HomiliaDB

św. John Henry Newman · Kazania do mieszanych zgromadzeń

Dyskurs VII. Wytrwałość w łasce

Gdy moja wiara stała się letniaGdy tracę wiarę albo wątpię Łaska a wolnośćWiara
W skrócie. Dyskurs VII, opierając się na przykładzie Salomona i św. Filipa Neri, uczy o konieczności daru ostatecznej wytrwałości — łaski, której nie można zasłużyć, lecz trzeba błagać w modlitwie. Dyskurs VIII przeciwstawia naturę i łaskę, wykazując, że świat bez łaski jest ślepy na grzech pożądliwości. Dyskurs IX ujmuje łaskę jako oświecenie, dzięki któremu katolicy nie tylko rozumują o wierze, lecz ją widzą — w przeciwieństwie do protestantów, którzy żywią jedynie mniemanie.

„łaska wierzy, rozum tylko mniema; łaska daje pewność, rozum nigdy nie jest rozstrzygnięty.”

Nie ma prawdy, bracia moi, którą Kościół święty z większą gorliwością starałby się nam wpoić, niż ta, że zbawienie nasze od początku do końca jest darem Boga. Prawdą jest wprawdzie, że na życie wieczne zasługujemy naszymi uczynkami posłuszeństwa; lecz to, iż uczynki te są zasługujące na taką nagrodę, dokonuje się nie z ich wewnętrznej wartości, lecz z wolnego postanowienia i hojnej obietnicy Boga; a to, że w ogóle jesteśmy zdolni je spełniać, jest po prostu owocem Jego łaski. Że jesteśmy usprawiedliwieni — to z Jego łaski; że mamy usposobienie do usprawiedliwienia — to z Jego łaski; że zdolni jesteśmy spełniać dobre uczynki, będąc usprawiedliwionymi — to z Jego łaski; i że wytrwamy w tych dobrych uczynkach — to z Jego łaski. Nie tylko w rzeczywistości zależymy od Jego mocy od początku do końca, lecz losy nasze zależą od Jego najwyższego upodobania i niezbadanego zamysłu. On dzierży rozstrzygnięcie naszej przyszłości w swoich rękach; bez aktu Jego woli, niezależnego od naszej, nie zostalibyśmy wprowadzeni w łaskę Kościoła katolickiego; i bez dalszego aktu Jego woli, choć teraz jesteśmy jego członkami, nie zostaniemy doprowadzeni do chwały królestwa niebieskiego. Choć dusza usprawiedliwiona może zasłużyć na życie wieczne, to jednak ani nie może zasłużyć na to, by zostać usprawiedliwioną, ani nie może zasłużyć na to, by pozostać usprawiedliwioną aż do końca; stan łaski jest nie tylko warunkiem i życiem wszelkiej zasługi, lecz to łaska wprowadza nas w ten stan łaski i łaska zachowuje nas w nim; i tak, jak rzekłem na początku, zbawienie nasze od początku do końca jest darem Boga.

Choć nauczanie Kościoła świętego o najwyższej łasce Boga jest ścisłe i bezwzględne, równie jasno i równie gorliwie naucza on także, że jesteśmy naprawdę wolni i odpowiedzialni. Każdy człowiek na ziemi mógłby — bez żadnego słownego wykrętu — być zbawiony, o ile chodzi o pomoce Boże. Każdy człowiek zrodzony z nasienia Adama mógłby, po prostu i prawdziwie, zbawić sam siebie, gdyby chciał, i każdy człowiek mógłby zechcieć zbawić sam siebie; łaska bowiem dana jest każdemu w tym celu. Jak jednak się dzieje, że mimo tej rzeczywistej wolności woli człowieka zbawienie nasze nadal zależy tak bezwzględnie od dobrego upodobania Boga — to nie zostało objawione; teologowie obmyślili rozmaite sposoby godzenia dwóch prawd, które na pierwszy rzut oka zdają się tak sobie przeciwne, a wyjaśnienia te jedni teologowie przyjmowali, inni zaś nie, i to nas teraz nie zajmuje. W jaki sposób człowiek zdolny jest w pełni i całkowicie czynić to, co chce, podczas gdy Bóg dokonuje również swojej najwyższej woli — to jest przed nami ukryte, jak ukryte jest przed nami to, w jaki sposób Bóg stworzył z niczego, albo w jaki sposób przewiduje przyszłość, albo w jaki sposób przymiot Jego sprawiedliwości daje się pogodzić z przymiotem Jego miłości. Należy to do owych „rzeczy ukrytych, które są Pana, Boga naszego"; lecz „rzeczy objawione", jak dalej mówi natchniony pisarz, „są dla nas i dla synów naszych aż na wieki". A oto, co jest objawione, mianowicie: z jednej strony, że zbawienie nasze zależy od nas samych, a z drugiej strony, że zależy od Boga. Gdybyśmy nie zależeli od siebie samych, stalibyśmy się niedbali i lekkomyślni, jako że nic, co czynimy lub czego nie czynimy, nie miałoby żadnego związku z naszym zbawieniem; gdybyśmy nie zależeli od Boga, bylibyśmy zuchwali i zarozumiali. Zacząłem od tego, bracia moi, by powiedzieć wam — i w tym, co nastąpi, powiem wam to jeszcze wyraźniej — że zależycie od Boga; lecz takie napomnienia z konieczności zakładają również waszą zależność od was samych; gdyby bowiem zbawienie wasze w jakimś wystarczającym sensie nie zależało od was samych, jakiż byłby pożytek z odwoływania się do was, byście nie zapominali o swojej zależności od Boga? Właśnie dlatego, że tak wielki macie udział we własnym zbawieniu, sensowne i stosowne jest mówić wam o udziale Boga w nim.

On jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem — wszystkich rzeczy, a tak też naszego zbawienia. Żylibyśmy i pomarli, każdy z nas, pozbawieni wszelkiego zbawczego poznania i miłości Jego, gdyby nie dar, którego sami niczym nie moglibyśmy sobie zapewnić, choćbyśmy żyli jak najlepiej — gdyby nie Jego łaska; a teraz, gdy Go poznaliśmy i zostaliśmy przez Niego oczyszczeni z grzechów naszych, jest rzeczą całkiem pewną, że nie możemy uczynić niczego, nawet z pomocą łaski, by sobie wykupić wytrwałość w sprawiedliwości i świętości, choćbyśmy żyli jak najlepiej. Jego łaska zaczyna dzieło, Jego łaska też je dopełnia; i teraz zamierzam mówić wam o tym, że je dopełnia — mam na myśli konieczność, w jakiej trwamy, by On je dopełnił, inaczej bowiem nigdy nie zostanie dopełnione, owszem, raczej zostanie wniwecz obrócone. Zamierzam mówić wam o darze wytrwałości w łasce, o jego niezmiernej cenności i o naszej zupełnej beznadziejności bez niego, mimo wszystkiego, czym jesteśmy.

To o tym darze mówi nasz Pan, gdy modli się do Ojca za swoich uczniów, zanim od nich odejdzie: „Ojcze Święty, zachowaj w imię Twoje tych, których Mi dałeś; (...) Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego". I to ma na myśli św. Paweł, gdy oświadcza Filipianom, że „Ten, który rozpoczął w nich dobre dzieło", w Jego uczniach, „dokończy go do dnia Chrystusa Jezusa". Również św. Piotr, gdy podobnie mówi, że „Bóg, który powołał swoich braci do swej wiecznej chwały, udoskonali, utwierdzi i ugruntuje ich". I tak Prorok w Psalmach modli się, by Bóg „umocnił jego kroki na swoich ścieżkach, aby nie zachwiały się stopy jego"; a prorok Jeremiasz oświadcza w imieniu Bożym: „Bojaźń moją włożę w ich serca, aby nie odstąpili ode Mnie". W tych i wielu innych miejscach Pisma błogosławieństwo, o którym mowa, jest darem ostatecznej wytrwałości, a powiem wam, jak i dlaczego jest on konieczny.

Oto, co spostrzegamy, że tak się rzeczy mają, nie tylko w sprawach religii, lecz i tego świata, mianowicie: niech ktoś czyni jakąś rzecz jak najlepiej, prawdopodobne jest, że nie zdoła jej wykonać wiele razy z rzędu bez pomyłki. Niech ktoś będzie jak najlepszym rachmistrzem — od czasu do czasu źle zsumuje rachunek, choć nie sposób z góry odgadnąć, kiedy ani dlaczego ma się pomylić. Niech wyuczy się na pamięć pewnej liczby wierszy jak najdoskonalej i niech je wyrecytuje dokładnie — nie wynika z tego, że powie je tuzin razy i przez cały czas będzie bezbłędny. Tak ma się rzecz z naszymi obowiązkami religijnymi: możemy być zdolni ustrzec się każdego grzechu z osobna, gdy przychodzi dana pokusa, lecz to nie przeszkadza, by pewne było, że w rzeczywistości nie ustrzeżemy się wszystkich grzechów, choć owo „wszystkie" składa się z tych poszczególnych grzechów. W ten sposób najwięksi święci dopuszczają się grzechów powszednich, czyli lżejszych, choć mają dość łaski, by ustrzec się jakiegokolwiek grzechu w ogóle. Jest to skutek ludzkiej ułomności; nic nie mogłoby ustrzec świętych od takich upadków, jakkolwiek lekkich, prócz szczególnego przywileju, a ten — jak naucza Kościół — został udzielony Najświętszej Dziewicy, i jak się zdaje, jedynie Jej. Otóż te lżejsze, czyli powszednie grzechy nie odłączają duszy od Boga ani nie pozbawiają jej wytrwałości w łasce; i są dopuszczane przez Dawcę wszelkiej łaski w dobrym celu, by nas upokorzyć i dać nam pobudkę do uczynków pokutnych. Nie jest nam więc dane zwolnienie od nich, gdyż nie jest ono konieczne do naszej wytrwałości, byśmy byli od nich zwolnieni; z drugiej zaś strony, co jest najkonieczniejsze, to byśmy byli ustrzeżeni od grzechów śmiertelnych — a jednak i tutaj nęka nas w walce z nimi ta sama trudność, która spotyka nas w przypadku grzechów powszednich. I tutaj bowiem, choć człowiek może mieć dość łaski, by ustrzec się wszystkich grzechów śmiertelnych w ogóle, branych jeden po drugim, możemy przecież z pewnością prorokować, że prędzej czy później nadejdzie godzina, gdy zaniedba i zmarnuje tę łaskę, jeśli nie zostanie mu udzielony jakiś dalszy dar, który by go strzegł przed nim samym. Potrzebuje łaski, by używać łaski; potrzebuje czegoś ponad to, by zabezpieczyć swoją wierność temu, co już posiada. I potrzebuje tego bezwzględnie; skoro bowiem nawet jeden grzech śmiertelny odłącza od Boga, jest on w bezpośrednim niebezpieczeństwie utraty zbawienia, jeśli tego daru nie ma. Ten dodatkowy dar nazywa się darem wytrwałości; a polega on na nieustannie czuwającej pieczy nad nami ze strony naszego najmiłosierniejszego Pana, który usuwa pokusy, jakie — jak przewiduje — byłyby dla nas zgubne, wspomaga nas w chwilach, gdy jesteśmy w szczególnym niebezpieczeństwie, czy to z naszego niedbalstwa, czy z innej przyczyny, i tak kieruje biegiem naszego życia, byśmy umarli w czasie, gdy — jak On widzi — jesteśmy w stanie łaski. A ponieważ jest on dla nas po prostu konieczny, Bóg nam go udziela; co więcej, gdyby tego nie czynił, nikt nie mógłby być zbawiony. Udziela nam go, choć nawet świętym nie udziela przywileju uniknięcia każdego grzechu powszedniego; udziela go ze swej hojności na nasze modlitwy, choć nie możemy sobie nań zasłużyć niczym, co dla Niego czynimy lub do Niego mówimy, nawet z pomocą Jego łaski.

Jakąż lekcję pokory i czujności mamy w tej nauce, tak teraz wyłożonej! Jest to jedna z podstaw upokorzenia, że cokolwiek byśmy czynili, jakkolwiek byśmy się starali, nie możemy umknąć lżejszym grzechom, póki jesteśmy na ziemi. Choć pomoce, których Bóg nam udziela, wystarczają, byśmy mogli żyć bez grzechu, to jednak słabość naszej woli i naszej uwagi dorównuje im, i nie czynimy w rzeczywistości tego, co czynić byśmy mogli. I dalej — co jest nie tylko upokarzające, lecz wręcz przerażające i wstrząsające — jesteśmy w niebezpieczeństwie grzechu śmiertelnego, tak jak w pewności grzechu powszedniego; a jedyny powód, dla którego nie jesteśmy w pewności grzechu śmiertelnego, jest ten, że dar nadzwyczajny udzielany jest tym, którzy o niego błagają, by ich zabezpieczyć od grzechu śmiertelnego, choć żaden taki nadzwyczajny dar nie jest udzielany, by zabezpieczyć ich od grzechu powszedniego. Mimo obecności łaski w naszych duszach, mimo udzielanych nam rzeczywistych pomocy, wszelką nadzieję nieba zawdzięczamy nie tej wewnętrznej łasce po prostu, ani tym pomocom, lecz — powtarzam — pewnemu uzupełniającemu miłosierdziu, które chroni nas przed nami samymi, ratuje nas z okazji do grzechu, umacnia nas w godzinie niebezpieczeństwa i kończy nasze dni właśnie w takim czasie — a może skraca nasze życie, by zapewnić taki czas — gdy żaden grzech śmiertelny nie odłączył nas od Boga. Nic, czym jesteśmy, nic, co czynimy, nie jest dla nas rękojmią, że to uzupełniające miłosierdzie zostało nam udzielone; nie możemy tego wiedzieć aż do końca; wszystko, co wiemy, to że Bóg pomagał nam dotychczas i ufamy, że pomagać nam będzie nadal. A przecież doświadczenie tego, co już uczynił, nie jest dowodem, że uczyni więcej; nasza obecna religijność nie musi być następstwem daru wytrwałości jako już nam udzielonego — mogła być przeznaczona jedynie do tego, by nas pobudzić i uzdolnić do żarliwej i nieustannej modlitwy o ten dar. Są ludzie, którzy gdyby umarli w pewnej chwili, umarliby śmiercią świętych, a żyli, by upaść. Żyli dalej tu, by umrzeć na wieki. O, straszliwa myśli! Nie gorszcie się nigdy, bracia moi, ani nie poddawajcie się rozpaczy, gdy widzicie, że człowiek dobry i łagodny, albo gorliwy i pożyteczny, zostaje ścięty i zabrany w połowie swej drogi; trudno to znieść, lecz któż wie, czy nie został zabrany *a facie malitiae*, „sprzed oblicza zła", od zła, które miało nadejść? „Został zabrany", jak mówi Mędrzec, „aby złość nie odmieniła jego umysłu albo aby podstęp nie zwiódł jego duszy. Urok bowiem marności zaciemnia dobro, a niestałość pożądania przewraca prawy umysł. Stawszy się w krótkim czasie doskonałym, przeżył czasów wiele. Dusza jego bowiem podobała się Bogu, dlatego pośpiesznie wyszedł spośród nieprawości. Lud zaś widział i nie pojął, ani nie wziął sobie tego do serca, że łaska Boża i miłosierdzie są z Jego świętymi i że ma On wzgląd na swoich wybranych".

Boleśnie jest znosić, gdy ktoś taki zostaje zabrany — okrutne to dla jego przyjaciół, smutne nawet dla obcych i zaskakujące dla świata; lecz o, o ileż lepiej, jak szczęśliwie tak umrzeć, zamiast być zachowanym dla grzechu! Możecie się dziwić, bracia moi, jak grzech był w nim możliwy; miał on tyle łask, tak długo żył i dojrzewał w nich, przezwyciężył tyle pokus. Zapuścił głęboko korzenie i rozpostarł wysoko swoje gałęzie. Jedna łaska wyrastała z drugiej, a wszystko w nim było jedno naprzeciw drugiego sparowane. Zdawało się, że z samej pełni swojej świętości, która otaczała go ze wszystkich stron, urąga napaści i odporny jest na szkodę. On, jeśli ktokolwiek, mógłby powiedzieć wraz z wyniosłym Kościołem z Apokalipsy: „Jestem bogaty i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję"; że dobrze zaczął, zdawało się być racją, dla której miałby dobrze postępować; siła wiodłaby do siły, a zasługa do zasługi; jak płomień wzmaga się i ogarnia, i obejmuje wszystko wokoło, gdy tylko, i właśnie dlatego, że raz został rozniecony, tak i on nosił na sobie zapowiedź coraz większych tryumfów w miarę upływu czasu. Zdatny był wstępować do nieba mocą wrodzoną, która, choć początkowo była z łaski, to przecież raz udzielona stawała się nie tyle łaską, ile roszczeniem o większą łaskę — niczym za sprawą działania prawa i biegu pewnego ciągu, w którym łaska i zasługa następowały po sobie na przemian, a człowiek zasługiwał i zasługiwał, a Bóg łaski byłby zmuszony dawać i dawać znowu, gdyby chciał dotrzymać swojej obietnicy. Tak moglibyśmy nań spoglądać i sądzić, że mamy już w swoich rękach wszystkie dane wielkiego, chwalebnego i niezawodnego wniosku, i moglibyśmy zaprzeczyć, że odwrócenie losu czy upadek są możliwe. Bracia moi, był niegdyś pewien wschodni król, w swoim czasie najbogatszy z ludzi; przyszedł go odwiedzić pewien grecki mędrzec, a ujrzawszy całą jego chwałę i jego majestat, przyciśnięty przez to nędzne dziecię próżności do powiedzenia, czy nie jest on najszczęśliwszym z ludzi, mędrzec ów odrzekł tylko, że powinien zaczekać, aż ujrzy koniec. Tak ma się rzecz, gdy chodzi o bogactwo duchowe; ponieważ Bóg wszechmogący, mimo swych szczodrych obietnic i wiernego ich spełniania, nie wypuścił z własnych rąk rozstrzygnięcia o życiu i śmierci, a koniec pochodzi od Niego, tak samo jak początek. Skoro raz dał łaskę, nie przekazał przez to po prostu stworzeniu jego własnego zbawienia. Stworzenie może wiele zasłużyć; lecz jak nie mogło zasłużyć na łaskę nawrócenia, tak też nie może zasłużyć na dar wytrwałości. Od początku do końca jest zależne od Tego, który je uczynił; nie może być wobec Niego zachłanne, nie może obrócić Jego hojności na szkodę Hojnego; nie może się wynosić, nie śmie zuchwale ufać, lecz „kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł". Musi czuwać i modlić się, musi się lękać i drżeć, musi „karcić swoje ciało i ujarzmiać je, aby przypadkiem, głosząc innym, sam nie został odrzucony".

Lecz nie muszę sięgać do pogańskiej historii po stosowny przykład; Pismo dostarcza nam takiego tysiąckroć trafniejszego i tysiąckroć bardziej przejmującego. Któż był tak rozmaicie obdarowany, tak wewnętrznie wyposażony, tak obładowany zewnętrznymi błogosławieństwami jak Salomon? — na kogo, jak na niego, wylano tytuły i chwały Syna Przedwiecznego, Boga i człowieka? Jedyny aspekt godnej uwielbienia Osoby Chrystusa, którego jego dzieje nie przedstawiają, wydobywa nam tylko szczególność jego przywilejów. Nie symbolizuje on cierpień Chrystusa; nie był ani kapłanem, ani — jak Dawid, jego ojciec — nie był mężem sporu, znoju i krwi. Wszystko, co znamionuje śmiertelność, wszystko, co trąci upadkiem, jest wyłączone z naszego wyobrażenia o Salomonie. Jest on jakby ideałem doskonałości; królem pokoju, budowniczym świątyni, ojcem szczęśliwego ludu, dziedzicem imperium, podziwem wszystkich narodów; władcą, a przecież mędrcem; wychowanym w pałacu, a przecież nauczonym w szkołach; uczonym, a przecież człowiekiem światowym; głęboko biegłym w naturze ludzkiej, a przecież obeznanym też ze zwierzętami i roślinami. Ma koronę bez krzyża, pokój bez wojny, doświadczenie bez cierpienia; a wszystko to nie zwykłą ludzką drogą ani z ogólnej Bożej opatrzności, lecz użyczone mu z samych rąk jego Stwórcy, przez szczególne wyznaczenie i jako owoc natchnienia. Otrzymał to za młodu; a gdzież w całym Piśmie znajdziemy coś równie wzruszającego jak okoliczności jego otrzymania? Któż oskarży o brak religijnej bojaźni i prawdziwej miłości tego, którego świtanie jest tak piękne? Gdy Wszechmogący ukazał mu się we śnie, po jego wstąpieniu na tron, i rzekł: „Proś, o co mam ci dać"; „O Panie Boże", odpowiedział, „Ty uczyniłeś sługę swego królem w miejsce Dawida, ojca mego; a ja jestem tylko dzieckiem i nie wiem, jak wychodzić i wchodzić. A sługa Twój jest pośród ludu, który wybrałeś, ludu ogromnego, którego nie można zliczyć ani policzyć z powodu mnogości". Stosownie do tego nie prosił o nic innego, jak tylko o dar mądrości, by mógł dobrze rządzić swoim ludem; a w nagrodę za tak wyborną prośbę otrzymał nie tylko mądrość, o którą prosił, lecz i te inne dary, o które nie prosił: „I rzekł Pan do Salomona: Ponieważ o to prosiłeś, a nie prosiłeś dla siebie o długie życie ani o bogactwa, ani o życie nieprzyjaciół twoich, lecz prosiłeś dla siebie o mądrość, by rozeznawać sprawiedliwie, oto uczyniłem ci według słów twoich i dałem ci serce mądre i rozumne, tak że nie było podobnego tobie przed tobą ani nie powstanie po tobie. Owszem, i te rzeczy, o które nie prosiłeś, dałem ci, mianowicie bogactwo i chwałę, tak że nie było podobnego tobie między królami po wszystkie dotychczasowe dni".

Rzadkie wprowadzenie w jego wielkość! najwspanialszy z monarchów nie zawdzięcza ani niesprawiedliwości, ani okrucieństwu, ani przemocy, ani zdradzie, niczego sztuce ludzkiej ani ludzkiemu ramieniu, że jest tak potężny, tak sławny i tak mądry; jest to dar Boży, który obdarzył go wewnątrz i przyodział na zewnątrz. Czegóż brakowało jego szczęśliwości? — szukając Boga za młodu, wzrastając rok po roku w świętości, umacniając swą wiarę mądrością, swe posłuszeństwo doświadczeniem, a swe dążenia nawykiem — czymże nie będzie on w przyszłym świecie, skoro tak jest chwalebny w tym? Jest świętym już gotowym; jest w swojej młodości tym, czym inni są w starości; zdatny jest do nieba, zanim inni rozpoczną drogę ku niebu; czemuż miałby zwlekać? czegóż mu jeszcze brak? czemu mitrężą się koła jego rydwanu? czemu pozostaje dłużej na ziemi, skoro już zdobył swą koronę i mógłby być zabrany w szczęśliwej młodości i bezpiecznie wzięty pod Bożą pieczę, nie wraz z pospolitą rzeszą świętych dusz, lecz jak Henoch i Eliasz, spędzając swe długie, tajemnicze wieki w górze, w jakimś stosownym ukrytym raju, aż do dnia odkupienia? Niestety! pozostaje na ziemi, by nam ukazać, że pośród owej mnogości łask mogła być jedna rzecz brakująca; by ukazać, że choćby w człowieku była wszelka wiara, wszelka nadzieja, wszelka miłość, wszelka mądrość, choćby był nadmiar zasług, wszystko to jest tylko marnością, jest tylko biada w skutku, jeśli brak jednego daru — daru wytrwałości! Był w swojej młodości tym, czym inni ledwie są w starości; szczęśliwie byłoby, gdyby był w swoim końcu tym, czym najsłabszy ze sług Bożych jest w swoim początku!

Jego wielki ojciec, którego świętość wykuta została w nim przez niejedną walkę z szatanem i który wiedział, jak trudno jest wytrwać, gdy zbliżała się jego śmierć, rzekł — jakby raczej w proroctwie niż w modlitwie — w ten sposób o swoim synu i do niego oraz do swego ludu: „Bóg rzekł do mnie: Nie zbudujesz domu imieniu mojemu, gdyż jesteś mężem wojny i przelałeś krew; Salomon, syn twój, zbuduje dom mój i dziedzińce moje, gdyż wybrałem go sobie za syna, a Ja będę mu ojcem; i utwierdzę jego królestwo aż na wieki, jeśli będzie wytrwale wypełniał moje przykazania i nakazy, jak w dniu dzisiejszym. A ty, Salomonie, synu mój, poznaj Boga ojca twego i służ Mu sercem doskonałym i umysłem ochotnym, bo jeśli Go opuścisz, odrzuci cię na zawsze". A potem, gdy zgromadził cenne materiały na ten dom, którego sam nie miał zbudować, i przekazywał królestwo swojemu synowi: „Wiem, o Boże mój", rzekł, „że Ty doświadczasz serca i miłujesz prostotę; przeto w prostocie serca mego i z radością ofiarowałem Ci wszystkie te rzeczy; i lud Twój także, który tu jest obecny, widziałem z wielką radością ofiarujący Ci dary swoje. O Panie, Boże Abrahama, Izaaka i Izraela, ojców naszych, zachowaj na wieki tę wolę serc naszych i niech to usposobienie pozostanie zawsze ku czci Twojej. A Salomonowi, synowi mojemu, daj serce doskonałe, aby strzegł przykazań Twoich, świadectw Twoich i obrzędów Twoich, i czynił wszystko, i zbudował budowlę, na którą sporządziłem zasoby".

Takie było mroczne przeczucie ojca, który lękał się może o swego syna z samej obfitości pomyślności tego syna. A zaprawdę, nie jest dobrze dla człowieka żyć w tak bezchmurnym blasku i pod tak niczym niezmąconym niebem. Jest pewien morał w tej historii — że ten, który przedstawiał obrazowo nadchodzącego Zbawiciela we wszystkich Jego urzędach prócz urzędu cierpienia, miał upaść; że Król i Prorok, który nie był ani Kapłanem, ani Wojownikiem, miał się okazać niedostatecznym — by przez to ukazać, że pokuta jest jedyną pewną matką miłości. „Ci, którzy sieją we łzach, żąć będą w radości"; lecz Salomon — jak kwiaty polne, które są tak piękne, a przecież wrzucane są do pieca — tak i on, mimo całej swej chwały, nie zachował swej urody, lecz zwiądł na swoim miejscu. Ten, który był najmędrszy, stał się jak najbardziej nierozumny; ten, który był najpobożniejszy, wyniósł się i upadł; ten, który napisał Pieśń nad Pieśniami, stał się niewolnikiem i łupem nikczemnych namiętności. „Król Salomon pokochał wiele cudzoziemskich kobiet, lgnął do nich najgorętszą miłością. A gdy się już zestarzał, serce jego zostało zepsute przez kobiety, by szedł za obcymi bogami, za Asztartą, boginią Sydończyków, i za Molochem, bożkiem Ammonitów; i tak czynił dla wszystkich swoich obcych żon, które paliły kadzidło i składały ofiary swoim bogom". O, jakiż kontrast między owym siwogłowym odstępcą, obciążonym latami i grzechami, korzącym się przed kobietami i bożkami, a tą jasną i młodzieńczą postacią stojącą w dniu poświęcenia w świątyni, którą zbudował, jako pośrednik między Bogiem a swoim ludem, gdy tak prosto, tak żarliwie wyznawał miłosierdzie Boga i wierność Boga, i modlił się, by „nakłonił On ich serca ku sobie, aby chodzili wszystkimi Jego drogami i strzegli Jego przykazań, Jego obrzędów i Jego nakazów, cokolwiek przykazał ich ojcom"!

Dobrze byłoby dla nas, drodzy bracia moi, gdyby tylko do królów, proroków i mędrców oraz innych rzadkich tworów Bożej łaski stosowała się ta przestroga; lecz stosuje się ona do nas wszystkich. Prawdą jest bowiem najprawdziwszą, że im świętszy jest człowiek i im wyżej w królestwie niebieskim, tym większą ma potrzebę bacznie strzec swego kroku, by się nie potknął i nie zginął; a głębokie przeświadczenie o tej konieczności było jedynym ratunkiem świętych. Gdyby się nie lękali, nigdy by nie wytrwali. Stąd, jak św. Paweł, są zawsze pełni świadomości swego grzechu i swego niebezpieczeństwa. Wzięlibyście ich za najbardziej splamionych grzeszników i najbardziej chwiejnych pokutników. Taki był błogosławiony męczennik Ignacy, który w drodze na śmierć rzekł: „Teraz zaczynam być uczniem Chrystusa". Taki był wielki Bazyli, który nieustannie przypisywał klęski Kościoła i swojej ojczyzny gniewowi nieba na jego własne grzechy. Taki był św. Grzegorz, który poddał się swemu wyniesieniu na Stolicę Piotrową, jakby było ono jego śmiercią duchową. Taki też był mój własny drogi Ojciec, św. Filip, który nieustannie okazywał, pośród darów otrzymywanych od Boga, niepokój i podejrzliwość, z jaką patrzył na siebie i swoje widoki. „Każdego dnia", mówi jego biograf, „zwykł czynić Bogu zaręczenie z Najświętszym Sakramentem w rękach, mówiąc: »Panie, strzeż się mnie dzisiaj, bym Cię nie zdradził i nie wyrządził Ci wszelkiego zła na świecie«". Innym razem mawiał: „Rana w boku Chrystusa jest wielka, lecz gdyby Bóg mnie nie strzegł, uczyniłbym ją większą". W ostatniej swej chorobie: „Panie, jeśli wyzdrowieję, to, co do mnie należy, uczynię więcej zła niż kiedykolwiek, ponieważ tyle razy przedtem obiecywałem odmienić swoje życie, a nie dotrzymałem słowa, tak że rozpaczam o sobie". Wylewał obfite łzy i mówił: „Nigdy nie spełniłem ani jednego dobrego uczynku". Gdy widział młode osoby, zaczynał rozważać, ile mają przed sobą czasu, by czynić dobrze, i mówił: „O, szczęśliwi wy! o, szczęśliwi wy!". Często mawiał: „Nie mam już nadziei", a gdy go przynaglano, dodawał: „lecz ufam Bogu". Gdy jedna z jego penitentek nazwała go świętym, zwrócił się ku niej z twarzą pełną gniewu i rzekł: „Precz mi stąd, jestem diabłem, a nie świętym". Gdy inna powiedziała mu: „Ojcze, przyszła mi pokusa, by myśleć, że nie jesteś tym, za kogo cię świat bierze", odpowiedział: „Bądź tego pewna, że jestem człowiekiem jak moi bliźni i niczym więcej".

Jakimż wyrzutem dla zwyczajnych chrześcijan jest mowa świętych o sobie samych! Mnóstwo ludzi żyje wprawdzie w grzechu śmiertelnym i nie troszczy się wcale o teraźniejszość, przeszłość ani przyszłość. Lecz nawet ci, którzy posuwają się tak daleko, że przystępują do sakramentów, nigdy nie zaprzątają sobie głowy myślą o wytrwałości. Zdają się brać za rzecz oczywistą, że jeśli są teraz w dobrym usposobieniu ducha, to ono potrwa. Może nawrócili się z grzesznego życia i są bardzo różni od tego, czym byli. Czują pociechę z tej odmiany, czują pokój i zadowolenie oczyszczonego sumienia, lecz są tak pochłonięci tą pociechą i tym pokojem, że w nich spoczywają i stają się beztroskimi. Nie strzegą się przed pokusą ani nie modlą o wsparcie w niej; nie przychodzi im na myśl, że jak przeszli od grzechu do religii, tak mogą, jeśli się zdarzy, przejść z powrotem od religii do grzechu. Nie uświadamiają sobie dostatecznie swej nieustannej zależności od Boga; przychodzi na nich jakaś pokusa albo jakaś zmienna kolej życia, są zaskoczeni, upadają, a może już nigdy się nie podnoszą.

Jakąż sceną jest to życie — sceną niemal powszechnego zawodu! źródeł zwiędłych, plonów zbitych przez burzę, gdy powinny być zebrane do spichlerzy! spóźnionych i niedoskonałych nawróceń, gdy nie ma już nic innego do zrobienia, niezadowalających postanowień i lichych wysiłków, gdy nadszedł kres życia! O, dzieci moje drogie, jakże stłumiona jest nasza radość z was, nawet gdy kroczycie dobrze i z nadzieją! jakże niespokojni jesteśmy o was, nawet gdy weseli jesteście z lekkości swego sumienia i szczerości swych serc! jakże wzdychamy, dziękując za was, i drżymy nawet wśród radości, słuchając waszych spowiedzi i rozgrzeszając was! A dlaczego? bo wiemy, jak wielki i wysoki jest dar wytrwałości. Gdy Chazael przyszedł ze swymi darami do proroka Elizeusza, mąż Boży stał naprzeciw niego, w milczeniu i w gorzkiej zadumie, aż wreszcie krew napłynęła mu do twarzy i zapłakał. Zapłakał, ku zdziwieniu Chazaela, na widok straszliwych rzezi, których ów żołnierz stojący przed nim — choć sam się tego najmniej spodziewał — miał dopuścić się, gdy nastąpi na tronie Syrii. My, o uczciwe i wesołe serca, nie jesteśmy prorokami jak Elizeusz, ani wy nie jesteście przeznaczeni do wysokiego stanu i nadzwyczajnej pokusy jak Chazael; a przecież łzy, które wylał mąż Boży — cóż, jeśli jakiś Anioł wylewa podobne nad którymś z was, w czasie gdy otrzymujecie przebaczenie i łaskę z ust i z ręki kapłanów Chrystusa! O, iluż jest takich, którzy przechodzą dobrze i z nadzieją przez to, co zdaje się być ich najbardziej krytycznymi latami, a upadają właśnie wtedy, gdy można by ich uważać za wolnych od niebezpieczeństwa! Iluż jest dobrymi młodzieńcami, a niedbałymi mężami; nienagannymi od piętnastego do dwudziestego roku, a niewolnikami nałogów grzesznych między dwudziestym a trzydziestym! Iluż wytrwa aż do zaślubin, a potem może wikła się beznadziejnie w troski lub przyjemności tego świata i porzuca uczęszczanie do sakramentów oraz inne święte praktyki, których dotąd przestrzegali! iluż przechodzi dobrze przez życie małżeńskie, a popada w grzech po śmierci żony lub męża! Iluż jest takich, którzy przez samą zmianę miejsca tracą swe religijne nawyki i stają się najpierw niedbałymi, a potem bezwstydnymi! Iluż po popełnieniu jednego grzechu popada w wyrzuty sumienia, wstręt do siebie samych i lekkomyślność, unika konfesjonału ze wstydu i rozpaczy, i żyje rok po roku, obarczony pieczą nad jakąś nędzną tajemnicą! Iluż popada w utrapienie, traci ducha i serce, zamyka się w sobie i czuje pewien rodzaj odrazy do religii, gdy religia byłaby dla nich wszystkim we wszystkim! Iluż dochodzi do jakiejś wielkiej pomyślności i porwani przez nią, „tyją i wierzgają, i opuszczają Boga, Stwórcę swego, i odstępują od Boga, Zbawcy swego"! Iluż popada w letniość niemal podobną do śmierci, po swej pierwszej żarliwości! Iluż traci łaski w sobie rozpoczęte przez zarozumiałą pewność siebie i pyszną gwałtowność! Iluż jeszcze niebędących katolikami, którzy pod Bożym przewodnictwem zmierzali wprost ku Kościołowi katolickiemu, nagle zbacza i chybia, „jak łuk zwodniczy"! Iluż, prowadzonych naprzód niezasłużoną łaską Bożą, ulega namowom krewnych lub ponętom stanowiska albo bogactwa i staje się w końcu sceptykami lub niewiernymi, gdy mogli niemal umrzeć w woni świętości! Iluż takich, których skrucha zyskała im niegdyś nawet łaskę usprawiedliwienia, a przecież potem, odmawiając pójścia naprzód, cofnęli się, choć zachowują pozór tego, czym niegdyś byli, dzięki samym tylko naturalnym nawykom, które łaska nadprzyrodzona w nich uformowała. Jakimż żałosnym wrakiem jest świat — nadzieje bez treści, obietnice bez spełnienia, żal bez poprawy, kwiat bez owocu, trwanie i postęp bez wytrwałości!

O, najdroższe dzieci moje, nie pozwólcie, bym was przygnębił; waszym obowiązkiem, waszym przywilejem jest się radować; nie chciałbym was przestraszyć bardziej, niż dla was dobrze, byście byli przestraszeni. Niektórzy z was wezmą to sobie zbytnio do serca i będą się nadmiernie trapić, jak się obawiam. Nie pragnę was zasmucić, lecz uczynić was ostrożnymi; nie wątpcie, że będziecie prowadzeni naprzód, nie lękajcie się upadku, byleście tylko lękali się upadku. Bojaźń zabezpieczy was przed tym, czego się boicie. Tylko „bądźcie trzeźwi, czuwajcie", jak mówi św. Piotr, strzeżcie się znajdowania zadowolenia w tym, czym jesteście, zrozumcie, że jedynym sposobem uniknięcia cofnięcia się jest parcie naprzód. Lękajcie się wszelkich okazji do grzechu, nabądźcie nawyku wzdragania się przed początkami pokusy. Nigdy nie mówcie o sobie pewnie, ani z pogardą o religijności innych, ani lekko o rzeczach świętych; strzeżcie swych oczu, strzeżcie pierwszych źródeł myśli, bądźcie podejrzliwi wobec siebie, gdy jesteście sami, nie zaniedbujcie codziennych modlitw; nade wszystko zaś módlcie się szczególnie i nieustannie o dar wytrwałości. Przychodźcie na Mszę tak często, jak możecie, nawiedzajcie Najświętszy Sakrament, czyńcie częste akty wiary i miłości i starajcie się żyć w obecności Boga.

A dalej jeszcze — zainteresujcie swoją drogą Matkę, Matkę Boga, waszym powodzeniem; módlcie się do Niej żarliwie o nie; Ona może uczynić dla was więcej niż ktokolwiek inny. Proście Ją przez ból, który wycierpiała, gdy ostry miecz Ją przeszył, proście Ją przez Jej własną wytrwałość, która była w Niej darem tego samego Boga, którego o nią prosicie dla siebie. Bóg wam nie odmówi, nie odmówi Jej, jeśli uciekniecie się do Jej wsparcia. Błogosławiona to będzie rzecz w waszej ostatniej godzinie, gdy ciało i serce ustawać będą, pośród bólu, znużenia, niepokoju, omdlenia sił i wyczerpania ducha, które wtedy będą waszym udziałem — błogosławiona zaiste rzecz mieć Ją u swego boku, czulszą niż matka ziemska, by was pielęgnowała i szeptała pokój. Najbłogosławieńsze będzie, gdy zły duch czynić będzie swój ostatni wysiłek, gdy nadciągać będzie na was w swej mocy, by wyrwać was z ręki Ojca waszego, jeśli zdoła — błogosławiona zaiste rzecz, jeśli Jezus, jeśli Maryja i Józef będą wtedy z wami, gotowi osłonić was przed jego napaściami i przyjąć waszą duszę. Jeśli oni tam są, to wszyscy tam są; Aniołowie tam są, święci tam są, niebo tam jest, niebo rozpoczęte jest w was, a diabeł nie ma w was udziału. Ów straszny dzień może nadejść wcześniej czy później, możecie być zabrani młodo, możecie dożyć osiemdziesięciu lat, możecie umrzeć w swoim łożu, możecie umrzeć w otwartym polu, lecz jeśli Maryja wstawia się za wami, ów dzień zastanie was czuwających i gotowych. Wszystko będzie ułożone tak, by zabezpieczyć wasze zbawienie; wszystkie niebezpieczeństwa będą przewidziane, wszystkie przeszkody usunięte, wszystkie pomoce dostarczone. Nadejdzie godzina i w jednej chwili zostaniecie przeniesieni poza lęk i ryzyko, zostaniecie przeniesieni w nowy stan, gdzie nie ma grzechu ani niewiedzy o przyszłości, lecz doskonała wiara i pogodna radość, i pewność, i miłość wiekuista.

W przypowieści o Dobrym Pasterzu nasz Pan stawia nam przed oczy pewien porządek czy też stan rzeczy, który w oczach świata jest nader dziwny. Mówi o rodzaju ludzkim jako składającym się z dwóch ciał, odrębnych od siebie, oddzielonych linią graniczną równie rzeczywistą jak ogrodzenie zamykające owczarnię. „Ja jestem Bramą", mówi, „jeżeli ktoś przeze Mnie wejdzie, będzie zbawiony — wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko. Moje owce słuchają mego głosu, a Ja je znam, i one idą za Mną, i Ja daję im życie wieczne; i nie zginą na wieki, i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki". A w swojej ostatniej modlitwie za uczniów do swego Przedwiecznego Ojca mówi: „Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Ojcze Święty, zachowaj ich w imię Twoje, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno". A miejsca te nie są ani odosobnione, ani osobliwe; „Nie bój się, mała trzódko", mówi przez innego ewangelistę, „gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo". I znowu: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je maluczkim"; i znowu: „Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!". Św. Paweł powtarza i kładzie nacisk na tę naukę swego Pana: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu"; „On wyrwał nas z mocy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna". A św. Jan: „Większy jest Ten, który w was jest, niż ten, który jest na świecie. Oni są ze świata, my jesteśmy z Boga". Tak więc są dwie strony na tej ziemi, i tylko dwie, gdy patrzymy na ludzi pod ich religijnym względem: ci, nieliczni, którzy słuchają słów Chrystusa i idą za Nim, którzy są w światłości i kroczą wąską drogą, i mają obietnicę nieba; oraz ci, z drugiej strony, którzy są liczni, za których Chrystus się nie modli, choć za nich umarł, którzy są mądrzy i roztropni we własnych oczach, którzy są opanowani przez Złego i poddani jego władzy.

I taki jest pogląd na rodzaj ludzki, jaki ma Stwórca i Odkupiciel, a tak też mała gromadka, w której On żyje i bywa uwielbiony; lecz jakże inaczej większe ciało, sam świat, patrzy na ludzkość w ogóle, na własne niezmierzone rzesze i na tych, których Bóg wziął z niej dla swego szczególnego dziedzictwa. Świat uważa, że wszyscy ludzie są mniej więcej na jednym poziomie albo że — choćby się różnili — różnią się tak nieuchwytnymi odcieniami od siebie, iż niepodobna, ponieważ byłoby to rzekomo nieprawdziwe i niesprawiedliwe, dzielić ich na dwa ciała czy w ogóle ich dzielić. „Każdy człowiek jest podobny do siebie samego i do nikogo innego; każdy ma swoje własne mniemania, swoją własną zasadę wiary i postępowania, swój własny kult; jeśli pewna liczba ludzi łączy się w jakąś formę religijną, jest to rzecz przypadkowa, dla wygody; bo każdy jest zupełny sam w sobie; religia jest po prostu sprawą osobistą; nie ma czegoś takiego naprawdę jak religia wspólna czy zbiorowa, to znaczy taka, w której, ściśle mówiąc, uczestniczy pewna liczba ludzi; wszystko to jest sprawą prywatnego sądu. Stąd, jak niekiedy nawet otwarcie wyznają, nie ma czegoś takiego jak religia prawdziwa czy fałszywa; prawdziwe dla każdego jest to, co każdy szczerze uważa za prawdziwe; a co jest prawdziwe dla jednego, nie jest prawdziwe dla jego bliźniego. Nie ma żadnych szczególnych nauk, w które trzeba by koniecznie wierzyć, by być zbawionym; być zbawionym nie jest rzeczą zbyt trudną; i większość ludzi może przyjąć za rzecz pewną, że będą zbawieni. Wszyscy ludzie są w Bożej łasce, z wyjątkiem tego, i dopóki, gdy popełniają akty grzechu; lecz gdy grzech minie, wracają do Jego łaski znowu, naturalnie i jako rzecz oczywista, nie wiadomo jak, dzięki nieskończonej pobłażliwości Boga — chyba że istotnie trwają i umierają w nałogu grzechu, a może nawet i wówczas. Nie ma takiego miejsca jak piekło, a przynajmniej kara nie jest wieczna. Przeznaczenie, wybranie, łaska, wytrwałość, wiara, świętość, niewiara i odrzucenie to dziwne idee, a jak sądzą, bardzo fałszywe". Taki jest pokrój mniemania ludzi w ogóle, w miarę jak ćwiczą swoje umysły nad przedmiotem religii i myślą za siebie; a jeśli pod jakimkolwiek względem odstępują od owego łatwego, pogodnego i spokojnego usposobienia ducha, które ten pogląd wyraża, to wtedy, gdy zostają skłonieni do myślenia o tych, którzy ośmielają się przyjmować pogląd przeciwny, to znaczy o tych, którzy przyjmują pogląd głoszony przez Chrystusa i Jego Apostołów. Wobec tych zwykle są surowi — to znaczy wobec tych właśnie osób, które Bóg uznaje za swoje i które prowadzi ku niebu — wobec katolików, którzy są świadkami i głosicielami owych straszliwych nauk o łasce, które potępiają świat, a których świat znieść nie może.

Zaprawdę świat nie wie o istnieniu łaski; i nie dziw, bo zawsze jest sam z siebie zadowolony i nigdy nie spożytkował nadprzyrodzonych pomocy mu udzielonych. Jego najwyższe wyobrażenie o człowieku mieści się w porządku natury; jego wzorcowym człowiekiem jest człowiek naturalny; uważa za rzecz niewłaściwą być czymkolwiek innym niż człowiekiem naturalnym. Widzi, że natura ma pewną liczbę skłonności, inklinacji i namiętności; a ponieważ są one naturalne, sądzi, że każdej z nich można dogadzać dla niej samej, o ile nie wyrządza to szkody innym ani cielesnemu, umysłowemu i doczesnemu dobru danej osoby. Uważa, że brak umiarkowania, czyli nadmiar, jest samą definicją grzechu — jeśli posuwa się tak daleko, by uznawać to słowo. Sądzi, że człowiekiem doskonałym jest ten, kto je, pije, śpi, chodzi, bawi się, studiuje, pisze i oddaje się religii — z umiarem. Uczucie pobożności, intelekt i ciało, każde ma swoje roszczenie wobec nas i każdemu trzeba dać pole do działania, jeśli Stwórca ma być należycie uczczony. Świat nie rozumie, nie chce przyznać, że popędy i skłonności, które znajdują się w naszej naturze, jaką Bóg ją stworzył, mogą mimo to, jeśli się im dogadza, stać się grzechami — na tej podstawie, że On poddał je wyższym zasadom, czy to zasadom tkwiącym w naszej naturze, czy ponad nią naddanym. Stąd bardzo powoli daje wiarę, że złe myśli naprawdę są niemiłe Bogu i pociągają karę. Uczynki wprawdzie, dotykalne czyny, które są widziane i które mają wpływ, dopuści, że są złe; lecz nie uwierzy nawet, że czyny są grzeszne, ani że są czymś więcej niż naganne, jeśli są prywatne czy osobiste; a jest zupełnie ślepy na złośliwość myśli, wyobrażeń, pragnień i słów. Ponieważ dzikie poruszenia gniewu, żądzy, chciwości, podstępu, okrucieństwa nie są grzechem w świecie zwierzęcym, które nie ma ani środków, ani nakazu, by je powściągać, przeto nie są grzechem i w istocie obdarzonej boskim zmysłem i mocą panowania. Pożądliwości, uważa, można dogadzać, ponieważ jest ona w swoich pierwszych elementach naturalna.

Oto tu prawdziwe źródło i wytrysk wojny między Kościołem a światem; tu schodzą się w sporze i tu rozchodzą się od siebie. Kościół zbudowany jest na nauce, że nieczystość jest Bogu wstrętna i że pożądliwość jest jej korzeniem; wraz z Księciem Apostołów, swoją widzialną Głową, potępia „zepsucie pożądliwości, które jest na świecie", czyli to zepsucie świata, które pochodzi z pożądliwości; podczas gdy zepsuty świat broni, owszem, mogę nawet rzec, uświęca tę właśnie pożądliwość, która jest zepsuciem świata. Jak jego śmielsi nauczyciele, jak wiecie, bracia moi, utrzymują, że prawa tego fizycznego stworzenia są tak najwyższe, iż pozwalają im zupełnie nie wierzyć w istnienie cudów, tak też w podobny sposób ubóstwia i czci on naturę ludzką i jej popędy, a zaprzecza mocy i darowi łaski. To jest źródło nienawiści, jaką świat żywi do Kościoła; znajduje on cały katalog grzechów wydobytych na światło i potępionych, które rad by uznawać za wcale niegrzechy; znajduje się, ku swemu oburzeniu i niecierpliwości, otoczony grzechem rankiem, w południe i w nocy; znajduje, że surowe prawo ciąży na nim w sprawach, w których wierzył, że jest sam swoim panem i nie musi myśleć o Bogu; znajduje, że co godzina narasta na nim wina, której nic nie może zapobiec, nic usunąć, prócz wyższej mocy, łaski Bożej. Znajduje się w niebezpieczeństwie poniżenia do ziemi jako buntownik, zamiast móc dogadzać swojej samowystarczalności i samozadowoleniu. Stąd zajmuje stanowisko na gruncie natury i zaprzecza łasce Bożej lub ją odrzuca. Jak pyszny duch na początku, pragnie znaleźć swoje najwyższe dobro w samym sobie, a niczego nad sobą; podejmuje się być wystarczającym dla własnego szczęścia; nie pożąda tego, co nadprzyrodzone, i dlatego w to nie wierzy. A ponieważ natura nie może wznieść się ponad naturę, nie uwierzy, że wąska droga jest możliwa; nienawidzi tych, którzy na nią wstępują, jakby byli udawaczami i obłudnikami, albo wyśmiewa ich dążenia jako romantyczność i fanatyzm — byle tylko nie musieć uwierzyć w istnienie łaski.

Otóż możecie pomyśleć, bracia moi, ze sposobu, w jaki przeciwstawiałem sobie naturę i łaskę, że niepodobna, by jedna była brana za drugą; lecz pragnę wam pokazać, w następnej kolejności, jak łaska może być brana za naturę, a natura za łaskę. A wyjaśniając tę bardzo poważną sprawę, pragnę — żeby nie być źle zrozumianym — najpierw wyraźnie powiedzieć, że jedynie porównuję i przeciwstawiam sobie naturę i łaskę w ich poszczególnych właściwościach, a bynajmniej nie ważę się stosować tego, co o nich powiem, do rzeczywistych jednostek, ani sądzić, które osoby, żywe czy zmarłe, są okazami jednej albo drugiej. Skoro więc to jest mój cel, powtarzam, że wbrew temu, co można by sądzić, łatwo mogą być one brane jedna za drugą, ponieważ — jak to jasne z tego, co powiedziałem — różnica jest w znacznej mierze wewnętrzna, a przeto ukryta. Łaska osadzona jest w sercu; oczyszcza ona myśli i pobudki, wznosi duszę ku Bogu, uświęca ciało, poprawia i wywyższa naturę ludzką w odniesieniu do owych grzechów, których ludzie się wstydzą i których nie wystawiają na pokaz. Stosownie do tego, w zewnętrznym pozorze, w pojedynczych czynach, w słowie, w wyznaniu, w nauczaniu, w cnotach społecznych i politycznych, w uderzających i heroicznych czynach, na publicznej, przemijającej scenie rzeczy, natura może podrabiać łaskę, owszem, aż do zwiedzenia samego człowieka, w którym to podrobienie zachodzi. Pamiętajcie, że to z natury, nie z łaski, człowiek ma dary rozumu i sumienia; a sam tylko rozum i sumienie poprowadzą go ku odkryciu, i w pewnej mierze ku dążeniu do przedmiotów, które są, ściśle mówiąc, nadprzyrodzone i boskie. Z rzeczy, które są widziane, z głosu tradycji, z istnienia duszy i z konieczności rzeczy rozum przyrodzony może wywnioskować istnienie Boga. Serce przyrodzone może zrywami i porywami wybuchać poruszeniami miłości ku Niemu; wyobraźnia przyrodzona może malować piękno i chwałę Jego przymiotów; sumienie przyrodzone może ustalić i uporządkować prawdy wielkiego prawa moralnego, owszem, aż do potępienia tej pożądliwości, która jest zbyt słabe, by ją ujarzmić, i dlatego daje się nakłonić, by ją tolerować. Wola przyrodzona może czynić wiele rzeczy naprawdę dobrych i godnych pochwały; owszem, w poszczególnych przypadkach lub w poszczególnych porach, gdy pokusy nie ma, może zdawać się, że ma siłę, której nie ma, i że naśladuje surowość i czystość świętego. Jeden człowiek nie ma pokusy do tego grzechu, inny do tamtego; stąd natura ludzka może często okazać się w bardzo korzystnym świetle; a widziana w swych szczęśliwszych okazach, może stać się prawdziwą próbą dla wiary, jako że w swoim najlepszym stanie nie ma ona naprawdę żadnego pokrewieństwa z rodziną Chrystusa ani żadnego roszczenia do niebiańskiej nagrody — choć potrafi mówić o Chrystusie i o niebie, czytać Pismo i „chętnie czynić wiele rzeczy" w następstwie jego czytania, i może żywić pewien rodzaj wiary, jakkolwiek różny od tej wiary, która udzielana jest nam przez łaskę.

Na przykład jest rzeczą najboleśniejszą, często wręcz przeszywającą, rozważać postępowanie i charakter tych, którzy nigdy nie otrzymali elementarnej łaski Bożej w sakramencie chrztu. Mogą być w istocie tak życzliwi, tak czynni i niestrudzeni w swej życzliwości; mogą być tak mądrzy i tak rozważni; może być w nich tyle, co zjednuje uczucia tych, którzy ich widzą! Cóż, pozostawmy ich Bogu; Jego łaska jest nad całą ziemią; jeśli ta łaska dochodzi do dobrego skutku i wydaje owoc w sercach nieochrzczonych, On ją wynagrodzi; lecz gdzie nie ma łaski, tam niewątpliwie to, co wygląda tak pięknie, ma swą nagrodę na tym świecie, jako że takie dobro, jakie się w tym mieści, nie ma lepszego roszczenia do niebiańskiej nagrody niż biegłość w jakiejkolwiek sztuce czy nauce, niż wymowa czy dowcip. A nadto często się zdarza, że gdzie jest wiele tego, co pozorne i miłe, tam jest też wiele tego, co grzeszne, i to przerażająco. Ludzie pokazują światu swoje najlepsze oblicze; lecz przez większą część swego czasu, przez wiele godzin dnia i nocy, są zamknięci we własnych myślach. Są sami swoimi świadkami, nikt ich poza tym nie widzi prócz Boga i Jego Aniołów; przeto w takich przypadkach możemy sądzić tylko o tym, co rzeczywiście widzimy, i możemy podziwiać tylko to, co samo w sobie dobre, nie mając żadnych środków rozstrzygnięcia o rzeczywistym stanie moralnym tych, którzy to okazują. Tak jak dzieci dają się ująć samą tylko dobrodusznością i poufałością, z jaką traktuje je jakiś dorosły człowiek, i nie mają środków ani myśli, by wyrobić sobie sąd o nim pod innymi względami, i mogą być zaskoczone, gdy dorosną, odkrywając, jak niegodny jest on ich szacunku czy uczucia; jak ludzie niewykształceni, którzy bardzo mało widzieli świata, nie mają zdolności rozróżniania między jednym a drugim stanem ludzi i uważają wszystkich za równych, kto tylko jest przyzwoicie ubrany, jakikolwiek byłby jego akcent, jego postawa czy jego oblicze — tak my wszyscy, nie tylko dzieci czy ludzie niewykształceni, jesteśmy zaledwie nowicjuszami, albo i mniej niż nowicjuszami, w sprawie rozstrzygania, jaki jest rzeczywisty stan wobec Boga tego czy owego człowieka, który jest zewnętrzny wobec Kościoła, a przecież charakterem lub postępowaniem przypomina jej prawdziwych synów.

Nie wdając się więc w tę kwestię, która nas przerasta, tyle jednak możemy widzieć i być pewni, że natura ludzka jest, w stopniu przekraczającym wszelkie słowa, niekonsekwentna, i że nie wolno nam brać za rzecz pewną, jakoby mogła ona uczynić cokolwiek więcej, niż rzeczywiście czyni, ani że ci, w których okazuje się najprzyjemniej, są o włos lepsi, niż wyglądają. Widzimy to, co najlepsze, i (o ile chodzi o doskonałość moralną) całość tego. Nie możemy wnioskować z tego, co widzimy, na korzyść tego, czego nie widzimy; nie możemy brać tego, co widzimy, za okaz tego, czym oni naprawdę są. Choć więc widok takiego człowieka jest smutny dla katolika, nie stanowi on dla niego trudności. Może on mieć wiele cnót, a przecież może nie mieć nic o szczególnie chrześcijańskim odcieniu — pokory, czystości czy pobożności. Może niezmiernie lubić własne zdanie, mieć wysokie mniemanie o własnych zdolnościach, szydzić z wiary i religijnej bojaźni, i rzadko albo nigdy w życiu nie odmówić modlitwy. Owszem, nawet zewnętrzna powaga zachowania nie jest rękojmią, że nie ma wewnątrz nawykowego dogadzania złym myślom i tajemnych występków obmierzłych Bogu wszechmogącemu. Podziwiamy na przykład wszystko, co doskonałe w dawnych poganach; przyznajemy bez zazdrości wszystko, co uczynili cnotliwego i godnego pochwały, lecz rozumiemy równie mało z charakteru czy przeznaczenia istoty, w której owa dobroć się znajduje, jak rozumiemy naturę materialnych substancji, które przedstawiają się nam pod zewnętrzną szatą kształtu i barwy. Są one dla nas jak nieznane przyczyny, które wpłynęły na świat lub go zakłóciły i które objawiają się w pewnych wielkich skutkach, politycznych, społecznych lub etycznych; są dla nas jak obrazy, które przemawiają do oka, lecz nie do dotyku. Nie wiemy, czy okazałyby się czymś bardziej rzeczywistym niż malowidło, gdybyśmy mogli ich dotknąć. Tyle wiemy, że jeśli osiągnęli niebo, to mocą łaski Bożej i swojej z nią współpracy; jeśli żyli, nie używając tej łaski, która dana jest wszystkim, nie mają nadziei życia; a jeśli żyli i pomarli w grzechu śmiertelnym, są w stanie złych katolików i mają w perspektywie nigdy niekończącą się śmierć.

A przecież, jeśli pozwolimy sobie brać sam tylko zewnętrzny pozór rzeczy i szczęśliwsze, choć cząstkowe i okazjonalne wysiłki natury ludzkiej — jakże ona jest wielka, jak miła, jak błyskotliwa! — to znaczy, jeśli możemy rościć sobie zdolność patrzenia na nią w oderwaniu od nadprzyrodzonych wpływów, które zawsze wokół niej krążyły! Jak wielcy są dawni greccy prawodawcy i mężowie stanu, których dzieje i dzieła znane są niektórym z nas, a których imiona znane są wielu więcej! Jak wielcy są ci surowi rzymscy bohaterowie, którzy podbili świat i przygotowali drogę Chrystusowi! Jak mądrzy, jak głębocy są ci starożytni nauczyciele i mędrcy! jaką moc wyobraźni, jaki pozór proroctwa okazują ich poeci! Obecny świat pod wieloma względami nie jest tak wielki jak w owych dawnych czasach, lecz nawet teraz jest w nim dość, by ukazać zarówno siłę natury ludzkiej pod tym względem, jak i jej słabość. Rozważcie trwałość naszej własnej budowli politycznej w kraju i rozszerzanie się naszego imperium za granicą, a będziecie mieli przed sobą dość materiału, by zająć niejeden długi dzień podziwem dla geniuszu, cnót i zasobów natury ludzkiej. Oddajcie się temu po raz drugi w rozmyślaniu; niestety! nie znajdziecie tam nic z wiary, lecz głównie wygodę jako miarę dobra i zła, a doczesny dobrobyt jako cel działania.

Znowu, wiele jest opowieści i poematów pisanych w dzisiejszych czasach, wyrażających wzniosłe i piękne uczucia; śmiem twierdzić, że niektórzy z was, bracia moi, zetknęli się z nimi i może pomyśleliście sobie, że musi to być człowiek głębokiego religijnego uczucia i wysokiego religijnego wyznania, kto mógł pisać tak dobrze. Czy tak jest w istocie, bracia moi? nie jest tak; dlaczego? bo mimo wszystko jest to tylko poezja, nie religia; jest to natura ludzka rozwijająca moce wyobraźni i rozumu, które posiada, aż się zdaje, że posiada również moce, których nie posiada. Są, jak wiecie, w świecie zwierzęcym rozmaite stworzenia, które potrafią naśladować głos ludzki; natura w podobny sposób jest często przedrzeźnianiem łaski. Prawda jest taka, że człowiek naturalny widzi tę czy ową zasadę jako dobrą lub prawdziwą w świetle sumienia; a potem, skoro ma władzę rozumowania, wie, że jeśli to jest prawdą, to wiele innych rzeczy jest również prawdą; a potem, mając władzę wyobraźni, maluje sobie tamte inne rzeczy jako prawdziwe, choć naprawdę ich nie rozumie. A potem przywołuje na pomoc to, co przeczytał i zaczerpnął od innych, którzy mieli łaskę, i tak dopełnia swój szkic; a potem wkłada weń swoje uczucia i swoje serce, rozmyśla nad nim i rozpala w sobie pewien rodzaj zapału, i tak zdolny jest pisać pięknie i wzruszająco o tym, co dla innych może być rzeczywistością, lecz dla niego jest niczym więcej niż zmyśleniem. Tak niektórzy potrafią pisać o pierwszych męczennikach, a inni opisywać jakiegoś wielkiego świętego średniowiecza — nie dokładnie tak, jak uczyniłby to katolik, lecz jakby mieli pobożność i powagę, którym naprawdę są obcy. Tak też aktorzy na scenie potrafią pobudzić się, aż myślą, że są osobami, które przedstawiają; a jak wiecie, ludzie uprzedzeni, którzy chcą się z kimś poróżnić, przypisują mu coś, w co z początku sami ledwie wierzą; lecz chcą w to wierzyć i postępują, jakby to była prawda, i podsycają, i pielęgnują gniew na samą myśl o tym, aż wreszcie po prostu w to uwierzą. Tak jest, powiadam, w przypadku niejednego autora wierszem i prozą; czytelnicy są zwiedzeni jego pięknym pisaniem; nie tylko chwalą to czy owo uczucie, czy argument, czy opis w tym, co czytają, a co akurat jest prawdziwe, lecz pokładają wiarę w samym pisarzu; i dają wiarę uczuciom czy twierdzeniom, które są fałszywe, na poręczeniu prawdy. Tak to ludzie dają się uwieść ku fałszywym religiom i fałszywym filozofiom; kaznodzieja czy mówca, który jest w stanie natury albo wypadł z łaski, zdolny jest powiedzieć wiele rzeczy, by poruszyć serce grzesznika lub uderzyć w jego sumienie, czy to ze swych naturalnych mocy, czy z tego, co przeczytał w książkach; a ów grzesznik natychmiast bierze go za swojego proroka i przewodnika, na poręczeniu tych przygodnych prawd, do których odkrycia i nalegania nie trzeba było żadnych nadprzyrodzonych darów.

Pismo dostarcza nam przykładu takiego proroka (owszem, kogoś dalece bardziej obdarowanego i uczczonego niż jakikolwiek fałszywy nauczyciel dzisiaj), który niemniej był nieprzyjacielem Boga; mam na myśli proroka Balaama. Wyruszył, by przekląć lud wybrany, wbrew wyraźnemu zakazowi z nieba, a to za pieniądze; i w końcu zginął, walcząc przeciw niemu w bitwie. Taki był w swoim życiu i w swojej śmierci; takie były jego czyny; lecz jakież były jego słowa? najbardziej religijne, najbardziej sumienne, najbardziej pouczające. „Choćby Balak", mówi, „dał mi swój dom pełen srebra i złota, nie będę mógł odmienić słowa Pana, Boga mego". I znowu: „Niech umrze dusza moja śmiercią sprawiedliwych i niech mój koniec będzie podobny do ich końca!". I znowu: „Pokażę ci, o człowiecze, co jest dobre i czego Pan żąda od ciebie: abyś czynił sąd i miłował miłosierdzie, i baczył pilnie, jak masz chodzić z Bogiem twoim". Oto człowiek, który nie jest w stanie łaski, mówiący tak religijnie, że na pierwszy rzut oka moglibyście pomyśleć, iż należy iść za nim, cokolwiek by powiedział, i że dusza wasza byłaby bezpieczna z jego duszą.

I tak często się zdarza, że ci, którzy zdają się tak mili i dobrzy, i tak godni zaufania, gdy znamy ich tylko z ich pism, sprawiają nam tak bolesny zawód, jeśli w końcu dochodzimy do osobistej z nimi znajomości. Nie rozpoznajemy w żywej istocie tej wymowy czy mądrości, która tak nas oczarowała. Jest może szorstki i bez serca; jest samolubny, jest apodyktyczny, jest zmysłowy, jest pustogłowy i błahy; podczas gdy my w naszej prostoduszności uprzednio uważaliśmy go za samo wcielenie czystości i tkliwości albo za wyrocznię niebiańskiej prawdy.

Otóż, drodzy bracia moi, zajmowałem się stawianiem wam przed oczy tego, co natura ludzka może uczynić i czym może się okazać, nie będąc pojednana z Bogiem, bez żadnej nadziei nieba, bez żadnego zabezpieczenia przed grzechem, bez żadnego przebaczenia pierwotnego przekleństwa, owszem, pośród grzechu śmiertelnego; lecz jest to stan, który w rzeczywistości nigdy nie istniał bez wielkich modyfikacji. Nikt nigdy nie był pozbawiony pomocy łaski, zarówno ku oświeceniu, jak ku nawróceniu; nawet pogański świat jako całość miał w pewnym stopniu swoją ciemność rozjaśnioną tymi przerywanymi i powracającymi przebłyskami światła; lecz uznałem za pożyteczne nakłonić was do rozważenia tego, czym jest natura ludzka, widziana w sobie samej, z różnych powodów. Wyjaśnia to, jak się dzieje, że ludzie tak są do siebie podobni — łaska bowiem bywa naśladowana, i niejako współzawodniczy z nią natura, zarówno w społeczeństwie w ogóle, jak i w sercach poszczególnych osób. Stąd świat nie uwierzy w rzeczywiście istniejące oddzielenie między nim a Kościołem ani w małość trzódki Chrystusa. I stąd też mnóstwo tych, którzy słyszeli imię Chrystusa i wyznają, że wierzą w Ewangelię, nie da się przekonać co do siebie samych, że są poza Kościołem i nie cieszą się jego przywilejami — jedynie dlatego, że spełniają swój obowiązek w jakiś ogólny sposób, albo dlatego, że są świadomi, iż są życzliwi czy prawi. A jest to punkt, który dotyczy również katolików, jak teraz przystąpię do ukazania wam.

Upewnijcie się więc dobrze, bracia moi, co do stanu faktycznego, zanim odejdziecie z przekonaniem, że nie mylicie, w swoim własnym przypadku, natury z łaską i nie przypisujecie sobie zasługi za nadprzyrodzone uczynki, które zasługują na niebo, gdy spełniacie tylko uczynki poganina, jesteście nieprzebaczeni i leżycie pod wyrokiem wiecznym. O, straszliwa to myśl, że człowiek może łudzić się mniemaniem, iż jest bezpieczny, jedynie dlatego, że jest katolikiem i że ma pewien rodzaj miłości i bojaźni Bożej, podczas gdy może nie być wcale lepszy od niejednego protestanta wokół niego, który albo nigdy nie był ochrzczony, albo raz na zawsze wyrzucił się z łaski, dochodząc do lat rozumu. Idea ta jest całkowicie do pomyślenia; dobrze, jeśli nie jest prawdziwa w stanie faktycznym. Wiecie, że jest to jedno z mniemań żywionych wśród teologów i ludzi świętych, że liczba katolików, którzy mają być zbawieni, będzie ogółem mała. Mnóstwo tych, którzy nigdy nie znali Ewangelii, powstanie na sądzie przeciw dzieciom Kościoła i okaże się, że uczynili więcej przy skąpszych okazjach. Nasz Pan mówi o swoim ludzie jako o małej trzódce, jak przytoczyłem Jego słowa, gdy zaczynałem; mówi: „Wielu jest wezwanych, lecz mało wybranych". Św. Paweł, mówiąc w pierwszym rzędzie o Żydach, powiada, że tylko „reszta będzie zbawiona według wybrania łaski". Mówi nawet o możliwości własnego odrzucenia. Cóż za myśl u Apostoła! a przecież jest to myśl, z którą święci są obyci; lękają się i o siebie, i o innych. W dziejach mego własnego drogiego Patrona, św. Filipa Neri, podane jest, że jakiś czas po jego śmierci ukazał się on pewnemu świętemu zakonnikowi i polecił mu zanieść słowo pociechy swoim dzieciom, Ojcom Oratorium. Pociecha ta była taka, że dzięki łasce Bożej do owego dnia ani jeden z Kongregacji nie został zgubiony. „Żaden z nich nie zgubiony!" — może ktoś zawołać; „cóż, gdyby pociechą dla jego dzieci było, że wszyscy są w raju, uszedłszy ciemnego jeziora czyśćca, to byłoby to coś wartego oznajmienia; lecz wszystko, co miał do powiedzenia, to że żaden z nich nie jest w piekle! Dziwne, gdyby byli! Oto był szereg ludzi, którzy porzucili świat dla życia zakonnego, którzy wyrzekli się siebie dla Boga i bliźniego, którzy spędzili swe dni na modlitwie i dobrych uczynkach, którzy pomarli szczęśliwie z ostatnimi sakramentami, a objawione jest o nich, jako wielka pociecha, że nawet ani jeden z nich nie został zgubiony!". A przecież taka właśnie jest pociecha naszego świętego Ojca; a to, że taka jest, dowodzi tylko, że zbawienie nie jest rzeczą tak łatwą ani posiadłością tak tanią, jak skłonni jesteśmy przypuszczać. Nie zdobywa się go samym życzeniem. A jeśli był to dar tak godny pożądania przez ludzi, którzy ponieśli ofiary dla Chrystusa i żyli w świętości, o ileż rzadszy i trudniejszy do osiągnięcia jest on w tych, którzy bezsprzecznie umiłowali świat bardziej niż Boga i nigdy nie marzyli o spełnieniu jakiegokolwiek obowiązku, do którego Kościół ich nie zobowiązywał!

Powiedz mi, jaki jest stan twojej duszy i prawidło twojego życia? Przychodzisz do spowiedzi raz w roku; cztery razy w roku; na odpustach; komunikujesz tak często; czyż nie opuszczasz Mszy w dni obowiązujące; nie jesteś świadom żadnego wielkiego grzechu. — I na tym kończysz; nie masz nic więcej do powiedzenia. Co? czy nie wzywasz imienia Bożego nadaremno? tylko gdy jesteś rozgniewany; to znaczy, jak przypuszczam, ulegasz napadom gwałtownej namiętności, w których używasz każdego wstrząsającego słowa, jakie diabeł wkłada ci w usta, i lżysz, i przeklinasz, a może bijesz tych, na których się gniewasz? — Tylko od czasu do czasu, mówisz, gdy jesteś po trunku. Więc, jak się zdaje, jesteś skłonny do pijaństwa? — odpowiadasz, że nigdy nie pijesz tyle, by nie wiedzieć, co czynisz. Czy naprawdę bierzesz to za usprawiedliwienie? Cóż, czy poprawiłeś się pod tymi względami w ciągu kilku ubiegłych lat? Nie możesz powiedzieć, że tak, lecz takie grzechy nie są w najgorszym razie śmiertelne. Więc, jak przypuszczam, nie wpadłeś ostatnio w żaden grzech śmiertelny? Milkniesz, a potem zmuszony jesteś wyznać, że wpadłeś, i to raz i drugi; a im więcej cię wypytuję, tym dłuższy może staje się katalog występków, które odłączyły cię od Boga. Lecz to nie wszystko; twoja jedyna idea grzechu to grzeszenie czynem i uczynkiem; grzechy nawyku, które tak ściśle do ciebie przylegają, że trudno je wykryć, i objawiają się w drobnych, lecz nieustannych wpływach na twoje myśli, słowa i uczynki, wcale nie zaprzątają twojej uwagi. Jesteś samolubny, uparty, światowy i pobłażliwy wobec siebie; zaniedbujesz swoje dzieci; lubujesz się w próżnych rozrywkach; ledwie kiedykolwiek myślisz o Bogu z dnia na dzień, bo nie mogę nazwać twoich pospiesznych modlitw rano i wieczór żadnym myśleniem o Nim. Jesteś w przyjaźni ze światem i żyjesz wiele wśród tych, którzy nie mają poczucia religii.

Otóż co masz mi do powiedzenia, co byś temu przeciwstawił? jakie dobro uczyniłeś? na czym opiera się twoja nadzieja nieba? skąd ją czerpiesz? Może mi odpowiadasz, że sakrament pokuty jedna cię od czasu do czasu z Bogiem; że żyjesz w świecie; że nie jesteś wezwany do stanu zakonnego; że prawda, miłujesz świat bardziej niż Boga, lecz miłujesz Boga dostatecznie do zbawienia i że polegasz w godzinie śmierci na potężnym wstawiennictwie Najświętszej Matki Boga. A nadto masz pewną liczbę dobrych punktów, które wyliczasz i które są dla ciebie znakami, że jesteś w łasce Bożej; mniemasz, że twój stan jest w najgorszym razie stanem letniości. Letniości! Powiadam ci, nie masz żadnych znamion letniości; chcesz wiedzieć, kto jest osobą letnią? ten, kto zaczął wieść niemal życie świętego, a wypadł ze swej żarliwości; kto zachowuje swoje dobre praktyki, lecz spełnia je bez pobożności; kto czyni tak wiele, że ganimy go tylko za to, że nie czyni więcej. Nie, nie potrzebujesz wyznawać letniości, bracie mój; — chcesz usłyszeć sąd, jaki skłonny jestem o tobie wydać? jest taki, że prawdopodobnie nie jesteś w łasce Bożej wcale. Prawdopodobne jest, że od dawna już chodzisz do spowiedzi bez właściwych usposobień, bez prawdziwego żalu i bez szczerego postanowienia poprawy z twoich grzechów. Jesteś prawdopodobnie taki, że gdybyś umarł tej nocy, byłbyś zgubiony na wieki. Co czynisz więcej, niż czyni natura? Czynisz pewne dobre rzeczy; „jakąż macie nagrodę? czyż i celnicy tego nie czynią? co czynicie więcej niż inni? czyż i poganie tego nie czynią?". Masz zwyczajne cnoty natury ludzkiej, albo niektóre z nich; jesteś tym, czym uczyniła cię natura, i nie dbasz o to, by być lepszym. Możesz być z natury dobrego serca, i wtedy czynisz innym uczynki miłosierne; masz naturalną siłę charakteru — jeśli tak, zdolny jesteś podporządkować swoje namiętności władzy rozumu; masz naturalną energię i trudzisz się dla swojej rodziny; jesteś z natury łagodny i tak nie wszczynasz kłótni; masz wstręt do niewstrzemięźliwości i dlatego jesteś trzeźwy. Masz cnoty swoich protestanckich sąsiadów, a także ich wady; w czym jesteś lepszy od nich?

Oto inna poważna rzecz przeciw tobie — że tak dobrze żyjesz z protestantami wokół ciebie; nie chcę przez to powiedzieć, że nie jesteś zobowiązany pielęgnować pokój ze wszystkimi ludźmi i świadczyć im wszelkie posługi miłości w twojej mocy. Oczywiście, że jesteś, a jeśli oni cię szanują, cenią i miłują, to wychodzi to na twoją chwałę i zyska ci nagrodę; lecz mam na myśli coś więcej; mam na myśli to, że oni cię nie szanują, lecz lubią cię, ponieważ myślą o tobie jak o sobie samych, nie widzą żadnej różnicy między sobą a tobą. To jest właśnie powód, dla którego tak często biorą twoją stronę i twierdzą lub bronią twoich praw politycznych. I tu znowu jest sens, oczywiście, w którym nasze prawa obywatelskie mogą być bronione przez protestantów bez żadnej ujmy dla nas i z honorem dla nich. Jesteśmy podobni do innych w tym, że jesteśmy ludźmi; że jesteśmy członkami tego samego państwa co oni, poddanymi, zadowolonymi poddanymi tego samego Władcy, że mamy zależność od nich i ich zależnych od nas; że jak oni czujemy ból, gdy nas źle traktują, i jesteśmy wdzięczni, gdy nas dobrze traktują. Nie musimy się wstydzić takiej wspólnoty, a ci, którzy ją w nas uznają, są wspaniałomyślni, czyniąc to. Lecz mamy wielki powód do wstydu i wielki powód do niepokoju, co Bóg o nas myśli, jeśli zyskujemy ich poparcie, dając im w naszych osobach fałszywe wyobrażenie o tym, czym jest Kościół katolicki i czym katolicy są zobowiązani być, w co zobowiązani wierzyć i co czynić; a czyż nie jest tak często, bracia moi, że świat ujmuje się za waszymi sprawami, ponieważ dzielicie jego grzechy?

Natura jest jedno z naturą, łaska z łaską; świat więc świadczy przeciw wam, będąc z wami w dobrej przyjaźni; nie moglibyście tak dobrze żyć ze światem, nie poświęciwszy czegoś, co było cenne i święte. Świat was lubi, wszystko prócz waszego wyznawanego credo; odróżnia was od waszego credo w swoim sądzie o was i rad by oddzielił was od niego w rzeczywistości. Ludzie mówią: „Te osoby są lepsze niż ich Kościół; nie mamy ani słowa do powiedzenia na obronę ich Kościoła; lecz katolicy nie są tym, czym byli, są teraz bardzo podobni do innych ludzi. Ich credo jest z pewnością bigoteryjne i okrutne, lecz czegóż byście od nich chcieli? Nie możecie oczekiwać, że to wyznają; niech się zmieniają po cichu, nikt nie zmienia się publicznie — bądźcie zadowoleni, że się zmienili. Lubią świat tak samo jak my; podejmują cele polityczne równie gorąco; lubią postawić na swoim zupełnie tak samo; ani trochę bardziej nie lubią surowości; nienawidzą duchowej niewoli i wpół się wstydzą papieża i jego soborów. Ledwie wierzą już w jakiekolwiek cuda i są zirytowani, gdy ich właśni bracia wyznają, że takie są; nigdy nie mówią o czyśćcu; są drażliwi w sprawie obrazów; unikają tematu odpustów; i nie chcą zobowiązać się do nauki o wyłącznym zbawieniu. Nauki katolickie są teraz jedynie odznakami stronnictwa. Katolicy myślą za siebie i sądzą za siebie, zupełnie jak my; w swoim Kościele trzyma ich punkt honoru i niechęć do tego, by się zdawało, że porzucają sprawę przegraną".

Taki jest sąd świata, a wy, bracia moi, jesteście zgorszeni, słysząc go; — lecz czyż nie może być, że świat wie o was więcej, niż wy wiecie o sobie samych? „Gdybyście byli ze świata", mówi Chrystus, „świat miłowałby to, co jest jego; że jednak nie jesteście ze świata, ale Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi". Tak mówi Chrystus o swoich Apostołach. Jakże brzmią Jego słowa zastosowane do was? „Jeśli jesteście ze świata, świat miłuje to, co jest jego; więc jesteście ze świata, i nie wybrałem was sobie ze świata, ponieważ świat was miłuje". Nie skarżcie się, że świat przypisuje wam więcej, niż jest prawdą; ci, którzy żyją tak, jak żyje świat, dają poparcie tym, którzy uważają ich za należących do świata, i zdają się tworzyć z nimi jedno stronnictwo. W miarę jak zrzucacie jarzmo Chrystusa, świat niejako instynktownie rozpoznaje was i stosownie do tego dobrze o was myśli. Jego najwyższym komplementem jest powiedzieć wam, że nie wierzycie. O bracia moi, jest odwieczna nieprzyjaźń między światem a Kościołem. Kościół oświadcza ustami Apostoła: „Kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga"; a świat odpłaca i nazywa Kościół odstępcą, czarownicą, Belzebubem i Antychrystem. On jest obrazem i matką przeznaczonych do chwały, a jeśli chcecie być znalezieni pośród jego dzieci, gdy umrzecie, musicie mieć udział w jego pohańbieniu, póki żyjecie. Czyż świat nie szydzi ze wszystkiego, co chwalebne, ze wszystkiego, co majestatyczne w naszej świętej religii? Czyż nie wypowiada się przeciw szczególnym tworom Bożej łaski? Czyż nie odmawia wiary możliwości czystości i niewinności? Czyż nie oczernia ślubu celibatu? Czyż nie zaprzecza dziewictwu Maryi? Czyż nie wyrzuca samego Jej imienia jako złego? Czyż nie gardzi Nią jako „martwą kobietą", Tą, o której wiecie, że jest Matką wszystkich żyjących i wielką Orędowniczką wiernych? Czyż nie wyśmiewa świętych? Czyż nie lekceważy ich relikwii? Czyż nie pogardza sakramentami? Czyż nie bluźni straszliwej Obecności, która mieszka na naszych ołtarzach, i nie szydzi gorzko i zaciekle z naszej wiary, że to, co nazywa chlebem i winem, jest tym samym Ciałem i Krwią Baranka, które spoczywały w łonie Maryi i zawisły na Krzyżu? Czymże jesteśmy, byśmy mieli być traktowani lepiej niż nasz Pan i Jego Matka, i Jego słudzy, i Jego dzieła? Owszem, czymże jesteśmy, jeśli jesteśmy traktowani lepiej, jak nie przyjaciółmi tych, którzy nas tak dobrze traktują, a źle traktują Jego?

O drodzy bracia moi, bądźcie dziećmi łaski, nie natury; nie dajcie się uwieść sofizmatom i roszczeniom tego świata; udaje on dzieło Boże, lecz w rzeczywistości pochodzi od szatana. „Znam moje owce", mówi nasz Pan, „a moje Mnie znają, i idą za Mną". „Wskaż mi, o Ty, którego miłuje dusza moja", mówi Oblubienica w Pieśni, „gdzie pasiesz, gdzie odpoczywasz w południe"; a On odpowiada jej: „Wyjdź i podążaj śladami trzód, i paś koźlęta twoje przy namiotach pasterzy". Idźmy za świętymi, jak oni idą za Chrystusem; aby, gdy On przyjdzie na sąd, a nędzny świat pogrąży się w zatraceniu, „nam, grzesznym sługom swoim, mającym nadzieję w mnóstwie miłosierdzia Jego, raczył dać jakiś dział i wspólnotę ze swymi świętymi Apostołami i Męczennikami, z Janem, Szczepanem, Maciejem, Barnabą, Ignacym, Aleksandrem, Marcelinem, Piotrem, Felicytą, Perpetuą, Agatą, Łucją, Agnieszką, Cecylią, Anastazją i wszystkimi swoimi świętymi — nie według miary naszej zasługi, lecz według hojności swego przebaczenia, przez tegoż Chrystusa, Pana naszego".

Gdy człowiek został stworzony, obdarowano go nadto darami przewyższającymi jego własną naturę, za sprawą których owa natura była udoskonalona. Jak jakiś silny środek pobudzający, który nie jest pokarmem — zapach czy napój — rozbudza, krzepi, skupia nasze zwierzęce siły, daje ostrość naszym spostrzeżeniom i natężenie naszym wysiłkom, tak — albo raczej w jakimś dalece wyższym sensie i w bardziej rozmaity sposób — nadprzyrodzona łaska Boga nadawała znaczenie i cel, i wystarczalność, i spójność, i pewność owym licznym władzom tego złożenia z duszy i ciała, które stanowi człowieka. A gdy człowiek upadł, utracił ten boski, niezasłużony dar i zamiast wzbijać się ku niebu, runął bezsilny na ziemię, w stanie wyczerpania i załamania. I znowu, gdy Bóg, ze względu na Chrystusa, ma przywrócić kogoś do swojej łaski, Jego pierwszym aktem miłosierdzia jest udzielić mu cząstki tej łaski — pierwocin owej najwyższej, energicznej mocy, która formuje i harmonizuje całą jego naturę i uzdalnia ją, by spełniła swój własny cel, wypełniając zarazem cel wyższy niż jej własny.

Otóż jednym z braków, w jakie człowiek popadł przez upadek, była niewiedza, czyli duchowa ślepota; a jednym z darów otrzymanych przy jego przywróceniu jest postrzeganie rzeczy duchowych; tak że zanim człowiek zostanie poddany pod łaskę Chrystusa, może tylko dociekać, rozumować, dowodzić i wnioskować o prawdzie religijnej; lecz później ją widzi. „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony", rzekł nasz Pan do św. Piotra, gdy wyznał on Wcielenie, „bo nie objawiło ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie". Znowu: „Wysławiam Cię, o Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je maluczkim (...) Nikt nie zna Ojca prócz Syna i nikt nie zna Syna prócz Ojca, oraz tego, komu Syn zechce objawić". Podobnie św. Paweł mówi: „Człowiek zmysłowy" czyli naturalny „nie pojmuje tego, co jest z Ducha Bożego"; a gdzie indziej: „Nikt nie może powiedzieć: Panem jest Jezus, jak tylko w Duchu Świętym". A św. Jan: „Wy macie namaszczenie od Świętego i wiecie wszystko". Prorocy obiecali ten sam dar przed przyjściem Chrystusa: „Uczynię wszystkich synów twoich uczniami Pana", mówi Izajasz, „a wielki pokój spłynie na synów twoich"; „Już nikt", mówi Jeremiasz, „nie będzie uczył swego bliźniego ani człowiek brata swego, mówiąc: Poznajcie Pana, bo wszyscy Mnie poznają, od najmniejszego do największego z nich".

Otóż tu możecie powiedzieć, bracia moi: „Co to znaczy? czyż jesteśmy ludźmi, czy nie? czyż utraciliśmy część swojej natury przez upadek, czy nie? czyż rozum nie jest częścią natury człowieka? czyż rozum nie widzi, tak jak oko? czyż nie możemy, naturalną mocą naszego rozumu, pojąć wszelkiego rodzaju prawd — o tej ziemi, o społeczeństwie ludzkim, o krainach przestrzeni, o materii, o duszy? czemuż religia miałaby być wyjątkiem? Czemuż więc nie możemy pojąć naszym przyrodzonym rozumem rzeczy o Bogu wszechmogącym i o niebie? — jeśli możemy dociekać o jednej rzeczy, możemy dociekać o drugiej; jeśli możemy wyobrazić sobie jedną rzecz, możemy wyobrazić sobie drugą; jak więc to jest, że nie możemy dojść do prawd religii bez nadprzyrodzonej pomocy łaski?". Jest to pytanie, które może dać początek pewnym pożytecznym rozważaniom, i teraz spróbuję na nie odpowiedzieć.

Pytacie, czego potrzebujecie poza oczami, aby widzieć prawdy objawienia: powiem wam od razu — potrzebujecie światła. Nawet najbystrzejsze oczy nie widzą w ciemności. Otóż choć wasz umysł jest okiem, łaska Boża jest światłem; i równie łatwo będziecie ćwiczyć swoje oczy w tym zmysłowym świecie bez słońca, jak zdolni będziecie ćwiczyć swój umysł w świecie duchowym bez równoległego daru z zewnątrz. Otóż urodziliście się pozbawieni tego błogosławionego światła duchowego; a póki ten brak trwa, nie będziecie, nie zdołacie naprawdę zobaczyć Boga. Nie mówię, że nie będziecie mieli żadnej myśli o Bogu ani że nie zdołacie o Nim mówić. Prawda, lecz nie zdołacie uczynić nic więcej niż rozumować o Nim. Wasze myśli i wasze słowa nie wyjdą poza samo rozumowanie. Przyznaję więc to, do czego rościcie sobie prawo; rościcie sobie zdolność rozumowania o Bogu mocą waszych władz umysłowych; niewątpliwie możecie, lecz wywnioskować jakąś rzecz to nie zobaczyć ją — ani w odniesieniu do świata fizycznego, ani w świecie duchowym.

Rozważcie przypadek człowieka bez oczu, mówiącego o kształtach i barwach, a zrozumiecie, co mam na myśli. Ślepiec może pozbierać sporo wiadomości rozmaitego rodzaju i być bardzo obyty z przedmiotami wzroku, choć ich nie widzi. Może umieć mówić o nich biegle i może to lubić; może nawet mówić o widzeniu, jakby naprawdę widział, aż niemal zdaje się rościć sobie zdolność wzroku. Mówi o wysokościach, odległościach i kierunkach, o rozmieszczeniu miejsc, o kształtach i wyglądach równie naturalnie jak inni ludzie; i nie jest należycie świadom swego własnego skrajnego braku; a jeśli zapytacie, jak to się dzieje, to po części dlatego, że słyszy, co inni ludzie mówią o tych rzeczach, i potrafi ich naśladować, a po części dlatego, że nie może się powstrzymać od rozumowania o rzeczach, które słyszy, i wyciągania z nich wniosków; i tak dochodzi do tego, że myśli, iż wie, czego nie wie wcale.

Słyszy, jak ludzie rozmawiają; może mu się czyta książki; nabywa mglistych pojęć o przedmiotach wzroku, a gdy zaczyna mówić, jego słowa są znośnie poprawne i nie zdradzają od razu, jak mało wie o tym, o czym mówi. Wnioskuje jedno z drugiego i tak zdolny jest mówić o wielu rzeczach, których nie widzi, lecz tylko spostrzega, że muszą tak być, jeśli się przyjmie, że inne rzeczy tak są. Na przykład, jeśli wie, że niebieski i żółty dają zielony, może orzec, bez cienia pomyłki, że zielony jest bardziej podobny do niebieskiego niż żółty; jeśli przypadkiem wie, że jeden człowiek ma mniej niż sześć stóp wzrostu, a drugi pełne sześć stóp, może, gdy obaj są przed nim, śmiało oświadczyć, jakby widział, że ten drugi jest wyższy z dwóch. Nie jest tak, że sądzi wzrokiem, lecz że rozum zajmuje jego miejsce. Niedawno wiele mówiono w świecie o pewnym uczonym, o którym powiadano, że odkrył nową planetę; jak to uczynił? Czy czuwał noc po nocy, znojnie i wytrwale, w chłodnym powietrzu, przez mozolny bieg gwiaździstych niebios, wypatrując tego, co mógłby tam ewentualnie znaleźć, aż wreszcie za pomocą jakiegoś potężnego szkła odkrył w mglistej dali ten niespodziewany przyrostek naszego systemu planetarnego? Bynajmniej; powiadają, że siedział wygodnie w swojej bibliotece i czynił obliczenia na papierze w dzień, i tak, ani razu nie spojrzawszy w niebo, ustalił — z tego, co już było wiadome o słońcu i planetach, o ich liczbie, ich położeniach, ich ruchach i ich oddziaływaniach — że poza nimi wszystkimi musi być jakieś inne ciało w tym właśnie miejscu, gdzie, jak rzekł, zostanie znalezione, jeśli tylko astronomowie skierują nań swoje przyrządy. Oto był człowiek czytający niebiosa nie oczami, lecz rozumem. Rozum jest więc rodzajem namiastki wzroku; a tak też pod wieloma względami są inne zmysły, co oczywiste. Wiecie, jak szybkimi okazują się często ślepi w wykrywaniu obecności przyjaciół i uczuć obcych po głosie, tonie i kroku; tak że zdają się rozumieć spojrzenia i gesty, i mowę bez słów, jakby widzieli, ku zaskoczeniu tych, którzy chcą zachować przed nimi swoje zamiary w tajemnicy.

Otóż to wyjaśni sposób, w jaki człowiek naturalny zdolny jest po części rozumieć, a jeszcze bardziej mówić o przedmiotach nadprzyrodzonych. Jest w świecie wielkie unoszące się ciało prawdy katolickiej; schodzi ono na dół przez tradycję z wieku na wiek; jest niesione naprzód przez głoszenie i wyznawanie z pokolenia na pokolenie i rozlewane we wszystkie strony świata. W pełni i czystości znajduje się jedynie w Kościele, lecz jego cząstki, większe lub mniejsze, wymykają się daleko i szeroko i przenikają w miejsca, które nigdy nie były pobłogosławione jego obecnością i posługą. Otóż ludzie mogą podejmować i wyznawać te rozproszone prawdy, jedynie dlatego, że się na nie natknęli; te urywki objawienia, jak nauka o Trójcy Świętej czy o zadośćuczynieniu, są religią, której ich nauczono w dzieciństwie; i dlatego mogą je zachowywać, wyznawać i powtarzać, nie widząc ich naprawdę, jak widzi je katolik, lecz przyjmując je jedynie ze słyszenia, z naśladowania innych. I w ten sposób często się zdarza, że człowiek zewnętrzny wobec Kościoła katolickiego pisze kazania i pouczenia, układa i porządkuje nabożeństwa albo komponuje hymny, które są bez skazy lub niemal bez skazy; które są owocem nie jego własnego oświeconego umysłu, lecz jego pilnego studium, niekiedy jego dokładnego przekładu katolickich oryginałów. A nadto prawdy i obrzędy katolickie są tak piękne, tak wielkie, tak pocieszające, że pociągają człowieka, by je umiłował i podziwiał miłością naturalną, jak mógłby nas pociągnąć widok albo zręczny mechanizm. Stąd ludzie żywej wyobraźni mogą wyznawać tę czy ową naukę albo przyjmować ten czy ów obrzęd lub zwyczaj dla samego jego piękna, nie pytając samych siebie, czy jest prawdziwy, i nie mając żadnego rzeczywistego postrzeżenia ani umysłowego uchwycenia go. Tak też będą zdobić swoje kościoły, naciągać i naprężać swój rytuał, wprowadzać świece, szaty, kwiaty, kadzidło i procesje — nie z wiary, lecz z poetyckiego uczucia. A nadto credo katolickie, jako pochodzące od Boga, jest tak harmonijne, tak ze sobą zgodne, tak doskonale się trzyma w całości, tak część odpowiada części, że bystry umysł, znając jedną jego część, często wywnioskuje inną jego część, jedynie jako rzecz słusznego rozumowania. Tak trafny myśliciel mógłby być pewien, że jeśli Bóg jest nieskończony, a człowiek skończony, to w religii muszą być tajemnice. Nie jest tak, że naprawdę odczuwa on tajemniczość religii, lecz wnioskuje ją; dochodzi do niej jako do rzeczy koniecznej i z samej jasności umysłu i umiłowania spójności podtrzymuje ją. Znowu, człowiek może powiedzieć: „Skoro ta czy owa nauka ma za sobą tyle świadectwa historycznego, muszę ją przyjąć"; nie ma rzeczywistego jej widzenia ani bezpośredniego postrzeżenia, lecz podejmuje jej wyznawanie, bo czuje, że byłoby niedorzecznością, przy warunkach, od których wychodzi, czynić inaczej. Nie czyni nic więcej, jak obarcza się formą słów, zamiast kontemplować okiem duszy samego Boga, źródło wszelkiej prawdy, i tę naukę jako pochodzącą z Jego ust. Bystry, przenikliwy intelekt zaprowadzi człowieka daleko w uprzedzaniu nauk, których mu nigdy nie powiedziano; tak, zanim poznał, co Pismo mówi w tej sprawie, mógłby rozumować: „Grzech jest obrazą Boga niepojęcie wielką i pociągającą za sobą ogromne nieszczęścia dla grzesznika, bo gdyby tak nie było, czemuż Chrystus miałby cierpieć?" — to znaczy widzi, że dla chrześcijańskiego systemu nauki konieczne jest, by grzech był wielkim złem, niekoniecznie czując w swoim sumieniu, że tak jest. Owszem, mogę wyobrazić sobie człowieka snującego domysł, że ciała nasze zmartwychwstaną, wywodząc to z faktu, że Bóg Przedwieczny tak uczcił nasze śmiertelne ciało, iż wziął je na siebie jako część siebie samego. Tak przyjmowałby zmartwychwstanie, owszem, karę wieczną, jedynie jako prawdy, które wynikają z tego, co już wiedział. I podobnie ludzie uczeni, poza Kościołem, mogą komponować najpożyteczniejsze dzieła o świadectwach religii albo w obronie poszczególnych nauk, albo w wyjaśnieniu całego ustroju katolickości; w tych przypadkach rozum staje się służebnicą wiary: a przecież nie jest wiarą; nie wznosi się ponad intelektualny pogląd czy pojęcie; twierdzi nie jako uchwytujący prawdę, nie jako widzący, lecz jako „będący zdania", jako „sądzący", jako „dochodzący do wniosku".

Tu więc widzicie, co człowiek naturalny może uczynić; może czuć, może wyobrażać sobie, może podziwiać, może rozumować, może wnioskować; na wszystkie te sposoby może przystąpić do przyjęcia całości lub części prawdy katolickiej; lecz nie może widzieć, nie może miłować. A przecież będzie wprawiał w zakłopotanie osoby religijne, które nie rozumieją tajemnicy, dzięki której zdolny jest dawać tak imponujący pokaz; będą bowiem w niemałym kłopocie, by zrozumieć, jak to jest, że zdolny jest mówić tak dobrze, chyba że mówi — choć jest poza Kościołem — przez Ducha Bożego. Tak ma się rzecz z pismami niektórych dawnych heretyków, którzy pisali o Wcieleniu; tak ma się rzecz z heretykami czasów nowożytnych, którzy pisali o nauce o łasce; piszą oni niekiedy z takim pięknem i taką głębią, że nie sposób nie podziwiać tego, co mówią o tych właśnie przedmiotach, co do których wiemy zarazem, że w gruncie rzeczy są niezdrowi. Lecz, bracia moi, uczucia mogą być słuszne i dobre same w sobie, choć nie w tych ludziach; są to odosobnione prawdy, które przypadkiem wywnioskowali w zakresie spraw, o których nic nie widzą i nic nie wiedzą, a ich herezja w innych punktach, które są tuż przy przyjęciu tych prawd, jest dowodem, że nie widzą tego, o czym mówią. Ślepiec, rozprawiając o kształcie i barwie, mógłby powiedzieć niektóre rzeczy prawdziwie, a niektóre fałszywie; lecz nawet jeden błąd, który by mu się przytrafił, choćby tylko jeden, wystarczyłby, by zdradzić, że nie ma rzeczywistego posiadania prawd, które wygłaszał, choćby było ich wiele; gdyby bowiem miał oczy, nie tylko byłby poprawny w wielu, lecz nie mylił się w żadnej. Na przykład, przypuśćmy, że wiedział, iż dwie budowle są tej samej wysokości; mógłby zostać śmiało skłoniony do orzeczenia, że ich wygląd jest taki sam, gdy na nie patrzy, nie wiedząc, że większa odległość jednej z nich od nas może zmniejszyć ją w oku do połowy lub czwartej części drugiej. I tak ludzie, którzy nie są w Kościele i którzy nie mają praktycznego doświadczenia katolickiego nabożeństwa do Najświętszej Matki Boga, gdy czytają nasze modlitwy i litanie i widzą siłę ich języka oraz to, jak daleko się posuwają, z pewnością twierdzą, że jest Ona w każdym sensie i pod każdym względem przedmiotem naszego kultu, z wyłączeniem Boga Najwyższego albo we współzawodnictwie z Nim; nie rozumiejąc, że Ten, „w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy", który stwarza nas na nowo swoją łaską i który karmi nas własnym Ciałem i Krwią, jest nam bliższy i bardziej z nami zjednoczony niż jakiekolwiek stworzenie; że święci i Aniołowie, i sama Najświętsza Dziewica, są z konieczności w pewnej odległości od nas w porównaniu z Nim, i że jakiegokolwiek języka używamy wobec nich, choćby był ten sam, którego używamy wobec naszego Stwórcy, niesie on z sobą tylko sens należny i proporcjonalny do przedmiotu, do którego się zwracamy. I tak ci, którzy stawiają zarzuty, zostają zdemaskowani — jak to katolicy odczuwają — samym swoim zarzutem, jako naprawdę nieznający i niewidzący nic z tego, o co się spierają.

A teraz dostatecznie wyjaśniłem, co znaczy powiedzenie, że człowiek naturalny żywi prawdy boskie jedynie jako mniemanie, a nie jako punkt wiary; łaska wierzy, rozum tylko mniema; łaska daje pewność, rozum nigdy nie jest rozstrzygnięty. Otóż godne uwagi jest to, że ta cecha rozumu jest tak jasno rozumiana przez same osoby, o których mówię, że mimo zaufania, jakie pokładają we własnych mniemaniach, jakiekolwiek by były, to przecież, świadomi, że nie mają podstaw do rzeczywistego i niewzruszonego przekonania o prawdzie objawionej, śmiało stawiają czoło tej trudności i uważają za błąd być pewnym co do prawdy objawionej, a za zasługę — wątpić. Na przykład „święty Kościół katolicki" jest punktem wiary, jako jeden z artykułów Składu Apostolskiego; a przecież uważają za niecierpliwość niezadowolenie z niepewności co do tego, gdzie jest Kościół katolicki i co on mówi. Dobrze są świadomi, że żaden żyjący człowiek o przyzwoitych zdolnościach nie pokładałby niewątpliwej wiary i ufności w Kościele państwowym, chyba że zadając gwałt swemu rozumowi; wiedzą, że wielka masa jego członków w żadnym sensie weń nie wierzy, a z reszty nikt nie mógłby powiedzieć więcej, niż że pośrednio pochodzi on od Boga i że najbezpieczniej jest w nim pozostać. W tych osobach nie ma wiary, jest tylko samo mniemanie o tym artykule Składu. Stosownie do tego zmuszeni są mówić, w samej obronie własnego stanowiska, że wiara nie jest konieczna, a stan wątpienia wystarcza i jest wszystkim, czego się od nas oczekuje. W następstwie przypisują samej niespokojności, gdy jeden z ich własnych członków próbuje ćwiczyć wiarę w święty Kościół katolicki jako w prawdę objawioną, tak jak sami wyznają, że ćwiczą ją w Trójcę Świętą czy w zmartwychwstanie naszego Pana, i gdy w następstwie poszukuje i pyta na wszystkie strony, jak ma to czynić. Owszem, posuwają się tak daleko, że przypisują to katolikowi jako winę, gdy okazuje on prostą ufność w Kościół i jego nauczanie. Niekiedy się zdarza, że ci, którzy przyłączają się do Kościoła katolickiego z jakiejś wspólnoty protestanckiej, zauważalnie odmieniają niepewność i wahanie umysłu w sprawach religijnych, które okazywali przed swoją konwersją, w jasną i nieustraszoną ufność; wątpili w swoją dawną wspólnotę, nie wątpią w nową. Nie mają lęków, nie mają niepokojów, nie mają trudności, nie mają skrupułów. Mówią więc, jak czują; a świat, nie rozumiejąc, że jest to skutek łaski, którą (jak możemy pokornie ufać) te szczęśliwe dusze otrzymały — nie rozumiejąc, że choć ma pełne doświadczenie krainy cienia śmierci, w której leży, nie ma żadnego doświadczenia owego miasta, którego światłem jest Pan Bóg i Baranek — mierząc to, co katolicy mają, miarą tego, czego sam nie ma, świat, powiadam, woła: „Jak natrętne, jak nienaturalne, jak rozgorączkowane, jak przesadne!"; i uważa, że taka odmiana jest odmianą na gorsze i okazuje się pomyłką i winą, ponieważ sprawia dokładnie taki skutek, jaki sprawiałaby, gdyby była odmianą na lepsze.

Powiada nam, że pewność, ufność i śmiałość w mowie są niechrześcijańskie; czy to obrona pewnej tezy, czy sąd oparty na faktach? Czy to ufność, czy wątpienie, czy to gorliwość, czy oziębłość, czy to ostrość, czy chwiejność w działaniu odznaczała męczenników w pierwszych wiekach Kościoła? Czy religia Chrystusa rozkrzewiła się przez gwałtowność wiary i miłości, czy przez filozoficzne wyważanie argumentów? Spójrzcie wstecz na wczesnych męczenników, bracia moi, kimże byli? cóż, byli to bardzo często młodzieńcy i dziewice, żołnierze i niewolnicy — gromada zapalczywych młodych ludzi, którzy dożyliby mądrości, gdyby nie byli uparcie zdecydowani umrzeć najpierw; którzy zdzierali cesarskie edykty, naruszali pokój, wyzywali sędziów na dysputę, nie spoczęli, póki nie dostali się do tej samej jamy co lew, i którzy, przepędzeni z jednego miasta, zaczynali głosić w innym! Tak mówił ślepy świat o tych, którzy widzieli to, co Niewidzialne. Tak! to duchowy wzrok Boga uczynił ich tym, czym byli. Nikt nie jest męczennikiem za wniosek, nikt nie jest męczennikiem za mniemanie; to wiara czyni męczenników. Kto zna i miłuje rzeczy Boże, nie ma mocy, by im zaprzeczyć; może mieć naturalne wzdraganie się przed torturą i śmiercią, lecz taki strach jest niewspółmierny z wiarą i równie mało na nią oddziałuje, jak pył i błoto dotykają światła słońca, albo jak zapachy czy głosy mogłyby zatrzymać koło w ruchu. Męczennicy widzieli, i jakże mogli nie mówić tego, co widzieli? Mogli wzdrygać się przed bólem, lecz nie mieli mocy, by nie widzieć; gdyby groźby mogły obalić niebiańskie prawdy, wtedy ból mógłby uciszyć ich wyznanie. O bracia moi, świat dociekliwie pyta, jest szerokomyślny i wie wiele rzeczy; mówi dobrze i głęboko; lecz czy jest pośród jego Babelu religijnych mniemań choć jedno, za które byłby gotów być męczennikiem? Niektóre z nich mogą być prawdziwe, a niektóre fałszywe; niech wybierze którekolwiek z nich, by za nie umrzeć. Jego dzieci mówią głośno, deklamują gniewnie przeciw nauce, że Bóg jest mścicielem; czy raczej umarłyby, niż ją wyznały? Mówią wymownie o nieskończonej pobłażliwości Boga; czy raczej umarłyby, niż jej zaprzeczyły? Jeśli nie, to nie mają nawet entuzjazmu, nie mają nawet uporu, nie mają nawet bigoterii, nie mają nawet ducha stronniczości, by je podtrzymać — a tym mniej mają łaskę; mówią jedynie z mniemania i przez wniosek. Znowu, są tacy, którzy wzywają ludzi, by zaufali Kościołowi państwowemu, uważając go za gałąź Kościoła katolickiego; mogą nalegać, że tego mniemania da się przekonująco bronić, lecz jest to mniemanie; powiedzcie bowiem, o wy, którzy je żywicie, ilu z was raczej umarłoby, niż dopuściło wątpliwość o nim? Czy uważacie teraz za grzech wątpić o nim? czy raczej, jak powiedziałem, nie uważacie za dozwolone, naturalne, konieczne, przystojne, pokorne i trzeźwe wątpić o nim? czy nie myślicie niemal lepiej o człowieku za to, że o nim wątpi, byleby tylko nie wysnuwał swoich wątpliwości do końca i nie skończył na niewierze w niego?

Stąd te same osoby, które mówią tak surowo o kimkolwiek, kto opuszcza wspólnotę, w której się urodził — same o niej wątpiąc — w następstwie skłonne są patrzeć na jego czyn raczej jako na zniewagę wyrządzoną ich ciału niż jako na zło dla niego samego. Uważają to za osobistą zniewagę dla stronnictwa i krzywdę dla sprawy, a zniewaga jest większa lub mniejsza w zależności od szkody, jaką im wyrządza w danym przypadku. To nie jego strata, lecz ich niewygoda jest prawdziwą miarą jego grzechu. Jeśli ktoś jest dla nich w jakikolwiek sposób ważny lub pożyteczny, będą protestować przeciw jego czynowi; jeśli jest dla nich kłopotliwy, jeśli posuwa się (jak mówią) zbyt daleko, jeśli jest zgorszeniem albo ośrodkiem przewrotnego wpływu, albo w jakikolwiek sposób zakłóca ład i pomyślność ich ciała, łatwo godzą się z jego odejściem; bardziej uprzejmi z nich winszują mu szczerości, a bardziej zgorzkniali winszują sobie, że się go pozbyli. Czyż takie jest uczucie matki i krewnych wobec syna i brata? „czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, by nie zlitować się nad synem swego łona?". Gdyby człowiek opuścił Kościół katolicki, naszym pierwszym uczuciem, bracia moi, jak dobrze wiecie, byłoby uczucie współczucia i lęku; uważalibyśmy, że choćbyśmy nawet tracili kogoś, kto był dla nas zgorszeniem, to przecież nasz zysk byłby niczym w porównaniu z jego stratą. Wiemy, że człowiek nie może opuścić Kościoła, nie gasząc bezcennego daru łaski; że otrzymał już określony wpływ i skutek na swoją duszę, taki, iż nie może się go wyzbyć bez najcięższego grzechu; że choć mógł mieć wiele pokus do niewiary, są one tylko jak pokusy do zmysłowości, nieszkodliwe bez jego dobrowolnej współpracy. Dlatego Kościół nie może mu przyzwolić, by na nowo rozważał kwestię jej własnego boskiego posłannictwa; utrzymuje, że takie dociekania, choć są wyznaczonym środkiem wejścia w jej obręb, zostają zniesione przy jego wejściu przez dar duchowego wzroku, dar, który niszczy wątpienie tak doszczętnie, w jakimkolwiek właściwym sensie tego słowa, że odtąd nie tyle nie wolno mu, ile nie może go żywić; nie może go żywić inaczej, jak tylko za swoją własną wielką winą; a przeto nie wolno mu, ponieważ nie może. To jest to, co utrzymujemy i czego jesteśmy świadomi, bracia moi; a utrzymując to, nigdy nie moglibyśmy odczuć zadowolenia i ulgi, usłyszawszy po raz pierwszy o odstępstwie brata, choćby był jak najbardziej niegodny, jak najbardziej gorszący; naszym pierwszym uczuciem byłby smutek. W rzeczy samej jesteśmy często zmuszeni znosić gorszących członków wbrew naszej woli, z miłości ku nim; lecz ci, których najwyższe przekonanie jest tylko wnioskiem, którzy zmuszeni są od czasu do czasu przechodzić w myśli racje i podstawy swojego credo, by nagle nie znaleźć się bez swojego wniosku — te osoby, nie mając wiary, nie mają sposobności do miłości i myślą, że gdy opuszcza ich człowiek, który przysporzył im jakiegokolwiek kłopotu, jest to podwójny zysk: dla niego, że jest tam, gdzie lepiej mu przystać; dla nich samych, że mają spokój.

To, co powiedziałem, wyjaśni inną rzecz, która inaczej by nas zaskoczyła. Świat nie może uwierzyć, że katolicy naprawdę utrzymują to, co wyznają, że utrzymują; i przypuszcza, że jeśli są ludźmi wykształconymi, to trzyma ich przy ich wyznaniu wpływ zewnętrzny, zabobonny strach, pycha, interes albo inna zła czy niegodna pobudka. Ludzie świata nigdy w całym swoim życiu nie wierzyli, nigdy nie mieli prostej wiary w rzeczy niewidzialne, nigdy nie mieli o nich więcej niż mniemanie, że mogłyby być prawdziwe i mogłyby być fałszywe, lecz prawdopodobnie były prawdziwe albo niewątpliwie były prawdziwe; i w następstwie uważają bezwzględną, niewahającą się wiarę w cokolwiek niewidzialnego po prostu za przesadę, a zwłaszcza gdy ćwiczy się ją na przedmiotach, w które sami nie wierzą albo które nawet odrzucają z pogardą czy odrazą. I stąd prorokują, że Kościół katolicki musi tracić w miarę, jak ludzi kieruje się ku trzeźwemu badaniu własnych myśli i uczuć oraz ku oddzielaniu tego, co rzeczywiste i prawdziwe, od tego, co jest sprawą słów i pozoru. Nie mogą zrozumieć, jak nasza wiara w Najświętszy Sakrament jest prawdziwą, żywą cząstką naszych umysłów; uważają ją za samo tylko wyznanie, które przyjmujemy bez żadnego wewnętrznego przyzwolenia, lecz jedynie dlatego, że nam powiedziano, iż bylibyśmy zgubieni, gdybyśmy go nie wyznawali; albo dlatego, że skoro Kościół katolicki w ciemnych wiekach związał się z nim, nie możemy nic na to poradzić, choć chcielibyśmy, gdybyśmy mogli, i dlatego przyjmujemy to z przymusu, z poczucia obowiązku wobec naszej sprawy albo w duchu stronniczości. Nie chcą uwierzyć, że nie pozbylibyśmy się chętnie nauki o przeistoczeniu jako ciężkiego kamienia u szyi, gdybyśmy mogli. Cóż za wstrząsające słowa! Byłoby niewłaściwe ich użyć, gdyby nie były konieczne, by uczynić dla was zrozumiałym, bracia moi, ten przywilej, który wy macie, a świat go nie ma. Wstrząsające zaiste i najbardziej bluźniercze! ulga, by pozbyć się nauki, że Jezus jest na naszych ołtarzach! równie dobrze powiedzieć: ulga, by pozbyć się wiary, że Jezus jest Bogiem, by pozbyć się wiary, że Bóg jest. Tak, to przypuszczam jest prawdziwa ulga — nie wierzyć w nic wcale, albo przynajmniej nie być zobowiązanym wierzyć w cokolwiek; wierzyć najpierw w jedno, potem w drugie; wierzyć, w co nam się podoba, jak długo nam się podoba; to znaczy nie wierzyć naprawdę, lecz mieć mniemanie o wszystkim i nie pozwolić, by cokolwiek przylegało do nas ściśle, do niczego się nie zobowiązywać, świat niewidzialny trzymać zupełnie na dystans. Lecz jeśli mamy w cokolwiek wierzyć, jeśli mamy uczynić własną jakąkolwiek niebiańską naukę, jeśli mamy przyjąć pewne dogmaty jako prawdziwe, to czemuż w takim razie miałoby być ciężarem wierzyć w to, co tak łaskawe i co tak nas dotyczy, raczej niż w to, co mniej zażyłe i mniej zniewalające — czemu nie mamy wierzyć, że Bóg jest pośród nas, jeśli Bóg jest, czemu nie wolno nam wierzyć, że Bóg mieszka na naszych ołtarzach, tak jak mieszka na niebie, z pewnością nie jest tak samo przez się jasne, byśmy nie mieli prawa zapytać o racje tego tych, którzy podają się za tak rozumnych i tak naturalnych w swoich rozstrzygnięciach. O bracia moi, jakże ciasnomyślny jest ten świat w gruncie rzeczy, mimo wszystkich swoich pretensji i mimo pozorów! Tu widzicie, nie zdoła on nawet wysiłkiem wyobraźni pojąć, że istnieje cokolwiek, o czym nie ma poznania we własnym sercu; nie dopuści do swojej wyobraźni samej tylko idei, że my mamy wiarę, ponieważ nie wie z doświadczenia, czym jest wiara, i nie przyzna, że jest cokolwiek w umyśle człowieka, czego sam nie doświadcza, bo to byłoby jednoznaczne z przyznaniem mimo wszystko, że istnieje coś takiego jak tajemnica. Musi wiedzieć, musi być miarą wszechrzeczy; i tak w samoobronie uważa nas za obłudników, jako wyznających to, w co nie możemy wierzyć — żeby nie być zmuszonym wyznać samego siebie ślepym. „Patrzcie, jaką miłość okazał nam Ojciec, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i nimi jesteśmy; dlatego świat nas nie zna, że Jego nie poznał!".

Z tej samej racji dociekający, którzy zbliżają się do Kościoła, z trudem zdołają przekonać samych siebie, że ich wątpliwości nie utrzymają się po jego wejściu. To jest powód, jaki podają, by nie zostać katolikami; bo co się z nimi stanie, pytają, jeśli ich obecne wątpliwości utrzymają się po ich konwersji? nie będą mieli na czym się oprzeć. Nie zważają, że ich obecne trudności są moralne, nie intelektualne — mam na myśli, że nie jest tak, iż naprawdę wątpią, czy wniosek, do którego doszli, że Kościół katolicki pochodzi od Boga, jest prawdziwy; tego nie wątpią wcale w swoim rozumie, lecz że nie mogą zapanować nad swoim umysłem, by uchwycił i trzymał się tej prawdy. Rozpoznają ją mgliście, choć z pewnością, jak słońce przez mgły i chmury, i zapominają, że jest to zadaniem łaski rozjaśnić mrok i zamglenie, ustalić to chwiejne widzenie, udoskonalić rozum przez wiarę i przemienić logiczny wniosek w przedmiot intelektualnego wzroku. I tak nie chcą dać temu wiary jako rzeczy możliwej, gdy zapewniamy ich o tym, co widzieliśmy w tak wielu przypadkach, że cały ich kłopot zniknie, gdy raz wejdą w obcowanie świętych i atmosferę łaski i światła, i że będą tak pełni pokoju i radości, iż nie będą wiedzieli, jak dość dziękować Bogu, i z samej siły swoich uczuć i z konieczności ich ulżenia zabiorą się do nawracania innych z nagłą gorliwością, która dziwnie kontrastuje z ich niedawnym wahaniem.

Dwie uwagi muszę dodać na zakończenie, w wyjaśnieniu tego, co mówiłem.

Po pierwsze, nie przypuszczajcie, że mówiłem z lekceważeniem o rozumie ludzkim: jest on drogą do wiary; jego wnioski są często samymi przedmiotami wiary. Poprzedza wiarę, gdy dusze nawracają się do Kościoła katolickiego; i jest narzędziem, którego Kościół sam bywa prowadzony używać, gdy zostaje wezwany do wydania owych definicji nauki, w których — według obietnicy i mocy swego Pana i Zbawiciela — jest nieomylny; lecz mimo to rozum jest jedną rzeczą, a wiara drugą, i rozum równie mało może być uczyniony namiastką wiary, jak wiara może być uczyniona namiastką rozumu.

Znowu, mówiłem tak, jakby stan natury był zupełnie pozbawiony wpływów łaski i jakby ci, którzy są zewnętrzni wobec Kościoła, działali jedynie z natury. Pamiętajcie, mówiłem tak dla wyrazistości, by łaska i natura mogły być jasno przeciwstawione sobie nawzajem; lecz nie jest to faktem. Bóg daje swoją łaskę wszystkim ludziom, a tym, którzy z niej korzystają, daje więcej łaski, a nawet tym, którzy ją gaszą, wciąż ją ofiaruje. Stąd niektórzy ludzie działają jedynie z natury; niektórzy działają z natury pod pewnymi względami, pod innymi nie; inni poddają się kierownictwu udzielonych im pomocy; jeszcze inni, którzy wiernie skorzystali z tego kierownictwa i szczerze szukają Kościoła i jego darów, mogą już nawet być w stanie usprawiedliwienia. Stąd niepodobna stosować tego, co wyżej powiedziano, do jednostek, których serca są tajemnicą znaną Bogu. Wielu, powtarzam, jest pod wpływem po części rozumu, a po części wiary, wierzy mocno w pewne rzeczy, a o innych ma tylko mniemanie. Wielu jest w sporze z samymi sobą i zmierza ku przesileniu, po którym przyjmą prawdę lub się od niej cofną. Wielu używa pomocy łaski tak dobrze, że są na drodze do otrzymania jej trwałego zamieszkania w swoich sercach. Wielu, możemy ufać, cieszy się owym trwałym światłem i wchodzi statecznie i bezpiecznie do Kościoła; niektórzy, niestety! mogli je otrzymać, a nie zmierzając ku świętemu domowi, w którym jest ono przechowywane, tracą je i — choć o tym nie wiedzą — żyją jedynie wspomnieniami tego, co niegdyś było w nich obecne. Są to rzeczy tajemne, znane Bogu; lecz wielkie i ogólne prawdy pozostają — że natura nie może widzieć Boga i że łaska jest jedynym środkiem widzenia Go; i że choć łaska uzdalnia nas do tego, zarazem wprowadza nas do Jego Kościoła i nigdy nie jest nam dana ku naszemu oświeceniu, nie będąc też dana, by uczynić nas katolikami.

O drodzy bracia moi, jakąż radością i jakąż wdzięcznością winniśmy być przejęci, że Bóg wprowadził nas do Kościoła swego Syna! Cóż za dar dorówna mu w całym świecie swoją cennością i swoją rzadkością? Zwłaszcza w tym kraju, gdzie herezja szerzy się daleko i szeroko, gdzie nieuprawiona natura ma tak niezaprzeczone pole zupełnie dla siebie, gdzie łaska udzielana jest wielkim rzeszom tylko po to, by ją sprofanować i zgasić, gdzie chrzty pozostają jedynie w swoim odcisku i charakterze, a wiara wyśmiewana jest za samą swoją stałość — dla nas znaleźć się tutaj w krainie światła, w domu pokoju, w obecności świętych, znaleźć się tam, gdzie możemy używać każdej władzy umysłu i każdego uczucia serca w jego doskonałości, ponieważ na jego wyznaczonym miejscu i w jego urzędzie, znaleźć się w posiadaniu pewności, spójności, stałości w najwyższych i najświętszych przedmiotach ludzkiej myśli, mieć nadzieję tu, a niebo w przyszłości, być na Górze z Chrystusem, podczas gdy biedny świat zgaduje i kłóci się u jej stóp — któż spośród nas nie zadziwi się własnym błogosławieństwem? któż nie będzie przejęty zdumieniem wobec niezbadanej łaski Bożej, która sprowadziła jego samego, nie innych, tam, gdzie stoi? Jak mówi Apostoł: „Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa miejmy przez wiarę przystęp do tej łaski, w której trwamy, i chlubmy się nadzieją chwały synów Bożych. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany". A jak mówi św. Jan, jeszcze ściślej do naszego celu: „Wy macie namaszczenie od Świętego"; — wasze oczy są namaszczone przez Tego, który położył błoto na oczach ślepca; „od Niego macie namaszczenie i wiecie", nie zgadujecie, nie przypuszczacie, nie mniemacie, lecz „wiecie", widzicie „wszystko". „Niech więc namaszczenie, które od Niego otrzymaliście, trwa w was. I nie potrzebujecie, aby was ktoś uczył, lecz jak Jego namaszczenie poucza was o wszystkim i jest prawdziwe, a nie jest kłamstwem, i jak was pouczyło, tak trwajcie w Nim". W niczym innym trwać nie możecie; mniemania się zmieniają, wnioski są wątłe, dociekania biegną swoim torem, rozum staje wpół drogi, lecz sama wiara sięga do końca, sama wiara wytrwa. Sama wiara i modlitwa wytrwa w owej ostatniej ciemnej godzinie, gdy szatan natrze wszystkimi swoimi mocami i zasobami na tonącą duszę. Cóż nam wówczas pomoże, żeśmy obmyślili jakiś przemyślny argument albo poprowadzili jakiś świetny atak, albo wytyczyli pole historii, albo policzyli i posortowali oręż polemiki, i mieli hołd przyjaciół oraz szacunek świata za nasze powodzenia — cóż pomoże, żeśmy mieli stanowisko, żeśmy doprowadzili do końca jakieś dzieło, żeśmy na nowo ożywili jakąś ideę, żeśmy uczynili, by jakaś sprawa zatryumfowała, jeśli mimo wszystko nie mamy światła wiary, by nas prowadziło z tego świata do przyszłego? O, jakże chętnie w owym dniu zamienilibyśmy swoje miejsce z najpokorniejszym, najtępszym i najbardziej nieuczonym z synów ludzkich, raczej niż stanąć przed trybunałem sądowym w doli tego, który otrzymał wielkie dary od Boga, a użył ich dla siebie i dla człowieka, który zamknął swoje oczy, który igrał z prawdą, który stłumił swoje przeczucia, który był prowadzony naprzód przez łaskę Bożą, lecz zatrzymał się przed jej celem, który zbliżył się do ziemi obietnicy, a przecież nie poszedł naprzód, by wziąć ją w posiadanie!

*Te maris et terrae numeroque carentis arenae* > *mensorem cohibent, Archyta,* > *pulveris exigui prope litus parva Matinum* > *munera; nec quidquam tibi prodest* > *aerias temptasse domos animoque rotundum* > *percurrisse polum morituro.*

← wróć do odkrywania