Gdy rozważamy piękno, majestat, pełnię, bogactwo i pociechy religii katolickiej, może nas zdumiewać, bracia moi, że nie nawraca ona tych rzesz, które wchodzą jej w drogę. Być może sami doświadczyliście tego zdziwienia, zwłaszcza ci z was, którzy nawrócili się niedawno i mogą z własnego doświadczenia porównać ją z owymi religiami, jakie miliony mieszkańców tego kraju wybierają zamiast niej. Wiecie z doświadczenia, jak jałowe, pozbawione sensu i podstaw są tamte religie, jak nikłe mają powaby i jak mało mają do powiedzenia na swoją obronę. Wprawdzie rzesze nie wyznają żadnej religii, i może was nie dziwi, że ci, którzy nie znoszą nawet myśli o Bogu, nie czują pociągu do Jego Kościoła; wielu też niewiele słyszy o katolicyzmie, albo słyszy mnóstwo obelg i oszczerstw przeciw niemu, i może was nie dziwi, że nie wszyscy od razu stają się katolikami; lecz tym, którzy cieszą się pełnią katolickich błogosławieństw, słusznie wydać się może zdumiewające, że ci, którzy widzą Kościół, choćby z najdalszej odległości, którzy dostrzegają choćby przebłyski albo słaby blask jego majestatu, mimo to nie czują się tym, co widzą, dość pociągnięci, by zapragnąć ujrzeć więcej — by przynajmniej nie weszli na drogę, która wiedzie ku Prawdzie, a której Boski autorytet zwykle bywa rozpoznawany jedynie stopniowo. Mojżesz, ujrzawszy gorejący krzew, zboczył z drogi, aby zobaczyć „tak niezwykłe zjawisko"; Natanael, choć sądził, że nic dobrego nie może wyjść z Nazaretu, przynajmniej poszedł za Filipem do Chrystusa, gdy Filip rzekł mu: „Chodź i zobacz"; lecz rzesze wokół nas widzą i słyszą, z pewnością w jakiejś mierze — wielu w mierze obfitej — a przecież nie dają się przez to nakłonić, by widzieć i słyszeć więcej, nie zostają poruszeni, by postąpić wedle swej wiedzy. Patrząc, nie widzą, a słysząc, nie słyszą; zadowalają się tym, by pozostać, jakimi są; nie pociąga ich, by dociekać, a przynajmniej nie pociąga ich, by przyjąć.
Można podać wiele wyjaśnień tej trudności; zamierzam przedstawić wam jedno, które zabrzmi jak truizm, a przecież ma w sobie sens. Ludzie nie stają się katolikami, ponieważ nie mają wiary. Możecie mi zarzucić, że nie mówię tu nic więcej, jak tylko że ludzie nie wierzą Kościołowi katolickiemu, ponieważ weń nie wierzą; co jest powiedzeniem niczego. Pan nasz na przykład mówi: „Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie"; wierzyć zatem i przyjść — to jedno i to samo. Gdyby mieli wiarę, oczywiście przyłączyliby się do Kościoła, bo właśnie to znaczy wiara, właśnie na tym polega akt wiary — na przyłączeniu się do Kościoła. Mam jednak na myśli coś więcej: wiara jest pewnym stanem umysłu, jest szczególnym sposobem myślenia i działania, który zawsze wprawdzie zwraca się ku Bogu, ale na bardzo rozmaite sposoby. Otóż twierdzę, że rzesze ludzi w tym kraju nie mają tej dyspozycji ani tego usposobienia umysłu. Można by sobie wyobrazić, na przykład, że wierzą w swoje własne religie, choćby nie wierzyli w Kościół; to byłaby wiara, choć wiara niewłaściwie skierowana; lecz oni nie wierzą nawet we własne religie; nie wierzą w ogóle w nic. Jest to wyraźny brak w ich umysłach: jak moglibyśmy powiedzieć, że ktoś nie ma cnoty łagodności, hojności albo roztropności, całkiem niezależnie od takiego czy innego aktu tej cnoty, tak istnieje religijna cnota zwana wiarą, i istnieje taki brak, jakim jest jej nieobecność. Otóż twierdzę, że wielka masa ludzi w tym kraju nie ma tej szczególnej cnoty zwanej wiarą, nie ma jej wcale. Jak człowiek może być bez oczu albo bez rąk, tak oni są bez wiary; jest to wyraźny niedostatek czy ułomność w ich duszy; i to właśnie twierdzę, że skoro nie mają tej władzy religijnego wierzenia, nic dziwnego, iż nie przyjmują tego, czego doprawdy nie można przyjąć bez niej. Nie wierzą w żadne nauczanie w prawdziwym tego słowa znaczeniu; i dlatego nie wierzą w szczególności Kościołowi.
Otóż przede wszystkim — czym jest wiara? Jest przyzwoleniem na naukę jako prawdziwą, której nie widzimy, której nie możemy dowieść, ponieważ Bóg mówi, że jest prawdziwa, a On kłamać nie może. I co więcej, skoro Bóg mówi, że jest prawdziwa — nie własnym głosem, lecz głosem swoich posłańców — jest to przyzwolenie na to, co mówi człowiek, ujmowany nie po prostu jako człowiek, lecz na to, co mu polecono ogłosić jako posłańcowi, prorokowi czy ambasadorowi od Boga. W zwykłym biegu tego świata uznajemy rzeczy za prawdziwe albo dlatego, że je widzimy, albo dlatego, że możemy pojąć, iż wynikają z tego, co widzimy, i dają się z tego wyprowadzić; to znaczy, że prawdę zdobywamy wzrokiem lub rozumem, nie zaś wiarą. Powiecie wprawdzie, że przyjmujemy mnóstwo rzeczy, których nie możemy ani dowieść, ani zobaczyć, na słowo innych; zapewne, ale wówczas przyjmujemy to, co mówią, jedynie jako słowo człowieka; i zazwyczaj nie żywimy do nich owego bezwzględnego i niezachwianego zaufania, którego nic nie może wstrząsnąć. Wiemy, że człowiek może się mylić, i w każdej ważnej sprawie radzi jesteśmy znaleźć skądinąd jakieś potwierdzenie tego, co mówi; albo przyjmujemy jego wiadomość niedbale i obojętnie, jako coś małej wagi, jako rzecz opinii; albo, jeśli wedle niej postępujemy, czynimy to przez roztropność, sądząc, że tak jest najlepiej i najbezpieczniej. Bierzemy jego słowo wedle jego wartości i posługujemy się nim stosownie albo do naszej potrzeby, albo do jego prawdopodobieństwa. Zachowujemy rozstrzygnięcie we własnych rękach i zastrzegamy sobie prawo otwierania kwestii na nowo, ilekroć nam się spodoba. To bardzo różne od wiary Bożej; ten, kto wierzy, że Bóg jest prawdomówny i że to jest Jego słowo, które powierzył człowiekowi, nie ma żadnej wątpliwości. Jest tak pewny, że nauczana doktryna jest prawdziwa, jak pewny jest, że Bóg jest prawdomówny; a jest pewny, ponieważ Bóg jest prawdomówny, ponieważ Bóg przemówił, nie zaś dlatego, że widzi jej prawdziwość albo może jej dowieść. To znaczy, że wiara ma dwie osobliwości: jest najpewniejsza, zdecydowana, stanowcza, niewzruszona w swym przyzwoleniu, a daje to przyzwolenie nie dlatego, że widzi okiem albo widzi rozumem, lecz ponieważ przyjmuje nowinę od tego, który przychodzi od Boga.
Tym była wiara w czasach Apostołów, czego nikt nie może zaprzeczyć; a czym była wtedy, tym musi być i teraz, inaczej przestaje być tą samą rzeczą. Twierdzę, że z pewnością tym była w czasach Apostołów, bo wiecie, że głosili oni światu, iż Chrystus jest Synem Bożym, że narodził się z Dziewicy, że wstąpił na wysokości, że przyjdzie ponownie, by sądzić wszystkich, żywych i umarłych. Czyż świat mógł to wszystko zobaczyć? czyż mógł tego dowieść? jak więc ludzie mieli to przyjąć? czemu tak wielu to objęło? Na słowo Apostołów, którzy — jak okazywały ich moce — byli posłańcami od Boga. Ludziom powiedziano, by poddali swój rozum żywemu autorytetowi. Co więcej, cokolwiek powiedział Apostoł, jego nawróceni byli zobowiązani temu wierzyć; gdy wstępowali do Kościoła, wstępowali, aby się uczyć. Kościół był ich nauczycielem; nie przychodzili, by się spierać, badać, wybierać i przebierać, lecz by przyjąć, cokolwiek im przedłożono. Nikt nie wątpi, nikt wątpić nie może o tym co do owych pierwotnych czasów. Chrześcijanin był zobowiązany przyjąć bez wątpienia wszystko, co Apostołowie ogłaszali za objawione; jeśli Apostołowie przemówili, musiał oddać wewnętrzne przyzwolenie swego umysłu; nie wystarczyłoby zachować milczenie, nie wystarczyłoby nie sprzeciwiać się: nie wolno było wierzyć po części; nie wolno było wątpić. Nie; jeśli nawrócony żywił własne, prywatne myśli o tym, co powiedziano, i zachowywał je tylko dla siebie, jeśli czynił jakiś skryty opór wobec nauczania, jeśli czekał na dalsze dowody, zanim w to uwierzy, byłby to dowód, że nie sądzi, iż Apostołowie zostali posłani przez Boga, by objawić Jego wolę; byłby to dowód, że w żadnym prawdziwym znaczeniu w ogóle nie wierzy. Natychmiastowe, bezwarunkowe poddanie umysłu było, za życia Apostołów, jedyną, konieczną oznaką wiary; wtedy nie było żadnego miejsca na to, co dziś nazywa się sądem prywatnym. Nikt nie mógł powiedzieć: „Sam sobie wybiorę religię, w to będę wierzył, w to nie; do niczego się nie zobowiążę; będę wierzył dokładnie tak długo, jak mi się podoba, i nie dłużej; w co dziś wierzę, jutro odrzucę, jeśli zechcę. Uwierzę w to, co Apostołowie dotąd powiedzieli, lecz nie uwierzę w to, co powiedzą w przyszłości." Nie; albo Apostołowie byli od Boga, albo nie byli; jeśli byli, to wszystko, co głosili, miało być przez ich słuchaczy uwierzone; jeśli nie byli, to nie było nic, w co ich słuchacze mieliby wierzyć. Wierzyć trochę, wierzyć mniej lub więcej — to było niemożliwe; przeczyło to samemu pojęciu wierzenia: jeśli jedną część miało się uwierzyć, należało uwierzyć w każdą część; absurdem było wierzyć w jedno, a nie wierzyć w drugie; bo słowo Apostołów, które jedno czyniło prawdziwym, czyniło prawdziwym i drugie; same w sobie były niczym, były wszystkim, były nieomylnym autorytetem, jako pochodzące od Boga. Świat musiał albo stać się chrześcijański, albo to porzucić; nie było miejsca na prywatne gusty i mrzonki, nie było miejsca na sąd prywatny.
Otóż jest to całkiem jasne z samej natury rzeczy; lecz jasne jest również ze słów Pisma. „Dzięki czynimy Bogu nieustannie — mówi św. Paweł — bo gdy przejęliście od nas słowo posłyszane, słowo Boże, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale — jak jest naprawdę — jako słowo Boga". Widzicie tu, że św. Paweł wyraża to, co powiedziałem wyżej: że Słowo pochodzi od Boga, że jest wypowiadane przez ludzi, że trzeba je przyjąć nie jako słowo człowieka, lecz jako słowo Boga. Tak też w innym miejscu mówi: „Kto to odrzuca, nie człowieka odrzuca, lecz Boga, który nam daje swego Ducha Świętego". Zbawiciel nasz uczynił już podobną deklarację: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał". Zgodnie z tym św. Piotr w dzień Pięćdziesiątnicy rzekł: „Mężowie izraelscy, słuchajcie tych słów: Bóg wskrzesił tego Jezusa, czego my wszyscy jesteśmy świadkami. Niech więc cały dom Izraela wie z całą pewnością, że tego Jezusa, którego ukrzyżowaliście, Bóg uczynił i Panem, i Mesjaszem". Innym razem powiedział: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi; my jesteśmy świadkami tych rzeczy, a także Duch Święty, którego Bóg udzielił tym, którzy są Mu posłuszni". I jeszcze: „Nakazał nam głosić ludowi i dawać świadectwo, że to On jest [Jezus] ustanowiony przez Boga sędzią żywych i umarłych". A wiecie, że uporczywym oświadczeniem pierwszych kaznodziejów było: „Uwierz, a będziesz zbawiony"; nie mówią: „dowiedźcie naszej nauki własnym rozumem", ani: „poczekajcie, aż zobaczycie, zanim uwierzycie"; lecz: „wierzcie, nie widząc i nie dowodząc, bo nasze słowo nie jest naszym własnym, lecz słowem Bożym". Ludzie mogli wprawdzie posługiwać się rozumem, badając roszczenia Apostołów; mogli dociekać, czy czynili cuda; mogli dociekać, czy zapowiedziano ich w Starym Testamencie jako przychodzących od Boga; lecz gdy to słusznie, jakimkolwiek sposobem, ustalili, mieli wszystko, co Apostołowie mówili, przyjąć bez dowodu; mieli wypełnić akt wiary, mieli być zbawieni przez słuchanie. Stąd, jak być może zauważyliście, św. Paweł znacząco nazywa objawioną naukę „słowem posłyszanym" w przytoczonym przeze mnie miejscu; ludzie przychodzili, by słuchać, by przyjmować, by być posłusznymi, nie zaś by krytykować to, co powiedziano; i zgodnie z tym pyta gdzie indziej: „Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? I jak mieli usłyszeć bez głoszącego? Wiara rodzi się ze słuchania, a słuchanie przez słowo Chrystusa".
Otóż, drodzy bracia moi, zważcie — czyż te dwa stany czy akty umysłu nie są od siebie całkiem różne: wierzyć po prostu temu, co mówi wam żywy autorytet, a wziąć książkę, taką jak Pismo, i posługiwać się nią wedle własnego upodobania, opanować ją, to znaczy uczynić się jej panem, tłumaczyć ją sobie samemu i przyjmować z niej tylko to, co zechcecie w niej dostrzec, i nic ponadto? Czyż te dwa postępowania nie różnią się tym, że w pierwszym poddajecie się, w drugim wy sądzicie? W tej chwili nie pytam, które jest lepsze, nie pytam, czy to czy tamto jest wykonalne dzisiaj, lecz czyż nie są to dwa sposoby ujęcia nauki, a nie jeden? czyż poddanie się nie jest całkiem przeciwne sądzeniu? Otóż czyż nie jest pewne, że wiara w czasach Apostołów polegała na poddaniu się? i czyż nie jest pewne, że nie polegała na sądzeniu samemu za siebie? Daremnie powiadać, że ten, kto sądzi na podstawie pism Apostołów, poddaje się przecież najpierw tym pismom, a zatem ma w nie wiarę; bo czemuż inaczej miałby się do nich w ogóle odwoływać? Istnieje, powtarzam, zasadnicza różnica między aktem poddania się żywej wyroczni a poddania się jej spisanym słowom: w pierwszym wypadku nie ma odwołania od mówiącego, w drugim ostateczne rozstrzygnięcie pozostaje przy czytelniku. Zważcie, jak różne jest zaufanie, z jakim powtarzacie cudze słowa w jego obecności i pod jego nieobecność. Jeśli go nie ma, śmiało powiadacie, że twierdzi tak a tak albo powiedział to i to; lecz niech wejdzie do pokoju w środku rozmowy, a wasz ton od razu się zmienia. Wtedy słychać: „Zdaje mi się, że słyszałem, jak mówiłeś coś podobnego, albo coś, co za to wziąłem"; albo znacznie łagodzicie twierdzenie czy fakt, który mu pierwotnie przypisaliście, opuszczając połowę dla bezpieczeństwa albo obcinając najbardziej zdumiewające jego części; a potem, mimo wszystko, z pewnym niepokojem czekacie, czy on przyjmie jakąkolwiek jego cząstkę. Ten sam rodzaj procesu zachodzi w wypadku spisanego dokumentu osoby już nieżyjącej. Wyobrażam sobie człowieka, który z miną mistrza wykłada List św. Pawła do Galatów albo do Efezjan, a który byłby zadowoleńszy z nieobecności pisarza niż z jego nagłego pojawienia się pośród nas; lękając się, by Apostoł nie wyjął własnego sensu z rąk swego komentatora i sam go nie wyjaśnił. Słowem, choć powiada, że ma wiarę w pisma św. Pawła, sam przyznaje, że nie ma wiary w św. Pawła; i choć może wiele mówić o prawdzie znalezionej w Piśmie, nie ma żadnego pragnienia, by być podobnym do któregokolwiek z owych chrześcijan, których imiona i czyny w nim występują.
Sądzę, że mogę przyjąć, iż ta cnota, którą wypełniali pierwsi chrześcijanie, nie jest dziś u protestantów w ogóle znana; albo przynajmniej, jeśli zdarzają się jej przypadki, wypełniana jest wobec tych — mam na myśli ich własnych nauczycieli i teologów — którzy wyraźnie odżegnują się, jakoby byli właściwymi przedmiotami takiej wiary, i zachęcają swój lud, by sądził samodzielnie. Protestanci, ogólnie rzecz biorąc, nie mają wiary w pierwotnym znaczeniu tego słowa; jasno to wynika z tego, co powiedziałem, a oto tego potwierdzenie. Gdyby ludzie wierzyli teraz tak, jak wierzyli w czasach Apostołów, nie mogliby wątpić ani się zmieniać. Nikt nie może wątpić, czy słowo wypowiedziane przez Boga ma być uwierzone; oczywiście, że ma; tymczasem każdy, kto jest skromny i pokorny, może z łatwością zostać doprowadzony do wątpienia o własnych wnioskach i dedukcjach. Skoro ludzie obecnie wyprowadzają wnioski z Pisma, zamiast wierzyć nauczycielowi, możecie spodziewać się, że będą się chwiać; siłę własnych dedukcji odczują silniej raz, słabiej innym razem, zmienią o nich zdanie, a może zaprzeczą im całkiem; podczas gdy to być nie może, dopóki człowiek ma wiarę, to jest przekonanie, że to, co kaznodzieja mu mówi, pochodzi od Boga. Na to właśnie św. Paweł szczególnie nalega, mówiąc nam, że Apostołowie, prorocy, ewangeliści, pasterze i nauczyciele są nam dani, abyśmy „wszyscy doszli do jedności wiary", a przeciwnie, abyśmy „nie byli jak dzieci miotane i unoszone lada powiewem nauki". Otóż czyż w istocie rzeczy ludzie w naszych dniach nie zmieniają swoich opinii religijnych bez żadnej granicy? Czyż nie jest to zatem dowód, że nie mają owej wiary, której Apostołowie żądali od swych nawróconych? Gdyby mieli wiarę, nie zmienialiby się. Uwierz raz, że Bóg przemówił, a jesteś pewny, że nie może odwołać tego, co już powiedział; nie może oszukać; nie może się zmienić; przyjąłeś to raz na zawsze; będziesz w to wierzył na zawsze.
Taki jest jedyny rozumny, spójny opis wiary; lecz protestanci tak dalecy są od jego wyznawania, że śmieją się z samego jego pojęcia. Śmieją się z samej myśli, by ludzie zawieszali swą wiarę (jak się wyrażają) na papieżu czy soborze; uważają za prosty przesąd i ciasnotę umysłu wyznawanie, iż wierzy się dokładnie w to, w co wierzy Kościół, i przyzwalanie na wszystko, co w przyszłości powie w sprawach nauki. To znaczy, że śmieją się z czystego pojęcia czynienia tego, co chrześcijanie niezaprzeczalnie czynili w czasach Apostołów. Zauważcie, oni nie pytają tylko, czy Kościół katolicki ma prawo nauczać, ma autorytet, ma dary — to byłoby rozumne pytanie — nie, oni uważają, że już sam ten stan umysłu, jaki takie roszczenie pociąga za sobą u tych, którzy je przyjmują, mianowicie gotowość przyjmowania bez zastrzeżeń i bez pytań, że to jest niewolnicze. Nazywają klechostwem nastawanie na to wyrzeczenie się rozumu, a przesądem jego dokonanie. To znaczy, że spierają się z samym tym stanem umysłu, jaki mieli wszyscy chrześcijanie w wieku Apostołów; nie ma też wątpliwości (kto temu zaprzeczy?), że ci, którzy tak się chełpią, iż nie dają się wodzić na oślep, że sądzą za siebie, że wierzą dokładnie tyle i tak mało, ile im się podoba, że nienawidzą dyktatu i tak dalej — znaleźliby ogromną trudność w tym, by wisieć u warg Apostołów, gdyby żyli w ich dniach, lub raczej po prostu opieraliby się ofierze własnej wolności myśli, uznaliby życie wieczne za zbyt drogo okupione taką ceną i umarliby w swej niewierze. I broniliby się pod pozorem, że jest absurdem i dziecinadą żądać od nich, by wierzyli bez dowodu, kazać im porzucić wykształcenie, inteligencję i wiedzę, a wbrew wszystkim owym trudnościom, jakie rozum i zmysły znajdują w nauce chrześcijańskiej, wbrew jej tajemniczości, niejasności, obcości, nieprzystępności, surowości — wymagać, by wydali się na nauczanie kilku niewykształconych Galilejczyków albo uczonego wprawdzie, lecz fanatycznego faryzeusza. Tak mówiliby wtedy; a jeśli tak, czyż jest dziwne, że nie stają się dziś katolikami? Prosty opis tego, że pozostają, jakimi są, jest taki: brak im jednej rzeczy — nie mają wiary; jest to stan umysłu, jest to cnota, której nie uznają za godną pochwały, której nie pragną posiąść.
To, co czują teraz, bracia moi, jest właśnie tym, co przed nimi czuli zarówno Żyd, jak i Grek w czasach Apostołów, i co od tamtej pory zawsze czuł człowiek przyrodzony. Wielcy i mądrzy mężowie owego dnia spoglądali z góry na wiarę, wtedy jak i teraz, jakby była niegodna godności natury ludzkiej: „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych; lecz Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata, i wzgardzone, i wybrał Bóg to, co nie jest, aby to, co jest, unicestwić — tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga". Stąd ten sam Apostoł mówi o „głupstwie głoszenia". Podobne do tego jest to, co rzekł Pan nasz w swej modlitwie do Ojca: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom". Otóż czyż nie jest jasne, że ludzie naszego dnia wprost odziedziczyli uczucia i tradycje owych fałszywie mądrych i zgubnie roztropnych osób z dnia Pana naszego? Mają w swych sercach tę samą przeszkodę do wejścia do Kościoła katolickiego, jaką mieli przed nimi faryzeusze i sofiści; sprzeciwia im się wierzyć jego nauce, nie tyle z braku dowodu, że jest od Boga, ile dlatego, że jeśli tak, to musieliby poddać swe umysły żywym ludziom, którzy nie mają ich ogłady ani głębi intelektu, i dlatego że musieliby, chcąc nie chcąc, przyjąć mnóstwo nauk obcych ich wyobraźni i trudnych dla ich rozumu. Sama cecha katolickiego nauczania i katolickiego nauczyciela jest dla nich wstępną przeszkodą w staniu się katolikami, tak wielką, że rzuca w cień każdy argument, choćby najmocniejszy, jaki da się przedstawić na rzecz misji owych nauczycieli i pochodzenia owego nauczania. Krótko mówiąc, nie mają wiary.
Nie mają w sobie zasady wiary; i powtarzam, na nic się nie zda nalegać, że przynajmniej mocno wierzą, iż Pismo jest słowem Bożym. Po prawdzie należy się bardzo obawiać, że samo ich przyjęcie Pisma nie jest niczym lepszym niż uprzedzeniem albo zakorzenionym uczuciem wpojonym im w dzieciństwie. Oto tego dowód: że gdy wyznają, jak bardzo gorszą ich katolickie cuda, i nie ociągają się nazwać ich „kłamliwymi dziwami", nie mają żadnej trudności z opowieściami Pisma, które są dla rozumu zupełnie tak samo trudne jak którykolwiek z cudów opisanych w dziejach Świętych. Słyszałem natomiast o katolikach, których przy pierwszym czytaniu w Piśmie zaskoczyły opowieści o arce w czasie potopu, o wieży Babel, o Balaamie i Balaku, o ucieczce Izraelitów z Egiptu i ich wejściu do ziemi obiecanej, o odrzuceniu Ezawa i Saula — które ogół protestantów przyjmuje bez żadnego wysiłku umysłu. Jakże więc ci katolicy je przyjmują? wiarą. Mówią: „Bóg jest prawdomówny, a każdy człowiek kłamcą". Jak to się dzieje, że protestanci tak łatwo je przyjmują? wiarą? Bynajmniej; pojmuję, że w większości wypadków nie ma tu wcale poddania się rozumu; po prostu są tak zaznajomieni z owymi miejscami, że opowieść nie przedstawia ich wyobraźni żadnych trudności; nie mają nic do przezwyciężenia. Jeśli jednak skłoni się ich, by rozważyli te miejsca same w sobie, by zważyli je na szali prawdopodobieństwa i zaczęli o nie pytać, co się zdarza, gdy ich intelekt zostaje wykształcony, wówczas nie ma niczego, co by ich przywiodło z powrotem do ich dawnego, nawykowego czy mechanicznego wierzenia; nie znają poddania się autorytetowi, to jest, nie znają wiary; bo nie mają autorytetu, któremu by się poddali. Albo pozostają w stanie wątpienia bez wielkiego utrapienia umysłu, albo dojrzewają do zupełnej niewiary w danych kwestiach, choć mogą o tym nic nie mówić. Ani zanim zwątpią, ani gdy wątpią, nie ma w nich żadnej oznaki obecności mocy, która poddaje rozum słowu Bożemu. Nie; to, co wygląda na wiarę, jest zwykłym dziedzicznym przeświadczeniem, nie zaś zasadą osobistą; jest nawykiem wyuczonym w dziecinnym pokoju, który nigdy nie przemienił się w nic wyższego i który rozprasza się i znika niczym mgła w świetle — jakiekolwiek by ono było — rozumu. Jeśli jednak są protestanci, którzy nie znajdują się w jednym czy drugim z tych dwóch stanów, łatwowierności albo wątpienia, lecz mocno wierzą wbrew wszelkim trudnościom, ci z pewnością mają pewne prawo, by uważać ich za podlegających wpływowi wiary; lecz nic nie wskazuje, by takie osoby, gdziekolwiek się znajdą, nie były na drodze do tego, by stać się katolikami, a może już ich tak nazywają przyjaciele — pokazując na własnym przykładzie logiczny, bezsporny związek, jaki istnieje między posiadaniem wiary a przyłączeniem się do Kościoła.
Jeśli zatem wiara jest dziś tą samą władzą umysłu, tym samym rodzajem dyspozycji czy aktu, jakim była w dniach Apostołów, to dowiodłem tego, co zamierzałem wykazać. A musi być tym samym; nie może oznaczać dwóch rzeczy; Słowo nie mogło zmienić swego znaczenia. Albo powiedzcie, że wiara nie jest dziś w ogóle konieczna, albo przyjmijcie ją za to, co rozumieli przez nią Apostołowie; lecz nie mówcie, że ją macie, a potem pokazujcie mi coś całkiem innego, co postawiliście w jej miejsce. W dniach Apostołów osobliwością wiary było poddanie się żywemu autorytetowi; to czyniło ją tak odrębną; to czyniło z niej w ogóle akt poddania; to niweczyło sąd prywatny w sprawach religii. Jeśli nie chcecie szukać żywego autorytetu, a będziecie się targować o sąd prywatny, to powiedzcie od razu, że nie macie apostolskiej wiary. I w rzeczy samej jej nie macie; większość tego narodu jej nie ma; wyznajcie, że jej nie macie; a potem wyznajcie, że to właśnie jest powód, dla którego nie jesteście katolikami. Nie jesteście katolikami, ponieważ nie macie wiary. Czemu ślepi nie widzą słońca? ponieważ nie mają oczu; podobnie daremnie rozprawiać o pięknie, świętości i wzniosłości katolickiej nauki i kultu tam, gdzie ludzie nie mają wiary, by przyjąć je jako Boskie. Mogą wyznawać ich piękno, wzniosłość i świętość, nie wierząc w nie; mogą przyznawać, że religia katolicka jest szlachetna i majestatyczna; mogą być uderzeni jej mądrością, mogą podziwiać jej dostosowanie do natury ludzkiej, mogą być przeniknięci jej tkliwym i ujmującym obejściem, mogą być przejęci czcią dla jej spójności. Lecz powierzyć się jej — to całkiem inna rzecz; obrać ją za swój dział, rzec ze szczęśliwą Moabitką: „Gdzie ty pójdziesz, tam i ja pójdę; gdzie ty zamieszkasz, tam i ja zamieszkam; twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem" — to mowa wiary. Człowiek może czcić, człowiek może wysławiać, nie mając żadnej skłonności do posłuszeństwa, żadnego pojęcia o wyznawaniu. I to często zdarza się w rzeczywistości: ludzie są pełni szacunku dla religii katolickiej; przyznają jej zasługi dla ludzkości, popierają ją i jej wyznawców; lubią ich znać, z zainteresowaniem słuchają o ich poczynaniach, lecz nie są i nigdy nie będą katolikami. Umrą, jak żyli, poza Kościołem, ponieważ nie posiedli tej władzy, dzięki której można się do Kościoła zbliżyć. Katolicy, którzy nie zgłębili ani ich, ani natury ludzkiej, będą się dziwić, że pozostają tam, gdzie są; ba, oni sami — biada im! — niekiedy będą boleć, że nie mogą stać się katolikami. Tak głęboko odczują błogosławieństwo bycia katolikiem, że zawołają: „Och, cóż bym dał, by być katolikiem! Och, gdybym mógł uwierzyć w to, co podziwiam! lecz nie wierzę, a tak samo nie mogę uwierzyć tylko dlatego, że tego pragnę, jak nie mogę przeskoczyć góry. Byłbym o wiele szczęśliwszy, gdybym był katolikiem; lecz nim nie jestem; nie ma sensu się łudzić; jestem tym, kim jestem; czczę, lecz przyjąć nie mogę."
Och, opłakany stanie! opłakany, ponieważ jest całkowicie i bezwzględnie ich własną winą i ponieważ tak wielki nacisk kładzie Pismo, jak im wiadomo, na konieczność wiary dla zbawienia. Wiara jest tam uczyniona fundamentem i początkiem wszelkiego miłego Bogu posłuszeństwa. Opisana jest jako „dowód" czy „świadectwo rzeczy niewidzialnych"; przez wiarę ludzie pojęli, że Bóg jest, że On uczynił świat, że jest nagrodą dla tych, którzy Go szukają, że potop nadchodzi, że ich Zbawiciel ma się narodzić. „Bez wiary niepodobna podobać się Bogu"; „przez wiarę stoimy"; „przez wiarę chodzimy"; „przez wiarę zwyciężamy świat". Gdy Pan nasz dawał Apostołom posłannictwo, by głosili po całym świecie, dodał: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony". A Nikodemowi oświadczył: „Kto wierzy w Syna, nie podlega sądowi; a kto nie wierzy, już został osądzony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego". Faryzeuszom powiedział: „Jeżeli nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach swoich". Żydom: „Wy nie wierzycie, bo nie jesteście z owiec moich". A możecie sobie przypomnieć, że przed swymi cudami zwykle żądał od proszącego wiary: „Wszystko możliwe jest — mówi — dla tego, kto wierzy"; i znajdujemy w jednym miejscu: „Nie mógł tam zdziałać żadnego cudu" z powodu niewiary mieszkańców.
Czyż wiara zmieniła swoje znaczenie, albo czyż jest dziś mniej konieczna? Czyż nie jest wciąż tym, czym była w dniach Apostołów — samą cechą chrześcijaństwa, szczególnym narzędziem odnowy, pierwszą dyspozycją do usprawiedliwienia, jedną z trzech cnót teologalnych? Bóg mógł nas odnowić innymi środkami, przez widzenie, przez rozum, przez miłość, lecz zechciał „przez wiarę oczyścić serca nasze"; było Jego wolą wybrać narzędzie, którym świat gardzi, lecz które ma niezmierną moc. Przełożył je w swej nieskończonej mądrości nad wszelkie inne; a jeśli ludzie go nie mają, to nie mają samego pierwiastka i zaczątku, z którego się formują, na którym się budują Święci i Słudzy Boży. A oni go nie mają; żyją, umierają bez nadziei, bez pomocy Ewangelii, ponieważ — mimo tylu rzeczy dobrych w nich, mimo ich poczucia obowiązku, ich wrażliwości sumienia w wielu punktach, ich życzliwości, ich prawości, ich wspaniałomyślności — są (muszę to powiedzieć) pod panowaniem pysznego demona; mają w sobie tego nieugiętego ducha, postanawiają być własnymi panami w sprawach myśli, o których tak mało wiedzą; uważają własny rozum za lepszy niż czyjkolwiek inny; nie przyznają, by ktokolwiek przychodził od Boga, kto przeczy ich własnemu pojmowaniu prawdy. Jakże! czyż nikt nie dorównuje im nigdzie w mądrości? czyż nie ma nikogo innego, czyje słowo należałoby przyjąć w sprawach religii? czyż nie ma nikogo, kto wydarłby im ich ostateczne odwołanie do samych siebie? Czyż w żaden możliwy sposób nie mają sposobności ani okazji do wiary? Czyż jest to cnota, której — wskutek swej niezrównanej przenikliwości, swego przywileju wszechwiedzy — muszą wyrzec się nadziei na jej wypełnianie? Jeśli roszczenia Kościoła katolickiego ich nie zadowalają, niech idą gdzie indziej, jeśli potrafią. Jeśli są tak wybredni, że nie mogą zaufać mu jako wyroczni Boga, niech znajdą inną, pewniej od Niego pochodzącą niż Dom Jego własnego ustanowienia, który zawsze nosił Jego imię, zawsze utrzymywał te same roszczenia, zawsze nauczał jednej istoty nauki i tryumfował nad tymi, którzy głosili jakąkolwiek inną. Skoro apostolska wiara była na początku zawierzeniem słowu człowieka jako słowu Boga, skoro czym wiara była wtedy, tym jest teraz, skoro wiara jest konieczna do zbawienia — niech spróbują wypełnić ją wobec innego, jeśli nie chcą przyjąć Oblubienicy Baranka. Niech, jeśli potrafią, złożą wiarę w którąś z owych religii, jakie przetrwały całe dwa czy trzy stulecia w jakimś zakątku ziemi. Niech zaryzykują swe wieczne perspektywy na królów, możnych, parlamenty i żołnierstwo, niech wezmą jakąś czystą fikcję prawa, albo poronienie szkół, albo bożyszcze tłumu, albo wyskok chwili, albo wyrocznię sal wykładowych za proroka Bożego. Niestety! ciężko im się powodzi, jeśli muszą posiadać cnotę, której nie mają żadnych środków wypełniać — jeśli muszą uczynić akt wiary, nie wiedząc w kim i nie wiedząc czemu!
Jakież dzięki winniśmy oddać Bogu Wszechmogącemu, drodzy bracia moi, że uczynił nas, jakimi jesteśmy! Jest to rzecz łaski. Wprawdzie jest wiele przekonujących argumentów, które wiodą do przyłączenia się do Kościoła katolickiego, lecz nie przymuszają woli. Możemy je znać, a nie być poruszeni, by wedle nich postąpić. Możemy być przekonani, nie będąc nakłonieni. Te dwie rzeczy są całkiem od siebie różne — widzieć, że powinno się wierzyć, i wierzyć; rozum, pozostawiony sam sobie, doprowadzi was do wniosku, że macie wystarczające podstawy, by wierzyć, lecz wiara jest darem łaski. Jesteście więc, czym jesteście, nie z jakiejś własnej wyższości czy zasługi, lecz z łaski Boga, który wybrał was, byście wierzyli. Mogliście być jak barbarzyńca z Afryki albo wolnomyśliciel z Europy, z łaską wystarczającą, by was potępić, ponieważ nie posłużyła waszemu zbawieniu. Mogliście mieć mocne natchnienia łaski i opierać się im, a wtedy łaska dodatkowa mogłaby nie zostać dana, by przezwyciężyć wasz opór. Bóg nie wszystkim daje tę samą miarę łaski. Czyż nie nawiedził was nazbyt obfitą łaską? i czyż nie było konieczne dla waszych twardych serc otrzymać więcej niż inni ludzie? Chwalcie Go i błogosławcie nieustannie za to dobrodziejstwo; nie zapominajcie, w miarę jak czas płynie, że jest ono z łaski; nie pysznijcie się nim; módlcie się wciąż, by go nie utracić; i czyńcie, co w waszej mocy, by uczynić innych jego uczestnikami.
A wy, bracia moi, jeśli tacy są tu obecni, którzy nie jesteście jeszcze katolikami, lecz którzy samym przybyciem tutaj zdajecie się okazywać zainteresowanie naszą nauką i pragniecie dowiedzieć się o niej więcej — wy także pamiętajcie, że choć możecie jeszcze nie mieć wiary w Kościół, to jednak Bóg postawił was na drodze do jej uzyskania. Jesteście pod wpływem Jego łaski; przywiódł was o krok dalej w waszej wędrówce; pragnie powieść was dalej, pragnie obdarzyć was pełnią swych błogosławieństw i uczynić was katolikami. Wciąż trwacie w grzechach; prawdopodobnie obciążeni jesteście winą wielu lat, nagromadzoną winą niejednej głębokiej, śmiertelnej obrazy, której żaden żal nie zmył i do której nie zastosowano żadnego sakramentu. Obecnie dręczy was niespokojne sumienie, niezadowolony rozum, nieczyste serce i rozdarta wola; potrzebujecie nawrócenia. A jednak teraz pierwsze podszepty łaski działają w waszych duszach i mają wydać przebaczenie za przeszłość i świętość na przyszłość. Bóg porusza was do aktów wiary, nadziei, miłości, nienawiści grzechu, pokuty; nie zawiedźcie Go, nie sprzeciwiajcie się Mu, współdziałajcie z Nim, bądźcie Mu posłuszni. Spoglądacie w górę i widzicie jakby wielką górę do przebycia; mówicie: „Jakże mogę znaleźć ścieżkę ponad tymi olbrzymimi przeszkodami, które napotykam na drodze do stania się katolikiem? Tej nauki nie pojmuję, a tamta mnie boli; trzecia wydaje się niemożliwa; z jedną praktyką nigdy się nie oswoję, drugiej się lękam; to dla mnie jeden gąszcz i utrapienie, i skłonny jestem pogrążyć się w rozpaczy." Nie mówcie tak, drodzy bracia moi, spójrzcie w górę z nadzieją, zaufajcie Temu, który was wzywa naprzód. „Kimże ty jesteś, wielka góro, przed Zorobabelem? — niczym, równiną". On powiedzie was naprzód krok po kroku, jak powiódł przed wami niejednego. Uczyni krzywe prostym, a chropowate gładkim. Odwróci strumienie i osuszy rzeki, jakie leżą na waszej drodze. „Uczyni nogi twoje podobne nogom jeleni i postawi cię na wyżynach. Rozszerzy kroki twoje pod tobą i nie osłabną twoje stopy". „Nie ma boga jak Bóg sprawiedliwych; Ten, który wstępuje na niebiosa, jest twoim Wspomożycielem; Jego potężnym działaniem rozpraszają się obłoki. Jego mieszkanie jest na wysokości, a pod spodem są ramiona przedwieczne; On wypędzi nieprzyjaciela sprzed twego oblicza i powie: Zgiń!" „Młodzieńcy się męczą i nużą, chłopcy się potykają; lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, idą, a nie ustają".
Ci, których powodzi ciekawość albo lepszy motyw, by dociekać o religii katolickiej, niekiedy stawiają nam dziwne pytanie — czy, gdyby ją wyznali, byliby wolni, kiedy poczują skłonność, ponownie rozważyć kwestię jej Boskiego autorytetu; rozumiejąc przez „ponowne rozważenie" dociekanie wyrastające z wątpienia o nim, a możliwe, że kończące się zaprzeczeniem. To samo pytanie, w formie zarzutu, często zadają ci, którzy wcale nie myślą o staniu się katolikami i którzy rozwodzą się nad tym, jako nad czymś okropnym, że ktokolwiek raz wejdzie w obręb Kościoła, temu drzwi wyjścia zamykają się na zawsze; że gdy raz zostanie katolikiem, nigdy, przenigdy nie będzie mógł znów wątpić; że jakiekolwiek byłyby jego obawy, musi je tłumić, ba, musi się od nich wzdragać jak od podszeptów złego ducha; krótko mówiąc, że musi całkowicie zaniechać poszukiwania prawdy i zadać gwałt swemu umysłowi, co jest niczym innym jak niemoralnością. Tak mówią, bracia moi, pewni przeciwnicy, a ich własne zapatrywanie jest, czy też powinno być, jeśli są konsekwentni, takie — że jest błędem kiedykolwiek wyrabiać sobie zdanie raz na zawsze w jakimkolwiek przedmiocie religijnym; i że jakkolwiek święta byłaby nauka, i jakkolwiek dla nas oczywista — powiedzmy, na przykład, bóstwo Pana naszego albo istnienie Boga — powinniśmy zawsze zastrzec sobie wolność wątpienia o niej. Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że tak skrajne stanowisko jak to samo siebie obala; rozważę jednak przeciwne (to jest katolickie) zapatrywanie w tym przedmiocie wedle jego własnej wartości, choć nie przyjmując języka, w jakim przed chwilą przedstawili je jego przeciwnicy.
Jest zatem najzupełniej prawdą, że Kościół nie pozwala swym dzieciom żywić żadnej wątpliwości co do jego nauki; a to, po pierwsze, po prostu z tego powodu, że są katolikami tylko dopóty, dopóki mają wiarę, a wiara jest niezgodna z wątpieniem. Nikt nie może być katolikiem bez prostej wiary, że to, co Kościół ogłasza w imieniu Boga, jest słowem Bożym, a zatem prawdą. Człowiek musi po prostu wierzyć, że Kościół jest wyrocznią Boga; musi być tak pewny jego misji, jak jest pewny misji Apostołów. Otóż czyż ktokolwiek nazwałby go pewnym, że Apostołowie przyszli od Boga, gdyby — po wyznaniu swej pewności — dodał, że może mieć kiedyś powód, by zwątpić o ich misji? Takie uprzedzanie byłoby rzeczywistą, choć ukrytą wątpliwością, zdradzającą, że nie jest go obecnie pewny. Osoba, która mówi: „Wierzę właśnie w tej chwili, ale może jestem wzburzony, sam o tym nie wiedząc, i nie mogę ręczyć za siebie, że uwierzę jutro" — nie wierzy teraz. Człowiek, który mówi: „Może jestem w jakimś rodzaju złudzenia, które pewnego dnia ze mnie spłynie i zostawi mnie, jakim byłem przedtem"; albo: „Wierzę, o ile umiem osądzić, ale mogą być w tle argumenty, które zmienią moje zapatrywanie" — taki człowiek nie ma w ogóle wiary. Gdy więc protestanci spierają się z nami o to, że mówimy, iż ci, którzy się do nas przyłączają, muszą wyrzec się wszelkiej myśli o tym, by kiedykolwiek w przyszłości wątpić o Kościele, nie czynią nic innego, jak tylko spierają się z nami o to, że nalegamy na konieczność wiary w niego. Niech mówią otwarcie; naszą obrazą jest żądanie wiary w Święty Kościół katolicki; to, i nic innego. Muszę na to nalegać: wiara zakłada w umyśle człowieka pewność, że rzecz uwierzona jest naprawdę prawdziwa; lecz jeśli raz jest prawdą, nigdy nie może być fałszem. Jeśli prawdą jest, że Bóg stał się człowiekiem, cóż znaczy moje uprzedzanie chwili, w której może nie będę wierzył, że Bóg stał się człowiekiem? to nic innego jak uprzedzanie chwili, w której nie będę wierzył w prawdę. A jeśli targuję się, by mi pozwolono w przyszłości nie wierzyć albo wątpić, że Bóg stał się człowiekiem, to proszę jedynie o pozwolenie, by wątpić albo nie wierzyć w to, co uważam za prawdę wieczną. Nie widzę w takim pozwoleniu żadnego przywileju ani sensu pragnienia, by je sobie zapewnić: jeśli obecnie nie mam o tym żadnej wątpliwości, to proszę jedynie o pozwolenie popadnięcia w błąd; jeśli obecnie mam o tym wątpliwości, to obecnie w to nie wierzę, to jest, nie mam wiary. Lecz nie mogę zarazem naprawdę w to teraz wierzyć i wyczekiwać chwili, w której może nie będę w to wierzył; czynić zawczasu zapas na przyszłe wątpienie — to wątpić obecnie. Dowodzi to, że nie jestem teraz w stanie zdatnym do tego, by stać się katolikiem. Mogę kochać połowicznie, mogę być posłuszny połowicznie; nie mogę wierzyć połowicznie: albo mam wiarę, albo jej nie mam.
I podobnie, gdy człowiek stał się katolikiem, gdyby zabrał się do podążania za wątpliwością, która mu się nasunęła, już zaprzestał wierzyć. Nie mam go przestrzegać przed utratą wiary, nie jest on tylko w niebezpieczeństwie jej utraty — on ją utracił; z samej natury rzeczy już ją utracił; odpadł od łaski w chwili, gdy rozmyślnie zaczął żywić i ścigać swą wątpliwość. Nikt nie może postanowić, że będzie wątpił w to, czego jest już pewny; lecz jeśli nie jest pewny, że Kościół jest od Boga, to weń nie wierzy. To nie ja zabraniam mu wątpić; on wziął sprawę we własne ręce, gdy postanowił prosić o pozwolenie; zaczął w niewierze, a nie skończył; samo jego życzenie, jego zamiar, jest jego grzechem. To nie ja go takim czynię, jest taki z samego stanu rzeczy. Słyszycie niekiedy, na przykład, o katolikach odpadających, którzy powiedzą wam, że wzięło się to z czytania Pisma, które otworzyło im oczy na „niezgodność z Pismem", jak mówią, Kościoła Boga żywego. Nie; Pismo nie sprawiło, że przestali wierzyć (rzecz niemożliwa!); przestali wierzyć, gdy otwierali Biblię; otwierali ją w duchu niewiary i w celu niewiary; nie otwieraliby jej, gdyby nie przewidywali — można by rzec, nie mieli nadziei — że znajdą tam rzeczy niezgodne z katolickim nauczaniem. Zaczynają w samowoli i nieposłuszeństwie, a kończą w apostazji. Oto więc bezpośredni i oczywisty powód, dla którego Kościół nie może pozwolić swym dzieciom na wolność wątpienia o prawdziwości jego słowa. Ten, kto naprawdę w nie teraz wierzy, nie może wyobrazić sobie przyszłego odkrycia racji, które by wstrząsnęły jego wiarą; jeśli to sobie wyobraża, nie ma wiary; a to, że tylu protestantów uważa za rodzaj tyranii ze strony Kościoła zakazywanie którymkolwiek z jego dzieci wątpienia o jego nauce, dowodzi tylko, że nie wiedzą, czym jest wiara — co jest faktem; jest to dla nich myśl obca. Niech człowiek zaprzestanie dociekać albo niech przestanie nazywać siebie jego dzieckiem.
Oto moja pierwsza uwaga, a teraz przechodzę do drugiej. Łatwo możecie pojąć, bracia moi, że ci, którzy wstępują do Kościoła, albo przynajmniej ci, którzy weń wstąpili, mają więcej niż wiarę; że mają również jakąś cząstkę Bożej miłości. Usłyszeli w Kościele o miłości Tego, który umarł za nich i który dał im swoje sakramenty jako środki przekazywania zasług Jego śmierci ich duszom, i poczuli, mniej lub więcej, w owych biednych duszach swoich, początki odpowiadającej miłości, która ich ku Niemu pociąga. Otóż czyż dla człowieka pełnego miłującego zaufania bardziej niż dla człowieka wiary przystoi uprzedzać możliwość zwątpienia czy zaparcia się wielkich łask, w których się raduje? Weźcie przykład: cóż byście pomyśleli o przyjacielu, którego kochaliście, a który zastrzegałby sobie, że — mimo obecnego zaufania do was — wolno mu będzie kiedyś o was wątpić? który, gdy przyjdzie mu do głowy myśl, że prowadzicie z nim grę, albo że jesteście łotrem czy rozpustnikiem, nie odpędziłby jej z oburzeniem ani nie wyśmiał jej z powodu jej absurdalności, lecz uznałby, że ma oczywiste prawo, by ją żywić, ba, że uchybiłby obowiązkowi wobec siebie, gdyby tego nie czynił? Czy uznalibyście, że wasz przyjaciel igra z prawdą, że jest niesprawiedliwy wobec swego rozumu, że brak mu męskości, że szkodzi swemu umysłowi, jeśli wzdraga się przed tą myślą? czy też nie nazwalibyście go okrutnym i nieszczęsnym, gdyby się nie wzdragał? Co do mnie, bracia moi, jeśli obrałby tę drugą drogę, obym nigdy nie był blisko z tak nieprzyjemną osobą; podejrzliwe, zazdrosne umysły, umysły, które trzymają się ode mnie z dala, które nastają na swoje prawa, cofają się do własnego środka, wciąż doszukują się obraz i są chłodne, surowe, kapryśne i niepewne — te nieraz trzeba znosić jak krzyż; lecz dajcie mi za przyjaciela tego, kto złączy ze mną serce i dłoń, kto rzuci się w moją sprawę i mój interes, kto stanie w mojej obronie, gdy będę napadnięty, kto będzie z góry pewny, że mam słuszność, a jeśli jest krytyczny — jak może mieć po temu powód wobec istoty grzesznej i niedoskonałej — to będzie nim z samej miłości i wierności, z troski, bym zawsze ukazywał się jak najlepiej, i z pragnienia, by inni kochali mnie tak serdecznie jak on. Nie powiedziałbym, że przyjaciel mi ufa, jeśli daje posłuch każdej czczej plotce przeciwko mnie; i wolałbym jego nieobecność niż towarzystwo, gdyby z powagą oświadczył mi, że jest jego obowiązkiem wobec samego siebie podsycać swe podejrzenia co do mojej uczciwości.
Otóż przejdźmy do wyższego przedmiotu — czy można by powiedzieć o człowieku, że ufa Bogu i miłuje Boga, jeśli oswojony jest z wątpliwościami, czy Bóg w ogóle istnieje, albo jeśli zastrzega sobie, że ilekroć mu się spodoba, wolno mu wątpić, czy Bóg jest dobry, sprawiedliwy lub potężny; a który by utrzymywał, że jeśli tego nie czyni, jest tylko nędznym niewolnikiem, że jego umysł jest w niewoli i nie może oddać żadnej wolnej, miłej Stwórcy służby; że sama cześć, jaką Bóg pochwala, jest taka, która niesie ze sobą zastrzeżenie ze strony czciciela, iż nie obiecuje on oddawać jej jutro; że nie ręczy za siebie, czy nie wyjdzie na jaw jakiś argument, jakiego nigdy przedtem nie słyszał, który uczyniłby poważnym, moralnym jego obowiązkiem zawiesić swój sąd i swą pobożność? Powiedziałbym, bracia moi, że taki człowiek czci własny umysł, swoje drogie ja, a nie Boga; że jego idea Boga jest jedynie przypadkową formą, jaką jego myśli przybierają w tej czy innej chwili — na długi okres lub na krótki, zależnie od wypadku — nie zaś obrazem wielkiego, Wiecznego Przedmiotu, lecz przelotnym uczuciem czy wyobrażeniem, które nic a nic nie znaczy. Powiedziałbym, i większość ludzi zgodziłaby się ze mną, gdyby zechcieli zwrócić uwagę na tę rzecz, że osoba, o której mowa, jest człowiekiem bardzo zarozumiałym i mędrkiem we własnych oczach, i że nie ma w niej ani miłości, ani wiary, ani bojaźni, ani niczego nadprzyrodzonego; że jego pychę trzeba złamać, a serce stworzyć na nowo, zanim w ogóle stanie się zdolny do jakiegokolwiek aktu religijnego. Ten sam argument stosuje się, w swojej mierze, do Kościoła; przemawia on do nas jak posłaniec od Boga — jakże człowiek, który to odczuwa, który do niego przychodzi, który pada do jego stóp jako takiego, może czynić zastrzeżenie, że wolno mu będzie kiedyś o nim wątpić? Niech świat krzyczy, jeśli chce, że rozum jego jest w okowach; niech orzeka, że jest bigotem, jeśli nie zastrzega sobie prawa do wątpienia; lecz sam dobrze wie, że byłby niewdzięcznikiem i głupcem, gdyby je sobie zastrzegł. Okowy, doprawdy! tak, „więzy Adama", okowy miłości — oto, co go wiąże ze Świętym Kościołem; jest, wraz z Apostołem, niewolnikiem Chrystusa, Pana Kościoła; złączony (nigdy, jak ufa, nie rozłączony, póki życia stanie) z jego sakramentami, z jego ofiarami, z jego Świętymi, z błogosławioną Maryją, jego orędowniczką, z Jezusem, z Bogiem.
Prawda jest taka, że świat, nie znając nic z błogosławieństw wiary katolickiej i prorokując o niej tylko zło, uroił sobie, że konwertyta — gdy pierwszy zapał minie — nie odczuwa w swojej nowej religii nic prócz rozczarowania, znużenia i obrazy, i skrycie pragnie cofnąć swe kroki. To leży u korzenia owego niepokoju i rozdrażnienia, jakie świat okazuje, gdy słyszy, że wątpliwości są niezgodne z wyznaniem katolika, ponieważ jest pewny, że wątpliwości na niego spadną, a wtedy jakże żałosny będzie jego stan! Że w Kościele może być pokój, radość, poznanie, wolność i moc duchowa — to myśl daleko przerastająca wyobraźnię świata; bo uważa on Kościół po prostu za przerażający spisek przeciw szczęściu człowieka, uwodzący swe ofiary pozornymi wyznaniami, a gdy raz staną się jego własnością, nie dbający bynajmniej o niedolę, jaka na nie spada, byle jakimkolwiek sposobem zatrzymać je w niewoli. Stosownie do tego pojmuje, że jesteśmy w nieustannej wojnie z własnym rozumem, że wciąż powstają w nas zaciekłe sprzeciwy, a my je gwałtem tłumimy. Wierzy, że na podobieństwo statku, który doznał jakiegoś uszkodzenia na morzu, wciąż wybieramy wodę, która się na nas wlewa, i z trudem utrzymujemy się na powierzchni; ledwo trwamy, albo przez nienaturalne napięcie umysłów, albo odwracając je od przedmiotu religii. Świat sam nie wierzy w nasze nauki i nie pojmuje, jak my możemy w nie wierzyć. Uważa je za tak dziwne, że jest całkiem pewny — choć nie chcemy się do tego przyznać — iż dniem i nocą nawiedzają nas wątpliwości i dręczy obawa, że im ulegniemy. Doprawdy sądzę, że w mniemaniu świata jedną z głównych części pracy spowiednika jest tłumienie takich obaw u jego penitentów. Uroił sobie, że rozum wciąż się buntuje, jak ciało; że wątpienie, niczym pożądliwość, wywoływane jest każdym widokiem i dźwiękiem, i że pokusa wkrada się przez każdą stronicę druku i przez sam głos protestanckiego polemisty. Gdy widzi katolickiego kapłana, przygląda mu się bacznie, by dociec, ile jest w jego ulepieniu głupoty, a ile obłudy.
Lecz, drodzy bracia moi, jeśli takie są wasze myśli, jesteście po prostu w błędzie. Zaufajcie raczej mnie niż światu, gdy wam mówię, że dla katolika wierzyć nie jest rzeczą trudną; i że — jeśli sam siebie ciężko nie zaprzepaści — rzeczą trudną jest dla niego wątpić. Otrzymał dar, który czyni wiarę łatwą: nie bez wysiłku, nędznego wysiłku, ktokolwiek otrzymał ten dar oducza się wierzyć. Zadaje gwałt swemu umysłowi nie wtedy, gdy wypełnia wiarę, lecz gdy ją powstrzymuje. Gdy nasuwają mu się sprzeciwy, co łatwo zdarzyć się może, jeśli żyje w świecie, są mu tak wstrętne i niepożądane, jak nieczyste myśli cnotliwemu. Z pewnością wzdraga się przed nimi, odrzuca je od siebie, lecz dlaczego? nie w pierwszym rzędzie dlatego, że są niebezpieczne, lecz dlatego, że są okrutne i podłe. Jego miłujący Pan uczynił dla niego wszystko — czyż zasłużył na takie odpłacenie? *Popule meus, quid feci tibi?* „Ludu mój, cóżem ci uczynił, albo w czym cię zasmuciłem? Odpowiedz Mi. Wywiodłem cię z ziemi egipskiej i wybawiłem cię z domu niewoli; i posłałem przed obliczem twoim Mojżesza, Aarona i Marię; ogrodziłem cię i zasadziłem najwyborniejszą winoroślą; i cóż więcej miałem uczynić winnicy mojej, czego bym jej nie uczynił?" Wylał na nas swą łaskę, był z nami w naszych rozterkach, wiódł nas od jednej prawdy do drugiej, przebaczył nam grzechy, zaspokoił nasz rozum, uczynił wiarę łatwą, dał nam swoich Świętych, ukazuje nam dzień po dniu swoją własną Mękę; czemuż miałbym Go opuścić? Cóż mi kiedy uczynił prócz dobra? Czemuż mam ponownie badać to, com zbadał raz na zawsze? Czemuż mam słuchać każdego czczego słowa, które mignie obok mnie przeciw Niemu, pod groźbą nazwania mnie bigotem i niewolnikiem, skoro, gdybym to czynił, postąpiłbym wobec Najwyższego tak, jak wy sami, którzy mnie tak nazywacie, nie postąpilibyście wobec ludzkiego przyjaciela czy dobroczyńcy? Jeśli jestem przekonany w swym rozumie i nakłoniony w swym sercu, czemuż nie miałoby mi być wolno trwać niepokojonemu w mojej czci?
Dość już powiedziałem na ten temat; jest wszelako trzeci punkt widzenia, z którego pożytecznie może być go rozważyć. Roztropność osobista nie jest pierwszą ani drugą podstawą odmowy słuchania zarzutów przeciwko Kościołowi, lecz jest motywem, i to z osobliwej natury wiary Bożej, której nie można traktować jak zwykłego przeświadczenia czy przekonania. Wiara jest darem Boga, nie zaś czystym aktem naszym własnym, który możemy wypełniać, kiedy zechcemy. Jest całkiem odrębna od aktu rozumu, choć po nim następuje. Mogę odczuwać siłę argumentu na rzecz Boskiego pochodzenia Kościoła; mogę widzieć, że powinienem wierzyć; a jednak mogę być niezdolny do wiary. To nie jest urojony przypadek; niejeden człowiek ma dość podstaw, by wierzyć, pragnie wierzyć, lecz nie może uwierzyć. Zawsze wprawdzie jest to jego własna wina, bo Bóg daje łaskę wszystkim, którzy o nią proszą i jej używają, ale mimo to taki jest fakt, że przekonanie nie jest wiarą. Weźcie analogiczny przypadek posłuszeństwa; niejeden człowiek wie, że powinien być posłuszny Bogu, a nie jest i nie może być — z własnej wprawdzie winy — lecz mimo to nie może; bo jedynie przez łaskę może być posłuszny. Otóż wiara nie jest zwykłym przeświadczeniem w rozumie, jest mocnym przyzwoleniem, jest jasną pewnością większą niż jakakolwiek inna pewność; a sprawia ją w umyśle łaska Boga, i tylko ona. Jak więc ludzie mogą być przekonani, a nie postąpić wedle swego przekonania, tak mogą być przekonani, a nie uwierzyć wedle swego przekonania. Mogą wyznać, że argument jest przeciw nim, że nie mają nic do powiedzenia na swoją obronę i że wierzyć znaczy być szczęśliwym; a jednak, mimo wszystko, oświadczają, że nie mogą uwierzyć, nie wiedzą czemu, lecz nie mogą; godzą się na niewiarę i odwracają się od Boga i Jego Kościoła. Ich rozum jest przekonany, a ich wątpliwości są wątpliwościami moralnymi, wyrastającymi u korzenia z wady woli. Słowem, argumenty na rzecz religii nie przymuszają nikogo, by uwierzył, podobnie jak argumenty na rzecz dobrego postępowania nie przymuszają nikogo, by był posłuszny. Posłuszeństwo jest następstwem chcenia posłuszeństwa, a wiara jest następstwem chcenia wiary; możemy sami z siebie widzieć, co jest słuszne, czy to w sprawach wiary, czy posłuszeństwa, lecz nie możemy chcieć tego, co słuszne, bez łaski Boga. Tu leży różnica między innymi aktami rozumu a argumentami na rzecz prawdy religii. Nie trzeba żadnego aktu wiary, by przyzwolić na prawdę, że dwa i dwa to cztery; nie możemy nie przyzwolić na nią; i stąd nie ma zasługi w przyzwoleniu na nią; lecz jest zasługa w wierzeniu, że Kościół jest od Boga; bo choć są obfite racje, by nam tego dowieść, możemy jednak, bez popadnięcia w absurd, spierać się z wnioskiem; możemy się żalić, że nie jest jaśniejszy, możemy zawiesić nasze przyzwolenie, możemy o tym wątpić, jeśli zechcemy, a jedynie łaska może obrócić złą wolę w dobrą.
A teraz widzicie, czemu katolik nie śmie roztropnie dawać posłuchu takim zarzutom, jakie podnosi się przeciw jego wierze; nie obawia się, by dowiodły, że Kościół nie pochodzi od Boga, lecz lęka się, że gdyby słuchał ich bez racji, Bóg ukarałby go utratą jego nadprzyrodzonej wiary. To jeden z powodów owego żałosnego stanu umysłu, do którego już czyniłem aluzję, w którym ludzie radzi byliby być katolikami, a nie są. Igrali z przekonaniem, słuchali argumentów przeciw temu, o czym wiedzieli, że jest prawdą, i spadło na nich odrętwienie umysłu; wiara ich zawiodła, a w miarę jak czas płynie, zdradzają w swych słowach i czynach Boski wyrok, jaki ich nawiedził. Stają się beztroscy i obojętni, albo niespokojni i nieszczęśliwi, albo nie znoszą sprzeciwu; wciąż proszą o radę, a kłócą się z nią, gdy zostanie dana; nie próbują odpowiedzieć na argumenty wytaczane przeciw nim, lecz po prostu nie wierzą. Na tym polega całość ich przypadku: oni nie wierzą. A wtedy całkiem przypadkowe jest, co się z nimi staje; być może trwają nadal w tym zagmatwanym i niepocieszonym stanie, krążąc wokół Kościoła, a nie będąc w nim; nie wiedząc, w co wierzą, a w co nie, niczym ślepcy albo ludzie pomieszani, pozbawieni oka, czy to ciała, czy umysłu, i nie mogący wskutek tego sami się prowadzić; wciąż budząc nadzieje powrotu i wciąż je zawodząc — albo, jeśli są to ludzie o tęższych umysłach, rzucają się naprzód w bieg niewiary, w istocie nie wierząc coraz mniej, w miarę jak postępują, bo od początku nie wierzyli w nic, lecz przyjmując, w miarę jak czas płynie, coraz bardziej spójne formy błędu, aż niekiedy, jeśli dane im jest wolne pole, rozwijają się nawet w ateizm. Taki jest koniec tych, którzy pod pozorem dociekania prawdy igrają z przekonaniem.
Oto więc niektóre z powodów, dla których Kościół katolicki nie może w sposób spójny pozwolić swym dzieciom wątpić o boskości i prawdziwości swych słów. Samo wprawdzie badanie podstaw naszej wiary nie jest wątpieniem; nie jest też wątpieniem rozważanie argumentów wytaczanych przeciwko niej, gdy jest po temu dobra racja; lecz mówię o rzeczywistej wątpliwości albo o swawolnym żywieniu sprzeciwów. Takie postępowanie Kościół potępia, i to nie tylko z powodów, które przytoczyłem, lecz dlatego, że postąpienie inaczej byłoby jawnym porzuceniem jego urzędu i charakteru. Jakże ten, kto ma przywilej nieomylności, może pozwolić swym dzieciom wątpić o swym darze? Byłaby to prosta niekonsekwencja u tego, kto jest pewną wyrocznią prawdy i posłańcem nieba, gdyby spoglądał obojętnie na buntowników przeciw swemu autorytetowi. Czyni po prostu to, co przed nim czynili Apostołowie, po których nastąpił. „Kto to odrzuca — mówi św. Paweł — nie człowieka odrzuca, lecz Boga, który nam daje swego Ducha Świętego". A św. Jan: „My jesteśmy z Boga; ten, kto zna Boga, słucha nas; kto nie jest z Boga, nas nie słucha; po tym poznajemy ducha prawdy i ducha błędu". Weźcie znów przykład ze Starego Testamentu: gdy Eliasz został wzięty do nieba, Elizeusz był jedynym świadkiem tego cudu; gdy więc wrócił do synów prorockich, ci wątpili, co się stało z jego mistrzem, i chcieli go szukać; a choć uznawali Elizeusza za jego następcę, w tym wypadku odmówili przyjęcia jego słowa w tej sprawie. Elizeusz uderzył wody Jordanu, te się rozdzieliły, i przeszedł; tu z pewnością była dostateczna podstawa do wiary, i stosownie do tego „synowie proroccy w Jerychu, którzy byli naprzeciw niego, widząc to, rzekli: Duch Eliasza spoczął na Elizeuszu; i wyszli mu na spotkanie, i pokłonili mu się aż do ziemi". Czegóż więcej mogli żądać? wyznali, że Elizeusz miał ducha swego wielkiego mistrza, a wyznając to, dali do zrozumienia, że ów mistrz został zabrany; a jednak posuwają się, z słabości umysłu, do prośby świadczącej o wątpieniu: „Oto jest ze sługami twoimi pięćdziesięciu mężów mocnych, którzy mogą pójść i poszukać twego pana, by snadź duch Pański nie porwał go i nie rzucił na jakąś górę albo w jakąś dolinę". Otóż była to prośba, by podążyć za wątpieniem ku dociekaniu; czy Elizeusz na to pozwolił? wiedział doskonale, że dociekanie zakończy się jedynie, jak rzeczywiście się zakończyło, potwierdzeniem prawdy, lecz podejmować się go znaczyło ulegać złemu duchowi, więc na to nie pozwolił. Ci pobożni mężowie byli, jak musiał czuć, dziwnie niekonsekwentni: wątpili o słowie tego, którego dopiero co uczcili jako proroka, a nadto wątpili o jego najwyższym autorytecie, bo dawali do zrozumienia, że Eliasz wciąż jest pośród nich. Stosownie do tego zabronił ich prośbie; „rzekł: Nie posyłajcie". To właśnie świat nazwałby tłumieniem dociekania; tyrańskim, jak mniema, i ciężkim było zniewolić ich, by przyjęli na jego słowo to, co sami mogli stwierdzić; a jednak nie mógł postąpić inaczej, nie sprzeniewierzając się swej Boskiej misji i nie przyzwalając im na błąd. Prawda, że gdy „nalegali nań, ustąpił i rzekł: Posyłajcie"; lecz nie powinniśmy mniemać, by było to czymś więcej niż ustępstwem ich słabości albo przyzwoleniem w niezadowoleniu, podobnym do tego, jakie Bóg Wszechmogący dał Balaamowi, gdy ten ponawiał swą prośbę w podobny sposób. Gdy Balaam prosił, by iść ze starszyzną Moabu, Bóg rzekł: „Nie pójdziesz z nimi"; gdy Balaam prosił Go „jeszcze raz", „Bóg rzekł mu: Wstań i idź z nimi"; potem zaś dodano: „Balaam poszedł z nimi, a Bóg się rozgniewał". Tu podobnie prorok rzekł: Posyłajcie; „i posłali pięćdziesięciu mężów, i szukali trzy dni, ale go nie znaleźli"; a jednak choć dociekanie tylko dowiodło, że Eliasz został zabrany, Elizeusz nie okazał z tego zadowolenia, nawet gdy potwierdziło jego autorytet, lecz „rzekł im: Czyż wam nie mówiłem: Nie posyłajcie?" Tak właśnie Kościół zawsze zabrania dociekania tym, którzy już uznają jego autorytet; lecz jeśli chcą dociekać, nie może temu przeszkodzić; nie są wszakże w tym usprawiedliwieni.
A teraz, jak sądzę, widzicie, bracia moi, czemu dociekanie poprzedza wiarę, a nie następuje po niej. Dociekaliście, zanim przyłączyliście się do Kościoła; zostaliście zaspokojeni, a Bóg nagrodził was łaską wiary; gdybyście byli teraz zdecydowani dociekać dalej, naprowadzilibyście nas na myśl, że znów ją utraciliście, bo dociekanie i wiara są ze swej natury niezgodne. Dodam, co jest bardzo oczywiste, że żadne inne ciało religijne nie ma prawa domagać się takiego aktu wiary w siebie ani prawa zakazywać wam dalszego dociekania prócz Kościoła katolickiego; a to z tej prostej racji, że żadne inne ciało nawet nie rości sobie nieomylności, nie mówiąc już o dowodzie takiego roszczenia. Tu leży skaza już na samym starcie, która dyskwalifikuje je wszystkie co do jednego od kiedykolwiek współzawodniczenia z Kościołem Bożym. Sekty wokół nas, dalekie od domagania się waszej wiary, wprost wzywają was, byście dociekali i swobodnie wątpili o ich własnych zaletach; zarzekają się, że są tylko dobrowolnymi zrzeszeniami i niechętnie dałyby się wziąć za coś innego; błagają i proszą was, byście nie brali ich kaznodziejów za nic więcej niż za zwykłych grzesznych ludzi, i zapraszają was, byście brali ze sobą Biblię na ich kazania i sami osądzali, czy ich nauka jest z nią zgodna. Co zaś do religii państwowej, przyznajmy, że są w niej tacy, którzy zabraniają dociekania o jej roszczeniach; mimo to, czyż śmieją utrzymywać, że jest nieomylna? Jeśli nie (a nikt tego nie czyni), jakże mogą zabraniać dociekania o niej albo rościć dla niej bezwzględną wiarę któregokolwiek ze swych członków? Wiara w takich okolicznościach nie jest naprawdę wiarą, lecz uporem. Zwykle też nie ważą się jej domagać; powiedzą przecząco: „Nie dociekajcie"; lecz nie mogą powiedzieć twierdząco: „Miejcie wiarę"; bo w kim mają ich członkowie pokładać wiarę? o kim mogą powiedzieć — czy o jednostce, czy o gromadzie ludzi — „On albo oni są obdarzeni nieomylnością i nie mogą nas zwieść"? Dlatego, przyparci do muru, by się wytłumaczyć, opierają swój obowiązek trwania w swej wspólnocie nie na wierze w nią, lecz na przywiązaniu do niej, co jest rzeczą całkiem inną; całkiem inną, bo jest bardzo wiele powodów, dla których mogą żywić bardzo wielkie upodobanie do religii, w jakiej zostali wychowani. Jej cząstki katolickiego nauczania, jej „przyzwoitość i porządek", czysta i piękna angielszczyzna jej modlitw, jej literatura, pobożność spotykana wśród jej członków, wpływ przełożonych i przyjaciół, jej historyczne skojarzenia, jej swojski charakter, urok życia na wsi, wspomnienie minionych lat — to wszystko i wiele więcej przywiązuje umysł do narodowego kultu. Lecz przywiązanie nie jest zaufaniem, ani być posłusznym nie jest tym samym, co spoglądać w górę z uległością i polegać; nie sądzę też, by jakikolwiek człowiek myślący czy wykształcony mógł po prostu wierzyć słowu Kościoła państwowego albo mu zawierzyć. Nigdy nie spotkałem takiej osoby, która by to czyniła albo mówiła, że czyni, i nie sądzę, by taka osoba była możliwa. Jego obrońcy wierzyliby, gdyby mogli; lecz ich najwyższe zaufanie zmącone jest obawą. Są posłuszni, milczą wobec głosu swych przełożonych, lecz nie utrzymują, że wierzą. Nic nie jest jaśniejsze nad to, że jeśli wymagana jest od nas dla zbawienia wiara w słowo Boże, to Kościół katolicki jest jedynym pośrednikiem, przez którego możemy ją wypełniać.
A teraz, bracia moi, którzy nie jesteście katolikami, powiecie mi może, że jeśli wszelkie dociekanie ma ustać, gdy staniecie się katolikami, to powinniście być bardzo pewni, że Kościół jest od Boga, zanim się do niego przyłączycie. Mówicie słusznie; nikt nie powinien wstępować do Kościoła bez mocnego postanowienia przyjmowania jego słowa we wszystkich sprawach nauki i obyczajów, a to na tej podstawie, że pochodzi on wprost od Boga Prawdy. Musicie spojrzeć tej rzeczy w oczy i policzyć koszt. Jeśli nie przychodzicie w tym duchu, równie dobrze możecie nie przychodzić wcale; wielcy i mali, uczeni i nieuczeni — wszyscy muszą przyjść, by się uczyć. Jeśli macie słuszność co do tego, nie możecie zbłądzić zbyt daleko; macie fundament; lecz jeśli przychodzicie w jakimkolwiek innym usposobieniu, lepiej poczekajcie, aż się go pozbędziecie. Musicie, powiadam, przyjść do Kościoła, by się uczyć; musicie przyjść nie po to, by przynieść mu własne mniemania, lecz z zamiarem bycia zawsze uczniem; musicie przyjść z zamiarem obrania go za swój dział i nieopuszczania go nigdy. Nie przychodźcie na próbę; nie przychodźcie tak, jak bierze się miejsca w kaplicy albo bilety na salę wykładową; przyjdźcie do niego jak do swego domu, do szkoły waszych dusz, do Matki Świętych i do przedsionka nieba. Z drugiej strony, nie trapcie się myślami, czy — gdy się już do niego przyłączycie — wasza wiara przetrwa; jest to podszept waszego wroga, by was powstrzymać. Ten, kto rozpoczął w was dobre dzieło, dopełni go; Ten, kto was wybrał, będzie wam wierny; złóżcie waszą sprawę w Jego rękę, czekajcie na Niego, a z pewnością wytrwacie. Jakież dobre dzieło kiedykolwiek rozpoczniecie, jeśli najpierw targujecie się, by ujrzeć jego koniec? Jeśli chcecie uczynić wszystko naraz, nie uczynicie nic; uczynił połowę dzieła ten, kto je dobrze rozpoczął; nie zyskacie pochwały Pana waszego przy ostatecznym obrachunku, ukrywając Jego talent. Nie; gdy On wywiedzie was z błędu ku prawdzie, dokona trudniejszej części dzieła (jeśli cokolwiek jest dla Niego trudne), i z pewnością zachowa was od powrotu z prawdy ku błędowi. Weźcie doświadczenie tych, którzy poprzedzili was na tej samej drodze; mieli wiele obaw, że wiara ich zawiedzie, zanim uczynili wielki krok, lecz te obawy znikły, gdy go uczynili; mieli obawy, zanim otrzymali łaskę wiary, że — otrzymawszy ją — znów ją utracą, lecz nie mieli żadnych obaw (prócz tych z racji ogólnej swej kruchości), gdy już im rzeczywiście została dana.
Bądźcie przekonani w swym rozumie, że Kościół katolicki jest nauczycielem posłanym wam od Boga, a to wystarczy. Nie chcę, byście się do niego przyłączali, dopóki nie będziecie. Jeśli jesteście przekonani w połowie, módlcie się o pełne przekonanie i czekajcie, aż je osiągniecie. Lepiej wprawdzie przyjść prędko, lecz lepiej powoli niż niedbale; a niekiedy, jak głosi przysłowie, śpiesz się powoli. Tylko upewnijcie się, że zwłoka nie wynika z jakiejś waszej winy, którą możecie naprawić. Bóg postępuje z nami bardzo rozmaicie; do jednych ludzi przekonanie przychodzi powoli, do drugich szybko; w jednych jest owocem wielu rozmyślań i wielu rozumowań, w innych nagłego olśnienia. Jeden człowiek zostaje przekonany od razu, jak w przykładzie opisanym przez św. Pawła: „Gdyby wszyscy prorokowali — mówi, mając na myśli wykład nauki — a wszedłby ktoś niewierzący lub prosty, jest on przez wszystkich przekonany, jest przez wszystkich sądzony. Tajniki jego serca stają się jawne, i tak, padłszy na twarz, odda pokłon Bogu, oznajmiając, że Bóg jest prawdziwie pośród was". Tak samo jest i dziś; niektórzy ludzie nawracają się przez samo wejście do katolickiego kościoła; inni przez przeczytanie jednej książki; jeszcze inni przez jedną naukę. Czują ciężar swych grzechów i widzą, że ta religia musi pochodzić od Boga, która jako jedyna ma środki ich odpuszczenia. Albo zostają poruszeni i zwyciężeni jawną świętością, pięknem i (że tak powiem) wonią religii katolickiej. Albo tęsknią za przewodnikiem pośród zgiełku języków; i właśnie nauka Kościoła o wierze, tak trudna dla wielu, jest dla nich przekonaniem. Inni znów słyszą wiele zarzutów przeciw Kościołowi i prześledzą całą rzecz wszerz i wzdłuż; do nich przekonanie może przyjść chyba tylko u kresu długiego dociekania. Jak w sądzie niewinność jednego człowieka może być dowiedziona od razu, a drugiego jest owocem starannego śledztwa; jeden nie ma w swym postępowaniu czy charakterze nic do wyjaśnienia, przeciw drugiemu na pierwszy rzut oka przemawia wiele niekorzystnych domniemań — tak Święty Kościół ukazuje się bardzo rozmaicie różnym umysłom, które kontemplują go z zewnątrz. Bóg postępuje z nimi rozmaicie; lecz jeśli są wierni swemu światłu, w końcu, w swoim czasie — choć dla każdego może to być inny czas — przywodzi ich do tego jednego i tego samego stanu umysłu, bardzo określonego i nie do pomylenia, który nazywamy przekonaniem. Nie będą mieli wątpliwości, jakiekolwiek trudności mogłyby jeszcze wiązać się z tym przedmiotem, że Kościół jest od Boga; mogą nie umieć odpowiedzieć na ten czy ów zarzut, lecz będą pewni mimo niego.
To jest punkt, który zawsze trzeba mieć na oku: przekonanie jest stanem umysłu i jest czymś ponad i odrębnym od samych argumentów, których jest owocem; nie zmienia się wraz z ich siłą czy liczbą. Argumenty wiodą do wniosku, a gdy argumenty są mocniejsze, wniosek jest jaśniejszy; lecz przekonanie może być odczuwane równie mocno wskutek jasnego wniosku, jak wskutek jeszcze jaśniejszego. Człowiek może być tak pewny na podstawie sześciu racji, że nie potrzebuje siódmej, ani nie czułby się pewniejszy, gdyby ją miał. I tak samo co do Kościoła katolickiego: ludzie zostają przekonani na bardzo rozmaite sposoby — co przekonuje jednego, nie przekonuje drugiego; lecz to jest rzecz przypadkowa; ów czas przychodzi tak czy owak, prędzej czy później, kiedy człowiek powinien być przekonany, i jest przekonany, a wtedy jest zobowiązany nie czekać na żadne dalsze argumenty, choćby dało się ich przedstawić więcej. Znajdzie się w stanie, w którym może nawet odmówić wysłuchania dalszych argumentów na rzecz Kościoła; nie pragnie więcej czytać ani myśleć o tym przedmiocie; jego umysł jest całkiem zdecydowany. W takim przypadku jego obowiązkiem jest przyłączyć się do Kościoła natychmiast; nie wolno mu zwlekać; niech będzie ostrożny w naradzie, lecz prędki w wykonaniu. To właśnie sprawia, że katolicy tak troszczą się o niego: nie chodzi o to, by chcieli, żeby był pochopny; lecz znając pokusy, jakie zły duch wciąż rzuca nam w drogę, są z miłością zaniepokojeni o jego duszę, by snadź nie doszedł do punktu przekonania, nie minął go i nie utracił swej szansy na nawrócenie. Jeśli tak, może ona nigdy nie wrócić; Bóg nie wybrał każdego do zbawienia: rzadkim darem jest być katolikiem; może być nam ofiarowany raz w życiu i nigdy więcej; a jeśli nie pochwyciliśmy „czasu sprzyjającego" ani nie poznaliśmy „w naszym dniu tego, co służy ku pokojowi" — och, biada nam! Cóż zdołamy powiedzieć, gdy przyjdzie śmierć, a my nie będziemy nawróceni, i to wprost i bezpośrednio z naszej własnej winy nie będziemy nawróceni?
„Mądrość woła na ulicach, na placach głos swój podnosi: Dokądże, prostaczkowie, miłować będziecie głupotę, a głupcy pożądać tego, co im szkodzi, a niemądrzy nienawidzić wiedzy? Nawróćcie się na moje upomnienie; oto wyleję na was mego Ducha i objawię wam moje słowa. Ponieważ wołałam, a odmówiliście, wyciągnęłam rękę, a nie było, kto by zważał, i wzgardziliście wszelką moją radą, i zaniedbaliście me nagany; ja także śmiać się będę z waszej zguby i naigrawać się, gdy przyjdzie na was to, czegoście się lękali; gdy nagła burza runie na was, a zguba zgęstnieje jak nawałnica, gdy przyjdzie na was utrapienie i ucisk. Wtedy wzywać Mnie będą, a nie wysłucham; wstaną rano, lecz Mnie nie znajdą; za to, że znienawidzili karność i nie przyjęli bojaźni Pańskiej, ani nie przystali na moją radę, lecz lekce sobie ważyli wszystkie me nagany — przeto będą spożywać owoc swej drogi i nasycą się własnymi pomysłami".
Och, biada nam, ilu nas będzie w tej liczbie! Och, straszliwa myśl na całą wieczność! Och, wyrzut sumienia kłujący: „Byłem wezwany, mogłem odpowiedzieć, a nie odpowiedziałem!" I och, błogosławieństwo, jeśli będziemy mogli spojrzeć wstecz na czas próby, gdy przyjaciele błagali, a wrogowie szydzili, i rzec: Biada by mi było, gdybym nie poszedł za głosem, gdybym się cofnął, gdy Chrystus wołał! Och, jakież zupełne pomieszanie umysłu, jaki rozbitek wiary i przekonań, jaka czerń i pustka, jak posępny sceptycyzm, jaka beznadzieja byłyby moim losem, jaka zapowiedź ciemności zewnętrznych mających nadejść, gdybym lękał się pójść za Nim! Straciłem przyjaciół, straciłem świat, lecz zyskałem Tego, który daje w samym sobie domy, braci, siostry, matki, dzieci i pola po stokroć; straciłem to, co znikome, a zyskałem Nieskończonego; straciłem czas, a zyskałem wieczność; „O Panie, Boże mój, jam Twój sługa i syn Twej służebnicy; Ty rozerwałeś moje więzy. Tobie złożę ofiarę pochwalną i wezwę imienia Pańskiego".
Dziwny to może wydać się niektórym z was czas, bracia moi, i dziwne miejsce, by rozpocząć przedsięwzięcie takie, jakiego — zdając się na miłosierdzie Boże — podejmujemy się dnia dzisiejszego. W tym ogromnym mieście, pośród ludności tak niezmierzonej, że każdy jest samotny, tak rozmaitej, że każdy jest niezależny, która niczym ocean ustępuje przed każdą próbą wywarcia na nią wpływu i wrażenia jej, i zamyka się nad nią — w tym czystym zbiorowisku jednostek, które nie znosi ani odmiany, ani reformy, ponieważ nie ma w nim wewnętrznego porządku, rozkładu części ani wzajemnej zależności, ponieważ nie ma niczego, od czego mogłoby się odmienić, ani niczego, ku czemu by się odmieniło, gdzie nikt nie zna swego najbliższego sąsiada, gdzie w każdym miejscu znajduje się tysiąc światów, z których każdy pełni swoje funkcje, niczym nie krępowany przez resztę — jakże my, jakże garstka ludzi, możemy oddać jakąkolwiek przysługę godną Pana, który nas wezwał, i celów, jakim poświęcone są nasze życia? „Wołaj głośno, nie ustawaj!" — mówi prorok; ma słuszność, że tak mówi! nie ma tu miejsca na oszczędzanie; jakiż okrzyk jest dość głośny, prócz ostatniej trąby Bożej, by przeszyć wszechobecny zgiełk wrzawy i wysiłku, który wznosi się niczym wyziew z samej ziemi wzdłuż publicznych traktów, i by dosięgnąć gęstych rzesz po obu ich stronach, w labiryncie uliczek i zaułków znanych tylko tym, którzy w nich mieszkają? Głupie to dzieło — porywać się na niemożliwe; trzymaj się swego miejsca, a jesteś poważany; paś swe owce na pustkowiu, a jesteś zrozumiały; buduj na dawnych fundamentach, a jesteś bezpieczny; lecz nie rozpoczynaj niczego nowego, nie czyń eksperymentów, nie przyśpieszaj działania ani nie wytężaj sił, ani nie wikłaj odpowiedzialności swej Matki, by snadź na jej starość nie przywieść jej do hańby, a próżniacy nie wyśmieli tej, która niegdyś zrodziła wiele dzieci, lecz teraz omdlewa.
A oto jeszcze jedno — czas; czas waszego przybycia tutaj! Teraz, gdy nie spoczywacie, jak niegdyś, na nieruchomym środku, gdy nie jesteście, czym byliście jeszcze niedawno, gdy wasze życie jest w niebezpieczeństwie, wasza przyszłość w zawieszeniu, a wasz Pan na wygnaniu; spójrzcie do siebie, macie dość roboty u siebie w domu. Spójrzcie na skałę, z której was wyciosano, i na kamieniołom, z którego was wydobyto! Gdzież teraz Piotr? *Magni nominis umbra*, jak mówi pogański pisarz: sprawa przeżytek, szlachetna w swoim czasie, lecz dnia minionego; ba, prawdziwa i Boska w swoim czasie, o ile cokolwiek może być takie, lecz fałszywa teraz, i z ziemi teraz, ponieważ jest słaba teraz, ugięta ciężarem tysiąca ośmiuset lat, chwiejąca się ku upadkowi; bo u Anglików, wiedzcie o tym, powodzenie jest miarą zasady, a moc wykładnikiem słuszności. Czyż nie pojmujecie naszej reguły działania? bierzemy ludzi i odkładamy ich, chwalimy albo ganimy, czujemy szacunek lub pogardę, wedle tego, czy odnoszą sukces, czy są pobici. Jesteście w błędzie, bo jesteście w nieszczęściu; moc jest prawdą. Bogactwo jest mocą, intelekt jest mocą, dobre imię jest mocą, wiedza jest mocą; czcimy bogactwo, intelekt, imię, wiedzę. Intelekt znamy i bogactwo znamy, lecz kim wy jesteście? co nam do duchów dawnego świata i wzorców minionego ustroju?
Prawda to, bracia moi, że dziwny to czas i dziwne miejsce, by rozpocząć nasze dzieło. Dziwne miejsce dla Świętych i Aniołów, by rozbić w nim swoje namioty, ta metropolia; dziwne — nie powiem, że dla ciebie, Matko moja Maryjo, byś się w nim znalazła; bo żadna część katolickiego dziedzictwa nie jest ci obca, a ty jesteś wszędzie, gdzie znajduje się Kościół, *Porta manes et Stella maris*, niezmienny przedmiot jego nabożeństwa i powszechna orędowniczka jego dzieci — nie dziwne dla ciebie, lecz dość dziwne dla niego, mego własnego Świętego i Mistrza, Filipa Neri. Tak, drogi Ojcze, dziwne to dla ciebie — przejść od jasnych, spokojnych miast Południa do tej sceny bezbożnego trudu i ufnej tylko w siebie awantury; dziwne dla ciebie być widzianym, jak śpieszysz tam i z powrotem przez nasze zatłoczone ulice, w swej poważnej, czarnej sutannie i białym kołnierzu, zamiast poruszać się we własnym tempie pośród otwartych dróg czy pustych placów wielkiego Miasta, w którym — wedle Bożego prowadzenia ciebie w twej młodości — na życie i śmierć obrałeś swą siedzibę. Tak, to wszystko bardzo dziwne dla świata; lecz nie nowe dla niej, Oblubienicy Baranka, której samo istnienie i pierwotne dary są w oczach niewiary dziwniejsze niż jakiekolwiek szczegóły co do miejsca pobytu i sposobu postępowania, w jakich się objawiają. Nie jest to nowość u niej, która przyszła na początku jako wędrowiec po ziemi, której dolą jest nieustanna wojna, a której panowanie jest nieprzerwanym podbojem.
W takim to czasie książę Apostołów, pierwszy papież, posuwał się ku pogańskiemu miastu, gdzie pod Boskim prowadzeniem miał ustanowić swą stolicę. Trudził się wzdłuż okazałej drogi, która wiodła go wprost naprzód ku stolicy świata. Spotykał tłumy próżniaczych i zapracowanych, przybyszów i tubylców, którzy zaludniali to nieprzeliczone przedmieście. Przeszedł pod wysoką bramą i błądził pośród marmurowych pałaców i kolumnowych świątyń; spotykał procesje pogańskich kapłanów i sług ku czci swych bożków; spotykał zamożną damę niesioną na lektyce przez swych niewolników; spotykał srogich legionistów, którzy byli „masywnymi żelaznymi młotami" całej ziemi; spotykał zatroskanego polityka z gotowym do usług człowiekiem interesu u boku, który podpowiadał mu w jego zabiegach o popularność; spotykał mówcę wracającego do domu po pomyślnej obronie, ze swymi młodymi wielbicielami oraz wdzięcznymi i pełnymi nadziei klientami. Widział wokół siebie nic prócz oznak prężnej potęgi, która wyrosła w określony ustrój, ukształtowany i dojrzały w swej religii, prawach, obyczajach cywilnych, cesarskim rozprzestrzenieniu, poprzez dzieje wielu stuleci; a czymże on był, jak nie biednym, słabym, podeszłym w latach przybyszem, niczym nieróżniącym się od rzeszy ludzi — Egipcjaninem albo Chaldejczykiem, albo może Żydem, jakimś przybyszem ze Wschodu — jak zgadywaliby mijający go, wedle swej znajomości ludzkiego rodu, niedbale rzucając nań okiem (jak my zwrócilibyśmy oczy na Hindusa lub Cygana, gdyby nas mijał), bez cienia myśli, że taki oto człowiek przeznaczony jest, by właśnie wtedy rozpocząć wiek religijnego panowania, w którym mogliby przeżyć swoje własne pogańskie czasy dwakroć, a nie ujrzeliby jego kresu!
W takim to czasie wielki Doktor, św. Grzegorz z Nazjanzu, on także starzec, człowiek lękliwy, człowiek skłonny do usuwania się, miłujący samotność i księgi, nieobyty w zmaganiach świata, pojawił się nagle w ariańskim mieście Konstantynopolu; i, wbrew fanatycznemu pospólstwu i heretyckiemu duchowieństwu, głosił prawdę i przeważył — ku własnemu zdumieniu i ku chwale tej łaski, która jest mocna w słabości i zawsze najbliższa swego tryumfu, gdy nią najbardziej gardzą.
W takim to czasie inny św. Grzegorz, pierwszy papież tego imienia, gdy wszystko już upadało, gdy barbarzyńcy zajęli ziemię, a coraz to nowe i dziksze rzesze waliły w dół, gdy zaraza, głód i herezja pustoszyły wzdłuż i wszerz — przygnieciony, jak był, ustawiczną chorobą, z łożem za swój Tron Pontyfikalny — w takim to czasie rządził, kierował i umacniał Kościół w tym, co — jak przewidywał — było ostatnimi chwilami świata; ujarzmiając arian w Hiszpanii, donatystów w Afryce, trzecią herezję w Egipcie, czwartą w Galii, upokarzając pychę Wschodu, jednając Gotów z Kościołem, wprowadzając naszych własnych pogańskich przodków w jego obręb i dopełniając jego ładu i upiększając jego rytuał, podczas gdy wzmacniał fundamenty jego potęgi.
A w takim to czasie owych sześciu Ojców jezuitów, Ignacy i jego towarzysze, gdy świat radował się z upadku Kościoła, a ludzie „weselili się i posyłali sobie nawzajem dary", ponieważ pomarli prorocy, którzy „dręczyli mieszkańców ziemi", złożyło swój ślub w małym kościele na Montmartre; i, przyciągając do siebie innych współczującą siłą gorliwości i wymową świętości, ruszyło spokojnie i cicho do Indii na Wschodzie i do Ameryki na Zachodzie, i — gdy dołączali całe narody do Kościoła za granicą — odnawiali i ożywiali katolickie ludności w kraju.
Nie jest to zatem u Kościoła nowość, że w czasie zamętu czy trwogi, gdy obfitują zgorszenia, a nieprzyjaciel stoi u jego bram, jego dzieci — dalekie od zatrwożenia, lub raczej chlubiące się niebezpieczeństwem, jak krzepcy mężowie radują się próbą swych sił — nie jest to, powiadam, nowość, by wyruszali, aby pełnić jego dzieło, jak gdyby był on w najświetniejszych dniach swej pomyślności. Stary Rzym w największym swym utrapieniu wysyłał swe legiony do zagranicznych przeznaczeń jedną bramą, podczas gdy kartagiński zdobywca stał u drugiej. Po prawdzie, jak powiedziano o naszych własnych rodakach, my, katolicy, nie wiemy, kiedy jesteśmy pobici; nacieramy, gdy wedle wszystkich reguł wojny powinniśmy się cofać; marzymy tylko o tryumfach i bierzemy (jak osądza świat) klęskę za zwycięstwo. Bo mamy nad sobą znaki powodzenia we wspomnieniach przeszłości; czytamy na naszych sztandarach imiona niejednego starego pola bitwy i chwały; jesteśmy mocni mocą naszych ojców i zamierzamy uczynić, w naszej skromnej mierze, to, co przed nami czynili Święci. Nie ma w tym nic wielkiego ani cudownego, że jesteśmy tak usposobieni; tylko Święci doprawdy dokonują wielkich czynów i wiodą zmagania do końca, lecz zwykli ludzie, słudzy i szeregowi Kościoła, są zdolni przynajmniej do ich podjęcia.
Nie trzeba w nas bohaterstwa, bracia moi, by stawić czoło takiemu czasowi jak ten i lekceważyć go; bo jesteśmy katolikami. Mamy doświadczenie osiemnastu stuleci. Wielki filozof starożytności powiada nam, że samo doświadczenie jest odwagą — nie wprawdzie odwagą najwyższego rodzaju, lecz wystarczającą, by się powieść. Nie jedna, dwie czy tuzin klęsk, gdybyśmy je ponieśli, odwróci majestat katolickiego Imienia. Gotowi jesteśmy wziąć to pokolenie wedle jego własnej miary prawdy i uczynić z intensywności naszego postanowienia samo poręczenie naszej boskości. Jesteśmy pełni ufności, gorliwości i nieustępliwości, ponieważ jesteśmy dziedzicami św. Piotra, św. Grzegorza z Nazjanzu, św. Grzegorza papieża i wszystkich innych świętych i wiernych mężów, którzy w swoim dniu, słowem, czynem lub modlitwą, posunęli naprzód katolicką sprawę. Mamy udział w ich zasługach i wstawiennictwie, i przemawiamy ich głosem. Stąd czynimy bez bohaterstwa to, co inni, którzy nie są katolikami, czynią tylko z bohaterstwem. Byłoby z pewnością bohaterstwem u innych zabrać się do naszego dzieła. Gdyby Żydzi zmierzali do przywiedzenia tej ogromnej ludności do obrzędów Prawa, albo gdyby unitarianie zabrali się do nawrócenia Świętego Kościoła rzymskiego, albo gdyby Towarzystwo Przyjaciół porwało się na wielki naród francuski, można by to słusznie nazwać bohaterstwem; nie prawdziwym religijnym bohaterstwem, lecz byłoby to czymś nadzwyczajnym i wstrząsającym. Byłby to pomysł osobliwy, szczególny, oryginalny, zuchwały; byłoby to czynienie wielkiej stawki na wielkiej niepewności. Lecz nie ma nic ze szczególnej odwagi, nic z osobistej wielkoduszności w tym, że katolik lekceważy świat i zaczyna mu głosić, choćby świat odwracał odeń oblicze. Zna naturę i obyczaje świata; i jest to jego odwieczny sposób obchodzenia się z nim; czyni jedynie wedle swego powołania; nie byłby katolikiem, gdyby czynił inaczej. Wie, czyją łódź wsiadł; jest to łódź Piotra. Gdy największy z Rzymian był w otwartej łodzi na Adriatyku, a morze się wzburzyło, rzekł do przerażonego sternika: *Cæsarem vehis et fortunam Cæsaris* — „Cezara wieziesz i fortunę Cezara". To, co on rzekł w zuchwałości, my, drodzy bracia moi, możemy powtórzyć w wierze o owej łodzi, w której niegdyś siedział i nauczał Chrystus. Nie obraliśmy jej, by się o nią lękać; nie wsiedliśmy do niej, by z niej uciec; nie, lecz by wyruszyć w niej na powódź grzechu i niewiary, która zatopiłaby każdą inną łódź. Rozpoczęliśmy nasze dzieło z początku z Piotrem za przewodnika, w samo Święto jego Katedry i u samego Sanktuarium jego relikwii; tak więc, gdy ktokolwiek z was dziwi się, żeśmy obrali to miejsce i ten czas na nasze misyjne trudy, niech wie, że jesteśmy z tych, którzy mierzą teraźniejszość przeszłością i ważą świat na odległym środku. Działamy wedle naszego imienia; katolicy są u siebie w każdym czasie i miejscu, w każdym stanie społeczeństwa, w każdej klasie wspólnoty, w każdym stopniu wykształcenia. Żaden stan rzeczy nie jest katolickiemu kapłanowi nie w smak; zawsze ma dzieło do wykonania i żniwo do zebrania.
Gdyby było inaczej, gdyby nie miał ufności w najmroczniejszym dniu i w najbardziej wrogim okręgu, wyrzekałby się jednej z głównych „cech", jak się to nazywa, Kościoła. Jest on katolicki, ponieważ niesie powszechny lek na powszechną chorobę. Chorobą jest grzech; wszyscy zgrzeszyli; wszyscy potrzebują uzdrowienia w Chrystusie; wszystkim trzeba to uzdrowienie głosić i udzielać. Jeśli zatem jest głosiciel i szafarz uzdrowienia, posłany od Boga, ów posłaniec musi przemawiać nie do jednego, lecz do wszystkich; musi być zdatny dla wszystkich, musi mieć misję do całego rodu Adama i być rozpoznawalny przez każdą jego jednostkę. Nie mam na myśli, że musi wszystkich nakłonić i ze wszystkimi przeważyć — bo to zależy od woli każdego — lecz musi okazać swą zdolność do nawrócenia wszystkich przez to, że rzeczywiście nawraca niektórych z każdego czasu, każdego miejsca, każdego stanu, każdego wieku życia i każdego usposobienia umysłu. Jeśli grzech jest złem cząstkowym, niech jego lek będzie cząstkowy; lecz jeśli nie jest miejscowy ani przygodny, lecz powszechny, taki musi być lek. Religia miejscowa nie jest od Boga. Prawdziwa religia może wprawdzie zacząć się i może ociągać się w jednym miejscu; ba, przez stulecia w nim pozostawać, byle rozszerzała się i dojrzewała w swym wewnętrznym charakterze i wyznawała tymczasem, że nie jest jeszcze doskonała. Mogą być głębokie racje w zamysłach Boga, czemu właściwe objawienie Jego woli człowiekowi miało być powoli wypracowane i stopniowo dopełnione w elementarnej formie judaizmu; lecz owo Objawienie zawsze postępowało w okresie żydowskim i wskazywało przez swych proroków na dzień, w którym miało się rozprzestrzenić po całej ziemi. Judaizm był więc miejscowy, ponieważ był niedoskonały; gdy osiągnął doskonałość wewnątrz, stał się powszechny na zewnątrz i przyjął miano katolickiego.
Spójrzcie wokół, bracia moi, na formy religii, jakie są teraz na świecie, a przekonacie się, że jedna, i tylko jedna, ma tę cechę Boskiego pochodzenia. Kościół katolicki towarzyszył ludzkiemu społeczeństwu przez jeden obrót jego wielkiego roku; a teraz zaczyna drugi. Przeszedł przez pełny cykl odmian, aby nam pokazać, że jest niezależny od nich wszystkich. Doświadczył Wschodu i Zachodu, monarchii i demokracji, pokoju i wojny, cesarskiej i feudalnej tyranii, czasów ciemnoty i czasów filozofii, barbarzyństwa i zbytku, niewolników i ludzi wolnych, miast i narodów, ośrodków handlu i siedlisk wytwórczości, starych krajów i młodych, metropolii i kolonii. Powstał w najszczęśliwszym wieku, jaki świat być może kiedykolwiek znał; przez dwieście czy trzysta lat musiał walczyć przeciw powadze prawa, ustalonym formom religii, sile zbrojnej, zręcznie spojonemu cesarstwu i pomyślnej, zadowolonej ludności. I w ciągu tego okresu owo biedne, słabe, wzgardzone Zrzeszenie zdołało pokonać swego cesarskiego ciemiężcę, mimo jego gwałtownych wysiłków, ponawianych raz po raz, by pozbyć się tak nikczemnego napastnika. Mimo oszczerstwa, mimo wybuchów ludu, mimo okrutnych katuszy, panowie świata zmuszeni byli, jako jedyną swą szansę utrzymania cesarstwa, dojść do porozumienia z owym ciałem, którego obecny Kościół jest z imienia, z linii, z nauki, z zasad, ze sposobu bytowania, z moralnych cech — potomkiem i przedstawicielem. Zmuszeni byli ukorzyć się przed nim, wejść w jego obręb, wywyższyć go, a poniżyć jego nieprzyjaciół. Tryumfował, jak nigdy żaden inny nie tryumfował przedtem ani potem. Lecz to nie wszystko; ledwo zabezpieczył swój tryumf, lub raczej zabrał się do jego zabezpieczania, gdy wszystko się odwróciło; bo rzymska Potęga, jego branka, którą z tylu krwią i cierpliwością ujarzmił, nagle obróciła się wniwecz. Pękła i zginęła; a przeciw niemu runęły miliony dzikich barbarzyńców z Północy i Wschodu, którzy nie mieli ani Boga, ani sumienia, ani nawet przyrodzonego współczucia. Musiał zacząć od nowa; przez stulecia schodzili w dół, jedna horda za drugą, niczym ryczące fale, i rozbijali się o jego podstawę. Nadciągali raz po raz, jak zbrojne hufce posłane przez króla Izraela przeciw prorokowi; a jak ów sprowadził ogień z nieba, który pochłonął ich, gdy nadchodzili, tak na swój łaskawszy sposób Święty Kościół, płonąc gorliwością i miłością, pochłaniał swych nieprzyjaciół, rzeszę po rzeszy, płomieniem, który jego Pan zapalił, „zgromadzając żarzące węgle na ich głowy" i „zło dobrem zwyciężając". Tak z owych srogich przybyszów uczyniono jego najwierniejsze i najlojalniejsze dzieci; a potem, gdy spomiędzy nich powstała silna potęga wojskowa, sztuczniej skonstruowana niż dawna rzymska, z tradycjami i precedensami, które trwały przez stulecia, z początku zapaśnik Kościoła, a potem jego rywal — i tu musiał przejść nowy konflikt i odnieść nowy tryumf. I tak mógłbym ciągnąć dalej, krocząc tam i z powrotem, opowiadając o jego politycznych powodzeniach od tamtej pory, o jego intelektualnych zwycięstwach od początku, o jego społecznych ulepszeniach i o jego starciach z owymi innymi okolicznościami natury ludzkiej lub kombinacjami ludzkiego rodu, które przed chwilą wyliczyłem; co wszystko dowodzi nam, z mocą równie wielką jak fizyczny dowód, że nie pochodzi z ziemi, że nie trzyma się ziemi, że nie jest sługą człowieka, bo inaczej ten, kto go uczynił, mógłby go zniszczyć.
Jakże różne, znów powiadam, jakże różne są wszystkie religie, jakie kiedykolwiek były, od tego wzniosłego i niezmiennego Kościoła katolickiego! Zależą one co do swego istnienia od czasu i miejsca, żyją w okresach lub w regionach. Są dziećmi gleby, rodzimymi roślinami, które chętnie kwitną w pewnej temperaturze, w pewnym położeniu, w wilgoci lub w suszy, i umierają, gdy się je przesadzi. Ich siedlisko jest jednym z punktów ich naukowego opisu. Tak schizma grecka, nestorianizm, herezja Kalwina i metodyzm — każde ma swoje granice geograficzne. Protestantyzm nic nie zyskał w Europie od swego pierwszego wybuchu. Jakiś przypadek daje początek tym religijnym objawom; jakaś niezdrowa pora roku, palące słońce, mgłą obciążone bagno — lęgnie zarazę, i tam ona pozostaje, zawisła w powietrzu nad swoim miejscem narodzin, być może przez stulecia; potem zachodzi jakaś zmiana na ziemi lub na niebiosach, i nagle już jej nie ma. Niekiedy jednak, prawda, takie bicze Boże mają swój bieg po ziemi i obejmują katolicki zasięg. Wyłaniają się jakby z jakiegoś trującego jeziora lub dołu w Etiopii czy w Indiach, i wyruszają z niepowstrzymaną mocą, by spełnić swoją misję zła, i krążą tam i z powrotem po obliczu świata. Takim było arabskie oszustwo, którego twórcą był Mahomet; i zapytacie być może, czy nie dokonało ono tego, o czym powiedziałem, że tylko Kościół katolicki dokonać może, i czy nie dowiodło przez to, że miało w sobie wewnętrzną zasadę, która — nie zależąc od człowieka — mogła go ujarzmić w każdym czasie czy miejscu? Nie, bracia moi; przyjrzyjcie się bacznie, a dostrzeżecie wyraźną różnicę, jaka istnieje między religią Mahometa a Kościołem Chrystusa. Bo mahometanizm dokonał niewiele więcej niż czyni obecnie wspólnota anglikańska. Owa wspólnota znajduje się w wielu częściach świata; jej prymas ma jurysdykcję nawet większą niż dawny patriarcha nestoriański; ma placówki na Malcie, w Jerozolimie, w Indiach, w Chinach, w Australii, w Afryce Południowej i w Kanadzie, podczas gdy mahometanizm jest tylko religią rodzimą, i to w pewnych częściach dwóch kontynentów, z niewielką mocą czy chęcią szerzenia swej wiary.
A jednak przynajmniej w anglikanizmie, powiecie, jest owa cecha katolickości, której w mahometanizmie nie ma. Och, bracia moi, nie dajcie się zwieść słowom; czyż jakikolwiek myślący człowiek powie choć przez chwilę — jakkolwiek by ten zarzut był wart — że religia państwowa jest wyniesiona ponad czas i miejsce? a jeśli nie, to czemu zabierać się do dowodzenia, że jest? raczej, czyż jej istota nie tkwi w uznaniu przez państwo? czyż jej ustanowienie nie jest jej samą formą? czym byłaby, czy przetrwałaby dziesięć lat, gdyby zostawić ją samej sobie? To jej ustanowienie podnosi ją do jedności i indywidualności; czy możecie ją sobie wyobrazić — choćbyście pobudzili swą wyobraźnię do tego zadania — w oderwaniu od jej kościołów, pałaców, kolegiów, plebanii, dochodów, cywilnego pierwszeństwa i narodowej pozycji? Obnażcie ją z tego świata, a dokonacie na niej śmiertelnej operacji, bo przestała istnieć. Wyjmijcie jej biskupów z legislatury, wyrwijcie jej formularze ze Zbioru Ustaw, otwórzcie jej uniwersytety dla dysydentów, pozwólcie jej duchownym znów stać się świeckimi, zalegalizujcie jej prywatne zgromadzenia modlitewne — a jaka byłaby jej definicja? Wiecie, że gdyby państwo nie zmuszało jej do bycia jednością, rozpadłaby się od razu na trzy odrębne ciała, z których każde nosiłoby w sobie zarodki dalszych podziałów. Nawet niewielkie stronnictwo nonjurorów, półtora wieku temu, gdy uwolnione zostało od władzy cywilnej, rozpadło się na dwa. Nie ma więc żadnej wewnętrznej spójności, indywidualności ani duszy, które dałyby jej zdolność rozprzestrzeniania się. Metodyzm reprezentuje jakąś ideę, kongregacjonalizm ideę; religia państwowa nie ma w sobie żadnej idei poza ustanowieniem. Jej rozszerzanie było w większości bierne, nie czynne; bywa przenoszona w inne miejsca przez politykę państwa i porusza się, ponieważ porusza się państwo; jest dodatkiem, czy to bronią, czy ozdobą, władzy zwierzchniej; jest religią nie nawet jakiegoś rodu, lecz panującej części rodu. Anglosas uczynił w naszym dniu to, co Saracen w dawnym. Czyni niechętnie dla wygody to, co tamten czynił ochoczo z fanatyzmu. To jest główna różnica między tymi dwoma; Saracen u swego początku nawracał heretycki Wschód mieczem; lecz przynajmniej w Indiach rozszerzenie jego wiary było przez imigrację, jak może być teraz Anglosasa; wrastał w inne narody przez handel i kolonizację; lecz gdy zetknął się z katolikiem Zachodu, uczynił równie małe wrażenie na Hiszpanii, jak protestancki Anglosas czyni na Irlandii.
Jest tylko jedna forma chrześcijaństwa, bracia moi, posiadająca ową rzeczywistą wewnętrzną jedność, która jest pierwotnym warunkiem niezależności. Czy spojrzycie na Rosję, Anglię czy Niemcy, ta cecha boskości jest nieobecna. W tym kraju zwłaszcza nie ma nic szerszego niż religie klasowe; sama forma ustanowiona jest tylko religią pewnej klasy. Jest jedno wyznanie dla bogatych, a inne dla ubogich; ludzie rodzą się w tej czy owej sekcie; entuzjaści idą tu, a trzeźwi i rozumni idą tam. Dorabiają się majątku i wznoszą się w świecie, a potem wyznają, że należą do Kościoła państwowego. To ciało żyje w uśmiechu świata, tamto w jego nachmurzeniu; jedno zginęłoby z zimna w zimie świata, a drugie stopniałoby w jego lecie. Żadne z nich nie podejmuje się natury ludzkiej: żadne nie obejmuje całego człowieka; żadne nie stawia wszystkich ludzi na równi; żadne nie zwraca się do intelektu i serca, do bojaźni i miłości, do czynnego i kontemplacyjnego. Uważa się, i słusznie, za świadectwo na rzecz chrześcijaństwa, że najzdolniejsi ludzie byli chrześcijanami; nie żeby wszystkie bystre czy głębokie umysły przyjęły jego wyznanie, lecz że odniosło ono wśród nich zwycięstwa, takie i tak liczne, by pokazać, że nie sam fakt zdolności czy uczoności jest powodem, dla którego nie wszyscy są nawróceni. Taka też jest cecha katolickości; ani najwyższy rangą, ani najpodlejszy, ani najbardziej wyrafinowany, ani najgrubszy, nie jest poza wpływem Kościoła; obejmuje on okazy każdej klasy pośród swych dzieci. Jest pociechą opuszczonego, gromicielem pomyślnego i przewodnikiem krnąbrnego. Zachowuje matczyne oko dla niewinnego, ciąży ciężką dłonią nad rozwiązłym i ma głos majestatu dla pysznego. Otwiera umysł nieukowi i powala intelekt nawet najbardziej uzdolnionego. To nie są słowa; uczynił to, czyni to wciąż, podejmuje się to uczynić. Wszystko, czego żąda, to otwarte pole i wolność działania. Nie żąda patronatu od władzy cywilnej: w dawnych czasach i miejscach wprawdzie go żądał; i, jak również protestantyzm, posłużył się cywilnym mieczem. Prawda, że tak czynił, ponieważ w pewnych wiekach był to uznany sposób działania, najszybszy i w owym czasie nieobjęty żadnym sprzeciwem, i ponieważ tam, gdzie tak czynił, lud domagał się tego i czynił to z wyprzedzeniem; lecz jego dzieje pokazują, że tego nie potrzebował, bo rozszerzał się i kwitł bez tego. Jest gotów na każdą służbę, jaka się nadarzy; weźmie świat, jak nadejdzie; nic prócz siły nie zdoła go stłumić. Spójrzcie, bracia moi, co czyni w tym kraju teraz; przez trzy stulecia władza cywilna deptała szlachetną roślinę łaski i trzymała na niej swą stopę; w końcu okoliczności usunęły tę tyranię, i oto piękna postać Starożytnego Kościoła powstaje od razu, równie świeża i krzepka, jak gdyby nigdy nie przerwała swego wzrostu. Jest ten sam, jaki był trzy stulecia temu, zanim istniały obecne religie tego kraju; wiecie, że jest ten sam; to jest zarzut wytaczany przeciw niemu, że się nie zmienia; czas i miejsce go nie tykają, ponieważ ma swe źródło tam, gdzie nie ma ani miejsca, ani czasu, ponieważ pochodzi z tronu Niezmierzonego, Wiecznego Boga.
Z tymi uczuciami, bracia moi, czyż możemy się lękać, że nie będziemy mieli dość pracy w tak ogromnym mieście jak to, które tak nas potrzebuje? Ten, na którym się wspieramy, jest „wczoraj i dziś, ten sam na wieki". Jeśli czynił swe cuda w dniach dawnych, czyni swe cuda teraz; jeśli w dawnych dniach słabi i niegodni byli czynieni Jego narzędziami dobra, są nimi i teraz. Dopóki w Nim ufamy, dopóki jesteśmy wierni Jego Kościołowi, wiemy, że zamierza się nami posłużyć; jak — nie wiemy; kto ma być przedmiotem Jego miłosierdzia — nie wiemy; nie wiemy, do kogo jesteśmy posłani; lecz wiemy, że dziesiątki tysięcy wołają o nas i że z pewnością zostaniemy posłani do Jego wybranych. „Słowo, które wyjdzie z ust Jego, nie wróci do Niego bezowocne, lecz uczyni Jego upodobanie i poszczęści się w tym, do czego je posłał". Żaden tak niewinny, żaden tak grzeszny, żaden tak tępy, żaden tak mądry, by nie był przedmiotem dla łaski Kościoła katolickiego. Jeśli nie przeważymy z wykształconymi, przeważymy z prostakami; jeśli zawiedziemy ze starymi, pozyskamy młodych; jeśli nie nakłonimy poważnych i szanownych, powiedzie się nam z lekkomyślnymi; jeśli nie dosięgniemy tych, którzy są blisko Kościoła, dotrzemy nawet do tych, którzy są od niego daleko. Ramię Boga nie zostało skrócone; nie posłał nas tu na próżno; chyba że (czego On sam niech broni!) obrócimy się wniwecz z powodu naszego własnego nieposłuszeństwa.
Prawda, jest jedna klasa osób, do których zdawalibyśmy się posłani bardziej niż do innych, do których naturalnie moglibyśmy się zwrócić i na których uwagę mamy poniekąd prawo. Jakże mógłbym stosownie zakończyć te uwagi, nie czyniąc o nich wzmianki? Są, powiadam, tacy, którzy — jak my sami — w czasach minionych byli stopniowo prowadzeni krok po kroku, aż wraz z nami stanęli na progu Kościoła. Czuli wraz z nami, że religia katolicka różni się od czegokolwiek innego na świecie; i choć trudno powiedzieć, co więcej czuli wspólnie (bo żadne dwie osoby nie czuły dokładnie tak samo), to jednak czuli, że mają się czegoś nauczyć, że ich droga nie jest dla nich jasna, i pragnęli odkryć wolę Bożą. Otóż czego można było oczekiwać po takich osobach, co było w nich naturalne, gdy usłyszały, że ich właśni przyjaciele, z którymi tak w pełni współczuli, poszli naprzód, pod poczuciem obowiązku, by przyłączyć się do Kościoła katolickiego? Z pewnością było naturalne — nie powiem, że powinni byli od razu pójść za nimi (bo mieli też autorytet po stronie pozostania) — lecz przynajmniej było naturalne, by dobrze rozważyli tę rzecz i wysłuchali z zainteresowaniem tego, co ich przyjaciele mogliby im powiedzieć. Czy w istocie tak uczynili? niestety, niektórzy z nich uczynili wprost przeciwnie: rzekli: „Skoro nasze wspólne nauki i zasady powiodły was naprzód, to właśnie dlatego my pójdziemy wstecz; im bardziej dotąd zgadzaliśmy się z wami, tym mniej możemy teraz być przez was poruszeni. Ponieważ wy odeszliście, my postanawiamy raz na zawsze pozostać. Jesteście dla nas pokusą, bo wasze argumenty są mocne. Jesteście dla nas przestrogą, bo nie wolno wam być naszym przykładem. Nie chcemy słuchać więcej, byśmy nie usłyszeli za wiele. Byliście prostolinijni, gdy byliście po naszej stronie, dlatego musicie być wykrętni teraz, gdyście ją opuścili. Mieliście słuszność, czyniąc konwertytów wtedy, dlatego nie macie słuszności, czyniąc konwertytów teraz. Zepsuliście obiecującą sprawę i nie zasługujecie od nas na żadną litość."
Tak mówią; niech to powiedzą przed trybunałem Chrystusa! Wziąwszy to w najlepszym świetle, bracia moi, na czym opiera się ów argument, jak nie na tym — że wszelkie badanie musi być błędne, które kończy się zmianą religii? Proces potępiony jest przez swój wynik; jest to czysty absurd porzucić religię swego urodzenia, dom swych uczuć, siedzibę swego wpływu, źródło swego utrzymania. Absurdem było u św. Pawła stać się chrześcijaninem; absurdem było u niego płakać nad swymi braćmi, którzy nie mogli go słuchać. Pojmuję teraz, jak nie pojmowałem przedtem, czemu to Żydzi tulili się w swoim judaizmie i byli odporni na perswazję. Daremnie Apostołowie nalegali: „Wasza religia wiedzie do naszej, a nasza jest faktem przed waszymi oczyma; czemu czekać na to, co już jest obecne, jak gdyby miało dopiero nadejść? czy uważacie wasz Kościół za doskonały? czy utrzymujecie, żeście osiągnęli cel? czemu nie zwrócić przynajmniej myśli ku chrześcijaństwu?" „Nie", mówili oni; „będziemy żyć, będziemy umierać tam, gdzieśmy się urodzili; religia naszych przodków, religia naszego narodu jest jedyną prawdą; bezpiecznie musi być nie ruszać się. Nie odbierzemy sobie naszego Kościoła, nie zejdziemy z naszych roszczeń; zamkniemy serca na przekonanie i postawimy wieczność na naszym położeniu." Och, wielki argumencie, nie dla Żydów tylko, lecz dla mahometan, dla Hindusów! wielki argumencie dla pogan wszystkich krajów, dla wszystkich, którzy przekładają ten świat nad inny, którzy przekładają chwilowy pokój nad prawdę, obecną wygodę nad odpuszczenie grzechów, uśmiech przyjaciół nad łaskę Chrystusa! lecz słaby argumencie, mocne złudzenie, w jasnym promieniu nieba i w oku Tego, który przychodzi sądzić świat ogniem.
O drodzy bracia moi, jeśli ktokolwiek jest tu obecny, do kogo te uwagi mogą się mniej lub więcej odnosić, nie czyńcie nam tej niesprawiedliwości, byście myśleli, że dążymy do waszego nawrócenia dla jakiegoś naszego własnego stronniczego celu. Cóż byśmy zyskali z waszego przyłączenia się do nas, prócz dodatkowego ciężaru i odpowiedzialności? Lecz kto zniesie myśl, że pobożne, religijne serca, na które tak osobliwie spłynęła łaska Boża, które tak się nadają do nawrócenia, które są przeznaczone do nieba, miałyby cofać się z powrotem w świat, z którego zostały wezwane, i tracić nagrodę, która niegdyś była w ich zasięgu? Kto, kto was zna, zdoła uwierzyć, że zawsze będziecie zawodzić tęskne nadzieje tych, których niegdyś tak bardzo kochaliście i tak skutecznie posuwaliście naprzód! *Dies venit, Dies Tua*, dzień przyjdzie, choć może się opóźni, a my w cierpliwości będziemy nań czekać. Mimo to prawda musi być wypowiedziana — nie my was potrzebujemy, lecz wy potrzebujecie nas; nie my będziemy pokonani, jeśli nie zdołamy was pozyskać, lecz wy będziecie ci, którym zabraknie, jeśli nie zostaniecie pozyskani. Pozostańcie zatem w jałowości waszych uczuć, w upadku waszej gorliwości i w rozterce waszego rozumu, jeśli nie chcecie się nawrócić. Niestety! jest dość pracy do wykonania, mniej kłopotliwej, mniej pełnej troski niż piecza nad waszymi duszami. Są tysiące grzeszników do pojednania, młodych do strzeżenia, pobożnych do pocieszenia. Bóg nie potrzebuje czcicieli; nie potrzebuje przedmiotów dla swego miłosierdzia; może obejść się bez was; ofiaruje swoje dobrodziejstwa i przechodzi dalej; nie zwleka; ofiaruje raz, nie dwa i trzy razy; przechodzi do innych; zwraca się do pogan; zwraca się do jawnych grzeszników; odrzuca dobrze prowadzących się dla wyrzutka; „głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił".
Co do mnie, bracia moi, nie jest prawdopodobne, byście usłyszeli mnie znowu; może to być moje pierwsze i ostatnie słowo do was, bo nie tu jest mój dom. *Si justificare me voluero, os meum condemnabit me*, „Jeśli zechcę się usprawiedliwić, usta moje mnie potępią; jeśli okażę swą niewinność, dowiodą one, żem przewrotny"; a jednak, choć pełen niedoskonałości, pełen nędz, ufam, że mogę powiedzieć w mojej mierze za Apostołem: „W całkowicie dobrym sumieniu żyłem przed Bogiem aż do dnia dzisiejszego. Chlubą bowiem jest dla nas świadectwo naszego sumienia, że w prostocie serca i szczerości Bożej, a nie w cielesnej mądrości, lecz w łasce Boga żyliśmy na tym świecie, a tym obficiej względem was". Szedłem za Jego prowadzeniem, a On mnie nie zawiódł; złożyłem się w Jego ręce, a On dał mi, czegom szukał; i jak był ze mną dotąd, tak niech On, i Jego Błogosławiona Matka, i wszyscy dobrzy Aniołowie i Święci, będą ze mną aż do końca.