HomiliaDB

św. John Henry Newman · Kazania do mieszanych zgromadzeń

Dyskurs XVI. Duchowe cierpienia Pana naszego w Jego Męce

Gdy cierpię i nie rozumiem po coGdy potrzebuję nadziei Męka i KrzyżMacierzyństwo Boże
W skrócie. Dyskurs XVI to wielkopostna medytacja o duchowych cierpieniach Chrystusa w Ogrójcu — Newman tłumaczy, że Jezus świadomie i dobrowolnie otworzył swą duszę na pełen ciężar wszystkich grzechów świata, cierpiąc bardziej niż ktokolwiek, bo jako Bóg z pełnym, nierozproszonym postrzeżeniem bólu. Dyskursy XVII–XVIII uzasadniają chwały Maryi jako niezbędne dla wyznania Wcielenia: tytuł Theotokos jest tarczą przeciw wszelkiej chrystologicznej herezji. Cześć Matki i cześć Syna idą nierozłącznie razem.

„Grzech jest dla nas rzeczą łatwą; mało o nim myślimy; nie pojmujemy, jak Stwórca może o nim myśleć wiele;”

Każdy fragment dziejów Pana naszego i Zbawiciela jest niezgłębionej głębokości i daje niewyczerpany przedmiot kontemplacji. Wszystko, co Jego dotyczy, jest nieskończone, a to, co najpierw dostrzegamy, jest tylko powierzchnią tego, co ma swój początek i kres w wieczności. Zuchwalstwem byłoby, gdyby ktokolwiek, kto nie dorównuje świętym i doktorom, podjął się komentowania Jego słów i czynów inaczej niż na sposób medytacji; lecz medytacja i modlitwa myślna są do tego stopnia powinnością wszystkich, którzy pragną żywić ku Niemu prawdziwą wiarę i miłość, że wolno nam, bracia moi, pod przewodnictwem świętych mężów, którzy nas poprzedzili, zatrzymać się i rozwodzić nad tym, co skądinąd godniej byłoby adorować niż badać. A pewne pory roku — ta zwłaszcza — wzywają nas, byśmy rozważyli, tak ściśle i drobiazgowo, jak tylko zdołamy, nawet najświętsze części ewangelicznych dziejów. Wolałbym, by mnie uznano za słabego czy nadgorliwego w ich traktowaniu, niżbym miał uchybić temu Okresowi; przeto teraz przystępuję — bo religijny zwyczaj Kościoła tego wymaga, a choć każdy poszczególny kaznodzieja może przed tym słusznie się wzdragać — by skierować wasze myśli ku przedmiotowi szczególnie teraz stosownemu, a o którym wielu z nas zapewne nader mało myśli: ku cierpieniom, jakie Pan nasz wycierpiał w swej niewinnej i bezgrzesznej duszy.

Wiecie, bracia moi, że Pan nasz i Zbawiciel, choć był Bogiem, był też doskonałym człowiekiem; i stąd miał nie tylko ciało, lecz także duszę, taką jak nasza, choć wolną od wszelkiej skazy zła. Nie przyjął ciała bez duszy — uchowaj Boże! — bo to nie byłoby stać się człowiekiem. Jakże uświęciłby naszą naturę, przyjmując naturę, która nie jest nasza? Człowiek bez duszy jest na poziomie zwierząt polnych; lecz Pan nasz przyszedł, by zbawić rodzaj zdolny do Jego wielbienia i posłuszeństwa, posiadający nieśmiertelność, choćby ta nieśmiertelność utraciła obiecaną sobie szczęśliwość. Człowiek został stworzony na obraz Boży, a obraz ten jest w jego duszy; gdy więc jego Stwórca, przez niewysłowione zniżenie się, przyszedł w jego naturze, przyjął na siebie duszę, by przyjąć na siebie ciało; przyjął na siebie duszę jako środek swego zjednoczenia z ciałem; przyjął na siebie najpierw duszę, a potem ciało człowieka, oba naraz, lecz w tym porządku: duszę i ciało; On sam stworzył duszę, którą przyjął na siebie, ciało zaś wziął z ciała Najświętszej Dziewicy, swej Matki. Tak stał się doskonałym człowiekiem z ciałem i duszą; a jak przyjął na siebie ciało z mięsa i nerwów, podatne na rany i śmierć, zdolne do cierpienia, tak też przyjął duszę, która była podatna na to cierpienie, a nadto na ból i smutek właściwe duszy ludzkiej; i jak Jego odkupieńcza Męka została podjęta w ciele, tak została podjęta i w duszy.

W miarę jak postępują te uroczyste dni, będziemy szczególnie, bracia moi, wezwani, by rozważać Jego cierpienia w ciele: Jego pojmanie, Jego przymusowe pędzenie tam i z powrotem, Jego razy i rany, Jego biczowanie, koronę cierniową, gwoździe, Krzyż. Wszystkie one są zebrane w samym Krucyfiksie, gdy staje przed naszymi oczyma; są przedstawione wszystkie naraz na Jego świętym ciele, gdy wisi przed nami — a medytacja staje się łatwa dzięki temu widokowi. Inaczej rzecz się ma z cierpieniami Jego duszy; nie da się ich nam namalować ani nawet należycie zbadać: są ponad zmysłem i myślą; a przecież wyprzedziły Jego cielesne cierpienia. Konanie, ból duszy, nie ciała, było pierwszym aktem Jego straszliwej ofiary; „Smutna jest dusza moja aż do śmierci” — powiedział; co więcej, jeśli cierpiał w ciele, to naprawdę cierpiał w duszy, bo ciało jedynie przekazywało zadawany cios temu, co było prawdziwym odbiorcą i siedliskiem cierpienia.

Warto na tym mocno nalegać; powiadam, to nie ciało cierpiało, lecz dusza w ciele; to dusza, a nie ciało, była siedliskiem cierpienia Przedwiecznego Słowa. Rozważcie zatem: nie ma rzeczywistego bólu — choć może być cierpienie pozorne — tam, gdzie nie ma żadnej wewnętrznej wrażliwości ani ducha, by być jego siedliskiem. Drzewo na przykład ma życie, organy, wzrost i obumieranie; można je zranić i okaleczyć; więdnie i ginie; lecz nie cierpi, bo nie ma w sobie umysłu ani zmysłowej zasady. Lecz gdziekolwiek znajduje się ten dar zasady niematerialnej, tam możliwy jest ból, a większy ból w miarę jakości tego daru. Gdybyśmy nie mieli żadnego ducha, czulibyśmy tak mało jak drzewo; gdybyśmy nie mieli duszy, nie odczuwalibyśmy bólu dotkliwiej niż odczuwa go zwierzę; lecz będąc ludźmi, odczuwamy ból w sposób, w jaki tylko ci, którzy mają duszę, odczuwać go mogą.

Istoty żywe, powiadam, czują mniej lub bardziej według ducha, jaki w nich jest; zwierzęta czują znacznie mniej niż człowiek, bo nie potrafią rozmyślać nad tym, co czują; nie mają zważania ani bezpośredniej świadomości swych cierpień. To właśnie sprawia, że ból jest tak ciężki do zniesienia, mianowicie że nie możemy powstrzymać się od myślenia o nim, gdy go cierpimy. Stoi przed nami, opanowuje umysł, trzyma nasze myśli przykute do siebie. Cokolwiek odciąga umysł od myśli o nim, pomniejsza go; stąd przyjaciele starają się nas rozerwać, gdy cierpimy, bo rozrywka jest odwróceniem uwagi. Jeśli ból jest lekki, czasem im się to z nami udaje; i wtedy jesteśmy, by tak rzec, bez bólu, nawet gdy cierpimy. I stąd nieustannie się zdarza, że przy gwałtownym wysiłku czy pracy ludzie odnoszą razy lub cięcia tak znaczne i tak trwałe w skutkach, że świadczą o cierpieniu, jakie musiało towarzyszyć ich zadaniu, a z którego przecież nic nie pamiętają. A w kłótniach i bitwach odbiera się rany, które wskutek podniecenia chwili docierają do świadomości walczącego nie przez ból w chwili ich otrzymania, lecz przez upływ krwi, jaki następuje.

Wnet wam pokażę, bracia moi, jak zamierzam zastosować to, co powiedziałem, do rozważania cierpień Pana naszego; najpierw poczynię jeszcze jedną uwagę. Rozważcie więc, że ledwie jedno pojedyncze uderzenie bólu jest nie do zniesienia; staje się nie do zniesienia, gdy trwa. Wołacie może, że nie możecie znieść więcej; chorym zdaje się, jakby mogli powstrzymać rękę chirurga, jedynie dlatego, że ten dalej zadaje im ból. Ich odczucie jest takie, że znieśli tyle, ile znieść mogą; jakby trwanie, a nie natężenie było tym, co czyni to dla nich zbyt wielkim. Cóż to znaczy, jeśli nie to, że pamięć poprzednich chwil bólu działa na ból następujący i niejako go zaostrza? Gdyby trzecią lub czwartą lub dwudziestą chwilę bólu można było wziąć samą w sobie, gdyby następstwo chwil, które ją poprzedziły, dało się zapomnieć, nie byłaby ona niczym więcej niż pierwszą chwilą, równie znośna jak pierwsza (odjąwszy wstrząs, jaki towarzyszy pierwszej); lecz to, co czyni ją nieznośną, to fakt, że jest dwudziesta; że pierwsza, druga, trzecia, aż po dziewiętnastą chwilę bólu, wszystkie skupiają się w dwudziestej; tak że każda dodatkowa chwila bólu ma całą moc, wciąż narastającą moc tego wszystkiego, co ją poprzedziło. Stąd, powtarzam, zdaje się, że zwierzęta czują tak mało bólu — mianowicie dlatego, że nie mają władzy rozmyślania ani świadomości. Nie wiedzą, że istnieją; nie kontemplują samych siebie; nie spoglądają wstecz ani naprzód; każda chwila, gdy nadchodzi, jest ich wszystkim; błąkają się po obliczu ziemi, widzą to i owo, czują przyjemność i ból, ale wciąż biorą wszystko, jak przychodzi, a potem znów to puszczają, jak ludzie czynią we śnie. Mają pamięć, lecz nie pamięć istoty rozumnej; niczego nie składają razem, niczego nie czynią właściwie jednym i pojedynczym dla siebie z poszczególnych wrażeń, jakie odbierają; nic nie jest dla nich rzeczywistością ani nie ma substancji poza tymi wrażeniami; są jedynie świadome szeregu kolejnych odcisków. I stąd, jak inne ich uczucia, tak i ich odczucie bólu jest tylko słabe i przytępione, mimo zewnętrznych jego objawów. To rozumowe ujęcie bólu jako całości rozlanej przez kolejne chwile nadaje mu szczególną moc i ostrość, a tylko dusza, której zwierzę nie ma, jest zdolna do tego ujęcia.

Otóż zastosujcie to do cierpień Pana naszego — czy pamiętacie, jak podano Mu wino zmieszane z mirrą, gdy miał być ukrzyżowany? Nie chciał go pić; czemu? bo taki napój odurzyłby Jego umysł, a On był zdecydowany znieść ból w całej jego goryczy. Widzicie z tego, bracia moi, charakter Jego cierpień; chętnie byłby ich uniknął, gdyby taka była wola Jego Ojca; „Jeśli to możliwe — powiedział — niech odejdzie ode Mnie ten kielich”; lecz ponieważ nie było to możliwe, mówi spokojnie i stanowczo do Apostoła, który chciał Go ocalić od cierpienia: „Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec?” Jeśli miał cierpieć, oddał się cierpieniu; nie przyszedł, by cierpieć tak mało, jak tylko mógł; nie odwrócił oblicza od cierpienia; stawił mu czoło, czy też, by tak rzec, wystawił mu pierś, by każda jego poszczególna cząstka uczyniła na Nim należny odcisk. A jak ludzie przewyższają zwierzęta i bardziej niż one są dotknięci bólem z racji umysłu w nich, który nadaje bólowi substancję, jakiej mieć on nie może w przypadku zwierząt, tak też Pan nasz odczuwał ból ciała ze zważaniem i świadomością, a przeto z ostrością i natężeniem oraz z jednością postrzegania, których nikt z nas zgłębić ani ogarnąć nie zdoła, bo Jego dusza była tak całkowicie w Jego mocy, tak po prostu wolna od wpływu rozproszeń, tak w pełni skierowana na ból, tak doszczętnie oddana, tak po prostu poddana cierpieniu. I tak prawdziwie można rzec, że wycierpiał całą swą Mękę w każdej jej chwili.

Pamiętajcie, że nasz błogosławiony Pan różnił się pod tym względem od nas tym, że choć był doskonałym człowiekiem, była przecież w Nim moc większa niż Jego dusza, która rządziła Jego duszą, gdyż był Bogiem. Dusza innych ludzi jest poddana własnym pragnieniom, uczuciom, popędom, namiętnościom, niepokojom; Jego dusza była poddana po prostu Jego Przedwiecznej i Boskiej Osobie. Nic nie spotykało Jego duszy przypadkiem ani znienacka; nigdy nie był zaskoczony; nic Go nie dotykało bez Jego uprzedniego przyzwolenia, by Go dotknęło. Nigdy się nie smucił, ani nie lękał, ani nie pragnął, ani nie radował w duchu, jak tylko najpierw chcąc być smutnym, lub przelękłym, lub pragnącym, lub radosnym. Gdy my cierpimy, dzieje się tak dlatego, że zewnętrzne czynniki i niepohamowane poruszenia naszych umysłów sprowadzają na nas cierpienie. Mimowolnie poddawani jesteśmy karności bólu, cierpimy zeń mniej lub bardziej dotkliwie według przypadkowych okoliczności, znajdujemy naszą cierpliwość mniej lub bardziej wystawioną na próbę według stanu naszego umysłu, a robimy, co w naszej mocy, by zapewnić sobie ulgę lub środki na to. Nie możemy z góry przewidzieć, ile go na nas spadnie ani jak dalece zdołamy je znieść; ani nie potrafimy potem powiedzieć, czemu odczuliśmy właśnie to, cośmy odczuli, ani czemu nie znieśliśmy cierpienia lepiej. Inaczej było z Panem naszym. Jego Boska Osoba nie była poddana ani nie mogła być wystawiona na wpływ własnych ludzkich uczuć i odczuć inaczej, niż o ile sam zechciał. Powtarzam: gdy chciał się lękać, lękał się; gdy chciał się gniewać, gniewał się; gdy chciał się smucić, smucił się. Nie był otwarty na wzruszenie, lecz dobrowolnie otwierał na siebie poruszenie, jakim był wzruszany. W następstwie, gdy postanowił cierpieć ból swej zastępczej Męki, cokolwiek czynił, czynił — jak mówi Mędrzec — *instanter*, „usilnie”, z całą mocą; nie czynił tego połowicznie; nie odwracał umysłu od cierpienia, jak my czynimy — (jakże by miał, On, który przyszedł cierpieć, który nie mógłby cierpieć inaczej niż z własnego aktu?) — nie, nie mówił i nie odmawiał, nie czynił i nie cofał; mówił i czynił; powiedział: „Oto idę, abym spełniał wolę Twoją, Boże; ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało”. Przyjął ciało, by móc cierpieć; stał się człowiekiem, by móc cierpieć jako człowiek; a gdy nadeszła Jego godzina, owa godzina szatana i ciemności, godzina, w której grzech miał wylać na Niego całą swą złośliwość, wynikło stąd, że ofiarował siebie całego, jako całopalenie, ofiarę całkowicie spaloną — jak całe Jego ciało, rozciągnięte na Krzyżu, tak i cała Jego dusza, całe Jego zważanie, cała Jego świadomość: umysł czuwający, zmysł wyostrzony, żywe współdziałanie, obecne, bezwzględne zamierzenie, nie zaś milcząca tylko zgoda, nie bezduszne poddanie — to przedstawił swym oprawcom. Jego Męka była działaniem; żył najsilniej, gdy leżał omdlewający, mdlejący i konający. I nie umarł inaczej niż aktem woli; bo skłonił głowę, w nakazie tyleż co w poddaniu, i rzekł: „Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mego”; dał słowo, oddał swą duszę, nie utracił jej.

Widzicie zatem, bracia moi, że gdyby Pan nasz cierpiał tylko w ciele, i to nie tyle co inni ludzie, to przecież co do bólu cierpiałby naprawdę nieskończenie więcej, bo ból mierzy się mocą uświadomienia go sobie. To Bóg był cierpiącym; Bóg cierpiał w swej ludzkiej naturze; cierpienia należały do Boga i zostały wychylone, wysączone do samego dna kielicha, gdyż wypił je Bóg; nie skosztowane ani usączone, nie zaprawione, nie ukryte ludzkimi lekami, jak człowiek rozporządza kielichem udręki. A to, co mówiłem, posłuży nadto, by odpowiedzieć na zarzut, który zaraz zauważę, a który być może tkwi ukryty w umysłach wielu i wiedzie ich do przeoczenia udziału, jaki dusza Pana naszego miała w Jego łaskawym zadośćuczynieniu za grzech.

Pan nasz powiedział, gdy zaczynało się Jego konanie: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci”; otóż możecie zapytać, bracia moi, czy nie miał pewnych pociech sobie tylko właściwych, niemożliwych u nikogo innego, które zmniejszały lub powściągały udrękę Jego duszy i sprawiały, że odczuwał nie więcej, lecz mniej niż zwyczajny człowiek. Miał on na przykład poczucie niewinności, jakiego nie mógł mieć żaden inny cierpiący; nawet Jego prześladowcy, nawet fałszywy apostoł, który Go zdradził, sędzia, który Go skazał, i żołnierze, którzy przeprowadzili egzekucję, świadczyli o Jego niewinności. „Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną” — rzekł Judasz; „Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego” — rzekł Piłat; „Istotnie, ten człowiek był sprawiedliwy” — zawołał setnik. A jeśli nawet oni, grzesznicy, dali świadectwo Jego bezgrzeszności, o ileż bardziej własna Jego dusza! I dobrze wiemy, że nawet w naszym własnym przypadku, grzesznicy jak jesteśmy, na świadomości niewinności lub winy zasadza się głównie nasza moc znoszenia sprzeciwu i potwarzy; o ileż bardziej, powiecie, w przypadku Pana naszego poczucie wewnętrznej świętości wynagrodziło cierpienie i unicestwiło hańbę! Znowu, możecie powiedzieć, że wiedział, iż Jego cierpienia będą krótkie, a ich wynik radosny, podczas gdy niepewność przyszłości jest najostrzejszym składnikiem ludzkiej udręki; lecz nie mógł mieć niepokoju, bo nie był w zawieszeniu; ani zwątpienia czy rozpaczy, bo nigdy nie był opuszczony. A na potwierdzenie możecie wskazać na św. Pawła, który wyraźnie mówi nam, że „w miejsce radości, którą Mu obiecywano”, Pan nasz „przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę”. I zaiste w wszystkim, co czyni, jest godny podziwu spokój i panowanie nad sobą: rozważcie Jego przestrogę dla Apostołów: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”; albo Jego słowa do Judasza: „Przyjacielu, po coś przyszedł?” oraz „Judaszu, pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego?”; albo do Piotra: „Wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną”; albo do tego, kto Go uderzył: „Jeśli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeśli dobrze, to czemu Mnie bijesz?”; albo do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”.

To wszystko jest prawdą i wielce zasługuje na nacisk; lecz całkowicie zgadza się z tym, co zauważałem, a raczej to ilustruje. Bracia moi, powiedzieliście tylko (by użyć ludzkiego zwrotu), że zawsze był sobą. Jego umysł był swym własnym środkiem i nigdy ani w najmniejszym stopniu nie został strącony ze swej niebiańskiej i najdoskonalszej równowagi. Co cierpiał, cierpiał dlatego, że poddał siebie cierpieniu, a to rozmyślnie i spokojnie. Jak rzekł do trędowatego: „Chcę, bądź oczyszczony”; i do paralityka: „Odpuszczają ci się twoje grzechy”; i do setnika: „Przyjdę i uzdrowię go”; i o Łazarzu: „Idę, aby go obudzić ze snu” — tak rzekł: „Teraz zacznę cierpieć”, i zaczął. Jego opanowanie jest tylko dowodem, jak całkowicie rządził własnym umysłem. Odsunął we właściwej chwili rygle i zasuwy, otworzył bramy, a powodzie spadły wprost na Jego duszę w całej swej pełni. To właśnie mówi nam o Nim św. Marek; a powiada się, że napisał Ewangelię wprost z ust św. Piotra, który był jednym z trzech świadków obecnych w tym czasie. „Przyszli — mówi — do ogrodu zwanego Getsemani; i rzekł do swoich uczniów: Usiądźcie tutaj, Ja tymczasem będę się modlił. Wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i począł drżeć oraz odczuwać trwogę”. Widzicie, jak rozmyślnie działa; przybywa na pewne miejsce; a potem, dawszy słowo rozkazu i cofnąwszy podporę Bóstwa od swej duszy, udręka, przerażenie i przygnębienie naraz na nią się rzucają. Tak wkracza w duchowe konanie z równie określonym działaniem, jak gdyby to była jakaś cielesna tortura — ogień czy koło.

Skoro tak rzecz się ma, ujrzycie od razu, bracia moi, że nic do rzeczy nie wnosi powiedzenie, iż w Jego próbie miały Go wspierać świadomość niewinności i przewidywanie triumfu; bo Jego próba polegała na odjęciu — jak innych przyczyn pociechy, tak i właśnie owej świadomości i owego przewidywania. Ten sam akt woli, który dopuścił na Jego duszę wpływ jakiejkolwiek udręki, dopuścił wszystkie udręki naraz. Nie było to zmaganie między przeciwstawnymi popędami i widokami przychodzącymi z zewnątrz, lecz działanie wewnętrznego postanowienia. Jak ludzie panujący nad sobą mogą wedle woli zwracać się od jednej myśli ku drugiej, o ileż bardziej On rozmyślnie odmawiał sobie pociechy i nasycał się boleścią. W owej chwili Jego dusza nie myślała o przyszłości — myślał jedynie o obecnym brzemieniu, które na Nim ciążyło, a które przyszedł na ziemię udźwignąć.

A teraz, bracia moi, cóż to było, co miał znieść, gdy tak otworzył na swą duszę ten potok przeznaczonego cierpienia? Niestety! miał znieść to, co nam dobrze znane, co nam pospolite, lecz co dla Niego było niewysłowioną boleścią. Miał znieść to, co dla nas tak łatwe, tak naturalne, tak mile widziane, że nie pojmujemy tego jako wielkiej udręki, lecz co dla Niego miało woń i truciznę śmierci — miał, drodzy bracia moi, znieść ciężar grzechu; miał znieść wasze grzechy; miał znieść grzechy całego świata. Grzech jest dla nas rzeczą łatwą; mało o nim myślimy; nie pojmujemy, jak Stwórca może o nim myśleć wiele; nie umiemy nakłonić naszej wyobraźni, by uwierzyła, że zasługuje na odpłatę, a gdy nawet na tym świecie kary po nim następują, tłumaczymy je sobie lub odwracamy od nich umysł. Lecz rozważcie, czym grzech jest sam w sobie; jest buntem przeciw Bogu; jest czynem zdrajcy, który zmierza do obalenia i śmierci swego władcy; jest tym, co — jeśli wolno mi użyć mocnego wyrażenia — gdyby Boski Rządca świata mógł przestać być, wystarczyłoby, by to sprowadzić. Grzech jest śmiertelnym wrogiem Najświętszego, tak że On i grzech nie mogą być razem; a jak Najświętszy wypędza go ze swej obecności w ciemności zewnętrzne, tak, gdyby Bóg mógł być czymś mniejszym niż Bóg, to grzech miałby moc uczynić Go mniejszym. I tu zauważcie, bracia moi, że gdy raz Miłość Wszechmogąca, przyjąwszy ciało, weszła w ten stworzony porządek i poddała się jego prawom, natychmiast ów przeciwnik dobra i prawdy, korzystając ze sposobności, rzucił się na to ciało, które przyjął, i wczepił się w nie, i był jego śmiercią. Zazdrość faryzeuszów, zdrada Judasza i szaleństwo ludu były tylko narzędziem czy wyrazem wrogości, jaką grzech żywił ku Wiekuistej Czystości, gdy tylko, w nieskończonym miłosierdziu ku ludziom, On wystawił się na jej zasięg. Grzech nie mógł dotknąć Jego Boskiego Majestatu; lecz mógł Go napaść w ten sposób, w jaki On pozwolił się napaść, to jest poprzez swoje człowieczeństwo. A w tym, co nastąpiło, w śmierci wcielonego Boga, jesteście tylko pouczeni, bracia moi, czym grzech jest sam w sobie i co to było, co wówczas spadało, w swej godzinie i w swej mocy, na Jego ludzką naturę, gdy pozwolił, by ta natura napełniła się grozą i przerażeniem już na samo przewidywanie.

Tam więc, w owej najstraszliwszej godzinie, klęczał Zbawiciel świata, składając obronę swego Bóstwa, odprawiając niechętne Aniołów, którzy miriadami gotowi byli na Jego wezwanie, i otwierając ramiona, obnażając pierś, bezgrzeszny jak był, na napaść swego wroga — wroga, którego oddech był zarazą, a uścisk udręką. Tam klęczał, nieporuszony i cichy, podczas gdy podły i ohydny szatan przyodział Jego ducha w szatę przesiąkniętą wszystkim, co nienawistne i haniebne w ludzkiej zbrodni, która przylgnęła ciasno wokół Jego serca, napełniła Jego sumienie i znalazła drogę do każdego zmysłu i pora Jego umysłu, i rozpostarła nad Nim moralny trąd, aż niemal poczuł się tym, czym nigdy być nie mógł i czym wróg Jego chętnie by Go uczynił. O, ta groza, gdy spojrzał i nie poznał samego siebie, i poczuł się jak plugawy i wstrętny grzesznik, dzięki swemu żywemu postrzeganiu owej masy zepsucia, która wylała Mu się na głowę i spłynęła aż na kraj Jego szaty! O, ta udręka, gdy odnalazł swoje oczy i ręce, i stopy, i wargi, i serce, jakby były członkami Złego, a nie Boga! Czyż to są ręce Niepokalanego Baranka Bożego, niegdyś niewinne, lecz teraz czerwone od dziesięciu tysięcy barbarzyńskich krwawych czynów? czyż to są Jego wargi, nie wymawiające modlitwy, chwały i świętych błogosławieństw, lecz jakby skalane przekleństwami, bluźnierstwami i naukami szatańskimi? czy Jego oczy, sprofanowane wszystkimi złymi widziadłami i bałwochwalczymi urokami, dla których ludzie porzucili swego godnego uwielbienia Stwórcę? A Jego uszy — dźwięczą odgłosami hulanek i swarów; a Jego serce ścięte jest chciwością, okrucieństwem i niewiarą; a sama Jego pamięć obciążona jest każdym grzechem popełnionym od upadku, we wszystkich krainach ziemi: pychą dawnych olbrzymów, żądzami pięciu miast, zatwardziałością Egiptu, ambicją Babel, niewdzięcznością i wzgardą Izraela. O, któż nie zna niedoli prześladującej myśli, która wraca wciąż i wciąż, wbrew odrzuceniu, by dręczyć, jeśli nie może uwieść? lub jakiegoś wstrętnego i przyprawiającego o mdłości wyobrażenia, w żaden sposób niebędącego naszym własnym, lecz narzuconego umysłowi z zewnątrz? lub złej wiedzy, zdobytej z winą człowieka albo bez niej, lecz której pozbycia się raz na zawsze gotów byłby okupić wielką ceną? A wrogowie tacy jak ci gromadzą się wokół Ciebie, Błogosławiony Panie, teraz milionami; przybywają w hufcach liczniejszych niż szarańcza czy gąsienice, lub niż plagi gradu, much i żab, jakie zesłano na faraona. Żywych i umarłych, i jeszcze nienarodzonych, zgubionych i zbawionych, Twojego ludu i obcych, grzeszników i świętych — wszystkie grzechy są tam. Twoi najdrożsi są tam, Twoi święci i Twoi wybrani są na Tobie; Twoi trzej Apostołowie, Piotr, Jakub i Jan; lecz nie jako pocieszyciele, ale jako oskarżyciele, niczym przyjaciele Hioba, „miotając proch ku niebu” i zwalając przekleństwa na Twoją głowę. Wszyscy są tam prócz jednej; tylko jednej tam nie ma, jednej jedynej; bo ta, która nie miała udziału w grzechu, ona tylko mogła Cię pocieszyć, i dlatego nie ma jej w pobliżu. Będzie blisko Ciebie na Krzyżu, jest oddzielona od Ciebie w ogrodzie. Była Twoją towarzyszką i Twoją powiernicą przez całe Twe życie, wymieniała z Tobą czyste myśli i święte rozważania przez trzydzieści lat; lecz jej dziewicze ucho nie może przyjąć, ani jej niepokalane serce pojąć tego, co teraz stoi w wizji przed Tobą. Nikt nie dorównał temu ciężarowi prócz Boga; czasem przed Twymi świętymi przedstawiłeś obraz pojedynczego grzechu, jak jawi się w świetle Twego oblicza, albo grzechów powszednich, nie śmiertelnych; a oni powiedzieli nam, że ten widok omal ich nie zabił, owszem, zabiłby ich, gdyby go natychmiast nie odjęto. Matka Boża, mimo całej swej świętości, owszem z racji niej, nie zdołałaby znieść nawet jednego pomiotu owego niezliczonego potomstwa szatana, które teraz Cię otacza. To długie dzieje całego świata, a sam Bóg może udźwignąć ich brzemię. Nadzieje zwarzone, śluby złamane, światła zgaszone, przestrogi wzgardzone, sposobności stracone; niewinny zdradzony, młody zatwardziały, pokutujący nawracający do grzechu, sprawiedliwy zwyciężony, stary upadający; sofizmaty błędnej wiary, samowola namiętności, zatwardziałość pychy, tyrania nawyku, zgryzota wyrzutów sumienia, trawiąca gorączka troski, udręka wstydu, usychanie zawiedzionej nadziei, choroba rozpaczy; takie okrutne, takie żałosne widowiska, takie rozdzierające serce, odrażające, wstrętne, doprowadzające do szału sceny; owszem, wynędzniałe twarze, wykrzywione wargi, zaczerwieniony policzek, mroczne czoło dobrowolnych niewolników zła — wszystkie są teraz przed Nim; są na Nim i w Nim. Są z Nim zamiast owego niewysłowionego pokoju, który zamieszkiwał Jego duszę od chwili Jego poczęcia. Są na Nim, są niemal Jego własne; woła do swego Ojca, jakby był przestępcą, a nie ofiarą; Jego konanie przybiera postać winy i wyrzutu sumienia. Czyni pokutę, składa wyznanie, sprawuje skruchę z rzeczywistością i mocą nieskończenie większą niż wszyscy święci i pokutnicy razem; bo On jest Jedyną Ofiarą za nas wszystkich, jedynym Zadośćuczynieniem, prawdziwym Pokutnikiem — wszystkim prócz prawdziwego grzesznika.

Podnosi się ociężale z ziemi i odwraca się, by spotkać zdrajcę i jego zgraję, teraz szybko zbliżających się do głębokiego cienia. Odwraca się, a oto na Jego szacie i w Jego śladach jest krew. Skąd przychodzą te pierwociny Męki Baranka? żaden bicz żołnierski nie dotknął Jego ramion, ani gwoździe kata Jego rąk i stóp. Bracia moi, On krwawił przed swym czasem; przelał krew; tak, i to Jego konająca dusza skruszyła Jego rusztowanie z ciała i wylała ją. Jego Męka zaczęła się od wewnątrz. To umęczone Serce, siedlisko czułości i miłości, zaczęło wreszcie pracować i bić z gwałtownością ponad swą naturę; „wytrysnęły źródła Wielkiej Otchłani”; czerwone strumienie buchnęły tak obficie i gwałtownie, że przelały się przez żyły i przebijając się przez pory, stanęły gęstą rosą na całej Jego skórze; potem, zbierając się w krople, spłynęły pełne i ciężkie, i przesiąkły ziemię.

„Smutna jest dusza moja aż do śmierci” — powiedział. O owej straszliwej zarazie, która teraz nas nawiedza, mówiono, że zaczyna się od śmierci; przez co rozumie się, że nie ma ona stadium ani przesilenia, że nadzieja jest skończona, gdy nadchodzi, i że to, co wygląda na jej przebieg, jest tylko agonią śmierci i procesem rozkładu; i tak nasza Ofiara Odkupieńcza, w znacznie wyższym sensie, zaczęła się od tej Męki boleści i tylko dlatego nie umarła, że za Jego Wszechmocną wolą Jego Serce nie pękło ani dusza nie odłączyła się od ciała, póki nie wycierpiał na Krzyżu.

Nie; nie wyczerpał jeszcze owego pełnego kielicha, przed którym z początku wzdrygnęła się Jego naturalna słabość. Pojmanie i postawienie przed sądem, i policzkowanie, i więzienie, i proces, i szyderstwo, i pędzenie tam i z powrotem, i biczowanie, i korona cierniowa, i powolny marsz na Kalwarię, i ukrzyżowanie — to wszystko ma dopiero nadejść. Noc i dzień, godzina po godzinie, ma powoli upłynąć, zanim nadejdzie kres i dopełni się zadośćuczynienie.

A wtedy, gdy nadeszła wyznaczona chwila i On dał słowo, jak Jego Męka zaczęła się od Jego duszy, tak duszą się i skończyła. Nie umarł z cielesnego wyczerpania ani z cielesnego bólu; za Jego wolą Jego umęczone Serce pękło, a On powierzył swego ducha Ojcu.

\* \* \* \* \* \*

„O Serce Jezusa, cała Miłości, ofiaruję Ci te pokorne modlitwy za siebie i za wszystkich tych, którzy w duchu łączą się ze mną, aby Cię adorować. O najświętsze, najmilsze Serce Jezusa, zamierzam odnawiać i ofiarowywać Ci te akty adoracji i te modlitwy, za siebie nędznego grzesznika i za wszystkich, którzy są ze mną związani w Twojej adoracji, przez wszystkie chwile, póki oddycham, aż do kresu mego życia. Polecam Ci, o mój Jezu, Kościół święty, Twą drogą oblubienicę i naszą prawdziwą Matkę, wszystkie dusze sprawiedliwe i wszystkich biednych grzeszników, strapionych, umierających i cały rodzaj ludzki. Niech Twoja Krew nie będzie za nich przelana na próżno. Wreszcie racz ją zastosować ku uldze dusz w czyśćcu, w szczególności tych, które w ciągu swego życia praktykowały to święte nabożeństwo adorowania Ciebie.”

Wiemy, bracia moi, że w świecie przyrodzonym nic nie jest zbyteczne, nic niedopełnione, nic niezależne; lecz część odpowiada części, a wszystkie szczegóły łączą się, by utworzyć jedną potężną całość. Ład i harmonia należą do pierwszych doskonałości, jakie dostrzegamy w tym widzialnym stworzeniu; a im baczniej je badamy, tym szerzej i drobiazgowiej okazuje się, że doń przynależą. „Wszystko jest podwójne — mówi Mędrzec — jedno naprzeciw drugiego, i nie uczynił nic ułomnego”. To właśnie jest charakterem i określeniem „nieba i ziemi”, w przeciwieństwie do próżni czy chaosu, które je poprzedziły, że wszystko jest teraz poddane stałym prawom; a każdy ruch, wpływ i skutek da się wyjaśnić, i — gdyby nasza wiedza była dostateczna — dałby się przewidzieć. Co więcej, jasne jest z drugiej strony, że tylko w miarę naszej obserwacji i badań ta prawda staje się widoczna; bo choć wiele rzeczy już na pierwszy rzut oka okazuje się postępować według ustalonego i pięknego ładu, to przecież w innych przypadkach prawo, któremu są podporządkowane, z trudem daje się odkryć; a słowa „przypadek”, „traf” i „fortuna” weszły w użycie jako wyrazy naszej niewiedzy. Stosownie do tego możecie sobie wyobrazić umysły zuchwałe i bezbożne, które dzień po dniu pochłonięte są sprawami świata, jak nagle spoglądają w niebiosa lub na ziemię i krytykują wielkiego Architekta, dowodząc, że istnieją stworzenia surowe lub wadliwe w swej budowie, i stawiając pytania, które jedynie świadczyłyby o ich braku naukowego wykształcenia.

Tak samo rzecz się ma ze światem nadprzyrodzonym. Wielkie prawdy Objawienia są wszystkie ze sobą powiązane i tworzą całość. Każdy może to do pewnego stopnia dostrzec nawet jednym rzutem oka, lecz aby zrozumieć pełną spójność i harmonię katolickiego nauczania, potrzeba studium i medytacji. Stąd, jak filozofowie tego świata grzebią się w muzeach i pracowniach, schodzą do kopalń lub błąkają się po lasach i na wybrzeżu morza, tak badacz niebiańskich prawd przebywa w celi i oratorium, wylewając serce w modlitwie, zbierając myśli w medytacji, zatrzymując się nad ideą Jezusa, czy Maryi, czy łaski, czy wieczności, i rozważając słowa świętych mężów, którzy go poprzedzili, aż przed jego umysłowym wzrokiem wschodzi ukryta mądrość doskonałych, „którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej”, a którą On „objawia im przez swego Ducha”. I jak ludzie nieświadomi mogą podawać w wątpliwość piękno i harmonię widzialnego stworzenia, tak ludzie, którzy przez sześć dni w tygodniu pochłonięci są światowym trudem, którzy żyją dla bogactwa, lub sławy, lub dogadzania sobie, lub świeckiej wiedzy, a myśli o religii poświęcają tylko chwile wolne, nigdy nie wznosząc dusz ku Bogu, nigdy nie prosząc o Jego oświecającą łaskę, nigdy nie karcąc serc i ciał, nigdy stale nie kontemplując przedmiotów wiary, lecz sądząc pospiesznie i stanowczo według własnych prywatnych poglądów lub humoru chwili — tacy ludzie, powiadam, równie łatwo, czy raczej z pewnością, będą zaskoczeni i zgorszeni częściami objawionej prawdy, jakby była ona dziwna, lub szorstka, lub krańcowa, lub niespójna, i odrzucą ją w całości lub w części.

Zamierzam zastosować tę uwagę do przedmiotu przywilejów, jakimi Kościół obdarza Najświętszą Matkę Bożą. Są one zdumiewające i trudne dla tych, których wyobraźnia nie jest do nich przyzwyczajona, a których rozum nad nimi się nie zastanawiał; lecz im staranniej i pobożniej się nad nimi rozważa, tym bardziej, jestem pewien, okażą się one istotne dla wiary katolickiej i nieodłączne od kultu Chrystusa. To po prostu jest punkt, na którym będę nalegał — sporny zaiste dla obcych Kościołowi, lecz najjaśniejszy dla jego dzieci — że chwały Maryi są dla Jezusa; i że chwalimy i błogosławimy ją jako pierwszą ze stworzeń, abyśmy mogli wyznać Jego jako naszego jedynego Stwórcę.

Gdy Przedwieczne Słowo postanowiło przyjść na ziemię, nie zamierzało ani nie działało połowicznie; lecz przyszło, by być człowiekiem jak każdy z nas, by przyjąć duszę i ciało ludzkie i uczynić je własnymi. Nie przyszło w formie tylko pozornej czy przygodnej, jak Aniołowie ukazują się ludziom; ani nie zacienił jedynie istniejącego człowieka, jak zacienia swych świętych, i nie nazwał go imieniem Boga; lecz „stał się ciałem”. Przyłączył do siebie człowieczeństwo i stał się równie rzeczywiście i prawdziwie człowiekiem, jak był Bogiem, tak że odtąd był i Bogiem, i człowiekiem, czyli, innymi słowy, był Jedną Osobą w dwóch naturach, boskiej i ludzkiej. Jest to tajemnica tak przedziwna, tak trudna, że tylko wiara mocno ją przyjmuje; człowiek naturalny może ją przyjąć na chwilę, może sądzić, że ją przyjmuje, lecz nigdy jej naprawdę nie przyjmuje; zaczyna, ledwie ją wyznał, skrycie się przeciw niej buntować, uchyla się od niej lub od niej odstępuje. Czynił to od początku; już za życia umiłowanego ucznia powstali ludzie, którzy mówili, że Pan nasz w ogóle nie miał ciała, albo ciało utworzone w niebiosach, albo że nie cierpiał, lecz cierpiał za Niego ktoś inny, albo że tylko na pewien czas posiadał ludzką postać, która się narodziła i która cierpiała, wstępując w nią przy chrzcie, a opuszczając ją przed ukrzyżowaniem, albo znów, że był tylko człowiekiem. Że „na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo, a Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami” — to było zbyt twardą rzeczą dla nieodrodzonego rozumu.

Tak samo rzecz się ma w dzisiejszych czasach; sami protestanci rzadko mają jakiekolwiek prawdziwe pojęcie nauki o Bogu i człowieku w jednej Osobie. Mówią w sposób senny, cienisty o boskości Chrystusa; lecz gdy się przesieje ich znaczenie, znajdziecie ich bardzo opieszałymi w zobowiązaniu się do jakiegokolwiek twierdzenia dostatecznego, by wyrazić dogmat katolicki. Powiedzą wam od razu, że przedmiot ten nie ma być badany, bo niepodobna go w ogóle badać bez popadnięcia w techniczność i subtelność. Potem, gdy komentują Ewangelie, będą mówić o Chrystusie nie po prostu i konsekwentnie jako o Bogu, lecz jako o istocie złożonej z Boga i człowieka, częściowo jednym, a częściowo drugim, lub pomiędzy obojgiem, lub jako o człowieku zamieszkanym przez szczególną Boską obecność. Czasem posuwają się nawet do zaprzeczenia, że był w niebie Synem Bożym, mówiąc, że stał się Synem, gdy został poczęty z Ducha Świętego; i gorszą się — i poczytują za znak zarazem czci i zdrowego rozsądku, że się gorszą — gdy słyszą, jak o tym Człowieku mówi się po prostu i wprost jako o Bogu. Nie mogą znieść, by powiedziano, inaczej niż jako figurę czy sposób mówienia, że Bóg miał ludzkie ciało lub że Bóg cierpiał; sądzą, że „Zadośćuczynienie” i „Uświęcenie przez Ducha”, jak mówią, są sumą i istotą Ewangelii, i wzdragają się przed jakimkolwiek dogmatycznym wyrażeniem, które wykracza poza nie. Taki, jak sądzę, jest zwyczajny charakter protestanckich pojęć między nami co do boskości Chrystusa, czy to wśród członków wspólnoty anglikańskiej, czy wśród odstępców od niej, z wyjątkiem nielicznej ich resztki.

Otóż gdybyś chciał zaświadczyć przeciw tym niechrześcijańskim opiniom, gdybyś chciał wydobyć wyraźnie i ponad pomyłkę i wykręt prostą ideę Kościoła katolickiego, że Bóg jest człowiekiem, czyż mógłbyś to uczynić lepiej niż przez wyłożenie słowami św. Jana, że „Bóg stał się człowiekiem”? a znów czy mógłbyś to wyrazić dobitniej i jednoznaczniej niż przez oświadczenie, że narodził się jako człowiek, czyli że miał Matkę? Świat przyzwala, że Bóg jest człowiekiem; przyznanie to mało go kosztuje, bo Bóg jest wszędzie i (jak może powiedzieć) jest wszystkim; lecz wzdraga się wyznać, że Bóg jest Synem Maryi. Wzdraga się, bo natychmiast staje wobec surowego faktu, który gwałci i druzgocze jego własny niedowiarczy pogląd na rzeczy; objawiona nauka przybiera natychmiast swój prawdziwy kształt i otrzymuje historyczną realność; a Wszechmogący zostaje wprowadzony we własny świat w pewnym czasie i w określony sposób. Sny się rozpraszają i cienie odchodzą; Boża prawda nie jest już poetyckim wyrażeniem ani dewocyjną przesadą, ani mistyczną ekonomią, ani mityczną reprezentacją. „Ofiary i daru” — cieni Prawa — „nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało”. „Co było od początku, cośmy usłyszeli, cośmy ujrzeli oczyma naszymi, na co patrzyliśmy i czego dotykały ręce nasze”, „cośmy ujrzeli i usłyszeli, to wam oznajmiamy” — taki jest zapis Apostoła, w przeciwieństwie do owych „duchów”, które przeczyły, że „Jezus Chrystus przyszedł w ciele”, i które „rozrywały” Go, przecząc bądź Jego ludzkiej naturze, bądź boskiej. A wyznanie, że Maryja jest *Deipara*, czyli Matką Bożą, jest tą zaporą, którą pieczętujemy i zabezpieczamy naukę Apostoła przed wszelkim wykrętem, oraz tym probierzem, którym wykrywamy wszystkie pozory owych złych duchów „Antychrysta, które wyszły na świat”. Oświadcza ono, że On jest Bogiem; zakłada, że jest człowiekiem; podsuwa nam, że jest Bogiem nadal, choć stał się człowiekiem, i że jest prawdziwym człowiekiem, choć jest Bogiem. Świadcząc o procesie tego zjednoczenia, zabezpiecza ono realność obu przedmiotów zjednoczenia: boskości i człowieczeństwa. Jeśli Maryja jest Matką Bożą, Chrystus musi być dosłownie Emmanuelem, Bogiem z nami. I stąd to było, że gdy czas postępował, a złe duchy i fałszywi prorocy rośli w siłę i śmiałość i znaleźli drogę do samego ciała katolickiego, wówczas Kościół, wiedziony przez Boga, nie mógł znaleźć skuteczniejszego i pewniejszego sposobu ich wypędzenia niż użycie przeciw nim tego słowa *Deipara*; a z drugiej strony, gdy znów wynurzyli się z krain ciemności i uknuli zupełne obalenie wiary chrześcijańskiej w wieku szesnastym, wtedy nie mogli znaleźć pewniejszego środka do swego nienawistnego celu niż lżenie i bluźnienie przywilejom Maryi, bo wiedzieli doskonale, że gdyby raz skłonili świat do znieważenia Matki, znieważenie Syna nastąpiłoby tuż za tym. Kościół i szatan zgadzali się w tym, że Syn i Matka idą razem; a doświadczenie trzech stuleci potwierdziło ich świadectwo, bo katolicy, którzy czcili Matkę, nadal wielbią Syna, podczas gdy protestanci, którzy teraz przestali wyznawać Syna, zaczęli wówczas od szydzenia z Matki.

Widzicie zatem, bracia moi, w tym szczególe harmonijną spójność objawionego systemu i wpływ jednej nauki na drugą; Maryja jest wyniesiona dla Jezusa. Stosowne było, by ona, jako stworzenie, choć pierwsze ze stworzeń, miała urząd posługiwania. Ona, jak inni, przyszła na świat, by spełnić dzieło, miała misję do wypełnienia; jej łaska i jej chwała nie są dla niej samej, lecz dla jej Stwórcy; i jej powierzona jest piecza nad Wcieleniem; to jest jej wyznaczony urząd — „Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel”. Jak niegdyś była na ziemi i była osobiście stróżką swego Boskiego Dziecięcia, jak nosiła Go w łonie, tuliła w objęciach i karmiła swą piersią, tak teraz, aż do ostatniej godziny Kościoła, jej chwały i oddawana jej cześć głoszą i określają prawą wiarę co do Niego jako Boga i człowieka. Każdy kościół, który jej jest poświęcony, każdy ołtarz wzniesiony pod jej wezwaniem, każdy obraz, który ją przedstawia, każda litania na jej cześć, każde Zdrowaś Maryjo na jej nieustanną pamiątkę, jedynie nam przypomina, że był Ktoś, kto choć od całej wieczności był wszelaką szczęśliwością, jednak dla grzeszników „nie wzgardził łonem Dziewicy”. Tak jest ona *Turris Davidica*, jak nazywa ją Kościół, „Wieżą Dawidową”; wysoką i mocną obroną Króla prawdziwego Izraela; i stąd Kościół zwraca się też do niej w Antyfonie jako do tej, która „sama starła wszystkie herezje na całym świecie”.

A tu, bracia moi, otwiera się przed nami świeża myśl, w sposób naturalny zawarta w tym, co powiedziano. Jeśli *Deipara* ma świadczyć o Emmanuelu, musi z konieczności być czymś więcej niż *Deipara*. Bo rozważcie: obrona musi być mocna, by być obroną; wieża musi być, jak owa Wieża Dawidowa, „zbudowana z basztami”; „tysiąc tarcz na niej wisi, cała zbroja walecznych mężów”. Nie wystarczyłoby, dla wydobycia i wpojenia nam idei, że Bóg jest człowiekiem, gdyby Jego Matka była osobą zwyczajną. Matka bez domu w Kościele, bez godności, bez darów byłaby, o ile chodzi o obronę Wcielenia, w ogóle żadną matką. Nie pozostałaby w pamięci ani w wyobraźni ludzi. Jeśli ma zaświadczyć i przypomnieć światu, że Bóg stał się człowiekiem, musi w tym celu zajmować wysokie i wybitne stanowisko. Musi być uczyniona tak, by napełniała umysł, aby podsuwać tę naukę. Gdy raz przyciągnie naszą uwagę, wtedy, i nie wcześniej, zaczyna głosić Jezusa. „Czemu miałaby mieć takie przywileje — pytamy — gdyby On nie był Bogiem? i czym musi On być z natury, skoro ona jest tak wyniesiona przez łaskę?” Oto czemu ma ona prócz tego inne przywileje, mianowicie dary osobistej czystości i mocy wstawienniczej, odrębne od jej macierzyństwa; jest osobiście wyposażona, by dobrze pełnić swój urząd; jest wyniesiona w samej sobie, by służyć Chrystusowi.

Z tej racji uczyniona została chwalebniejszą w swej osobie niż w swym urzędzie; jej czystość jest darem wyższym niż jej pokrewieństwo z Bogiem. To jest zawarte w odpowiedzi Chrystusa do niewiasty z tłumu, która zawołała, gdy nauczał: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, któreś ssał”. Odpowiedział, wskazując uczniom swoim wyższą błogosławioność: „Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je”. Wiecie, bracia moi, że protestanci biorą te słowa na umniejszenie wielkości Matki Bożej, lecz one naprawdę świadczą o czymś przeciwnym. Bo rozważcie je: ustanawia On zasadę, że błogosławieniejszą rzeczą jest zachowywać Jego przykazania niż być Jego Matką; lecz kto, choćby z protestantów, powie, że ona nie zachowała Jego przykazań? Zachowała je z pewnością, a Pan nasz mówi jedynie, że takie posłuszeństwo było w wyższej linii przywileju niż jej bycie Jego Matką; była błogosławieńsza w swym oderwaniu od stworzeń, w swym oddaniu Bogu, w swej dziewiczej czystości, w swej pełni łaski, niż w swym macierzyństwie. To jest stałe nauczanie świętych Ojców: „Błogosławieńsza była Maryja — mówi św. Augustyn — przyjmując wiarę Chrystusa, niż poczynając ciało Chrystusa”; a św. Jan Chryzostom oświadcza, że nie byłaby błogosławiona, choćby Go nosiła w ciele, gdyby nie usłyszała słowa Bożego i nie zachowała go. Jest to oczywiście przypadek niemożliwy; bo została uczyniona świętą, by mogła być uczyniona Jego Matką, i obie te błogosławioności nie dają się rozdzielić. Ta, która została wybrana, by dostarczyć ciała i krwi Przedwiecznemu Słowu, była najpierw napełniona łaską w duszy i ciele; mimo to miała podwójną błogosławioność: urzędu i przysposobienia do niego, a ta druga była większa. I z tego względu Anioł nazywa ją błogosławioną; „Łaski pełna” — mówi — „błogosławionaś między niewiastami”; a także św. Elżbieta, gdy woła: „Błogosławiona, któraś uwierzyła”. Owszem, ona sama daje podobne świadectwo, gdy Anioł zwiastował jej wysoką łaskę, która na nią spływała. Choć wszystkie niewiasty żydowskie w każdym kolejnym wieku żywiły nadzieję, by zostać Matką Chrystusa, tak że małżeństwo było u nich w poważaniu, a bezdzietność hańbą, ona jedna odsunęła pragnienie i myśl o tak wielkiej godności. Ona, która miała nosić Chrystusa, nie powitała wielkiego oznajmienia, że ma Go nosić; a czemu tak postąpiła wobec niego? bo została natchniona, pierwsza z niewieściego rodzaju, by poświęcić swe dziewictwo Bogu, i nie powitała przywileju, który zdawał się pociągać za sobą utratę jej ślubu. „Jakże się to stanie — zapytała — skoro mam żyć z dala od męża?” I dopóki Anioł nie powiedział jej, że poczęcie będzie cudowne i z Ducha Świętego, nie odsunęła swego „zatrwożenia” umysłu, nie uznała go z pewnością za posłańca Bożego ani nie skłoniła głowy w bojaźni i wdzięczności wobec Bożego zniżenia się.

Maryja zatem jest okazem, i więcej niż okazem, w czystości swej duszy i ciała, tego, czym był człowiek przed swym upadkiem i czym byłby, gdyby wzniósł się do swej pełnej doskonałości. Ciężko by było, byłoby zwycięstwem Złego, gdyby cały rodzaj przeminął, a nie zdarzył się w nim ani jeden przypadek, by ukazać, czym Stwórca zamierzył go uczynić w jego pierwotnym stanie. Adam, jak wiecie, został stworzony na obraz i podobieństwo Boże; jego wątła i niedoskonała natura, naznaczona Boską pieczęcią, była podtrzymywana i wyniesiona przez zamieszkanie Bożej łaski. Gwałtowna namiętność nie istniała w nim inaczej niż jako utajony pierwiastek i możliwe zło; niewiedza była rozproszona przez jasne światło Ducha; a rozum, panujący nad każdym poruszeniem jego duszy, był po prostu poddany woli Bożej. Owszem, nawet jego ciało było zachowane od wszelkiego krnąbrnego pożądania i uczucia, i obiecano mu nieśmiertelność zamiast rozkładu. Tak był w stanie nadprzyrodzonym; i gdyby nie zgrzeszył, rok po roku postępowałby w zasłudze i łasce, i w łaskawości Bożej, aż przeszedłby z raju do nieba. Lecz upadł; a jego potomkowie urodzili się na jego podobieństwo; i świat stawał się gorszy zamiast lepszy, a sąd za sądem ścinał pokolenia grzeszników na próżno, a poprawa była beznadziejna; „ponieważ człowiek był ciałem”, a „myśli serca jego były skłonne do złego po wszystkie czasy”.

Jednakże postanowiono w niebie lekarstwo; Odkupiciel był blisko; Bóg miał dokonać wielkiego dzieła, i zamierzał dokonać go w sposób stosowny; „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej miała rozlać się łaska”. Królowie ziemi, gdy rodzą im się synowie, natychmiast rozsiewają jakąś hojną szczodrobliwość lub wznoszą jakiś wysoki pomnik; czczą ów dzień, lub miejsce, lub heroldów pomyślnego wydarzenia jakimś odpowiednim znakiem łaskawości; i przyjście Emmanuela nie wprowadziło nowości w ustalony zwyczaj świata. Był to czas łaski i cudu, a te miały być w szczególny sposób okazane w osobie Jego Matki. Bieg wieków miał być odwrócony; tradycja zła miała być przerwana; brama światła miała się otworzyć pośród ciemności na przyjście Sprawiedliwego — Dziewica poczęła i porodziła Go. Stosowne było, dla Jego czci i chwały, by ta, która była narzędziem Jego cielesnej obecności, najpierw była cudem Jego łaski; stosowne było, by zatriumfowała tam, gdzie Ewa zawiodła, i by „starła głowę węża” nieskazitelnością swej świętości. Pod pewnymi względami zaiste przekleństwo nie zostało odwrócone; Maryja przyszła na upadły świat i poddała się jego prawom; ona, jak i Syn, którego nosiła, była wystawiona na ból duszy i ciała, była poddana śmierci; lecz nie została poddana mocy grzechu. Jak łaska wlana została w Adama od pierwszej chwili jego stworzenia, tak że nigdy nie zaznał swego naturalnego ubóstwa, póki grzech go do niego nie sprowadził, tak łaska dana była od początku w jeszcze obfitszej mierze Maryi, i nigdy w rzeczy samej nie poniosła ona Adamowego ogołocenia. Zaczęła tam, gdzie inni kończą, czy to w poznaniu, czy w miłości. Była od początku przyodziana w świętość, przeznaczona do wytrwania, świetlana i chwalebna w oczach Bożych, i nieustannie zajęta zasługującymi aktami, które trwały aż do jej ostatniego tchnienia. Jej była — z naciskiem — „ścieżka sprawiedliwych, która jak światło jaśniejące rośnie i wzmaga się aż do pełnego dnia”; a bezgrzeszność w myśli, słowie i czynie, w rzeczach małych i wielkich, w sprawach powszednich i ciężkich, jest z pewnością tylko naturalnym i oczywistym następstwem takiego początku. Jeśli Adam mógł ustrzec się od grzechu w swym pierwszym stanie, tym bardziej oczekiwać będziemy niepokalanej doskonałości w Maryi.

Taki jest jej przywilej bezgrzesznej doskonałości, a jest on, jak jej macierzyństwo, dla Emmanuela; stąd odpowiedziała na pozdrowienie Anioła, *Gratia plena*, pokornym wyznaniem, *Ecce ancilla Domini*: „Oto Ja służebnica Pańska”. A podobny do tego jest jej trzeci przywilej, który wynika zarówno z jej macierzyństwa, jak i z jej czystości, a który wymienię jako dopełnienie wyliczenia jej chwał. Mam na myśli jej moc wstawienniczą. Bo jeśli „Bóg grzeszników nie wysłuchuje, ale jeśli ktoś jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę, tego wysłuchuje”; jeśli „usilna modlitwa sprawiedliwego wiele może”; jeśli wierny Abraham miał się modlić za Abimeleka, „bo był prorokiem”; jeśli cierpliwy Hiob miał „modlić się za swych przyjaciół”, bo „mówił rzeczy słuszne przed Bogiem”; jeśli cichy Mojżesz, podnosząc ręce, odwrócił bitwę na korzyść Izraela przeciw Amalekowi — czemu mielibyśmy dziwić się, słysząc, że Maryja, jedyne nieskalane dziecię z nasienia Adama, ma przewyższający wpływ u Boga łaski? A jeśli poganie w Jerozolimie szukali Filipa, bo był Apostołem, gdy pragnęli przystępu do Jezusa, a Filip powiedział Andrzejowi, jako jeszcze bliższemu w zaufaniu Pana naszego, i potem obaj przyszli do Niego — czyż dziwne jest, by Matka miała moc u Syna, odrębną co do rodzaju od mocy najczystszego anioła i najbardziej triumfującego świętego? Jeśli mamy wiarę, by przyjąć samo Wcielenie, musimy przyjąć je w jego pełni; czemu zatem mielibyśmy wzdragać się przed łaskawymi postanowieniami, które z niego wynikają, lub są dlań konieczne, lub są w nim zawarte? Jeśli Stwórca przychodzi na ziemię w postaci sługi i stworzenia, czemu Jego Matka, z drugiej strony, nie miałaby wznieść się do godności Królowej nieba, i być przyobleczona w słońce, i mieć księżyc pod swymi stopami?

Nie dowodzę wam tych nauk, bracia moi; ich dowód leży w orzeczeniu Kościoła. Kościół jest wyrocznią religijnej prawdy i rozdziela to, co apostołowie mu powierzyli, w każdym czasie i miejscu. Musimy zatem przyjąć jego słowo bez dowodu, bo jest on posłany do nas od Boga, by nas nauczyć, jak podobać się Jemu; a czy tak czynimy, jest sprawdzianem, czy naprawdę jesteśmy katolikami, czy nie. Nie dowodzę więc tego, co już przyjmujecie, lecz ukazuję wam piękno i harmonię — w jednym z wielu przykładów — nauczania Kościoła; które są tak dobrze przystosowane, jak są przez Boga zamierzone, by polecać to nauczanie badaczowi i czynić je drogim jego dzieciom. Jeszcze jedno słowo, i skończyłem; ukazałem wam, jak pełne znaczenia są same prawdy, których Kościół naucza o Najświętszej Dziewicy, a teraz rozważcie, jak pełne znaczenia było również szafowanie nimi przez Kościół.

Znajdziecie, że pod tym względem, jak i w samych przywilejach Maryi, jest to samo staranne odniesienie do chwały Tego, który jej je dał. Wiecie, że gdy On po raz pierwszy wyszedł nauczać, ona trzymała się z dala od Niego; nie wtrącała się do Jego dzieła; a nawet gdy wstąpił na wysokość, to ona, niewiasta, nie wyszła głosić ani nauczać, nie zasiadła na katedrze Apostolskiej, nie wzięła udziału w urzędzie kapłańskim; jedynie pokornie szukała swego Syna w codziennej Mszy tych, którzy choć byli jej sługami w niebie, byli jej przełożonymi w Kościele na ziemi. Ani też, gdy ona i oni opuścili tę niższą scenę, a ona była Królową po prawicy swego Syna, nawet wtedy nie prosiła Go, by rozgłosił jej imię po krańce świata lub wystawił ją na spojrzenie świata, lecz pozostała, czekając na czas, gdy jej własna chwała będzie konieczna dla Jego. On bowiem od samego początku był głoszony przez święty Kościół i osadzony na tronie w swej świątyni, bo był Bogiem; źle przystałoby żywej Wyroczni Prawdy zataić przed wiernymi sam przedmiot ich uwielbienia; lecz inaczej było z Maryją. Przystało jej, jako stworzeniu, matce i niewieście, stanąć na uboczu i ustąpić miejsca Stwórcy, służyć swemu Synowi i zdobyć sobie drogę do hołdu świata słodką i wdzięczną perswazją. Tak więc gdy Jego imię było znieważane, wtedy to oddawała Mu przysługę; gdy Emmanuel był zaprzeczany, wtedy Matka Boża (by tak rzec) występowała naprzód; gdy heretycy mówili, że Bóg nie był wcielony, wtedy był czas na jej własne zaszczyty. A wtedy, gdy tyle zostało dokonane, skończyła ze sporem; nie walczyła o siebie. Żaden zacięty spór, żaden prześladowany wyznawca, żaden herezjarcha, żadna anatema nie były konieczne do jej stopniowego objawienia; jak wzrastała dzień po dniu w łasce i zasłudze w Nazarecie, podczas gdy świat o niej nie wiedział, tak wzniosła się w górę cicho i wrosła w swoje miejsce w Kościele spokojnym wpływem i naturalnym procesem. Była jak jakieś piękne drzewo, wyciągające swe owocodajne gałęzie i wonne liście, i ocieniające terytorium świętych. I tak mówi o niej Antyfona: „Zamieszkaj w Jakubie, a dziedzictwo twoje w Izraelu, i zapuść korzenie w wybranych moich”. Znowu: „I tak na Syjonie zostałam umocniona, i w mieście świętym podobnie spoczęłam, i w Jeruzalem była władza moja. I zapuściłam korzenie w ludzie czcigodnym, i w chwalebnej gromadzie świętych byłam zatrzymana. Wywyższona zostałam jak cedr na Libanie i jak cyprys na górze Syjon; rozpostarłam swe gałęzie jak terebint, a gałęzie moje są gałęziami czci i wdzięku”. Tak została wzniesiona bez rąk i odniosła skromne zwycięstwo, i sprawuje łagodne władanie, którego sobie nie roszczyła. Gdy powstał spór o nią między jej dziećmi, uciszyła go; gdy podnoszono zarzuty przeciw niej, zaniechała swych roszczeń i czekała; aż teraz, w tym właśnie dniu, jeśli Bóg tak zechce, zdobędzie wreszcie swą najpromienniejszą koronę i, bez sprzeciwiającego się głosu, pośród radowania się całego Kościoła, będzie pozdrowiona jako niepokalanie poczęta.

Taka jesteś, Święta Matko, w wierze i w kulcie Kościoła: obrona wielu prawd, łaska i uśmiechnięte światło każdej dewocji. W tobie, o Maryjo, wypełnia się, jak możemy to znieść, pierwotny zamysł Najwyższego. Niegdyś zamierzył przyjść na ziemię w niebiańskiej chwale, lecz myśmy zgrzeszyli; a wtedy nie mógł nas bezpiecznie nawiedzić inaczej niż z przesłoniętym blaskiem i przyćmionym Majestatem, bo był Bogiem. Przeto przyszedł sam w słabości, nie w mocy; a ciebie, stworzenie, posłał na swoje miejsce, z urokiem i blaskiem stworzenia przystosowanym do naszego stanu. I teraz samo twoje oblicze i postać, droga Matko, mówią nam o Wiecznym; nie jak ziemska piękność, niebezpieczna do oglądania, lecz jak gwiazda poranna, która jest twoim godłem, jasna i melodyjna, tchnąca czystością, mówiąca o niebie i wlewająca pokój. O zwiastunko dnia! O nadziejo pielgrzyma! prowadź nas nadal, jak prowadziłaś; w ciemną noc, przez posępną pustynię, wiedź nas do Pana naszego Jezusa, wiedź nas do domu.

Możecie pamiętać, bracia moi, słowa Pana naszego, gdy w dniu swego zmartwychwstania przyłączył się do dwóch uczniów w drodze do Emaus i znalazł ich zasmuconych i zakłopotanych wskutek swej śmierci. Rzekł: „Czyż nie tak miał Chrystus cierpieć, aby wejść do swej chwały?” Odwołał się do stosowności i zgodności, jaka istniała między tym skądinąd zaskakującym wydarzeniem a innymi prawdami objawionymi co do Bożego zamysłu zbawienia świata. Tak też i św. Paweł, mówiąc o tym samym przedziwnym postanowieniu Boga: „Przystało Mu — mówi — dla którego wszystko i przez którego wszystko, który wielu synów do chwały doprowadził, aby przez cierpienie udoskonalił Sprawcę ich zbawienia”. Gdzie indziej, mówiąc o prorokowaniu, czyli o wykładaniu tego, co utajone w Bożej prawdzie, każe braciom sprawować ten dar „według analogii czyli prawidła wiary”; to jest tak, by głoszona nauka odpowiadała i wpasowywała się w to, co już przyjęte. Tak więc, widzicie, jest to wielki dowód prawdy w przypadku objawionego nauczania, że jest ono tak spójne, że tak trzyma się razem, że jedno wyrasta z drugiego, że każda część wymaga reszty i jest przez resztę wymagana.

Ta wielka zasada, która tak rozmaicie ukazuje się w strukturze i dziejach nauki katolickiej, a która otrzyma coraz to więcej ilustracji, im staranniej i drobiazgowiej badać będziemy ten przedmiot, stawiana jest przed nami szczególnie w tym okresie, gdy obchodzimy Wniebowzięcie naszej błogosławionej Pani, Matki Bożej, do nieba. Przyjmujemy je na wierze wieków; lecz oglądane w świetle rozumu, to właśnie stosowność takiego zakończenia jej ziemskiej drogi tak przekonująco poleca je naszym umysłom: czujemy, że „powinno” tak być; że „przystoi” jej Panu i Synowi tak zatroszczyć się o tę, która była tak osobliwa i szczególna zarówno w sobie samej, jak i w swych stosunkach do Niego. Stwierdzamy, że jest to po prostu w harmonii z istotą i głównymi zarysami nauki o Wcieleniu, i że bez niego nauczanie katolickie miałoby charakter niedopełnienia i zawiodłoby nasze pobożne oczekiwania.

Skierujmy dziś nasze myśli ku temu przedmiotowi, bracia moi; a w celu dopomożenia wam w tym, najpierw przedstawię, czego Kościół nauczał i co określił od pierwszych wieków co do Najświętszej Dziewicy, a wtedy ujrzycie, jak naturalnie wynika stąd dewocja, którą jej dzieci jej okazują, i chwały, którymi ją czczą.

Otóż, jak wiecie, utrzymywano od początku i określono od wczesnego wieku, że Maryja jest Matką Bożą. Nie jest ona jedynie Matką człowieczeństwa Pana naszego ani Matką ciała Pana naszego, lecz ma być uważana za Matkę samego Słowa, Słowa wcielonego. Bóg, w osobie Słowa, Drugiej Osoby Przenajchwalebniejszej Trójcy, uniżył się, by stać się jej Synem. *Non horruisti Virginis uterum*, jak śpiewa Kościół, „Nie wzgardziłeś łonem Dziewicy”. Wziął substancję swego ludzkiego ciała z niej i w nie przyobleczony spoczywał w niej; i nosił je przy sobie po narodzeniu, jako rodzaj odznaki i świadectwa, że On, choć Bóg, był jej. Był przez nią pielęgnowany i otaczany troską; był przez nią karmiony piersią; leżał w jej ramionach. Gdy czas postępował, służył jej i był jej posłuszny. Mieszkał z nią przez trzydzieści lat, w jednym domu, w nieprzerwanym obcowaniu, a jedynie święty Józef dzielił to z Nim. Była świadkiem Jego wzrastania, Jego radości, Jego smutków, Jego modlitw; była ubłogosławiona Jego uśmiechem, dotknięciem Jego ręki, szeptem Jego czułości, wyrazem Jego myśli i Jego uczuć, przez tak długi czas. Otóż, bracia moi, czym powinna być, czym przystoi, by była ta, która została tak obdarowana?

Takie pytanie zadał niegdyś pogański król, gdy chciał osadzić jednego ze swych poddanych w godności przystającej do stosunku, w jakim ów wobec niego stał. Poddany ten ocalił życie króla, i co należało mu w zamian uczynić? Król zapytał: „Co należy uczynić mężowi, którego król chce uczcić?” I otrzymał następującą odpowiedź: „Mąż, którego król pragnie uczcić, powinien być przyodziany w szatę królewską i wsadzony na konia, na którym jeździ król, i otrzymać królewski diadem na głowę; a niech pierwszy spośród książąt i namiestników króla trzyma jego konia i niech idzie z nim przez ulice miasta, wołając: Tak się stanie mężowi, którego król chce uczcić”. Tak rzecz się ma z Maryją; ona dała życie Stwórcy, i jaka zapłata ma jej być uczyniona? co należy uczynić tej, która miała takie pokrewieństwo z Najwyższym? co ma być stosownym uposażeniem tej, którą Wszechmogący raczył uczynić nie swą służebnicą, nie swą przyjaciółką, nie swą powiernicą, lecz swą przełożoną, źródłem swego drugiego istnienia, karmicielką swego bezradnego dziecięctwa, nauczycielką swych otwierających się lat? Odpowiadam, jak odpowiedziano królowi: nic nie jest zbyt wysokie dla tej, której Bóg zawdzięcza swe ludzkie życie; żadna obfitość łaski, żadna nadmierność chwały nie jest niestosowna, lecz przystoi i jest do oczekiwania tam, gdzie Bóg umieścił samego siebie, skąd Bóg wyszedł. Niech „będzie przyodziana w szatę królewską”, to jest niech pełnia Bóstwa tak wpłynie w nią, by była figurą nieprzekazywalnej świętości i piękna, i chwały samego Boga: by była Zwierciadłem Sprawiedliwości, Różą Duchowną, Wieżą z Kości Słoniowej, Domem Złotym, Gwiazdą Zaranną. Niech „otrzyma królewski diadem na głowę”, jako Królowa nieba, Matka wszystkich żyjących, Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzeszników, Pocieszycielka strapionych. I „niech pierwszy spośród książąt króla idzie przed nią”, niech aniołowie i prorocy, i apostołowie, i męczennicy, i wszyscy święci całują kraj jej szaty i radują się w cieniu jej tronu. Tak to Król Salomon powstał, by wyjść na spotkanie swej matki, i pokłonił się jej, i kazał postawić tron dla matki króla, a ona zasiada po jego prawicy.

Powinniśmy zatem, bracia moi, być gotowi uwierzyć, że Matka Boża jest pełna łaski i chwały, z samej stosowności takiego postanowienia, nawet gdybyśmy nie byli tego nauczeni; a ta stosowność okaże się jeszcze jaśniejsza i pewniejsza, gdy będziemy ten przedmiot kontemplować baczniej. Rozważcie więc, że zwyczajną regułą Bożego postępowania z nami było, by osobista świętość towarzyszyła wysokiej duchowej godności miejsca lub dzieła. Aniołowie, którzy — jak niesie samo słowo — są posłańcami Boga, są też doskonali w świętości; „bez świętości nikt nie ujrzy Boga”; żadna rzecz skalana nie może wejść w dziedzińce nieba; a im wyżej ich mieszkańcy są wyniesieni w swym posługiwaniu wokół tronu, tym świętsi są i tym bardziej pochłonięci kontemplacją owej Świętości, której usługują. Serafini, którzy bezpośrednio otaczają Boską Chwałę, wołają dniem i nocą: „Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów”. Tak jest też na ziemi; prorocy zwykle mają nie tylko dary, lecz i łaski; są nie tylko natchnieni, by znać i nauczać woli Bożej, lecz wewnętrznie nawróceni, by jej być posłuszni. Bo z pewnością tylko ci mogą należycie głosić prawdę, którzy ją osobiście czują; tylko ci przekazują ją w pełni od Boga do człowieka, którzy w tym przekazie uczynili ją własną.

Nie powiadam, by nie było wyjątków od tej reguły, lecz dopuszczają one łatwego wytłumaczenia; nie powiadam, by nigdy nie podobało się Bogu Wszechmogącemu przekazać jakiejś wskazówki swej woli przez ludzi złych; oczywiście, bo wszystko może być uczynione, by Mu służyło. Przez wszystkich, nawet przez niegodziwych, dokonuje swych zamysłów, a przez niegodziwych jest uwielbiany. Śmierć Pana naszego została sprowadzona przez Jego wrogów, którzy pełnili Jego wolę, mniemając, że dogadzają własnej. Kajfasz, który ją obmyślił i przeprowadził, został użyty, by ją przepowiedzieć. Balaam prorokował dobro o ludzie Bożym w dawniejszym wieku, z Boskiego przymusu, gdy chciał prorokować zło. To prawda; lecz w takich przypadkach Boże Miłosierdzie wyraźnie przemaga zło i objawia swą moc, nie uznając ani nie uświęcając narzędzia. I znów prawdą jest, jak On sam nam mówi, że w dniu ostatecznym „wielu powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w Twoje imię i w Twoje imię nie wyrzucaliśmy złych duchów, i nie czyniliśmy wielu cudów?”, a On odpowie: „Nigdy was nie znałem”. To, powiadam, jest niezaprzeczalne; niezaprzeczalne jest najpierw, że ci, którzy prorokowali w imię Boże, mogą później odpaść od Boga i utracić swe dusze. Niech człowiek będzie teraz choćby najświętszy, może odpaść; a jak obecna łaska nie jest rękojmią wytrwania, tym mniej są nią obecne dary; lecz jakże to dowodzi, że dary i łaski zwykle nie idą razem? Znów, niezaprzeczalne jest, że ci, którzy mieli cudowne dary, mogli mimo to nigdy nie być w łaskawości Bożej, nawet gdy je sprawowali; co wnet wyjaśnię. Lecz mówię teraz nie o posiadaniu darów, ale o byciu prorokami. Być prorokiem jest czymś znacznie bardziej osobistym niż posiadać dary. Jest to święty urząd, zakłada misję i jest wysokim wyróżnieniem nie wrogów Boga, lecz Jego przyjaciół. Taka jest reguła Pisma. Kto był pierwszym prorokiem i kaznodzieją sprawiedliwości? Henoch, który chodził „przez wiarę”, i „podobał się Bogu”, i został zabrany ze zbuntowanego świata. Kto był drugim? „Noe”, który „potępił świat i stał się dziedzicem sprawiedliwości, która jest przez wiarę”. Kto był następnym wielkim prorokiem? Mojżesz, prawodawca ludu wybranego, który był „najłagodniejszym ze wszystkich ludzi mieszkających na ziemi”. Po nim przychodzi Samuel, który służył Panu od dziecięctwa w Świątyni; a potem Dawid, który, choć popadł w grzech, żałował i był „mężem według serca Bożego”. I podobnie Hiob, Eliasz, Izajasz, Jeremiasz, Daniel, a ponad nimi wszystkimi św. Jan Chrzciciel, a znów św. Piotr, św. Paweł, św. Jan i pozostali — wszyscy są szczególnymi przykładami heroicznej cnoty i wzorami dla swych braci. Judasz jest wyjątkiem, lecz było to za szczególnym postanowieniem, by spotęgować uniżenie i cierpienie Pana naszego.

Sama natura świadczy o tym związku między świętością a prawdą. Przeczuwa ona, że źródło, z którego pochodzi nauka, samo powinno być czyste; że siedziba Bożego nauczania i wyrocznia wiary powinny być mieszkaniem aniołów; że poświęcony dom, w którym wypracowuje się słowo Boże i skąd wychodzi ono dla zbawienia wielu, powinien być święty, jak święte jest samo to słowo. Tu widzicie różnicę między urzędem proroka a samym darem, takim jak dar cudów. Cuda są prostym i bezpośrednim dziełem Boga; ich sprawca jest jedynie narzędziem czy organem. I w następstwie nie musi być święty, bo nie ma, ściśle mówiąc, udziału w tym dziele. Tak znów moc szafowania sakramentami, która również jest nadprzyrodzona i cudowna, nie zakłada osobistej świętości; ani nie ma nic zaskakującego w tym, że Bóg daje człowiekowi złemu ten dar lub dar cudów, podobnie jak nie ma nic zaskakującego w tym, że daje mu jakikolwiek naturalny talent czy dar, siłę lub zwinność ciała, wymowę lub umiejętność lekarską. Inaczej jest z urzędem głoszenia i prorokowania, i do tego się odwoływałem; bo prawda najpierw wchodzi w umysły mówiących i tam jest ujmowana i kształtowana, a potem wychodzi z nich jako, w pewnym sensie, jej źródło i jej rodzic. Boże słowo jest w nich poczęte, a potomstwo nosi ich rysy i o nich mówi. Nie są oni jak „nieme zwierzę, mówiące ludzkim głosem”, na którym jeździł Balaam, samo tylko narzędzie słowa Bożego, lecz „otrzymali namaszczenie od Świętego i wszystko wiedzą”, a „gdzie Duch Pański, tam wolność”; i podczas gdy podają to, co otrzymali, wpajają to, co czują i wiedzą. „Myśmy poznali i uwierzyli — mówi św. Jan — miłości, którą Bóg ma ku nam”.

Tak było przez całe dzieje Kościoła; Mojżesz nie pisze jak Dawid; ani Izajasz jak Jeremiasz; ani św. Jan jak św. Paweł. I tak samo z wielkimi doktorami Kościoła: św. Atanazy, św. Augustyn, św. Ambroży, św. Leon, św. Tomasz — każdy ma swój własny sposób, każdy mówi swymi własnymi słowami, choć mówi tymczasem słowa Boże. Mówią z siebie, mówią we własnych osobach, mówią z serca, z własnego doświadczenia, własnymi argumentami, własnymi wnioskami, własnymi sposobami wyrażania się. Otóż czy możecie wyobrazić sobie, bracia moi, takie serca, takie uczucia jako nieświęte? jakże mogłoby to być, bez splamienia, a przez to unieważnienia słowa Bożego? Jeśli jedna kropla zepsucia czyni najczystszą wodę bezwartościową, jak najlżejszy posmak goryczy psuje najwykwintniejsze potrawy, jakże by mogło słowo prawdy i świętości pochodzić z pożytkiem z nieczystych ust i ziemskiego serca? Nie; jakie drzewo, taki owoc; „strzeżcie się fałszywych proroków — mówi Pan nasz — a potem dodaje: po ich owocach poznacie ich. Czy zbiera się winne grona z ciernia albo figi z ostu?” Czyż nie tak jest, bracia moi? kto z was poszedłby prosić o radę kogoś, choćby najuczeńszego, choćby najbardziej obdarowanego, choćby najstarszego, gdyby uważał go za nieświętego? owszem, choć czujecie i jesteście pewni, że co do rozgrzeszenia zły kapłan może go udzielić równie rzeczywiście jak święty kapłan, to przecież po radę, po pociechę, po pouczenie nie poszlibyście do kogoś, kogo nie szanujecie. „Z obfitości serca usta mówią”; „dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły z złego skarbca wydobywa zło”.

Tak więc jest w przypadku duszy; lecz co do Najświętszej Maryi nasuwa się dalsza myśl. Nie ma ona przypadkowego miejsca w Bożym Szafowaniu; Słowo Boże nie tylko przyszło do niej i odeszło od niej; nie przeszło przez nią, jak nawiedza nas w Komunii świętej. Nie było to żadne niebiańskie ciało, które przyjął Przedwieczny Syn, ukształtowane przez aniołów i sprowadzone na ten niższy świat: nie; On wchłonął, On przyswoił do swej Boskiej Osoby jej krew i substancję jej ciała; stając się przez nią człowiekiem, przyjął jej rysy i znamiona jako odpowiedni charakter, w którym miał objawić się ludzkości. Dziecko jest podobne do rodzica, i możemy słusznie przypuszczać, że przez Jego podobieństwo do niej objawiło się jej pokrewieństwo z Nim. Jej świętość pochodzi nie tylko z jej bycia Jego matką, lecz także z Jego bycia jej synem. „Jeśli pierwociny są święte — mówi św. Paweł — to i ciasto; jeśli korzeń jest święty, to i gałęzie”. I stąd tytuły, które przywykliśmy jej nadawać. On jest Mądrością Bożą, ona przeto jest Stolicą Mądrości; Jego Obecność jest Niebem, ona przeto jest Bramą Niebios; On jest nieskończonym Miłosierdziem, ona więc jest Matką Miłosierdzia. Ona jest Matką „pięknej miłości i bojaźni, i poznania, i świętej nadziei”; czyż dziwne jest zatem, że pozostawiła po sobie w Kościele tu na dole „woń jak cynamon i balsam, i słodycz jak wyborna mirra”?

Taka jest zatem prawda zawsze pielęgnowana w głębi serca Kościoła i poświadczana bystrym ujęciem jego dzieci, że żadne granice prócz właściwych stworzeniu nie mogą być wyznaczone świętości Maryi. Czy zatem Abraham wierzył, że syn ma mu się narodzić z jego sędziwej żony? więc wiarę Maryi należy uznać za większą, gdy przyjęła orędzie Gabriela. Czy Judyta poświęciła swe wdowieństwo Bogu ku zdziwieniu swego ludu? o wiele bardziej Maryja, od pierwszej młodości, poświęciła swe dziewictwo. Czy Samuel jako dziecko zamieszkiwał Świątynię, odłączony od świata? Maryja również została przez swych rodziców umieszczona w tych samych świętych obrębach, nawet w wieku, gdy dzieci po raz pierwszy potrafią wybierać między dobrem a złem. Czy Salomon przy urodzeniu nazwany był „miłym Panu”? i czyż przeznaczona Matka Boża nie ma być Mu miła od chwili, gdy się narodziła? Lecz idźmy jeszcze dalej: św. Jan Chrzciciel został uświęcony przez Ducha przed swym narodzeniem; czyż Maryja ma mu być tylko równa? czyż nie jest stosowne, by jej przywilej przewyższał jego? czyż dziwne jest, jeśli łaska, która wyprzedziła jego narodzenie o trzy miesiące, miała w jej przypadku sięgnąć aż do pierwszej chwili jej istnienia, ubiec poczytanie grzechu i być przed uzurpacją szatana? Maryja musi przewyższać wszystkich świętych; sam fakt, że pewne przywileje, jak wiadomo, były ich, przekonuje nas, niemal z konieczności rzeczy, że ona miała te same i wyższe. Jej poczęcie było niepokalane, by mogła przewyższyć wszystkich świętych zarówno co do daty, jak i pełni swego uświęcenia.

Lecz w okresie świątecznym, drodzy bracia moi, nie wolno mi nużyć was dowodzeniem, gdy powinniśmy ofiarować szczególnie Najświętszej Dziewicy hołd naszej miłości i wierności; pozwólcie mi przecież skończyć, jak zacząłem — będę krótki, lecz znieście to, że oglądam jej promienne Wniebowzięcie, jak oglądałem jej niepokalaną czystość, raczej jako punkt nauki niż jako temat dewocji.

Stosowne było zatem, przystojne było, by została wzięta do nieba, a nie leżała w grobie aż do powtórnego przyjścia Chrystusa — ta, która przeżyła życie świętości i cudu, takie jak jej. Wszystkie dzieła Boże są w pięknej harmonii; są prowadzone do końca tak, jak się zaczynają. Oto trudność, którą ludzie świata znajdują w uwierzeniu w cuda w ogóle; sądzą, że łamią one ład i spójność widzialnego słowa Bożego, nie wiedząc, że jedynie służą wyższemu porządkowi rzeczy i wprowadzają nadprzyrodzoną doskonałość. Lecz przynajmniej, bracia moi, gdy dokonuje się jeden cud, można oczekiwać, że pociągnie za sobą inne dla dopełnienia tego, co rozpoczęte. Cuda muszą być dokonywane dla jakiegoś wielkiego celu; a gdyby bieg rzeczy wpadł znowu w naturalny porządek przed swym zakończeniem, jakże moglibyśmy nie odczuć zawodu? a gdyby nam powiedziano, że tak z pewnością ma być, jakże moglibyśmy nie osądzić tej wiadomości jako nieprawdopodobnej i trudnej do uwierzenia? Otóż to stosuje się do dziejów naszej Pani. Powiadam, większym cudem byłoby, gdyby — przy życiu takim, jakie było jej życie — jej śmierć była podobna do śmierci innych ludzi, niż gdyby była taka, by odpowiadać jej życiu. Któż może pojąć, bracia moi, by Bóg tak spłacił dług, który raczył zaciągnąć u swej Matki za pierwiastki swego ludzkiego ciała, by pozwolił ciału i krwi, z których zostało ono wzięte, próchnieć w grobie? Czyż synowie ludzcy tak postępują ze swymi matkami? czyż nie żywią ich i nie podtrzymują w ich słabości, i nie zachowują przy życiu, póki są w stanie? Albo kto może pojąć, by ta dziewicza istota, która nigdy nie zgrzeszyła, miała przejść śmierć grzesznika? Czemu miałaby dzielić przekleństwo Adama, ona, która nie miała udziału w jego upadku? „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” — był to wyrok na grzech; ona zatem, która nie była grzesznicą, stosownie nigdy nie ujrzała skażenia. Umarła więc, jak utrzymujemy, dlatego że nawet Pan nasz i Zbawiciel umarł; umarła, jak cierpiała, dlatego że była na tym świecie, dlatego że była w takim stanie rzeczy, w którym cierpienie i śmierć są regułą. Żyła pod ich zewnętrznym władaniem; a jak była posłuszna Cezarowi, przychodząc do spisu w Betlejem, tak też, gdy Bóg tak zechciał, uległa tyranii śmierci i została rozłożona na duszę i ciało, jak i inni. Lecz choć umarła jak inni, nie umarła, jak inni umierają; bo przez zasługi swego Syna, dzięki któremu była tym, czym była, przez łaskę Chrystusa, która w niej wyprzedziła grzech, która ją napełniła światłem, która oczyściła jej ciało z wszelkiej zmazy, została też zachowana od choroby i niemocy, i wszystkiego, co osłabia i niszczy ciało. Grzechu pierworodnego nie znaleziono w niej, by przez zużycie zmysłów, marnienie ciała i zgrzybiałość lat krzewił śmierć. Umarła, lecz jej śmierć była zwykłym faktem, nie skutkiem; a gdy minęła, przestała być. Umarła, by żyć, umarła jako rzecz formalna, czy (jak mogę to nazwać) jako obrzęd, by wypełnić to, co zwie się długiem natury — nie pierwotnie dla siebie ani z powodu grzechu, lecz by poddać się swemu stanowi, by uwielbić Boga, by uczynić to, co uczynił jej Syn; nie jednak jak jej Syn i Zbawiciel, z jakimś cierpieniem dla jakiegoś szczególnego celu; nie śmiercią męczennika, bo jej męczeństwo było w życiu; nie jako zadośćuczynienie, bo człowiek nie mógł go uczynić, a Jeden je uczynił, i uczynił za wszystkich; lecz by dokończyć swego biegu i otrzymać swą koronę.

I dlatego umarła w ukryciu. Przystało Temu, który umarł za świat, umrzeć na oczach świata; przystało Wielkiej Ofierze być podniesioną na wysokość, jako światło, którego ukryć nie można. Lecz ona, lilia Edenu, która zawsze przebywała z dala od oczu ludzi, stosownie umarła w cieniu ogrodu, pośród słodkich kwiatów, wśród których żyła. Jej odejście nie uczyniło hałasu w świecie. Kościół zajmował się swymi zwykłymi powinnościami: głoszeniem, nawracaniem, cierpieniem; były prześladowania, była ucieczka z miejsca na miejsce, byli męczennicy, były triumfy; aż wreszcie rozeszła się pogłoska, że Matki Bożej nie ma już na ziemi. Pielgrzymi chodzili tam i z powrotem; szukali jej relikwii, lecz nie znaleźli ich; czy umarła w Efezie? czy umarła w Jerozolimie? wieści były rozmaite; lecz jej grobu nie umiano wskazać, a jeśli go znaleziono, był otwarty; i zamiast jej czystego i wonnego ciała wyrastały z ziemi, której dotykała, lilie. Tak więc badacze wracali do domu zdumieni, czekając na dalsze światło. A wtedy mówiono, jak to, gdy jej rozkład był bliski, a jej dusza miała przejść w triumfie przed stolicę sądu swego Syna, apostołowie zostali nagle zgromadzeni w tym miejscu, właśnie w Świętym Mieście, by wziąć udział w radosnym obrzędzie; jak pogrzebali ją z przystojnymi obrzędami; jak trzeciego dnia, gdy przyszli do grobu, znaleźli go pustym, a chóry anielskie radosnymi głosami słyszano śpiewające dniem i nocą chwały ich zmartwychwstałej Królowej. Lecz jakkolwiek odnosimy się do szczegółów tych dziejów (i nie ma w nich nic, co byłoby pobożności niemiłe lub trudne), tyle nie może być wątpliwe, ze zgody całego katolickiego świata i z objawień uczynionych świętym duszom, że — jak przystoi — jest ona, duszą i ciałem, ze swym Synem i Bogiem w niebie, i że dane nam jest obchodzić nie tylko jej śmierć, lecz jej Wniebowzięcie.

A teraz, drodzy bracia moi, co przystoi nam, jeśli wszystko, com wam mówił, przystoi Maryi? Jeśli Matka Emmanuela powinna być pierwszą ze stworzeń w świętości i w piękności; jeśli przystało jej być wolną od wszelkiego grzechu od samego początku i od chwili, gdy otrzymała swą pierwszą łaskę, zaczynać zasługiwać na więcej; i jeśli jaki był jej początek, taki był jej koniec, jej poczęcie niepokalane, a jej śmierć wniebowzięciem; jeśli umarła, lecz ożyła i jest wyniesiona na wysokość — co przystoi dzieciom takiej Matki, jeśli nie naśladowanie, w swej mierze, jej dewocji, jej cichości, jej prostoty, jej skromności i jej słodyczy? Jej chwały nie są tylko dla Jej Syna, są one i dla nas. Naśladujmy jej wiarę, która przyjęła orędzie Boże przez anioła bez wątpienia; jej cierpliwość, która zniosła zdumienie św. Józefa bez słowa; jej posłuszeństwo, która szła do Betlejem w zimie i porodziła Pana naszego w stajni; jej rozważnego ducha, która rozważała w sercu, co widziała i słyszała o Nim; jej męstwo, której serce przeszył miecz; jej oddanie siebie, która oddała Go w czasie Jego posługiwania i przyzwoliła na Jego śmierć.

Nade wszystko naśladujmy jej czystość, która, raczej niż wyrzec się swego dziewictwa, gotowa była utracić Go jako Syna. O drogie dzieci moje, młodzieńcy i panny, jakże potrzebujecie wstawiennictwa Dziewicy-Matki, jej pomocy, jej wzoru pod tym względem! Co pchnie was naprzód na wąskiej drodze, jeśli żyjecie w świecie, jeśli nie myśl o Maryi i jej opieka? Co zapieczętuje wasze zmysły, co uspokoi wasze serce, gdy widoki i dźwięki niebezpieczeństwa będą wokół was, jeśli nie Maryja? Co da wam cierpliwość i wytrwałość, gdy będziecie wyczerpani długością walki ze złem, nieustanną koniecznością środków ostrożności, uciążliwością ich przestrzegania, nużącym ich powtarzaniem, napięciem waszego umysłu, waszym opuszczonym i posępnym stanem, jeśli nie miłosne obcowanie z nią! Ona pocieszy was w zniechęceniach, ukoi w utrudzeniu, podźwignie po upadkach, nagrodzi za powodzenia. Ona ukaże wam swego Syna, waszego Boga i wasze wszystko. Gdy duch wasz w was jest podniecony, lub rozluźniony, lub przygnębiony, gdy traci równowagę, gdy jest niespokojny i krnąbrny, gdy jest znudzony tym, co ma, i tęskni za tym, czego nie ma, gdy oko wasze jest nagabywane złem, a wasza śmiertelna powłoka drży pod cieniem kusiciela, co przywiedzie was do siebie samych, do pokoju i do zdrowia, jeśli nie chłodny oddech Niepokalanej i woń Róży Sarońskiej? Chlubą Religii katolickiej jest, że ma dar czynienia młodego serca czystym; a czemu tak jest, jeśli nie temu, że daje nam Jezusa Chrystusa za pokarm, a Maryję za karmiącą Matkę? Wypełnijcie tę chlubę w sobie samych; dowiedźcie światu, że nie idziecie za żadną fałszywą nauką, brońcie chwały waszej Matki Maryi, której świat bluźni, w samej twarzy świata, prostotą własnego zachowania i świętością waszych słów i czynów. Idźcie do niej po królewskie serce niewinności. Ona jest pięknym darem Boga, który przyćmiewa powaby złego świata, a którego nikt nigdy szczerze nie szukał i nie doznał zawodu. Ona jest osobistym typem i przedstawicielskim obrazem owego duchowego życia i odnowienia w łasce, „bez którego nikt nie ujrzy Boga”. „Duch jej słodszy nad miód, a dziedzictwo jej nad plaster miodu. Którzy ją spożywają, jeszcze łaknąć będą, a którzy ją piją, jeszcze pragnąć będą. Kto jej słucha, nie będzie zawstydzony, a którzy przez nią działają, nie zgrzeszą”.

KONIEC.

---

← wróć do odkrywania