HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XI. Wyznanie bez obłudy

Gdy zawiniłem i nie umiem sobie wybaczyćGdy nie umiem się modlić Modlitwa ustna i wspólnaChrzest i bierzmowanie
„Wszyscy bowiem, którzyście zostali ochrzczeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa."
W skrócie. Newman odpowiada na zarzut, że liturgiczne wyznania wiary i formuły modlitewne są z konieczności obłudne, skoro przekraczają naszą faktyczną wiarę i pobożność: Chrystus nakazał chrzcić wszystkich i wszyscy chrześcijanie wyznają więcej, niż czynią. Prawdziwa obłuda polega nie na niedoskonałości, lecz na jej akceptowaniu bez wysiłku poprawy; kto się stara i wciąż stara, nie jest obłudnikiem. Kościół mówi za nas, przyodziewając nas od Chrztu w godność, do której mamy dorastać całe życie.

„Możemy nadal radować się w Nim bez bycia obłudnikami — to jest jeśli trudzimy się dzień po dniu, by uczynić ową szatę weselną prawdziwie naszą własną;”

*„Wszyscy bowiem, którzyście zostali ochrzczeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa."* — Ga 3,27

Strzec się kwasu faryzejskiego, którym jest obłuda — tak nakazuje nam uroczyście sam Pan nasz — jest zaiste rzeczą najpotrzebniejszą. Możemy być nim skażeni, choćbyśmy sami nie wiedzieli o swej nieszczerości; faryzeusze bowiem nie wiedzieli, że są obłudnikami. Nie potrzeba też, byśmy mieli przed sobą jakiś wyraźny, określony zły cel — oni go nie mieli — tylko mglistą żądzę bycia widzianym i otaczanym szacunkiem przez świat, żądzę mogącą owładnąć i nami. Tak więc zdaje się, że pośród ochrzczonych chrześcijan ogromne rzesze to faryzejscy obłudnicy — to jest ludzie wyznający bez praktykowania. Co więcej, w pewnym stopniu wszyscy możemy być nazwani obłudnikami; albowiem żaden chrześcijanin na ziemi nie jest w pełni na miarę swego wyznania.

Lecz tu ktoś mógłby zapytać, czy mówiąc, że obłuda polega na wyznawaniu bez praktykowania, nie burszę w istocie całego zewnętrznego wymiaru religii od fundamentów — skoro wszelkie wyznania wiary, modlitwy i ustanowienia wykraczają poza rzeczywistą wiarę i usposobienie ducha nawet najlepszych chrześcijan. Na takim właśnie gruncie stoją pewni ludzie. Twierdzą oni, że udzielanie chrztu i nadawanie miana chrześcijan tym, którzy nie dali jeszcze dowodu, że nimi są, jest czymś złym. „Wszyscy, którzyście zostali ochrzczeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa" — tak mówi tekst, a ci ludzie dowodzą stąd, że dopóki nie przyoblekliśmy się w Chrystusa rzeczywiście — to znaczy dopóki nie oddaliśmy serca na służbę Chrystusowi i nie staliśmy się w miarę naszych sił święci tak, jak On jest święty — przyjęcie chrztu w Jego imię żadnego dobra nam nie przyniesie. Co więcej, jest to wielkie zło, bo czyni nas obłudnikami. Niejeden zaś naprawdę pokorny i dobrze intencjonowany człowiek odczuwa to wobec siebie samego. Wzdryga się przed zachowaniem błogosławionych tytułów i przywilejów, które Chrystus nadał mu w niemowlęctwie, jako niegodny ich; i lęka się, że jest rzeczywiście obłudnikiem jak faryzeusze, mimo wszystkich swych lepszych pragnień i wysiłków.

Otóż oczywistą odpowiedzią na ten błędny pogląd na religię jest stwierdzenie, że wedle wywodów takich rozumiaczy nikt w ogóle nie powinien przyjmować chrztu w jakimkolwiek przypadku i być nazywany chrześcijaninem; nikt bowiem nie żyje stosownie do swego chrzcielnego wyznania; nikt należycie nie wierzy, nie czci i nie słucha Ojca, Syna i Ducha Świętego, których sługą staje się na chrzcie. A przecież Pan rzekł: „Idźcie, chrzcijcie wszystkie narody" — dając nam tym wyraźnie do zrozumienia, że człowiek może być właściwym przedmiotem chrztu, choć nie praktykuje w rzeczywistości wszystkiego, co wyznaje; a zatem wszelkie obawy, które moglibyśmy żywić, że ludzie są w pewnym sensie podobni do faryzeuszy, nie mogą nam przeszkadzać w czynieniu ich chrześcijanami.

Pragnę jednak rozwinąć ten temat szerzej, abyśmy dobrze rozumieli, jakie nieposłuszeństwo jest rzeczywiście obłudą, a jakie nią nie jest, by trwożliwe sumienia się nie lękały. Ludzie wyznają więc bez odczuwania i czynienia — to jest są obłudnikami — w niczym tak bardzo, jak w swych modlitwach. Jest to rzecz oczywista. Modlitwa jest najsilniej religijnym ze wszystkich naszych obowiązków, i to w niej najwyraźniej objawia się nasze niedotrzymanie powinności. Dlatego też rozwinę ten przypadek modlitwy, by wyjaśnić, co nie jest w moim mniemaniu obłudą. Używamy tedy najtoroczystszych słów albo nie zwracając uwagi na to, co mówimy, albo — nawet gdy uwagę przykładamy — nie wnikając w nie z należytym skupieniem. Przez to zdajemy się upodabniać do faryzeuszy, i rodzi się stąd pytanie, czy w tej sytuacji należy nadal powtarzać modlitwy, które wyraźnie nam nie odpowiadają. Ludzie, o których przed chwilą mówiłem, twierdzą, że powinniśmy je porzucić. Tak też w swoim przypadku postępują: zrazu porzucają modlitwy kościelne i sięgają po inne, które ich zdaniem lepiej im odpowiedzą. Kiedy zaś te ich zawiodą, uciekają się do tak zwanej modlitwy spontanicznej; a później — może zniechęciwszy się i tym sposobem zwracania się do Boga Wszechmogącego, równie niezdolni do skupienia myśli jak przedtem — dochodzą do przekonania, że modlić się powinni jedynie wtedy, gdy do modlitwy popychnie ich szczególne natchnienie Ducha Świętego.

Odpowiadając na taki sposób rozumowania i postępowania, utrzymuję, że za faryzeusza ani obłudnika w modlitwie nie należy uważać nikogo, kto stara się nim nie być — kto dąży do poznania siebie i poprawiania się — i kto przyzwyczajony jest do modlitwy, choć nie doskonałej, jednak nie leniwej ani samozadowolonej; jakkolwiek opłakane byłyby jego rzeczywiste błądzenia myśli czy też jakkolwiek ubogo wnikał w znaczenie swych modlitw, nawet gdy na nie uwagę zwraca.

1. Weźmy najpierw przypadek braku skupienia w modlitwie. Ludzie, jak się zdaje, kuszeni są do porzucania modlitw, bo nie mogą za nimi nadążyć — bo odkrywają, że myśli im błądzą, gdy je powtarzają. Odpowiadam, że modlić się z uwagą — to nawyk. O tym należy zawsze pamiętać. Nikt od razu nie ma w nich całego serca; lecz przez ćwiczenie zdolny jest przykładać coraz więcej uwagi, a w końcu, po licznych próbach i długim urabianiu siebie, trzymać myśl niezmiennie przy nich skupioną. Nikt — powtarzam — nie zaczyna od skupienia. Nowość modlitwy jest powodem, dla którego ludzie skupiają się na początku; a o nowości nie ma mowy w modlitwach kościelnych — słyszymy je bowiem od dzieciństwa i znamy je na pamięć, zanim jeszcze zdolni jesteśmy je pojąć. Nikt zatem, gdy po raz pierwszy zwraca myśl ku religii, nie znajduje modlitwy łatwą; religijne uczucia są w nim nieregularne; modli się gorliwiej o jednej porze niż o innej; jego chwile pobożności przychodzą urywkami i niespodziewanie; nie może wyjaśnić stanu swego ducha ani na sobie polegać; często odkrywa, że do modlitwy więcej jest skłonny w dowolnym miejscu i porze niż tych wyznaczonych do tego celu. Wszystkiego tego należy się spodziewać; żaden bowiem nawyk nie tworzy się od razu, a zanim płomień religii w sercu zostanie oczyszczony i wzmocniony przez długą praktykę i doświadczenie, jest oczywiście zmienny w swych poruszeniach — będzie się (że tak powiem) miotał i migotał, a chwilami zdawać się będzie niemal gasnący.

Niecierpliwi ludzie nie zważają jednak należycie na tę prawdę; nie liczą się lub obrażają na konieczność pokornej, żmudnej praktyki niezbędnej, by nauczyć się modlić z uwagą, i tłumaczą sobie swój chłód i błądzenie myśli na wszelkie sposoby, byle nie prawdziwy. Niekiedy przypisują tę nierówność swych religijnych uczuć dowolnemu przychodzeniu i odchodzeniu Bożego Ducha Świętego — sąd jak najbardziej niepoważny i zuchwały, o którym nie wspominałbym, gdyby nie to, że ludzie rzeczywiście go wydają, toteż konieczne jest go wyrazić, by go potępić. Znów innym razem sądzą, że natychmiast skupią uwagę, stawiając przed swą myślą najświętsze prawdy Ewangelii i w ten sposób rozbudzając i wstrząsając swą duszą. Działa to jakiś czas; gdy jednak nowość mija, odkrywają, że powrócili do dawnej niebaczności, nie czyniąc pozornie żadnego postępu. Jeszcze inni zaś, niezadowoleni ze swoich błądzeń myśli podczas modlitwy, kładą winę na same modlitwy jako zbyt długie. To pospolita wymówka, i pragnę zwrócić na nią waszą uwagę.

Jeśli ktoś wskazuje na długość modlitw kościelnych jako przyczynę tego, że nie może skupić na nich myśli, chciałbym go poprosić, by zapytał swego sumienia, czy szczerze uważa tę przyczynę za rzeczywistą i podstawową jego nieuwagi. Czy sądzi, że bardziej by się skupił, gdyby modlitwy były krótsze? Oto pytanie, które ma rozważyć. Jeśli odpowie, że wierzy, iż w takim przypadku skupiałby się pilniej — pytam dalej, czy skupia się pilniej (jak jest teraz) na pierwszej części nabożeństwa niż na ostatniej; czy jego myśl jest naprawdę jego własna, trwale skupiona na tym, czym jest zajęty, przez jakikolwiek czas, w jakiejkolwiek części nabożeństwa. Jeśli zaś będzie zmuszony przyznać, że tak nie jest, że myśli jego błądzą we wszystkich częściach nabożeństwa i że nawet podczas Spowiedzi powszechnej ani Modlitwy Pańskiej, przypadających na sam początek, nie są one jego własne — jest rzeczą zupełnie jasną, że nie długość nabożeństwa jest rzeczywistą przyczyną jego nieuwagi, lecz brak nawyku skupienia. Jeśli natomiast odpowie, że zdolny jest skupić myśl przez jakiś czas i w pierwszej części nabożeństwa — chciałbym, by zastanowił się, że nawet ten stopień skupienia nie zawsze był dla niego czymś naturalnym, że jest on owocem czasu i praktyki; a jeśli przez ćwiczenie doszedł tak daleko, przez ćwiczenie może iść dalej i uczyć się skupiać przez coraz dłuższy czas, aż w końcu zdolny będzie utrzymać skupienie przez całe nabożeństwo. Pragnę jednak przede wszystkim mówić do tych, którzy są niezadowoleni z siebie i zwątpili o możliwości należytego skupienia. Niech człowiek raz postanowi w sercu, że nauczy się modlić, i dąży do tego — a żadne niepowodzenia, jakich nadal może doznawać w swoim sposobie modlenia się, nie wystarczą, by wytrącić go z Bożej łaski. Niech wytrwa, nie zrażając się swymi błądzeniami, nie przerażając się myślą, że jest obłudnikiem, nie stronią od zaszczytnych tytułów, które Bóg mu nadał. Winien on wprawdzie ukorzyć się nad swoją słabością, lenistwem i niedbalstwem; powinien czuć — i nie może czuć tego zbyt mocno — winę, niestety! jaką nieustannie zaciąga w swoich modlitwach przez niepoważne roztargnienie. Mimo to nie wolno mu porzucić modlitwy, lecz wytrwale zwracać się ku Chrystusowi Zbawicielowi. Niech tylko będzie gorliwy, walcząc z myślami i starając się być poważny — a cała wina jego przelotnych uchybień zostanie zmyta we krwi jego Pana. Niech tylko nie będzie z siebie zadowolony; niech tylko nie zaniedba próby posłuszeństwa. Jakże prosta to zasada: starać się być skupionym, by skupionym być! A przecież jest ona nieustannie pomijana; to znaczy nie staramy się metodycznie, nie czynimy sobie z tego zasady — próbować i próbować bez końca, mimo złych wyników; próbujemy jedynie od czasu do czasu, a nasza najlepsza pobożność przejawia się jedynie wtedy, gdy serce nasze jest poruszone przez jakiś przypadkowy bodziec, który może się już nie powtórzyć.

Tyle o braku skupienia w naszych modlitwach — który, jak twierdzę, nie powinien nas zaskakiwać ani przerażać, który nie dowodzi, żeśmy obłudnikami, chyba żebyśmy się z nim godzili; i który nie zobowiązuje nas do porzucenia modlitw, lecz raczej do uczenia się skupienia podczas nich.

2. Przejdę teraz do uwagi drugiej — o trudności wnikania w ich znaczenie, gdy już je przykładamy.

Tu trwożliwe sumienie zapyta: „Jakże jest możliwe, bym godnie posługiwał się uroczystymi słowami, które w modlitwach się pojawiają?" Tak mówi jedynie sumienie trwożliwe. Ci pewni siebie krytycy, o których wspomniałem przed chwilą — utrzymujący, że ustalona modlitwa jest w większości przypadków z konieczności zwykłym formalnym obrzędem, nabożeństwem, w którym serce nie ma udziału — milczą tu. Nie czują tej trudności, która jest trudnością rzeczywistą; posługują się najpoważniejszymi i najstraszliwszymi słowami lekko i bez wyrzutu sumienia, jak gdyby naprawdę wnikali w znaczenie czegoś, co w prawdzie przekracza rozumienie Aniołów. Lecz pokorny i skruszony wierny, przychodzący do Chrystusa po przebaczenie i pomoc, dostrzega straszliwe położenie, w jakim się znalazł — mając zwrócić się do Boga niebios. To właśnie ta trwoga prowadziła nawróconych grzeszników w dawnych czasach do szukania schronienia w istotach niższych od Boga — nie jako zaprzeczenia Bożej najwyższości ani jako uchylania się od Niego, lecz w poczuciu ogromnej przepaści między nimi samymi a Nim, i w szukaniu miejsc odpoczynku po drodze, jakiegoś Soaru, jakiegoś małego miasteczka bliskiego, do którego można się schronić, ze względu na wysokość Bożej góry, ku której wiodła droga ocalenia. I stopniowo przywiązując się do tych, którym zaufali — Świętych, Aniołów czy żyjących dobrych ludzi, i naśladując ich — wiara ich doznała upadku, a cnota wlokła się po ziemi z braku podpórek, by wznosić ją ku niebu. Nam, chrześcijanom, choć grzesznicy, jesteśmy jak inni ludzie, nie wolno tak poniżać swej natury ani oszukiwać samych siebie, odmawiając sobie Bożego miłosierdzia; i choć nader straszną jest rzeczą przemawiać do Boga żywego, mówić musimy — lub umrzeć; wyznawać nasze bóle musimy — lub nie ma nadziei; stworzone pośredniki i protektorzy są nam bowiem wzbronieni, a ufanie oparciu ludzkiemu jest uczynione grzechem.

Niechże tedy każdy, kto z bojaźni sumienia unika Kościoła jako przekraczającego jego miarę — czy to unika jej nabożeństw, czy sakramentów — niechże zważy, że jakkolwiek straszliwą jest rzeczą zbliżać się do Chrystusa, przemawiać do Niego, „spożywać Ciało Jego i pić Krew Jego" i żyć w Nim — do kogo inaczej pójdzie? Zobaczmy, do czego to prowadzi. Chrystus jest jedyną drogą zbawienia otwartą dla grzeszników. Prawdziwie, jesteśmy jako dzieci i nie możemy należycie odczuć słów, których uczy nas Kościół, choć je po nim powtarzamy, ani czuć się w pełni czeigodnie wobec Bożej obecności. A jednak niechaj nam tylko wystarczy świadomość własnej nieświadomości i słabości — a jesteśmy bezpieczni. Bóg przyjmuje tych, którzy tak przychodzą w wierze, nie przynosząc nic na ofiarę prócz wyznania grzechu. I oto najwyższa doskonałość, do której zazwyczaj dochodzimy: rozumieć własną obłudę, nieszczerość i płytkość naszego ducha — przyznawać w modlitwie, że nie możemy modlić się właściwie — pokutować z naszych żałowań — i poddać się całkowicie Jego sądowi, który mógłby wprawdzie postąpić z nami z całą surowością, lecz już okazał dobroć swoją, wzywając nas do modlitwy. A postępując w ten sposób, musimy uczyć się odczuwać, że Bóg wie o tym wszystkim, zanim my to wypowiemy, i o wiele lepiej niż my. Nie potrzebuje On nas informować o naszej skrajnej nędzy. Modlić się musimy w duchu i usposobieniu głębokiego uniżenia, nie potrzebujemy jednak szukać stosownych słów, by to wyrazić — bowiem w istocie żadne słowa nie są dość złe dla naszego przypadku. Niektórzy są niezadowoleni ze spowiedzi grzechów odmawianych w kościele jako niewystarczająco silnych w wyrazie; ale żadna wystarczać nie może — poprzestańmy na słowach trzeźwych, zawsze w użyciu będących; wielką to rzeczą będzie, jeśli zdołamy w nie wniknąć. Nie potrzeba szukać namiętnych słów, by wyrazić nasze nawrócenie, kiedy nie wnikamy należycie nawet w wyrażenia najpowszedniejsze.

Gdy tedy modlimy się, nie bądźmy jako obłudnicy, którzy lubią się popisywać; nie używajmy też próżnych powtórzeń jak poganie; skupmy się i klęknijmy spokojnie, jak do dzieła dalece nas przekraczającego, przygotowując umysły na własną niedoskonałość w modlitwie, łagodnie powtarzając przedziwne słowa Kościoła, naszego Nauczyciela, i pragnąc — razem z Aniołami — wejrzeć w ich głąb. Gdy nazywamy Boga Ojcem naszym Wszechmogącym albo wyznajemy siebie nędznymi grzesznikami i błagamy Go o łaskę — pamiętajmy, że choć posługujemy się językiem nam obcym, Chrystus wstawia się za nami tymi samymi słowami z pełnym ich rozumieniem i skuteczną mocą; i że choć nie wiemy, o co prosić jako trzeba, sam Duch przyczynia się za nami wzdychaniami niewysłowionymi. Tak odczuwając Boga wokół nas i w nas, i trwając przeto w ciszy i skupieniu, służyć Mu będziemy godnie, z czcią i bojaźnią Bożą; i weźmiemy ze sobą do naszych codziennych zajęć pewność, że jest On nadal łaskawy nam, mimo naszych grzechów — nie chcąc, byśmy zginęli, pragnąc naszej doskonałości i gotowy kształtować nas dzień po dniu na wzór owego Bożego obrazu, który na chrzcie był zewnętrznie na nas wyciśnięty.

Mówiłem jedynie o naszych modlitwach i tylko napomknąłem o naszym ogólnym wyznaniu chrześcijaństwa. Jest jednak oczywiste, że to, co zostało powiedziane o modlitwie, można odnieść do wszystkiego, co czynimy i mówimy jako chrześcijanie. Prawdą jest, że wyznajemy bycie świętymi, kierowanie się najwznioślejszymi zasadami i poddanie kierownictwu Ducha Bożego. Dawno już przyrzekliśmy wierzyć i słuchać. Prawdą jest też, że nie możemy tych rzeczy wypełniać właściwie; co więcej, nawet przy Bożej pomocy — jak wielka jest nasza grzeszna słabość — wciąż nie dotrzymujemy naszej powinności. Mimo to nie wolno nam zaprzestać wyznania. Nie wolno nam zrzucać z siebie szaty weselnej, którą Chrystus dał nam na chrzcie. Możemy nadal radować się w Nim bez bycia obłudnikami — to jest jeśli trudzimy się dzień po dniu, by uczynić ową szatę weselną prawdziwie naszą własną; by zakorzenić ją w nas i tak z nami samymi stopić, że śmierć, która obiera nas ze wszystkiego, nie zdoła jej nam wyerwać — choć dotąd jest ona w znacznej mierze jedynie zewnętrzną szatą, przykrywającą naszą nagość.

Na zakończenie pragnę wam przypomnieć, jak wielkie jest miłosierdzie Boże, które pozwala nam tak przyoblekać się w chwałę Chrystusa od samego początku, jeszcze zanim na nią zasłużymy. Sądzę, że prawdziwemu chrześcijaninowi nic nie sprawia tyle bólu, co konieczność dowodzenia innym, że nim jest — zarówno dlatego, że jest świadomy swych niezliczonych uchybień, jak i z powodu niechęci do wszelkiego okazywania się. Otóż Chrystus uprzedził trudności wynikające z jego skromności. Nie pozwala takiemu człowiekowi mówić za siebie samego; mówi za niego. Przedstawia każdego z nas braciom — nie takim, jacy jesteśmy sami w sobie, godni pogardy i odrzucenia z powodu „pokus tkwiących w naszym ciele", lecz „jako posłańców Bożych, a nawet jak samego Chrystusa Jezusa". Naszym szczęściem jest, że nie musimy na dowód naszej wspólnoty z chrześcijanami przedstawiać nic prócz naszego chrztu. Nie rozumie tego wielka liczba ludzi; sądzą oni, że za współchrześcijan poczytać należy jedynie tych, którzy okażą się nimi dla ich omylnego rozeznania; i dlatego zachęcają innych, pragnących ich pochwały, do wszelkiego rodzaju popisów jako pieczęci swego odrodzenia. Kto zdoła powiedzieć, ile szkody czyni to prawdziwej skromności ducha chrześcijańskiego? Zamiast używać słów Kościoła i zwracać się do Boga, ludzie poszukują własnych słów i czynią człowieka swoim sędzią i tym, który ich usprawiedliwia. Uważają za konieczne wyjawiać swoje tajne uczucia i rozwodzić się nad tym, co Bóg zdziałał w szczególności dla ich własnych dusz. I tak, biorąc na siebie odpowiedzialność za wszystkie wypowiadane słowa — będące całkowicie ich własnymi — w tym przypadku rzeczywiście stają się obłudnikami; mówią więcej, niż rzeczywiście zdolni są odczuć. Oczywiście człowiek religijny z natury i bezwiednie, z przepełnienia serca, ukazywać będzie swoje głębokie uczucie i sumienność bliskim przyjaciołom; lecz gdy czynienie tego staje się kwestią konieczności, celem, do którego się dąży, i aktem zamierzonym — wówczas obłuda musi mniej lub bardziej zakłócić naszą wiarę. „Wszyscy, którzyście zostali ochrzczeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa" — oto orzeczenie Apostoła. „Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie." Kościół kieruje się tą zasadą: nakazując nam zachować milczenie, przemawia za nami — okrywa nas od głowy do stóp szatami sprawiedliwości i wzywa, byśmy odtąd żyli dla Boga. Lecz kłótnik tego świata postępuje odwrotnie: zdziera z nas wszelkie przywileje, nakazuje nam wyrzec się zależności od Matki świętych, mówi nam, że każdy musi być sam dla siebie Kościołem i okazać światu, że jest sam z siebie i w sobie samym wybrańcem Bożym — by w ten sposób udowodnić swoje prawo do przywilejów chrześcijanina.

Niechaj Bóg broni nas przed takim walczeniem przeciw Jego łaskawym zamiarom wobec człowieka i przed doprowadzaniem do zguby słabego brata, za którego Chrystus umarł! Uznajmy wszystkich za chrześcijan, którzy nie wyrzekli się słowem ani czynem wspólnoty z nami, i starajmy się prowadzić ich naprzód ku wszelkiej prawdzie. A co do nas samych — starajmy się wnikać coraz głębiej w znaczenie naszych własnych modlitw i wyznań; korzmy się nad tym, jak mało czynimy i jak słabe czynimy postępy; unikajmy zbędnego okazywania religijności; spełniajmy nasz obowiązek w tym stanie życia, do którego wezwał nas Bóg. Tak postępując, ukształtujemy przez Bożą łaskę w sobie chwalebnego ducha Chrystusowego. Bogaci czy ubodzy, uczeni czy nieuczeni — kroczący tą regułą staniemy się w końcu prawdziwymi świętymi, synami Bożymi. Będziemy prawi i doskonali, światłością świata, obrazem Tego, który umarł, byśmy mogli upodobnić się do Jego oblicza.

---

← wróć do odkrywania