*„Świętości, bez której nikt nie ujrzy Pana."* — Hbr 12,14
W słowach tego tekstu spodobało się Duchowi Świętemu zawrzeć w niewielu wyrazach jedną z najważniejszych prawd wiary. To właśnie ta okoliczność sprawia, że tekst wywiera tak szczególne wrażenie; bo sama prawda ogłaszana jest w tej czy innej postaci na każdej stronicy Pisma Świętego. Powiada się nam raz po raz, że uczynienie z grzesznych stworzeń istot świętych było wielkim celem, który miał przed sobą nasz Pan, przybierając na siebie naszą naturę — i że dlatego właśnie tylko święci będą przyjęci dla Jego zasługi w dzień ostateczny. Cała historia odkupienia, przymierze miłosierdzia we wszystkich swych częściach i postanowieniach, poświadcza konieczność świętości jako warunku zbawienia; a zresztą i samo nasze naturalne sumienie daje o tym świadectwo. Ale w tekście to, co gdzie indziej jest wskazane w historii i nakazane w przepisach, wypowiedziane jest jako twierdzenie doktrynalne — jako fakt doniosły i nieuchronny, wynikający z jakiegoś wstrząsającego, nieodwołalnego prawa zawartego w naturze rzeczy, i będący niezgłębionym postanowieniem Woli Bożej.
Ktoś może zapytać: „Czemu świętość jest koniecznym warunkiem dopuszczenia nas do nieba? Czemu Biblia tak surowo nakazuje nam miłować Boga, bać się Go i być Mu posłusznym, być sprawiedliwymi, uczciwymi, łagodnymi, czystymi sercem, przebaczającymi, nastawionymi na rzeczy niebieskie, wyrzekającymi się siebie, pokornymi i zrezygnowanymi? Człowiek, jak powszechnie wiadomo, jest słaby i skażony; czemu więc nakazuje mu się być tak pobożnym, tak oderwanym od ziemi? Czemu wymaga się od niego (mówiąc silnym językiem Pisma), by stał się «nowym stworzeniem»? Skoro jest z natury taki, jaki jest, czyż nie byłoby ze strony Boga aktem większego miłosierdzia zbawić go całkowicie bez tej świętości, którą tak trudno, a zarazem (jak się wydaje) tak konieczne jest dla niego posiąść?"
Otóż nie mamy prawa stawiać tego pytania. Z pewnością dość jest grzesznikowi wiedzieć, że przez łaskę Bożą otwarta mu została droga do zbawienia — bez poznawania przyczyn, dlaczego właśnie ta droga, a nie inna, została wybrana przez Mądrość Bożą. Życie wieczne jest „darem Boga". Bóg ma niezaprzeczalne prawo określić warunki, na jakich zechce go udzielić; a jeśli postanowił, że świętość jest drogą do życia, to to właśnie wystarczy — nie do nas należy pytać, dlaczego tak postanowił.
Pytanie jednak może być stawiane z pobożną czcią i w celu pogłębienia wglądu w nasz własny stan i nasze perspektywy; i wówczas próba odpowiedzi będzie pożyteczna, jeśli będzie podjęta z umiarem. Przystępuję przeto do podania jednego z powodów wskazanych w Piśmie Świętym, dla których teraźniejsza świętość jest, jak głosi tekst, konieczna do przyszłej szczęśliwości.
Być świętym — to, jak powiada nasz Kościół, posiadać „prawne obrzezanie Ducha"; to znaczy: być oddzielonym od grzechu, nienawidzić uczynków świata, ciała i złego ducha; znajdować upodobanie w zachowywaniu przykazań Bożych; czynić rzeczy tak, jak On chciałby, abyśmy je czynili; żyć w sposób wyrobiony w obecności świata przyszłego, tak jakbyśmy zerwali więzy tego życia i już umarli. Czemu nie możemy być zbawieni bez posiadania takiego usposobienia i nastroju ducha?
Odpowiadam następująco: Nawet gdyby człowiekowi nieświętego życia pozwolono wejść do nieba, nie byłby tam szczęśliwy; tak że nie byłoby żadnym miłosierdziem pozwalać mu wejść.
Mamy skłonność do łudzenia się i do wyobrażania nieba jako miejsca podobnego do tej ziemi; to znaczy jako miejsca, w którym każdy może wybierać i brać swą własną przyjemność. Widzimy, że na tym świecie ludzie czynni mają własne rozrywki, a domowi — swoje; ludzie literatury, nauki, talentu politycznego mają swe odpowiednie zajęcia i przyjemności. Stąd jesteśmy skłonni postępować tak, jakby w innym świecie będzie tak samo. Jedyną różnicę, jaką dostrzegamy między tym światem a następnym, jest ta, że tutaj (jak dobrze wiemy) ludzie nie są pewni, czy osiągną to, czego szukają, tam zaś, jak zakładamy, będą tego zawsze pewni. I stosownie do tego wnosimy, że każdy człowiek — cokolwiek byłyby jego przyzwyczajenia, upodobania czy sposób życia — raz przyjęty do nieba, byłby tam szczęśliwy. Nie przeczemy bynajmniej temu, że pewne przygotowanie do następnego świata jest konieczne; lecz nie oceniamy jego rzeczywistego zasięgu i doniosłości. Sądzimy, że możemy pojednać się z Bogiem, kiedy zechcemy; jak gdyby nic więcej nie było wymagane od ludzi w ogóle, jak tylko pewna przemijająca uwaga, ponad zwykłą miarę, poświęcona naszym religijnym obowiązkom — jakaś surowość podczas ostatniej choroby w przestrzeganiu nabożeństw Kościoła, tak jak ludzie interesów porządkują swą korespondencję i papiery, wybierając się w podróż lub zamykając rachunki. Ale takie mniemanie, choć powszechnie wyznawane w praktyce, odpada samo przez się, skoro zostanie wyraźnie sformułowane. Niebo bowiem — jak wyraźnie wynika z Pisma Świętego — nie jest miejscem, w którym można by jednocześnie uprawiać wiele różnych i sprzecznych ze sobą zajęć, jak to ma miejsce na tym świecie. Tu każdy może czynić, co mu się podoba; tam natomiast musi czynić to, co podoba się Bogu. Byłoby zuchwalstwem próbować określać zajęcia owego wiecznego życia, które dobrzy ludzie mają spędzić w obecności Bożej, lub zaprzeczać, że ów stan, którego oko nie widziało, ucho nie słyszało i serce ludzkie nie pojęło, może obejmować nieskończoną rozmaitość starań i zajęć. Tyle jednak powiedziano nam wyraźnie: że owe przyszłe życie spędzone będzie w obecności Bożej w sensie, który nie stosuje się do naszego obecnego życia; tak że najlepiej można je opisać jako niekończącą się i nieprzerwaną cześć oddawaną Ojcu Wiekuistemu, Synowi i Duchowi. „Służą Mu we dnie i w nocy w Jego świątyni, a Ten, który zasiada na tronie, będzie z nimi mieszkał... Baranek, który jest pośrodku tronu, będzie ich pasł i prowadził do źródeł wód życia". I dalej: „Miastu nie trzeba słońca ani księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boża je oświetla, a jego lampą jest Baranek. I będą chodzić narody w jego świetle, a królowie ziemi wniosą do niego swój przepych i chwałę". Te miejsca z Objawienia świętego Jana wystarczają, by przywołać nam na pamięć wiele innych.
Niebo więc nie jest podobne do tego świata; powiem, do czego jest o wiele bardziej podobne — do kościoła. Bo w domu publicznego kultu nie słyszy się mowy tego świata; nie ma tu planów wysuniętych dla doczesnych celów, wielkich czy małych; żadnych wskazówek, jak wzmocnić nasze światowe interesy, poszerzyć nasze wpływy lub ugruntować naszą reputację. Rzeczy te mogą być słuszne po swojemu, jeśli tylko nie przywiązujemy do nich serca; lecz (powtarzam) jest rzeczą pewną, że w kościele nic o nich nie słyszymy. Tu słyszymy wyłącznie i jedynie o Bogu. Wielbimy Go, kłaniamy Mu się, śpiewamy Mu, dziękujemy Mu, wyznajemy przed Nim, oddajemy się Mu i prosimy o Jego błogosławieństwo. Dlatego właśnie kościół jest podobny do nieba: bo zarówno w jednym, jak i w drugim, jest jeden jedyny, najwyższy przedmiot — religia — stawiany nam przed oczy.
Przypuśćmy więc, że zamiast mówić, iż żaden człowiek bezbożny nie może służyć Bogu i trwać przed Nim w niebie (ani Go widzieć, jak wyraża to tekst), powiedziano by nam, że żaden człowiek bezbożny nie może wielbić Go ani duchowo oglądać w kościele; czyż nie pojęlibyśmy od razu sensu tej nauki? A mianowicie: że gdyby przyszedł tu człowiek, który pozwolił, by jego umysł wzrastał po swojemu, jak natura lub przypadek kierowały, bez żadnego świadomego, wyrobionego wysiłku ku prawdzie i czystości, nie znalazłby tu żadnej prawdziwej radości i rychło znudziłby się tym miejscem; bo w tym domu Bożym słyszałby tylko o tym jednym przedmiocie, na którym mu mało lub wcale nie zależy, a zupełnie nic o tych rzeczach, które budziły jego nadzieje i lęki, jego sympatie i energię. Jeśli więc człowiek bez religii (przypuśćmy, że to możliwe) zostałby dopuszczony do nieba, doznałby z pewnością wielkiego rozczarowania. Wpierw zdawało mu się bowiem, że może być tam szczęśliwy; lecz gdy tam przybyłby, nie znalazłby żadnych rozmów prócz tych, których unikał na ziemi, żadnych zajęć prócz tych, które były mu nienawistne lub którymi pogardzał, niczego, co łączyłoby go z czymkolwiek w całym wszechświecie i sprawiało, że czuje się jak u siebie, niczego, w co mógłby wejść i na czym spocząć. Postrzegałby siebie jako istotę osamotnioną, odciętą przez Moc Najwyższą od tych przedmiotów, które wciąż oplatały jego serce. Co więcej, znajdowałby się w obecności owej Mocy Najwyższej, na którą nigdy za życia na ziemi nie mógł zdobyć się, by spokojnie o niej rozmyślać, a którą teraz widział jedynie jako niszczyciela wszystkiego, co było mu drogie i bliskie. Ach! nie mógłby znieść oblicza Boga Żywego; Bóg Święty nie byłby dlań źródłem radości. „Zostaw nas w spokoju! Co mamy z Tobą wspólnego?" — oto jedyna myśl i jedyne pragnienie dusz nieczystych, nawet gdy uznają Jego majestat. Jedynie święci mogą patrzeć na Świętego; bez świętości żaden człowiek nie może znieść widoku Pana.
Gdy więc zamierzamy uczestniczyć w radościach nieba bez świętości, postępujemy tak nierozsądnie, jakbyśmy sądzili, że możemy uczestniczyć w nabożeństwie chrześcijan tutaj, na ziemi, nie posiadając jej w naszej mierze. Umysł niedbały, zmysłowy, niewierzący, pozbawiony miłości i bojaźni Bożej, o ciasnych poglądach i przyziemnych celach, o niskim poczuciu obowiązku i zaślepionym sumieniu, zadowolony z siebie i niepoddany woli Bożej — odczuwałby w dzień ostateczny tak mało radości na słowa „Wejdź do wesela twego Pana", jak odczuwa teraz na słowa „Módlmy się". Owszem, o wiele mniej — bo gdy jesteśmy w kościele, możemy zwracać myśli ku innym przedmiotom i sprawiać, że zapominamy, iż Bóg na nas patrzy; lecz w niebie nie będzie to możliwe.
Widzimy zatem, że świętość, czyli wewnętrzne oddzielenie od świata, jest konieczna do naszego przyjęcia do nieba, bo niebo nie jest niebem, nie jest miejscem szczęśliwości, jak tylko dla świętych. Są dolegliwości cielesne, które wpływają na smak, tak że nawet najsłodsze smaki stają się przykre dla podniebienia; i dolegliwości, które upośledzają wzrok, zabarwiając piękne oblicze przyrody jakimś chorobliwym odcieniem. Podobnie istnieje choroba moralna, która zaburza wewnętrzny wzrok i smak; i żaden człowiek cierpiący na nią nie jest w stanie czerpać radości z tego, co Pismo Święte nazywa „pełnią wesela w obecności Bożej i rozkoszy po Jego prawicy na wieki".
Co więcej, ośmielę się powiedzieć więcej niż to — jest to straszne, lecz należy to powiedzieć — że gdybyśmy chcieli wyobrazić sobie karę dla duszy nieświętej i odrzuconej, nie umielibyśmy może wymyślić większej nad to, by wezwać ją do nieba. Niebo byłoby piekłem dla człowieka bezbożnego. Wiemy, jak jesteśmy skłonni czuć się nieswojo w chwili obecnej, gdy samotni wśród obcych, albo wśród ludzi o innych upodobaniach i obyczajach niż nasze. Jakże by na przykład dokuczało być zmuszonym żyć w obcym kraju, wśród ludzi, których twarzy nigdy nie widzieliśmy i których języka nie możemy się nauczyć. A to jest zaledwie słabym wyobrażeniem osamotnienia człowieka o ziemskich skłonnościach i upodobaniach, wtrąconego w towarzystwo świętych i aniołów. Jak opustoszale błąkałby się przez komnaty nieba! Nie znalazłby nikogo podobnego do siebie; ujrzałby wszędzie znamiona świętości Bożej, a te napełniałyby go dreszczem. Czułby się nieustannie w Jego obecności. Nie mógłby już zwracać myśli gdzie indziej, jak czyni to teraz, gdy sumienie mu wyrzuca. Wiedziałby, że Wieczne Oko jest nieustannie na nim; a owo Oko świętości, które jest radością i życiem dla stworzeń świętych, jemu zdawałoby się Okiem gniewu i kary. Bóg nie może zmienić swej natury. Świętym musi być zawsze. A dopóki jest Święty, żadna dusza nieświęta nie może być szczęśliwa w niebie. Ogień nie zapala żelaza, lecz zapala słomę. Przestałby być ogniem, gdyby tego nie czynił. I tak niebo samo stałoby się ogniem dla tych, którzy chcieliby uciec przez wielką przepaść od mąk piekielnych. Palec Łazarza jedynie powiększałby ich pragnienie. Nawet „niebo, które jest nad ich głowami", będzie dla nich „spiżem".
I oto wyjaśniłem po części, dlaczego świętość przepisana jest nam jako warunek, jaki ze swej strony mamy spełnić, by być przyjętymi do nieba. Zdaje się ona być konieczna już z samej natury rzeczy. Nie widzimy, jak mogłoby być inaczej. Wspomnę teraz dwie ważne prawdy, które zdają się wynikać z tego, co zostało powiedziane.
**1.** Jeżeli pewien charakter umysłu, pewien stan serca i uczuć jest konieczny do wejścia do nieba, nasze czyny służą naszemu zbawieniu przede wszystkim o tyle, o ile zmierzają do wytworzenia lub do ujawnienia tego nastroju ducha. Dobre uczynki (jak je nazywają) są nakazane nie dlatego, jakoby miały w sobie cokolwiek zasługi, ani jakoby same z siebie mogły odwrócić gniew Boży za nasze grzechy lub zdobyć nam niebo, lecz dlatego, że są środkami, pod Bożą łaską, wzmacniającymi i ujawniającymi ową świętą zasadę, którą Bóg wszczepia w serce i bez której (jak mówi nam tekst) nie możemy Go oglądać. Im liczniejsze są nasze uczynki miłosierdzia, zaparcia się siebie i cierpliwości, tym bardziej oczywiście nasz umysł będzie kształtowany w usposobieniu miłosiernym, wyrzekającym się siebie i cierpliwym. Im częstsze są nasze modlitwy, im pokorniejsze, bardziej cierpliwe i religijne nasze codzienne czyny, tym bardziej owe obcowanie z Bogiem, owe święte dzieła będą środkiem uświęcania naszych serc i przygotowania nas na przyszłą obecność Bożą. Zewnętrzne czyny, spełniane z zasady, tworzą wewnętrzne nawyki. Powtarzam: poszczególne akty posłuszeństwa woli Bożej, dobre uczynki, jak je nazywają, służą nam przez to, że stopniowo oddzielają nas od tego świata zmysłów i wyciskają na naszych sercach niebieski charakter.
Jest więc oczywiste, jakie uczynki nie służą naszemu zbawieniu — mianowicie te wszystkie, które albo w ogóle nie oddziałują na serce, by je zmienić, albo wywierają na nie zły wpływ. Cóż powiedzieć o tych, którzy sądzą, że rzeczą łatwą jest podobać się Bogu i zjednać sobie Jego życzliwość; którzy spełniają kilka skąpych posług, nazywają to chodzeniem w wierze i są z nich zadowoleni? Otóż dla takich ludzi, co aż nadto widoczne, zamiast przynosić im pożytek własne ich uczynki — takie jak są — miłosierdzia, uczciwości czy sprawiedliwości — mogą im (rzekłbym nawet) przynosić szkodę. Bo te właśnie uczynki, dobre same w sobie, stają się w takich ludziach pożywką złego ducha, skażonego stanu serca, to znaczy: miłości własnej, zarozumiałości, polegania na sobie — zamiast zwracać ich od tego świata ku Ojcu duchów. Podobnie same zewnętrzne uczynki uczęszczania do kościoła i odmawiania modlitw, które są oczywiście obowiązkami nakazanymi wszystkim nam, są rzeczywiście pożyteczne tylko dla tych, którzy je spełniają w duchu nastawionym na niebo. Bo tylko tacy ludzie posługują się tymi dobrymi czynami dla udoskonalenia serca; tymczasem nawet najsurowsza zewnętrzna pobożność nie przynosi człowiekowi żadnego pożytku, jeśli serca nie udoskonala.
**2.** Lecz zauważcie, co z tego wynika. Jeżeli świętość nie jest jedynie spełnianiem pewnej liczby dobrych uczynków, ale jest wewnętrznym charakterem, który kształtuje się — pod Bożą łaską — przez ich spełnianie, jakże daleki od tej świętości jest ogół ludzi! Nie są jeszcze nawet posłuszni w zewnętrznych czynach, co jest pierwszym krokiem ku jej osiągnięciu. Muszą jeszcze dopiero nauczyć się praktykować dobre uczynki jako środek przemiany serc, co jest celem. Wynika stąd natychmiast, nawet gdyby Pismo Święte wyraźnie nam o tym nie mówiło, że nikt nie jest w stanie przygotować się do nieba, to znaczy uświęcić się, w krótkim czasie — przynajmniej nie widzimy, jak byłoby to możliwe; a to, rozpatrywane jedynie jako wniosek rozumu, jest poważną myślą. A jednak, niestety! — jak są tacy, którzy mają nadzieję zbawienia przez kilka skąpych uczynków, tak są i tacy, którzy sądzą, że mogą być zbawieni od razu przez nagłą i łatwo nabytą wiarę. Większość ludzi żyjących w zaniedbaniu Boga ucisza swe sumienia, gdy stają się natrętne, obietnicą nawrócenia w jakiś przyszły dzień. Ileż razy właśnie tak zwiedzeni są aż do chwili, gdy zaskoczy ich śmierć! Lecz przypuśćmy, że rzeczywiście zaczynają czynić pokutę, gdy ów przyszły dzień nadchodzi. Co więcej, przyjmijmy nawet, że Bóg Wszechmogący raczyłby im przebaczyć i dopuścić ich do swego świętego nieba. Dobrze — ale czy nic więcej nie jest wymagane? Czy są w stanie pełnić Mu służbę w niebie? Czyż nie to właśnie tak mocno podkreślałem, że nie są w odpowiednim stanie? Czyż nie wykazano, że nawet gdyby zostali tam przyjęci bez przemiany serca, nie znaleźliby żadnej radości w niebie? A czy przemiana serca dokonuje się w jeden dzień? Które z naszych upodobań lub skłonności możemy zmienić z własnej woli w jednej chwili? Nawet najbardziej powierzchownych nie możemy. Czy więc na jedno słowo możemy zmienić cały ustrój i charakter naszych umysłów? Czyż świętość nie jest owocem wielu cierpliwych, ponawianych wysiłków ku posłuszeństwu, stopniowo na nas oddziałujących i najpierw modyfikujących, a potem przemieniających nasze serca? Oczywiście nie śmiemy wyznaczać granic miłosierdziu i mocy Bożej w przypadkach późnego nawrócenia, nawet gdy objawił nam ogólną regułę swoich moralnych rządów; jednak z pewnością naszym obowiązkiem jest stale mieć przed oczyma i stosować się do owych ogólnych prawd, które ogłosiło Jego Święte Słowo. Jego Święte Słowo przestrzega nas na różne sposoby, że jak nikt nie znajdzie szczęśliwości w niebie, kto nie jest święty, tak też nikt nie może nauczyć się tego w krótkim czasie i wtedy, kiedy zechce. Wskazuje na to w tekście, który wymienia kwalifikację, co do której wiemy w rzeczywistości, że jej zdobycie zazwyczaj wymaga czasu. Stwierdza to wyraźnie, choć w przenośni, w przypowieści o szacie weselnej, w której uświęcenie wewnętrzne jest uczynione warunkiem odrębnym od przyjęcia oferty miłosierdzia — i takim, który nie ma być przez nas niedbale pomijany w myślach, jakby był jego konieczną konsekwencją; oraz w przypowieści o dziesięciu pannach, która ukazuje nam, że musimy wyjść naprzeciw Oblubieńcowi z olejem świętości i że zdobycie go wymaga czasu. A w Listach świętego Pawła zapewnia nas uroczyście, że można tak nadużywać łaski Bożej, by przepuścić przyjęty czas i być przypieczętowanym jeszcze przed końcem życia do zmysłu odrzuconego.
Chciałbym mówić do was, bracia moi, nie jak do obcych miłosierdziu Bożemu, lecz jak do uczestników Jego łaskawego przymierza w Chrystusie; i właśnie dlatego narażonych na szczególne niebezpieczeństwo, bo tylko ci mogą popaść w grzech unieważnienia Jego przymierza, którzy mają jego przywilej. Lecz też z drugiej strony nie mówię do was jak do grzeszników rozmyślnych i zatwardziałych, wystawionych na bliskie ryzyko utracenia albo na możliwość już utraconej nadziei nieba. Obawiam się jednak, że są tacy, którzy, gdyby postępowali uczciwie ze swym sumieniem, musieliby przyznać, że nie uczynili ze służby Bożej swej pierwszej i najważniejszej troski; że ich posłuszeństwo, tak je nazwijmy, było sprawą rutyny, w której serce nie miało żadnego udziału; że postępowali uczciwie w sprawach doczesnych głównie dla swego doczesnego interesu. Obawiam się, że są tacy, którzy — bez względu na to, co wiedzą o religii — mają jednak takie wątpliwości co do siebie, że skłaniają ich do postanowienia słuchania Boga wierniej w jakiś przyszły dzień; wątpliwości, które przekonują ich o grzechu, choć nie dość silne, by uzmysłowić im jego haniebność i niebezpieczeństwo. Tacy ludzie igrają z wyznaczonym czasem miłosierdzia. Zdobycie daru świętości jest dziełem całego życia. Żaden człowiek nie będzie tu doskonały, tak grzeszna jest nasza natura. Odkładając zatem dzień nawrócenia, ludzie ci pozostawiają na kilka przypadkowych lat, gdy sił i wigoru już nie ma, ową PRACĘ, do której całe życie nie wystarczyłoby. Praca ta jest wielka i niebywale trudna. Wiele grzechu pozostaje nawet w najlepszych z ludzi; i „jeśli sprawiedliwy z trudem się ocali, cóż się stanie z bezbożnym i grzesznikiem?". Los ich może być przypieczętowany w każdej chwili; i choć ta myśl nie powinna człowieka dzisiaj przywodzić do rozpaczy, to jednak zawsze powinna sprawiać, że drży na myśl o jutrze.
Być może jednak inni powiedzą: „Wiemy coś o mocy religii — kochamy ją w pewnej mierze — mamy wiele słusznych myśli — przychodzimy do kościoła na modlitwę; to jest dowód, że jesteśmy przygotowani do nieba — jesteśmy bezpieczni, a to, co zostało powiedziane, nas nie dotyczy." Lecz wy, bracia moi, nie bądźcie w liczbie takich. Jednym z głównych sprawdzianów tego, że jesteśmy prawdziwymi sługami Bożymi, jest pragnienie, by lepiej Mu służyć; i bądźcie całkowicie pewni, że człowiek zadowolony ze swej postępowości w chrześcijańskiej świętości jest co najwyżej w ciemnym stanie, a raczej w wielkim niebezpieczeństwie. Jeśli naprawdę jesteśmy przeniknięci łaską świętości, będziemy brzydzić się grzechem jako czymś niskim, irracjonalnym i plugawiącym. Wielu ludzi, to prawda, zadowala się cząstkowymi i niewyraźnymi poglądami na religię i pomieszanymi pobudkami. Wy nie dajcie się zadowolić niczym, co nie sięga doskonałości; przykładajcie się dzień po dniu do wzrastania w wiedzy i łasce; by, jeśli tak być może, dosięgnąć nareszcie obecności Boga Wszechmogącego.
Na koniec: gdy tak trudzimy się, by kształtować nasze serca według wzoru świętości naszego Ojca Niebieskiego, pociesza nas wiedza — na którą już napomknąłem — że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie, lecz że Duch Święty jest łaskawie z nami obecny i uzdalnia nas do zwyciężania nad naszymi umysłami i do ich przemiany. Jest to pociechą i zachętą, a zarazem czymś pełnym troski i bojaźni, wiedzieć, że Bóg działa w nas i przez nas. Jesteśmy narzędziami, ale tylko narzędziami, naszego własnego zbawienia. Niechaj nikt nie mówi, że go zniechęcam i zadaję mu pracę ponad jego siły. Wszyscy mamy dary łaski zaręczone nam od młodości. Wiemy o tym dobrze; lecz nie korzystamy z tego przywileju. Tworzymy sobie małostkowe wyobrażenia o trudności i wskutek tego nigdy nie wnikamy w wielkość darów nam danych, by jej sprostać. Potem zaś, gdy niekiedy zyskamy głębszy wgląd w pracę, jaką mamy do spełnienia, uważamy Boga za twardego pana, który wiele żąda od grzesznego rodu. Wąska zaiste jest droga życia, lecz nieskończona jest miłość i moc Tego, który jest z Kościołem, na miejscu Chrystusa, by nas po niej prowadzić.