodzonego z Adama, kto by nie mógł być zbawiony, o ile chodzi o Boże wspomożenia; a jednak, biorąc pod uwagę moc pokusy, siłę namiętności, potęgę samolubstwa i własnej woli, panowanie pychy i gnuśności w każdym z jego dzieci, kto będzie tak śmiały, by orzec o jakiejkolwiek poszczególnej duszy, że zdoła ona utrzymać się w posłuszeństwie bez obfitości, bez nadmiaru łaski, której nie sposób się spodziewać, gdyż nie ma żadnej proporcji — nie powiem nawet do roszczeń (bo takich nie ma), lecz do samych potrzeb natury ludzkiej? Możemy bezpiecznie przepowiedzieć każdemu człowiekowi przychodzącemu na świat, że jeśli dojdzie do lat rozeznania, to mimo ogólnych wspomożeń Bożych popadnie w grzech śmiertelny i utraci swą duszę. Nie jest to lekka ani zwyczajna pomoc, dzięki której człowiek bywa wyrwany z własnych rąk i broniony przed samym sobą. Potrzebuje on nadzwyczajnego lekarstwa. Cóż to za myśl! Jakież światło rzuca ona na obecny stan człowieka! Jakże różny od oglądu, jaki ma o nim świat; jakże przeszywający, jakże przemożny w swym wpływie na serca, które ją dopuszczają.
Rozważcie, bracia moi, baczniej dzieje duszy przychodzącej na świat i wychowywanej wedle jego zasad, a idea, którą wam przedstawiam, urośnie w was. Biedne niemowlę przechodzi przez swoje dwa, trzy czy pięć lat niewinności, błogosławione w tym, że jeszcze grzeszyć nie może; lecz w końcu (o dniu opłakany!) zaczyna pojmować różnicę między dobrem a złem. Niestety! prędzej czy później — wiek bowiem bywa rozmaity, ale prędzej czy później — nadszedł ów straszny dzień; ma ono moc, wielką, przeraźliwą, straszną moc rozpoznania i orzeczenia, że jakaś rzecz jest zła, a jednak jej dokonania. Ma wyraźny ogląd, że ciężko obrazi swego Stwórcę i Sędziego, czyniąc to lub owo; i choć naprawdę zdolne jest powstrzymać się od tego, ma swobodę, by to wybrać i popełnić. Ma straszną moc popełnienia grzechu śmiertelnego. Choć tak młode, ma równie prawdziwe pojęcie tego grzechu i może dać równie rzeczywiste przyzwolenie, jak dał zły duch, gdy upadł. Nadszedł dzień, i któż powie, czy się zamknie, czy upłynie wiele godzin, zanim ono użyje owej mocy i dopuści się w istocie tego, czego nie powinno czynić, czego czynić nie musi, czego uczynić może? Czy jest ktoś, kogo kiedykolwiek znaliśmy, o kim moglibyśmy stwierdzić, że gdyby pozostał w stanie natury, użyłby danych mu mocy — że jeśli jest w stanie natury, użył danych mu mocy — w taki sposób, by ujść winy i kary za obrazę Boga Wszechmogącego? Nie, bracia moi, wielkie miasto takie jak to jest widokiem przerażającym. Idziemy ulicami i jakże wielu jest tych, których spotykamy, którzy nigdy nie zostali ochrzczeni! A z czego składa się reszta, jeśli nie po największej części z tych, którzy choć ochrzczeni, zgrzeszyli przeciw danej im łasce i nawet od wczesnej młodości sami wyrzucili się z owej owczarni, w której jedynie jest zbawienie! Rozum i grzech szły razem od pierwszej chwili. Biedne dziecko! wygląda ono tak samo dla swoich rodziców. Oni nie wiedzą, co się w nim działo; albo może, gdyby wiedzieli, niewiele by sobie z tego robili, bo i oni są w stanie grzechu śmiertelnego, jak i ono. Oni także, na długo zanim się poznali, zgrzeszyli, i to śmiertelnie, i nigdy nie pojednali się z Bogiem; tak żyli przez lata, niepomni swego stanu. W końcu pobrali się; był to dla nich dzień radości, lecz nie dla aniołów; może byli wysokiego stanu albo niskiej kondycji, może powodziło się im, a może nie w ich doczesnym biegu, lecz ich związek nie był pobłogosławiony przez Boga. Wydali na świat dziecko; nie zostało ono skazane na piekło w chwili narodzin, ale spoczęły na nim złowróżbne znaki, zdawało się, że pójdzie drogą wszelkiego ciała: i oto czas nadszedł; przepowiednia się spełniła; i ono dobrowolnie odstępuje od Boga. W końcu zakazany owoc został zjedzony; grzech został pochłonięty z upodobaniem; bramy piekła rozwarły się nad nim, w milczeniu i bez jego wiedzy; nie ma oczu, by ujrzeć jego płomienie, lecz jego mieszkańcy wpatrują się w nie; jego miejsce w nim jest ustalone bez sporu — i jeśli jego Stwórca nie wkroczy w jakiś nadzwyczajny sposób, jest ono zgubione.
A jednak jego umysł nie zatrzymuje swego wzrostu dlatego, że jest niewolnikiem grzechu. Otwiera się; czas mija; uczy się może rozmaitych rzeczy; może ma dobre zdolności i zostaje nauczone je rozwijać. Może ma ujmujące maniery; w każdym razie jest beztroskie i wesołe, jak bywają chłopcy. Stopniowo bywa wychowywane dla świata; wyrabia sobie własne sądy; wybiera swoje zasady i bywa kształtowane w pewien charakter. Ów charakter może być bardziej lub mniej miły; może mieć wiele lub mało naturalnej cnoty — to nieważne; nieszczęście tkwi wewnątrz; już się stało i się szerzy. Diabeł jest spuszczony z łańcucha i grasuje w nim. Przez jakiś czas używało pewnego rodzaju modlitw, lecz porzuciło je; były tylko formą, a ono nie miało do nich serca; po cóż miałoby je ciągnąć dalej? i jaki z nich pożytek? i jaki obowiązek? Tak rozumowało; i postąpiło zgodnie ze swym rozumowaniem, i przestało się modlić. Może to był jego pierwszy grzech, ów pierworodny grzech śmiertelny, który wyrzucił je z łaski — niewiara w moc modlitwy. Jako dziecko odmówiło modlitwy i dowodziło, że jest zbyt duże, by się modlić, i że jego rodzice się nie modlą. Porzuciło modlitwę, a wtedy wszedł diabeł i wziął je w posiadanie, i rozgościł się jak u siebie, i hulał w jego sercu.
Biedne dziecko! Każdy dzień dodaje wciąż nowe i nowe grzechy śmiertelne do jego rachunku; błagania łaski coraz mniej na nie działają; oddycha tchnieniem zła i dzień po dniu bywa coraz zgubniej zepsute. Odrzuciło myśl o Bogu i postawiło na Jego miejscu samo siebie. Odrzuciło tradycje religii, które krążą wokół niego, i wybrało zamiast nich bliższe sobie tradycje świata, by były przewodnikiem jego życia. Jest pewne swoich poglądów i nie podejrzewa, że zło jest przed nim i na jego drodze. Uczy się szydzić z ludzi poważnych i z rzeczy poważnych, chwyta każdą plotkę o nich rozpuszczaną i wypowiada się stanowczo, choć nie ma żadnych środków, by sądzić czy wiedzieć. Im mniej wierzy w naukę objawioną, tym mędrszym się sobie wydaje. Albo, jeśli jego naturalne usposobienie chroni je przed zatwardziałością serca, to z gnuśności i z naśladownictwa przyłącza się do drwin z osób świętych i rzeczy świętych, o ile się z nimi zetknie. Jest bystre i pojętne, i dowcipne, i obraca te talenty na służbę szatanowi. Ma skrytą niechęć do prawd religijnych i religijnych praktyk, wstręt, którego ledwie jest świadome, a którego nie umiałoby wyjaśnić, gdyby było. Tak było z Kainem, najstarszym synem Adama, który posunął się do zamordowania brata, ponieważ jego uczynki były sprawiedliwe. Tak było z owymi biednymi chłopcami w Betel, którzy szydzili z wielkiego proroka Elizeusza, wołając: „Wstąp, łysku!" Cokolwiek służy za przedmiot drwiny i szyderstwa dla naturalnego człowieka, gdy widok religii go drażni.
O bracia moi, mógłbym mówić dalej o owych innych, bardziej odrażających i bardziej skrytych nikczemnościach, które kiełkują i rozkrzewiają się w nim, w miarę jak czas postępuje, a życie się przed nim otwiera. Niestety! któż zgłębi otchłanie owego zła, którego zapłatą jest śmierć? O cóż za straszny widok roztacza ten upadły świat, łudnie i pięknie wyglądający z zewnątrz, wiarygodny w swoich wyznaniach, wstydzący się własnych grzechów i ukrywający je, a przecież będący masą zepsucia pod powierzchnią! Wstydzący się swych grzechów, a jednak nie wyznający przed samym sobą, że to grzechy, lecz broniący ich, gdy sumienie czyni mu wyrzuty, a może i śmiało mówiący lub przynajmniej dający do zrozumienia, że jeśli jakiś popęd jest sam w sobie dozwolony, to musi być zawsze słuszny w jednostce, owszem, że samozadowolenie jest swoim własnym usprawiedliwieniem, a pokusa jest głosem Boga. Po cóż miałbym próbować rozłożyć na części przeplatające się wpływy lub opisać połączoną moc pychy i pożądliwości — pożądliwości szukającej drogi do zła, a pychy umacniającej ten szlak — aż pierwsze podstawowe prawdy Objawienia zaczynają uchodzić za zwykłe bajeczki z pokoju dziecinnego? Nie, nie zamierzałem niczego więcej, jak tylko puścić nieszczęsną naturę, by tak rzec, w jej bieg, i tam ją zostawić, bracia moi, waszym rozważaniom, owemu osobistemu komentarzowi, jaki każdy z was zdoła dorzucić do tego bladego zarysu, uświadamiając sobie we własnym umyśle i własnym sumieniu to, czego żadne słowa nie zdołają należycie wyrazić.
Jego świecki bieg toczy się dalej: chłopiec stał się mężczyzną; obrał zawód lub rzemiosło; powodzi mu się w nim nieźle; żeni się, jak przedtem jego ojciec. Odgrywa swoją rolę na scenie śmiertelnego życia; jego koneksje rozszerzają się, gdy się starzeje: czy to w wyższej, czy w niższej sferze społeczeństwa, ma swoją reputację i swój wpływ — reputację i wpływ, powiedzmy, człowieka rozsądnego, roztropnego i bystrego. Jego dzieci dorastają wokół niego; wiek średni minął — jego słońce chyli się na firmamencie. Na wadze i wedle miary świata doszedł do zacnej i czcigodnej starości; był dzieckiem świata, a świat uznaje go i chwali. Lecz czym jest on na wadze nieba? Cóż powiemy o sądzie Bożym nad nim? Cóż z jego duszą? — z jego duszą? Ach, jego dusza; o niej zapomniał; zapomniał, że ma duszę, lecz ona trwa od początku do końca w obliczu swego Stwórcy. *Posuisti sæculum nostrum in illuminatione vultûs Tui*; „Postawiłeś nasze życie w świetle Twego oblicza." Niestety! niestety! o jego duszy świat wie, świat dba — nic; nie rozpoznaje duszy; nie uznaje w nim niczego prócz intelektu objawiającego się w śmiertelnym ciele; dba o człowieka, póki jest tutaj, traci go z oczu, gdy jest tam. A jednak nadchodzi czas, gdy on opuszcza tutaj i znajdzie się tam; odchodzi z pola widzenia, pośród cieni owego niewidzialnego świata, wobec którego świat widzialny jest tak sceptyczny; toteż nas, którzy mamy wiarę w ów niewidzialny świat, obchodzi to, by zapytać: „Jak się ma przez cały ten czas jego dusza?" Niestety! miał on przyjemności i zadowolenia w życiu, ma, powiadam, dobre imię wśród ludzi; otrzeźwiał w swoich poglądach z biegiem życia i zaczął sądzić, że ład i religia to rzeczy dobre, że pewien szacunek należy się religii jego kraju i pewne uczestnictwo wypada poświęcać jej publicznemu kultowi; lecz wciąż jest, wedle słów Pana naszego, niczym więcej jak grobem pobielanym; jest wewnątrz pełen kości umarłych i wszelkiej zgnilizny. Wszystkie grzechy jego młodości, nigdy nieodżałowane, nigdy naprawdę nieoddalone — jego dawne świętokradztwa, jego nieczystości, jego zawiści, jego bałwochwalstwa — gniją wraz z nim; tyle że przykryte i ukryte kolejnymi warstwami coraz nowszych i późniejszych grzechów. Jego serce jest siedliskiem ciemności, było obmacywane, kalane, opętane przez złe duchy; jest istotą bez wiary i bez nadziei; jeśli coś uważa za prawdę, to jedynie jako mniemanie, a jeśli ma pewien rodzaj spokoju i pokoju, to spokój nie nieba, lecz rozkładu i rozpadu. A teraz jego dawny wróg odepchnął na bok jego dobrego anioła i siedzi obok niego, ciesząc się ze swego zwycięstwa i cierpliwie czekając na swą zdobycz; nie kusząc go do nowych grzechów, by nie zakłóciły jego sumienia, lecz po prostu pozostawiając rzeczy w spokoju; pozwalając mu zabawiać się cieniami wiary, cieniami pobożności, cieniami kultu; ochoczo pomagając mu ustroić się w jakąś formę religii, która by zadowoliła słabość jego schyłkowego wieku, wiedząc dobrze, że nie potrwa on długo, że jego śmierć jest kwestią czasu i że wkrótce zdoła go porwać z sobą w dół, do swego ognistego mieszkania.
O jakże to straszne! i w końcu nieuchronna godzina nadeszła. On umiera — umiera spokojnie — jego przyjaciele są o niego spokojni. Składają dzięki, że Bóg go zabrał, że uwolnił go od trosk życia i bólów choroby; „dobry ojciec", mówią, „dobry sąsiad", „szczerze opłakiwany", „opłakiwany przez szerokie grono przyjaciół". Może dodają: „odszedł z mocną ufnością w miłosierdzie Boże" — owszem, on potrzebuje czegoś ponad miłosierdzie, potrzebuje jakiegoś przymiotu, który byłby niezgodny z doskonałością i którego nie ma, ani być nie może, w Bogu pełnym wszelkiej chwały i wszelkiej świętości — „z ufnością", dalibóg, „w obietnice Ewangelii", które nigdy nie były jego albo które wcześnie utracił. A potem, w miarę jak czas płynie, raz po raz słychać o nim jakieś przelotne wspomnienie, pełne szacunku lub czułości; lecz on przez cały ten czas (na przekór temu fałszywemu światu i choć jego dzieci nie chcą tego przyjąć, i krzyczą, i protestują, i oburzają się, gdy się napomyka o tak uroczystej prawdzie) — on podnosi oczy, cierpiąc męki, i leży „pogrzebany w piekle".
Takie są dzieje człowieka w stanie natury lub w stanie odstępstwa, dla którego Ewangelia nigdy nie była rzeczywistością, w którym dobre ziarno nigdy się nie zakorzeniło, na którego łaska Boża spłynęła na próżno, w którym nigdy nie przeważyła na tyle, by skłonić go do szukania Jego oblicza i do proszenia o owe wyższe dary, które wiodą do nieba. Taki jest jego mroczny zapis. Lecz mówiłem tylko o jednym człowieku: niestety! bracia moi drodzy, jest to zapis tysięcy; jest to, w tej czy innej postaci, zapis wszystkich dzieci świata. „Gdy tylko się rodzą", mówi mędrzec, „natychmiast przestają istnieć i nie mogą ukazać żadnego znaku cnoty, i marnieją w swej nieprawości." Mogą być bogaci lub biedni, uczeni lub nieświadomi, ogładzeni lub prostaccy, na zewnątrz przyzwoici i panujący nad sobą, lub gorszący w swoim życiu — ale w gruncie rzeczy wszyscy są jednym i tym samym; nie mają wiary, nie mają miłości; są nieczyści, są pyszni; wszyscy zgadzają się ze sobą bardzo dobrze, zarówno w poglądach, jak i w postępowaniu; widzą, że się zgadzają; i tę zgodność biorą za dowód, że ich postępowanie jest słuszne, a ich poglądy prawdziwe. Jakie drzewo, taki owoc; nic dziwnego, że owoc jest ten sam u wszystkich, skoro pochodzi z tego samego korzenia natury nieodrodzonej, nieodnowionej; lecz oni uważają go za dobry i zdrowy, ponieważ dojrzewa w tak wielu; i odpędzają jako obmierzłą, nieznośną i ohydną czystą i niebiańską naukę Objawienia, ponieważ jest tak surowa wobec nich samych. Nikt nie lubi złych wieści, nikt nie wita tego, co go potępia; świat oczernia Prawdę we własnej obronie, ponieważ Prawda piętnuje świat.
Bracia moi, jeśli tak się rzeczy mają, lub raczej (bo o to tu chodzi) jeśli my, katolicy, mocno wierzymy, że tak się mają, tak mocno wierzymy, że uważalibyśmy za szczęście raczej umrzeć, niż w to zwątpić — czy to dziwne, czy wymaga jakiegoś zawiłego wyjaśnienia, że ludzie usposobieni tak jak my przychodzą w sam środek takiej ludności jak ta, i do okolicy, gdzie błąd religijny ma władzę i gdzie zepsucie życia panuje zarazem jako jego przyczyna i jako jego następstwo — ludności nie gorszej zaiste niż reszta świata, lecz nie lepszej; nie lepszej, ponieważ nie ma przy sobie daru katolickiej prawdy; nie czystszej, ponieważ nie ma w sobie owego daru łaski, który jedynie może zniszczyć nieczystość; ludności grzesznej, jestem tego pewien, oddanej niedozwolonym uciechom, obciążonej winą i wystawionej na wieczną zgubę, ponieważ nie jest pobłogosławiona ową Obecnością Słowa Wcielonego, która rozlewa słodycz, spokój i czystość w sercu — czy jest to rzecz godna zdziwienia, że zaczynamy głosić takiej ludności, za którą Chrystus umarł, i staramy się nawrócić ją ku Niemu i ku Jego Kościołowi? Czy trzeba pytać o powody? czy trzeba wyznaczać pobudki tego świata dla postępowania, które jest tak naturalne u tych, którzy wierzą w zapowiedzi i wymagania tamtego? Bracia moi drodzy, jeśli jesteśmy pewni, że Najświętszy Odkupiciel przelał swą krew za wszystkich ludzi, czyż nie jest to bardzo jasny i prosty wniosek, że my, Jego słudzy, Jego bracia, Jego kapłani, mielibyśmy niechęć patrzeć, jak ta krew jest przelana na próżno — zmarnowana, mogę rzec, co do was — i mielibyśmy pragnąć, byście stali się uczestnikami owych dobrodziejstw, które zostały udzielone nam samym? Czy trzeba, by jakiś postronny nazywał nas próżnymi, ambitnymi czy niespokojnymi, chciwymi władzy, lubującymi się we władzy, mściwymi, stronniczymi i tym podobne, gdy oto jest tak o wiele potężniejsza, o wiele bliższa, o wiele bardziej wpływowa pobudka, której można przypisać nasz zapał i naszą gorliwość? Cóż jest tak potężnym bodźcem do głoszenia, jak pewne przekonanie, że jest to głoszenie prawdy? Cóż tak przynagla do nawracania dusz, jak świadomość, że są one obecnie w winie i w niebezpieczeństwie? Cóż jest tak wielką zachętą, by wprowadzać ludzi do Kościoła, jak przeświadczenie, że jest on szczególnym środkiem, którym Bóg sprawia zbawienie tych, których świat ćwiczy w grzechu i niewierze? Dopuśćcie tylko, byśmy wierzyli w to, co wyznajemy, a z pewnością nie jest to żądanie wielkie (bo cóżeśmy uczynili, byśmy mieli być podejrzewani?) — dopuśćcie tylko, byśmy wierzyli w to, co wyznajemy, a bez trudu pojmiecie, co czynimy. Przychodzimy między was, ponieważ wierzymy, że jest tylko jedna droga zbawienia, wytyczona od początku, a wy nią nie kroczycie; przychodzimy między was jako szafarze owej nadzwyczajnej łaski Bożej, której potrzebujecie; przychodzimy między was, ponieważ sami otrzymaliśmy wielki dar od Boga i pragniemy, byście byli uczestnikami naszej radości; ponieważ napisano: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie"; ponieważ nie śmiemy ukrywać w chustce owych zmiłowań i owej łaski Bożej, które dano nam nie tylko dla nas samych, lecz dla pożytku innych.
Taka gorliwość, choć uboga i słaba w nas, była samym życiem Kościoła i tchnieniem jego kaznodziejów i misjonarzy we wszystkich wiekach. To ogień taki jak ten sprowadził Pana naszego z nieba, ogień, który pragnął, który trudził się, by go udzielić wszystkim wokół siebie. „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię", mówi On, „i czegóż chcę, jeśli nie tego, by już zapłonął?" Takie też było uczucie wielkiego Apostoła, któremu jego Pan się ukazał, by mu udzielić tego ognia. „Posyłam cię do pogan", rzekł mu przy jego nawróceniu, „abyś otworzył im oczy, by się nawrócili z ciemności do światła i od władzy szatana do Boga." I stosownie do tego natychmiast zaczął im głosić, żeby czynili pokutę i zwracali się ku Bogu z godnymi owocami pokuty, „bowiem", jak mówi, „przynaglała go miłość Chrystusa", i „stał się wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich zbawić", i „wszystko znosił dla wybranych, aby i oni dostąpili zbawienia, które jest w Chrystusie Jezusie, wraz z chwałą niebieską." Taki też był ogień gorliwości, który płonął w owych kaznodziejach, którym my, Anglicy, zawdzięczamy nasze chrześcijaństwo. Cóż sprowadziło ich z Rzymu na tę odległą wyspę i do ludu barbarzyńskiego, pośród licznych obaw i z wielkim cierpieniem, jeśli nie najwyższe, nieokiełznane pragnienie ratowania ginących i wszczepienia członków i niewolników szatana w ciało Chrystusa? To było tajemnicą rozkrzewiania się Kościoła od samego początku i będzie nią do końca; oto dlaczego Kościół, pod łaską Bożą, ku zdumieniu świata, nawraca narody i dlaczego żadna sekta nie potrafi uczynić podobnie; oto dlaczego katoliccy misjonarze tak hojnie rzucają się między najdziksze dzikie ludy i narażają się na najokrutniejsze męki, jako że znają wartość duszy, jako że pojmują świat, który ma nadejść, jako że miłują serdecznie swych braci, choć ich nigdy nie widzieli, jako że wzdrygają się na myśl o wiecznej niedoli i jako że pragną pomnożyć owoc Męki swego Pana i tryumfy Jego łaski.
My, bracia moi, nie jesteśmy godni, by nas wymieniać obok Ewangelistów, świętych i męczenników; przychodzimy do was w czasie pokoju i w dobrze urządzonym stanie społeczeństwa, polecani owym skrytym lękiem i czcią, którą — co by tam nie mówili — Anglicy po większej części, albo w dobrej części, żywią dla owej Religii swoich ojców, która pozostawiła w tym kraju tyle pomników swego dawnego panowania. Nie wymaga to od nas wielkiej gorliwości ani wielkiej miłości — przyjść do was bez ryzyka i błagać was, byście zawrócili ze ścieżki śmierci i byli zbawieni. Nie wymaga to niczego wielkiego, niczego heroicznego, niczego świętego; wymaga jedynie przekonania, a to mamy, że Religia katolicka jest dana od Boga dla zbawienia ludzkości i że wszystkie inne religie są tylko kpinami; nie wymaga niczego więcej niż wiary, jednej myśli, uczciwego serca i wyraźnego głosu. Przychodzimy do was w imię Boga; nie prosimy was o nic więcej, jak tylko byście nas wysłuchali; nie prosimy o nic więcej, jak tylko byście sami osądzili, czy głosimy słowa Boże, czy nie; od was będzie zależało, czy jesteśmy kapłanami i prorokami Bożymi, czy nie. Niewiele to prosić, lecz to więcej, niż zechce przyznać większość ludzi; nie śmią nas słuchać, są zniecierpliwieni z uprzedzenia albo lękają się przekonania. Tak! niejeden jest taki, kto ma nawet dobry powód, by nas wysłuchać, owszem, do kogo mamy prawo być wysłuchani, kto powinien mieć pewne zaufanie do nas, a kto jednak zatyka uszy i odwraca się, i woli zaryzykować wieczność, niż zważyć, co mamy do powiedzenia. Jakże to przerażające! lecz wy tacy nie jesteście, być nie możecie; nie prosimy o waszą ufność, bracia moi, bo nigdy nas nie znaliście; nie prosimy was, byście brali za pewnik, co mówimy, bo jesteśmy wam obcy; prosimy was tylko, byście naprzód rozważyli, że macie dusze do zbawienia, a następnie byście sami osądzili, czy — jeśli Bóg objawił własną religię, by przez nią zbawić owe dusze — religia ta może być inna niż wiara, którą głosimy.
Nikt nie grzeszy, nie znajdując sobie jakiegoś usprawiedliwienia dla grzechu. Zmuszony jest to czynić: człowiek nie jest jak nieme zwierzęta; ma w sobie Boży dar, który zwiemy rozumem i który przymusza go, by przed jego trybunałem zdawał sprawę z tego, co czyni. Nie może postępować na chybił trafił; jakkolwiek postępuje, musi postępować wedle jakiejś reguły, na jakiejś zasadzie; inaczej jest zmartwiony i niezadowolony z siebie. Nie żeby był bardzo wybredny, czy znajduje dobry powód, czy zły, gdy jest bardzo przyciśnięty potrzebą znalezienia powodu; ale jakiś powód mieć musi. Stąd nieraz spotyka się takich, którzy całkiem zaniedbawszy religijną powinność, napadają na postępowanie ludzi religijnych — czy to swoich znajomych, czy szafarzy lub wyznawców religii — jako na pewnego rodzaju usprawiedliwienie, bardzo liche, dla swego zaniedbania. Inni będą się usprawiedliwiać tym, że są tak daleko od kościoła albo tak ściśle zajęci w domu, chcąc czy nie chcąc, że nie mogą służyć Bogu, jak powinni. Inni mówią, że nie ma sensu o to się starać, że raz po raz chodzili do spowiedzi i próbowali wystrzegać się grzechu śmiertelnego, a nie potrafią; i tak porzucają tę próbę jako beznadziejną. Inni, gdy popadają w grzech, usprawiedliwiają się tym, że jedynie idą za naturą; że popędy natury są tak bardzo silne i że nie może być złem iść za tą naturą, którą Bóg nam dał. Inni są jeszcze śmielsi i zrzucają z siebie religię całkowicie: zaprzeczają jej prawdziwości; zaprzeczają Kościołowi, Ewangelii i Biblii; posuwają się może nawet do tego, że zaprzeczają Bożemu rządzeniu stworzeniami. Śmiało zaprzeczają, że istnieje jakiekolwiek życie po śmierci; a skoro tak, to oczywiście byliby zaiste głupcami, gdyby nie zażywali tu przyjemności i nie wykorzystywali tego nędznego życia, jak tylko zdołają.
A są jeszcze inni — i do nich zamierzam się zwrócić — którzy próbują uciszyć się i upewnić, żywiąc myśl, że to czy owo mimo wszystko się zdarzy, by ich uchronić od wiecznej zguby, choć teraz trwają w zaniedbaniu Boga; że do śmierci jeszcze długo; że wiele szans przemawia na ich korzyść; że nawrócą się z czasem, gdy się zestarzeją, rzecz jasna; że zamierzają nawrócić się któregoś dnia; że zamierzają, prędzej czy później, poważnie wziąć pod uwagę swój stan i umocnić swoją pozycję; a jeśli są katolikami, dodają, że zadbają o to, by umrzeć z ostatnimi sakramentami, i że dlatego nie muszą się tą sprawą trapić.
Otóż osoby te, bracia moi, kuszą Boga; wystawiają Go na próbę, jak daleko sięgnie Jego dobroć; i może się zdarzyć, że będą Go wystawiać na próbę zbyt długo i doświadczą nie Jego łaskawego przebaczenia, lecz Jego surowości i Jego sprawiedliwości. W tym duchu zachowywali się Izraelici na pustyni wobec Boga Wszechmogącego: zamiast czuć przed Nim bojaźń, byli z Nim poufali, traktowali Go familiarnie, czynili wymówki, wysuwali skargi, wyrzucali Mu; jakby odwieczny Bóg był słabym człowiekiem, jakby był ich sługą i podwładnym; w następstwie czego, jak nam mówi natchniony dziejopis, „zesłał Pan na lud węże o ognistym jadzie". Do tego odnosi się św. Paweł, gdy mówi: „I nie wystawiajmy Pana na próbę, jak niektórzy z nich wystawiali i poginęli od wężów"; przestroga dla nas dzisiaj, że ci, którzy są zuchwali i śmiali wobec swego Wszechmocnego Zbawiciela, zyskają nie przebaczenie, na które liczą, lecz znajdą się w zwojach starodawnego węża, wchłoną jego trujący oddech i w końcu pomrą od jego kłów. Ów uwodzicielski duch ukazał się osobiście Panu naszemu w dniach Jego ciała i próbował usidlić Go, Syna Najwyższego, w tym właśnie grzechu. Postawił Go na szczycie świątyni i rzekł Mu: „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest bowiem napisane: Aniołom swoim da rozkaz co do Ciebie, a na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień"; lecz odpowiedź Pana naszego brzmiała: „Jest też napisane: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego." I tak liczni są dziś kuszeni, by rzucać się na oślep w dół przepaści grzechu, zapewniając się przy tym, że nigdy nie dosięgną piekła, które leży na jej dnie, nigdy nie roztrzaskają się o jego ostre skały ani nie zostaną wtrąceni w jego płomienie; bo aniołowie i święci są tam, w ich ostateczności, w ich końcowej potrzebie — lub przynajmniej Boże ogólne zmiłowania albo Jego szczególne obietnice — by wkroczyć i unieść ich bezpiecznie. Taki jest grzech tych ludzi, bracia moi, o którym zamierzam mówić; nie grzech niewiary, pychy czy rozpaczy, lecz zuchwałej ufności.
Wyłożę wyraźniej rodzaj myśli, które przechodzą przez ich umysły i które ich uciszają i zadowalają w ich biegu bezbożności. Mówią sobie: „Nie mogę teraz porzucić grzechu; nie mogę porzucić tej czy owej uciechy; nie mogę odzwyczaić się od tego nawyku nieumiarkowania; nie mogę obyć się bez tych niedozwolonych zysków; nie mogę opuścić tych pracodawców czy przełożonych, którzy mi nie pozwalają iść za sumieniem. Niepodobna, bym teraz służył Bogu; i nie mam czasu, by zajrzeć w siebie; i nie czuję chęci do żalu; nie mam serca do religii. Ale przyjdzie to łatwiej później; tak samo naturalne będzie wtedy żałować i być religijnym, jak teraz naturalne jest grzeszyć. Będę miał wtedy mniej pokus, mniej trudności. Ludzie starzy bywają wprawdzie czasem nikczemnikami, ale ogólnie biorąc, są religijni; są religijni niemal jako rzecz oczywista; mogą trochę kląć i przeklinać, i kłamać, i robić tym podobne drobiazgi; lecz mimo to są wolni od grzechu śmiertelnego i byliby bezpieczni, gdyby ich nagle zabrano." A gdy najdzie ich jakaś poszczególna pokusa, myślą: „To tylko jeden grzech, i ten jeden raz; nigdy przedtem nic podobnego nie zrobiłem i nigdy więcej nie zrobię, póki żyję"; albo: „Robiłem już gorsze rzeczy, i to tylko o jeden grzech więcej, a i tak będę musiał żałować; a skoro już o tym mowa, równie łatwo będzie żałować o jeden grzech więcej, jak o jeden mniej, bo będę musiał żałować za wszystkie grzechy"; albo znów: „Jeśli zginę, nie zabraknie mi towarzystwa — co się stanie z tym czy owym? Jestem prawdziwym świętym w porównaniu z takim a takim; a znałem ludzi, którzy się nawrócili, a robili o wiele gorsze rzeczy niż ja."
Otóż, bracia moi drodzy, ci, którzy czynią sobie takie usprawiedliwienia, nie wiedzą ani czym jest grzech sam w sobie, ani czym są ich własne grzechy w szczególności; nie pojmują ani ohydy, ani mnogości swoich grzechów. Trzeba zatem wyraźnie przedstawić jeden czy dwa punkty katolickiej nauki, które posłużą do ukazania tej sprawy w jaśniejszym świetle, niż ludzie zwykli ją widzieć. Prawdy te są bardzo proste i bardzo oczywiste, lecz całkiem zapomniane przez osoby, o których mówiłem, inaczej nigdy nie zdołałyby zadowolić swego rozumu i sumienia tak błahymi wywodami i wymówkami, jak te, które wyłuszczyłem.
Naprzód więc zauważcie, że gdy ktoś mówi: „Już przedtem grzeszyłem równie źle", albo: „To tylko o jeden grzech więcej", albo: „Muszę i tak żałować, więc pożałuję raz na zawsze", i tym podobne, zapomina, że wszystkie jego grzechy są w ręku Boga i na jednej stronie księgi sądu, i już zliczone przeciw niemu, w miarę jak każdy bywa popełniany, aż po ostatni z nich; że grzech, który teraz popełnia, nie jest pojedynczym, odosobnionym grzechem, lecz jednym z ciągu, z długiego rejestru; że choć to tylko jeden, nie jest to grzech pierwszy, drugi czy trzeci na liście, lecz tysięczny, dziesięciotysięczny czy stutysięczny w długim biegu grzeszenia. Nie jest to pierwszy z jego grzechów, lecz ostatni, a może i ten zgoła ostatni i dopełniający. On sam zapomina, zdoła zapomnieć albo próbuje zapomnieć, pragnie zapomnieć o wszystkich swoich poprzedzających grzechach, lub pamięta je jedynie jako przykłady tego, że grzeszył bezkarnie przedtem, i jako dowody, że może grzeszyć bezkarnie nadal. Lecz każdy grzech ma swoją historię: nie jest przypadkiem; jest owocem wcześniejszych grzechów w myśli lub w czynie; jest znamieniem nawyku głęboko zakorzenionego i szeroko rozgałęzionego; jest zaostrzeniem zjadliwej choroby; i jak ostatnie źdźbło, jak mówią, łamie grzbiet konia, tak nasz ostatni grzech, jakikolwiek jest, jest tym, który niszczy naszą nadzieję i przepada nasze miejsce w niebie. Dlatego, bracia moi, jest to tylko podstęp diabła, który sprawia, że bierzecie swoje grzechy po jednym, gdy Bóg ogląda je jako całość. „*Signasti, quasi in sacculo, delicta mea*", mówi święty Hiob, „Zapieczętowałeś moje grzechy jak w worku", a któregoś dnia wszystkie zostaną wyliczone. Pojedyncze grzechy są jak dotknięcia i pociągnięcia, które malarz nadaje, najpierw jedno, potem drugie, obrazowi na swoim płótnie; albo jak kamienie, które murarz układa i spaja na budowany przez siebie dom. Wszystkie są ze sobą połączone; zmierzają ku całości; patrzą ku celowi i śpieszą ku swemu spełnieniu.
Idź, popełnij ten grzech, bracie mój, do którego jesteś kuszony, na który uparcie patrzysz jako na sam w sobie, spójrz nań, jak Ewa patrzyła na zakazany owoc, rozpamiętuj jego lekkość i błahość; a być może odkryjesz, że jest on mimo wszystko właśnie zwieńczeniem twej wysokiej wieży buntu, które staje przed pamięcią Bożą i dopełnia miary twoich nieprawości. „Dopełnijcie", mówi Pan nasz do obłudnych faryzeuszów, „miary waszych ojców." Gniew, który spadł na Jerozolimę, nie był po prostu sprawiony grzechami owego dnia, w którym przyszedł Chrystus, choć w owym dniu popełniono najstraszniejszy ze wszystkich grzechów, mianowicie Jego odrzucenie; bo i ten był tylko koronującym grzechem długiego biegu buntu. Tak też, we wcześniejszej epoce, w epoce Abrahama, zanim lud wybrany objął w posiadanie ziemię obiecaną, był już wielki i ohydny grzech wśród pogan, którzy ją zamieszkiwali, a jednak nie zostali oni od razu wyrzuceni, a Abraham wprowadzony — dlaczego? Ponieważ zmiłowania Boże nie były jeszcze wyczerpane wobec nich. Wciąż jeszcze użyczał swej łaski ludowi porzuconemu i czekał na jego nawrócenie. Lecz przewidział, że czekałby na próżno i że nadejdzie czas pomsty; i to dał do zrozumienia, gdy rzekł, że nie daje wybranemu potomstwu ziemi od razu, „bo dotąd nie dopełniły się nieprawości Amorytów." Lecz dopełniły się one jakieś sto lat później, i wtedy Izraelici zostali wprowadzeni z rozkazem, by doszczętnie wytępić ich mieczem. I znów, znacie dzieje bezbożnego Baltazara. Na swej pysznej uczcie, gdy był już napełniony winem, posłał po złote i srebrne naczynia, które należały do świątyni w Jerozolimie, a które przyniesiono do Babilonu po zdobyciu świętego miasta — posłał po owe święte naczynia, by z nich pić więcej wina, on, jego możni, jego żony i jego nałożnice. W owej godzinie ukazały się jakby palce ludzkiej ręki na ścianie sali biesiadnej, wypisujące wyrok na króla i na jego królestwo. Słowa były takie: „Bóg policzył twoje królestwo i położył mu kres: zważono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki." Ów nieszczęsny władca nie prowadził żadnego rachunku swoich grzechów; jak rozrzutnik nie prowadzi rachunku swoich długów, tak on szedł naprzód dzień po dniu i rok po roku, hulając w pysze, okrucieństwie i zmysłowej rozkoszy, i znieważając swego Pana, aż w końcu wyczerpał Boże Miłosierdzie i dopełnił kielicha gniewu. Nadeszła jego godzina: jeszcze jeden grzech popełnił, i kielich się przelał; pomsta dopadła go w jednej chwili, i został zgładzony z ziemi.
A ów ostatni grzech nie musi być grzechem wielkim, nie musi być większy niż te, które go poprzedziły; może być mniejszy. Był pewien człowiek bogaty, wspomniany przez Pana naszego, który gdy mu się obficie obrodziło, rozważał w sobie: „Cóż uczynię, bo nie mam gdzie pomieścić moich plonów? Rozbiorę spichlerze, a zbuduję większe; i powiem mojej duszy: Duszo, masz wiele dóbr złożonych na wiele lat; odpoczywaj, jedz, pij, używaj." Tej właśnie nocy został zabrany. Nie był to grzech bardzo uderzający i z pewnością nie był to jego pierwszy wielki grzech; był to ostatni przejaw długiego biegu aktów zarozumiałości i zapominania o Bogu, nie większy w nasileniu niż którykolwiek przed nim, lecz dopełniający ich liczbę. I znów, gdy ojciec owego bezbożnego króla, o którym przed chwilą mówiłem; gdy Nabuchodonozor przez cały rok zaniedbywał przestrogę proroka Daniela, wzywającą go, by odwrócił się od swej pychy i czynił pokutę, pewnego dnia, gdy przechadzał się po pałacu w Babilonie, rzekł: „Czyż to nie jest ów wielki Babilon, który ja zbudowałem na siedzibę królestwa, w mocy mojej potęgi i ku chwale mego majestatu?"; i natychmiast, gdy słowo było jeszcze w jego ustach, sąd spadł na niego, i poraziła go nowa i dziwna choroba, tak że odpędzono go od ludzi, i jadł trawę jak wół, i zdziczał z wyglądu, i mieszkał w otwartym polu. Jego dopełniający akt pychy nie był, być może, większy niż którykolwiek z tych, które go przez ów rok poprzedziły.
Nie; nie możecie rozstrzygnąć, bracia moi, czy wyprzedzacie Boże miłosierdzie, jedynie na tej podstawie, że grzech, który teraz popełniacie, zdaje się być mały; nie zawsze ostatnim jest grzech największy. Co więcej, nie możecie wyliczyć, który ma być waszym ostatnim grzechem, na podstawie poszczególnej liczby tych, które go poprzedziły, nawet gdybyście potrafili je policzyć, bo liczba ta jest różna u różnych osób. To kolejna bardzo poważna okoliczność. Możecie popełnić tylko jeden czy dwa grzechy, a jednak przekonać się, że jesteście zgubieni bez ratunku, podczas gdy inni, którzy popełnili ich więcej, nie są. Dlaczego — nie wiemy, lecz Bóg, który okazuje miłosierdzie i daje łaskę wszystkim, okazuje większe miłosierdzie i daje obfitszą łaskę jednemu człowiekowi niż drugiemu. Wszystkim daje łaskę wystarczającą do ich zbawienia; wszystkim daje o wiele więcej, niż mają jakiekolwiek prawo oczekiwać, i niczego nie mogą się domagać; lecz jednym daje o wiele więcej niż innym. Sam nam mówi, że gdyby mieszkańcy Tyru i Sydonu widzieli cuda dokonane w Korozain, czyniliby pokutę i zwrócili się ku Niemu. To znaczy, że było coś, co by ich nawróciło, a nie zostało im to udzielone. Dopóki tego sobie nie uświadomimy, nie mamy słusznego oglądu ani grzechu samego w sobie, ani naszych własnych widoków, jeśli w nim żyjemy. Jak Bóg wyznacza każdemu miarę jego wzrostu, usposobienie jego umysłu i liczbę jego dni, a jednak nie tę samą dla wszystkich; jak jedno dziecko Adama jest przeznaczone, by żyć jeden dzień, a inne osiemdziesiąt lat, tak jest ustalone, że jeden ma być zachowany aż do swego osiemdziesiątego grzechu, a inny zgładzony po pierwszym. Dlaczego tak jest, nie wiemy; lecz jest to równoległe do tego, co dzieje się w sprawach ludzkich, nie budząc żadnego zdziwienia. Z dwóch skazanych przestępców jeden bywa ułaskawiony, drugi pozostawiony na cierpienie; a mogłoby się to zdarzyć w przypadku, gdzie nie byłoby różnicy między winą jednego a drugiego i gdzie powody rozstrzygające o odmiennym potraktowaniu jednego i drugiego, jakiekolwiek by były, są zewnętrzne wobec samych jednostek. Podobnie słyszeliście, jak sądzę, o dziesiątkowaniu buntowników po ich pojmaniu, to znaczy o straceniu co dziesiątego i puszczeniu reszty wolno. Tak też jest z sądami Bożymi, choć nie potrafimy zgłębić ich powodów. Nie jest On zobowiązany puszczać wolno kogokolwiek; ma moc potępić wszystkich; przytaczam to jedynie, by pokazać, że nasza reguła sprawiedliwości tu na dole nie wyklucza różnicy w postępowaniu z jednym człowiekiem a z drugim. Stwórca daje jednemu człowiekowi czas na żal, drugiego zabiera nagłą śmiercią. Jednemu pozwala umrzeć z ostatnimi sakramentami; drugi umiera bez kapłana, który by przyjął jego niedoskonałą skruchę i go rozgrzeszył; jeden bywa ułaskawiony i pójdzie do nieba; drugi idzie na miejsce wiecznej kary. Nikt nie powie, jak się to stanie w jego własnym przypadku; nikt nie może sobie obiecać, że będzie miał czas na żal; albo jeśli będzie miał czas, że dozna jakiegoś nadprzyrodzonego poruszenia serca ku Bogu; albo nawet wtedy, że kapłan będzie pod ręką, by udzielić mu rozgrzeszenia. Mogliśmy zgrzeszyć mniej niż nasz sąsiad zza ściany, a jednak ów sąsiad może być zachowany do żalu i może królować z Chrystusem, podczas gdy my możemy zostać ukarani wraz ze złym duchem.
Owszem, niektórzy zostali zgładzeni i posłani do piekła za swój pierwszy grzech. Tak było, jak uczą teologowie, z aniołami zbuntowanymi. Za swój pierwszy grzech, i to grzech myśli, jeden dokonany akt pychy, utracili swój pierwszy stan i stali się diabłami. A święci i ludzie pobożni przytaczają przykłady ludzi, a nawet dzieci, którzy podobnie wypowiedzieli pierwsze bluźnierstwo lub inny rozmyślny grzech i zostali zgładzeni bez ratunku. I wiele podobnych przykładów spotyka się w Piśmie; mam na myśli straszliwą karę za jeden grzech, bez względu na cnotę i ogólną zacność grzesznika. Adam za jeden grzech, mały z pozoru, zjedzenie zakazanego owocu, utracił raj i wplątał całe swoje potomstwo we własną zgubę. Mieszkańcy Bet-Szemesz okazali brak czci wobec arki Pańskiej, i ponad pięćdziesiąt tysięcy z nich w następstwie zostało porażonych. Oza dotknął jej ręką, jakby chcąc ją uchronić od upadku, i padł martwy na miejscu za swą porywczość. Mąż Boży z Judy zjadł chleb i napił się wody w Betel, wbrew rozkazowi Bożemu, i natychmiast został zabity przez lwa w drodze powrotnej. Ananiasz i Safira powiedzieli jedno kłamstwo i padli martwi niemal w chwili, gdy słowa opuszczały ich usta. Kimże jesteśmy, by Bóg miał dłużej czekać na nasz żal, skoro w ogóle nie czekał, zanim zgładził tych, którzy zgrzeszyli mniej niż my?
O bracia moi drodzy, te nasze zuchwałe myśli wynikają z ułomnego pojęcia o złośliwości grzechu rozważanego samego w sobie. Jesteśmy zbrodniarzami i nie jesteśmy sędziami we własnej sprawie. Kochamy samych siebie i bierzemy własną stronę, i jesteśmy obyci z grzechem, i z pychy nie lubimy wyznawać, że jesteśmy zgubieni. Ze wszystkich tych powodów nie mamy żadnego rzeczywistego pojęcia, czym jest grzech, czym jest jego kara i czym jest łaska. Nie wiemy, czym jest grzech, ponieważ nie wiemy, czym jest Bóg; nie mamy żadnej miary, z którą moglibyśmy go porównać, dopóki nie wiemy, czym jest Bóg. Tylko chwała Boża, Jego doskonałości, Jego świętość, Jego majestat, Jego piękno mogą nas nauczyć przez przeciwieństwo, jak myśleć o grzechu; a skoro tu nie widzimy Boga, dopóki Go nie ujrzymy, nie możemy wydać słusznego sądu, czym jest grzech; dopóki nie wejdziemy do nieba, musimy przyjmować to, co Bóg nam mówi o grzechu, głównie na wiarę. Owszem, nawet wtedy zdolni będziemy potępić grzech tylko o tyle, o ile zdolni będziemy widzieć, i wysławiać, i wielbić Boga; tylko Ten może należycie osądzić grzech, kto potrafi ogarnąć Boga; tylko Ten osądził grzech wedle pełni jego zła, kto znając Ojca od wieczności doskonałym poznaniem, ukazał, co sądzi o grzechu, umierając za niego; tylko Ten, kto zechciał, choć był Bogiem, wycierpieć niepojęte męki duszy i ciała, by zań uczynić zadośćuczynienie. Przyjmijcie Jego słowo, lub raczej Jego czyn, za prawdziwość tej strasznej nauki — że jeden grzech śmiertelny wystarczy, by odciąć cię od Boga na zawsze. Zstąp do grobu z jednym nieodżałowanym, nieprzebaczonym grzechem na sobie, a masz dość, by cię pogrążyć w piekle; masz to, co z pewnością będzie twoją zgubą. Może to być setny grzech albo pierwszy grzech, wszystko jedno: jeden wystarczy, by cię pogrążyć; choć im więcej ich masz, tym głębiej się pogrążysz. Nie musisz napełnić się grzechem aż po brzegi, by zginąć bez ratunku; są tacy, którzy tracą i ten świat, i tamten; wybierają bunt i otrzymują nie jego zyski, lecz śmierć.
Albo przyjmij, że gniew Boży opóźnia swój bieg i masz czas dodawać grzech do grzechu — to tylko powiększa karę, gdy nadejdzie. Bóg jest straszny, gdy przemawia do grzesznika; jest straszniejszy, gdy się powstrzymuje; jest straszniejszy, gdy milczy i gromadzi gniew. Niestety! są tacy, którym dano spędzić długie życie, i szczęśliwe życie, w zaniedbaniu Go, a nie mają w zewnętrznym biegu rzeczy niczego, co by im przypomniało, co nadchodzi, dopóki ich nieodwołalny wyrok na nich nie wybuchnie. Jak strumień płynie gładko przed katarakta, tak z tymi osobami życie sunie naprzód chyżo i cicho, pogodnie i radośnie. „Nie znają trudu śmiertelnych ani z innymi ludźmi nie cierpią plag." „Napełnieni są rzeczami ukrytymi; mają mnóstwo dzieci i zostawiają, co im zostaje, swoim maleństwom." „Ich domy są bezpieczne i w pokoju, a rózga Boża nie spada na nich. Ich maleństwa wybiegają jak trzoda, a ich dzieci tańczą i bawią się. Biorą bęben i harfę, i radują się przy dźwięku organów. Spędzają swoje dni w szczęściu, a w jednej chwili zstępują do piekła." Tak było z Jerozolimą, gdy Bóg ją opuścił; nigdy przedtem nie zdawała się tak kwitnąca. Król Herod niedawno odbudował świątynię; a marmury, którymi była okładana, były cudowne co do rozmiaru i piękna, i wznosiła się jasna i lśniąca w porannym słońcu. Uczniowie wezwali swego Pana, by na nią spojrzał, lecz On widział w niej tylko pobielany grób ludu odrzuconego i przepowiedział jej obalenie. „Widzicie to wszystko?", odpowiedział im, „Zaprawdę powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie został zwalony." I „spojrzał na miasto, i zapłakał nad nim, mówiąc: O gdybyś i ty poznało, i to w tym dniu twoim, co służy do pokoju! Lecz teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami!" Zakryta zaiste była jej zguba; bo miliony tłoczyły się w grzesznym mieście na jej dorocznym święcie, i jej koniec zdawał się daleki, a zguba zdawała się należeć do dalekiej przyszłej epoki, gdy była tuż u drzwi.
O ta zmiana, bracia moi, ta posępna zmiana w końcu, gdy wyrok wyszedł, i życie się kończy, a wieczna śmierć się zaczyna! Biedny grzesznik szedł naprzód w grzechu tak długo, że zapomniał, iż ma grzech do odżałowania. Nauczył się zapominać, że żyje w stanie nieprzyjaźni z Bogiem. Już nie czyni sobie usprawiedliwień, jak czynił z początku. Żyje w świecie i nie wierzy w nic, co dotyczy sakramentów, ani nie pokłada żadnej ufności w kapłanie, jeśli na jakiego natrafi. Może ledwie kiedykolwiek słyszał, by wspominano o religii katolickiej, chyba że w celu jej obelżenia; a nigdy o niej nie mówił inaczej, jak by ją wyśmiać. Jego myśli zaprzątnięte są rodziną i zajęciem; a jeśli myśli o śmierci, to ze wstrętem, jako o tym, co odłączy go od tego świata, nie z bojaźnią, jako o tym, co go wprowadzi w inny. Zawsze był silny i krzepki. Nigdy nie chorował. Jego rodzina jest długowieczna i liczy, że ma przed sobą wiele czasu. Jego przyjaciele umierają przed nim, a on czuje raczej pogardę dla ich nicości, niż żal z powodu ich odejścia. Właśnie wydał córkę za mąż albo urządził syna w życiu, i myśli o wycofaniu się ze swych trudów, jeśli nie liczyć tego, że nie wie, czym się zająć, gdy będzie bez pracy. Nie potrafi się zmusić, by zatrzymać się nad myślą, czym i gdzie będzie, gdy życie się skończy; lub jeśli zaczyna na chwilę dumać nad sobą i swoimi widokami, to pewien jest jednej rzeczy: że Stwórca jest absolutną i czystą dobrocią, i oburza się, i niecierpliwi, gdy słyszy, jak się mówi o wiecznej karze. I tak mu się wiedzie, czy to przez długi czas, czy krótki; lecz jakikolwiek byłby ów okres, musi mieć koniec, i w końcu koniec nadchodzi. Czas posunął się naprzód bezgłośnie i przychodzi na niego jak złodziej w nocy; w końcu wybija godzina zguby, i zostaje on zabrany.
Może jednak był katolikiem, i wtedy same zmiłowania Boże zostały przezeń wypaczone na jego zgubę. Polegał na sakramentach, nie troszcząc się, by mieć właściwe usposobienie do ich przyjmowania. Przez pewien czas żył w zaniedbaniu religii w ogóle; lecz była data, kiedy poczuł chęć, by się pojednać ze swoim Stwórcą; więc zaczął i odtąd ciągle chodzi do spowiedzi i komunii w dogodnych odstępach. Przychodzi raz po raz do kapłana; przechodzi swoje grzechy; kapłan zmuszony jest przyjąć jego relację o nich, która jest bardzo niedostateczna, i nie widzi powodu, by nie udzielić mu rozgrzeszenia. Bywa rozgrzeszony, o ile słowa mogą go rozgrzeszyć; przychodzi znów do kapłana, gdy pora powraca; znów się spowiada i znów wymawia się nad nim formułę. Zapada na zdrowiu, przyjmuje ostatnie sakramenty: przyjmuje ostatnie obrzędy Kościoła, i jest zgubiony. Jest zgubiony, ponieważ nigdy naprawdę nie zwrócił serca ku Bogu; lub jeśli przez chwilę miał jakąś nędzną miarę skruchy, nie przetrwała ona poza jego pierwszą czy drugą spowiedź. Wkrótce nauczył się przystępować do sakramentów bez żadnej skruchy; oszukał samego siebie i pominął swoje główne i najważniejsze grzechy. Jakoś oszukał samego siebie w przekonaniu, że nie były to grzechy lub nie grzechy śmiertelne; z tego czy innego powodu milczał, i jego spowiedź stała się równie niedostateczna jak jego skrucha. A jednak ten skąpy pozór religii wystarczał, by ukoić i odurzyć jego sumienie: tak szedł naprzód rok po roku, nigdy nie odprawiając dobrej spowiedzi, komunikując w grzechu śmiertelnym, aż zachorował; i wtedy, powiadam, przyniesiono mu wiatyk i święty olej, i popełnił świętokradztwo po raz ostatni — i tak poszedł do swego Boga.
O cóż to za chwila dla biednej duszy, gdy przychodzi do siebie i znajduje się nagle przed trybunałem Chrystusa! O cóż to za chwila, gdy bez tchu po podróży, oszołomiony jasnością i przytłoczony niezwykłością tego, co się z nim dzieje, niezdolny pojąć, gdzie jest, grzesznik słyszy głos ducha oskarżyciela, przywołującego wszystkie grzechy jego przeszłego życia, o których zapomniał lub które sobie wytłumaczył, których nie chciał uznać za grzechy, choć podejrzewał, że nimi są; gdy słyszy go wyliczającego wszystkie zmiłowania Boże, którymi wzgardził, wszystkie Jego przestrogi, które zlekceważył, wszystkie Jego sądy, które przeżył; gdy ów zły wyśledza w szczegółach wzrost i postęp zgubionej duszy — jak się rozrastała i utwierdzała w grzechu — jak wypuszczała liście i kwiaty, wyrastała w gałęzie i dojrzewała w owoc — aż niczego nie brakło do jej pełnego potępienia! A o! jeszcze straszniejsze, jeszcze bardziej rozdzierające, gdy Sędzia przemawia i wydaje ją katom, aż spłaci niekończący się dług, który na niej ciąży! „Niemożliwe, ja duszą zgubioną! ja odłączony od nadziei i od pokoju na zawsze! To nie o mnie Sędzia tak mówił! Gdzieś tkwi pomyłka; Chrystusie, Zbawicielu, wstrzymaj rękę — jedną minutę, by to wyjaśnić! Mam na imię Demas: jestem tylko Demasem, nie Judaszem, ani Mikołajem, ani Aleksandrem, ani Filetosem, ani Diotrefesem. Co? beznadziejna męka! dla mnie! niemożliwe, nie stanie się to." I biedna dusza szamoce się i mocuje w uścisku potężnego demona, który ją trzyma i którego samo dotknięcie jest udręką. „O okrutne!", krzyczy w katuszy, a i w gniewie, jakby sama dotkliwość udręki była dowodem jej niesprawiedliwości. „Drugi! i trzeci! nie zniosę więcej! przestań, ohydny czarcie, zaprzestań; jestem człowiekiem, nie takim jak ty! Nie jestem pokarmem dla ciebie ani igraszką dla ciebie! Nigdy nie byłem w piekle jak ty, nie mam na sobie woni ognia ani skażenia trupiarni! Wiem, czym są ludzkie uczucia; byłem nauczany religii; miałem sumienie; mam wykształcony umysł; jestem dobrze obyty w nauce i sztuce; ogładziła mnie literatura; miałem oko na piękności natury; jestem filozofem albo poetą, albo bystrym obserwatorem ludzi, albo bohaterem, albo mężem stanu, albo mówcą, albo człowiekiem dowcipu i humoru. Owszem — jestem katolikiem; nie jestem nieodrodzonym protestantem; otrzymałem łaskę Odkupiciela; przez lata przystępowałem do sakramentów; byłem katolikiem od dziecka; jestem synem męczenników; umarłem w jedności z Kościołem: nic, nic, czym kiedykolwiek byłem, co kiedykolwiek widziałem, nie ma żadnego podobieństwa do ciebie i do płomienia i smrodu, które z ciebie buchają; więc rzucam ci wyzwanie i wyrzekam się ciebie, o wrogu człowieka!"
Niestety! biedna dusza; a podczas gdy tak walczy z owym losem, który sama na siebie sprowadziła, i z owymi towarzyszami, których sama sobie obrała, imię tego człowieka bywa może uroczyście śpiewane, a jego pamięć przyzwoicie pielęgnowana wśród jego przyjaciół na ziemi. Jego biegłość w mowie, jego płodność w myśli, jego przenikliwość czy mądrość nie idą w niepamięć. Ludzie mówią o nim od czasu do czasu; powołują się na jego autorytet; przytaczają jego słowa; może nawet wznoszą pomnik jego imieniu lub piszą jego dzieje. „Cóż za rozległy umysł! cóż za moc rzucania światła na zawiły przedmiot i sprowadzania sprzecznych idei czy faktów do zgody!" „Cóż to za mowę wygłosił przy tej a tej okazji; zdarzyło mi się być obecnym i nigdy jej nie zapomnę"; albo: „To było powiedzenie człowieka bardzo rozsądnego"; albo: „Wielka osobistość, którą niektórzy z nas znali"; albo: „Była to zasada bardzo zacnego i znakomitego mego przyjaciela, którego już nie ma"; albo: „Nigdy nie miał sobie równego w towarzystwie, tak trafny w uwagach, tak wszechstronny, tak nienarzucający się"; albo: „Miałem szczęście widzieć go raz, gdy byłem chłopcem"; albo: „Cóż za wielki dobroczyńca swego kraju i swego rodu!" „Jego odkrycia tak wielkie"; albo: „Jego filozofia tak doniosła." O marności! marność nad marnościami, wszystko marność! Cóż za pożytek? Cóż za pożytek? Jego dusza jest w piekle. O wy, dzieci ludzkie, gdy tak mówicie, jego dusza jest na początku owych mąk, w których jego ciało wkrótce weźmie udział i które nigdy nie umrą.
Marność nad marnościami! niedola nad niedolami! nie zechcą nas słuchać, nie uwierzą nam. Jest nas tylko garstka, a ich wielu; a wielu nie da wiary garstce. O niedolo nad niedolami! Tysiące umierają codziennie; budzą się w wiecznym gniewie Bożym; spoglądają wstecz na dni ciała i zowią je nielicznymi i złymi; gardzą i drwią z tych właśnie wywodów, którym wówczas ufali, a które zostały zadane kłam przez bieg wypadków; przeklinają lekkomyślność, która kazała im odkładać żal; wpadli pod Jego sprawiedliwość, na której miłosierdzie zuchwale liczyli — a ich towarzysze i przyjaciele postępują tak, jak oni postępowali, i wkrótce mają do nich dołączyć. Jak poprzednie pokolenie zuchwale ufało, tak czyni obecne. Ojciec nie chciał uwierzyć, że Bóg może karać, a teraz syn nie chce uwierzyć; ojciec oburzał się, gdy mówiono o wiecznej karze, a syn zgrzyta zębami i uśmiecha się z pogardą. Świat dobrze mówił o sobie trzydzieści lat temu, i tak samo będzie mówił za trzydzieści lat. I tak właśnie ta ogromna powódź życia niesie się z wieku na wiek; miriady igrają z miłością Bożą, kuszą Jego sprawiedliwość i, jak stado świń, rzucają się na oślep w dół stromizny! O potężny Boże! O Boże miłości! to nazbyt wiele! Złamało serce Twego słodkiego Syna Jezusa widzieć niedolę człowieka rozpostartą przed Jego oczami. Umarł od niej, jak i za nią. I my także, w naszej mierze, czujemy ból oczu, i mdleją nam serca, i kręci nam się w głowach, gdy choćby słabo to rozważamy. O najtkliwsze Serce Jezusa, czemu nie zechcesz położyć kresu, kiedyż położysz kres temu wciąż rosnącemu brzemieniu grzechu i niedoli? Kiedyż przepędzisz diabła do jego własnego piekła i zamkniesz paszczę otchłani, by Twoi wybrani mogli radować się w Tobie, porzuciwszy myśl o tych, którzy giną w swoim uporze? Lecz o! przez owe pięć drogich Ran w Rękach, i Stopach, i Boku — nieustanne źródła miłosierdzia, z których pełnia Wiecznej Trójcy płynie zawsze świeża, zawsze potężna, zawsze hojna wobec wszystkich, którzy Cię szukają — jeśli świat musi jeszcze trwać, zbierz przynajmniej coraz większe i większe żniwo, obfitszą część dusz z niego do Twego spichlerza, by te późniejsze czasy mogły, w świętości, i chwale, i tryumfach Twej łaski, przewyższyć dawniejsze.
„*Deus misereatur nostri, et benedicat nobis*"; „Boże, zmiłuj się nad nami i błogosław nam; niech rozjaśni nad nami swoje oblicze i zmiłuje się nad nami; abyśmy poznali na ziemi Twoją drogę, Twoje zbawienie wśród wszystkich narodów. Niech Cię sławią ludy, o Boże; niech Cię sławią wszystkie ludy. Niech narody się cieszą i skaczą z radości; bo Ty sądzisz ludy sprawiedliwie i kierujesz narodami na ziemi. Niech nam błogosławi Bóg, nasz Bóg; niech nam Bóg błogosławi; i niech się Go boją wszystkie krańce ziemi."
Gdy Chrystus, wielki Prorok, wielki Kaznodzieja, wielki Misjonarz, przyszedł na świat, przyszedł w sposób najświętszy, najbardziej dostojny, najchwalebniejszy. Choć przyszedł w poniżeniu, choć przyszedł cierpieć, choć narodził się w stajni, choć złożono Go w żłobie, to jednak wyszedł z łona Niepokalanej Matki, a Jego dziecięca postać jaśniała niebiańskim światłem. Świętość znaczyła każdy rys Jego charakteru i każdą okoliczność Jego posłannictwa. Gabriel zwiastował Jego wcielenie; Dziewica poczęła, Dziewica porodziła, Dziewica karmiła Go piersią; Jego przybranym ojcem był czysty i święty Józef; aniołowie obwieścili Jego narodziny; świetlista gwiazda rozniosła nowinę wśród pogan; surowy Chrzciciel szedł przed Jego obliczem; a tłum oczyszczonych pokutników, odzianych w białe szaty i promieniejących łaską, postępował za Nim, dokądkolwiek się udał. Jak słońce na niebie świeci poprzez chmury i odbija się w krajobrazie, tak wieczne Słońce sprawiedliwości, gdy wzeszło nad ziemią, zamieniło noc w dzień i w swej jasności uczyniło wszystkie rzeczy jasnymi.
Przyszedł i odszedł; a ponieważ przyszedł, by wprowadzić w świat nowy i ostateczny Porządek zbawczy, pozostawił po sobie kaznodziejów, nauczycieli i misjonarzy w swoim zastępstwie. Otóż, bracia moi, powiecie: skoro przy Jego przyjściu wszystko wokół Niego było tak chwalebne, to jacy On był, tacy muszą być Jego słudzy, tacy Jego przedstawiciele, Jego szafarze, w Jego nieobecności; jak On był bez grzechu, tak i oni muszą być bez grzechu; jak On był Synem Bożym, tak oni z pewnością muszą być aniołami. Aniołowie, powiecie, muszą być wyznaczeni do tego wzniosłego urzędu, sami tylko aniołowie są zdatni, by głosić narodziny, cierpienia, śmierć Boga. Mogliby wprawdzie musieć ukryć swą jasność, jak przed nimi ich Pan i Mistrz przywdział przebranie; mogliby przyjść, jak przychodzili pod Starym Przymierzem, w odzieniu ludzi; lecz mimo to ludźmi być nie mogli, jeśliby mieli być kaznodziejami wiecznej Ewangelii i szafarzami jej boskich tajemnic. Jeśliby mieli składać ofiarę, jak On ją złożył; ciągnąć dalej, powtarzać, stosować tę samą Ofiarę, którą On ofiarował; brać w swoje ręce tę samą Żertwę, którą był On sam; wiązać i rozwiązywać, błogosławić i obkładać klątwą, przyjmować spowiedzi Jego ludu i udzielać mu rozgrzeszenia z jego grzechów; nauczać go drogi prawdy i prowadzić go drogą pokoju — któż był wystarczający do tych rzeczy, jeśli nie mieszkaniec owych błogosławionych krain, których Pan jest niegasnącym Światłem?
A jednak, bracia moi, tak się rzeczy mają, że posłał na posługę pojednania nie aniołów, lecz ludzi; posłał waszych braci do was, nie istoty jakiejś nieznanej natury i obcej krwi, lecz z waszej własnej kości i waszego własnego ciała, by wam głosili. „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?" Oto królewski styl i ton, jakim aniołowie przemawiają do ludzi, choćby ci ludzie byli apostołami; jest to ton tych, którzy nigdy nie zgrzeszywszy, przemawiają ze swej wyniosłej wysokości do tych, którzy zgrzeszyli. Lecz nie taki jest ton tych, których posłał Chrystus; bo to waszych braci wyznaczył, i nikogo innego — synów Adama, synów waszej natury, tych samych z natury, różniących się jedynie łaską — ludzi, jak wy, wystawionych na pokusy, na te same pokusy, na tę samą walkę wewnątrz i na zewnątrz; z tymi samymi trzema śmiertelnymi wrogami — światem, ciałem i diabłem; z tym samym ludzkim, tym samym kapryśnym sercem: różniących się jedynie o tyle, o ile moc Boża je zmieniła i nim rządzi. Tak się rzeczy mają; nie jesteśmy aniołami z nieba, którzy do was przemawiają, lecz ludźmi, których łaska, i tylko łaska, uczyniła różnymi od was. Posłuchajcie Apostoła: gdy barbarzyńscy Likaończycy, ujrzawszy jego cud, chcieli złożyć ofiarę jemu i św. Barnabie jak bogom, rzucił się między nich, wołając: „Ludzie, dlaczego to czynicie? My także jesteśmy śmiertelnikami, ludźmi podobnymi do was"; lub, jak słowa brzmią dobitniej w oryginalnym greckim: „Jesteśmy podlegli tym samym namiętnościom co wy". I znów do Koryntian pisze: „Głosimy bowiem nie samych siebie, lecz Chrystusa Jezusa jako Pana, a nas — jako sługi wasze przez Jezusa. Bóg, który rozkazał, by z ciemności zabłysło światło, rozbłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa Jezusa; lecz przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych." I dalej mówi o sobie samym, w sposób najbardziej zdumiewający, że „aby zaś nie wynosił się z powodu wielkości objawień", dany mu został „anioł szatana" w jego ciele, „aby go policzkował". Tacy są wasi szafarze, wasi kaznodzieje, wasi kapłani, o bracia moi; nie aniołowie, nie święci, nie bezgrzeszni, lecz tacy, którzy byliby żyli i pomarli w grzechu, gdyby nie łaska Boża, i którzy choć przez miłosierdzie Boże są w przygotowaniu do społeczności świętych w przyszłości, to jednak obecnie są pośród słabości i pokusy, i nie mają nadziei — prócz tej z niezasłużonej łaski Bożej — by wytrwać aż do końca.
Cóż za dziwna, cóż za uderzająca to anomalia! Wszystko jest doskonałe, wszystko niebiańskie, wszystko chwalebne w Porządku zbawczym, który Chrystus nam użyczył, prócz osób Jego szafarzy. On sam mieszka na naszych ołtarzach, Najświętszy, Najwyższy, w świetle niedostępnym, a aniołowie padają tam przed Nim; i spośród widzialnych substancji i postaci wybiera, co najwyborniejsze, by Go przedstawiało i zawierało. Najczystsza mąka pszenna i najczystsze wino są wzięte za Jego zewnętrzne symbole; najświętsze i najbardziej majestatyczne słowa służą obrzędowi ofiarnemu; ołtarz i sanktuarium są przyozdobione przyzwoicie lub wspaniale, na ile pozwalają nasze środki; a kapłani sprawują swój urząd w stosownych szatach, wznosząc czyste serca i święte dłonie; a jednak ci sami kapłani, tak odłączeni, tak poświęceni, oni, ze swym cingulum celibatu i swym manipularzem boleści, są synami Adama, synami grzeszników, natury upadłej, której nie zrzucili z siebie, choć jest odnowiona przez łaskę, tak że niemal definicją kapłana jest, że ma własne grzechy, które ma ofiarować. „Każdy bowiem arcykapłan", mówi Apostoł, „wzięty spośród ludzi, ustanawiany jest dla ludzi w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy; który może współczuć z tymi, co są w niewiedzy i błądzą, ponieważ i sam podlega słabości. I dlatego powinien jak za lud, tak i za samego siebie składać ofiary za grzechy." I stąd we Mszy, gdy ofiaruje Hostię przed konsekracją, mówi: *Suscipe, Sancte Pater, Omnipotens, æterne Deus*, „Przyjmij, Ojcze Święty, Wszechmogący, wieczny Boże, tę nieskalaną Hostię, którą ja, niegodny Twój sługa, ofiaruję Tobie, mojemu Bogu żywemu i prawdziwemu, za niezliczone moje grzechy, przewinienia i niedbalstwa, i za wszystkich tu obecnych, i za wszystkich wiernych chrześcijan, żywych i umarłych."
Najdziwniejsze to samo w sobie, bracia moi, lecz nie dziwne, gdy zważycie, że jest to rozporządzenie wszechmiłosiernego Boga; nie dziwne w Nim, bo Apostoł podaje tego powód w przytoczonym przeze mnie ustępie. Kapłani Nowego Prawa są ludźmi, aby mogli „współczuć z tymi, co są w niewiedzy i błądzą, ponieważ i oni podlegają słabości". Gdyby aniołowie byli waszymi kapłanami, bracia moi, nie mogliby z wami współczuć, współboleć z wami, mieć litości nad wami, czuć tkliwości względem was i mieć dla was pobłażania, jak my możemy; nie mogliby być waszymi wzorami i przewodnikami, i wieść was z waszych dawnych ja ku nowemu życiu, jak mogą ci, którzy przychodzą z waszego grona, którzy sami byli prowadzeni, jak wy macie być prowadzeni, którzy dobrze znają wasze trudności, którzy mieli doświadczenie przynajmniej waszych pokus, którzy znają siłę ciała i podstępy diabła, choć je pokonali, którzy są już skłonni stanąć po waszej stronie i być wobec was wyrozumiali, i mogą wam doradzić jak najpraktyczniej, i przestrzec jak najtrafniej w porę i roztropnie. Dlatego posłał wam ludzi na szafarzy pojednania i wstawiennictwa; jak On sam, choć grzeszyć nie mógł, to jednak nawet On, stawszy się człowiekiem, wziął na siebie, na ile to było możliwe dla Boga, ludzkie brzemię słabości i próby we własnej osobie. Nie mógł być grzesznikiem, lecz mógł być człowiekiem, i wziął na siebie ludzkie serce, byśmy mogli powierzyć Mu nasze serca, i „doświadczany był we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu".
Rozważcie dobrze tę prawdę, bracia moi, i niech będzie wam pociechą. Wśród kaznodziejów, wśród kapłanów Ewangelii byli apostołowie, byli męczennicy, byli doktorzy — świętych w bród wśród nich; a jednak ze wszystkich nich, jakkolwiek wysoka była ich świętość, rozmaite ich łaski, przeraźliwe ich dary, nie było ani jednego, kto by nie zaczynał od starego Adama; ani jednego z nich, kto by nie został wyciosany z tej samej skały, co najbardziej zatwardziały z odrzuconych; ani jednego z nich, kto by nie został ukształtowany ku czci z tej samej gliny, która była tworzywem najbardziej splugawionego i nikczemnego z grzeszników; ani jednego, kto by nie był z natury bratem owych biednych dusz, które teraz rozpoczęły wieczną wspólnotę z diabłem i są zatracone w piekle. Łaska zwyciężyła naturę; oto cała historia świętych. Zbawienna myśl dla tych, którzy są kuszeni, by szczycić się tym, co czynią, i tym, czym są; cudowna nowina dla tych, którzy z żalem rozpoznają w swoich sercach ogromną różnicę, jaka istnieje między nimi a świętymi; a radosna nowina, gdy ludzie nienawidzą grzechu i pragną uciec spod jego nędznego jarzma, a jednak są kuszeni, by sądzić, że to niemożliwe!
Pójdźcie, bracia moi, przyjrzyjmy się tej prawdzie baczniej i weźmy ją do serca. Naprzód rozważcie, że odkąd Adam upadł, nikt z jego potomstwa nie został poczęty bez grzechu; nikt, prócz jednej. Jeden był wyjątek — kim jest ta jedna? Nie Pan nasz Jezus, bo On nie był poczęty z męża, lecz z Ducha Świętego; nie nasz Pan, lecz mam na myśli Jego Dziewiczą Matkę, która, choć poczęta i zrodzona z ludzkich rodziców, jak inni, to jednak została przez uprzedzenie wybawiona ze wspólnego losu ludzkości i nigdy w istocie nie była uczestniczką przestępstwa Adama. Została poczęta na sposób natury, została poczęta, jak inni są poczęci; lecz łaska wkroczyła i uprzedziła grzech; łaska napełniła jej duszę od pierwszej chwili jej istnienia, tak że zły duch nie tchnął na nią ani nie skaził dzieła Bożego. *Tota pulchra es, Maria; et macula originalis non est in te*. „Cała piękna jesteś, o Maryjo, i nie ma w Tobie skazy pierworodnej." Lecz pominąwszy Najświętszą Matkę Bożą, każdy inny — najchwalebniejszy święty i najczarniejszy, i najwstrętniejszy z grzeszników, mam na myśli duszę, która z czasem stała się najchwalebniejszą, oraz duszę, która stała się najbardziej diabelska — obie zrodziły się w jednym i tym samym grzechu pierworodnym, obie były dziećmi gniewu, obie były niezdolne dosięgnąć nieba własnymi naturalnymi mocami, obie miały przed sobą zasłużenie sobie piekła.
Obie zrodziły się w grzechu; obie leżały w grzechu; a dusza, która później stała się świętą, byłaby trwała w grzechu, byłaby grzeszyła dobrowolnie i byłaby zgubiona, gdyby nie nawiedzenia niezasłużonego nadprzyrodzonego wpływu na nią, który uczynił dla niej to, czego sama dla siebie uczynić nie mogła. Biedne niemowlę, przeznaczone, by być dziedzicem chwały, leżało słabe, chorowite, płaczliwe, kapryśne i nieszczęsne; dziecko boleści; bez nadziei i bez niebiańskiej pomocy. Tak leżało przez niejeden długi i mozolny dzień, zanim się narodziło; a gdy w końcu otworzyło oczy i ujrzało światło, cofnęło się i zapłakało na głos, że je ujrzało. Lecz Bóg usłyszał jego krzyk z nieba w tym padole łez i rozpoczął wobec niego ów bieg zmiłowań, który wiódł je z ziemi do nieba. Posłał swego kapłana, by mu udzielił pierwszego sakramentu i ochrzcił je swoją łaską. Wtedy zaszła w nim wielka zmiana, bo zamiast być dłużej niewolnikiem szatana, stało się natychmiast dzieckiem Bożym; i gdyby umarło w tej minucie, zanim doszło do wieku rozeznania, zostałoby bez zwłoki zaniesione do nieba przez aniołów i dopuszczone przed oblicze Boga.
Lecz nie umarło; doszło do wieku rozeznania i — o, czy ośmielimy się powiedzieć, choć w pewnych błogosławionych przypadkach da się to powiedzieć, czy ośmielimy się powiedzieć, że nie nadużyło wielkiego talentu, który mu dano, że nie sprofanowało łaski, która w nim mieszkała, i nie popadło w grzech śmiertelny? W niektórych przypadkach, niech będzie Bóg pochwalony! ośmielamy się to twierdzić; tak zdaje się, że było z moim własnym drogim ojcem, św. Filipem, który zaiste zachował swą szatę chrztu nieskalaną od dnia, gdy go w nią przyodziano, nigdy nie utracił stanu łaski od dnia, gdy go weń wprowadzono, i postępował od mocy do mocy, i od zasługi do zasługi, i od chwały do chwały, przez cały bieg swego długiego życia, aż w wieku osiemdziesięciu lat został wezwany na sąd i poszedł radośnie mu na spotkanie, i został przeniesiony przez czyściec, bez żadnego opalenia jego płomieniami, wprost do nieba.
Takie z pewnością bywały niekiedy postępowania łaski Bożej z duszami Jego wybranych; lecz częściej, jakby aby bardziej zażyle zespolić ich z ich braćmi i uczynić pełnię swoich łask wobec nich podstawą nadziei i zachętą dla pokutującego grzesznika, ci, którzy skończyli jako cuda świętości i bohaterowie Kościoła, spędzili pewien czas w dobrowolnym nieposłuszeństwie, sami wyrzucili się ze światła oblicza Bożego, byli wzięci w niewolę przez ten czy inny grzech, przez ten czy inny błąd religijny, aż w końcu zostali na rozmaite sposoby odzyskani, powoli lub nagle, i odzyskali stan łaski, lub raczej stan o wiele wyższy niż ten, który utracili. Taka była błogosławiona Magdalena, która wiodła życie hańby; do tego stopnia, że nawet dotknięcie jej było, wedle religijnego sądu jej dni, splugawieniem. Szczęśliwa w dobrach tego świata, młoda i namiętna, oddała swe serce stworzeniu, zanim przeważyła w niej łaska Boża. Wtedy obcięła swe długie włosy, i odłożyła swe wystawne szaty, i stała się tak zupełnie tym, czym nie była, że gdybyście znali ją przedtem i potem, powiedzielibyście, że to dwie osoby widzieliście, nie jedną; bo nie było śladu grzesznicy w pokutnicy, prócz kochającego serca, teraz zwróconego ku niebu i Chrystusowi; żadnego więcej śladu, żadnej pamięci owej błyskotliwej i uwodzicielskiej zjawy, w skromnej postaci, pogodnym obliczu, opanowanym chodzie i łagodnym głosie tej, która w ogrodzie szukała i znalazła swego Zmartwychwstałego Zbawiciela. Taki też był ten, który z celnika stał się apostołem i ewangelistą; ten, który dla nikczemnego zysku nie wahał się wejść na służbę pogańskich Rzymian i uciskać swój własny lud. Ani reszta apostołów nie była ulepiona z lepszej gliny niż inni synowie Adama; byli z natury zmysłowi, cieleśni, nieświadomi; pozostawieni samym sobie, byliby, jak bydlęta, czołgali się po ziemi, i wpatrywali się w ziemię, i żywili się ziemią, gdyby łaska Boża nie wzięła ich w posiadanie, i nie postawiła ich na nogi, i nie zwróciła ich twarzy ku niebu. A taki był ów uczony faryzeusz, który przyszedł do Jezusa nocą, dobrze zadowolony ze swego stanowiska, zazdrosny o swoją reputację, ufny w swój rozum; lecz w końcu nadszedł czas, gdy choć uczniowie pierzchli, on pozostał, by namaścić opuszczone zwłoki Tego, do którego za życia wstydził się przyznać. Widzicie, to łaska Boża zatryumfowała w Magdalenie, w Mateuszu i w Nikodemie; niebiańska łaska zstąpiła na zepsutą naturę; poskromiła nieczystość w młodej kobiecie, chciwość w celniku, lęk przed ludźmi w faryzeuszu.
Pozwólcie mi mówić o innym sławnym podboju łaski Bożej w późniejszej epoce, a zobaczycie, jak podoba się Mu uczynić Wyznawcę, świętego i doktora swego Kościoła z grzechu i herezji razem wziętych. Nie dość było, że Ojciec Szkół Zachodnich, autor tysiąca dzieł, tryumfujący polemista, szczególny obrońca łaski, był niegdyś nędznym niewolnikiem ciała, lecz był i ofiarą wypaczonego intelektu. On, który ze wszystkich innych miał wysławiać łaskę Bożą, został bardziej niż inni pozostawiony, by doświadczyć bezradności natury. Wielki św. Augustyn (nie mówię o świętym misjonarzu tego samego imienia, który przybył do Anglii i nawrócił naszych pogańskich przodków, i został pierwszym arcybiskupem Canterbury, lecz o wielkim biskupie afrykańskim, dwa wieki przed nim) — Augustyn, powiadam, nie biorąc na serio swojej duszy, nie zadając sobie pytania, jak ma być zmyty grzech, lecz raczej pragnąc, póki trwała młodość i siła, używać ciała i świata, ambitny i zmysłowy, sądził o prawdzie i fałszu wedle swego sądu prywatnego i swej prywatnej fantazji; gardził Kościołem katolickim, bo mówił on tak wiele o wierze i poddaniu, zamierzał uczynić własny rozum miarą wszystkich rzeczy, i stosownie do tego przyłączył się do szeroko rozprzestrzenionej sekty, która udawała filozoficzną i oświeconą, biorącą szerokie spojrzenie na rzeczy i poprawiającą gminne, to jest katolickie, pojęcia o Bogu i Chrystusie, o grzechu i o drodze do nieba. W tej swojej sekcie pozostał przez kilka lat; a jednak to, czego go tam uczono, nie zadowoliło go. Podobało mu się to przez pewien czas, a potem stwierdził, że jadł niby pokarm to, co nie miało w sobie żadnej pożywności; zgłodniał i spragniony stał się czegoś bardziej posilnego, nie wiedział czego; gardził samym sobą, że jest niewolnikiem ciała, i stwierdził, że jego religia nie pomaga mu go przezwyciężyć; tak pojął, że nie zdobył prawdy, i zawołał: „O, kto mi powie, gdzie jej szukać, i kto mnie do niej wprowadzi?"
Czemu nie przyłączył się od razu do Kościoła katolickiego? Powiedziałem wam czemu; widział, że prawdy nie ma nigdzie indziej; ale nie był pewien, że jest tam. Sądził, że jest coś poślednego, ciasnego, nierozumnego w jego systemie nauki; brakło mu daru wiary. Wtedy rozpoczął się w nim wielki bój — bój natury z łaską; natury i jej dzieci, ciała i fałszywego rozumu, przeciw sumieniu i błaganiom Boskiego Ducha, wiodącego go ku lepszym rzeczom. Choć był jeszcze w stanie zatracenia, to jednak Bóg go nawiedzał i dawał mu pierwsze owoce owych wpływów, które miały go z czasem zeń wyprowadzić. Czas mijał; a patrząc na niego, jak mógłby patrzeć na niego jego Anioł Stróż, powiedzielibyście, że mimo wielkiej przewrotności i niejednej udanej walki przeciw jego Wszechmocnemu Przeciwnikowi, mimo że był wciąż, jak przedtem, w stanie gniewu, niemniej łaska torowała sobie drogę w jego duszy — postępował ku Kościołowi. Sam o tym nie wiedział, sam nie umiał tego rozpoznać; lecz żywe zainteresowanie nim, a potem radość, wzbierała w niebie wśród Aniołów Bożych. W końcu znalazł się w zasięgu wielkiego świętego w obcym kraju; i choć udawał, że go nie uznaje, jego uwaga została przezeń przykuta, i nie mógł powstrzymać się od przychodzenia do świętych miejsc, by spoglądać nań raz po raz. Zaczął go obserwować i snuć o nim domysły, i zastanawiać się w duchu, czy jest szczęśliwy. Często znajdował się w kościele, słuchając świętego kaznodziei, i raz nawet zapytał go o radę, jak znaleźć to, czego szukał. A teraz nadszedł nań ostatni bój z ciałem: było twardo, bardzo twardo, rozstać się z uciechami lat, twardo było rozstać się i nigdy więcej się nie spotkać. O, grzech był tak słodki, jakże mógł pożegnać się z nim? jak mógł oderwać się od jego objęć i obrać ową samotną i posępną drogę, która wiodła ku niebu? Lecz łaska Boża była o wiele słodsza, i przekonała go, podczas gdy go zdobywała; przekonała jego rozum i przeważyła — i ten, który bez niej byłby żył i umarł jako dziecko szatana, stał się, pod jej cudotwórczą mocą, wyrocznią świętości i prawdy.
A czy nie sądzicie, bracia moi, że był lepiej przysposobiony niż ktoś inny, by przekonać swych braci, jak sam został przekonany, i głosić świętą naukę, którą wzgardził? Nie żeby grzech był lepszy niż posłuszeństwo lub grzesznik lepszy niż sprawiedliwy; lecz że Bóg w swym miłosierdziu posługuje się grzechem przeciw niemu samemu, że obraca przeszły grzech w obecne dobrodziejstwo, że gdy zmywa jego winę i poskramia jego moc, pozostawia go w pokutniku w takim sensie, że pozwala mu — z jego znajomości jego podstępów — napadać nań żwawiej i godzić weń celniej, gdy spotyka go w innych ludziach; że gdy Pan nasz, swą wszechmocną łaską, może uczynić duszę tak czystą, jak gdyby nigdy nie była nieczysta, pozostawia ją w posiadaniu tkliwości i współczucia dla innych grzeszników, doświadczenia, jak z nimi postępować, większego, niż gdyby nigdy nie zgrzeszyła; i znów, że w owych rzadkich i szczególnych przypadkach, o jednym z których mówiłem, ukazuje nam, ku naszemu pouczeniu i ku naszej pociesze, co może uczynić, nawet dla najbardziej winnych, jeśli szczerze przyjdą do Niego po przebaczenie i uzdrowienie. Nie ma granicy, którą można by położyć dobroci i mocy łaski Bożej; a to, że czujemy żal za nasze grzechy i błagamy o Jego miłosierdzie, jest pewnego rodzaju obecną rękojmią w naszych sercach, że udzieli nam dobrych darów, których szukamy. Może uczynić, co zechce, z duszą człowieka. Jest nieskończenie potężniejszy niż plugawy duch, któremu grzesznik się zaprzedał, i może go wypędzić.
O bracia moi drodzy, choć wasze sumienie świadczy przeciw wam, On może je odciążyć; czy zgrzeszyliście mniej, czy zgrzeszyliście więcej, może was uczynić tak czystymi w swoim obliczu i tak Mu miłymi, jak gdybyście nigdy od Niego nie odeszli. Stopniowo będzie niszczył wasze grzeszne nawyki, a od razu przywróci was do swej łaski. Taka jest moc Sakramentu Pokuty, że czy wasze brzemię winy będzie cięższe, czy lżejsze, usuwa je, czymkolwiek jest. Równie łatwo jest Mu zmyć grzechy liczne jak nieliczne. Czy przypominacie sobie w Starym Testamencie dzieje uzdrowienia Naamana Syryjczyka przez proroka Elizeusza? Miał ową straszną, nieuleczalną chorobę zwaną trądem, która była białą skorupą na skórze, czyniącą całą osobę ohydną i wyobrażającą ohydę grzechu. Prorok kazał mu zanurzyć się w rzece Jordan, i choroba znikła; „jego ciało", mówi natchniony pisarz, zostało „przywrócone mu jak ciało małego dziecka". Tutaj zatem mamy przedstawienie nie tylko tego, czym jest grzech, lecz i tego, czym jest łaska Boża. Może ona cofnąć przeszłość, może urzeczywistnić to, co beznadziejne. Nie ma grzesznika, choćby najwstrętniejszego, który by nie mógł stać się świętym; nie ma świętego, choćby najwynioślejszego, który by nie był lub nie mógł być grzesznikiem. Łaska przezwycięża naturę, i tylko łaska ją przezwycięża. Weźcie owo święte dziecię, błogosławioną św. Agnieszkę, która w wieku trzynastu lat postanowiła raczej umrzeć, niż wyprzeć się wiary, i stała otoczona atmosferą czystości, i rozsiewała wokół siebie niebiański wpływ, w samym domu złych duchów, do którego poganie ją wprowadzili; lub rozważcie anielskiego Alojzego, o którym ledwie pozostało zapisane, że popełnił choćby grzech powszedni; albo św. Agatę, św. Juliannę, św. Różę, św. Kazimierza czy św. Stanisława, dla których samo pojęcie jakiegoś nieprzystojnego wyobrażenia było jak śmierć; otóż nie ma ani jednej z tych serafickich dusz, która by nie mogła być splugawionym, odrażającym trędowatym, gdyby nie łaska Boża, wyrzutkiem ze swego rodzaju; ani jednej, która by nie mogła, lub raczej która by nie była wiodła życia bydlęcego stworzenia, i umarła śmiercią potępieńca, i legła w piekle wiecznie w objęciach diabła, gdyby Bóg nie włożył w nią nowego serca i nowego ducha, i nie uczynił jej tym, czym sama uczynić się nie mogła.
Nie wszyscy dobrzy ludzie są świętymi, bracia moi — nie wszystkie nawrócone dusze stają się świętymi. Nie obiecam, że jeśli zwrócicie się ku Bogu, dosięgniecie owej wysokości świętości, której dosięgli święci — prawda; mimo to ukazuję wam, że nawet święci są z natury nie lepsi od was; a więc (tym bardziej) że kapłani, którzy mają pieczę nad wiernymi, jakakolwiek jest ich świętość, są z natury nie lepsi niż ci, których mają nawrócić, których mają zreformować. Jest to szczególne miłosierdzie Boże wobec was, że my z natury nie jesteśmy inni niż wy; jest to Jego wzgląd i Jego współczucie dla was, że uczynił nas, którzy jesteśmy waszymi braćmi, swoimi legatami i szafarzami pojednania.
Tego świat nie potrafi pojąć; nie żeby nie pojmował dość jasno, że jesteśmy z natury podlegli tym samym namiętnościom co on sam; lecz to, czego jest tak ślepy, tak ciasnego umysłu, by nie pojąć, jest to, że będąc tak podobni do niego z natury, możemy być uczynieni tak różnymi przez łaskę. Ludzie świata, bracia moi, znają moc natury; nie znają, nie doświadczają, nie wierzą w moc łaski Bożej; a skoro sami nie są obeznani z żadną mocą, która mogłaby przezwyciężyć naturę, sądzą, że żadna nie istnieje, i dlatego, konsekwentnie, wierzą, że każdy, kapłan czy nie, pozostaje do końca takim, jakim go uczyniła natura, i nie zechcą uwierzyć, by ktokolwiek mógł wieść życie nadprzyrodzone. Otóż nie tylko kapłan, lecz każdy, kto jest w łasce Bożej, wiedzie życie nadprzyrodzone, mniej lub bardziej nadprzyrodzone, wedle swego powołania i miary danych mu darów, i swej wierności wobec nich. Tego nie wiedzą i nie uznają; a gdy słyszą o życiu, które kapłan musi wieść z racji swego stanu od młodości do starości, nie dadzą wiary, że jest tym, czym być wyznaje. Nie wiedzą nic o obecności Boga, o zasługach Chrystusa, o wstawiennictwie Najświętszej Dziewicy; o mocy powtarzanych modlitw, częstej spowiedzi, codziennych Mszy; obcy im jest przemieniający wpływ Najświętszego Sakramentu, Chleba Aniołów; nie rozważają skuteczności zbawiennych reguł, świętych towarzyszy, długo trwającego nawyku, gotowej, samorzutnej czujności, wstrętu do grzechu i oburzenia na kusiciela, by zabezpieczyć duszę przed złem. Wiedzą tylko, że gdy kusiciel raz rzeczywiście przeniknął do serca, jest nie do oparcia; wiedzą tylko, że gdy dusza wystawiła się i poddała jego złości, jest (że tak rzec) konieczność grzeszenia. Wiedzą tylko, że gdy Bóg ją opuścił, a dobrzy aniołowie się wycofali, i wszystkie zabezpieczenia, ochrony i środki zapobiegawcze są zaniedbane, to wtedy (a to ich własny przypadek), gdy zwycięstwo jest już niemal odniesione, na pewno zostanie odniesione całkowicie. Oni sami zawsze, w swym najlepszym stanie, byli niemal pobici przez Złego, zanim zaczęli walczyć; to jedyny stan, jakiego doświadczyli: ten znają i nie znają nic innego. Nigdy nie stali na korzystnej pozycji; nigdy nie byli w obrębie murów warownego miasta, wokół którego wróg na próżno się skrada, do którego przeniknąć nie może i poza które wierna dusza będzie nazbyt mądra, by się wychylać. Sądzą, powiadam, wedle swego doświadczenia i nie zechcą uwierzyć w to, czego nigdy nie zaznali.
Jeśli są tu obecni tacy, bracia moi drodzy, którzy nie zechcą uwierzyć, że łaska jest skuteczna wewnątrz Kościoła, ponieważ niewiele zdziała poza nim, do tych nie mówię: mówię do tych, którzy nie zacieśniają swej wiary do swego doświadczenia; mówię do tych, którzy uznają, że łaska może uczynić naturę ludzką tym, czym ona nie jest; a takie osoby, jak sądzę, odczują to nie jako powód do zazdrości i podejrzliwości, lecz jako wielką korzyść, wielkie miłosierdzie, że ci są posłani, by im głosić, przyjmować ich spowiedzi i im doradzać, którzy potrafią współczuć z ich grzechami, choć ich nie poznali. Żadna pokusa, bracia moi, nie może was spotkać, która by nie spotykała wszystkich tych, którzy dzielą waszą naturę, choć wy mogliście jej ulec, a oni mogli nie ulec. Mogą was zrozumieć, mogą was uprzedzić, mogą was wytłumaczyć, choć nie dotrzymali wam kroku w waszym biegu. Będą wobec was tkliwi, będą „pouczać was w duchu łagodności", jak mówi Apostoł, „bacząc każdy na samego siebie, byście i wy nie ulegli pokusie." Pójdźcie więc do nas, wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych; pójdźcie do nas, którzy teraz stoimy przed wami w zastępstwie Chrystusa i którzy mówimy w imię Chrystusa; bo i my, jak wy, zostaliśmy zbawieni wszechzbawczą krwią Chrystusa. I my, jak wy, bylibyśmy zgubionymi grzesznikami, gdyby Chrystus nie zlitował się nad nami, gdyby Jego łaska nas nie oczyściła, gdyby Jego Kościół nas nie przyjął, gdyby Jego święci nie wstawili się za nami. Bądźcie zbawieni, jak my zostaliśmy zbawieni; „pójdźcie, słuchajcie, wszyscy, którzy boicie się Boga, a opowiemy wam, co On uczynił dla naszych dusz". Posłuchajcie naszego świadectwa; spójrzcie na radość naszego serca i pomnóżcie ją, sami w niej uczestnicząc. Obierzcie ową dobrą cząstkę, którą my obraliśmy; przyłączcie się do naszego grona; nigdy tego nie pożałujecie, weźcie nasze słowo, my, którzy mamy prawo mówić, nigdy nie pożałujecie, żeście szukali przebaczenia i pokoju u Kościoła katolickiego, który jedyny ma łaskę, który jedyny ma moc, który jedyny ma świętych; nigdy tego nie pożałujecie, choćbyście przeszli przez utrapienie, choćbyście musieli wiele poświęcić dla niego. Nigdy nie pożałujecie, żeście przeszli z cieni zmysłu i czasu, i z mamideł ludzkiego uczucia i fałszywego rozumu, do chwalebnej wolności synów Bożych.
A o, bracia moi, gdy uczynicie ten wielki krok i staniecie w waszym błogosławionym dziale, jako grzesznicy pojednani z Ojcem, którego obraziliście (bo uprzedzę, co — jak mocno ufam — spełni się względem wielu z was), o, wtedy nie zapomnijcie o tych, którzy byli szafarzami waszego pojednania; i jak oni teraz proszą was, byście pojednali się z Bogiem, tak i wy, pojednani, módlcie się za nimi, by uzyskali wielki dar wytrwałości, by trwali w łasce, w której — jak ufają — stoją teraz, aż do godziny śmierci, by przypadkiem, głosiwszy innym, sami nie stali się odrzuceni.