*„Któż może zrozumieć błędy swoje? Od tajnych win oczyść mię."* — Ps 19,13
Choć może się to wydawać dziwne, rzesze ludzi noszących miano chrześcijan przechodzą przez życie, nie czyniąc żadnego wysiłku, by należycie siebie poznać. Zadowalają się ogólnymi i mglistymi wyobrażeniami o swoim prawdziwym stanie; a jeśli mają cokolwiek więcej, są to tylko przypadkowe wiadomości o sobie samych, jakie narzucają im koleje życia. Dokładnej i systematycznej znajomości samych siebie nie posiadają i bynajmniej do niej nie dążą.
Gdy twierdzę, że jest to dziwne, nie chcę przez to sugerować, iż poznanie siebie jest rzeczą łatwą; jest ono w istocie bardzo trudne, i w tym znaczeniu nieznajomość siebie nie jest niczym niezwykłym. Dziwność polega jednak na tym, że ludzie wyznają wielkie nauki chrześcijańskie i chcą według nich postępować, będąc przy tym tak nieświadomi siebie, zważywszy iż samopoznanie jest warunkiem niezbędnym do ich zrozumienia. Można zatem bez przesady twierdzić, że wszyscy, którzy zaniedbują obowiązek nawykłego badania siebie, posługują się słowami pozbawionymi treści. Nauki o odpuszczeniu grzechów i o nowym narodzeniu z grzechu nie mogą być pojęte bez rzetelnej wiedzy o naturze grzechu, to znaczy o naszym własnym sercu. Możemy wprawdzie przytakiwać formule słownej wyrażającej owe nauki; lecz jeśli takie czysto zewnętrzne przyzwolenie, choćby szczere, ma być tym samym co rzeczywiste ich wyznawanie i wiara w nie, to równie dobrze można by wierzyć w zdanie sformułowane w języku, którego się w ogóle nie zna — co jest oczywiście niedorzecznością. A jednak nic nie jest powszechniejsze niż mniemanie, że skoro zna się jakieś słowa, rozumie się też pojęcia, które one oznaczają. Ludzie wykształceni gardzą tą ułomnością u prostaczków, którzy używają trudnych słów, jakby je rozumieli. A przecież sami, podobnie jak tamci, popadają w ten sam błąd w subtelniejszej postaci, gdy sądzą, że rozumieją terminy z dziedziny moralności i religii dlatego, że są one słowami potocznymi, używanymi przez nich przez całe życie.
Otóż, powtarzam, jeśli nie mamy żadnego właściwego pojęcia o naszym sercu i o grzechu, nie możemy mieć właściwego pojęcia o Moralnym Władcy, o Zbawicielu ani o Uświęcicielu; wyznając w Nich wiarę, będziemy używać słów, nie przywiązując do nich żadnej wyraźnej treści. Tak oto samopoznanie leży u korzenia wszelkiej prawdziwej wiedzy religijnej; i na próżno, — gorzej niż na próżno, — jest to złudzenie i szkoda, mniemać, że rozumie się nauki chrześcijańskie niejako samoistnie, jedynie przez to, że uczono nas z ksiąg, że uczęszczamy na kazania lub że korzystamy z jakichkolwiek zewnętrznych środków, jakkolwiek doskonałych, wziętych samych w sobie. Albowiem w miarę jak zgłębiamy nasze serca i poznajemy własną naturę, rozumiemy, co znaczy Nieskończony Władca i Sędzia; w miarę jak pojmujemy naturę nieposłuszeństwa i naszą rzeczywistą grzeszność, odczuwamy, czym jest dobrodziejstwo usunięcia grzechu, odkupienie, przebaczenie, uświęcenie — które inaczej pozostają czczymi słowami. Bóg przemawia do nas pierwotnie przez nasze serca. Samopoznanie jest kluczem do nakazów i nauk Pisma Świętego. Wszystko, co zewnętrzne napomnienia religijne zdolne są uczynić, to wstrząsnąć nami i skłonić do zwrócenia się w siebie i zbadania naszych serc; a wówczas, gdy doświadczymy tego, czym jest czytanie samych siebie, będziemy mogli czerpać pożytek z nauk Kościoła i Biblii.
Oczywiście samopoznanie dopuszcza różne stopnie. Nikt zapewne nie jest całkowicie nieświadomy siebie samego; nawet najdoskonalszy chrześcijanin poznaje siebie tylko „po części". Jednakże większość ludzi zadowala się powierzchowną znajomością swego serca, a tym samym płytką wiarą. Na tym właśnie chcę się tu szczególnie zatrzymać. Ludzie godzą się na to, by dręczyły ich niezliczone grzechy ukryte. Nie zastanawiają się nad nimi ani jako nad grzechami, ani jako nad przeszkodami w umacnianiu wiary, i żyją tak, jakby nie mieli się niczego uczyć.
Rozważmy teraz uważnie poważne przesłanki wskazujące, że wszyscy mamy poważne grzechy ukryte — fakt, który, jak wierzę, wszyscy skłonni są wyznawać w ogólnych zarysach, choć mało kto lubi spokojnie i praktycznie nad nim się zatrzymywać, co jest właśnie moim zamiarem.
**1.** Najprostszą metodą przekonania się o istnieniu w nas win nieznanych nam samym jest rozważenie, jak wyraźnie dostrzegamy ukryte wady innych. Na pierwszy rzut oka nie ma oczywiście powodu, by sądzić, że różnimy się istotnie od tych, którzy nas otaczają; a jeśli widzimy w nich grzechy, których oni sami nie dostrzegają, nasuwa się domysł, że oni z kolei mają własne odkrycia dotyczące nas, o których usłyszenie by nas zaskoczyło. Przykładem: jak skory jest człowiek porywczy do wyobrażania sobie, że panuje nad sobą! Sam zarzut porywczości, gdyby mu go postawić, jeszcze bardziej go rozgniewa; a w szczytowym uniesieniu gniewu będzie zapewniać, że potrafi rozumować i sądzić ze spokojem i bezstronnością. Otóż może przyjść i jego kolej, kiedy indziej, by być świadkiem tej samej słabości u nas; a jeśli sami nie jesteśmy z natury skłonni do gwałtownych namiętności, to przynajmniej możemy podlegać innym grzechom, jednakowo nam nieznanym, a jemu równie dobrze widocznym, jak nam był widoczny jego gniew. Na przykład: są ludzie, którzy w istocie kierują się interesem własnym w chwilach, gdy sądzą, że czynią czyny szlachetne lub cnotliwe; dają hojnie lub zadają sobie trud, i są chwaleni przez świat, i przez samych siebie, jakoby postępowali z pobudek wzniosłych; tymczasem wnikliwi obserwatorzy potrafią dostrzec, że prawdziwą przyczyną ich dobrych uczynków jest pragnienie zysku, chęć pochwały, wstyd lub samo upodobanie w byciu zajętym i czynnym. Taki może być nasz stan, podobnie jak stan innych; a jeśli nawet nie jest, to i tak jakaś pokrewna ułomność — jarzmo jakiegoś innego grzechu lub grzechów, które inni widzą, my zaś nie.
Ale powiedzmy, że nie ma żadnego człowieka, który by widział w nas grzechy, których sami jesteśmy nieświadomi — choć jest to śmiałe założenie — to przecież dlaczego przypadkowa wiedza ludzi o nas miałaby wyznaczać granicę naszych niedoskonałości? Niechby cały świat dobrze o nas mówił i dobrzy ludzie witali nas jak braci — i tak nad wszystkim jest Sędzia, który doświadcza serc i nerek. On zna nasz prawdziwy stan; czyż żarliwie prosiliśmy Go, by nauczył nas poznania naszych własnych serc? Jeśli nie — to to właśnie zaniedbanie jest przesłanką przeciw nam. Choćby nasza chwała rozeszła się po całym Kościele, możemy być pewni, że On widzi w nas grzechy bez liku, grzechy głębokie i ciężkie, o których nie mamy pojęcia. Jeśli człowiek dostrzega tyle zła w naturze ludzkiej, cóż dopiero musi widzieć Bóg? „Jeśli serce nasze nas oskarża, Bóg jest większy niż serce nasze i wie wszystko." Nie tylko grzechy uczynków zapisuje codziennie przeciw nam, o których nic nie wiemy, ale i myśli serca. Poruszenia pychy, próżności, chciwości, nieczystości, niezadowolenia, gniewu — te następują po sobie w ciągu dnia w chwilowych wzruszeniach i są Mu znane. My ich nie znamy; a jakże wielką wagę ma to dla nas, byśmy je poznali!
**2.** To rozważanie nasuwa się przy pierwszym spojrzeniu na ten przedmiot. Zastanówmy się teraz nad rzeczywistymi odkryciami naszej ukrytej słabości, jakich dokonują różne okoliczności. Piotr szedł za Chrystusem odważnie i nie podejrzewał własnego serca, dopóki nie zdradziło go w godzinie pokusy i nie przywiodło do zaparcia się Pana. Dawid żył latami szczęśliwego posłuszeństwa w życiu prywatnym. Jak spokojną, jasnowidząca wiara przejawia się w jego odpowiedzi Saulowi w sprawie Goliata: „Pan, który wyrwał mię z łapy lwa i z łapy niedźwiedzia, Ten wyrwie mię z ręki tego Filistyna". Co więcej, nie tylko w ustroniu, w ciężkiej próbie, pod złym traktowaniem ze strony Saula, zachował wierność swemu Bogu; przez lata i lata utwierdzał swoje serce i uczył się bojaźni Pańskiej; a jednak władza i bogactwo osłabiły jego wiarę i na pewien czas go przemogły. Był czas, gdy prorok mógł rzucić mu w twarz: „Tyś jest ów człowiek", którego potępiasz. Zasady zachował w słowach, lecz utracił je w sercu. Ezechiasz jest kolejnym przykładem człowieka pobożnego, który dobrze znosił utrapienie, lecz na czas jakiś zachwiał się pod pokusą powodzenia — i to po niezwykłych miłosierstwach, którymi był obdarzony. A jeśli tak działo się w przypadku wybranych świętych Bożych, jakiż — możemy się domyślać — jest nasz własny rzeczywisty stan duchowy w Jego oczach? To poważna myśl. Przestroga, jaka z niej płynie, jest taka: nigdy nie sądźmy, że posiadamy należytą znajomość siebie, dopóki nie zostaliśmy wystawieni na rozmaite rodzaje pokus i doświadczani z każdej strony. Prawość w jednej sferze naszego charakteru nie jest rękojmią prawości w innej. Nie możemy wiedzieć, jak byśmy postąpili, gdybyśmy zostali poddani pokusom innym od tych, których dotychczas doświadczyliśmy. Ta myśl powinna utrzymywać nas w pokorze. Jesteśmy grzesznikami, lecz nie wiemy, jak wielkimi. Wie to jedynie Ten, który umarł za nasze grzechy.
**3.** To przynajmniej musimy przyznać: że nie znamy siebie w tych sferach, w których nie byliśmy doświadczeni. Lecz pójdźmy dalej: a cóż, jeśli nie znamy siebie nawet tam, gdzie byliśmy doświadczeni i okazaliśmy się wierni? Jest to godna uwagi okoliczność, często spostrzegana, że jeśli przyjrzymy się niektórym z najznamienitszych świętych Pisma Świętego, to stwierdzimy, iż ich odnotowane błędy popełniane były właśnie w tych sferach obowiązku, w których każdy z nich był najbardziej doświadczony i wykazywał na ogół posłuszeństwo najdoskonalsze. Wierny Abraham z niedowiarstwa wyparł się żony. Mojżesz, najłagodniejszy z ludzi, został wykluczony z ziemi obiecanej za słowo powiedziane w gniewie. Mądrość Salomona dała się uwieść, by kłaniała się bożkom. Barnaba zaś, syn pocieszenia, wszedł w ostry spór ze świętym Pawłem. Jeśli więc ludzie, którzy znali siebie lepiej niż my bez wątpienia znamy siebie, mieli tyle ukrytej ułomności nawet w tych sferach swego charakteru, które były najbardziej wolne od winy, cóż mamy myśleć o sobie? A jeśli nawet nasze cnoty są tak splecione z niedoskonałością, jakie muszą być nieznane i zwielokrotnione okoliczności zła, które potęgują winę naszych grzechów? Jest to trzecia przesłanka przeciw nam.
**4.** Zastanów się i nad tym. Nikt nie zaczyna badać siebie i modlić się o samopoznanie — jak Dawid w cytowanym wersecie — kto by nie znalazł w sobie mnóstwa wad, które przedtem były mu albo całkowicie, albo niemal całkowicie nieznane. To, że tak jest, wiemy z pisanych żywotów dobrych ludzi i z własnego doświadczenia w obcowaniu z innymi. I stąd to właśnie najlepsi ludzie są zawsze najpokorniejszymi; albowiem mając w umyśle wyższy wzorzec doskonałości niż inni i znając siebie lepiej, dostrzegają w pewnej mierze szerokość i głębokość swej grzesznej natury i przejmują się nią do lęku. Ogół ludzi nie może tego zrozumieć; i gdy niekiedy nawykłe samopotępienie ludzi pobożnych wyrywa się w słowach, sądzą, że pochodzi z pozy lub z jakiegoś dziwacznego zaburzenia umysłu, lub z przypadkowej melancholii i udręki. Tymczasem wyznanie dobrego człowieka przeciwko sobie samemu jest w istocie świadectwem przeciwko wszystkim lekkomyślnym, którzy go słyszą, i wezwaniem ich, by zbadali własne serca. Bez wątpienia, im więcej badamy siebie, tym bardziej niedoskonałymi i nieświadomymi znajdziemy się.
**5.** Ale niechby człowiek wytrwał w modlitwie i czujności aż do dnia swej śmierci — nigdy i tak nie dotrze do dna własnego serca. Choć coraz więcej poznaje siebie w miarę, jak staje się bardziej sumienny i gorliwy, pełne odsłonięcie tajemnic tam złożonych jest zachowane dla innego świata. A w dzień ostateczny — któż zdoła opisać trwogę i grozę człowieka, który żył na ziemi dla siebie, pobłażając własnej złej woli, idąc za swoimi przypadkowymi mniemaniami o prawdzie i fałszu, stronił od krzyża i hańby Chrystusowej — kiedy wreszcie otworza się jego oczy przed tronem Bożym i wszystkie jego niezliczone grzechy, jego nawykłe zaniedbywanie Boga, nadużywanie talentów, nieużyteczne marnowanie czasu i pierwotna, niezbadana grzeszność jego natury staną przed nim jasno i w pełni? Co więcej, nawet dla prawdziwych sług Chrystusowych widok ten jest przerażający. „Sprawiedliwy" — mówi nam Pismo — „zaledwie będzie zbawiony". Wówczas dobry człowiek dozna pełnego widzenia swoich grzechów, do którego tutaj pracował, aby je uzyskać, i po części mu się to udawało, choć życie nie było dość długie, by wszystkie poznać i pokonać. Bez wątpienia wszyscy musimy znieść ów srogi i przerażający widok naszego prawdziwego „ja", tę ostatnią, ognistą próbę duszy przed jej przyjęciem, będącą duchową agonią i wtórą śmiercią dla tych wszystkich, którzy nie będą wówczas podtrzymani mocą Tego, który umarł, by ich przez nią bezpiecznie przeprowadzić, i w którym na ziemi uwierzyli.
Bracia moi, odwołuję się do waszego rozumu, czy owe przesłanki nie są w swej istocie słuszne i sprawiedliwe. A jeśli tak, zwracam się następnie do waszych sumień, czy są wam znane; bo jeśli nie rozmyślaliście nawet o swoim prawdziwym stanie i nie wiecie, jak mało wiecie o sobie samych, jakże możecie naprawdę oczyszczać się na życie przyszłe lub kroczyć wąską ścieżką?
A jednak jakże wiele jest szans, że niemała liczba słuchaczy moich nie posiada dostatecznej znajomości siebie ani poczucia własnej nieświadomości, i jest w niebezpieczeństwie dla swych dusz! Słudzy Chrystusowi nie mogą powiedzieć, kto jest, a kto nie jest prawdziwie wybranym; lecz gdy się rozważy trudności w drodze do właściwego poznania siebie, staje się niezmiernie poważnym i pilnym pytaniem dla każdego z was, czy nie żyje w samozłudzeniu i czy nie ma o swoim stanie duchowym sądu daleko wygodniejszego, niż ma do tego prawo. Przywołajcie bowiem na myśl przeszkody, jakie stoją na drodze do poznania siebie lub do poczucia swej nieświadomości, a potem osądźcie.
**1.** Przede wszystkim samopoznanie nie przychodzi samo przez się; wymaga wysiłku i pracy. Równie dobrze można by sądzić, że znajomość języków przychodzi z natury, jak to, że znajomość własnego serca jest czymś naturalnym. Otóż sam wysiłek wytrwałego skupienia się jest dla wielu ludzi sam w sobie bolesny — nie mówiąc o trudności skupiania się prawidłowego. Pytać siebie, dlaczego czynimy to czy owo, rozliczać zasady, którymi się kierujemy, i sprawdzać, czy postępujemy z pobudek sumienia, czy też z niższych pobudek — to jest bolesne. Jesteśmy zajęci w świecie, a na czas wolny chętnie przeznaczamy mniej surowe i uciążliwe zajęcia.
**2.** A potem wkracza nasza miłość własna. Spodziewamy się najlepszego — to oszczędza nam trudu badania. Miłość własna zaręcza za nasze bezpieczeństwo. Sądzimy, że wystarczającą ostrożnością jest dopuszczenie najwyżej pewnych możliwych nieznanych nam wad i uwzględnienie ich przy rozrachunku z własnym sumieniem; tymczasem gdyby nam poznano prawdę, okazałoby się, że mamy jedynie długi — i to większe niż możemy pojąć, i wciąż rosnące.
**3.** Ów korzystny dla siebie osąd zapanuje szczególnie wtedy, gdy mamy nieszczęście cieszyć się niezakłóconym zdrowiem, wysokim duchem i domowym dostatkiem. Zdrowie ciała i ducha jest wielkim błogosławieństwem, jeśli je znieść potrafimy; lecz jeśli nie jest okiełznane czuwaniem i postami, zazwyczaj uwodzi człowieka do mniemania, że jest znacznie lepszy, niż jest w rzeczywistości. Opór w czynieniu dobrego, czy pochodzi z wewnątrz, czy z zewnątrz, wystawia na próbę nasze zasady; lecz gdy wszystko idzie gładko i wystarczy zapragnąć, by wykonać, nie możemy ocenić, w jakiej mierze postępujemy, lub nie postępujemy, z poczucia obowiązku. Gdy człowiekowi dopisuje duch, jest zadowolony ze wszystkiego, a zwłaszcza z siebie. Potrafi działać z energią i porywczością, i bierze tę czysto przyrodzoną żywość za siłę wiary. Jest wesoły i zadowolony — i myli to z pokojem chrześcijańskim. A gdy jest szczęśliwy w rodzinie, myli zwykłą naturalną serdeczność z chrześcijańską życzliwością i utrwaloną postawą chrześcijańskiej miłości. Jednym słowem: śni, a z tego snu nic by go nie mogło wyrwać prócz głębokiej pokory, i zazwyczaj nic go nie ocuci prócz srogiego utrapienia.
Inne przypadkowe okoliczności bywają często przyczyną podobnego samozłudzenia. Dopóki pozostajemy w odosobnieniu od świata, nie znamy siebie; albo po jakiejś wielkiej łasce lub próbie, która nas głęboko dotknęła i dała silny, lecz chwilowy impuls naszemu posłuszeństwu; albo gdy gorliwie dążymy do jakiegoś dobrego celu, który pobudza umysł i na pewien czas przytupia jego wrażliwość na pokusy. W takich okolicznościach skłonni jesteśmy mieć o sobie zbyt dobre mniemanie. Świat jest daleko; lub przynajmniej jesteśmy nieczuli na jego zwodnicze uroki; i mylimy nasz zaledwie chwilowy spokój, lub nasze przemożne wzburzenie ducha, po jednej stronie z pokojem chrześcijańskim, po drugiej z gorliwością chrześcijańską.
**4.** Następnie musimy rozważyć potęgę przyzwyczajenia. Sumienie ostrzega nas naprzód przed grzechem; lecz jeśli je lekceważymy, rychło przestaje nas wyrzucać; i tak grzechy niegdyś znane stają się z czasem grzechami tajnymi. Wydaje się więc — i jest to zatrważająca refleksja — że im bardziej jesteśmy winni, tym mniej jesteśmy tego świadomi; bo im częściej grzeszymy, tym mniej to nas niepokoi. Myślę, że wielu z nas, po zastanowieniu, przypomni sobie z własnego doświadczenia przykłady stopniowego zapominania, że coś jest złem, co niegdyś nas gorszyło. Taka jest potęga przyzwyczajenia. Przez nie (na przykład) ludzie dochodzą do tego, że pozwalają sobie na rozmaite rodzaje nieuczciwości. Doprowadzają się do potwierdzania tego, co jest nieprawdą, lub co do czego nie są pewni, że jest prawdą — w toku interesów. Wyłudzają i oszukują; i tym bardziej skłonni są popadać w niskie i samolubne zachowania, nie spostrzegając tego, a przez cały ten czas starannie uczęszczają na chrześcijańskie ustanowienia i noszą na sobie pozór pobożności. Lub też żyją w nawykach dogadzania sobie; jedzą i piją ponad miarę; wystawiają niepotrzebną okazałość i przepych w swoim urządzeniu domowym, bez żadnego niepokoju; tym bardziej nie myślą o prostocie obyczajów i wstrzemięźliwości jako o obowiązkach chrześcijańskich. Nie możemy przypuszczać, żeby od zawsze uważali swój obecny sposób życia za usprawiedliwiony, skoro inni wciąż są uderzeni jego niestosownością; a co inni teraz czują, z pewnością sami niegdyś czuli. Lecz taka jest potęga przyzwyczajenia. Podobnie — by podać jako trzeci przykład obowiązek stałej modlitwy prywatnej — z początku zaniedbuje się ją z wyrzutem sumienia, wkrótce jednak z obojętnością. Nie jest ona jednak mniej grzechem dlatego, że go takim nie odczuwamy. Przyzwyczajenie uczyniło z niej grzech tajny.
**5.** Do potęgi przyzwyczajenia dołącza się potęga obyczaju. Każda epoka ma swoje błędne drogi; a mają one taki wpływ, że nawet dobrzy ludzie, żyjąc w świecie, nieświadomie dają się przez nie zwodzić. Raz szerzył się zaciekły prześladowczy stosunek do tych, którzy błądzili w nauce chrześcijańskiej; innym razem wstrętna przesadna cześć dla bogactwa i środków do bogactwa; innym razem bezbożna czołobitność wobec samych władz umysłowych; innym razem rozluźnienie obyczajów; jeszcze innym razem lekceważenie form i karności Kościoła. Najgorliwsi ludzie, jeśli nie są szczególnie czujni, odczuwają władzę mody swojej epoki i cierpią przez nią, jak Lot w niegodziwym Sodomie, choć nieświadomie. A jednak ich nieświadomość tej szkody nie zmienia natury ich grzechu — jest on nadal grzechem, tylko obyczaj czyni z niego grzech tajny.
**6.** Jakim jest zatem nasz główny przewodnik pośród złych i zwodniczych obyczajów świata? — oczywiście Biblia. „Świat przemija, ale słowo Pańskie trwa na wieki". O ileż bardziej zatem rozszerzone i utrwalone musi być owo tajne panowanie grzechu nad nami, gdy zważymy, jak mało czytamy Pisma Świętego! Nasze sumienie ulega zepsuciu — to prawda; lecz słowa prawdy, choć zatarte z naszych umysłów, pozostają w Piśmie Świętym, lśniące wieczną młodością i czystością. A jednak nie zgłębiamy Pisma Świętego, by pobudzać i odświeżać nasze umysły. Zapytajcie siebie, bracia moi, co wiecie z Biblii? Czy jest jakaś jej część, którą przeczytaliście starannie i jako całość? Choćby jedną z Ewangelii? Czy wiecie o wiele więcej o czynach i słowach waszego Zbawiciela niż to, co słyszeliście czytane w kościele? Czy porównywaliście Jego nakazania lub nakazania świętego Pawła, lub innych Apostołów ze swoim codziennym postępowaniem i modliliście się, i starali się je wykonywać? Jeśli tak — to dobrze; czyńcie to nadal. Jeśli nie — jest oczywiste, że nie posiadacie, bo nie zabiegaliście o to, by posiadać, dostatecznego wyobrażenia o owym doskonałym charakterze chrześcijańskim, do którego macie obowiązek dążyć, ani dostatecznego wyobrażenia o waszym rzeczywistym grzesznym stanie; jesteście w liczbie tych, którzy „nie przychodzą do światłości, aby ich uczynki nie były zganione".
Uwagi te mogą nam uzmysłowić trudność właściwego poznania siebie, a co za tym idzie — niebezpieczeństwo, na jakie jesteśmy narażeni, by mówić sobie o pokoju, gdy pokoju nie ma.
Wiele rzeczy jest przeciw nam — to jasne. Czy jednak nasza przyszła nagroda nie jest warta wysiłku? Czy nie jest warta obecnego dyskomfortu i bólu, by umknąć ogniowi, który nie będzie nigdy zgaszony? Czy możemy znieść myśl o zejściu do grobu z ciężarem grzechów nieznanych i nie opłakanych? Czy możemy zadowolić się tak nierzeczywistą wiarą w Chrystusa, która w żadnej dostatecznej mierze nie obejmuje uniżenia siebie, ani wdzięczności, ani pragnienia lub wysiłku, by być świętym? Bo jakże możemy odczuwać potrzebę Jego pomocy, lub naszą zależność od Niego, lub nasze zadłużenie wobec Niego, lub naturę Jego daru dla nas, jeśli nie znamy siebie? Jakże możemy w jakimkolwiek sensie powiedzieć, że mamy ów „umysł Chrystusowy", do którego wzywa nas Apostoł, jeśli nie możemy iść za Nim w górę ku wyżynie ponad nami lub w dół ku głębinie pod nami; jeśli nie pojmujemy w pewnej mierze przyczyny i znaczenia Jego cierpień, lecz patrzymy na świat, na człowieka i porządek Opatrzności w świetle odmiennym od tego, jakie dają Jego słowa i czyny? Jeśli przyjmujecie prawdy objawione jedynie przez oczy i uszy, wierzycie w słowa, nie w rzeczy; łudzicie siebie samych. Możecie uważać się za zdrowych w wierze, lecz nie znacie niczego w żaden prawdziwy sposób. Posłuszeństwo przykazaniom Bożym, które zakłada znajomość grzechu i świętości oraz pragnienie i dążenie do podobania Mu się — to jedyny praktyczny wykładnik nauk Pisma Świętego. Bez samopoznania nie macie korzenia w sobie samych osobowo; możecie wytrwać przez pewien czas, lecz pod utrudzeniem lub prześladowaniem wasza wiara nie przetrwa. Dlatego to wielu w tej epoce — i w każdej epoce — staje się niedowiarkami, heretykami, schizmatykami, niewiernymi wzgardzicielami Kościoła. Odrzucają kształt prawdy, ponieważ nigdy nie był dla nich niczym więcej niż kształtem. Nie wytrwują, bo nigdy nie skosztowali, że Pan jest łaskawy; a nigdy nie doświadczyli Jego mocy i miłości, bo nigdy nie poznali własnej słabości i potrzeby. Taki może być przyszły los niektórych z nas, jeśli dziś zatwardzimy nasze serca — apostazja. Pewnego dnia, nawet w tym świecie, możemy się znaleźć jawnie pośród wrogów Boga i Jego Kościoła.
Lecz nawet gdybyśmy zostali oszczędzeni tej doczesnej hańby, cóż ostatecznie zyska człowiek, który wyznaje wiarę bez rozumienia; który mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? W takim przypadku pozostaniemy w winnicy niebieskiej jak krzewy karłowate, bez zasady wzrostu w sobie, jałowe; a na końcu zostaniemy zawstydzeni przed Chrystusem i świętymi Aniołami, „jako drzewa jesienią bez owocu, dwakroć umarłe, wykorzenione" — chociażbyśmy i umierali w zewnętrznej łączności z Kościołem.
Myśleć o tych rzeczach i przerazić się nimi — to pierwszy krok ku posłuszeństwu przyjemnemu Bogu; być spokojnym — to być w niebezpieczeństwie. Musimy poznać, czym jest zło grzechu w życiu przyszłym, jeśli nie nauczymy się tego tutaj. Niech Bóg da nam wszystkim łaskę, byśmy wybierali ból obecnego nawrócenia przed mającym przyjść gniewem.
---