Zamierzam, bracia moi, postawić twierdzenie, które niektórzy — zwłaszcza ci, których najbardziej ono dotyczy — nie zawahają się nazwać wielkim paradoksem; uważam je jednak za najprawdziwsze, a nadto za takie, które tym bardziej będzie się wam potwierdzać, im częściej będziecie kierowali ku temu przedmiotowi swoje myśli, i które, w miarę upływu czasu, znajdzie potwierdzenie w religijnych dziejach tego kraju. Brzmi ono tak: równie trudno, a zarazem równie łatwo jest wierzyć, że istnieje Bóg w niebie, jak wierzyć, że Kościół katolicki jest Jego wyrocznią i sługą na ziemi. Nie chcę przez to powiedzieć, że wiara w Boga jest naprawdę trudna (niech Bóg sam tego broni!) — bynajmniej; chcę natomiast powiedzieć, że wiara w Boga i wiara w Jego Kościół spoczywają na tego samego rodzaju podstawie; że dowód jednej prawdy jest podobny do dowodu drugiej, a zarzuty, jakie można postawić przeciw jednej, są podobne do zarzutów, jakie można postawić przeciw drugiej; oraz że tak jak prawy rozum i zdrowy sąd przeważają nad zarzutami przeciw istnieniu Boga, tak też usuwają i odrzucają zarzuty przeciw Bożemu posłannictwu Kościoła. Sądzę zaś, że gdy raz człowiek naprawdę uchwyci wielką naukę o tym, że istnieje Bóg, w jej prawdziwym znaczeniu i ze wszystkimi jej następstwami, wówczas (o ile nie ma żadnej przyczyny zakłócającej, żadnych osobliwości w jego położeniu, niezawinionej niewiedzy i tym podobnych rzeczy) zostanie poprowadzony bez wysiłku, jakby przez naturalne przedłużenie owej wiary, do tego, by uwierzyć również w Kościół katolicki jako w Posłańca czy Proroka Bożego, odrzucając jako bezwartościowe zarzuty, które można przytoczyć przeciw tej ostatniej prawdzie, tak jak odrzuca zarzuty, które można przytoczyć przeciw pierwszej. Z drugiej zaś strony sądzę, że gdy człowiek nie wierzy w Kościół, wówczas (odsuwając, jak poprzednio, te same przypadkowe przeszkody) nie ma w rozumie nic, co by go powstrzymywało od powątpiewania o istnieniu Boga.
Stan rzeczy jest taki: każdy spontanicznie przyjmuje naukę o istnieniu Boga jako pierwszą zasadę i jako konieczne założenie. Nie tyle bywa mu ona dowodzona, ile w sposób nieodparty wdziera się do jego umysłu jako prawda, o której nie przychodzi mu na myśl wątpić ani nie jest dlań możliwe wątpić — tak rozmaite i tak obfite jest świadectwo na jej rzecz, zawarte w doświadczeniu i w sumieniu każdego człowieka. Nie potrafi on rozplątać tego procesu ani wskazać palcem na poszczególne, niezależne argumenty, które razem spiskują, by wytworzyć w nim pewność, jaką odczuwa; pewny jej jednak jest, i nie ma ani pokusy, ani pragnienia, by w nią powątpiewać, a gdyby zaszła potrzeba, mógłby przynajmniej wskazać na księgi lub na osoby, od których mógłby uzyskać rozmaite formalne dowody, na których wspiera się istnienie Boga, oraz niezbity dowód, jaki stąd wynika przeciw wolnomyślicielowi i sceptykowi. Zarazem z pewnością przekonałby się, gdyby był w stanie sam zgłębiać ten przedmiot, że niewierzący mają nad nim przewagę o tyle, iż istnieje pewna liczba zarzutów przeciw tej nauce, których nie umiałby rozwiązać, pytań, których nie umiałby rozstrzygnąć, tajemnic, których nie umiałby ani pojąć, ani wytłumaczyć; spostrzegłby, że sam zrąb dowodu mógłby być doskonalszy i pełniejszy, niż jest; nie znalazłby wprawdzie niczego, co by ów dowód obalało, lecz wiele rzeczy, które mogłyby go zakłopotać w dyskusji albo dostarczyć prawdopodobnej — choć nie rzeczywistej — wymówki, by o tym powątpiewać.
Niemal tak samo rzecz się ma z wielkim moralnym prawem Bożym. Bierzemy je za rzecz oczywistą, i słusznie; cóż moglibyśmy bez niego uczynić, gdzież byśmy bez niego byli? Jak moglibyśmy się prowadzić, gdyby nie było różnicy między dobrem a złem, i gdyby jeden czyn był równie miły naszemu Stwórcy jak inny? Niepodobna! Jeśli cokolwiek jest prawdziwe i Boże, takim jest prawo sumienia, a przyjmować coś przeciwnego — to budzi grozę. A jednak, mimo to, pozostaje całkiem dosyć miejsca, by przeciwnicy wprowadzali wątpliwości co do jego powagi czy jego orzeczeń; i gdy badacz jest oziębły i wybredny, albo niedbały, albo szuka wymówki dla nieposłuszeństwa, łatwo mu zagmatwać i zamącić swój rozum, aż zacznie pytać, czy to, co przez całe życie uważał za grzechy, jest naprawdę grzechami, i czy sumienność nie jest w gruncie rzeczy zabobonem.
Podobnie rzecz się ma z Kościołem katolickim: nosi on na sobie znamiona boskości, które od razu przemawiają do każdego umysłu, jeśli tylko nie został on opanowany przez uprzedzenie ani wychowany w podejrzliwości. Nie tyle jest to proces dociekania, ile natychmiastowe rozpoznanie, na którym umysł opiera swoją wiarę. Co więcej, można rozłożyć na czynniki te argumenty i ująć w formalny kształt ów wielki dowód, na którym wspierają się jego roszczenia; lecz z drugiej strony jest też całkiem możliwe, by przeciwnicy wystąpili z pewnymi imponującymi zarzutami, które — choć w istocie nie naruszają owych roszczeń — same w sobie są jednak pozornie przekonujące i wystarczają, by zatrzymać i zaplątać umysł, oraz by go odwieść od rzetelnego rozważenia dowodu i ogromnego szeregu argumentów, z których się on składa. Mam na myśli takie zarzuty jak następujące: jak Bóg Wszechmogący może być Trójcą, a zarazem jednym; jak Chrystus może być Bogiem, a zarazem człowiekiem; jak może być równocześnie w Najświętszym Sakramencie pod postacią chleba i wina, a zarazem w niebie; jak nauka o wiecznej karze daje się pogodzić z nieskończonym miłosierdziem Boga; albo znów — jeśli Kościół katolicki pochodzi od Boga, jak to się dzieje, że dar przynależności do niego nie jest, i nie był, udzielony wszystkim ludziom; jak to się dzieje, że tylu pozornie dobrych ludzi pozostaje poza nim; dlaczego oddaje on taką cześć Najświętszej Dziewicy i wszystkim świętym; jak to się dzieje, że skoro również Pismo Święte pochodzi od Boga, można je przytaczać przeciw jego nauce; jednym słowem, jak to się dzieje — jeśli pochodzi on od Boga — że nie wszystko, co czyni i mówi, jest doskonale zrozumiałe dla człowieka, i to zrozumiałe nie tylko dla człowieka w ogólności, lecz dla rozumu, sądu i smaku każdej jednostki tego gatunku z osobna?
Otóż, jakkolwiek niepokoić mnie może los następnego pokolenia, ufam, że na razie nie muszę żywić żadnego niepokoju, gdy przed zgromadzeniem, choćby jak najbardziej mieszanym, kładę nacisk na tajemnice czy trudności, które wiążą się z nauką o istnieniu Boga, a na które z konieczności musi się zgodzić każdy, kto w nią wierzy. Ufam, i jestem pewien, że jak dotąd jest rzeczą bezpieczną postawić nawet przed kimś, kto nie jest katolikiem, pewne punkty, które zmuszony jest przyjąć, chce czy nie chce, gdy wyznaje, że istnieje Bóg. Zamierzam to uczynić nie bez powodu, lecz z określonym celem, mianowicie aby mu pokazać, że nie wymaga się od niego, by w Kościele katolickim wierzył w cokolwiek dziwniejszego lub bardziej niewytłumaczalnego, niż już to przyjmuje, gdy wierzy w Boga; tak iż, jeśli Bóg istnieje mimo trudności towarzyszących tej nauce, to i Kościół może być Bożego pochodzenia, choć i ta prawda ma swoje trudności — owszem, mógłbym nawet powiedzieć: Kościół jest Boży właśnie z powodu tych trudności; trudności bowiem, które tkwią w nauce o tym, że istnieje Byt Boży, użyczają jedynie poparcia i osłony pokrewnym trudnościom w nauce o tym, że istnieje Kościół katolicki. Jeśli w jego nauce jest coś tajemniczego, dowodzi to tylko, że pochodzi on od Tego, który sam jest Tajemnicą — i to w najprostszych, najbardziej elementarnych pojęciach, jakie o Nim mamy, którego nie możemy w ogóle ujmować inaczej niż jako Tego, który jest bezwzględnie większy od naszego rozumu i całkowicie obcy naszej wyobraźni.
Najpierw więc rozważcie, że Bóg Wszechmogący nie miał początku, oraz że jest to konieczne z natury rzeczy i nieuniknione. Gdyby bowiem (przyjmując rzecz niedorzeczną) twórca widzialnego świata sam został uczyniony przez jakiegoś innego twórcę, a ten znów przez kolejnego, to i tak musielibyście w końcu dojść do pierwszego Twórcy, który nie miał twórcy, to jest, który nie miał początku. Jeśli tego nie dopuścicie, będziecie zmuszeni powiedzieć, że świat w ogóle nie został uczyniony, albo że uczynił się sam i sam nie miał początku, co jest jeszcze bardziej zdumiewające; o wiele bowiem łatwiej pojąć, że Duch, jakim jest Bóg, istniał od wieczności, niż że ten materialny świat był wieczny. Jeśli więc nie postanowimy wątpić, że żyjemy w ogóle w świecie bytów, jeśli nie zwątpimy o naszym własnym istnieniu — to gdy tylko przyznamy, że istnieje teraz coś takiego czy innego, natychmiast wynika z tego, że musi istnieć coś, co zawsze istniało i nigdy nie miało początku. Otóż to jest pewne z konieczności rzeczy; ale czyż może być tajemnica bardziej przytłaczająca niż ta? Powiedzieć, że jakiś byt nie miał początku, zdaje się być sprzecznością w samych słowach; jest to tajemnica równie wielka jak którakolwiek w wierze katolickiej, a raczej większa. Tak na przykład Kościół naucza, że Ojciec jest Bogiem, Syn Bogiem i Duch Święty Bogiem, a przecież jest tylko jeden Bóg; jest to dla nas po prostu niepojęte, lecz przynajmniej o tyle nie pociąga za sobą sprzeczności samego z sobą, że Bóg nie jest Trójcą i jednym w tym samym znaczeniu, lecz jest Trójcą w jednym znaczeniu, a jednym w drugim; przeciwnie zaś, powiedzieć, że jakiś byt nie ma początku, to jak wypowiedzieć twierdzenie, które nic nie znaczy, i jest niedorzecznością. I znów: protestanci sądzą, że katolicka nauka o rzeczywistej obecności nie może być prawdziwa, ponieważ — jak dowodzą — gdyby tak było, Ciało Pana naszego byłoby zarazem w dwóch miejscach, w niebie i na ołtarzu, a to, jak twierdzą, jest niemożliwością. Otóż katolicy wcale nie widzą, by było rzeczą niemożliwą, żeby Pan nasz był w niebie, a zarazem na ołtarzu; nie widzą wprawdzie, jak może być w obu naraz, ale nie widzą też, czemu by nie miało tak być; wiele jest rzeczy, które istnieją, choć nie wiemy jak — czyż wiemy, jak cokolwiek istnieje? — wiele jest prawd, które nie są przez to mniej prawdami, że nie umiemy ich sobie wyobrazić ani pojąć; w każdym razie katolicka nauka o rzeczywistej obecności nie jest bardziej tajemnicza niż to, jak Bóg Wszechmogący może istnieć, a jednak nigdy nie zacząć istnieć. Nie wiemy, co znaczy powiedzenie, że Bóg Wszechmogący nie będzie miał końca, ale przecież nie ma w tym nic, co by trapiło lub mąciło nasz rozum; mąci jednak nasz wzrok duchowy i przyprawia o zawrót głowy, gdy musimy powiedzieć (czego mimo wszystko nie możemy nie powiedzieć), że nie miał On początku. Rozum jasno nam to uprzytamnia, a jednak rozum znów się przed tym wzdryga; rozum cofa się przed własnym odkryciem, a przecież jest zmuszony je znosić. Odkrywa, wzdryga się, poddaje się — taki jest stan rzeczy; powiadam jednak, że ci, którzy zmuszeni są ugiąć kark przed tą tajemnicą, nie mają powodu być tak drażliwi na punkcie tajemnic Kościoła katolickiego.
A teraz rozważcie znów to — co wprawdzie nie tak dalece zbija z tropu rozum, lecz najbardziej oszałamia wyobraźnię: że jeśli Wszechmogący nie miał początku, to musiał przeżyć całą wieczność sam jeden. Cóż za przejmująca myśl! Nasze szczęście — szczęście nasze, biednych śmiertelników — polega na tym, by spoglądać ku jakiemuś przedmiotowi albo dążyć do jakiegoś celu; my, biedni śmiertelni ludzie, nie umiemy pojąć przedłużonego spoczynku inaczej niż jako rodzaj gnuśności i zapamiętania się w sobie; nużymy się, gdy rozmyślamy przez jedną krótką godzinę; cóż więc znaczą słowa, że On, Wielki Bóg, spędził nieskończone wieki sam jeden? Jaki był cel Jego bytu? On sam był swoim celem — jakże to niepojęte! A skoro przeżył całą wieczność sam jeden, to mógłby był, gdyby tak chciał, nigdy nie stworzyć niczego; i wówczas od wieczności do wieczności nie byłoby nikogo prócz Niego, nikogo, kto by Go oglądał, nikogo, kto by Go kontemplował, nikogo, kto by Go wielbił i chwalił. Jakże to przytłaczające do pomyślenia! Że nie byłoby żadnej przestrzeni, żadnego czasu, żadnego następstwa, żadnej zmienności, żadnego postępu, żadnego pola, żadnego kresu. Jeden Nieskończony Byt od początku do końca, i nic więcej! I czemu właśnie On? Co jest mniej przykre dla naszej wyobraźni — myśl o jednym tylko istniejącym Bycie, czy o całkowitym niebycie? O bracia moi, tu jest tajemnica bez złagodzenia, bez ulgi! Jakże surowa i przejmująca grozą! Tajemnice Objawienia, dogmaty katolickie — jakkolwiek niepojęte — są najłaskawsze, najmiłościwsze, brzemienne miłosierdziem i pociechą dla nas, nie tylko wzniosłe, lecz wzruszające i zniewalające serce; taka jest nauka o tym, że Bóg stał się człowiekiem. Niepojęta ona jest, i możemy tylko adorować, gdy słyszymy, że ów Wszechmogący Byt, o którym mówiłem, Ten, „który mieszka w wieczności", przyjął ciało i krew z żył Dziewicy, leżał w łonie Dziewicy, był karmiony piersią Dziewicy, był posłuszny ludzkim rodzicom, pracował w skromnym rzemiośle, był wzgardzony przez swoich, był policzkowany i biczowany przez swoje stworzenia, został przybity za ręce i nogi do krzyża i umarł śmiercią złoczyńcy; oraz że teraz, pod postacią chleba, spoczywa na naszych ołtarzach i pozwala się ukryć w małym tabernakulum!
Najzupełniej niepojęta, a jednak — gdy ta myśl przygniata naszą wyobraźnię, zarazem owłada naszym sercem; jest to najbardziej ujmująca, wzruszająca, przeszywająca myśl, jaką można sobie odmalować. Przenika nas dreszczem, wyciska nam łzy, upokarza nas i roztapia w miłości i przywiązaniu, gdy się przy niej zatrzymujemy. O najtkliwszy i najmiłosierniejszy Panie! Widzicie, On usuwa sprzed naszych oczu ową swoją tajemniczość, która jest tylko przejmująca grozą i straszna; nie kładzie nacisku na swoją minioną wieczność; nie chciałby przestraszać i trwożyć swoich biednych dzieci, gdy w końcu do nich przemawia; nie — otacza się jedynie własną nieskończoną hojnością i współczuciem; każe swojemu Kościołowi mówić nam tylko o swoim tajemniczym zniżeniu się. A jednak rozum nasz — dociekliwy, ciekawski rozum — wyszukuje dla nas owe wcześniejsze i surowsze tajemnice, które związane są z Jego bytem, a On dopuszcza, byśmy je odkryli. Dopuszcza to, wie bowiem, że ten sam rozum, choć się przed nimi cofa, musi się z nimi pogodzić; wie, że odczuje on, iż są to prawdy jasne i nieuniknione, jakkolwiek przerażające. Dopuszcza, by je odkrył, abyśmy — i przez podobieństwo, i przez przeciwieństwo między tym, co rozum wnioskuje, a tym, co Kościół objawia — zostali poprowadzeni od przejmujących grozą odkryć jednego ku łaskawym obwieszczeniom drugiego; a także po to, by odrzucenie Objawienia samo było swoją własną karą, i by ci, którzy potykają się o tajemnice katolickie, zostali odrzuceni z powrotem na diamentowe skały, na których wspiera się tron Wiekuistego, i by zmagali się z surowymi wnioskami rozumu, skoro odrzucają jasne pociechy wiary.
A oto następna trudność, którą rozum odkrywa, lecz nie umie wytłumaczyć. Skoro świat istnieje, a nie istniał zawsze, był więc czas, w którym Wszechmogący zmienił ów stan rzeczy, jaki trwał od całej wieczności, na inny stan. Dziwne było, że trwał sam jeden przez wieczność; co więcej, dziwne by było, gdyby tego nigdy nie zmienił; ale dziwne jest też i to, że ten stan zmienił. Dziwne jest, że będąc przez wieczność sam jeden, miałby kiedykolwiek wyjść z tego samotnego stanu i otoczyć się milionami nad milionami żyjących istot. Stan, który trwał od wieczności, można by słusznie uważać za niezmienny; a jednak ustał, i inny zajął jego miejsce. Jakiż cel mógł mieć Najszczęśliwszy, zaczynając stwarzać i postanawiając przebyć drugą wieczność tak odmiennie od pierwszej? Ta tajemnica, bracia moi, skłoni nas, jak sądzę, do pojednania się z trudnością pewnego pytania, jakie czasem stawiają nam niewierzący, mianowicie: jeśli religia katolicka pochodzi od Boga, czemu tak późno w dziejach świata została ustanowiona? Czemu upłynęło kilka tysięcy lat, zanim przyszedł Chrystus, i Jego dary zostały wylane na rodzaj ludzki? Lecz z pewnością nie jest tak dziwne, że Sędzia ludzi miałby zmienić swoje postępowanie z nimi „w pełni czasów", jak to, że miałby zmienić dzieje niebios w pełni wieczności. Jeśli stworzenie miało początek w pewnej oznaczonej chwili, czemu nie miałoby go mieć i odkupienie? A jeśli zmuszeni jesteśmy wierzyć, chcąc czy nie chcąc, że niegdyś dokonała się nowość w biegu rzeczy na wysokościach, i że wszechświat powstał z niczego, oraz jeśli — nawet gdy ziemia została stworzona — pozostawała ona jeszcze „pusta i próżna, a ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód", to cóż za tak wielki dziw, że był w niezbadanych zamysłach Bożych oznaczony okres, podczas którego trwał „powróz zarzucony na wszystkie ludy" i „zasłona na nie rozciągnięta", a potem przyszła chwila, w której więzy niewoli zostały skruszone, a zasłona błędu rozdarta?
Otóż przypuśćmy, że ta nowość została postanowiona w wiecznym zamyśle Najwyższego, i że stworzenie ma się dokonać; z kogóż, bracia moi, ma się ono składać? Niewątpliwie z bytów, które mogą Go chwalić i błogosławić, które mogą podziwiać Jego doskonałości i być posłuszne Jego woli, które najmniej niegodne będą tego, by usługiwać wokół Jego tronu i dotrzymywać Mu towarzystwa. Rozejrzyjcie się wokoło i powiedzcie, jak dalece fakty potwierdzają to przewidywanie. Jest tylko jeden rodzaj istot rozumnych, o ile mamy doświadczenie z natury, i tysiąc rodzajów takich, które nie mogą miłować ani czcić Tego, kto je uczynił. Miliony nad milionami zażywają swego krótkiego okresu życia, lecz tylko człowiek może spojrzeć w niebo; a czymże jest człowiek, choćby było ich wielu, czymże jest on wobec tak niezliczonego mnóstwa? Rozważcie obfitość zwierząt, które przemierzają ziemię, ptaków pod sklepieniem niebieskim, ryb w głębinach oceanu, a nade wszystko bujne odmiany owadów, których drobność udaremnia nasze liczenie, a obfitość — naszą zdolność pojmowania. Niewątpliwie wszystkie one głoszą chwałę Stwórcy, jak i żywioły: „ogień, grad, śnieg i lód, wicher gwałtowny, co pełni Jego słowo". A przecież ani jedno z nich nie ma duszy, ani jedno nie wie, kto je uczynił, ani że jest uczynione, ani jedno nie może Mu oddać żadnej właściwej służby, ani jedno nie może Go miłować. Doprawdy, jakże dalece cały świat jest pod każdym względem mniejszy od tego, czym mógłby być! Nie posiada nawet stworzonej doskonałości w jej pełni. Naznaczony jest niedoskonałością; wszystko wprawdzie jest dobre w swoim rodzaju, Bóg bowiem nie mógłby stworzyć niczego inaczej, lecz o ileż pełniej mógłby był wlać w to swoją chwałę i wpoić swoją łaskę, o ileż piękniejszy i bardziej Boski świat mógłby był uczynić niż ten, który — po wiecznym milczeniu — powołał do bytu! Niech odpowie rozum, powtarzam — czemu nie otoczył się duchowymi inteligencjami i nie ożywił duszą każdego materialnego atomu? Czemu nie uczynił samego podnóżka swego tronu i posadzki swojej świątyni z natury anielskiej, z istot, które mogłyby Go chwalić i błogosławić, pełniąc zarazem dla Niego służbę najniższą? Postawcie ludzki dowcip i ludzką wyobraźnię przed zadaniem obmyślenia świata, a zobaczycie, bracia moi, o ileż wspanialszy projekt by przedłożyli, niż ten, który spodobał się Wszechmocnemu i Wszechmądremu. Ambitnym byłby architektem, gdyby go wezwano do budowy pałacu Pana wszechrzeczy, w którym każda pojedyncza część byłaby najlepsza z możliwych, barwy najjaśniejsze, materiały najkosztowniejsze, a rysy najdoskonalsze. Odejdźmy od prywatnych urojeń i pomysłów człowieka oraz od jego wybrednych ocen tego ogromnego przedmiotu; przejdźmy do faktów, które mamy przed oczyma, i powiedzmy, co nam się jawi. Widzimy wszechświat, po większej części materialny i zniszczalny, ukształtowany wprawdzie według praw nieskończonej zręczności i świadczący o Wszechmądrej Dłoni, lecz martwy i bezrozumny; ogromne kule, rzucone w przestrzeń i poruszające się mechanicznie; subtelne wpływy, przenikające do najukrytszych zakątków i porów świata, równie szybkie i bystre jak myśl, a przecież równie bezradne jak glina, z której myśl uszła. A następnie życie bez zmysłów: miriady drzew i roślin, „trawa polna", piękna dla oka, lecz znikoma i bezwartościowa w oczach nieba. A potem, gdy w końcu odkrywamy zmysły obok życia, cóż — powtarzam — widzimy, jeśli nie jeszcze większą tajemnicę? Oglądamy widowisko zwierzęcej natury: popędów, uczuć, skłonności, namiętności, które w nas są kierowane lub powściągane przez nadzorujący rozum, lecz przed którymi — gdy stają się niepohamowane — wzdragamy się jako przed czymś strasznym i wstrętnym, ponieważ w nas byłyby grzechem. Miliony nierozumnych stworzeń nas otaczają, i zdawałoby się, jakby Stwórca pozostawił część swego dzieła w pierwotnym chaosie, tak potworne są te istoty, które poruszają się, czują i działają bez namysłu i bez zasady. Materii nadał prawa; rozdzielił to, co wilgotne, i to, co suche, to, co ciężkie, i to, co rzadkie, to, co jasne, i to, co ciemne; „postawił piasek jako granicę dla morza, wieczne przykazanie, którego nie przekroczy". Ujarzmił żywioły i uczynił je sługami powszechnego dobra; lecz nieme zwierzęta snują się tam i z powrotem w swojej dzikości i odosobnieniu, bez jarzma na karku ani „wędzidła w pyskach", wrogie wszystkiemu, co spotykają, a jednak niezdolne do miłości samych siebie. Żyją jedne ciałem drugich z pierwotnej konieczności swojego bytu; ich oczy, ich zęby, ich pazury, ich mięśnie, ich głos, ich chód, ich wewnętrzna budowa — wszystko to mówi o przemocy i krwi. Zdają się stworzone, by zadawać ból; rzucają się na swoją zdobycz z zaciekłością i pożerają ją z chciwością. Nie ma niemal namiętności ani uczucia, które w człowieku jest grzechem, a którego nie znaleźlibyśmy w nich, bezrozumne i nieodpowiedzialne. Wściekłość, wyuzdane okrucieństwo, nienawiść, posępność, zazdrość, mściwość, przebiegłość, złośliwość, zawiść, pożądliwość, próżna chwała, obżarstwo — każde z nich ma tam swojego przedstawiciela; i powiedz, o teistyczny filozofie tego świata, który chciałbyś chodzić wyłącznie według rozumu, a gardzisz wiarą katolicką, czyż nie jest to przedziwne — albo wytłumacz to, jeśli zdołasz — że Wszechmądry i Wszechdobry rozlał po obliczu swego pięknego stworzenia te surowe i niedokończone byty, by wyglądały jak grzesznicy, choć nimi nie są, a nadto stworzone przed człowiekiem, być może przez niezliczony okres, i dzielące z nim ziemię od tamtego czasu, a obecnie nawet faktyczni władcy znacznej jej części?
Uwieńczeniem dzieła Bożego jest człowiek; on jest kwiatem i doskonałością stworzenia, i stworzony, by służyć i czcić swego Stwórcę; spójrzcie więc na niego, o mędrcy, którzy szydzicie z objawionego słowa, zbadajcie go i powiedzcie szczerze, czy jest on godną ofiarą, którą można by przedłożyć wielkiemu Bogu? Nie wolno mi mówić o grzechu — wy nie uznacie tego słowa albo wytłumaczycie je tak, że zniknie; rozważcie jednak człowieka takim, jakim się go znajduje na świecie, i — przyznając, jak przyznać musicie, że większość nie działa według reguły ani zasady, a niewielu oddaje jakąkolwiek cześć swemu Stwórcy, widząc, jak widzicie, że nieprzyjaźnie, oszustwa, okrucieństwa, ucisk, krzywdy, wybryki są niemal tworzywem ludzkiego życia, znając też przedziwne uzdolnienia człowieka, a zarazem ich nieuchronne udaremnienie w tak krótkim istnieniu — czy ośmielicie się powiedzieć, że jarzmo Kościoła jest ciężkie, skoro wy sami, oglądając wszechświat od krańca do krańca, jesteście zmuszeni mocą rozumu poddać swój rozum wyznaniu, że Bóg nie stworzył niczego doskonałego — świata porządku, który jest martwy i zniszczalny, świata nieśmiertelnych duchów, który jest w buncie?
Dochodzę więc do takiego wniosku: jeśli mam poddać swój rozum tajemnicom, to niewielka różnica, czy będzie ich o jedną więcej, czy o jedną mniej, skoro wiara i tak jest samą istotą wszelkiej religii, skoro główną trudnością dla badacza jest mocno utrzymać, że istnieje Bóg żywy — mimo ciemności, która Go otacza — Stwórca, Świadek i Sędzia ludzi. Gdy raz umysł zostanie ujeżdżony, jak ujeżdżony być musi, do wiary w Moc ponad sobą, gdy raz pojmie, że nie sam jest miarą wszystkich rzeczy na niebie i na ziemi, niewielką już będzie miał trudność, by iść dalej. Nie twierdzę, że pójdzie czy że może iść do innych prawd bez przekonania; nie twierdzę, że powinien wierzyć w wiarę katolicką bez podstaw i pobudek; lecz twierdzę, że gdy raz uwierzy w Boga, główna przeszkoda dla wiary została usunięta — pyszny, samowystarczalny duch. Gdy raz człowiek naprawdę, oczyma swojej duszy i mocą łaski Bożej, rozpozna swego Stwórcę, przekroczył pewną granicę; stało się z nim to, co nie może się stać dwa razy; ugiął swój sztywny kark i odniósł triumf nad sobą samym. Jeśli wierzy, że Bóg nie ma początku, czemu by nie wierzyć, że jest Trójcą, a zarazem jednym? Jeśli przyznaje, że Bóg stworzył przestrzeń, czemu by nie przyznać również, że może sprawić, by ciało istniało bez zależności od miejsca? Jeśli zmuszony jest przyznać, że Bóg stworzył wszystkie rzeczy z niczego, czemu wątpić o Jego mocy przemienienia substancji chleba w Ciało swego Syna? Równie dziwne jest, że po wiecznym spoczynku miałby zacząć stwarzać, jak to, że gdy raz stworzył, miałby przyjąć na siebie stworzoną naturę; równie dziwne jest, że człowiekowi pozwolono upaść tak nisko, jak to widzimy na własne oczy w tylu strasznych przypadkach, jak to, że aniołowie i święci mieliby być wyniesieni aż do czci religijnej; równie dziwne jest, że tak liczne rodziny w świecie zwierzęcym zostały stworzone bez dusz i poddane marności, jak to, że jedno stworzenie — błogosławiona Matka Boża — miałoby być wyniesione ponad wszystkie inne; równie dziwne, że księga natury miałaby niekiedy zdawać się rozchodzić z prawem sumienia czy z wnioskami rozumu, jak to, że Pisma Kościoła dopuszczają wykładnię sprzeczną z jego Tradycją. A jeśli pobożny umysł wzdraga się przed powątpiewaniem o istnieniu Wszechmądrego i Wszechdobrego Boga na tej podstawie, że w naturze są tajemnice, czemu nie miałby się też wzdragać przed użyciem objawionych tajemnic jako argumentu przeciw Objawieniu?
A teraz, drodzy bracia moi, którzy jak dotąd pozostajecie poza Kościołem — jeśli doprowadziłem was aż tak daleko, doprawdy nie widzę, czemu nie doprowadziłbym was do tego, byście mu się poddali. Czy możecie z rozmysłem zasiąść pośród oszałamiających tajemnic stworzenia, gdy podaje się wam schronienie, w którym rozum zostaje wynagrodzony za swoją wiarę spełnieniem swoich nadziei? Natura nie zwalnia was z próby wierzenia, lecz nic wam w zamian nie daje; ona tylko was zawodzi. Tak czy owak musicie poddać swój rozum; nie jesteście w lepszym położeniu, jeśli odwracacie się od Kościoła; jedynie nie osiągacie tego, czegoście już daremnie szukali w naturze. Proste pytanie, które trzeba rozstrzygnąć, dotyczy faktu: czy zostało dane objawienie? Przyjmując je, zmniejszacie, a nie powiększacie swoje trudności. Przychodzi ono do was zalecone i naglone najprzychylniejszymi przeczuciami rozumu. Same trudności natury sprawiają, że objawienie staje się prawdopodobne; same tajemnice stworzenia wołają o jakiś czyn ze strony Stwórcy, przez który tajemnice te zostaną wam złagodzone albo wynagrodzone. Jedną z największych zagadek natury jest właśnie ta, że Stwórca pozostawił was samym sobie. Wiecie, że jest Bóg, a przecież znacie swoją własną niewiedzę o Nim, o Jego woli, o waszych obowiązkach, o waszych widokach. Objawienie byłoby największym z możliwych dobrodziejstw, jakie mogłyby wam zostać udzielone. Ostatecznie nie wiecie, lecz tylko wnioskujecie, że jest Bóg; nie widzicie Go, tylko o Nim słyszycie. Działa pod zasłoną; na każdym kroku jest bliski objawienia się wam, a jednak się nie objawia. Wycisnął w waszych sercach przeczucia swego majestatu; w każdej części stworzenia pozostawił ślady swojej obecności i dał przebłyski swojej chwały; dochodzicie do tego miejsca — był tam, lecz odszedł. Nauczył was swego prawa, w istocie niedwuznacznie, lecz przez wywód i przez podpowiedź, a nie przez bezpośredni rozkaz. Zawsze przemawiał do was okrężnie, przez wasz wewnętrzny zmysł, przez przyjętą opinię, przez wydarzenia życia, przez niejasne podania, przez mgliste dzieje; lecz jakby z rozmysłu i według wyraźnego prawa, nigdy nie ukazuje się waszym tęskniącym oczom ani waszemu znużonemu sercu, nigdy nie staje przed wami osobiście. Cóż to wszystko może znaczyć? Istota duchowa opuszczona przez swego Stwórcę! Musi być w tym niewątpliwie jakiś przejmujący grozą i wszechmądry powód; niemniej jest to dotkliwa próba — tak dotkliwa zaiste, że z radością musicie powitać wieść o Jego wkroczeniu, by ją usunąć lub umniejszyć.
Wieść więc o objawieniu, daleka od tego, by budzić podejrzenie, wdziera się do naszych serc dzięki najmocniejszym przemawiającym za nią domniemaniom rozumu. Trudno uwierzyć, że nie zostało ono dane — jak zresztą zawsze pokazywało postępowanie ludzkości. Nie możecie się powstrzymać od oczekiwania go z rąk Wszechmiłosiernego, jakkolwiek czujecie się go niegodni. Nie chodzi o to, że możecie się go domagać, lecz o to, że On budzi jego nadzieję; nie wy jesteście godni daru, lecz dar jest godny waszego Stwórcy. Jest on tak nieodparcie prawdopodobny, że niewiele dowodu nań potrzeba, choćby i niewiele zostało danego. Dowodu, że Bóg przemówił, mieć musicie, inaczej bowiem padlibyście łupem oszustw; ale jego ogromne prawdopodobieństwo pozwala wam — gdyby zaszła potrzeba — obejść się bez wszelkiego dowodu, który nie jest ledwie wystarczający dla waszego celu. Sam fakt, powiadam, że jest Stwórca, i to ukryty, potężnie was niesie i stawia u samego progu objawienia, i pozostawia was tam, wpatrzonych usilnie ku górze w oczekiwaniu Bożych znaków, że objawienie zostało dane.
Czy idziecie ze mną aż tak daleko, że objawienie jest prawdopodobne? Otóż jeszcze jedna uwaga, i kończę. Brzmi ona tak: nauka Kościoła jest najwyraźniej owym objawieniem. Czemuż by nie miała nim być? To znamię nosi on na sobie już od pierwszego wejrzenia, że jest niepodobny do każdego innego wyznania religijnego. Gdyby był Bożym Prorokiem lub Posłańcem, byłby odrębny w swoich rysach, osobny i wyjątkowy; i taki właśnie jest. Jest jeden, nie tylko sam w sobie, lecz w przeciwieństwie do wszystkiego innego: nie ma żadnego pokrewieństwa z żadnym innym ciałem. I stąd też widzicie, że kwestia leży między Kościołem a brakiem jakiegokolwiek Bożego posłańca w ogóle; nie zostało nam dane żadne objawienie, jeśli nie on jest jego organem, bo gdzież indziej można by znaleźć Proroka? Przeczucie, na które kładłem nacisk, zawiodło, prawdopodobieństwo okazało się fałszywe, jeśli nie on jest owym Prorokiem Bożym. Nie znaczy to, by wniosek taki był niedorzecznością, nie możecie bowiem brać za rzecz oczywistą, że wasza nadzieja na objawienie się spełni; lecz w jakim stopniu jest prawdopodobne, że się spełni, w takim stopniu jest prawdopodobne, że Kościół, a nic innego, jest środkiem jej spełnienia. Nic innego; nie możecie bowiem uwierzyć w swoim sercu, że ta czy owa sekta, ten czy ów Kościół ustanowiony jest, w swojej nauce i w swoich nakazach, wyrocznią Najwyższego. Wiem, że nie możecie powiedzieć w swoim sercu: „wierzę w to czy w owo, ponieważ angielski Kościół ustanowiony albo szkocki głosi, że to prawda". Pewien też jestem, że nie moglibyście zaufać rosyjskiej hierarchii ani nestoriańskiej, ani eutychiańskiej jako przemawiającej w imieniu Boga; co najwyżej mogłybyście — gdybyście byli biegli w tych sprawach — patrzeć na nie jako na czcigodne składnice materiału historycznego i świadków minionych wieków. Wystawialibyście na próbę swój sąd i swoją krytykę nad tym, co mówią, i nigdy nie przyszłoby wam na myśl brać ich słowa za rozstrzygające; nie są one w żadnym sensie Prorokami, Wyroczniami, Sędziami prawdy nadprzyrodzonej; a przeciwieństwo między nimi a Kościołem katolickim jest wstępnym świadectwem na jego korzyść.
Prorok to ten, kto przychodzi od Boga, kto przemawia z powagą, kto jest zawsze jeden i ten sam, kto jest dokładny i stanowczy w swoich twierdzeniach, kto sprostać umie kolejnym trudnościom i kto może porazić i obalić błąd. Takim okazał się Kościół katolicki w swoich dziejach, takim jest po dziś dzień. On jeden miał Boską moc panowania nad rozumem człowieka i wzbudzania wiary w swoje słowo u wysokich i niskich, u wykształconych i nieuczonych, u niespokojnych i ociężałych umysłem. Nawet tych, którzy są mu obcy, i których nie skłania do posłuszeństwa, skłania do szacunku i podziwu. Najgłębsi myśliciele i najprzenikliwsi politycy przepowiadają jego przyszłe triumfy, dziwiąc się zarazem jego przeszłości. Jego wrogowie lękają się na jego widok i nie mają lepszego sposobu walki przeciw niemu niż oczernianie go potwarzami albo wypędzanie na pustynię. Ujrzeć go to rozpoznać go; jego wygląd i postawa są dowodem jego królewskiego rodowodu. Prawda, jego znamiona mogłyby być wyraźniejsze, niż są — przyznaję to; mógłby był zostać ustanowiony w Adamie, a nie w Piotrze; mógłby był objąć całą rodzinę człowieczą; mógłby był być narzędziem wewnętrznego nawrócenia wszystkich serc; mógłby był nie mieć zgorszeń wewnątrz ani nieszczęść na zewnątrz; mógłby był, jednym słowem — powtarzam — być niebem na ziemi; lecz, powtarzam, czyż nie jawi się on naszym oczom równie chwalebny jako stworzenie, jak jego Bóg jako Stwórca? Jeśli On nie ukazuje najwyższych możliwych znaków swojej obecności w naturze, czemu Jego Posłaniec miałby je ukazywać w porządku łaski? Wierzycie Pismu; czyż nie okazuje się on w swoim charakterze i postępowaniu równie Boski jak Jakub, jak Samuel, jak Dawid, jak Jeremiasz, a nawet w daleko wyższej mierze? Czyż nie ma znamion daleko więcej niż wystarczających, by was przekonać? Bierze on swój początek od samego przyjścia Chrystusa i otrzymuje swój przywilej, a także samą swoją postać i swoje posłannictwo z Jego ust. „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony, albowiem nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. A Ja tobie powiadam: ty jesteś Piotr, i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie".
Przychodząc więc do was od samego czasu Apostołów, rozszerzając się na wszystkie kraje, triumfując nad tysiącem przewrotów, ukazując tak przejmującą grozą jedność, chlubiąc się tak tajemniczą żywotnością, tak majestatyczny, tak niewzruszony, tak śmiały, tak święty, tak wzniosły, tak piękny — o synowie ludzcy, czyż możecie wątpić, że to on jest owym Bożym Posłańcem, którego szukacie? O długo upragniony, późno znaleziony, pożądanie oczu, radości serca, prawdo po wielu cieniach, pełnio po wielu przedsmakach, domu po wielu burzach — przyjdźcie do niego, biedni wędrowcy, on to bowiem, on jeden, może odsłonić znaczenie waszego bytu i tajemnicę waszego przeznaczenia. On jeden może wam otworzyć bramę nieba i postawić was na waszej drodze. „Powstań, świeć, Jeruzalem, bo przyszło twoje światło, i chwała Pańska rozbłysła nad tobą; bo oto ciemność okryje ziemię i mgła narody, ale nad tobą zajaśnieje Pan, i Jego chwała ukaże się nad tobą". „Otwórzcie bramy, niech wejdzie naród sprawiedliwy, który strzeże prawdy. Stary błąd przeminął; Ty zachowasz pokój — pokój, bośmy w Tobie nadzieję pokładali. Panie, Ty obdarzysz nas pokojem, bo i wszystkie nasze dzieła Ty za nas sprawiłeś. Panie, Boże nasz, panowali nad nami inni panowie oprócz Ciebie, lecz w Tobie jedynie wspominamy Twoje Imię. Umarli nie ożyją, olbrzymi nie powstaną; dlatego nawiedziłeś ich i wytraciłeś, i zniweczyłeś wszelką ich pamięć".
O bracia moi, odwróćcie się od Kościoła katolickiego — i do kogóż pójdziecie? On jest waszą jedyną szansą pokoju i pewności na tym burzliwym, zmiennym świecie. Nie ma niczego między nim a sceptycyzmem, gdy ludzie swobodnie posługują się swoim rozumem. Prywatne wyznania, religie z fantazji mogą być przez czas swój efektowne i imponujące dla wielu; religie narodowe mogą leżeć ogromne i bezduszne, zawalać ziemię przez stulecia i rozpraszać uwagę albo mącić sąd uczonych; ale na dłuższą metę okaże się, że albo religia katolicka jest naprawdę i rzeczywiście wkroczeniem niewidzialnego świata w ten oto świat, albo że nie ma niczego pozytywnego, niczego dogmatycznego, niczego rzeczywistego w żadnym z naszych mniemań co do tego, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy. Oduczcie się katolicyzmu, a otwieracie sobie drogę, by stać się protestantem, unitarianinem, deistą, panteistą, sceptykiem — w straszliwym, lecz nieuniknionym następstwie; nieuniknionym, chyba że za sprawą jakiegoś przypadku waszego położenia, waszego wychowania i waszego usposobienia umysłu; nieuniknionym, chyba że usuniecie przedmiot religii ze swego pola widzenia, odmówicie sobie rozumu, poświęcicie myśli obowiązkom moralnym albo roztrwonicie je w zajęciach tego świata. Idźcie więc i pełnijcie swoją powinność wobec bliźniego, bądźcie sprawiedliwi, bądźcie życzliwego usposobienia, bądźcie gościnni, dawajcie dobry przykład, popierajcie religię jako pożyteczną dla społeczeństwa, prowadźcie swój interes, swój zawód albo swoją przyjemność, jedzcie i pijcie, czytajcie wiadomości, odwiedzajcie przyjaciół, budujcie i urządzajcie domy, sadźcie i siejcie, kupujcie i sprzedawajcie, prawujcie się i spierajcie, pracujcie dla świata, urządzajcie swoje dzieci, wracajcie do domu i umierajcie — lecz unikajcie dociekania religijnego, jeśli nie chcecie mieć wiary, i nie łudźcie się, że możecie mieć wiarę, jeśli nie chcecie przystąpić do Kościoła.
Inaczej zaś — powiadam — unikajcie dociekania; zawiedzie was bowiem jedynie tam, gdzie nie ma światła, nie ma pokoju, nie ma nadziei; zawiedzie was do głębokiej czeluści, gdzie nie ma ani słońca, ani księżyca, ani gwiazd, ani pięknych niebios, lecz chłód, jałowość i wieczne spustoszenie. O przewrotne dzieci ludzkie, które odrzucacie prawdę, gdy się wam ją podaje, ponieważ nie jest prawdziwsza! O niespokojne serca i wybredne umysły, które szukacie ewangelii bardziej zbawiennej niż ewangelia Odkupiciela i stworzenia doskonalszego niż stworzenie Stwórcy! Bóg, widzicie, nie jest dla was dość wielki; macie te wzniosłe aspiracje i te filozoficzne mniemania, natchnione przez pierwotnego kusiciela, które niczym, co jest, się nie zadowalają, które orzekają, że Najwyższy jest zbyt mały dla waszego kultu, a Jego przymioty zbyt ciasne dla waszej miłości.
Lecz dosyć — gdy tak mówimy o Złym i jego ofiarach, nie zapominajmy spojrzeć na samych siebie. Nie daj Boże, byśmy, głosząc innym, sami stali się odrzuceni!
Odwieczne Słowo, Jednorodzony Syn Ojca, złożył swoją chwałę i zstąpił na ziemię, aby nas wynieść do nieba. Choć był Bogiem, stał się człowiekiem; choć był Panem wszechrzeczy, stał się jako sługa; „będąc bogaty, dla nas stał się ubogi, abyśmy Jego ubóstwem zostali ubogaceni". Przyszedł z nieba w tak skromnej powłoce, że zadowoleni z siebie faryzeusze wzgardzili Nim i potraktowali Go jak szaleńca lub oszusta. Gdy mówił o swoim ojcu Abrahamie i dawał do zrozumienia, że go zna — choć ów był w istocie jedynie tworem Jego rąk — rzekli z drwiną: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?" Odpowiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: zanim Abraham stał się, Ja jestem". Widział Abrahama, który żył dwa tysiące lat wcześniej; a przecież w istocie nie miał dwóch tysięcy lat, tak samo jak nie miał pięćdziesięciu. Nie miał dwóch tysięcy lat, ponieważ nie miał żadnych lat; był Przedwiecznym, który nigdy nie miał początku i nigdy nie będzie miał końca; który jest ponad i poza czasem; który jest wiecznie młody i wiecznie się rozpoczyna, a jednak nigdy nie był nieistniejący, i jest równie stary, jak jest młody, i był równie stary i równie młody, gdy żył Abraham, jak wówczas, gdy przyszedł na ziemię w naszym ciele, by odpokutować nasze grzechy. I dlatego mówi: „Zanim Abraham stał się, Ja jestem", a nie „Ja byłem"; ponieważ u Niego nie ma ani przeszłości, ani przyszłości. Nie można właściwie powiedzieć o Nim, że był albo że będzie, lecz że jest; jest zawsze; zawsze ten sam, nie starszy przez to, że przeżył nadto dwa tysiące lat, nie młodszy przez to, że ich nie przeżył.
Bracia moi, gdybyśmy zdołali wejść w tę wzniosłą i świętą myśl, gdybyśmy naprawdę kontemplowali Wszechmogącego w Nim samym, lepiej byśmy wówczas zrozumieli, czym jest dla nas Jego wcielenie i czym jest ono w Nim. Nie mam na myśli — gdybyśmy kontemplowali Go godnie, takim, jakim jest; lecz nawet gdybyśmy Go kontemplowali w taki sposób, jaki jest dla nas naprawdę możliwy, gdybyśmy tylko utkwili w Nim swoje myśli i posłużyli się rozumem, który nam dał, zrozumielibyśmy dosyć z Jego wielkości, by odczuć przejmującą grozą doniosłość Jego dobrowolnego uniżenia się. Uważajcie więc, gdy przywodzę wam na pamięć nauki, których rozum i objawienie wspólnie was uczą o Najwyższym, a następnie — gdy utkwicie umysł w Jego nieskończoności — przejdźcie do tego, by w świetle owej nieskończoności rozważyć znaczenie Jego wcielenia.
Otóż rozważcie najpierw, że rozum uczy was, iż musi istnieć Bóg; inaczej bowiem, jak został uczyniony ten przedziwny wszechświat? Sam siebie uczynić nie mógł; człowiek nie mógł go uczynić, jest bowiem tylko jego częścią; każdy człowiek ma początek, musiał więc być pierwszy człowiek — a kto jego uczynił? Do myśli o Bogu jesteśmy zatem zmuszeni z natury rzeczy; musimy przyjąć ideę Wszechmogącego Stwórcy, a ów Stwórca musiał być od wieków. Musiał nie mieć początku, inaczej bowiem, skąd się wziął? Inaczej bowiem znaleźlibyśmy się przy naszej pierwotnej trudności i musielibyśmy zaczynać nasz wywód od nowa. Stwórca, powiadam, nie miał początku; gdyby bowiem został powołany do bytu przez kogoś innego przed Nim, to jak się wziął ów inny? I w ten sposób posuwalibyśmy się w bezowocnym szeregu czy spisie stwórców, który równie trudno pojąć, jak nieskończoną linię ludzi. Poza tym, gdyby nie sam Stwórca był od wieków, wówczas byłby jeden byt, który byłby od wieków, a inny, który byłby Stwórcą; co na jedno wychodzi z powiedzeniem, że jest dwóch Bogów. Najmniejszą więc dla naszego rozumu próbą, najprostszym i najnaturalniejszym jest orzec, że Stwórca świata nie miał początku; a jeśli tak, to jest samoistny; a jeśli tak, to nie może podlegać żadnej zmianie. To, co jest samoistne i wiekuiste, nie ma ani wzrostu, ani uwiądu; jest tym, czym zawsze było, i zawsze będzie tym samym. Skoro nie wzięło początku z niczego innego, nic innego nie może w to ingerować ani na to wpływać. Poza tym wszystko, co jest, wzięło z tego początek; wszystko zatem jest od tego zależne, a ono jest niezależnie od wszystkiego.
Kontemplujcie więc Najwyższy Byt, Byt bytów, choćby tylko o tyle, o ile dotąd Go opisałem; utrwalcie sobie w umysłach ideę Jego. On jest jeden; nie ma rywala; nie ma równego sobie; jest niepodobny do niczego innego; jest najwyższym władcą; może czynić, co zechce. Jest niezmienny od początku do końca; jest wszechdoskonały; jest nieskończony w swojej mocy i w swojej mądrości, inaczej bowiem nie mógłby był uczynić tego ogromnego świata, który widzimy za dnia i nocą.
Następnie wynika to z tego, co powiedziałem: że skoro jest On od wieków, a stworzył wszystkie rzeczy od pewnego początku, to żył przez wieczność, zanim zaczął cokolwiek stwarzać. Cóż za przedziwna to myśl! Istniał stan rzeczy, w którym Bóg był sam jeden, i nie było niczego prócz Niego. Nie było ziemi, nieba, słońca, gwiazd, przestrzeni, czasu, żadnych bytów jakiegokolwiek rodzaju; ani ludzi, ani aniołów, ani serafinów. Jego tron był bez sług; nikt Go nie obsługiwał; wszystko było milczeniem, wszystko było spoczynkiem, nie było niczego prócz Boga; a stan ten trwał nie tylko przez jakiś czas, lecz przez niezmierzony okres; był to stan, który zawsze istniał; był regułą rzeczy, a stworzenie było wobec niego nowością. Stworzenie jest, mówiąc porównawczo, dopiero z wczoraj; trwa marne sześć tysięcy lat — powiedzcie sześćdziesiąt tysięcy, jeśli wolicie, albo sześć milionów, albo sześć milionów milionów; czymże to jest wobec wieczności? Niczym zgoła; nie tak nawet wiele jak kropla w porównaniu z całym oceanem albo ziarnko piasku z całą ziemią. Powiadam, przez całą wieczność Bóg był sam jeden, bez żadnego innego bytu prócz siebie; bez niczego zewnętrznego wobec siebie, nie działając, lecz spoczywając, nie mówiąc, nie odbierając od nikogo hołdu, nie uwielbiony w stworzeniach, lecz błogosławiony w sobie i przez siebie, i niczego nie potrzebując.
Cóż za wyobrażenie daje nam to o Wszechmogącym! On jest ponad nami, bracia moi, czujemy, że jest; jakże mało możemy Go pojąć! Spotykamy na ziemi ludzi, których drogi są tak różne od naszych, że nie możemy ich pojąć; dziwimy się im; podążają tak niepodobnymi do naszych torami, oddają się tak osobliwym dla siebie rozrywkom, że tracimy nadzieję na znalezienie czegokolwiek wspólnego między nimi a nami; nie umiemy podtrzymać rozmowy, gdy z nimi jesteśmy. Tak ludzie ruchliwi i ambitni dziwią się tym, którzy żyją wśród ksiąg; grzesznicy dziwią się tym, którzy przystępują do sakramentów i umartwiają swoje namiętności; oszczędni dziwią się tym, którzy są rozrzutni w wydawaniu pieniędzy; ludzie miłujący towarzystwo dziwią się tym, którzy żyją w samotności i są w niej szczęśliwi. Nie potrafimy wniknąć nawet w naszych bliźnich; nazywamy ich dziwnymi i niepojętymi; lecz czymże oni są w porównaniu z całą przedziwnością Wiekuistego Boga? On jeden zaiste jest niepojęty — Ten, który nie tylko przeżył wieczność bez początku, lecz który przeżył całą wieczność sam jeden i nie znużył się samotnością. Któż z nas, lub jakże niewielu z nas, mógłby przeżyć tydzień w spokoju sam jeden? Słyszeliście, bracia moi, o odosobnieniu w pojedynczej celi jako o karze wymierzanej przestępcom; staje się ono w końcu surowsze niż jakakolwiek inna kara: powiadają, że w końcu doprowadza ludzi do obłędu. Nie umiemy żyć bez przedmiotów, bez celów, bez zajęć, bez towarzyszy. Nie umiemy żyć po prostu w sobie samych; umysł żywi się sam sobą, gdy pozostawiony jest sam sobie. Tak rzecz się ma z nami, śmiertelnymi ludźmi; a teraz wznieście swoje umysły ku Bogu. O, jakiż bezmierny kontrast! On przeżył całą wieczność w owym stanie, którego kilka marnych lat dla nas jest obłędem. Przeżył całą wieczność bez żadnej zmiany. Dzień i noc, sen i pora posiłku są przynajmniej zmianami, nieuniknionymi zmianami w życiu nawet najbardziej samotnego na ziemi. Więzienie, jeśli nie ma niczego innego, co by złagodziło jego posępność i beznadziejność, ma przynajmniej to, że biedny więzień śpi; śpi i zawiesza swoją niedolę; śpi i pokrzepia swoją zdolność znoszenia jej; lecz Wiekuisty jest Niezasypiający, nie ustaje, nie zawiesza swoich władz, nigdy nie nuży się sobą; nigdy nie nuży się własną nieskończonością. Był od wieczności wiecznie w działaniu, choć wiecznie w spoczynku; wiecznie zaiste w spoczynku i pokoju głębokim i niewysłowionym, a przecież z umysłem żywym, obecnym, panującym nad sobą i wszystko świadomym, ogarniającym samego siebie i podtrzymującym to ogarnięcie. Spoczywał wiecznie, lecz spoczywał w sobie samym; był sam swoim zasobem, sam swoim celem, sam swoją kontemplacją, sam swoją szczęśliwością.
Tak, tak właśnie było; a jeśli niepojęte jest, że istniał samotny przez wieczność, czyż nie jest również niepojęte, że kiedykolwiek wyrzekł się owej samotności i zechciał otoczyć się stworzeniami? Czemu nie zadowolił się tym, by być, jakim był? Czemu powołał do bytu tych, którzy nie mogli nic dodać do Jego szczęśliwości, a nie byli pewni swojej własnej? Czemu dał im ten dar, który — jak widzimy — posiadają, czynienia dobra lub zła wedle upodobania, i wypracowywania zarówno swojej zguby, jak i swego zbawienia? Czemu stworzył świat taki jak ten, który mamy przed oczyma, który w najlepszym razie tak mgliście ukazuje Jego chwałę, a w najgorszym jest widownią grzechu i smutku? Mógłby był uczynić świat daleko doskonalszy niż ten; mógłby był wykluczyć grzech; lecz — o przedziwna tajemnico — otoczył się jękami upadłych dusz i stworzył oraz otworzył wielką czeluść. Zechciał, po wieczności pokoju, dopuścić wieczną anarchię, pychę, bluźnierstwo, winę, nienawiść do siebie samego i robaka, który nie umiera. Tak więc jest On po prostu niepojęty dla nas, śmiertelnych ludzi. Słusznie wzdragał się dawny poganin przed odpowiedzią, gdy pewien król, jego dobroczyńca, zapytał go, czym jest Bóg! Poprosił o jeden dzień do namysłu nad odpowiedzią; po jego upływie — o dwa dni więcej; a gdy minęły owe dwa — o cztery jeszcze; w istocie bowiem przekonał się, że rozmyślanie, zamiast zbliżać go ku rozwiązaniu zagadnienia, jedynie odpychało go wstecz; im więcej pytał, tym ogromniejszy stawał się przedmiot, a gdzie wyciągnął jeden wniosek, tam wytryskała setka nowych trudności, by zmieszać jego rozum. W istocie bowiem byt i przymioty Boże są przedmiotem nie dla samego rozumu, lecz i dla wiary; i musimy przyjąć Jego własne słowo o Nim samym.
A teraz przejdźcie do innej myśli, bracia moi, którą po części już zawarłem, a po części wyraziłem. Jeśli Wszechmogący Stwórca jest taki, jakim Go opisałem, to w żaden sposób nie zależy od swoich stworzeń. Grzeszą one, giną, są zbawione, chwalą Go wiecznie; lecz choć miłuje wszystkie stworzenia swojej ręki, choć nawiedza je wszystkie bez wyjątku wpływami swojej łaski, tak licznymi i tak naglącymi, że dopiero objawienia dnia ostatniego pozwolą nam je należycie pojąć, choć raczy być uwielbiony w swoich świętych, choć jest ich wszystkim we wszystkim, ich nieustannym życiem, mocą i szczęśliwością — to przecież są one dla Niego niczym. Nie powiększają Jego szczęścia, jeśli są zbawione, ani go nie umniejszają, jeśli są zatracone. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest od nich odległy; nie żyje tak w sobie samym, by porzucać swoje stworzenie na działanie praw, jakie w nim wycisnął. Nie; jest wszędzie czujną i czynną Opatrznością; jest w każdym ze swoich stworzeń i w każdym z ich działań; gdyby Go w nich nie było, popadłyby z powrotem w nicość. Jest wszędzie na ziemi i widzi każdą popełnioną zbrodnię, czy to pod słońcem, czy w mroku nocy; jest nawet podtrzymującą mocą tych, którzy grzeszą; jest najbliżej każdej, najbardziej splamionej duszy; jest pośrodku wiecznego więzienia; lecz chcę powiedzieć to, że nic Go nie dotyka, choć On dotyka wszystkiego. Promienie słońca przenikają do najszpetniejszych zakamarków, a zachowują swoją jasność i swoją doskonałość; tak i Wszechmogący jest świadkiem zła i je znosi, a przecież nie dotyka Go ani nie kazi przewrotność stworzenia, jego pycha, nieczystość czy niewiara. Pożądliwości ziemi i bluźnierstwa piekła ani nie kalają Jego czystości, ani nie uszczuplają Jego majestatu. Gdyby cały świat z własnej woli rzucił się w wieczną przepaść, strata byłaby ich, nie Jego. W przejmującym grozą zmaganiu między dobrem a złem — czy Kościół zwycięża od razu, czy też jest na czas przygnieciony i mozoli się, czy jest w prześladowaniu, czy w triumfie, czy w pokoju, czy Jego wrogowie trzymają się, czy są rozgromieni, gdy niewinni grzeszą, gdy sprawiedliwi upadają, gdy dobrzy aniołowie płaczą, gdy dusze twardnieją — On jest jeden i ten sam. Trwa nadal w swojej szczęśliwości, i ani powierzchnia Jego wiekuistego spoczynku nie zostaje zmącona. Ani się nie spodziewa, ani się nie lęka, ani nie pożąda, ani się nie smuci, ani nie żałuje. Wszystko wokół Niego zdaje się pełne wzburzenia i zamętu, lecz w Jego wiecznych dekretach i nieomylnej przedwiedzy nie ma niczego przygodnego, niczego niepewnego, niczego, co nie byłoby częścią jednego ogromnego planu, równie ustalonego w swoim wyniku i równie niezmiennego, jak Jego własna Istota.
Taki jest wielki Bóg, tak wszechwystarczalny, tak wszechbłogosławiony, tak oddzielony od stworzeń, tak niezbadany, tak niedostępny. Któż Go może ujrzeć? Któż Go może zgłębić? Któż Go może poruszyć? Któż Go może zmienić? Któż może choćby o Nim mówić? Jest wszechświęty, wszechcierpliwy, wszechpokojowy i wszechprawdziwy. Mówi i czyni; zwleka i wykonuje; ostrzega i karze; karze, wynagradza, powściąga się, przebacza — według wiecznego dekretu, bez niedoskonałości, bez wahania, bez niekonsekwencji.
A teraz, gdy przedłożyłem wam, bracia moi, w ludzkim języku, niektóre z przymiotów Godnego uwielbienia Boga, może kusi was, by się skarżyć, że zamiast pozyskać was dla Wszechchwalebnego i Wszechdobrego, jedynie was od Niego odepchnąłem. Kusi was, by zawołać: jest On tak dalece ponad nami, że sama myśl o Nim jedynie mnie przeraża; nie mogę uwierzyć, że troszczy się o mnie. Wierzę mocno, że jest On nieskończoną doskonałością; i miłuję tę doskonałość — nie tak wprawdzie, jak bym pragnął, lecz w swojej mierze miłuję ją dla niej samej, i pragnę miłować ją ponad wszystko, i dobrze rozumiem, że nie ma stworzenia, które by jej nie miłowało w swojej mierze, chyba że upadło z łaski. Lecz są dwa uczucia, które — niestety — z trudem w sobie żywię; wierzę i miłuję, lecz bez żaru, bez gorliwości, ponieważ serce moje nie jest rozpalone nadzieją ani ujarzmione i roztopione wdzięcznością. Nadziei i wdzięczności pragnę, a nie mam ich; wiem, że jest On miłujący wobec wszystkich swoich dzieł, lecz jak mam uwierzyć, że poświęca mi osobiście jakąś myśl i troszczy się o mnie dla mnie samego? Jestem poniżej Jego miłości; patrzy na mnie jak na atom w bezmiernym wszechświecie. Działa według praw ogólnych, a jeśli jest dla mnie dobry, to nie dla mnie, lecz dlatego, że to zgodne z Jego naturą być dobrym. I stąd to się dzieje, że ku grzesznemu człowiekowi ciągnie mnie żywsze uczucie niż ku mojemu chwalebnemu Stwórcy. Królowie i wielcy tego świata, gdy ukazują się publicznie, nie zadowalają się samym tylko pokazem swojego przepychu — ukazują samych siebie, nie tylko swoje wspaniałości; rozglądają się wokoło; zauważają poszczególne osoby; mają życzliwe spojrzenie, uprzejmy gest albo otwartą dłoń dla wszystkich, którzy się do nich zbliżają. Rozsypują wśród tłumu szczodry dar swoich uśmiechów i swoich słów. A potem ludzie wracają do domu i opowiadają przyjaciołom, i przechowują aż do ostatniego dnia, jak to tak wielka osobistość zauważyła ich albo ich dziecko, albo przyjęła dar z ich ręki, albo dała wyraz jakiemuś uczuciu, samemu w sobie bez znaczenia, lecz cennemu, ponieważ skierowanemu do nich. Tak oto mój bliźni mnie zajmuje i pozyskuje; lecz między mną a moim wielkim Bogiem jest przepaść. Cofnę się w głąb siebie i będę się tarzał w swojej nicości, póki On nie spojrzy z nieba, póki mnie nie wezwie, póki się mną nie zainteresuje. Jest brakiem w mojej naturze potrzeba kogoś, kto by mógł ze mną płakać i ze mną się radować, i w pewien sposób mi usługiwać; a byłoby zuchwalstwem we mnie, i czymś gorszym, spodziewać się, że znajdę to w Nieskończonym i Wiekuistym Bogu.
To właśnie kusi was, by powiedzieć, bracia moi, nie bez zniecierpliwienia, gdy kontemplujecie Wszechmogącego Boga takim, jakim odmalowuje Go sumienie, jakim wnioskuje o Nim rozum i jakim świadczy o Nim stworzenie; a zatrzymałem się przy tym po to, by — na zasadzie kontrastu — przedłożyć wam, jak zapowiedziałem na początku, jak wasza skarga znajduje odpowiedź w wielkiej tajemnicy Wcielenia. Nigdy nie sądźcie, że Bóg was opuścił; nigdy nie sądźcie, że nie zna was, waszych umysłów i waszych władz, lepiej, niż znacie samych siebie. Czyż nie powinniście Mu zaufać, że — jeśli wasza skarga jest prawdziwa — On pomyślał o niej wcześniej niż wy? „Zanim zawołają, Ja im odpowiem" — mówi — „gdy jeszcze mówić będą, Ja wysłucham". Dodajcie to do swojego ogólnego pojęcia o Jego niepojętości, mianowicie, że choć jest nieskończony, może się zniżyć do tego, co skończone; miejcie wiarę w tajemnicę Jego zniżenia się; wyznajcie, że choć „mieszka w wieczności", „przebywa z duchem skruszonym i pokornym" i „spogląda na uniżonego". Wyrzeknijcie się tego rozdrażnienia, porzućcie te zżerające was myśli, wyjdźcie z samych siebie, podnieście oczy, rozejrzcie się i zobaczcie, czy nie dostrzeżecie niczego bardziej rokującego nadzieję, bardziej łaskawego na tym szerokim świecie niż te zagadki, nad którymi się trapiliście. Nie, bracia moi, jesteśmy tak ukształtowani przez naszego Stwórcę, że zdolni jesteśmy miłować Go żarliwie, a On dał nam środki, by to czynić. Nie ugruntował naszego kultu względem siebie na nadziei ani nie uczynił własnego interesu miarą naszej czci. I mamy oczy, by widzieć daleko więcej niż trudności Jego Istoty; a wielkie pocieszające objawienia o Nim, które natura rozpoczyna, objawienie doprowadza do pełni. Podnieście oczy, powiadam, i spójrzcie choćby na świat materialny, a ujrzycie tam jeden przymiot ponad inne na samym jego obliczu, który odwróci wasze smutne rozmyślania o Tym, który go uczynił. Wyrysował na nim wiele swoich przymiotów: swój bezmiar, swoją mądrość, swoją moc, swoją dobrotliwość i swoją zręczność; lecz nade wszystko samo jego oblicze rozjaśnione jest chwałą i pięknem Jego wiekuistej doskonałości. To jest ów przymiot, w którym wszystkie Jego przymioty się zbiegają, który jest dopełnieniem, czyli (jeśli wolno tak rzec) kwiatem i rozkwitem ich połączenia. Jak u ludzi młodość, zdrowie i krzepkość znajdują swoje wykończenie w owym wdzięku zarysu, blasku cery i wymowie wyrazu, który nazywamy pięknem, tak i w Bogu Wszechmogącym — choć nie umiemy pojąć Jego świętych przymiotów i wzdragamy się przed ich niezgłębioną otchłanią — możemy jednak, jako stworzenia, rozpoznać i radować się jasnością, harmonią i pogodą, która jest ich wypadkową doskonałością. To jest ta jakość, która, mocą prawa naszej natury, zawsze zdolna jest oderwać nas od nas samych w podziwie, która porusza nasze uczucia, która wyjednuje od nas bezinteresowny hołd; a rozlana jest obficie, jako znak swego Stwórcy, po widzialnym świecie.
Opuśćcie więc więzienie własnych rozumowań, opuśćcie miasto, dzieło człowieka, siedlisko grzechu; wyjdźcie, bracia moi, daleko od namiotów Kedaru i od mułu Babilonu; z patriarchą wyjdźcie, by rozmyślać na polu, i z przepychu dzieła wyobraźcie sobie niewyobrażalną chwałę Architekta. Wstąpcie na jakieś śmiałe wzniesienie i spójrzcie wstecz, gdy słońce stoi wysoko i pełnym blaskiem zalewa ziemię, gdy góry, urwiska i morze wznoszą się przed wami jak świetne widowisko, o zarysach szlachetnych i pełnych wdzięku, o barwach i cieniach miękkich, czystych i harmonijnych, nadających całości głębię i jedność; a potem przejdźcie przez las, przez żyzne pole albo wzdłuż łąki i strumienia, i wsłuchajcie się w odległe wiejskie odgłosy, i wchłaniajcie wonne powietrze, które rozlewa się wokół was na wiosnę czy w lecie; albo wejdźcie między ogrody i rozkoszujcie swoje zmysły wdziękiem i przepychem oraz rozmaitą słodyczą kwiatów, które tam znajdziecie; pomyślcie wówczas o niemal tajemniczym wpływie pewnych woni na umysł, albo o wzruszeniu, jakie budzi w nas jakaś łagodna, ukojona melodia, albo o tym, jak dusza i ciało zostają porwane i uniesione w niewolę przez zgodność dźwięków muzycznych, gdy ucho otwarte jest na ich moc; a wtedy, gdy już przejdziecie przez widoki, dźwięki i wonie, i serce wam zapłonie, a głos napełni się chwałą i uwielbieniem, rozważcie — nie że nic wam one nie mówią o swoim Stwórcy, lecz że są najuboższym i najprzyćmiońszym przebłyskiem Jego chwały, samym odpadem Jego przeobfitych bogactw, i tylko mrocznym dymem, który poprzedza płomień, w porównaniu z Tym, który je uczynił. Taki jest Stwórca w swoim Wiekuistym, Niestworzonym Pięknie, że gdyby nam dane było je oglądać, umarlibyśmy z samego zachwytu na ten widok. Mojżesz, niezdolny zapomnieć o znaku jego, jaki ujrzał raz w krzaku, prosił, by ujrzeć je w pełni, i właśnie dlatego mu odmówiono. „Rzekł: Ukaż mi Twoją chwałę; a On odrzekł: Nie będziesz mógł oglądać mego oblicza, gdyż nie może mnie zobaczyć człowiek i pozostać przy życiu". Gdy świętym dane były przebłyski tego, wprawiały ich one w ekstazę, kruszyły ich biedne powłoki z prochu i popiołu i przeszywały tak przejmującą udręką, że wołali do Boga, w samym środku swoich uniesień, by powstrzymał swoją rękę i — przez tkliwość ku nim — pohamował obfitość swoich pociech. Czego święci dostępują w rzeczywistości, my zażywamy w myśli i w wyobraźni; a nawet to samo odbicie chwały Bożej wystarcza, by zmieść ponure, zawistne myśli o Nim, które nas okrążają, i by nas wieść ku zapomnieniu o sobie w kontemplacji Wszechpięknego. Jest On tak jasny, tak majestatyczny, tak pogodny, tak harmonijny, tak czysty; tak przewyższa — będąc tego pierwowzorem i pełnią — wszystko, co wdzięczne, łagodne, słodkie i piękne na ziemi; Jego głos jest tak wzruszający, a Jego uśmiech tak zniewalający, choć tak przejmujący grozą, że nie potrzebujemy niczego więcej, jak tylko patrzeć i słuchać, i być szczęśliwi. Nie mówcie, że to nie dosyć dla miłości i radości; nawet w widokach tej ziemi przepych i ceremoniał królewski wystarcza widzowi; nie potrzebuje on niczego więcej, jak tylko by mu pozwolono patrzeć; a gdyby nas dopuszczono do dworów nieba, sam Jego widok — zawsze porywający, zawsze nowy, choćby do nas nie przemawiał — byłby naszym pokarmem i napojem przez całą wieczność.
A jeśli tak nas ukształtował, że — mimo przepaści, jaka leży między Nim a nami, mimo tajemnicy Jego przymiotów i słabości naszego rozumu — sama wizja Jego rozprasza wszelką wątpliwość, nęci nasze wzdragające się dusze i jest naszą wieczną radością, cóż powiemy, bracia moi, gdy nam oznajmiają, że raczył nadto wziąć nas w posiadanie i rządzić nami za pomocą nadziei i wdzięczności, owych „więzów Adama", którymi jeden człowiek związany jest z drugim? Powiadacie, że Bóg i człowiek nigdy nie mogą być jednym, że człowiek nie może znieść widoku ani dotknięcia swego Stwórcy, ani Stwórca zniżyć się do słabości stworzenia; lecz zarumieńcie się i bądźcie zawstydzone, gdy słyszycie, o markotne, niespokojne serca, że zstąpił On ze swego wysokiego tronu i uniżył się ku stworzeniu, aby stworzenie zostało natchnione i umocnione, by wznieść się ku Niemu. Nie dosyć było dać człowiekowi łaskę; mało było udzielić mu niebiańskiego światła i świętości takiej, jaką otrzymali aniołowie; mało było stworzyć Adama w pierwotnej sprawiedliwości, z naturą niebiańską nałożoną na jego własną, z rozumem, który mógł poznać Boga, i z duszą, która mogła Go miłować; zamierzył On nawet w pierwszym stanie niewinności człowieka wyższe miłosierdzie, które w pełni czasów miało się dla niego dokonać. Przystało Mądrości Bożej, która jest wiecznie chwalebna i piękna, wycisnąć te przymioty na ludziach przez samą swoją obecność i osobiste zamieszkanie w ich ciele, aby — jak On był z natury Jednorodzonym Obrazem Ojca — tak też stał się „Pierworodnym wszelkiego stworzenia". Przystało Temu, który jest wyższy nad najwyższych, działać tak, jak gdyby nawet pokora — jeśli wolno to powiedzieć — była w liczbie Jego przymiotów, przyjmując na siebie naturę Adama i ukazując się w niej ludziom i aniołom. Przystało Temu, z którego są wszystkie rzeczy i który jest we wszystkich rzeczach, by nie stwarzał nowych natur, których przedtem nie było — niestałego ducha i zniszczalnej materii — nie biorąc ich do siebie i nie wchłaniając ich w osobowe zjednoczenie z Bogiem. I patrzcie, bracia moi, gdy się skarżycie, że my, ludzie, jesteśmy odcięci od Boga, patrzcie, że uczynił dla was więcej, niż uczynił dla tych, „którzy są więksi siłą i mocą". Aniołowie przewyższają nas swoją pierwotną naturą; są nieśmiertelnymi duchami, a my podlegamy śmierci; nawiedzeni zostali większymi miarami Bożej łaski, i służą w Jego niebie, i są uszczęśliwieni widzeniem Jego oblicza; a przecież „nigdzie nie ujmuje się On aniołów"; odwrócił się od pierworodnego stworzenia, wybrał młodszego. Wybrał tego, w którym nieśmiertelny duch złączony był ze słabym i zniszczalnym ciałem. Zwrócił się ku temu, którego natura drażliwa, krnąbrna, krótkowzroczna i namiętna czyniła mniej godnym Jego miłości; ku niemu się zwrócił; uczynił „pierwszych ostatnimi, a ostatnich pierwszymi"; „podniósł z prochu nędzarza i z błota dźwignął ubogiego", i nakazał aniołom pokłonić się w adoracji materialnej postaci, była ona bowiem Jego własną.
Otóż, bracia moi, wasz Bóg przyjął na siebie waszą naturę, przygotujcie się teraz, by ujrzeć w ludzkim ciele ową chwałę i ono piękno, na które wpatrują się aniołowie. Skoro macie ujrzeć Emmanuela, skoro „blask wiecznej światłości i nieskalane zwierciadło majestatu Bożego, i obraz Jego dobroci" ma chodzić po ziemi, skoro Syn Najwyższego ma się narodzić z niewiasty, skoro rozliczne przymioty Nieskończonego mają być wylane przed waszymi oczyma przez materialne kanały i przez działania ludzkiej duszy, skoro Ten, którego kontemplacja jedynie was trapiła w naturze, przychodzi, by was wziąć w niewolę przez objawienie, które jest zarazem zrozumiałe dla was i rękojmią, że miłuje was jednego po drugim — wznieście wysoko swoje oczekiwania, z pewnością bowiem nie mogą doznać zawodu. Niewątpliwie, powiecie, przyjmie On postać taką, jakiej „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało" przedtem. Będzie to ciało ukształtowane w niebiosach, jedynie powierzone pieczy Maryi; postać światła i chwały, godna Tego, który jest „błogosławiony na wieki" i przychodzi, by nas pobłogosławić swoją obecnością. Przepychem i pychą ludzką może wprawdzie wzgardzić; nie szukamy Go na dworach królów ani w szyku wojennym, ani w szkole filozoficznej; lecz niewątpliwie wybierze jakieś ciche i święte miejsce, a ludzie wyjdą tam i znajdą swego wcielonego Boga. Będzie mieszkańcem jakiegoś raju, jak Adam lub Eliasz, albo zamieszka w mistycznym ogrodzie z Pieśni nad Pieśniami, gdzie natura ofiaruje to, co najlepsze i najczystsze, swojemu Stwórcy. „Drzewo figowe wypuści zielone figi, winnice w kwiecie wydadzą swoją woń"; „nard i szafran" tam będą; „trzcina wonna i cynamon, mirra i aloes, ze wszystkimi najprzedniejszymi wonnościami"; „chwała Libanu, piękno Karmelu", przed „chwałą Pańską i pięknem Boga naszego". Tam będzie się ukazywał w oznaczonym czasie, z aniołami za chórzystów i ze świętymi za odźwiernych, biednym i potrzebującym, pokornym i pobożnym, tym, którzy zachowali swoją niewinność nieskalaną albo oczyścili swoje grzechy długą pokutą i panującą nad sobą skruchą.
Takie byłoby domniemanie człowieka, błądzącego, gdy spekulował o wysokości Boga, a teraz znów błądzącego, gdy próbuje zgłębić Jego głębię. Mniema, że królewska chwała jest znamieniem Jego obecności na ziemi; podnieście oczy, bracia moi, i odpowiedzcie, czy zgadł trafnie. O niepojęty w wieczności i w czasie! Samotny w niebie i samotny na ziemi! „Któż to jest, co przychodzi z Edomu, w szatach zafarbowanych z Bosry? Czemu czerwone jest Twoje odzienie, a Twoje szaty jak tego, kto tłoczy w tłoczni?" To dlatego, że Stwórca człowieka, Mądrość Boża, przyszedł nie w mocy, lecz w słabości. Przyszedł nie po to, by dochodzić roszczenia, lecz by spłacić dług. Zamiast bogactwa, przyszedł ubogi; zamiast czci, przyszedł w hańbie; zamiast szczęśliwości, przyszedł, by cierpieć. Od swego narodzenia wydany został na ból i wzgardę; Jego wątłe ciało wyniszczone jest zimnem i upałem, głodem i bezsennością; Jego dłonie są szorstkie i poranione od trudu rzemieślnika; Jego oczy przyćmione są od płaczu; Jego Imię odrzucone jest jako złe. Wrzucony jest pomiędzy tłum ludzi; wędruje z miejsca na miejsce; jest towarzyszem grzeszników. Idzie za Nim mieszany tłum, który bardziej dba o jadło i napój niż o Jego naukę, albo motłoch miejski, który opuszcza Go w dniu próby. I w końcu „jasność chwały Bożej i obraz Jego istoty" zostaje skuty, włóczony tam i z powrotem, policzkowany, opluwany, wyszydzany, przeklinany, biczowany i męczony. „Nie ma w Nim ani piękności, ani urody; jest wzgardzony i najpodlejszy z ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem"; owszem, jest „trędowaty, dotknięty ręką Boga i utrapiony". I tak zdzierają z Niego szaty, i wznoszą Go na gorzkim krzyżu, i tam wisi, widowisko dla oczu bezbożnych, nieczystych i dzikich, i pośmiewisko dla złego ducha, którego strącił był do piekła.
O krnąbrny człowiecze! niezadowolony najpierw, że twój Bóg jest daleko od ciebie, niezadowolony znów, gdy się zbliżył — skarżący się najpierw, że jest wysoko, skarżący się następnie, że jest nisko! O istoto nieukorzona, kiedyż przestaniesz czynić siebie samego swoim własnym ośrodkiem i nauczysz się, że Bóg jest nieskończony we wszystkim, co czyni, nieskończony, gdy króluje w niebie, nieskończony, gdy służy na ziemi, domagający się naszego hołdu pośród swoich aniołów i wyjednujący od nas hołd pośród grzeszników? Godny uwielbienia jest w swoim wiekuistym spoczynku, godny uwielbienia w chwale swojego dworu, godny uwielbienia w pięknie swoich dzieł, najgodniejszy zaś uwielbienia ze wszystkiego, najbardziej królewski, najbardziej przekonujący — w swojej zniekształconej postaci. Czyż nie sądzicie, bracia moi, że dla Maryi, gdy trzymała Go w macierzyńskich ramionach, gdy wpatrywała się w blade oblicze i powykręcane członki swego Boga, gdy śledziła wijące się strugi krwi, gdy liczyła pręgi, sińce i rany, które zhańbiły to dziewicze ciało — czyż nie sądzicie, że dla jej oczu było ono piękniejsze niż wówczas, gdy po raz pierwszy uwielbiła je, czyste, promienne i wonne, w noc Jego narodzenia? *Dilectus meus candidus et rubicundus*, jak śpiewa Kościół: „Miły mój jest biały i rumiany; cała Jego postać tchnie miłością i pobudza do miłości wzajem; Jego pochylona głowa, Jego otwarte dłonie i Jego pierś cała obnażona. Miły mój jest biały i rumiany, wybrany z tysięcy; głowa Jego jest ze szczerego złota; Jego włosy jak gałęzie palm, czarne jak kruk. Oczy Jego jak gołębice nad strumieniami wód, które obmyte są w mleku i siedzą nad obfitymi potokami. Jego policzki jak grzędy wonnych ziół posadzonych przez mistrzów pachnideł; Jego wargi to lilie ociekające wyborną mirrą. Jego ręce są toczone i złote, pełne hiacyntów; Jego gardło najsłodsze, i cały jest pełen wdzięku. Taki jest miły mój, i to jest przyjaciel mój, o córki jerozolimskie".
Tak jest, o drogi i łaskawy Panie: „lepszy jest dzień śmierci niż dzień narodzenia, i lepszy dom żałoby niż dom uczty". Lepiej dla mnie, że przyszedłeś tak nędzny i znieważony, niż gdybyś był przyodział ciało piękne jak Adama, gdy wyszedł z Twojej ręki. Twoja chwała splamiona, Twoje piękno zeszpecone, te pięć ran tryskających krwią, te skronie poszarpane i zdarte, to złamane serce, ta zmiażdżona i sina powłoka — uczą mnie więcej niż gdybyś był Salomonem „w koronie, którą ukoronowała go jego matka w dniu radości jego serca". Łagodny i tkliwy wyraz tego oblicza nie jest nowym pięknem ani stworzonym wdziękiem; jest jedynie objawieniem, w ludzkiej postaci, przymiotów, które są od wieków. Nie możesz się zmienić, o Jezu; i jak jesteś nadal Tajemnicą, tak zawsze byłeś Miłością. Nie mogę Cię pojąć więcej, niż pojmowałem, zanim ujrzałem Cię na krzyżu; lecz zyskałem swoją naukę. Mam przed sobą dowód, że mimo Twojej przejmującej grozą natury i obłoków oraz ciemności, które ją otaczają, możesz myśleć o mnie z osobistym uczuciem. Umarłeś, abym ja żył. „Miłujmy Boga" — mówi Twój Apostoł — „ponieważ On pierwszy nas umiłował". Mogę Cię teraz miłować od początku do końca, choć od początku do końca nie mogę Cię pojąć. Jak adoruję Cię, o Miłośniku dusz, w Twoim uniżeniu, tak też będę Cię podziwiał i obejmował w Twojej nieskończonej i wiekuistej mocy.
Wszyscy dobrze wiemy i mocno utrzymujemy, że Pan nasz Jezus Chrystus, Syn Boży, umarł na krzyżu na zadośćuczynienie za nasze grzechy. Ta prawda jest wielkim fundamentem wszystkich naszych nadziei i przedmiotem naszej najgorliwszej wiary i najmiłośniejszego kultu. A jednak, jakkolwiek dobrze ją znamy, jest to przedmiot, który da się rozwinąć i wyłożyć w szczegółach w sposób, jaki większość ludzi uzna za pożyteczny dla siebie. Spróbuję teraz uczynić to w pewnej mierze i pójść za rozważaniami, do których ten przedmiot prowadzi; choć w tym okresie wiele słów byłoby nie na miejscu.
Chrystus umarł za nasze grzechy, za grzechy całego świata; lecz nie musiał umrzeć, Bóg Wszechmogący mógł bowiem zbawić nas wszystkich, mógł zbawić cały świat, bez Jego śmierci. Mógł przebaczyć i przywieść do nieba każde poszczególne dziecko Adama bez wcielenia i śmierci swojego Syna. Mógł nas zbawić bez żadnego okupu i bez żadnej zwłoki. Mógł znieść grzech pierworodny i od razu przywrócić Adama. Jego słowo byłoby wystarczyło; u Niego powiedzieć to uczynić. „Wszystko jest dla Ciebie możliwe" — taki właśnie powód podał Pan nasz w swojej agonii, prosząc, by Go ominął ów kielich. Jak na początku rzekł: „Niech się stanie światłość, i stała się światłość", tak mógłby przemówić znowu, a grzech zniknąłby z duszy, a wraz z nim wina. Albo mógłby był posłużyć się pośrednikiem mniej potężnym niż własny Syn; mógłby był przyjąć niedoskonałe zadośćuczynienie jakiegoś zwykłego człowieka. Nie brak Mu zasobów; lecz zechciał inaczej. On, który zawsze czyni to, co najlepsze, widział w swojej nieskończonej mądrości, że stosownie i przystojnie jest przyjąć okup. Jak nie przeszkodził potępionemu w opieraniu się Jego łasce i odrzucaniu odkupienia, tak nie przebaczył nikomu z tych, którzy mają wejść do Jego wiecznego królestwa, bez prawdziwego i wystarczającego zadośćuczynienia za jego grzech. I w jednym, i w drugim wypadku uczynił nie to, co było jedynie możliwe, lecz to, co było najlepsze. I dlatego konieczne było przyjście Słowa; jeśli bowiem prawdziwe zadośćuczynienie miało zostać dokonane, to nic nie mogło tego sprawić poza wcieleniem Wszechświętego.
Widzicie zatem, bracia moi, jak dobrowolne było posłannictwo i śmierć Pana naszego; jeśli można wyobrazić sobie przykład dobrowolnego cierpienia, to jest nim właśnie to. Przyszedł, by umrzeć, gdy nie musiał umierać; umarł, by zadośćuczynić za to, co mogło być przebaczone bez zadośćuczynienia; zapłacił cenę, której nie trzeba było żądać, owszem, którą — gdy została zapłacona — trzeba było przyjąć. Można powiedzieć zgodnie z prawdą, że ściśle rzecz biorąc, jeden byt nigdy nie może własnym cierpieniem po prostu spłacić długu cudzego grzechu. Toteż umarł nie po to, by wymóc stanowcze roszczenie na Bożej sprawiedliwości, jeśli tak rzec wolno — jak gdyby targował się na rynku albo prowadził sprawę w sądzie — lecz w sposób bardziej miłujący, hojny, szczodry przelał ową krew, która warta była dziesięciu tysięcy ludzkich istnień, więcej wartą niż krew wszystkich synów Adama przelana razem, zgodnie z wolą swego Ojca, który z mądrych a nieobjawionych powodów zażądał jej jako warunku ich przebaczenia.
I to nie wszystko: jedna kropla Jego krwi byłaby wystarczyła, by zadośćuczynić za nasze grzechy; mógłby był ofiarować swoje obrzezanie jako zadośćuczynienie, i byłoby wystarczyło; jedna chwila Jego krwawej agonii byłaby wystarczyła, jedno uderzenie biczem mogłoby było sprawić wystarczające zadośćuczynienie. Lecz ani obrzezanie, ani agonia, ani biczowanie nie były naszym odkupieniem, ponieważ nie ofiarował ich jako takie. Cena, którą zapłacił, nie była niczym mniejszym niż całym skarbem Jego krwi, wylanej do ostatniej kropli z Jego żył i Jego świętego serca. Przelał za nas całe swoje życie; pozostawił siebie ogołoconym ze wszystkiego. Opuścił swój tron na wysokości; wyrzekł się swojego domu na ziemi; rozstał się ze swoją Matką, oddał swoją siłę i swój trud, oddał swoje ciało i duszę, ofiarował swoją mękę, swoje ukrzyżowanie i swoją śmierć, aby człowiek nie został kupiony za darmo. To właśnie daje do zrozumienia Apostoł, mówiąc, że jesteśmy „kupieni za wielką cenę", a prorok, gdy oznajmia, że „u Pana jest miłosierdzie, i obfite u Niego odkupienie".
To właśnie pragnąłem wyraźnie wydobyć, bracia moi, dla waszego pobożnego rozmyślania. Moglibyśmy byli dostąpić przebaczenia bez uniżenia Odwiecznego Słowa; znów, moglibyśmy byli zostać odkupieni jedną tylko kroplą Jego krwi; a jednak przyszedł na ziemię, i umarł śmiercią, śmiercią niepojętego cierpienia; a wszystko to uczynił jako dobrowolny dar dla swego Ojca, nie zaś jakby wymuszając Jego przyjęcie. Od początku do końca było to w najwyższym sensie dzieło dobrowolne; i to właśnie tak przytłacza umysł w myśli o nim. Jest jakby tak, jak gdyby znajdował upodobanie w tym, że musi cierpieć; jak gdyby pragnął ukazać wszystkim stworzeniom to, co inaczej zdawałoby się niemożliwe — że Stwórca mógł pośród swojej niebiańskiej szczęśliwości praktykować cnoty stworzenia: samouniżenie i pokorę. Jest jakby tak, jak gdyby pragnął, będąc od całej wieczności tak wszechchwalebnym, jakby na dodatek (jeśli wolno tak rzec) do swoich doskonałości, poddać się warunkowi stworzenia w jego najbardziej dotkliwej postaci. Jest to, jeśli wolno użyć ludzkiego języka, rozrzutność miłości, czyli owa bohaterska miłość trudu i znoju, która znajduje mizerne odbicie w romantycznych obrońcach niewinnych lub uciśnionych, o których czytamy w dziejach albo w baśni, a którzy chodzili po świecie, szlachetnie wystawiając się na niebezpieczeństwo dla każdego, kto prosił o ich pomoc.
A raczej — i to właśnie pragnę podkreślić — nasuwa nam to, jakby na próbce, nieskończoność Boga. Wszyscy wyznajemy, że jest nieskończony; ma nieskończoną liczbę doskonałości, i jest nieskończony w każdej z nich. Wyznamy to bez wahania; lecz pytamy: czym jest nieskończoność? Co się rozumie przez powiedzenie, że jest nieskończony? Zdaje się, jakbyśmy chcieli, by nam powiedziano, jak gdyby nic nam nie dano, co by rzuciło światło na to pytanie. Otóż, bracia moi, dano nam wiele; zewnętrznym ukazaniem nieskończoności jest tajemnica; a tajemnice natury i łaski są niczym innym jak sposobem, w jaki Jego nieskończoność spotyka się z nami i bywa nam uprzytomniona. Ludzie wyznają, że jest nieskończony, a jednak wzdrygają się i sprzeciwiają, gdy tylko Jego nieskończoność zetknie się z ich wyobraźnią i zadziała na ich rozum. Nie mogą znieść owej pełni, owej przeobfitości, owego niewyczerpanego wypływania i „gwałtownego pędu", i ogarniającego potoku Bożych przymiotów. Powściągają je i ograniczają do swojego pojmowania, mierzą je swoją własną miarą, kształtują je według własnego wzorca; a gdy dostrzegają cokolwiek z niezgłębionej otchłani, z bezmiaru którejkolwiek pojedynczej doskonałości czy zalety Bożej Natury — Jego miłości, Jego sprawiedliwości czy Jego mocy — natychmiast się gorszą, odwracają się i odmawiają wiary.
Otóż ten przykład uniżenia Pana naszego jest właśnie takim wypadkiem. To, co w człowieku byłoby rozrzutnością i nadmiarem, jest jedynie stosowne, czy też konieczne — jeśli wolno tak rzec — w Tym, którego zasoby są nieograniczone. Czytamy w dziejach opisy wschodniej szczodrości, które brzmią jak zmyślenie, a w Europie zyskałyby nie poklask, lecz pogardę — tam, gdzie bogactwo nie jest, jak na Wschodzie, skupione w rękach niewielu spośród całego ludu. „Królewska szczodrość" stała się przysłowiem, z myśli, że skarby króla są takie, iż czynią rozdawanie wielkich darów i hojności nie tylko dopuszczalnym, lecz i przystojnym dla niego. Ten zatem, który jest nieskończony, może jedynie czynić to, co najlepsze, najświętsze i najmądrzejsze, czyniąc to, co człowiekowi zdaje się nieskończenie przekraczać potrzebę; nie może bowiem przekroczyć swoich własnych mocy ani zasobów. Człowiek ma ograniczone środki i określone obowiązki; byłoby w nim marnotrawstwem roztrwonić tysiąc sztuk złota na jednego biedaka, gdy za to samo mógłby uczynić istotne dobro wielu; lecz Bóg jest tak bogaty, jak jest głęboki i bezmierny, tak nieskończony po dokonaniu dzieła nieskończonej hojności, jak przed jego rozpoczęciem. „Czyż nie wiesz", mówi, „albo czyś nie słyszał? Pan jest Bogiem wiekuistym, który stworzył krańce ziemi; nie ustanie ani się nie znuży; ani nie da się zgłębić Jego mądrość". Nie może uczynić małego dzieła; nie może działać połowicznie; zawsze czyni dzieła całe, dzieła wielkie. Gdyby Chrystus wcielił się dla jednej tylko duszy, kogóż powinno to zdziwić? Któż nie powinien Go chwalić i błogosławić za to, że na jednym przykładzie i na próbce ukazał nam, czym jest owa miłość i hojność, które napełniają niebiosa? I podobnie, gdy w istocie przyjął ciało dla tych, którzy mogli być zbawieni bez tego, choć bardziej stosownie do Jego chwalebnego majestatu — z tym, a nadto przelał całą swoją krew na zadośćuczynienie, gdy kropla byłaby wystarczyła — czy mamy uważać taką naukę za dziwną i trudną do przyjęcia, a nie raczej za zgodną, i to jedynie zgodną z ową wielką prawdą, którą wszyscy zaczynamy od przyjmowania, że jest nieskończony? Z pewnością byłoby w nas największą nierozumnością przyjmować Jego nieskończoność w ogólności, a odrzucać jej przykłady w szczególności; utrzymywać, że jest Tajemnicą, a przeczyć, że Jego czyny mogą być tajemnicze.
Nie wolno nam zatem wprowadzać naszych ekonomicznych teorii, zapożyczonych ze szkół dnia dzisiejszego, gdy chcemy rozumować o Wiekuistym Bogu. Świat wciąż tak czyni, gdy mówi o religii. Nie chce dopuścić cudów świętych, ponieważ utrzymuje, że te, których dokonali apostołowie, były wystarczające dla celu, jaki cuda miały — czy też jakoby mieć powinny — na widoku. Dziwię się, jak to świat dochodzi do tego, by przyznać, że tak wielkie rzesze istot ludzkich rodzą się i umierają w niemowlęctwie, albo że obfitość ziaren rzucana jest po obliczu ziemi, z których jedne padają przy drodze, inne na skałę, inne między ciernie, a tylko resztka na dobrą glebę. Jakże rozrzutny był ów siewca! — tak myśli świat, lecz apostoł woła: „O głębokości bogactw mądrości i wiedzy Bożej! Jak niezbadane są Jego wyroki i niezgłębione Jego drogi!"
Świat sądzi o zniżeniu się Boga tak, jak sądzi o Jego hojności. Wiemy z Pisma, że „nauka krzyża" była na początku „głupstwem" dla niego; poważni, myślący ludzie naśmiewali się z niej jako z czegoś niemożliwego — że Bóg, który jest tak wysoki, miałby się uniżyć tak nisko, i że Ten, kto umarł śmiercią złoczyńcy, miałby być czczony na samym narzędziu swojej kary. Dobrowolnego uniżenia nie pojmowali wówczas i nie pojmują dziś. Nie wyrażają wprawdzie tak otwarcie swojej odrazy do tej nauki dzisiaj, ponieważ to, co zwie się opinią publiczną, im na to nie pozwala; lecz widzicie, co naprawdę myślą o Chrystusie, po tonie, jaki przybierają wobec tych, którzy w swojej mierze idą za Nim. Ci, którzy są uczestnikami Jego pełni, wezwani są, w miarę jak dar im jest dany — czy to przez zwykłe Jego natchnienia, czy przez szczególne tchnienie — by naśladowali Jego wzór; są wiedzeni ku ofierze z samych siebie, i tak wchodzą w zwarcie z zasadami świata. Dobrowolne czy bezinteresowne umartwienie w tej czy innej postaci, dobrowolna czystość, dobrowolne ubóstwo, dobrowolne posłuszeństwo, śluby doskonałości — wszystko to jest właśnie punktem sporu między światem a Kościołem: świat tego nienawidzi, a Kościół to doradza. „Czemu nie mogą zostać ze mną?" — mówi świat; „czemu chcą porzucić swój stan czy swoje położenie, skoro pewne jest, że mogliby być zbawieni tam, gdzie są? Oto dama z rodu; mogłaby być pożyteczna w domu, mogłaby dobrze wyjść za mąż, mogłaby być ozdobą towarzystwa, mogłaby udzielić swojego poparcia celom religijnym, a ona przewrotnie opuściła nas wszystkich; obcięła sobie włosy, włożyła szorstką szatę i myje stopy ubogim. Oto człowiek imienia i zdolności, który wyrzucił się ze swojej sfery wpływu i świeckiego położenia, i wybiera miejsce, gdzie nikt nie zna jego wartości; i uczy małe dzieci katechizmu". Świat wzruszony jest litością, wstydem i oburzeniem na ten widok, i moralizuje nad osobami, które postępują tak niegodnie swojego urodzenia lub wykształcenia, i są tak okrutne wobec samych siebie. A co gorsza: „oto święty, i cóż musi robić, jak nie praktykować dziwactwa?" — jakimi byłyby one zaiste w innych, choć w nim są tylko koniecznym przeciwwagą wobec pokus, które inaczej spadłyby na niego z powodu „wielkości objawień", albo są tylko znakami miłości, z jaką obejmuje stopy swego Odkupiciela. A „oto znów inna, i poddaje swoje ciało pokutom strasznym do pomyślenia, i wyniszcza się w poszukiwaniu niedoli, a wszystko z jakiegoś przeświadczenia, że upodabnia swoje położenie do dobrowolnego samouniżenia Słowa". Biada światu! który po prostu zapomina, że Bóg jest wielki we wszystkim, co czyni, wielki w swoich cierpieniach, i że czyni świętych i mężów świętych, w ich mierze, uczestnikami owej wielkości.
I oto jeszcze inny przykład na poparcie tego. Jeśli jest jeden Boży przymiot bardziej niż inny, który narzuca się umysłowi z kontemplacji świata materialnego, to jest nim chwała, harmonia i piękno jego Stwórcy. Leży to na powierzchni stworzenia, jak światło na obliczu, i przemawia do wszystkich. Niewielu zaiste dane jest wniknąć w układ i porządek świata tak głęboko, by dostrzec nadto przedziwną zręczność i dobroć Bożego Mistrza; lecz wdzięk i urok, które promieniują z samego oblicza widzialnego stworzenia, są dostrzegalne dla wszystkich, bogatych i ubogich, uczonych i nieuczonych. Jest ono w istocie tak piękne, że ci sami filozofowie, którzy poświęcają się jego badaniu, dochodzą do tego, że miłują je bałwochwalczo i uważają je za zbyt doskonałe, by mogli dopuścić jego naruszenie czy zmianę, albo by mogli ścierpieć choćby samą tę myśl. Nie spoglądając w górę ku Nieskończonemu Stwórcy, który mógłby uczynić tysiąc piękniejszych światów, a uczynił najpiękniejszą cząstkę tego najbardziej zniszczalną — kwitnącą bowiem, jak kwitnie, dzisiaj, a jutro w piec wrzuconą — miłując, powiadam, stworzenie bardziej niż Stwórcę, ważyli się we wszystkich wiekach nie wierzyć w możliwość przerw w porządku fizycznym i zaprzeczali cudom Objawienia. Zaprzeczali cudom apostołów i proroków na tej podstawie, że psują i niszczą one to, co tak doskonałe i harmonijne, jak gdyby widzialny świat był jakimś dziełem ludzkiej sztuki, zbyt wyśmienitym, by je samowolnie roztrzaskać o ziemię. Lecz On, bracia moi, Wiekuisty Twórca czasu i przestrzeni, materii i zmysłów — jakby na to, by wylać pogardę na zuchwałe i drobiazgowe spekulacje swoich niewiedzących stworzeń o Jego dziełach i Jego woli — ku pełniejszej i bogatszej harmonii oraz ku wyższemu i szlachetniejszemu porządkowi miesza prawa tego fizycznego wszechświata i rozstraja muzykę sfer. Owszem, uczynił więcej, posunął się jeszcze dalej: z nieskończoności swojej wielkości zatarł swoją własną chwałę i zranił oraz zeszpecił swoje własne piękno — nie wprawdzie takie, jakim jest samo w sobie, jest On bowiem zawsze ten sam, niezmiernie doskonały i niezmienny, lecz w kontemplacji swoich stworzeń — przez niewysłowione zniżenie się swojego wcielenia.
*Semetipsum exinanivit*, „uczynił siebie samego próżnym czy pustym", jak ziemia była „pusta i próżna" na początku; zdawał się rozwiązywać i rozpuszczać ów zespół przymiotów, które czyniły Go Bogiem, i niweczyć ideę, którą sam wszczepił w nasze umysły. Bóg cudów dokonał najbardziej przejmującego grozą ze znaków i dziwów, odwołując i jakby zaprzeczając wszystkim swoim doskonałościom, choć przez cały ten czas pozostawał jeden i ten sam. Wszechmoc stała się nędzarzem; Życie stało się trędowatym; Pierwszy i jedyny Piękny zstąpił do nas z „obliczem bez chwały" i „postacią bez urody", krwawiący i (mogę rzec) upiorny, wzniesiony w nagości i rozciągnięty w wykręceniu przed oczyma grzeszników. Nie poprzestając na tym, uwiecznia dzieje swojego uniżenia; ludzie tego świata, gdy popadają w nieszczęście, a potem podźwigają się, ukrywają jego pamiątki. Tają swoje niedole z góry, dopóki mogą; znoszą je z konieczności, gdy w nie popadają; a gdy je przezwyciężą, udają, że je lekceważą. Królowie ziemi, gdy pozbędą się swoich chwilowych zdobywców i znów zasiądą na swoich tronach, przywracają wszystko do dawnego stanu i usuwają ze swoich pałaców, sal narad i miast — czy to posąg, czy obraz, czy napis, czy edykt — wszystko, co świadczy o zawieszeniu ich władzy. Żołnierze chlubią się wprawdzie swoimi bliznami, lecz dzieje się tak dlatego, że ich wrogowie byli im dobrze dorównani, a ich zmagania były konieczne, i znaki tego, co wycierpieli, są dowodem tego, czego dokonali; lecz On, który *oblatus est, quia voluit*, który „ofiarowany został, ponieważ sam zechciał", który wystawił się na moce zła, choć mógł nas zbawić bez tego wystawienia, który ani nie był słaby przez to, że został pokonany, ani mocny przez to, że pokonał — obwieszcza całemu światu, co przeszedł, bez wstydu tyrana, bez pychy żołnierza; On (rzecz przedziwna) wzniósł na wysokości, zatknął nad ziemią pamiątkę tego, że ów Zły, którego strącił był z nieba na początku, w godzinie ciemności zadał Mu agonię. W istocie bowiem, wskutek nieskończoności swojej chwały, jest On piękniejszy w swojej słabości niż w swojej mocy; Jego rany jaśnieją jak gwiazdy światła; sam Jego krzyż staje się przedmiotem kultu; narzędzia Jego męki, gwoździe i cierniowa korona, pełne są cudownej mocy. I tak nakazuje, by upamiętnienie Jego Krwawej Ofiary było czynione dzień po dniu po całej ziemi, i sam jest tam obecny w Osobie, by je ożywiać i uświęcać; wznosi swój gorzki, lecz zbawczy krzyż w każdym kościele i nad każdym ołtarzem; ukazuje się rozdarty i krwawiący na drzewie na rogach każdej ulicy i na każdym wiejskim rynku; czyni go znakiem swojej religii; pieczętuje tym triumfalnym znakiem nasze czoła, nasze usta i naszą pierś; nim rozpoczyna i kończy nasze dni, i nim oddaje nas grobowi. A gdy przyjdzie znowu, ów Znak Syna Człowieczego ukaże się na niebie; a gdy zasiądzie na sądzie, te same chwalebne znamiona zobaczy cały świat na Jego rękach, stopach i boku, które zostały w nie wyryte w godzinie Jego poniżenia. Tak oto „uczynił sobie król Salomon lektykę z drzewa Libanu. Słupy jej uczynił ze srebra, oparcie ze złota, podnóżek z purpury; środek jej wysłał miłością dla córek jerozolimskich. Wyjdźcie, córki Syjonu, i zobaczcie króla Salomona w koronie, którą ukoronowała go jego matka w dniu jego zaślubin i w dniu radości jego serca".
Nie mogę zakończyć tego toku myśli, nie wspomniawszy o przedmiocie surowszym, na który zdaje się on rzucać nieco światła. Jest pewna grupa nauk, które dla człowieka naturalnego są szczególnym zgorszeniem i trudnością; mam na myśli te związane z Bożymi wyrokami. Czemu Wszechmogący wyznaczył nieskończoną karę nieskruszonemu grzesznikowi? Czemu pomsta chwyta go, gdy odchodzi z tego życia, i nie ma już lekarstwa? Czemu znów nawet umiłowane dzieci Boże, owe święte dusze, które odchodzą z tego życia w Jego łasce i w Jego upodobaniu, nie są od razu dopuszczone do Jego oblicza, lecz — jeśli ciąży na nich jakiś nieuiszczony dług — najpierw wchodzą do czyśćca i go spłacają? Ludzie tego świata wzdragają się przed taką nauką jako przed czymś niemożliwym, a ludzie religijni odpowiadają, że jest to tajemnica; i jest to tajemnica — to jest, jest to tylko jeden z tych przykładów, jakie natura i Objawienie stawiają nam przed oczyma, nieskończoności Bożej; jest to tylko jeden z owych przytłaczających przejawów Wszechmogącego, gdy działa, które nam przypominają, które mają nam przypominać, że jest nieskończony, i ponad oraz poza ludzką miarą i pojmowaniem — które wiodą nas do tego, byśmy schylili głowę i adorowali Go, jak uczynił Mojżesz, gdy przechodził, i byśmy razem z nim, z przejmującą grozą, obwieszczali Jego Imię jako „Pana Boga, który ma panowanie, zachowującego miłosierdzie dla tysięcy i odpłacającego nieprawość ojców na synach i synach synów, do trzeciego i czwartego pokolenia".
Tak więc przymioty Boże, choć zrozumiałe dla nas na swojej powierzchni — z naszego bowiem własnego poczucia miłosierdzia, świętości, cierpliwości i konsekwencji mamy ogólne pojęcia o Wszechmiłosiernym, Wszechświętym, Wszechcierpliwym i o wszystkim, co właściwe Jego Istocie — to jednak, właśnie dlatego, że są nieskończone, przekraczają nasze pojmowanie, gdy się przy nich zatrzymujemy, gdy je doprowadzamy do kresu, i mogą być przyjęte tylko przez wiarę. Mgliście są one odzwierciedlone, właśnie pod tym względem, przez wielkie czynniki, które stworzył On w świecie materialnym. Cóż jest tak zwykłe i poufałe dla nas jak żywioły, cóż tak proste i dostępne dla nas jak ich obecność i działanie? A jednak jak zmienia się ich charakter i jak nas ujarzmiają oraz triumfują nad nami, gdy przychodzą na nas w swojej pełni! Niewidzialne powietrze, jakże jest łagodne i zażyle nasze! Oddychamy nim w każdej chwili, ani nie moglibyśmy bez niego żyć; owiewa nasz policzek, opływa nas, i poruszamy się przez nie bez wysiłku, ono zaś posłusznie ustępuje przy każdym naszym kroku i służalczo podąża za nami, gdy idziemy naprzód. A jednak niech przyjdzie w swojej mocy, a ten sam milczący płyn, który przed chwilą był sługą naszej potrzeby czy zachcianki, porywa nas na swoje skrzydła z niewidzialną mocą anioła, unosi nas w przestworza i ciska o ziemię. Albo idź do źródła i czerp stamtąd wedle upodobania, do swego kubka czy dzbana, na zaspokojenie swoich potrzeb; masz gotowego sługę, domownika zawsze pod ręką, w wielkiej ilości czy w małej, by ugasić twoje pragnienie albo oczyścić cię z kurzu i błota świata. Lecz wyrusz z domu, dotrzyj do wybrzeża, a ujrzysz ten sam pokorny żywioł przemieniony przed twoimi oczyma. Dorównywałeś mu w jego zniżeniu, lecz któż bez zdumienia spojrzy na jego ogromny bezmiar w łonie oceanu? Któż bez lęku usłyszy uderzanie jego potężnych bałwanów wzdłuż brzegu? Któż bez przerażenia poczuje, jak wzdyma się pod nim, i wzbiera, i wznosi, i rozwiera szeroko, aż on sam, igraszka jego i pośmiewisko, zostaje rzucony tam i z powrotem, tu i ówdzie, zdany na łaskę mocy, która przed chwilą była jego towarzyszem i niemal jego niewolnikiem? Albo znów zbliż się do płomienia: ogrzewa cię i oświeca; lecz nie zbliżaj się zbytnio, nie waż się, bo zmieni swoją naturę. Ten sam żywioł, tak piękny dla oka, tak świetny w swoim charakterze, tak pełen wdzięku w swoim kształcie, tak miękki i drgający w swoim ruchu, okaże się w swojej istocie natury ostrej i nieprzepartej; dręczy, pochłania, obraca w popiół to, co przed chwilą oświecał i ożywiał. Tak jest z przymiotami Boga; nasza wiedza o nich służy nam dla codziennego dobra; dają nam światło, ciepło, pokarm, przewodnictwo i pomoc; lecz wyjdź z Mojżeszem na górę i niech Pan przejdzie obok, albo z Eliaszem stań na pustyni pośród wichru, trzęsienia ziemi i ognia, a wszystko jest tajemnicą i ciemnością; wszystko jest tylko wirowaniem rozumu, olśnieniem wyobraźni i przytłoczeniem uczuć, przypominającym nam, że jesteśmy tylko śmiertelnymi ludźmi, a On jest Bogiem, i że zarysy, które kreśli nam natura, nie są Jego doskonałym obrazem, ani nie należy ich uznać za sprzeczne z owymi dalszymi światłami i głębiami, którymi przyodziewa go Objawienie.
Nie mówcie, bracia moi, że te myśli są zbyt surowe na ten okres, gdy kontemplujemy ofiarną, samowyniszczającą się miłość, jaką nawiedził nas Bóg, nasz Zbawiciel. Właśnie z tego powodu się przy nich zatrzymuję; im wyższy On jest, i im bardziej tajemniczy, tym chwalebniejsze i tym bardziej ujarzmiające są dzieje Jego uniżenia. Wyznaję, bracia moi, lubię zatrzymywać się przy Nim jako Jednorodzonym Słowie; ani nie jest żadnym zapomnieniem o Jego świętym człowieczeństwie kontemplować Jego Wiekuistą Osobę. Sama bowiem idea, że jest Bogiem, nadaje znaczenie Jego cierpieniom; czymże jest dla mnie człowiek, i nic więcej, w agonii, albo ubiczowany, albo ukrzyżowany? Jest wielu świętych męczenników, a ich katusze były straszne. Lecz tutaj widzę Jednego, który broczy krwią, rozdarty rzemieniem i rozciągnięty na krzyżu, a On jest Bogiem. Nie jest to opowieść o ludzkiej niedoli, którą tu czytam; jest to zapis męki wielkiego Stwórcy. Słowo i Mądrość Ojca, który spoczywał na Jego łonie w niewysłowionej szczęśliwości od całej wieczności, którego sam uśmiech rozlał blask i wdzięk po całym stworzeniu, którego ślady widzę na gwiaździstych niebiosach i na zielonej ziemi — ten chwalebny żywy Bóg, to On patrzy na mnie tak żałośnie, tak tkliwie z krzyża. Zdaje się mówić: nie mogę się poruszyć, choć jestem wszechmocny, grzech bowiem przywiązał Mnie tutaj. Miałem w zamyśle przyjść na ziemię pośród niewinnych stworzeń, piękniejszych i bardziej uroczych niż one wszystkie, z obliczem promienniejszym niż serafini i z postacią królewską jak postać archaniołów, by być im równym, a zarazem ich Bogiem, by napełnić ich swoją łaską, odebrać ich uwielbienie, cieszyć się ich towarzystwem i przygotować ich do nieba, do którego ich przeznaczyłem; lecz zanim wprowadziłem swój zamysł w czyn, zgrzeszyły i utraciły swoje dziedzictwo; i tak przychodzę zaiste, lecz przychodzę nie w owej jasności, w której wyszedłem, by stworzyć gwiazdy poranne i napełnić synów Bożych melodią, lecz w zniekształceniu i w hańbie, we westchnieniach i łzach, z krwią na moim policzku i z członkami obnażonymi i rozdartymi. Wpatrujcie się we Mnie, o dzieci moje, jeśli chcecie, jestem bowiem bezbronny; wpatrujcie się w swojego Stwórcę, czy to w pogardzie, czy w wierze i miłości. Tutaj czekam, na krzyżu, na wyznaczony czas, czas łaski i miłosierdzia; tutaj czekam aż do końca świata, milczący i nieruchomy, na nawrócenie grzeszników i na pociechę sprawiedliwych; tutaj trwam w słabości i hańbie, choć tak wielki jestem w niebie, aż do końca, cierpliwie wyczekując pełnego spisu dusz, które — gdy czas się wreszcie dopełni — będą nagrodą mojej męki i triumfem mojej łaski przez całą wieczność.